Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Husky i jego biały kot Shizun - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 lipca 2026
3683 pkt
punktów Virtualo

Husky i jego biały kot Shizun - ebook

Mo Weiyu był Cesarzem Ludzkiego Wymiaru, Czcigodnym Depczącym Nieśmiertelnych, niepokonanym tyranem budzącym strach w sercach zarówno zwykłych ludzi, jak i najpotężniejszych kultywatorów. Miał wszystko.

Znaleźli się tacy, którzy pragnęli go obalić, którzy pałali gniewem i pragnieniem zemsty, odebrał im jednak zwycięstwo, zażywając truciznę. Trzydziestoletni cesarz świata kultywacji odszedł na własnych warunkach.

Ale zamiast trafić pod sąd Yanluo, obudził się w przeszłości.

Czy to kara? Czy szansa na naprawienie błędów?

Mo Ran znów ma szesnaście lat i całe życie przed sobą. Znów u boku ma tych, których kocha i tych, których, jak mu się w tym i w poprzednim życiu zdawało, nienawidzi.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8382-994-4
Rozmiar pliku: 2,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

LISTA POSTACI

Lista postaci

SZCZYT ŻYCIA I ŚMIERCI¹

- Mo Ran – Cesarz Ludz­kiego Wymiaru, Czci­godny Dep­czący Nie­śmier­tel­nych, obec­nie uczeń ze Szczytu Życia i Śmierci, bar­dzo lubi Shi Meia, nie wie, co czuje do Chu Wan­ninga.
- Chu Wan­ning – mistrz ze Szczytu Życia i Śmierci, Shi­zun Mo Rana, Xue Menga i Shi Meia.
- Xue Meng – młody panicz Szczytu Życia i Śmierci, kuzyn Mo Rana.
- Shi Mei – uczeń Szczytu Życia i Śmierci, uko­chany Mo Rana.
- Pani Wang – matka Xue Menga, żona Xue Zhen­gy­onga.
- Xue Zhen­gy­ong – Wielki Mistrz Szczytu Życia i Śmierci, ojciec Xue Menga i wuj Mo Rana.
- A Li – kotka pani Wang.

STARSI ZE SZCZYTU ŻYCIA I ŚMIERCI

- Star­szy Strze­gący Praw (Jièlǜ)– dba o prze­strze­ga­nie zasad Szczytu Życia i Śmierci i wymie­rza kary za ich zła­ma­nie.
- Star­szy Czte­rech Gwiazd (Xuánjī) – bar­dzo popu­larny wśród uczniów Szczytu Życia i Śmierci, ponie­waż jego metody kul­ty­wa­cji są łatwe do naucze­nia, a on sam jest bar­dzo miły.
- Star­szy Siód­mej Gwiazdy (Pòjūn).
- Star­szy Pię­ciu Gwiazd (Qīshā) – nie prze­pada za star­szym Trze­ciej Gwiazdy. Bar­dzo.
- Star­szy Pierw­szej Gwiazdy (Tānláng) – jest zna­ko­mi­tym alche­mi­kiem i zna się na medy­cy­nie i uzdra­wia­niu.
- Star­szy Trze­ciej Gwiazdy (Lùcún) – przy­stojny i tro­chę znie­wie­ściały.

MIA­STECZKO MOTYLI

- Pan Chen – głowa rodziny Chen.
- Pani Chen – mał­żonka pana Chen.
- Pani Chen-Yao – żona Chen Bohu­ana, córka sza­now­nego sędziego Yao.
- Chen Bohuan – naj­star­szy syn rodziny Chen.
- Chen Yanji – naj­młod­szy syn rodziny Chen.
- Córka rodziny Chen – naj­młod­sza spo­śród rodzeń­stwa Chen.
- Luo Xia­nxian – dziew­czyna pocho­dząca z Mia­steczka Motyli.
- Uczony Luo – ojciec Luo Xia­nxian, nie­speł­niony uczony.
- Mistrzyni Cere­mo­nii – bożek czczony w świą­tyni na obrze­żach Mia­steczka Motyli przez jego miesz­kań­ców.
- Sza­lony da-gege – tajem­ni­czy nie­zna­jomy, który pew­nej nocy poja­wił się przed domem małej Luo Xia­nxian.

ZŁOTE JEZIORO

- Gou­chen Wywyż­szony – bóg zamiesz­ku­jący Złote Jezioro.
- Wan­gyue – smok słu­żący Gou­che­nowi Wywyż­szo­nemu.
- Ji Baihua – lisi duch zamiesz­ku­jący Złote Jezioro.
- Zha­ixin Liu – duch drzewa wierzby rezy­du­jący w Zło­tym Jezio­rze.

INNI

- Rong Jiu – chło­pak do towa­rzy­stwa pra­cu­jący w domu uciech w mie­ście opo­dal Szczytu Życia i Śmierci.
- Dachang/Changda – naj­star­szy syn z boga­tej rodziny kupiec­kiej, patron Rong Jiu.
- Song Qiu­tong – w prze­szło­ści żona Mo Rana, człon­kini sekty Myśli Kon­fu­cjań­skiej.Rozdział 1. Ten Czcigodny nie żyje

Roz­dział 1

Ten Czci­godny nie żyje

Mo Ran jesz­cze nie był wtedy cesa­rzem, a wszy­scy wyzy­wali go od psów.

Ludzie z wio­ski nazy­wali go psu­bra­tem, kuzyni – kun­dlem, ale naj­gor­sza była kobieta, która się nim zaj­mo­wała, ta wymy­ślała mu od psich pomio­tów.

Oczy­wi­ście były też pewne podo­bień­stwa z psami, które mógł uznać za nie­naj­gor­sze. Na przy­kład obiekty jego jed­no­noc­nych roman­sów zawsze wyra­żały tro­chę uda­wa­nego gniewu, że siła jego lędźwi jest w łóżku niczym u dzi­kiego psa, że słod­kimi słów­kami wabi ludz­kie dusze, a jego potężna broń pra­wie odbiera życie, ale potem szybko bie­gły się chwa­lić innym, tak żeby wszy­scy w przy­bytku wie­dzieli, że on, Mo Weiyu, jest uro­dzi­wym, dobrze wypo­sa­żo­nym męż­czy­zną. Kto spró­bo­wał, tego ape­tyty zostały zaspo­ko­jone, kto nie – ten aż prze­bie­rał nogami, by spró­bo­wać.

Trzeba przy­znać, że ci wszy­scy ludzie mieli rację: Mo Ran przy­po­mi­nał mer­da­ją­cego ogo­nem, głu­piego psa.

Dopiero gdy został cesa­rzem świata kul­ty­wa­cji, te prze­zwi­ska znik­nęły. W oka­mgnie­niu.

Pew­nego dnia mała sekta z odle­głych stron poda­ro­wała mu szcze­niaka.

Pies był szaro-biały, z trzema jasnymi gwiazd­kami na czole, tro­chę przy­po­mi­nał wilka. Był jed­nak wiel­ko­ści główki kapu­sty, wyglą­dał jak główka kapu­sty i miał tyle samo roz­sądku, pulchny i okrą­gły. Wciąż jed­nak myślał, że robi wra­że­nie wiel­kiego, bie­gał więc po głów­nej sali, kilka razy chciał się wspiąć na wyso­kie schody, zoba­czyć dobrze czło­wieka, który zasia­dał na tro­nie, ale miał za krót­kie łapy, zawsze więc koń­czyło się to nie­po­wo­dze­niem.

