-
nowość
-
promocja
Grzeszni chłopcy - ebook
Grzeszni chłopcy - ebook
Pai Hsien-yung to najlepiej znany na Zachodzie pisarz tajwański, a przy tym jedna z najbardziej cenionych i barwnych postaci tajwańskiej sceny literackiej, kulturalnej i obyczajowej. Grzeszni chłopcy to najgłośniejsza powieść Pai Hsien-yung. Jej akcja toczy się na początku lat 70. w środowisku tajpejskich homoseksualistów. Opisuje mniej lub bardziej burzliwe, czasami tragiczne losy kilku młodych gejów; prawdziwym jej tematem jest jednak ich relacja z otaczającym światem, emocjonalne związki z rodzicami, możliwość (lub brak możliwości) emocjonalnego odnalezienia się w społeczeństwie. Z punktu widzenia treści, na swoje czasy powieść była na scenie tajwańskiej wręcz rewolucyjna, dzisiaj uważana jest za prekursorską wobec współczesnej tzw. „literatury towarzyszy” (tongzhi wenxue).
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
Spis treści
Księga pierwsza. Wygnanie ............................................... 5
Księga druga. W naszym królestwie ................................9
Księga trzecia. Kraina Szczęśliwości ............................285
Księga czwarta. Te młode ptaki w locie.......................475
POSŁOWIE.......................................................................507
| Kategoria: | Literatura piękna obca |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8196-640-5 |
| Rozmiar pliku: | 7,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
WYGNANIE
Trzy miesiące i dziesięć dni temu, w pewne nadzwyczaj słoneczne popołudnie, ojciec wypędził mnie z domu. Słońce jaśniało bielą w naszej alejce, gdy jak szalony, bez butów, wypadłem z domu. Kiedy na końcu alejki obejrzałem się jeszcze za siebie, ojciec biegł za mną, a jego wysoka sylwetka chwiała się na boki. Wymachiwał pistoletem, tym samym, którym kiedyś jako dowódca oddziału posługiwał się na Kontynencie. Siwe włosy na głowie sterczały mu na wszystkie strony, przekrwione oczy płonęły. Jego głos, nabrzmiały rozpaczą i wściekłością, trząsł się, gdy krzyczał za mną ochryple:
– Zwierzę! Zwierzę!
Ogłoszenie
Po przeprowadzonym śledztwie ogłasza się co następuje: uczeń klasy III C oddziału wieczorowego, nazwisko Li, imię Qing, oraz kierownik laboratorium chemicznego, nazwisko Zhao, imię Wusheng, dopuścili się czynu nierządnego na terenie szkoły. Do zdarzenia doszło w laboratorium chemicznym, trzeciego bieżącego miesiąca, około godziny 23.00. Na miejscu straż szkolna stwierdziła zajście niemoralnego zachowania i zatrzymała ww. ucznia, który naruszył dobre imię naszej szkoły. Wykroczenie to zostało uznane za równoważne trzem poważnym naganom i podjęto decyzję o wydaleniu ww. ucznia ze szkoły. Niech to służy jako przestroga dla innych.
Podpisano
Gao Yitian, dyrektor liceum Yude
5 maja, 59 rok Republiki Chińskiej (1970)1
W naszym królestwie jest tylko noc, nie ma dnia. O świcie nasze królestwo staje się niewidzialne, jest bowiem państwem całkowicie nielegalnym: nie mamy ani rządu, ani konstytucji, nikt nas nie uznaje, nie cieszymy się niczyim szacunkiem, mamy jedynie zbieraninę obywateli. Czasami próbujemy wypchnąć kogoś na przywódcę, jakiegoś seniora o ujmującym sposobie bycia, z prezencją i lubianego. Ale jako ludzie swobodni obalamy go, gdy przychodzi nam na to ochota, bo jesteśmy narodem niesfornym, który kocha nowości i nienawidzi tego, co stare. Jeśli zaś chodzi o nasze terytorium, jest ono żałośnie małe, ma zaledwie dwieście czy trzysta metrów długości i ledwie sto metrów szerokości, ogranicza się bowiem do małego skrawka ziemi wokół prostokątnego stawu z lotosami w Nowym Parku przy ulicy Guanqian w Tajpej. Granice naszego państwa porośnięte są splątaną, nieprzebytą gęstwiną tropikalnych drzew i krzewów: zielonych wilczomleczy, drzew chlebowych i wyłysiałych ze starości palm; wzdłuż ulicy ciągnie się dodatkowo rząd ogromnych palm królewskich, dzień w dzień chwiejących głowami z ciągłym, a smutnym westchnieniem. Wszystkie one są niczym szczelne ogrodzenie ukrywające nasze królestwo i chwilowo odgradzające je od zewnętrznego świata.
A jednak nie ma momentu, w którym zagrożenie ze strony tego ogromnego zewnętrznego świata za ogrodzeniem nie byłoby na naszym terytorium dotkliwie odczuwalne. Jazgoczące megafony radiostacji znajdującej się w pobliżu naszej dżungli wciąż przynoszą sensacyjne wiadomości z tamtej strony. Spikerka z China Broadcasting Corporation mówi stanowczo pekińskim akcentem:
– Amerykańscy astronauci wylądowali na Księżycu! Dziś rano aresztowano siatkę przemytniczą z Hongkongu i Tajwanu! W sądzie zaczęła się rozprawa dotycząca korupcji w Urzędzie Gospodarki Wodnej i Kanalizacyjnej!
Wszyscy czujnie nadstawiamy uszu, jak stadko jeleni w puszczy pełnej tygrysów i wilków. Każdy najcichszy dźwięk, każdy podmuch wiatru i każdy szelest jest dla nas ostrzeżeniem. Gdy tylko po stronie palmowych zarośli rozlegnie się stukot podkutych policyjnych butów wkraczających na nasze terytorium, jak jeden mąż podrywamy się niczym stado spłoszonych ptaków. Jedni biegną przed radiostację, by tam wmieszać się w tłum, inni wpadają do publicznej toalety, w której markują sikanie lub coś grubszego, jeszcze inni uciekają do wielkiej bramy parku i tam, na kamiennych stopniach muzeum podobnego do antycznego grobowca, chowają się za wysokimi kolumnami, by w cieniu kamiennej palisady zyskać szansę chwilowego ocalenia. Nasze anarchiczne królestwo nie może nam zapewnić ochrony, musimy więc polegać na własnych zwierzęcych instynktach i sami w ciemności po omacku szukać sobie drogi przetrwania.
Dzieje naszego królestwa ukryte są w mrokach niepamięci, nie wiadomo, kto je stworzył ani kiedy powstało, ale w tym ściśle tajnym, maleńkim państewku przez lata wydarzyło się wiele burzliwych historii godnych i pieśni, i łez, których obcy nigdy jednak od nas nie usłyszą. Nasi posiwiali starcy, wspominając czasem barwne wydarzenia z przeszłości, wzdychają z sentymentem i oczywistą odrobiną dumy:
– Ech, gdzie wam do tamtych czasów…
Podobno przed kilku laty nasz parkowy staw pokryty był czerwonymi lotosami, które latem rozkwitały i unosiły się na wodzie niczym jasne, jaskrawe lampiony. Później jednak z jakiegoś powodu władze miejskie kazały wszystkie do szczętu powyrywać, na środku stawu wzniesiono ośmiokątny pawilon, a na jego czterech krańcach dodano jeszcze altanki o czerwonych kolumnach i zielonych dachówkach. W ten sposób nasze proste niegdyś i prymitywne terytorium ni z tego, ni z owego nabrało subtelnie antycznego charakteru i jego zwyczajność została przeniknięta odrobiną niezwykłości. Gdy ktoś o tym wspominał, nasi starcy wzdychali z rzewną tęsknotą za przeszłością:
– Ach, te czerwone lotosy… Jak zakwitły, to aż serce rosło!
