Gliff - ebook
Poruszająca, wymykająca się gatunkowym podziałom opowieść mistrzyni współczesnej literatury — o ponadczasowym ludzkim pragnieniu sensu i poznania.
Niedaleka, niepewna przyszłość. Świat, w którym każdego dnia wytyczane są nowe granice między ludźmi. Nowy porządek, któremu daleko do odwagi.
A w samym jego środku: dwoje dzieci. I koń.
Tytułowe „Gliff” wywodzi się ze szkockiego słowa oznaczającego ulotny moment, nagły błysk, przelotne spojrzenie. Powieść stawia pytania o to, jak i dlaczego próbujemy zostawić po sobie ślad. W czasach, gdy zachodni przemysł i technologia redukują człowieka do algorytmów i danych — tego, co łatwe do sklasyfikowania i przewidzenia — Ali Smith przypomina, że nasze człowieczeństwo i indywidualna złożoność nigdy nie były ważniejsze.
Książka została nominowana do Dublin Literary Award, jednej z najważniejszych nagród literackich na świecie.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna obca |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8449-078-5 |
| Rozmiar pliku: | 4,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Valeria Luiselli
Słowa i skały tworzą język o składni szczelin i pęknięć. Jeśli dostatecznie długo przyglądać się danemu słowu, zaczyna się ono rozszczepiać na szereg uskoków, terytorium cząstek, z których każda zawiera swoją otchłań (…). Kształty tych rozpadlin stają się „korzeniami słów” i definiują różnicę między ciemnością a światłem.
Robert Smithson
Który dom płonie? Kraj, w którym żyjesz, Europa czy cały świat? Może domy i miasta już spłonęły – kto wie jak dawno temu? – w wielkim, potężnym ognisku, którego udajemy, że nie widzimy. Z niektórych zostały fragmenty konstrukcji, fresk na ścianie, belka dachowa, nazwy, tyle nazw pochłoniętych przez płomienie. My jednak białym tynkiem i kłamliwymi słowami tak starannie to wszystko szpachlujemy, że zdaje się nienaruszone. W domach i miastach spalonych do szczętu żyjemy tak, jakby wciąż stały; ludzie udają, że w nich mieszkają, wychodzą na ulice zamaskowanych ruin, jakby to wciąż były znajome okolice z minionych czasów. Ostatnio zmieniła się postać i natura tych płomieni, są teraz cyfrowe, zimne i niewidzialne – ale właśnie dlatego są coraz bliżej, otaczają nas i pochłaniają w każdej chwili.
Giorgio Agamben
Nie traćcie ducha, boć wiadomo,
Że umknąć trza złośliwym gnomom²
William Shelley, Life’s Girnin’ Worriecraw
ze zbioru Flowers by the Wayside (1868)KONIE
Mama wyszła do bramy przeładunkowej, żeby się z nami przywitać. W pierwszej chwili trudno ją było rozpoznać. Wydawało się, że to po prostu jakaś pracownica hotelu. Włosy związała z tyłu w kucyk i włożyła ubranie tak dla niej nietypowe i niedopasowane do jej figury, że dopiero po chwili dotarło do mnie, że to ciuchy robocze jej siostry, mundurek, który kazano tutaj nosić wszystkim kobietom i dziewczynom, biała koszula i długi czarny fartuch czy coś jakby spódnica. Mężczyznom i chłopakom pozwalano tu na mniej formalne stroje. Ich mundurek stanowiły markowe dżinsy i białe koszulki z materiału lepszego niż zwykłe T-shirty. Kobietom i dziewczynom nie wolno było nosić makijażu, kolczyków ani łańcuszków na szyi. Mama wyglądała na niższą i bardziej nijaką, czyściutka i klasztorna, jak służące z gorszych krajów na filmach w telewizji.
Jak się dziś miewa? pyta Leif.
Długo będzie chora? pyta moja siostra.
Mama przywołuje ją wzrokiem do porządku.
Dwa tygodnie, trzy? ciągnie Leif. Może do września?
Odległe słowo wrzesień wisi w powietrzu wokół nas w tej dziwnej przestrzeni usług dla bogaczy. Siostra wbija wzrok w swoje stopy. Leif patrzy na kamienno-betonowe mury i wielkie świece w szklanych słojach palące się bez sensu w świetle dnia.
Chryste, mówi.
Jakby to było pytanie.