Mo Ran patrzył na tę kulkę sier­ści, pełną siły, ale nie­świa­domą, jak jej użyć, i kom­plet­nie pozba­wioną roz­sądku. Obser­wo­wał psiaka przez chwilę, po czym wybu­chał śmie­chem, śmiał się i łajał to głu­pie stwo­rze­nie.

Szcze­niak szybko wyrósł na dużego psa, duży pies stał się sta­rym psem, a stary – mar­twym.

Mo Ran led­wie mru­gnął, a już trzy­dzie­ści dwa lata jego życia prze­mknęły pośród chwały i hańby, wzlo­tów i upad­ków.

Znu­dził się już zabawą, czuł się utru­dzony i samotny. Coraz mniej było wokół niego ludzi, któ­rych znał, nawet pies z trzema gwiazd­kami na czole doko­nał żywota. Dla­tego Mo Ran pomy­ślał, że nad­szedł czas, by to wszystko zakoń­czyć.

Z tacy na owoce wziął kry­sta­licz­nie czy­ste wino­grono i obrał je z fio­le­to­wej skórki.

Jego ruchy były spo­kojne i zręczne, jak u króla Qiang, który w namio­cie wyłu­ski­wał z szat kon­ku­binę Hu, z pew­nym leni­wym znie­chę­ce­niem. Zie­lony miąższ drgał deli­kat­nie w jego pal­cach, sok roz­lał się deli­kat­nym odcie­niem, jak dzi­kie gęsi nio­sące czer­woną jutrzenkę, jak opa­da­jące kwiaty jabłoni.

Jak brudna krew.

Poły­kał słodki miąższ, oglą­da­jąc swoje palce, po czym leni­wie pod­niósł powieki. Sie­dział tak i myślał dwie godziny².

Powi­nien zstą­pić do pie­kieł. Mo Ran o imie­niu Weiyu. Pierw­szy władca świata kul­ty­wa­cji.

Nie­ła­two było zasiąść na tym miej­scu. Wyma­gało to nie tylko ogrom­nej mocy, lecz także skóry twar­dej niczym skała.

W cza­sach przed nim dzie­sięć wiel­kich sekt świata kul­ty­wa­cji rywa­li­zo­wało ze sobą, utrzy­mu­jąc podobną pozy­cję i pil­nu­jąc się nawza­jem. Nikt nie mógł zmie­nić świata sam jeden. Co wię­cej, każdy z przy­wód­ców był wielce uta­len­to­wa­nym czło­wie­kiem, oczy­ta­nym w kla­sycz­nych tek­stach, i nawet gdyby dla zabawy zechciał się­gnąć po tytuł, bałby się pióra histo­ry­ków, bałby się, że przez tysiące lat jego imię będzie ska­lane.

Ale Mo Ran był inny. Był wyrzut­kiem.

Robił to, czego inni nie ośmie­lili się robić. Pił naj­moc­niej­szy alko­hol, brał za żony naj­pięk­niej­sze kobiety, stał się przy­wódcą świata kul­ty­wa­cji – Czci­god­nym Dep­czą­cym Nie­śmier­tel­nych – a póź­niej ogło­sił się cesa­rzem.

Wszy­scy przed nim uklęk­neli.

Tych, któ­rzy się nie ugięli, wycięto w pień. W latach jego pano­wa­nia świat kul­ty­wa­cji uto­nął we krwi i w jękach ofiar. Nie­zli­czeni boha­te­ro­wie ginęli dziel­nie, a jedną z dzie­się­ciu wiel­kich sekt, Sektę Myśli Kon­fu­cjań­skiej, uni­ce­stwiono.

I sam mistrz Mo Rana nie umknął jego pazu­rom, prze­grał poje­dy­nek, po czym jego nie­gdyś uko­chany uczeń zabrał go do pałacu i uwię­ził. Nikt nie poznał miej­sca jego pobytu.

Nie­gdyś mle­kiem i mio­dem pły­nąca kra­ina stała się pobo­jo­wi­skiem.

Dla psiego cesa­rza Mo Rana, który nauce poświę­cił może kilka dni, nie ist­niały żadne gra­nice. Dla­tego też czasy jego pano­wa­nia nazna­czyło nie­skoń­cze­nie wiele absur­dów, począw­szy od samej nazwy epoki.

Pierw­sze trzy lata swo­jego pano­wa­nia nazwał „erą sukin­syna”, co wymy­ślił, sie­dząc nad sta­wem i kar­miąc ryby.

Kolejne trzy – „erą rechotu”, ponie­waż pew­nego let­niego dnia usły­szał na dzie­dzińcu recho­ta­nie żab i uznał, że jest to zesłana z nie­bios inspi­ra­cja, któ­rej nie wolno zigno­ro­wać.

Uczeni uznali, że nie można stwo­rzyć nazw bar­dziej nie­for­tun­nych, oka­zało się jed­nak, że nic nie wie­dzieli o Mo Weiyu.

W ciągu kolej­nych trzech lat lud zaczął się burzyć. Bud­dy­ści, tao­iści czy spi­ry­tu­ali­ści, wszy­scy oni byli szla­chet­nymi mężami, któ­rzy nie mogli znieść tyra­nii Mo Weiyu. Wznie­cali jedno powsta­nie za dru­gim. Dla­tego też Mo Ran myślał cały dzień, aż po nie­zli­czo­nych pró­bach powstała nazwa, która wstrzą­snęła nie­bem i zie­mią – „nasta­nie pokój”.

Zna­cze­nie było pomyślne. Nazwa, nad którą gło­wił się pierw­szy cesarz, miała ozna­czać „porzu­cić broń, przy­wró­cić pokój”, ale wer­sja krą­żąca wśród ludu brzmiała dość nie­zręcz­nie.

Zwłasz­cza jeśli ktoś nie umiał pisać.

Pierw­szy rok nazy­wał się „pokój”, co dla ludu brzmiało jak „po chuj”. Kolejny rok nazy­wał się „dru­gim rokiem po chuj”. Trzeci rok – „po chuj”.

Nie­któ­rzy wykli­nali za zamknię­tymi drzwiami:

– To doprawdy absur­dalne! Czemu nie mówić po pro­stu „rok nasta­nia pokoju”! Przyj­dzie czas, że nie trzeba będzie pytać męż­czy­zny o wiek, tylko o wiek chuja! Stu­letni sta­rzec będzie stu­let­nim chu­jem!

Po trzy­let­nich zma­ga­niach era ta dobie­gła końca.

Cały świat zamarł w ocze­ki­wa­niu na nazwę czwar­tej ery, ale tym razem Mo Ran żad­nej nie wybrał, bo w tym wła­śnie roku świat kul­ty­wa­cji pogrą­żył się w cha­osie. Prze­ły­ka­jący upo­ko­rze­nie i powstrzy­mu­jący gniew przez dzie­sięć lat, szla­chetni wojow­nicy w końcu zawarli przy­mie­rze i zebrali ogromną armię, któ­rej milion żoł­nie­rzy miał zmu­sić Mo Weiyu do ustą­pie­nia z tronu.