Zaczynali wtedy przerzucać się między sobą nazwiskami, których nigdy wcześniej nie słyszeliśmy, i wspominać dawne bolesne zdarzenia. Bohaterami ich opowieści byli mężni zuchwalcy, którzy zarzucili nasze obywatelstwo i wyruszyli na gościńce szerokiego świata. Po niektórych dawno już ślad zaginął, zniknęli na zawsze bez wieści; inni zmarli młodo, a ich groby porosły już trawą. Ale byli i tacy, którzy po pięciu, dziesięciu, piętnastu albo dwudziestu latach nagle pojawiali się na brzegach lotosowego stawu i uparcie, niespokojnie krążyli wokół niego, jakby chcieli odnaleźć utraconą przed wielu laty duszę. Nasi posiwiali starcy kiwali wtedy głowami, przymykali oczy i z wyrazem współczucia na twarzy wygłaszali tę nasyconą mądrością i wielkim wzruszeniem konkluzję:
– Zawsze tak jest. Wam się wydaje, że świat na zewnątrz jest taki wielki? W końcu przychodzi taki dzień, zawsze w końcu przychodzi taki dzień, w którym potulnie wracacie do naszego gniazda.2
Dzień wcześniej temperatura w Tajpej wzrosła do 40 stopni Celsjusza. Prasa podawała, że było to najbardziej upalne i najsuchsze lato od dwudziestu lat i przez cały sierpień nie spadła nawet kropla deszczu. Drzewa w parku aż parowały od gorąca. Nad gąszczem palm, wilczomleczy i wielkich kokosowców unosiła się zawiesista para, która spowijała ich korony gorącą mgłą. W ciągu dnia słońce tak strasznie rozpaliło betonowe stopnie i kamienne barierki wokół lotosowego stawu, że jeszcze w nocy wciąż buchały żarem i stając na stopniach, czuliśmy, jak przegrzane powietrze spowija nasze ciała drażniącym skórę ciepłem. Niebo było czarne i przepastne, a chmury tak niskie, że zdawały się przygniatać ziemię. Opasły, czerwonawy księżyc zwieszał się nisko na skraju nieba nad czubkami kokosowców, niczym wielka kula mięsa rozpalonego szkarlatyną, nabiegłego krwawymi liniami. Z żadnej strony nie dochodził najlżejszy nawet podmuch wiatru i drzewa w czarnej gęstwie stały nieruchomo. Powietrze było gęste, gorące i duszne, jakby miało za chwilę skleić się w galaretę.
Ponieważ był to wieczór weekendu, zjawiliśmy się wszyscy i jeden obok drugiego, ciasnym kręgiem wsparci o barierkę, staliśmy na stopniach wokół lotosowego stawu. Otaczało nas morze głów, które krążąc w ciemnościach, to przybliżały się, to oddalały, ujawniając to sunącą gdzieś łysinę, to odpływającą dokądś białą grzywę, a niezliczone pary szeroko otwartych, błyszczących pożądaniem oczu połyskiwały niczym kocie źrenice w nocy. Z każdego zakątka dobiegały ciche, szemrzące, potajemne szepty, a od czasu do czasu rozlegał się czyjś głośny, rubaszny śmiech, niosący się echem pod nocnym gorącym niebem.
Oczywiście ten wybuch tubalnego śmiechu pochodził od naszego mistrza, szefa Yanga. Szef Yang ubrany był w obcisły, czerwony pulower, opięty na sterczącym mu z przodu wielkim, okrągłym brzuchu, oraz w błyszczące spodnie z czarnego orlonu, ciasno spowijające z tyłu jego grube pośladki. Razem wyglądało to tak, jakby z przodu i z tyłu ukrywał pod ubraniem dwa wielkie, okrągłe balony. Przechadzając się między ludźmi, nieustannie patrolował stopnie wokół stawu, zajęty witaniem się z całym towarzystwem. W ręku trzymał półmetrowy papierowy wachlarz, a gdy go rozkładał, ukazywał się na nim dwuwersowy napis: „Wiatr łagodny nadchodzi” u góry i „Ze snu dobrego nie budzi” na dole, wykonany śmiałą, ekstrawagancką kaligrafią. Szef Yang sapał, pokrzykiwał, śmiał się, a dwa wielkie balony z przodu i z tyłu jego ciała rytmicznie podskakiwały mu w górę i w dół, dając efekt wielce godny i buńczuczny. Szef Yang sam mianował się głównodowodzącym naszego parku i twierdził, że potrafiłby policzyć każde ździebełko trawy w naszym gnieździe, a uczniów, którzy wyszli spod jego ręki i spod ręki jego uczniów, było, mówiąc skromnie, nie mniej niż stu pięćdziesięciu. Miał ten zwyczaj, że wymachując swym półmetrowym wachlarzem niczym batutą, wymierzał go w nas gwałtownie i bezlitośnie rugał:
– Wy skurwysyny, jak wasz mistrz rozpoczynał karierę w tym parku, wyście jeszcze wszyscy u matek w brzuchach siedzieli! Wy macie śmiałość stroić fochy w mojej obecności? Gnoje bezczelne, gównojady, co gówna od obiadu nie odróżnią!
Pewnego razu Nefrycik, wystrojony w szkarłatną koszulę z kołnierzykiem i szafirowe spodnie dzwony, przechadzał się po stopniach nad stawem, stukając głośno botkami. Wysztafirowany jak laleczka, wyglądał bardzo wdzięcznie i przystojnie, ale z jakiegoś powodu strasznie to rozsierdziło naszego mistrza, który jednym chwytem złapał go za nadgarstek, wykręcił mu rękę na plecy i rzekł z szyderczym uśmiechem:
– No i co, chudzino, przed kim się popisujesz? Chcesz tu przed mistrzem prezentować swoje wdzięki? Jak mistrz był w twoim wieku, mógł w sztuce grać pięknego generała Yang Zongbao! Ja ci tu zaraz zważę te twoje kosteczki! – I drugą ręką z całej siły uszczypnął Nefrycika w szyję, a Nefrycik krzyczał tylko z bólu i błagał o zmiłowanie.
Nasz mistrz, szef Yang Jinhai, był w istocie osobą doświadczoną i cieszącą się w parku wielkim mirem. Był jednym z parkowych ojców założycieli, a co więcej, znał tu niemal wszystkich i doskonale poznał też nasze charaktery. Był człowiekiem sprytnym, gładkim w obejściu, a ponieważ miał za sobą wsparcie kilku poważnych i szanowanych osób, cieszył się w parku dużą popularnością. W przeszłości był menadżerem lub szefem zmiany w kilku barach i restauracjach w japońskiej dzielnicy uciech Liutiaotong przy północnym odcinku ulicy Zhongshan. Tam nauczył się radzić sobie z ludźmi wszelkiego autoramentu, nabrał obycia i wyrobił sobie wiele kontaktów, i wciąż jeszcze miał swoje oczy i uszy w wielu hotelach i knajpach. Dobrze znał różne „heloł, heloł” w łamanym angielskim, a także wszelakie „dodeska” po japońsku, dzięki czemu świetnie potrafił się poruszać po takich miejscach jak Liutiaotong albo jemu podobnych.