Mama kręci głową i wskazuje nią jeden, a potem drugi z posągów stojących po obu stronach hotelowej bramy przeładunkowej, następnie znów kręci głową i przykłada palec do ust, jakby chciała potrzeć miejsce pod nosem, z wdziękiem, ale tak naprawdę po to, by uciszyć Leifa i nas.
Były naturalnych rozmiarów, te posągi, solidny, lśniący biały kamień. Wyglądały kościelnie. Sprawiały wrażenie połączonych, choć nie stały razem. Jeden przedstawiał piękną, smutną kobietę z chustą spływającą z głowy jak u Dziewicy Maryi, ramiona rozłożone i puste, jedna dłoń zwrócona w górę, oczy opuszczone, zamknięte lub wpatrzone w pustkę na jej kolanach, gdzie nie było nic oprócz fałd szaty. Drugi to skulone ciało mężczyzny w pozycji wyraźnie wskazującej na zgon. Głowa zwieszona w bok, ręce i nogi powinny opadać bezwładnie. Ale leżał na ziemi pod takim kątem, że zdawał się sztywny, dziwacznie pokręcony, rozciągnięty, ale jak zastygły.
Leif lekko go popchnął, aż posąg się zabujał. Matka zrobiła przerażoną minę.
Rigor mortis, mówi Leif. Oto dzisiejsza pieta. Oto co się dzieje ze sztuką, gdy ktoś uważa, że można z niej zrobić hotel.
Mama oznajmia oficjalnym tonem, jakby nas nie znała, że się odezwie. Znów tak samo porusza głową, by nam przypomnieć, że po bokach są kamery, całuje nas wzrokiem, a potem, jakbyśmy byli gośćmi, którzy całkiem miło ją potraktowali, uprzejmie ściska każde z nas na pożegnanie.
Z pomocą mapy Google odszukaliśmy w tłumie turystów drogę powrotną do miejsca, gdzie zostawiliśmy kampera. Łatwiej było się orientować po sklepach niż po nazwach ulic, więc najpierw obraliśmy kierunek na Chanel, największy znak na mapie. Potem Gucci. Potem Nike. Gdy w końcu odnaleźliśmy ten oddalony zakątek, gdzie znajdowało się mieszkanie Alany, budynek w ogóle nieoznaczony na Google’u, dziwnie było zobaczyć, jak Leif siada za kierownicą, bo zawsze to mama prowadziła. Dobrze sobie radziła z kamperem, który ciągle robił różne numery. On na pewno nie będzie sobie tak dobrze radził, nie ma tej pewności, może dlatego kazał nam usiąść z tyłu, choć miejsce z przodu było puste. Może nie chciał dopuścić do kłótni o to, kto siądzie z przodu. Może wolał uniknąć naszych spojrzeń z bliska, gdy się koncentrował.
Przekręcił kluczyk. Samochód zapalił.
Poczekamy miesiąc, a potem wrócimy i ją odbierzemy, nawet jeśli praca Alany wciąż będzie zagrożona, powiedział, gdy wyjeżdżaliśmy z miasta.
Ale to dobrze. To dobry uczynek. Alana jest siostrą mamy, naszą ciocią. Tylko raz nadarzyła nam się okazja do spotkania z nią, we wczesnym dzieciństwie, gdy jeszcze niewiele się rozumie, a tym razem ciocia była zbyt chora, żeby można to było nazwać spotkaniem. Ale dzięki mamie nie straci pracy, a my będziemy mieć mamę dla siebie następnego lata i we wszystkie kolejne, tego lata zapamiętamy, że tak właśnie postępuje rodzina, tak się robi dla rodziny, a przecież Alana pracuje w miejscu pełnym ludzi. Potrzeba tam pracowników. Widzieliśmy to, gdy poprzedniego wieczoru poszliśmy wypatrywać pracującej mamy z nadzieją, że uda nam się chociaż jej pomachać.
Nie zdołaliśmy jej wypatrzyć, tyle tam było ludzi. Restauracja w środku pełna, ta na dziedzińcu od frontu również, obie wypełnione ludźmi, jakich nigdy dotąd nie zdarzało mi się oglądać, nie w prawdziwym życiu. Piękni, ufryzowani, doskonali, ci ludzie jedzący w restauracji hotelu, w którym pracowała mama. Wygładzeni, zdawali się obrobieni komputerowo, jakby dało się cyfrowo poprawić wygląd prawdziwych ludzi.