Świat kul­ty­wa­cji nie potrze­bo­wał cesa­rza.

A już zwłasz­cza nie potrze­bo­wał takiego tyrana.

Po wielu mie­sią­cach krwa­wych bitew armia powstań­cza dotarła do Szczytu Życia i Śmierci. Ta góra o stro­mych zbo­czach stała w pro­win­cji Syczuan, a na jej szczy­cie spo­wi­tym przez cały rok mgłą maje­sta­tycz­nie wzno­siła się rezy­den­cja Mo Rana.

Strzały były już na cię­ci­wach, wystar­czył jeden osta­teczny cios, by dosię­gnąć pałacu. Osta­teczny, ale i naj­bar­dziej nie­bez­pieczny. Mieli już zwy­cię­stwo w zasięgu wzroku, gdy wśród zjed­no­czo­nych armii, które wcze­śniej połą­czył wspólny wróg, nastą­piły pewne spory. Stary cesarz upad­nie, nasta­nie nowy porzą­dek. Nikt nie chciał w takiej chwili mar­no­wać sił, nie było więc komu zadać ciosu i zaata­ko­wać górę.

Bali się, że ten prze­bie­gły i pod­stępny tyran zstąpi nagle z nieba, obnaży zęby białe jak u dzi­kiej bestii i roze­drze na strzępy tych, któ­rzy ośmie­lili się oble­gać jego pałac.

Nie­któ­rzy mówili, śmier­tel­nie poważni:

– Moc Mo Weiyu jest wielka, a on sam jak tru­ci­zna dla ludzi, bądźmy ostrożni, nie wchodźmy mu w drogę.

Gene­ra­ło­wie jeden za dru­gim powta­rzali to samo. Ale wtedy wystą­pił pewien mło­dzie­niec o uro­dzi­wych rysach i dostoj­nym wyglą­dzie. Nosił sre­brzy­sto-błę­kitną zbroję, pas z głową lwa, włosy miał upięte wysoko za pomocą pięk­nej srebr­nej klamry. Nie­przy­jemny miał tylko wyraz twa­rzy.

– Jeste­śmy wszy­scy u stóp góry, a wy się wciąż waha­cie, czy na nią wejść? Czyż­by­ście się spo­dzie­wali, że Mo Weiyu sam do was zej­dzie? Banda tchórz­li­wych śmieci!

– Co ty wyga­du­jesz, pani­czu Xue? – pro­te­sto­wali ota­cza­jący go ludzie. – Jak to, my, tchó­rze? W spra­wach wojny naj­waż­niej­sza jest ostroż­ność. Gdyby każdy był tak bez­tro­ski jak ty, kto by wziął odpo­wie­dzial­ność, gdyby stało się coś złego?

Ktoś zaśmiał się kpiąco.

– Panicz Xue jest wybrań­cem Nie­bios, my tutaj to zwy­kłe sza­raczki. Skoro wybra­niec nie może się docze­kać, by sta­wić czoła cesa­rzowi, niech ruszy sam. My wypra­wimy ucztę u stóp góry i pocze­kamy, aż przy­nie­siesz nam głowę Mo Weiyu, tak będzie naj­le­piej.

Mocne to były słowa. Pewien stary mnich, który znaj­do­wał się wśród sprzy­mie­rzo­nych armii, powstrzy­mał mło­dzieńca przed wybu­chem.

– Pani­czu Xue – powie­dział łagod­nym tonem, przy­bie­ra­jąc dys­tyn­go­wany wyraz twa­rzy. – Posłu­chaj, pro­szę, sta­rego mni­cha. Wiemy, jak wielką urazę żywisz do Mo Weiyu. Ale zmu­sze­nie cesa­rza do ustą­pie­nia jest bar­dzo ważną sprawą. Musisz myśleć o wszyst­kich i nie możesz dzia­łać impul­syw­nie.

Panicz Xue, który zna­lazł się w ogniu kry­tyki, nazy­wał się Xue Meng. Dzie­sięć lat wcze­śniej był mło­dzień­cem o wiel­kich talen­tach, praw­dzi­wym wybrań­cem Nie­bios, któ­remu wszy­scy schle­biali. Ale czas pły­nie, a oko­licz­no­ści się zmie­niają. Ktoś, kto kie­dyś był u wła­dzy, póź­niej sta­nie się celem innych. Musiał wytrzy­mać ich kpiny i śmiech, by dostać się na górę i raz jesz­cze spo­tkać się z Mo Ranem.

Twarz Xue Menga wykrzy­wił gniew, usta mu drżały, ale ze wszyst­kich sił sta­rał się zacho­wać spo­kój.

– Jak długo więc zamier­za­cie cze­kać?

– Zobaczmy cho­ciaż, co się sta­nie.

– Wła­śnie, co, jeśli Mo Weiyu zasta­wił pułapkę?

– Pani­czu Xue – napo­mi­nał stary mnich, który przed chwilą pró­bo­wał zała­go­dzić sytu­ację – nie dener­wuj się, wszy­scy dotar­li­śmy już do pod­nóża góry, lepiej być ostroż­nym. Mo Weiyu jest uwię­ziony w pałacu, nie zej­dzie z góry. Jest u kresu sił, nie jest w sta­nie doko­nać żad­nych wiel­kich rze­czy, dla­czego więc mamy dzia­łać pochop­nie i przy­spie­szać sprawy? U stóp góry jest nas tak wielu, tak wielu zna­mie­ni­tych moż­nych, jeśli ktoś z nich straci życie, kto będzie za to odpo­wie­dzialny?

– Odpo­wie­dzialny? – Panicz Xue wybuch­nął nagłym gnie­wem. – Spy­tam cię więc: kto weź­mie odpo­wie­dzial­ność za życie mojego Shi­zuna? Mo Ran od dzie­się­ciu lat trzyma go w aresz­cie domo­wym. Całe dzie­sięć lat! Jak mogę cze­kać, gdy mój Shi­zun jest tam, na górze?

Gdy tylko zebrani usły­szeli o Shi­zu­nie Xue Menga, na ich twa­rzach poja­wiło się zmie­sza­nie. Jedni wyda­wali się zawsty­dzeni, inni patrzyli to w prawo, to w lewo, jesz­cze inni mam­ro­tali coś pod nosem.

– Dzie­sięć lat temu Mo Ran ogło­sił się Czci­god­nym Dep­czą­cym Nie­śmier­tel­nych. Wyrżnął sie­dem­dzie­siąt dwa mia­sta Sekty Myśli Kon­fu­cjań­skiej, pra­gnął też obró­cić w pył pozo­stałe dzie­więć wiel­kich sekt. Póź­niej ogło­sił się cesa­rzem, chciał zabić was wszyst­kich. Kto w końcu zapo­biegł tym dwóm kata­stro­fom? Gdyby nie mój Shi­zun, czy wciąż byście żyli? Czy wciąż mogli­by­ście ze mną roz­ma­wiać?