Pochodził ponoć z dobrej rodziny. Jego ojciec na Kontynencie pełnił oficjalną funkcję w mieście Yantai w Shandongu, a po ucieczce na Tajwan otworzył na ulicy Taoyuan w Tajpej mały nocny bar z przekąskami, który nazwał Brzoskwiniowym Źródłem i którym w jego imieniu zarządzał nasz szef Yang. W tamtym czasie bywalcy naszego parku co noc zbierali się w Brzoskwiniowym Źródle, więc przez jakiś czas interes szedł znakomicie. Wkrótce jednak zaczęli tam też przychodzić różni parkowi chuligani, którzy wymuszali haracze i wszczynali burdy, co wreszcie ściągnęło tam policję. Większość gości, obawiając się kłopotów, przestała się pojawiać, interes podupadł i lokal ostatecznie się zamknął. Później inni również próbowali otwierać własne bary, takie jak Xiaoxiang, Szampan czy Sześć Błogosławieństw, ale żaden z nich nie chwycił. Bywalcy parku wciąż jednak wspominali Brzoskwiniowe Źródło szefa Yanga. Opowiadali, jak to zimą, gdy w parku robiło się zimno, wszyscy szli do Brzoskwiniowego Źródła ogrzać się przy dzbanku szaosińskiego wina i podjeść trochę duszonej na słono wieprzowiny, a gdy wszyscy już troszkę sobie popili, chórem odśpiewywali popularne przeboje, wystukując rytm na miskach i talerzach. To dopiero była atmosfera! Gdy rozmowa schodziła na Brzoskwiniowe Źródło, szef Yang mówił zawsze z wielką dumą:
– To moje Brzoskwiniowe Źródło to był prawdziwy raj nie z tego świata! Nasze ptaszki zawsze mogły się tam schronić, na zewnątrz wiatr i ulewa, a tam cicho i bezpiecznie. A ze mnie była prawdziwa Guanyin Tysiącręka i nikt nawet nie wie, ile tych ptaszków ocaliłem od cierpienia!
Później jednak szef Yang pokłócił się z ojcem i odszedł z domu, a to dlatego, że nie oglądając się na nic, ściągnął staruszkowi wielką sumę z bankowego konta. Ludzie mówili, że wszystkie te pieniądze przeznaczył na swego ukochanego przybranego syna, troglodytę Axiongzaia, który wywodził się z jednego z górskich plemion. Axiongzai cierpiał na padaczkę i zdarzało się, że ni z tego, ni z owego padał nagle na ziemię, tocząc z ust pianę, a raz stracił przytomność na jezdni i samochód przejechał mu obie nogi. Spędził wtedy pół roku w sanatorium, a szef Yang w całości pokrył koszty jego rehabilitacji, które wyniosły kilkaset tysięcy yuanów.
Axiongzai miał metr dziewięćdziesiąt wzrostu, ciemną skórę, mięśnie na piersi twarde jak żelazo i niesamowite łapska, ogromne jak łapy niedźwiedzia. Czasami dla zabawy chwytał nas w objęcia i ściskał z całej siły, a ponieważ miał jej w nadmiarze, mieliśmy wrażenie, że za chwilę połamie nam wszystkie kości, i tylko wrzeszczeliśmy z bólu. Axiongzai najbardziej ze wszystkiego uwielbiał jeść, a my lubiliśmy się z nim droczyć i machając mu przed nosem lodem na patyku, mówiliśmy: „Jak nazwiesz mnie ładnie starszym bratem, to dostaniesz!”. A on śmiejąc się wtedy pełną gębą i wystawiając język, wołał: „Starsy brat, starsy brat!”, chociaż w rzeczywistości to on był od nas starszy o kilkanaście lat i miał już zapewne trzydziestkę. Ilekroć go widzieliśmy, człapał za szefem Yangiem, zawsze ściskając w ręku torebkę z łakociami, jak suszone śliwki, kandyzowane owoce albo fistaszkowe chrupki, które garściami wsypywał sobie do ust. Na nasz widok od razu podsuwał nam torebkę, pytając: „Chcecie?”, i zawsze się z nami dzielił. Szef Yang czasami nie był z tego zadowolony i stuknąwszy go w głowę wachlarzem, pomstował:
– Takiś szczodry? Zaraz nic nie będziesz miał! Czekaj, czekaj, następnym razem to ci do jedzenia psiego kutasa kupię!
– Ej, uczniowie moi, co tak stoicie jak gamonie?
Szef Yang podszedł do naszej grupki i mierząc w każdego z nas po kolei swoim wachlarzem, zakrzyknął:
– Jak się nie ruszycie, to męskie dziwki z Sanshuijie sprzątną wam sprzed nosa wszystkie grube ryby, a wam zostaną tylko nieświeże bułki! Apetytu nie macie czy co?
Z poszumem rozłożył swój wielki wachlarz, ukazując napis „Wiatr łagodny nadchodzi, Ze snu dobrego nie budzi” i zaczął się energicznie wachlować. Troglodyta Axiongzai jak zawsze stał tuż za nim, wielki i potężny niczym cyrkowy niedźwiedź, ubrany w nowiutką fioletową sportową koszulkę z nylonu, ciasno opiętą na jego wypukłych mięśniach.
– No, no, Axiongzai, ale masz twarzową koszulkę! Prezent od Kutafona? – spytał Nefrycik, klepiąc Axiongzaia w pierś.
Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem. Jeśli czasem chcieliśmy podrażnić się z naszym mistrzem, zawsze zaczepialiśmy Axiongzaia. Kutafon był starym, ponad sześćdziesięcioletnim zbereźnikiem z karkiem pokrytym łuszczycą, którego nikt w parku nie szanował. Zwykle czaił się gdzieś w ciemnościach i jeśli któryś z nas nie zachował ostrożności, Kutafon od razu wyciągał po niego łapy. Pewnego razu torebką prażonych orzeszków zwabił do siebie Axiongzaia, a kiedy mistrz się o tym dowiedział, tak się wściekł, że stłukł Kutafona prawie na śmierć.
– Ty sukinsynu pieprzony, to chyba tobie Kutafon ubrania kupował! – wrzasnął szef Yang i zdzielił Nefrycika po głowie wachlarzem. – Spytaj się Axiongzaia, kto mu to kupił.
– Tata mi kupił – odparł Axiongzai, wystawiając język i śmiejąc się głupawo.
– A gdzie ci kupił, głuptasie?
– W Centrum Jinri.
– A za ile?
– Za sto dziesięć…
– No kurwa mać! Za sto osiemdziesiąt!
Szef Yang walnął Axiongzaia pięścią w potężne plecy, po czym ujrzawszy Szczurka kulącego się lękliwie za plecami Nefrycika, zawołał ze śmiechem:
– Aha, tu cię mam, złodziejaszku! Tu się chowasz!
Złapał Szczurka za ucho, przyciągnął do siebie i chwyciwszy go mocno za patykowate ręce, splunął i zaczął kazanie:
– Dawać mi tu tasak, zaraz mu obetnę te złodziejskie łapy! Na co one komu? Całymi dniami nic, tylko byś kradł! Nigdy w życiu nic ci się dobrego nie uda! Ja ci przedstawiam faceta, żebyś się z nim pieprzył, a nie po to, żebyś go okradał! Twarz przez ciebie straciłem! Nie będę czekał, aż ktoś cię zgłosi na policję, ja sam cię zawlokę na komisariat, żeby tam się tobą zajęli! A jutro pójdę do Wrony i powiem mu, żeby cię znowu podwiesił i porządnie zlał!
– Mistrzu… – błagał Szczurek, usiłując mu się wyrwać, a jego żółtawa, trójkątna twarz wykrzywiła się grymasem niepokoju.