Przy jednym stoliku siedziała chyba rodzinka: elegancka kobieta, zapewne matka, unosiła widelec, na którym miała kawałek czegoś, co przysuwała do ust, ale nie wkładała do nich, jak maszyna, potem jej dłoń i ręka opuszczały go na talerz, by za chwilę znów unieść. Obok niej elegancki chłopczyk trącał obojętnie zawartość swojego talerza i gapił się w przestrzeń. Mężczyzna, może ojciec, krągły, lecz elegancki, ubrany jak na ceremonię rozdania nagród w telewizji, skrolował telefon, zamiast jeść. I jeszcze dziewczynka, nie udało mi się dostrzec, co robi, bo siedziała do mnie plecami, ale wyglądała elegancko.
Wszyscy zdawali się odwróceni plecami, nawet ci przodem do mnie.
To właśnie ich oderwanie świadczyło o elegancji.
Jakby usunięto im coś żywotnego, może dla ochrony? może operacyjnie: usunięcie nadmiaru życia osobom, które na to stać, przez osoby w maskach, które pachną czystością i zakładają wenflony w szpitalu o kojącym medycznym zapachu, gdzie każdy członek idealnej rodzinki po kolei podaje ramię.
Ale gdzie to dalej trafia? Co chirurg robi ze starannie usuniętą surowicą życia? Czy da się ją gdzieś ochronić przed wszystkim? katastrofalnym żarem, brudem z rynsztoka, zanieczyszczeniem wody i powietrza, wszystkim, co się zmienia, potwornymi rozstaniami, podróżowaniem?
Byli spokojni, jak martwi. Może na tym polega wytrzymałość?
Czy to żywi ludzie czy martwa natura? wyrwało mi się, gdy ich mijaliśmy.
Czy to co? pyta Leif.
Wskazuję ruchem głowy restaurację, do której nie weszliśmy.
Chociaż oddychają i się poruszają, są jak ze starych obrazów, pełnych owoców, globusów, czaszek i lutni, mówię.
Leif śmieje się i puszcza do mnie oko.
Hotel Splendor, mówi.
Zwykle gdy byliśmy już tak blisko domu, mama prowadziła samochód, a Leif mówił to, co zawsze na tym odcinku drogi, że gdy się jedzie do innego kraju, to wszystkie domy, w których mieszkają ludzie, wyglądają jak z baśni, a potem, gdy wracasz do siebie, to się zastanawiasz, czy na miejsce, w którym się samemu mieszka, też można patrzeć jak na scenerię opowieści.
Matka dogryzała Leifowi, że zawsze mówi to samo na dokładnie tym samym etapie podróży.
Nie żeby się kłócili, to nie było nic poważnego, biło od nich ciepło, gdy tak siedzieli z przodu, a Leif mówił, że nie, bo jeśli się jedzie w nowe miejsce, to wszystko jest nowe dla oczu, ale gdy wracasz do domu, to jeszcze przez chwilę masz takie świeże spojrzenie, ale nie na długo, bo zaraz znów się przyzwyczajasz.
Dziś jednak Leif nic nie mówił.
Ale odcinek drogi, na którym zawsze padają te słowa, był tak blisko domu, że nie czułoby się jego bliskości, gdyby ktoś tego nie powiedział. Pytam więc siostrę z nadzieją, że Leif mnie usłyszy, czy to nie ciekawe, że gdy jeździsz w różne miejsca, to one się zdają jak z bajki?
Ale on nie usłyszał, a jeśli usłyszał, to nic nie powiedział, zresztą siostra zasnęła oparta o mnie na tylnym siedzeniu.
Kamper był dla mnie najlepszy. Dla mojej siostry tak samo. Miał świetne kwadratowe tylne okno, które można było otwierać. I fajne stoliki, dla bezpieczeństwa składane na czas jazdy. Zdarzało nam się fantazjować na temat niebezpiecznej jazdy z rozłożonymi stolikami. Fascynowała nas zawartość zamykanych na haczyki szafek, egzotyczne produkty, inne od jedzenia i picia w domu. Podobał nam się dach, unoszony jak pojedyncze skrzydło, co pobudzało nas do fantazji, że pewnego dnia w trakcie podróży również ten dach rozłożymy.
A teraz Leif zjechał z dwupasmówki na zwykłą drogę, potem na jeszcze mniejszą, która prowadziła do domu. Na tej dróżce nasz kamper zwykle ledwo się mieścił. Jednak tego wieczoru wydawała się jakaś inna. Dziwnie szeroka.