Ktoś w tłu­mie odchrząk­nął dwu­krot­nie i ode­zwał się łagod­nie:

– Pani­czu Xue, nie pozwól, by opa­no­wał cię gniew. Wszy­scy czu­jemy się winni w spra­wie mistrza Chu i jeste­śmy mu wdzięczni. Ale jak mówisz, prze­bywa w aresz­cie domo­wym już dzie­sięć lat, gdyby coś już się… Cze­ka­łeś dzie­sięć lat, nie spiesz się więc i teraz, co sądzisz?

– Gówno sądzę!

– Jak śmiesz tak się do nas zwra­cać? – Czło­wiek ten wyba­łu­szył oczy.

– A dla­czego nie? Shi­zun posta­wił na szali swoje życie, wła­śnie po to, by was rato­wać, wy… wy… – Nie dokoń­czył, szloch ści­snął mu gar­dło. – Nie jestem go godzien.

Odwró­cił gwał­tow­nie głowę, jego ramiona zaczęły deli­kat­nie drżeć, powstrzy­my­wał łzy.

– Nie powie­dzie­li­śmy, że nie ura­tu­jemy mistrza Chu…

– No wła­śnie, wszy­scy pamię­tamy, jak dobry był dla nas, nie zapo­mnie­li­śmy tego. To, co mówisz, pani­czu Xue, zna­czy nas wszyst­kich pięt­nem nie­wdzięcz­no­ści, naprawdę nie do znie­sie­nia.

– Ale czyż Mo Ran nie jest uczniem mistrza Chu? – wtrą­cił ktoś inny. – Moim zda­niem, jeśli uczeń zrobi coś złego, rów­nież jego mistrz ponosi za to odpo­wie­dzial­ność. Nie­do­ucze­nie syna jest winą ojca, a brak suro­wo­ści u nauczy­ciela świad­czy o jego leni­stwie. To zro­zu­miałe, nie ma o co mieć żalu.

Były to mocne słowa, natych­miast więc ktoś zapro­te­sto­wał.

– Co to za bzdury! Uwa­żaj na słowa! – Po czym zwró­cił się łagod­nie do Xue Menga: – Pani­czu Xue, nie dener­wuj się…

– Jak mam się nie dener­wo­wać? – Xue Meng z nabie­głymi krwią oczami wszedł mu w słowo. – Nie potra­fi­cie może się posta­wić w tej sytu­acji, ale to jest mój Shi­zun! Mój!!! Nie widzia­łem go tyle lat! Nie wiem, czy żyje, czy umarł, nie wiem, jak mu się wie­dzie. Jak myśli­cie, dla­czego tutaj jestem? – Dyszał ciężko, a jego oczy były czer­wone z wście­kło­ści. – Myśli­cie, że jeżeli będzie­cie cze­kać, to Mo Weiyu sam zej­dzie z góry, uklęk­nie przed wami i będzie bła­gał o łaskę?

– Pani­czu Xue…

– Nie mam na świe­cie nikogo bli­skiego prócz niego. – Xue Meng wyszarp­nął rąbek szaty z rąk sta­rego mni­cha. – Jeśli wy nie chce­cie, pójdę sam.

Powie­dziaw­szy to, wyru­szył na górę.

Zimny, wil­gotny wiatr niósł szmer tysięcy liści, zda­wało się, że w gęstej mgle, sze­lesz­cząc, szep­czą nie­zli­czone zbłą­kane złe duchy skryte w gór­skim lesie.

Xue Meng samot­nie dotarł na szczyt, gdzie w mroku nocy wspa­niały pałac Mo Rana lśnił spo­koj­nym bla­skiem. Przed Wieżą Prze­ci­na­jącą Niebo zauwa­żył trzy groby. Pod­szedł, by się im przyj­rzeć. Pierw­szy poro­sła trawa, a na pły­cie nagrob­nej wid­niały krzywe znaki: „Tu spo­czywa surowa (jak kapu­sta) kon­ku­bina Chu”.

Drugi grób był nowy, zasy­pany świeżą zie­mią. Na pły­cie wyryto słowa: „Tu spo­czywa pulchna (jak bułeczka) cesa­rzowa Song”.

Gdyby zoba­czył te absur­dalne nagrobki dzie­sięć lat temu, nie mógłby powstrzy­mać się od śmie­chu. Wtedy byli uczniami tego samego mistrza. Mo Ran był naj­lep­szy w wymy­śla­niu żar­tów, a cho­ciaż Xue Meng od początku patrzył na niego nie­przy­chyl­nym okiem, od czasu do czasu bawiły go te dow­cipy. Nie wie­dział, o co cho­dzi z surową kon­ku­biną i pulchną cesa­rzową, pew­nie wielce uta­len­to­wany Mo wymy­ślił te inskryp­cje dla swo­ich żon. Styl przy­po­mi­nał ery sukin­syna, rechotu i „po chuj”. Ale dla­czego swoim mał­żon­kom nadał takie pośmiertne tytuły? Tego Xue Meng nie wie­dział.

Spoj­rzał na trzeci grób.

Nawet w ciem­no­ści dostrzegł, że jest otwarty, a w środku leży trumna. Pusta, a do tego na pły­cie nic nie napi­sano. Przed gro­bem stały tylko dzba­nek wina – Kwiatu Bia­łej Gru­szy, won­tony w pikant­nym czer­wo­nym sosie i kilka pikant­nych prze­ką­sek – same ulu­bione dania Mo Rana. Zdzi­wiony Xue Meng wpa­try­wał się w nie przez chwilę, po czym nagle zaświ­tała mu myśl: „Czyżby Mo Ran zde­cy­do­wał się pod­dać bez walki i sam wyko­pał sobie grób?”.

Zde­cy­do­wał się umrzeć?

Oblał go zimny pot.

Nie, nie wie­rzył w to. Taki czło­wiek jak Mo Ran wal­czył do ostatka, nie znał znu­że­nia ani się nie pod­da­wał. Jego dotych­cza­sowe czyny wska­zy­wały raczej na to, że wal­czyłby z bun­tow­ni­kami aż po kres, jak więc by mógł…

Przez ostat­nie dzie­sięć lat Mo Ran stał na szczy­cie. Co tam zoba­czył, co się wyda­rzyło? Nikt tego nie wie­dział.

Xue Meng wszedł w noc, wiel­kimi kro­kami zmie­rza­jąc do oświe­tlo­nego Pałacu Wushan.

Wewnątrz Mo Ran zaci­snął powieki, twarz miał kre­do­wo­białą.

Xue Meng odgadł popraw­nie, Mo Ran zde­cy­do­wał, że umrze, i istot­nie, to dla sie­bie wyko­pał grób. Dwie godziny wcze­śniej za pomocą tele­por­ta­cji ode­słał swo­ich przy­bocz­nych, a sam wziął tru­ci­znę. Kul­ty­wo­wał tak długo, że tru­ci­zna w jego ciele roz­prze­strze­niała się bar­dzo wolno, dla­tego też ból poże­ra­nych, tra­wio­nych wnętrz­no­ści wyda­wał się głęb­szy i ostrzej­szy.

Skrzyp­nęły otwie­rane drzwi.

Mo Ran nie uniósł nawet głowy, tylko ode­zwał się ochry­płym gło­sem:

– Xue Meng. To ty? Przy­by­łeś?