– No proszę – rzekł szef Yang szyderczo – jednak wiesz, co to strach! Ostatnim razem gdyby nie ja, to Wrona na śmierć by cię zatłukł! Już zapomniałeś, jak smakuje bat?!
Szef Yang wymierzył Szczurkowi dwa policzki, aż głowa odskoczyła biedakowi raz w jedną, raz w drugą stronę, przyłożył mu jeszcze wachlarzem w czoło, po czym nie racząc więcej na niego spojrzeć, odszedł wraz z Axiongzaiem, a zwały sadła na ciele podrygiwały mu rytmicznie w takt kroków.
– Znowu coś komuś ukradłeś? – spytał Nefrycik.
– Ja tylko wziąłem jedno wieczne pióro. Wielkie, kurwa, rzeczy! – wykrzywił się Szczurek i splunął. – Drań jeden, umówił się ze mną na trzysta, a dał mi tylko dwieście.
– Ooo, a od kiedy to cenę podniosłeś? Trzysta? – zdumiał się Nefrycik.
Szczurek zaczerwienił się, otworzył usta, wahał się przez chwilę i wreszcie wykrztusił zawstydzonym głosem:
– No bo on chciał, no wiecie… tamten zestaw.
Wyciągnął przed siebie chudą rękę, podwinął rękaw i odsłonił przedramię. Skupiliśmy się wokół niego i w jarzeniowym świetle latarni przy żwirowej ścieżce, na bladej skórze Szczurka ujrzeliśmy coś jakby trzy czarne wrzody.
– O rany, a co to? – Nefrycik wyciągnął rękę, żeby ich dotknąć.
– Au! – Szczurek podskoczył jak rażony prądem. – Nie dotykaj, to boli! To poparzenia, ten drań mnie tak przypalił papierosem.
– Ty szmato jedna nic niewarta, znowu się w to pakujesz! – krzyknął Nefrycik, oskarżycielsko mierząc w niego palcem. – Któregoś dnia trafisz na takiego, co cię posieka na farsz do pierogów!
Szczurek wyszczerzył pożółkle zęby i zachichotał głupio, ale zaraz ściszył głos i rzekł błagalnym tonem:
– Nefrycik, wstaw się za mną u mistrza. Poproś go, żeby za żadne skarby nic nie mówił Wronie, dobrze?
– A jak się pójdę za tobą wstawić, to jak mi się odwdzięczysz? No chyba zaprosisz mnie do kina na Drzewo wisielców! – Nefrycik pociągnął Szczurka za ucho i dodał: – Słuchaj no, złodziejaszku, jak następnym razem coś ukradniesz, to nie zapomnij się podzielić z paniczem Nefrycikiem.
– Jasne! – wyszczerzył zęby Szczurek.
Pochylił głowę i uważnie przyjrzał się czarnym ranom na swojej ręce, najwyraźniej nimi zafascynowany.
Nefrycik odszedł na chwilę, po czym wrócił i obwieścił Szczurkowi:
– Mistrz powiedział, że tym razem daruje ci to twoje psie życie, ale jak znowu zrobisz coś takiego, to się z tobą bez żartów policzy! A w ogóle, to popatrz na siebie, jak ty się zachowujesz? Wystarczy wspomnieć o Wronie, a ty od razu lejesz po nogach ze strachu. Czemu ty się go tak boisz? Ma takiego wielkiego, że ci dusza ze strachu ucieka, czy co?
Wybuchnęliśmy śmiechem, a Szczurek zachichotał razem z nami. Wrona był jego starszym bratem i Szczurek mówił nam kiedyś, że wychowywał się u niego, bo w dzieciństwie stracił oboje rodziców. Wrona, który pracował jako ochroniarz w burdelu Tuberoza przy ulicy Jiangshan, miał strasznie wybuchowy charakter i mieszkający u niego Szczurek musiał znosić ciągłe brutalne bicie jak jakiś niewolnik. Kiedy go pytaliśmy, czemu po prostu stamtąd nie ucieknie, wzruszał tylko ramionami i nie potrafił udzielić rozsądnej odpowiedzi, mówił jedynie, że już się przyzwyczaił. Pewnego razu ukradł klientowi zegarek i policja przyszła po niego do domu Wrony. Wrona wtedy podwiesił Szczurka pod sufitem i tak go zbił metrowym biczem z metalowego drutu, że Szczurek przez długi czas nie był w stanie się wyprostować. Kiedy w tamtym okresie zdarzyło mu się z nami zobaczyć, garbił się tylko, odwracał twarz i próbował się uśmiechnąć, co sprawiało bardzo dziwaczne wrażenie.
– A-qing… – szepnął mi do ucha Nefrycik i pociągnął mnie za ubranie. Zeszliśmy razem ze stopni i ukryliśmy się w gąszczu między kamforowcami.
– Mam do ciebie prośbę – rzekł Nefrycik gorąco, chwytając mnie za rękę.
– Co znowu? Znów mam za ciebie kłamać? A co mi za to dasz?
– Bracie kochany, ja ci jutro przyniosę dwa wielkie mango! – obiecał Nefrycik przymilnie. – Stary Zhou zaraz tu przyjdzie i będzie mnie szukał. Powiedz mu, że moja matka zachorowała i musiałem pojechać na Sanchongzhen, żeby się nią zająć.
– Daj spokój! – Potrząsnąłem głową ze śmiechem. – Ostatnim razem też mu mówiłem, że matka ci zachorowała. Nie uwierzy.
– A co mnie to obchodzi, czy on uwierzy czy nie. – Nefrycik skrzywił się pogardliwie. – Nie jestem jego własnością. Po prostu nie chce mi się z nim kłócić.
Stary Zhou był „przybranym tatusiem” Nefrycika, z którym schodzili się i rozchodzili już od ponad roku. Miał farbiarnię tkanin w Zhonghexiang, nieźle mu się wiodło i obsypywał Nefrycika prezentami. W minionym tygodniu dał mu zegarek Seiko, którym Nefrycik wszędzie się przechwalał. „Stary Zhou mi kupił”, mówił. Gdy spytałem go, czy zostanie ze Starym Zhou już na stałe, westchnął tylko głęboko i rzekł:
– Ten stary niby jest dla mnie dobry, ale tak mnie pilnuje, że już nie mogę wytrzymać!
Stary Zhou upierał się, żeby Nefrycik przeprowadził się do niego na Zhonghexiang, ale Nefrycik nie chciał. Zgodził się tylko na to, że będzie u niego spędzał kilka dni w tygodniu. Nefrycik był młodym, dzikim koniem, nad którym Stary Zhou nie był w stanie zapanować i to było przyczyną ciągłych kłótni między nimi.
– Jakiś nowy sponsor ci się trafił? – spytałem.
– Powiem ci, ale nie wygadaj się nikomu. To Chińczyk z zagranicy.
– Ho, ho, znalazłeś sobie zagranicznego sugar daddy!
– Mistrz mi powiedział, że gość przyjechał z Tokio. To Tajwańczyk i podobno facet z klasą. Właśnie idę się z nim spotkać w Gospodzie Szóstego Dobrodziejstwa.
Co rzekłszy, Nefrycik zerwał się i w podskokach opuścił nasz zagajniczek. Odwrócił się jeszcze do mnie i zawołał:
– Proszę cię, koniecznie załatw to ze Starym Zhou!
Pośród drzew było pełno komarów i po tych kilku minutach rozmowy całe ręce miałem w bąblach od ukąszeń. Gdy drapiąc się, wychodziłem z zagajnika, nagle poczułem, że ktoś kładzie mi rękę na ramieniu. Aż podskoczyłem.