Co tu się stało? pyta Leif. Zniknęła cała zieleń.
Znaczną część żywopłotu po obu stronach drogi brutalnie ścięto, a pobocza wyglądają, jakby przejechał tędy buldożer, po naszej lewej i prawej piętrzą się sterty ziemi, gałęzi i liści.
Spójrzcie na to, mówi Leif, trącając nogą zwalisko na chodniku przed naszym domem. Co to jest?
Końcem buta dotyka czegoś czerwonego przy naszej furtce.
Namalowanej linii.
Czubek jego buta zdobi czerwona smuga.
Ktoś namalował na ziemi linię od miejsca, w którym bok naszego segmentu styka się z budynkiem sąsiadów, państwa Upshawów, wokół całego naszego domu.
Na tle asfaltu farba jaskrawo lśni czerwienią.
Leif puka do drzwi frontowych państwa Upshawów. Pani Upshaw nie przepada za ludźmi, należy do osób nielubiących ludzi, zdarzało jej się czasem położyć zdechłego szczura na naszym śmietniku, by dać nam znać, że jej zdaniem nasze dni są policzone. Nie przejmowaliśmy się tym, nikt z nas się nie przejmował, mama zawsze powtarzała, że chętnie będziemy odliczać dni, a nawet możemy dzielić się nimi z innymi. Do drzwi podchodzi jednak pan Upshaw. Zerka wraz z Leifem w stronę czerwonej smugi, a potem stoją, rozmawiają po męsku, wskazują miejsce, w którym linia nagle się kończy, dokładnie tam, gdzie zaczyna się działka Upshawów.
Siostra dotyka farby. Pokazuje mi czerwień na swoich dłoniach. Na tyłach domu, gdzie kończył się asfalt, ten ktoś od czerwonej farby po prostu pociągnął linię przez leżące luzem kamyki, które można by bez trudu odgarnąć lub kopnąć gdzieś dalej. Znajduję patyk i dłubię w podłożu, aż robi się przerwa. Siostra przez nią przechodzi, jakby to była furtka czy brama. Wyjmuje spod szopy klucz do tylnych drzwi domu i otwiera, żebyśmy mogli wejść.
Najpierw stoję w salonie. Potem w sypialni.
W środku pachnie stęchlizną, jakby nie było nas tam przez kilka lat. Może zresztą zawsze był tu taki zapach, tylko go nie zauważaliśmy. Ale pod nieobecność mamy przedmioty na półkach, a nawet meble wyglądają jak stare rupiecie.
Wychodzę więc na dwór i idę znów dookoła domu, a potem stoję w ogródku i opieram się o furtkę od frontu. Patrzę na Leifa, który rozmawia z panem Upshawem. Obserwuję ramiona jednego i drugiego. Pod palcami czuję żłobione drewno furtki. Przypomina mi się bezpański piesek, który kiedyś, w moim wczesnym dzieciństwie, przez pewien czas z nami mieszkał. Nazwaliśmy go Rogie. Szorstkowłosy kundelek przypominający teriera. Pewnego dnia wracamy sobie z kina, a on siedzi przy kamperze na parkingu, jakby chciał, żeby go gdzieś podwieźć. Trafił więc do nas do domu, gdzie ułożył się w kuchni i od razu zasnął. Spędził tak całą noc. Potem jeździł z nami do miasta, gdy tylko mama nas tam zabierała. Puszczany wolno na parkingu, gdzieś tam sobie leciał, a potem znów czekał przy kamperze na podwózkę do domu, gdy nasze sprawy w mieście były już załatwione i można było wracać. Aż w końcu któregoś dnia nie czekał i już nie wrócił. Ruszył gdzieś dalej, powiedziała mama, teraz ktoś inny będzie jego szoferem.
Wspominam, jaki ten piesek był zwinny, potrafił bez trudu przeskoczyć furtkę, o którą teraz się opieram, pięć razy wyższą od niego. Kiedyś wiosną mama obudziła mnie wieczorem, wyciągnęła z łóżka, zaniosła do okna i pokazała mi, jak zastygł w niemożliwej pozycji na wąskiej deszczułce wieńczącej tę furtkę, wszystkie cztery łapy równiutko ułożone przy sobie, a ponad nimi naprężone psie ciałko, gdy próbował utrzymać równowagę i zwracał głowę to w lewo, to w prawo, obserwując ruch na ulicy. On tak tu tkwi od niemal dwudziestu minut, powiedziała mama, chciałam ci pokazać.