Xue Meng stał samot­nie na zło­tej pod­ło­dze pałacu, koń­ski ogon miał w nie­ła­dzie, a lekka zbroja lśniła.

Dawni współ­to­wa­rzy­sze w nauce znów się spo­tkali. Mo Ran miał twarz bez wyrazu. Sie­dział bokiem, pod­pie­ra­jąc dło­nią pod­bró­dek, a kur­tyna gęstych rzęs spły­wała mu z powiek. Ludzie powia­dali, że to trzy­głowy demon z sze­ścior­giem ramion, ale w grun­cie rze­czy był uro­dziwy, z łagod­nym grzbie­tem nosa, cien­kimi, gład­kimi war­gami, miał w sobie jakąś natu­ralną sło­dycz. Oce­nia­jąc po samym wyglą­dzie, można pomy­śleć, że to dobry, łagodny czło­wiek.

Led­wie Xue Meng zoba­czył jego twarz, zro­zu­miał, że Mo Ran zażył tru­ci­znę. W sercu poczuł ukłu­cie nie­zna­nego uczu­cia. Chciał coś powie­dzieć, ale tylko zaci­snął mocno pię­ści i spy­tał:

– A Shi­zun?

– Co?

– Pytam cię, co z Shi­zu­nem! Twoim, moim, naszym Shi­zu­nem! – krzyk­nął ostro.

– Aaa… – Mo Ran wresz­cie otwo­rzył powoli oczy, czarne z odro­biną fio­letu.

Prze­ni­ka­jące przez gór­skie szczyty lata spły­nęły na Xue Menga.

– Nie widzie­li­ście się od dwóch lat, od roz­sta­nia w Pałacu Śnież­nych Kro­ków na Kun­lun – powie­dział Mo Ran, uśmie­cha­jąc się lekko. – Tęsk­ni­łeś za nim, Xue Meng?

– Dość tych bzdur! Oddaj mi go!

Mo Ran spoj­rzał na niego spo­koj­nie, wytrzy­mał prze­wier­ca­jący mu brzuch ból, uniósł kącik ust w iro­nicz­nym uśmie­chu i odchy­lił się na opar­cie tronu. Przed oczami mu pociem­niało, nie­mal czuł, jak jego wnętrz­no­ści się skrę­cają, roz­pusz­czają i zmie­niają w cuch­nące błoto.

– Oddać ci go? – spy­tał leni­wie. – Bzdury. Pomyśl tylko, jest mię­dzy nami tak głę­boka nie­na­wiść, jakże mógł­bym mu pozwo­lić żyć na tym świe­cie.

– Ty…! – Xue Men­gowi krew odpły­nęła z twa­rzy, wytrzesz­czył oczy i cof­nął się parę kro­ków. – Nie możesz… Nie możesz…

– Czego nie mogę? – Mo Ran lekko się zaśmiał. – Powiedz mi, dla­czego cze­goś nie mogę?

– Jest twoim… – zaczął Xue Meng drżą­cym gło­sem. – Prze­cież jest twoim Shi­zu­nem… Jak możesz tak go trak­to­wać!

Uniósł głowę i patrzył na sie­dzą­cego na wyso­kim tro­nie Mo Rana. W Nie­bio­sach był Nie­biań­ski Cesarz, w pod­zie­miach – Król Pie­kieł, a w świe­cie ludzi – Mo Weiyu. Ale Xue Meng uwa­żał, że nawet jeżeli Mo Ran stał się cesa­rzem świata ludzi, nie powi­nien być taki. Cały się trząsł, wście­kły tak, że z oczu popły­nęły mu łzy.

– Mo Weiyu, czy ty wciąż jesteś czło­wie­kiem? On kie­dyś…

– On kie­dyś co? – Mo Ran pod­niósł na niego obo­jętny wzrok.

– To, jak cię kie­dyś trak­to­wał. – Głos Xue Menga drżał. – Powi­nie­neś wie­dzieć…

– Chcesz mi przy­po­mnieć – Mo Ran się zaśmiał – jak kie­dyś mnie tłukł na mia­zgę, jak kazał klę­kać przed ludźmi i wyzna­wać winy? A może chcesz mi przy­po­mnieć, jak sta­nął mię­dzy mną a tobą, zupeł­nie postronną osobą, jak wiele razy niwe­czył moje dobre uczynki, jak nisz­czył moje dzieła?

Xue Meng potrzą­snął głową, jakby w bole­ści.

„Nie, Mo Ranie. Prze­myśl to dobrze, odrzuć sza­loną nie­na­wiść. Odwróć się i patrz. Kie­dyś pozwo­lił ci kul­ty­wo­wać i uczyć się sztuk walki, chro­nił cię. Kie­dyś uczył cię czy­tać i pisać, ukła­dać wier­sze i malo­wać. Kie­dyś dla cie­bie uczył się goto­wać, miał dwie lewe ręce, ranił się, led­wie coś zro­bił. Kie­dyś… cze­kał dniem i nocą na twój powrót, sam jeden cze­kał na cie­bie od zmierz­chu do świtu”.

Tak wiele słów utkwiło mu w gar­dle.

– On… – wykrztu­sił wresz­cie z tru­dem. – Ma trudny cha­rak­ter, mówi nie­wła­ściwe rze­czy, ale nawet ja wiem, jak dobrze cię trak­to­wał. Dla­czego… Jak możesz…

Xue Meng pod­niósł głowę. Powstrzy­my­wane łzy ści­snęły mu gar­dło, nie mógł dalej mówić. Po dłuż­szej chwili od strony tronu dobie­gło ciche wes­tchnie­nie.

– Tak… Ale wiesz co, Xue Meng? – Głos Mo Rana wyda­wał się zmę­czony. – Kie­dyś skrzyw­dził jedyną osobę, którą kocha­łem. Jedyną.

Zapa­dła mar­twa cisza.

Żołą­dek pło­nął mu żywym ogniem, wnętrz­no­ści wyda­wały się roz­pa­dać na nie­zli­czone kawałki.

– Byli­śmy jed­nak mistrzem i uczniem. Jego ciało spo­czywa w Pawi­lo­nie Czer­wo­nego Lotosu na Połu­dnio­wym Szczy­cie. Leży wśród kwia­tów, dobrze zacho­wane, jakby po pro­stu spał. – Mo Ran ode­tchnął, siląc się na spo­kój. Gdy wypo­wia­dał te słowa, jego rysy ani drgnęły, palce spo­czywały na san­da­ło­wym pod­ło­kiet­niku, knyk­cie miał blade i sine. – Dzięki mojej ener­gii jego ciało nie gnije. Jeśli za nim tęsk­nisz, nie trać czasu, gada­jąc ze mną po próż­nicy i cze­ka­jąc, aż umrę, ale pędź tam. – W gar­dle wez­brał mu słodko-zgniły posmak. Odkaszl­nął kilka razy. Gdy znów otwo­rzył usta, mię­dzy war­gami a zębami poczuł krew, jego oczy jed­nak na­dal były spo­kojne. – Idź. Idź go zoba­czyć – ode­zwał się ochry­ple. – Jeżeli się spóź­nisz, umrę, moc odej­dzie, a on zamieni się w pył. – Powie­dziaw­szy to, przy­gnę­biony zamknął powieki.