– Kto tu?! – zawołałem przestraszony.
Odwróciłem się gwałtownie i zobaczyłem przed sobą twarz Wu Mina, bladą jak kartka papieru unosząca się w ciemnościach.
– Ach, to ty! Kiedy wyszedłeś ze szpitala?
– Dzisiaj po południu.
Głos Wu Mina był słaby i drżący.
– I nawet nam nie powiedziałeś, że wychodzisz!
– No właśnie przyszedłem się z wami zobaczyć. Szczurek mi powiedział, że ty i Nefrycik tu jesteście.
Ruszyłem w kierunku lotosowego stawu, ale Wu Min złapał mnie za rękę i rzekł błagalnie:
– Nie idźmy tam, dobrze? Za dużo tam ludzi.
Zawróciłem więc i poszliśmy w kierunku muzeum przy głównej bramie parku. W zimnym świetle jarzeniowych latarni stojących po obu stronach ścieżki twarz Wu Mina, tak blada, jakby uszła z niej cała krew, wyglądała jak pociągnięta woskiem. Jego normalnie świeże, subtelne rysy zupełnie się zmieniły, policzki miał ściągnięte, a czarne, błyszczące oczy zapadły mu się głęboko. Gdy podniósł rękę, by otrzeć pot z czoła, na jego nadgarstku zobaczyłem biały bandaż, spowijający go niczym kajdanki.
W dniu, w którym Wu Min trafił na oddział ratunkowy kliniki Uniwersytetu Tajpejskiego, na jego lewym nadgarstku widniała dwucalowa, krwawiąca obficie rana po ostrzu, z której wystawały czerwone, wywrócone ścięgna. Wu Min nie miał pieniędzy na przedpłatę, więc szpital nie chciał mu zrobić transfuzji, ale szczęśliwie ja, Nefrycik i Szczurek zdążyliśmy się zjawić na czas. Każdy z nas oddał mu pięćset mililitrów własnej krwi i to pozwoliło uratować mu życie. Gdy nas zobaczył, zamrugał tylko wielkimi, nieobecnymi oczyma i otworzył usta, ale nie był w stanie nic powiedzieć. Nefrycik był tak wściekły, że przyskoczył do niego i wrzasnął:
– Kurwa mać, palancie jeden, trzeba było przez oko wyskoczyć! Plask i już! A tak to muszę ci jeszcze własną krew oddawać!
Dzień przed tym, jak podciął sobie żyły, Wu Min pojawił się w parku. Powiedział do nas wtedy:
– A-qing, ja nie chcę już żyć.
Powiedział to z uśmiechem i wszyscy myśleliśmy, że tylko sobie żartuje. Nefrycik nawet pociągnął ten żart:
– No to sobie umrzyj, a jak umrzesz, to sam na twoją intencję spalę ofiarne pieniądze.
Nikomu z nas nie przyszło do głowy, że naprawdę żyletką podetnie sobie żyły.
– A-qing… – Wu Min zająknął się i urwał. Siedzieliśmy na schodach muzeum, wsparci o kamienną kolumnę.
– No? – Spojrzałem na niego.
– Możesz mi pożyczyć trochę pieniędzy? – spytał z opuszczoną głową. – Nie jadłem dziś kolacji.
Wsadziłem rękę do kieszeni i po długich poszukiwaniach wyciągnąłem z niej trzy zmięte, brudne banknoty dziesięcioyuanowe. Podałem mu je.
– Mam tylko tyle.
– Za parę dni ci oddam – bąknął.
– Daj spokój. – Machnąłem ręką. – Jak nie masz pieniędzy, to czemu nie poprosisz mistrza?
– Głupio by mi było znów prosić go o cokolwiek. – Wu Min roześmiał się sztucznie. – Zapłacił za wszystko w szpitalu, ponad dziesięć tysięcy.
– Wow, no to tym razem naprawdę się szarpnął! – zawołałem. – Ale w końcu jesteś jego ukochanym uczniem.
– Obiecałem mu, że na pewno jakoś mu to zwrócę.
– To tyle forsy, że do końca życia mu się nie wypłacisz. Coś mi się wydaje, że musisz jak najszybciej znaleźć sobie bogatego „tatusia” i niech on mu zwraca za ciebie – powiedziałem ze śmiechem.
Wu Min siedział z opuszczoną głową i ręką owiniętą bandażem cały czas kreślił na ziemi jakieś znaki. Po długiej chwili zapytał wreszcie cicho:
– A-qing, jak byłeś wtedy u pana Zhanga, to widziałeś się z nim w końcu czy nie? Co ci powiedział?
W tamto popołudnie, gdy Wu Min podciął sobie żyły, poszedłem na osiedle Guangwu przy ulicy Dunhua zobaczyć się z panem Zhangiem. Wu Min mieszkał u niego i kiedy raz przyszedłem go odwiedzić, zastałem go na kolanach, ze ścierką w ręku szorującego podłogę. Był bez koszuli, bosy i spocony. Ucieszył się bardzo na mój widok, przyniósł mi z lodówki butelkę jabłkowego cydru, po czym znów opadł na kolana i gawędząc ze mną, cały czas z zapałem szorował podłogę. Mieszkanie pana Zhanga było pięknie urządzone, stała w nim wielka kanapa z czarnej błyszczącej skóry z wysokim oparciem i kilka lśniących srebrem, chromowanych stolików ze szklanymi blatami. Przy głównej ścianie w salonie znajdował się wysoki barek, zastawiony butelkami najróżniejszych zachodnich alkoholi.
– To mieszkanie jest tak wspaniałe, że gotów jestem tu spędzić resztę życia – rzekł Wu Min z uśmiechem, podnosząc ku mnie zaczerwienioną, spoconą twarz.
Kiedy tamtego dnia przyszedłem do pana Zhanga, zastałem go siedzącego na kanapie z nogami na stoliku, oglądającego telewizję. W salonie włączona była klimatyzacja i panował miły chłód. Pan Zhang miał na sobie tylko stalowoszarą jedwabną piżamę i błękitne satynowe kapcie, a drzwi otworzył mi Xiao Qinkuai, którego nazywaliśmy Potworkiem. Miał krzaczaste brwi, wielkie oczy i był silny jak byczek, ale świetnie potrafił się przypochlebiać i gdy chciał, z ust płynęły mu sama słodycz i miód. Nasz mistrz powiedział kiedyś do niego:
– Ej, Potworek, skoro masz takie gadane, to przygadaj mi tu z drzewa tego szpaczka, niech do nas sfrunie.
– Panie Zhang – powiedziałem, wchodząc do salonu – Wu Min próbował się zabić.
Na początku był zaskoczony.
– I co z nim? Żyje?
– Jest w klinice uniwersyteckiej. Podciął sobie żyły i właśnie przetaczają mu krew.
– Ach…
Pan Zhang odetchnął, odwrócił ode mnie głowę i wrócił do oglądania telewizji. Na fosforyzującym, barwnym ekranie trwał właśnie Wieczór z gwiazdami, a Qing Shan i Wan Qu w pozach kochanków śpiewali:
– „Ananas słodki jak miód. Ananas taki jak ty…”
Xiao Qinkuai odwrócił się ode mnie, usiadł obok pana Zhanga i podkulając pod siebie jedną nogę, zaczął się drapać po stopie. Obaj z panem Zhangiem, zauroczeni widocznie piosenką, wpatrywali się w telewizor, nie odrywając oczu od ekranu, po którym krążyli objęci Qing Shan i Wan Qu. Dopiero gdy piosenka dobiegała końca, pan Zhang, jakby nagle przypomniawszy sobie o czymś, obrócił do mnie głowę i zapytał:
– No więc Wu Min chciał się zabić. Ale czemu przyszedłeś z tym do mnie?