I teraz, czując pod dłonią nierówne drewno, myślę o jego mądrych oczkach, sterczących uszkach, wąsatym pysku i o tym, że gdy zeskakiwał z fotela, w którym wcześniej spał, to ten fotel jeszcze przez pewien czas był ciepły. A potem Leif żegna się z panem Upshawem, macha wesoło w stronę okna na górze, w którym zza zasłonki obserwuje nas pani Upshaw, i stuka trzy razy w pomarańczową karoserię z boku kampera, powyżej linii rdzy.
Wsiadać wszyscy z powrotem, krzyczy. Ruszamy. Gdzie twoja siostra?
Wchodzi po nią do domu i wynosi ją na rękach, leżącą w poprzek jego piersi. A ona się śmieje.
Mogę siedzieć z przodu? pytam.
Nie, odpowiada on.
A ja? pyta siostra.
Nie, odpowiada on.
Zapinamy pasy na tylnym siedzeniu, jak wcześniej, nasze miejsca wciąż są jeszcze ciepłe, a on kieruje tępy dziób kampera z powrotem po odmienionej drodze na szosę i odjeżdżamy.
Kto namalował tę czerwoną linię wokół naszego domu? pyta siostra.
Też się zastanawiam. Ale pewnie nigdy się nie dowiemy, mówi Leif.
Jacyś ludzie? pyta ona.
Jacyś pewnie tak, mówi on.
Ale dlaczego ludzie tak robią? pyta ona.
Ludzie to ludzie, mówi Leif. Ludzie bywają tajemniczy, dlaczego w ogóle ktokolwiek cokolwiek robi?
No dobra, ale dlaczego wyjeżdżamy? pytam.
Bo już czas, mówi on.
Dokąd jedziemy? pytam.
A dokąd chcecie? pyta Leif.
Zeszłego lata na naszych oczach zaszły wielkie zmiany w miejscu, gdzie parkowali i na jakiś czas zatrzymywali się ludzie, którzy przez cały rok jeżdżą po kraju i mieszkają w przyczepach kempingowych.
Na trawiastej przestrzeni między szosami mieściło się kilka takich przyczep. Żyjące w nich rodziny zwykle przyjeżdżały w czerwcu i wyjeżdżały w lipcu. Robiły tak od lat, dłużej, niż jesteśmy na świecie. W wakacje ich dzieci bawiły się z nami.
Lecz ostatniego lata na tym terenie pojawiły się ogromne poszarpane bloki betonu, wbite w ziemię pionowo lub ukośnie, większe od samochodów. Moja siostra na ich widok wybuchnęła płaczem. To nie było do niej podobne. Niełatwo ją przestraszyć.
A teraz, przypięta pasem obok mnie, wyrywa ręce i nogi lalce znalezionej w ogrodzie za domem, potrząsa korpusem, żeby wysypać kamyki grzechoczące w środku, następnie brzegiem koszulki wyciera ją do czysta i wciska kończyny z powrotem na miejsca.
Jesteśmy teraz Podróżnikami³? pyta.
Tak, odpowiada Leif, to właśnie robimy, podróżujemy.
To dobrze, mówi ona, bo zobaczymy wszystko na nowo i wszystko będzie nowe, a domy będą wyglądać inaczej niż zwykle.
Jedziemy do jakiegoś Tesco i stajemy na końcu parkingu. Świetna miejscówka, będzie blisko do sklepu.
Do tego to całodobowy, mówi Leif, więc przy odrobinie szczęścia nikt się nie będzie czepiać, że tu nocujemy.
Ale w środku nocy, właściwie nad ranem, słyszę, jak Leif przekręca się po ciemku na łóżku-stole, na którym zwykle spał z mamą.
Co to za dźwięk? rzuca w ciemność.
Podrywam się.
Połóż się, mówi Leif. To jakieś zwierzęta.
Kiedy jednak rano otwieramy drzwi, widzimy, że ktoś namalował na ziemi pas czerwonej farby ściśle otaczający kampera.
Smuga idzie dookoła samochodu i przecina samą siebie przy metalowym schodku, który postawiliśmy przy drzwiach, żeby móc bezpiecznie wchodzić i wychodzić. Farba, jeszcze mokra, jest też na schodku i miejscami na oponach oraz felgach, a nawet na karoserii przy kołach.