Tru­ci­zna dotarła do serca, tra­wił go ogień. Wnętrz­no­ści roz­dzie­rał mu ból tak wielki, że roz­pacz­liwe wycie Xue Menga zda­wało się dobie­gać z daleka, jakby zza odle­głego oce­anu, jakby z jego głębi. Krew nie­ustan­nie wypeł­niała mu usta. Mo Ran pocią­gnął rękawy, mię­śnie mu drżały. Zamro­czony otwo­rzył oczy. Xue Meng już wybiegł. Był szybki, więc dotar­cie na Połu­dniowy Szczyt nie powinno mu zająć zbyt długo. Powi­nien móc po raz ostatni spoj­rzeć w twarz Shi­zuna.

Mo Ran się pod­niósł, wstał chwiej­nie, zło­żył spla­mione krwią palce w mudrę i prze­niósł się przed Wieżę Prze­ci­na­jącą Niebo.

Była już późna jesień, kwiaty jabłoni kwi­tły pięk­nie i dostoj­nie. Nie wie­dział, dla­czego wła­śnie to miej­sce wybrał na zakoń­cze­nie swo­jego złego życia. Ale kwiaty kwi­tły tak pięk­nie, czuł, jakby miał spo­cząć w won­nym gro­bowcu.

Poło­żył się w otwar­tej trum­nie, patrząc na kwiaty na tle noc­nego nieba, na opa­da­jące bez­sze­lest­nie płatki. Wpa­dały do trumny, opa­dały mu na policzki. Tań­czyły w powie­trzu i odpły­wały, jak odpływa prze­szłość.

Prze­żył wiele, z nie­po­sia­da­ją­cego nic dziecka z nie­pra­wego łoża stał się jedy­nym panem i cesa­rzem świata ludzi. Był podły do szpiku kości, ręce miał spla­mione krwią, wszystko kochał i wszyst­kiego nie­na­wi­dził, wszyst­kiego pra­gnął i wszyst­kim gar­dził, ale na końcu i tak nie zostało mu nic.

Nie napi­sał też swą nie­po­skro­mioną dło­nią nic na wła­snym nagrobku. Nie­ważne, czy bez­wstyd­nego „cesarz wszech cza­sów”, czy absur­dal­nego jak „surowa” i „pulchna”, nie napi­sał nic.

Trwa­jąca od dzie­się­ciu lat farsa zakoń­czyła się gro­bową ciszą.

Kilka godzin póź­niej, gdy, niczym ogni­sty wąż, na górę wspięli się jeden za dru­gim, ludzie z pochod­niami, cze­kały na nich tylko pusty pałac, opu­sto­szały Szczyt Życia i Śmierci i szlo­cha­jący wśród popio­łów w Pawi­lo­nie Czer­wo­nego Lotosu Xue Meng.

Przed Wieżą Prze­ci­na­jącą Niebo leżało zimne ciało Mo Weiyu.Rozdział 2. Ten Czcigodny żyje

Roz­dział 2

Ten Czci­godny żyje

_Moje serce było jak mar­twa woda, stra­ci­łam całą nadzieję, gdy nagle zimną nocą trzy­dzie­stego dzie­wią­tego dnia zalśniło wio­senne świa­tło, czy moż­liwe, że Nie­biosa żałują trawy w doli­nie? Boję się tylko nie­szcze­ro­ści i mrozu…_

Dobie­gał go czy­sty i piękny głos kobiety, słowa brzę­czały jak perły, ale ude­rzały w głowę Mo Rana bólem. Skro­nie mu pul­so­wały. Co to za wycie? Skąd się wzięła ta płaczka? Niech ktoś wyba­toży tę nędzną dziewkę tak, że spad­nie z góry!

Wykrzy­czał te gniewne słowa i nagle zdał sobie sprawę z tego, że coś było nie tak.

…Czyż nie był mar­twy?

Nie­na­wiść i chłód, cier­pie­nie i samot­ność prze­szyły jego pierś bólem. Mo Ran gwał­tow­nie otwo­rzył oczy.

Wszystko, co zda­rzyło się przed jego śmier­cią, było jak śnieg wiru­jący na wie­trze. A teraz leżał na łóżku, jed­nak nie na tym ze Szczytu Życia i Śmierci. To było rzeź­bione w smoki i feniksy, nad drew­nem uno­sił się ciężki zapach pudru. Pościel, różowa i pur­pu­rowa, hafto­wana w bawiące się w wodzie kaczki man­da­rynki, była z rodzaju tych, jakich uży­wały kobiety w domach uciech.

Zesztyw­niał nagle. Wie­dział, gdzie jest.

Teatr nie­da­leko Szczytu Życia i Śmierci. Ten tak zwany teatr znaj­do­wał się w domu uciech. Zgod­nie z powie­dze­niem „Łatwo się zebrać, łatwo odejść” goście i piękne kobiety mogli według uzna­nia przy­cho­dzić i wycho­dzić.

Był w mło­do­ści Mo Rana czas wyjąt­ko­wej roz­pu­sty, kiedy spę­dzał w tym domu uciech ponad dzie­sięć nocy w ciągu połowy mie­siąca. Gdy miał dwa­dzie­ścia kilka lat, dom został sprze­dany i zamie­niony w gospodę. Mo Ran umarł i zna­lazł się w miej­scu, które już nie ist­niało. Co się wyda­rzyło? Czy to moż­liwe, że uczy­nił w życiu tyle zła, skrzyw­dził tylu chłop­ców i tyle dziew­cząt, że Yan­luo³ ska­zał go na służbę w bur­delu?

Mo Ran prze­wró­cił się na drugi bok.

I zna­lazł się twa­rzą w twarz ze śpią­cym czło­wie­kiem.

Co się dzieje?! Dla­czego koło niego ktoś leży? I dla­czego to nagi męż­czy­zna?!

Do tego nie­zna­jomy miał deli­katną twarz, wytworne rysy i wyglą­dał tak pięk­nie, że trudno było stwier­dzić, czy jest męż­czy­zną, czy kobietą.

I choć twarz Mo Rana nie wyra­żała nic, w jego sercu sza­lał sztorm. Patrzył długo na pogrą­żo­nego we śnie chło­paka i nagle sobie przy­po­mniał.

Czy to nie ten chło­piec do towa­rzy­stwa, któ­rego tak uwiel­biał w mło­do­ści? Rong San? Albo Rong Jiu. San czy Jiu, nie­istotne, istotne było, że ten chło­pak zacho­ro­wał na syfi­lis i zmarł wiele lat temu. Jego ciało powinno już zgnić. A jed­nak był tu, żywy, taki deli­katny leżał obok. Spod bro­ka­to­wej koł­dry wyła­niały się ramiona i szyja, pokryte dziw­nymi, fio­le­to­wymi sinia­kami.

Z ponurą miną Mo Ran pod­niósł koł­drę. Powę­dro­wał wzro­kiem w dół.