Pan Zhang miał około czterdziestki i prowadził firmę zajmującą się eksportem plastikowych zabawek. Był przystojnym mężczyzną o prostym nosie i gładko uczesanych włosach z odrobiną siwizny na skroniach. Ale od prawego kącika jego ust odchodziła skosem ciemna, głęboka szrama, wykrzywiająca mu twarz niby w szyderczym uśmiechu. W czasie transfuzji na oddziale ratunkowym Wu Min błagał mnie szeptem: „Poproś pana Zhanga, żeby przyszedł do mnie do szpitala”, ale na widok tego niemal okrutnego uśmiechu język mi zesztywniał i nie byłem w stanie wykrztusić nawet słowa.
– Właściwie to dobrze, że przyszedłeś. Wu Min zostawił u mnie swoje stare rzeczy, oddaj mu je przy okazji. – Pan Zhang skinął na Xiao Qinkuaia. – Przynieś tu jego ubrania.
Xiao Qinkuai natychmiast poderwał się z kanapy, pobiegł w głąb mieszkania i po chwili wrócił z naręczem starych ubrań. Było tam kilka par zwiniętych w kłąb pożółkłych spodenek i dwie stare kolorowe koszulki. Xiao Qinkuai wepchnął mi je do rąk i wielce zadowolony z siebie pogardliwie przewrócił swymi wyłupiastymi, rybimi oczami. Nie wziąłem tych ubrań ze sobą do szpitala, a Wu Minowi powiedziałem, że Zhanga nie było w domu.
– A-qing, ty wiesz, że ja mieszkałem u pana Zhanga przez ponad rok. Cały czas siedziałem grzecznie w domu, ani razu nie wyszedłem się szlajać. Pan Zhang jest wybuchowy, więc we wszystkim byłem mu posłuszny. On lubi czystość i porządek, więc codziennie szorowałem mu podłogę. Na początku nie umiałem gotować i ciągle na mnie przez to krzyczał, więc wziąłem książkę kucharską i w końcu się nauczyłem. Raz powiedział nawet do mnie: „Wu Minku, twój karp w ostrym sosie jest równie dobry jak w Emei”. Byłem wtedy bardzo szczęśliwy, bo wydawało mi się, że pan Zhang naprawdę mnie lubi. Do głowy by mi nie przyszło, że jeszcze tego samego dnia nagle, bez żadnego powodu, tak się wścieknie. Kazał mi się natychmiast wynosić i nie pozwolił zostać ani dnia dłużej. Nie spodziewałem się, że okaże się człowiekiem bez serca. A-qing, czy ty go wtedy w końcu widziałeś? Czy nadal był zły?…
Dobiegający z ciemności głos Wu Mina był tak drżący, że przykro było tego słuchać. Nagle przed oczami stanęła mi twarz pana Zhanga z jego okrutnym uśmiechem i głęboką szramą.
– Widziałem go – rzekłem, przerywając skargę Wu Mina. – Siedział z Xiao Qinkuaiem na kanapie i razem oglądali Wieczór z gwiazdami w telewizji.
– Och… – Wu Min westchnął cicho. Po chwili podniósł się i rzekł: – Pójdę już. Muszę sobie kupić coś do jedzenia.
Po czym zszedł ze schodów, a jego twarz była wciąż biała jak papier unoszący się w ciemności.
Kiedy wróciłem nad lotosowy staw, była już północ. Megafony radiostacji umilkły, spacerowicze poszli do domów i nasze królestwo ponownie wyłoniło się z ciemności. Na stopniach wokół stawu znów pojawiły się czarne cienie. Chłopcy z Sanshuijie, jak zawsze w niewielkich grupkach, stukali drewnianymi chodakami, rozwydrzeni i głośni. Od strony pawilonu, powłócząc niepewnie nogami, szedł jeden z naszych czcigodnych starców, hrabia Sheng, który doczłapawszy do naszego mistrza, szefa Yanga, spytał zmęczonym głosem:
– Jest jakiś nowy narybek?
Hrabia Sheng był człowiekiem wiekowym, ciężko chorym na artretyzm. Szukał sobie chłopców do towarzystwa tylko po to, żeby wpadli do niego na nocną przekąskę i kubek grzanego wina. Cierpiał na bezsenność i jak sam mówił, tylko widok młodej twarzy mógł jakoś ukoić jego nieznoszące samotności serce i zadziałać jak lek nasenny, który wreszcie umożliwiłby mu odpoczynek. Hrabia Sheng był prezesem Evergreen Film Company i wyprodukował kilka wielce artystycznych filmów o miłości, na których sporo zarobił. Podobno kiedyś w Szanghaju był popularnym aktorem i grywał z wieloma sławnymi gwiazdami, on sam jednak mówił nam zawsze ze smutnym westchnieniem:
– Cóż warte są sława i bogactwo? Drogie dzieci, młodość to skarb najcenniejszy na świecie!
Mężczyzna, uganiający się za Szczurkiem i wołający za nim „Mysi elfiku!”, to sławny kuchmistrz Lu z Czarodziejskiej Misy, specjalizujący się w kuchni z Jiangsu i Zhejiangu. Kuchmistrz Lu ważył ponad sto kilogramów i kiedy się uśmiechał, wyglądał jak Radosny Budda. Szczególnie upodobał sobie Szczurka.
– U Szczurka uwielbiam te jego żeberka – mawiał. – Są całkiem jak kacze skrzydełka, im dłużej się je gryzie, tym robią się smaczniejsze!
Kryjący się w oddali przy zagajniku młodzi ludzie to grupka studentów z dobrych domów, niemających jeszcze śmiałości się ujawnić. Żołnierze, którzy wracając z przybrzeżnych wysp, nie zdążyli nawet przebrać się z mundurów, to poborowi odwiedzający Tajpej na przepustce. Było też kilku notowanych już żulików z Sanchongzhenu, którzy zjawili się w parku z zamiarem skołowania trochę grosza, a także urzędnicy i sprzedawcy z domów aukcyjnych, zakładów krawieckich i sklepów z obuwiem z Ximendingu. Był tu pewien sławny kardiolog, pewien sędzia wojskowy, a także pewien niegdyś sławny, a obecnie skrywający łysinę pod francuskim beretem gwiazdor kina tajwańskiego; był także wielki artysta malarz o pooranej zmarszczkami twarzy, fanatycznie goniący za pięknem, który mówił do nas różne niezrozumiałe rzeczy, takie na przykład jak:
– Ciało! Czyż ciału można zawierzyć? Sztuka, tylko sztuka jest wieczna!
I dlatego uwieczniał na obrazach pięknych młodzieńców z naszego królestwa.
Oczywiście był tam również najstarszy i najbardziej doświadczony życiem z nas wszystkich, stary ogrodnik, czcigodny pan Guo. Stał samotnie w oddali pod zielonym wilczomleczem, ze swą pobielałą głową i niedowidzącymi oczyma, którymi z litością i współczuciem spoglądał na stadko młodych parkowych ptaków miotających się niespokojnie i na oślep fruwających w ciemnościach późnej nocy. Pan Guo otworzył niegdyś studio fotografii artystycznej Młodość na ulicy Changchun i kolekcjonował nasze fotografie, które umieszczał w grubym albumie zatytułowanym Ptaki młodości. Ja dostałem w nim numer 87 i przydomek Jastrząbka.