Składamy łóżka i stół, chowamy pościel i opuszczamy dach. Sprawdzamy haczyki na szafkach, żeby się upewnić, że wszystko jest gotowe do drogi. Siostra i ja wsiadamy do kabiny i zapinamy pasy; ze swojego miejsca dokładnie widzę linię wokół kampera, która tu po nas zostanie. Trochę się nawet cieszę, że zostawimy po sobie taki krzyczący czerwienią ślad, dokładny obrys samochodu, jedyny taki na całym parkingu przy supermarkecie.
Leif wkłada kluczyk do stacyjki i przekręca. Nic się nie dzieje. Jeszcze raz. I znów nic.
Potem przyjeżdża holownik. Leif kłóci się z ludźmi z ochrony, a nam daje trochę pieniędzy, więc idziemy do supermarketu.
Kupujemy trzy croissanty, robimy Leifowi kawę w automacie, a kobietę za ladą w mięsnym prosimy, żeby ukroiła nam tyle sera i szynki, za ile możemy zapłacić resztą drobniaków. Wracamy na parking i widzimy, że Leif wyjął z kampera wszystkie potrzebne rzeczy i zapakował nam je do plecaków.
Mój jest bardzo lekki.
Podczas gdy ludzie próbują zaczepić hak holownika w jakimś nieprzeżartym rdzą miejscu z przodu kampera, Leif przekłada wszystkie trzy croissanty plastrami szynki i sera, które nam ukroiła ekspedientka. Jednego daje mnie, a drugiego mojej siostrze. Trzeciego robi dla siebie, przerywa go na pół, jedną połówkę podnosi i mówi:
to dla waszej mamy.
Ale ona jest w innym kraju, mówię.
Zepsuje się, zanim go dostanie, dodaje siostra.
W takim razie najlepiej od razu go zjedzcie, mówi Leif, przedziera tę połówkę jeszcze raz na pół i daje nam po pół połówki.
Siedzimy na murku przed supermarketem i jemy to śniadanie. Patrzymy na tył kampera, gdy go wywożą z parkingu. Idę popatrzeć na czerwoną linię. Potem wracam i opowiadam z niezadowoleniem, że czerwony obrys namalowany przez kogoś wokół kampera ani trochę nie przypomina go kształtem.
Tę połówkę croissanta, która należy do waszej mamy, zabierzemy do niej pod waszą postacią, mówi Leif.
Ale jak? pytam, skoro nie mamy kampera?
Możemy poprosić, żeby ktoś nas podwiózł do portu, mówi on. A potem kogoś jeszcze, żeby nas zabrał do kolejnego.
A jeśli nikt się nie zgodzi? pytam.
To pójdziemy na nogach, mówi on.
Całą drogę? pytam.
A jeśli ona nie chce nas tam widzieć, bo do Hotelu Splendor mogą wchodzić tylko goście? pyta siostra.
Nie chcieli nas nawet w tej byle jakiej przestrzeni, którą nazywają wejściem przeładunkowym, a co, jeśli ona jeszcze nie będzie gotowa na spotkanie z nami, gdy tam dotrzemy? pytam.
Gdzie będziemy mieszkać, czekając na nią? pyta siostra.
Coś wymyślimy, mówi Leif. Zarobię trochę pieniędzy. A wasza mama do tego czasu dostanie wypłatę. Kupimy nowego kampera.
A jeśli tam w porcie namalują taką linię wokół ciebie albo wokół nas, wokół naszych stóp, a nawet przez nasze stopy? pyta siostra. Albo jeszcze zanim dotrzemy do portu? A jeśli to się stanie teraz, zaraz, jeśli wyjdziemy na drogę i będziemy próbowali wykombinować, w którą stronę idzie się do portu, a jacyś ludzie nagle do nas podbiegną z pędzlem? A jeśli mi namalują taką linię na butach?
Jeśli ktoś coś takiego zrobi, to będziesz miała pięknie czerwone buty, mówi Leif.
Pojechaliśmy pociągiem do innego miasta. Nie bardzo daleko, ale według Leifa dostatecznie. Przez całą drogę milczał, siedząc przy oknie w tak ostrym słońcu, że kiedy się na niego spojrzało, aż bolały oczy.
Dojeżdżamy na miejsce i wydostajemy się z dworca, przechodząc przez bramki, a potem stoimy na słońcu i czekamy, aż nam powie, dokąd idziemy. W końcu oznajmia, że długo się zastanawiał, aż wreszcie coś mu się wyklarowało i podjął pewną decyzję.