Całe powabne ciało tego Ronga, San czy też Jiu, dla uprosz­cze­nia spraw wybierzmy może Jiu, pokry­wały ślady po biczu, a jedno z bia­łych jak jadeit ud było kilka razy obwią­zane czer­wo­nymi linami.

Mo Ran potarł pod­bró­dek i wes­tchnął z uzna­niem: inte­re­su­jące.

Patrzył na te misterne wią­za­nia, na tę zręczną sztukę, na ten jakże zna­jomy obra­zek.

Czy on, kurwa, sam go zwią­zał?

Był czło­wie­kiem kul­ty­wa­cji, miał jakąś pobieżną wie­dzę w tema­cie odro­dze­nia. W tym momen­cie zaczął podej­rze­wać, że naj­wy­raź­niej wró­cił do świata żywych.

Żeby potwier­dzić swoje obawy, Mo Ran zna­lazł lustro z brązu. Wpraw­dzie bar­dzo wysłu­żone, ale w mdłym świe­tle był w sta­nie dostrzec swoje nie­wy­raźne odbi­cie. Gdy umarł, miał trzy­dzie­ści dwa lata, był w wieku sta­no­wie­nia⁴, jed­nak ten, kto spo­glą­dał na niego z lustra, wyda­wał się o wiele młod­szy. W jego uro­dzi­wym wyglą­dzie było coś aro­ganc­kiego, wła­ści­wego tylko mło­dym. Gdyby oce­niać na tej jedy­nie pod­sta­wie, nie mógł mieć wię­cej niż pięt­na­ście, szes­na­ście lat.

W sypialni nie było nikogo innego.

Tak więc tyran świata kul­ty­wa­cji, zły hege­mon Syczu­anu, Cesarz Ludz­kiego Wymiaru, pan Szczytu Życia i Śmierci, Czci­godny Dep­czący Nie­śmier­tel­nych Mo Ran po dłuż­szej chwili mil­cze­nia szcze­rze wyznał, co leżało mu na sercu:

– Kurwa…

Ta „kurwa” obu­dziła Rong Jiu.

Uro­dziwy mło­dzie­niec usiadł leni­wie, a cien­kie bro­ka­towe okry­cie spły­nęło mu z ramion, odsła­nia­jąc białą jak śnieg skórę. Ujął w dłoń swoje mięk­kie, dłu­gie włosy, uniósł powieki mig­da­ło­wych oczu, w kąci­kach któ­rych wciąż był ślad czer­wieni, i ziew­nął.

– O… pani­czu Mo, wsta­łeś dziś wyjąt­kowo wcze­śnie.

Mo Ran nie odpo­wie­dział. Jesz­cze kil­ka­na­ście lat temu rze­czy­wi­ście podo­bała mu się deli­katna, andro­gi­niczna uroda Rong Jiu, ale teraz był trzy­dzie­sto­dwu­let­nim Czci­god­nym Dep­czą­cym Nie­śmier­tel­nych i jak­kol­wiek by patrzeć, musiał mieć coś z głową, skoro kie­dy­kol­wiek uwa­żał ten typ męż­czy­zny za piękny.

– Czyż­byś tej nocy nie spał dobrze? Mia­łeś kosz­mary?

„Umar­łem, sam oceń, czy można to uznać za kosz­mar”.

Rong Jiu zauwa­żył, że jego towa­rzysz nic nie mówi, mało tego, jest w złym nastroju, zszedł więc z łóżka, pod­szedł do rzeź­bio­nego okna i objął Mo Rana od tyłu.

– Pani­czu Mo, spójrz na mnie, dla­czego tak sto­isz, dla­czego nie zwra­casz na mnie uwagi?

Twarz Mo Rana pociem­niała, miał ochotę strzą­snąć z sie­bie tego małego demona, a potem kil­ka­na­ście razy spo­licz­ko­wać tę jego deli­katną twa­rzyczkę, ale się powstrzy­mał. Wciąż krę­ciło mu się w gło­wie, nie potra­fił dobrze oce­nić sytu­acji. Jeśli naprawdę naro­dził się ponow­nie, to wczo­raj jesz­cze spał z Rong Jiu, a dziś zbił go do krwi? Takie zacho­wa­nie niczym się nie różni od cho­roby umy­sło­wej, nie­wła­ściwe, bar­dzo, bar­dzo nie­wła­ściwe.

Upo­rząd­ko­wał myśli.

– Jaki dzi­siaj dzień? – spy­tał, jak gdyby ni­gdy nic.

Rong Jiu wahał się chwilę, ale odparł z uśmie­chem:

– Czwarty dzień pią­tego mie­siąca.

– Roku ogni­stej małpy?

– To zeszły rok. Teraz mamy rok ogni­stego koguta. Panicz Mo naprawdę sporo zapo­mina.

Rok ogni­stego koguta…

Źre­nice Mo Rana się powięk­szyły, jego umysł wiro­wał w zastra­sza­ją­cym tem­pie. W roku ogni­stego koguta miał szes­na­ście lat. Zale­d­wie rok wcze­śniej pan Szczytu Życia i Śmierci roz­po­znał w nim swo­jego zagi­nio­nego bra­tanka i tak pogar­dzany przez wszyst­kich par­szywy pies prze­ro­dził się w feniksa.

Czy naprawdę się odro­dził?

Czy też śni pusty sen po śmierci…?

– Pani­czu Mo – powie­dział Rong Jiu z uśmie­chem. – Chyba głód cię zamro­czył, nie pamię­tasz nawet dat. Usiądź na chwilę, pójdę do kuchni i przy­niosę coś do jedze­nia. Co powiesz na sma­żone ciastka?

Mo Ran dopiero co się odro­dził, nie wie­dział, jak sobie z tym wszyst­kim radzić. Ale zawsze naj­le­piej podą­żać zna­nymi dro­gami. Dla­tego też przy­po­mniał sobie swoje dawne maniery i powstrzy­mu­jąc mdło­ści, uszczyp­nął Rong Jiu w udo.

– Świet­nie, weź jesz­cze miskę ryżanki, nakar­misz mnie.

Rong Jiu się ubrał i wyszedł. Wró­cił po chwili, nio­sąc drew­nianą tacę z dyniową ryżanką, dwoma sma­żo­nymi ciast­kami i tale­rzem przy­sta­wek.

Mo Ran fak­tycz­nie był głodny, już miał zła­pać ciastko, kiedy Rong Jiu chwy­cił jego dłoń i ode­zwał się cza­ru­jąco:

– Nakar­mię cię, pani­czu.

Wziął kawa­łek ciastka i usiadł na kola­nach Mo Rana.

Miał na sobie cienką szatę i nic pod spodem. Deli­katne uda były roz­chy­lone, sty­kały się ze skórą Mo Rana, ocie­rał się nimi bez ustanku, ewi­dent­nie go kusił.

Mo Ran wpa­try­wał się w jego twarz i Rong Jiu myślał, że znowu ogar­nęło go pożą­da­nie.

– Dla­czego tak na mnie patrzysz? Jedze­nie wysty­gnie – powie­dział znie­cier­pli­wiony.