W naszym królestwie nie ma rozróżnienia na dobrze i źle urodzonych, wysoko i nisko postawionych, starych i młodych, silnych i słabych. Tym, co nas łączy w jedność, są nasze ciała, rozpalone do bólu żądzą nie do zniesienia, a także serca oszalałe z samotności. Te oszalałe serca nocami stają się jak dzikie bestie, które wyrwały się z klatek i szczerząc kły, ruszają na dzikie polowanie. Przyciągani przez czerwonawe światło księżyca jesteśmy jak lunatycy, którzy depcząc sobie po piętach w szalonym, namiętnym pościgu, krążą wokół lotosowego stawu, bez wytchnienia i odpoczynku, okrążenie za okrążeniem, ścigając ten straszliwy nocny koszmar miłości i żądzy.
I ja również wszedłem w tę ciemność na stopniach wokół lotosowego stawu i dołączyłem do innych, by jak zahipnotyzowany, nie mając już władzy nad własnym ciałem, krążyć bez spoczynku w koło i w koło, obrót za obrotem. W otaczającym mroku widziałem wszędzie oczy pełne pragnienia, prośby, wahania i grozy, rozpalone, połyskujące zielono jak błędne ogniki albo jak rój świetlików goniących za sobą nawzajem. I mimo gęstej, nieprzeniknionej ciemności czułem wyraźnie, że jest wśród nich dwoje oczu, które stykając się z moimi, były jak dwie spadające, ogniste gwiazdy, palące żywym ogniem wszystko na swojej drodze. Budziły we mnie niepokój, od którego serce przyspieszyło mi gwałtownie, ale nie mogłem się od nich uwolnić. Te błyszczące oczy były tak uparte, tak żarliwe, jakby we mnie czegoś desperacko poszukiwały, jakby mnie o coś błagały.
Był wysoki, chudy i obcy. Nigdy dotąd nie widziałem go w parku.
– No idź, wszystko w porządku – szepnął mi do ucha szef Yang, stając za moimi plecami. – Widziałem, jak całą noc chodził za tobą.
Nieznajomy zszedł ze stopni i zatrzymał się na żwirowej ścieżce pod wielką palmą królewską, twarzą zwrócony do mnie. Stał tam, wysoki, wyprostowany i nieruchomy, czekając cicho, ale dziwnie władczo. Zwykle unikaliśmy nieznajomych, żeby się w coś nie wplątać i nie narazić na niebezpieczeństwo, i zawsze czekaliśmy najpierw na opinię i zgodę szefa Yanga, który nigdy się nie mylił w ocenie ludzi. Również zszedłem ze stopnia i ruszyłem ścieżką w kierunku parkowej bramy. Mijając nieznajomego, udałem, że go nie widzę, i szedłem dalej, a po chwili usłyszałem za sobą odgłos jego kroków na ścieżce. Wyszedłem z bramy i skierowałem się w stronę kliniki uniwersyteckiej. Zatrzymałem się pod latarnią u wylotu pustej alejki. Czekałem.
Dopiero teraz w świetle latarni miałem okazję przyjrzeć mu się dokładniej. Był ode mnie wyższy o dobre pół głowy, miał więc pewnie ponad metr osiemdziesiąt. Był tak chudy, że dałoby mu się policzyć wszystkie kości, a ciemnoniebieska koszula wisiała na nim jak na ogromnym szkielecie. Miał chudą, zapadniętą twarz o mocno zaznaczonej szczęce, wysokich kościach policzkowych, idealnie prostym nosie i długich, uniesionych do góry brwiach. Czarne, gęste włosy na jego głowie kłębiły się w nieładzie. Miał trochę ponad trzydziestkę, więc linie jego twarzy powinny być wyraziste, ale był tak wychudzony, że zdawało się, że mięśnie na jego ciele zwiędły i całkiem uschły. Tylko jego głęboko osadzone, niesamowite oczy płonęły jak pożar w dzikim, starym lesie, fosforyzujące w ciemności, niecierpliwe i poszukujące. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się.
– Chodźmy na Rondo – zaproponowałem.4
Braciszku…
Poderwałem się nagle, przerażony, zbudzony własnym krzykiem. Światło na podłodze aż kłuło w oczy i w pokoju panował wściekły żar. Było już południe. Po plecach ściekały mi strugi potu, jakby łaziło po mnie stado włochatych gąsienic, od których swędziała mnie skóra, a na macie został ciemny i mokry obrys mojego ciała. Zapowiadał się kolejny dzień palącego upału. Pokój, który wynajmowaliśmy wspólnie z Nefrycikiem, wydzielony trzema ściankami ze sklejki, miał powierzchnię zaledwie pięciu mat tatami i nie mieściło się w nim nic poza łóżkiem i dwoma koszami z bambusa. Okno wychodziło na zachód, więc gdy po południu szalało w nim rozpalone słońce, pokój zmieniał się w piekarnik, a my ledwo zipaliśmy z gorąca.
Siedziałem na łóżku, z głową ciężką od snu, z wysuszonym, palącym gardłem. Zza okna dobiegały głośne kobiece śmiechy, widocznie dziewczyny z barów na Jinzhou uciekły przed gorącem na ulicę, żeby się trochę ochłodzić i powygłupiać. Bary w alejce były jeszcze zamknięte, ale radia grały już na cały regulator i zewsząd dobiegał wściekły jazgot jazzu. Stopniowo, niejasno, zacząłem sobie przypominać, że przed chwilą, jeszcze półprzytomny, widziałem Braciszka. Stał przy moim łóżku, w swoim skautowskim mundurku, tym ze sprawnościami na ramieniu. Wyraźnie widziałem jego jasną, dziecinną buzię. Z uśmiechem wyciągnął do mnie rękę i powiedział:
– A-qing, gdzie moja harmonijka?
W zeszłym roku na swoje piętnaste urodziny dostał ode mnie w prezencie harmonijkę marki „Motylek”. Kupiłem ją w szkolnej spółdzielni za dwieście siedemdziesiąt yuanów, połowę moich zarobków za roznoszenie gazet. Braciszek tak się w niej zakochał, że nie wypuszczał jej z ręki; idąc do szkoły, zabierał ją ze sobą w tylnej kieszeni spodni, a kładąc się spać, chował ją pod poduszkę. Jeszcze w łóżku coś sobie na niej chwilę podgrywał. Na początku umiał na niej wygrać tylko pojedyncze dźwięki, potem go trochę poduczyłem akordów. Załapał od razu i wkrótce grał lepiej niż ja. W szkole akurat uczyli ich Kwiatów śliwy w śniegu i co dzień po powrocie do domu wygrywał nam tę lekką, słodką melodyjkę.
Czasami leżeliśmy już w łóżku, światło było zgaszone, a on jeszcze wyciągał harmonijkę spod poduszki, nakrywał się razem z głową i grał sobie cichutko. Kiedyś obudził ojca, który wściekły wpadł do pokoju, zerwał z niego kołdrę, a Braciszek, przerażony, że dostanie lanie, skulił się i zasłonił głowę rękami. Ojciec tylko na niego popatrzył i uśmiechnął się. To był jedyny raz, kiedy na surowej, pooranej zmarszczkami twarzy ojca widziałem ten ciepły, łagodny uśmiech.
Wyskoczyłem z łóżka, wyciągnąłem spod niego bambusowy kosz i wygrzebałem z niego harmonijkę „Motylek”, którą dałem w prezencie Braciszkowi. Nie czyściłem jej od kilku miesięcy, więc blaszana pokrywa już pożółkła, ale gdy przytknąłem ją od ust i dmuchnąłem, przekonałem się, że jej dźwięk wciąż był czysty, podjeżdżała tylko nieco pleśnią. Wybiegając wtedy z domu, akurat miałem ją w kieszeni spodni. Była jedyną rzeczą, którą ze sobą zabrałem.