Nie! protestujemy jednocześnie.
My też chcemy jechać, mówi siostra.
Dlaczego nie możemy? pytam.
Tak będzie łatwiej, mówi on. Pomyślcie. W ten sposób mogę łatwiej się przemieszczać, więc szybciej z nią tu wrócę.
Rzeczywiście przez wiele godzin kazano nam dla naszego dobra czekać w pomieszczeniach przy granicach, w portach i na lotniskach, podczas gdy w innych pomieszczeniach ludzie w mundurach sprawdzali Leifa, bo skoro on podróżuje z nami, a my z nim, chociaż nie jesteśmy spokrewnieni, budzi to sporo podejrzeń, a wtedy bardzo łatwo spóźnić się na samolot czy statek, o ile nie jest się na tyle bogatym, by przechodzić przez kontrole bez dokładnego sprawdzania.
Pozbywasz się nas, jak wąż, który wyrzuca skórę, mówi siostra.
Nie wyrzuca, tylko zrzuca, mówię. To się nazywa wylinka.
Siostra zaczyna śpiewać wyrzucam śmiało skórę na melodię starej piosenki.
Że niby jestem wężem? pyta Leif. Wężowym ruchem faluje ramionami, z dłoni robi gadzie paszcze, a resztą ciała udaje, że nawet nie zauważa, co robią jego ręce.
Ale nam nie jest do śmiechu.
Mamy zamieszkać gdzieś z jakimiś ludźmi, których w ogóle nie znamy? pytam.
Leif zwiesza ręce po bokach.
Mam pewien pomysł, mówi.
Stoimy na parkingu przed dworcem, a on dzwoni do kogoś, kto zna kogoś, kto ma w tym mieście dom, w którym może wolno by nam było trochę pomieszkać.
A jeśli ciebie nie będzie i zjawią się jacyś ludzie, według których nie powinno nas tam być? Co wtedy? pyta siostra.
Nie zjawią się, mówi Leif.
Skąd wiesz? pytam.
Skąd mieliby wiedzieć, gdzie was znaleźć? mówi on. I kim jesteście?
A jeśli ten ktoś, kto ma się nami opiekować, powie im, gdzie nas znaleźć i kim jesteśmy? pytam.
Tak się nie stanie, bo nikt nie będzie się wami opiekować, tylko wy, mówi on.
Aha, odpowiadam.
Naprawdę? pyta siostra.
Myślę, że takie duże dzieciaki jak wy mają już dość rozsądku, żeby przez pewien niedługi czas sobie poradzić, mówi on.
No pewnie, mówię. W każdym razie ja.
Powiesz mamie, gdzie jesteśmy, jak już dotrzemy w to nowe miejsce? dopytuje siostra.
A jak myślisz? pyta Leif.
No właśnie, jak myślisz? dodaję.
Ale w środku się we mnie kotłuje, aż mnie w żołądku ściska.
Po drodze do tego nowego domu zatrzymujemy się i Leif wchodzi do sklepu na rogu, żeby coś tam od kogoś dostać. Siedzimy na krawężniku i czekamy.
Leif nas zostawia, mówi siostra.
Nie na długo, odpowiadam.
Mówię to do swojego żołądka.
Leif odchodzi, mówi ona.
Kręcę głową, patrząc na nią, jakby mnie irytowała, jakby zachowywała się irytująco.
Ale może ma rację, może on odchodzi, zostawia nas wszystkich, włącznie z mamą. Może wcale nie wróci. Może tak łatwo będzie mu się przemieszczać, że zniknie bez śladu, całkiem wyparuje z naszego życia. A potem może mama, jeśli wróci do domu, gdy nadejdzie pora, nie będzie miała pojęcia, gdzie jesteśmy, więc sprawdzi w tamtym ostatnim miejscu, ale nas tam nie będzie, bo będziemy gdzie indziej, o czym ona nie będzie wiedzieć, a my nie będziemy wiedzieć, że wróciła.
Jeśli on się nie zjawi, to do niej zadzwonimy, mówię.
Nie mamy telefonu, mówi siostra. Ani my, ani ona.
Poprosimy kogoś, żeby nam na chwilę pożyczył swój, obiecamy zapłacić za rozmowę i zadzwonimy do Alany, mówię.