Pierwszy raz od ponad trzech miesięcy pomyślałem o Braciszku. Te trzy miesiące zlały się w jeden pozbawiony wspomnień ciąg. Za dnia, przyczajeni, zwinięci w kłębek, jak hibernujące węże kryliśmy się każdy we własnej, osobnej norze. Dopiero gdy nadchodziła noc, budziliśmy się i pod osłoną ciemności jak stado nietoperzy krążyliśmy niespokojnie po nocnym niebie Tajpej. Błąkaliśmy się po stopniach lotosowego stawu w naszym parku jak potępione dusze, okrążając go niczym w rytualnym tańcu, dziko goniąc za sobą do późnej nocy, do bladego świtu. Umykaliśmy na Nanyang, gdzie jak rój pszczół frunęliśmy do kina i tam, w tylnych rzędach, pod cuchnącym uryną zimnym podmuchem klimatyzacji, wyciągaliśmy szpony, żeby jak ośmiornice obłapiać mackami ledwo widoczne ciała pozbawione twarzy. Na Ximendingu, kryjąc się przed siecią neonów, wymykaliśmy się do śmierdzących toalet w centrum handlowym Zhonghua. Z takimi jak my kontaktowaliśmy się za pomocą sekretnych, znaczących spojrzeń, gestów rąk, sposobu chodzenia. Byliśmy na Wanhua, przy Rondzie, na Sanshuijie, na północnym odcinku Zhongshan… Potajemnie przemykaliśmy wilgotnymi ślepymi zaułkami, żeby zakraść się do ciemnych, niszczejących zajazdów, które zostały po czasach japońskiej okupacji. Dopiero późną, naprawdę późną nocą, kiedy na ulicach nie było już nikogo, pojedynczo wypełzaliśmy z różnych zakamarków, i dopiero wtedy te opuszczone, bezbronne ulice naprawdę zaczynały należeć do nas. W tych chwilach przed świtem, ściskając w rękach nasiąkłe potem banknoty, wlokąc nasze wyzute z nasienia, rozpustne i wyczerpane ciała, wolno wracaliśmy z powrotem do swoich nor.
Przez te trzy miesiące miałem w głowie kompletną pustkę, jakby ktoś otworzył mi czaszkę i wyjął z niej mózg, nie było w niej ani jednej myśli, ani jednej emocji. Nawet nie wspomniałem Braciszka, mojego najukochańszego Braciszka… Ale teraz, przed chwilą, on stanął przy moim łóżku, był tak blisko, wyciągał rękę i zapytał z uśmiechem: „A-qing, gdzie moja harmonijka?”. Pamiętałem, że chwyciłem go za rękę, że jego ręka była lodowata, tak samo jak w tamtą noc, kiedy ojciec poszedł już spać i sam jeden zostałem, żeby czuwać przy Braciszku. Wtedy też wziąłem jego rękę i też była zimna, tak zimna, że zdjął mnie dreszcz. Pod jego ciałem umieściliśmy kilka kawałków suchego lodu, z którego cały czas unosił się zimny opar, i Braciszek wyglądał, jakby spał w obłokach. W miejskim przedsiębiorstwie pogrzebowym włożyli go do trumny, małej trumienki o cienkich ściankach, która wyglądała jak zwykłe drewniane pudło. Korzystając z ich nieuwagi, zakradłem się do kostnicy i podniosłem wieko. Braciszek leżał ściśnięty na plecach; na białą dziecinną buzię nałożyli mu trochę różu, spletli mu ręce na piersiach i docisnęli ramiona. Wyglądał, jakby udawał, że śpi, z psotnym uśmiechem na twarzy, jakby z trudem powstrzymywał się od śmiechu. Przewieźliśmy go na cmentarz na Bitanie i dwaj niezręczni karawaniarze, wyjmując niezdarnie jego trumnę, z hukiem uderzyli nią o drzwi karawanu. Rozwścieczony podszedłem, pchnąłem jednego i krzyknąłem:
– Ostrożniej trochę! Rozumiesz czy nie?!
– Jeszcze nie wstałeś? Słońce ci już na tyłek świeci!
Liyue, w samym staniku i majtkach, z narzuconą na ramiona jedwabną różową piżamą i w lokówkach na głowie, uśmiechnięta zajrzała do pokoju.
– Nefrycik był w domu? – spytałem.
– To ja ciebie pytam, gdzie ten pedałek wczoraj zaszalał. – Spojrzała na mnie z ukosa i roześmiała się. – A-qing, powiedz no ty mi uczciwie, jakaś wielka ryba ci się wczoraj trafiła? Czy to była tłusta makrela, czy stary piskorz?
– Jest coś jeszcze do jedzenia? – zignorowałem ją.
– Jeszcze nie zapłaciłeś za żarcie z zeszłego miesiąca i znowu chcesz jeść?
– No to na razie masz stówę, starczy chyba, nie? – Wyciągnąłem jeden banknot stuyuanowy. Wyrwała mi go i zawołała ze śmiechem:
– Pospiesz się, kleik ze śniadania już pewnie skwaśniał!
Poszedłem za nią do jej pokoju, odgrodzonego od naszego tylko kawałkiem sklejki. Kiedy Liyue mieszkała jeszcze ze swoim kochankiem, amerykańskim żołnierzem Johnnym, nasza klitka była jej salonikiem. Ale potem Johnny ją rzucił i wrócił do Ameryki, więc wynajęła dawny salonik Nefrycikowi za marną sumę czterystu yuanów miesięcznie razem z lunchem. Kiedy Nefrycik poznał Starego Zhou, często zdarzało mu się nie wracać, więc zaproponował, żebym się do niego wprowadził i dzieliliśmy czynsz na pół.
Liyue była kuzynką Nefrycika. Bardzo go kochała, zawsze szczypała go pieszczotliwie w policzek i nazywała swoim małym pedałkiem. Miała fantastyczną figurę i zalotny wdzięk, więc w barze Nowy York cieszyła się wielką popularnością. Amerykańscy żołnierze nazywali ją Lili. Czasami podnosiła rękami swoje wielkie, okrągłe piersi i z głową zadartą do góry mówiła zuchwale:
– I czego ja się mam bać? Pani ma czym zarobić!
Kiedy wychodziła do pracy, a obasan była zajęta, podrzucała nam swojego trzyletniego bękarta, którego miała z Johnnym, żebyśmy się nim zajęli. Dzieciak był śliczny, miał śnieżnobiałą skórę i błyszczące zielone oczy, ale włoski na głowie kruczoczarne i trochę kręcone. Liyue początkowo oddała małego do sierocińca, ale stęskniła się za nim i wzięła go z powrotem. Powiedziała nam kiedyś, że ojciec bachorka był bardzo przystojnym Amerykaninem. Na półce miała jego zdjęcie w białym mundurze marynarki: uśmiechnięty, z błyskiem w oku, nonszalancki. Kiedy mieszkali razem, to ona go utrzymywała, urodziła mu tego małego mieszańca, a on wziął dupę w troki i spieprzył do Ameryki. Wszystkiego przysłał jej potem ze trzy listy i dwadzieścia dolarów dla małego Johnny’ego na Gwiazdkę. Liyue rzekła tylko z westchnieniem: „Amerykański łajdak, gdzie taki ma sumienie?”, ale nie czuła do niego nienawiści, wybaczyła mu i gdyby wrócił, znów poszłaby z nim do łóżka.