Powtarzam sobie w myślach jej numer. A jeśli telefon Alany nie będzie działał albo nikt nie odbierze, myślę, choć nic nie mówię, to zostawimy wiadomość. I zadzwonimy do Splendoru. A jeśli będzie taka potrzeba, to możemy wrócić pociągiem, to tylko pół godziny, i powiedzieć państwu Upshawom, na wypadek gdyby nas szukała, może jej przekażą, znaczy on może przekaże.
Siedzę i myślę, co jeszcze możemy zrobić i jak. Wszystkie te co i jak rozciągają się wokół mnie jak siatka pod artystami wykonującymi akrobacje na linach i trapezach pod dachem namiotu cyrkowego, na wypadek gdyby któryś spadł.
Leif nas zostawia, Leif nas zostawia, powtarza siostra cicho, jakby coś nuciła, uderza przy tym rytmicznie obcasem o krawężnik, jakby sobie akompaniowała.
Leif wychodzi ze sklepu z czterema reklamówkami konserw. Mówi, że policzył, czego będziemy potrzebować na każdy posiłek, razem ze śniadaniami. Nie sądzi, żeby miało go nie być aż tak długo, jak może sugerować liczba tych puszek, ale na wszelki wypadek kupił dokładnie tyle, ile byłoby potrzeba na najdłuższy czas, jaki może mu zająć podróż po mamę i sprowadzenie jej z powrotem. I kupił jeszcze to. Bierze siatki w jedną rękę, a drugą wkłada do kieszeni i wyjmuje nowy otwieracz do konserw.
I całe szczęście, bo dom okazuje się pusty. To znaczy nie ma w nim nic, żadnych szafek czy szuflad, do których można by włożyć puszki lub otwieracz do konserw, w ogóle nie ma tam mebli. Leif otwiera drzwi frontowe, a my wbiegamy do środka, aż rozlega się pogłos, jak zwykle gdy w pustej przestrzeni pojawiają się ludzie; wszyscy troje zdajemy się jednocześnie więksi i mniejsi, gdy tak chodzimy po podłodze z desek oraz w górę i w dół po drewnianych schodach, a nasze głosy huczą, gdy nawołujemy się z kolejnych pomieszczeń. Jest ich więcej, niż potrzeba. Trzy na górze i trzy na dole, nie licząc przedpokoju. Nigdy wcześniej nie zdarzyło nam się przebywać w tak wielkim domu. Tylko przy końcu schodów, gdzie na drewnianym słupku wiszą nasze kurtki, a na podłodze leżą reklamówki, dźwięki brzmią bardziej normalnie, jeśli się mówi w pobliżu tych rzeczy.
Leif obchodzi dom, zagląda po kolei do wszystkich pomieszczeń. W każdym pokoju testuje pstryczki. Mamy prąd! ogłasza, gdy w pierwszym zapala się światło. Żarówki oświetlają pustkę w pokojach i bladoróżowy kolor ścian niepokrytych tapetą ani farbą. Na górze jest toaleta. Stara, z pękniętą muszlą klozetową. Leif sprawdza spłuczkę i upewnia się, że działa. Jest też wanna, nieco nowsza i czystsza. Z kranów leci woda. Obok stoi umywalka, w niej też krany działają. Jest tylko zimna woda. Na dole, w pomieszczeniu w głębi domu, znajduje się spory zlew. Tu też jest tylko zimna woda.
Leif odpakowuje z folii niewielki czajnik przyniesiony ze sklepu i napełnia go wodą. Podłącza do prądu. Działa.
Z tyłu jest kawałek ogródka, mówi Leif, wkładając kurtkę przy drzwiach frontowych.
Wyjmuje z kieszeni klucze i nam pokazuje.------------------------------------------------------------------------
¹ Franz Kafka, Osiem notatników, przeł. Barbara Surowska, Wydawnictwo Atext, Gdańsk 1995, s. 21.
² W tym fragmencie wiersza szkockiego poety w oryginale pojawia się kluczowe dla tej powieści słowo tytułowe: gliff – tu w znaczeniu „umknąć, uniknąć”. Now haud ye cheerie, neebors a’ / And gliff life’s girnin’ worriecraw (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
³ Podróżnicy (Travellers) – przedstawiciele kilku koczowniczych grup etnicznych spotykanych na Wyspach Brytyjskich. Najbardziej znani są Irlandzcy Podróżnicy (Pavee), ale określani tak bywają również przedstawiciele innych grup etnicznych, w tym Romowie.