Mo Ran mil­czał. Gdy przy­po­mniał sobie to wszystko, czego Rong Jiu dopusz­czał się za jego ple­cami, kącik jego ust wygiął się w zna­czą­cym uśmie­chu. Gdy był Czci­god­nym Dep­czą­cym Nie­śmier­tel­nych, robił wiele obrzy­dli­wych rze­czy, wystar­czyło, że tego chciał. Mógł robić wszystko, jak­kol­wiek odstrę­cza­jące by nie było. To, co robił teraz Rong Jiu, to tylko przed­sta­wie­nie, dzie­cinne sztuczki, które na niego nie dzia­łały.

Roz­parł się wygod­nie w fotelu.

– Usiądź – zachę­cił z uśmie­chem.

– Prze­cież… prze­cież sie­dzę.

– Wiesz, o czym mówię.

Twarz Rong Jiu poczer­wie­niała.

– Tak szybko? Może naj­pierw panicz coś zje… A!

Zanim skoń­czył, Mo Ran zła­pał go, rzu­cił na łóżko i przy­ci­snął do mate­raca. Ręce Rong Jiu zadrżały, miska z ryżanką upa­dła na pod­łogę. Prze­stra­szony gwał­tow­nie wcią­gnął powie­trze.

– Pani­czu Mo, miska… – wyszep­tał.

– Nie­ważne.

– Ale może naj­pierw coś zjesz… em… a…

– A czy wła­śnie nie jem? – Mo Ran chwy­cił go w pasie, w parze smo­li­ście czar­nych oczu błysz­czało świa­tło, w źre­ni­cach odbi­jały się deli­katna twarz Rong Jiu i odchy­lona w tył szyja.

W poprzed­nim życiu tak bar­dzo chciał cało­wać te czer­wone usta, w końcu ten chło­pak był uro­dziwy, sprytny i umiał mówić rze­czy, które przy­pra­wiały Mo Rana o moc­niej­sze bicie serca. Nie­prawdą byłoby stwier­dze­nie, że w ogóle go to nie ruszało. Ale wie­dział, co te usta robiły za jego ple­cami, wydały mu się więc cuch­nące i nie chciał ich cało­wać.

Trzy­dzie­sto­dwu­letni Mo Ran róż­nił się od pięt­na­sto­let­niego.

Tam­ten znał jesz­cze miłość i czu­łość, a temu została tylko prze­moc.

Po wszyst­kim patrzył na spo­nie­wie­ra­nego do nie­przy­tom­no­ści Rong Jiu. Zmru­żył oczy w lek­kim uśmie­chu. Uśmiech­nięty wyglą­dał naprawdę ład­nie, z tymi źre­ni­cami w kolo­rze głę­bo­kiej czerni, które gdy patrzeć na nie pod pew­nym kątem, były nakra­piane plam­kami aro­ganc­kiego fio­letu. Z lek­kim uśmie­chem na twa­rzy zła­pał Rong Jiu za włosy i prze­niósł nie­przy­tom­nego na ławę. Drugą ręką się­gnął po kawa­łek roz­bi­tej por­ce­lany i zastygł z nim nad twa­rzą Rong Jiu.

Zawsze był mściwy, teraz też.

Pomy­ślał o tym, jak w poprzed­nim życiu go ochra­niał, nawet chciał go odku­pić, a Rong Jiu spi­sko­wał z innymi prze­ciw niemu. Nie mógł powstrzy­mać lek­kiego uśmie­chu, który uniósł kąciki jego oczu. Przy­ło­żył chło­pa­kowi do policzka ostry kawa­łek por­ce­lany.

Rong Jiu han­dlo­wał swoim cia­łem, jeśli nie będzie miał tej twa­rzy, nie będzie miał niczego. Ten piękny nie­gdyś męż­czy­zna będzie się włó­czył po uli­cach jak pies, czoł­gał po ziemi, kopany, dep­tany, wyzy­wany i oplu­wany, ech… To wyobra­że­nie naprawdę przy­nio­sło mu radość. Nawet mdło­ści wywo­łane tym, że wła­śnie go pie­przył, znik­nęły jak kam­fora.

Uśmiech Mo Rana stał się jesz­cze bar­dziej uro­czy.

Przy­ci­snął dłoń, spod por­ce­lany wypły­nęła czer­wona kro­pla krwi.

Zda­wało się, że nie­przy­tomny chło­pak poczuł ból, jęk­nął cicho i ochry­ple, na rzę­sach zawi­sła mu łza. Wyglą­dał żało­śnie.

Ręka Mo Rana zamarła.

Pomy­ślał o pew­nym sta­rym przy­ja­cielu. I w jed­nej chwili uświa­do­mił sobie, co wła­ści­wie robi. Wahał się jesz­cze kilka sekund, w końcu powoli opu­ścił dłoń.

Naprawdę przy­zwy­czaił się do czy­nie­nia zła. Aż zapo­mniał, że naro­dził się na nowo. Że to wszystko jesz­cze się nie wyda­rzyło, wiel­kie błędy nie zostały popeł­nione, a ten czło­wiek… nie umarł. Dla­czego więc on miałby znowu iść drogą okru­cień­stwa i prze­mocy? Na pewno mógł zacząć od nowa.

Usiadł, oparł stopę na kra­wę­dzi łóżka i bawił się od nie­chce­nia kawał­kiem por­ce­lany, gdy zauwa­żył, że na sto­liku wciąż leżą sma­żone ciastka. Wziął jedno i odsu­nąw­szy otłusz­czony papier, zaczął je gryźć dużymi kęsami, aż w ustach miał pełno okru­chów, a wargi błysz­czały ole­jem. Te ciastka były spe­cjal­no­ścią tego miej­sca. Nic takiego, zwłasz­cza w porów­na­niu do przy­sma­ków, któ­rych miał oka­zję pró­bo­wać póź­niej, tro­chę jakby żuł wosk. Jed­nak po upadku domu uciech Mo Ran nie miał już oka­zji jeść takich cia­stek. Zna­jomy smak poja­wił się na koniuszku języka razem ze wspo­mnie­niem prze­szło­ści. Z każ­dym kęsem coraz mniej odczu­wał nie­re­al­ność swo­jego ponow­nego naro­dze­nia, a kiedy skoń­czył jeść, wresz­cie otrzą­snął się z począt­ko­wego oszo­ło­mie­nia.

Naprawdę naro­dził się na nowo.

Całe zło w jego życiu, wszyst­kie wyda­rze­nia, któ­rych nie można cof­nąć, nic z tego jesz­cze się nie zaczęło. Nie zabił wuja i ciotki, nie zma­sa­kro­wał sie­dem­dzie­się­ciu dwóch miast, nie zdra­dził swo­ich mistrzów i przod­ków, nie oże­nił się, nie… Nikt jesz­cze nie umarł.

Cmok­nął i prze­cią­gnął języ­kiem po zębach. Poczuł, jak tląca się w jego piersi radość rośnie, jak zmie­nia się w nie­po­skro­miony entu­zjazm i pod­nie­ce­nie. W poprzed­nim życiu był wszech­władny, wie­dział co nieco o Trzech Zaka­za­nych Tech­ni­kach ludz­kiego wymiaru. Opa­no­wał dwie pierw­sze, ale ostat­nia, „odro­dze­nie”, pozo­sta­wała poza jego zasię­giem, cho­ciaż był bar­dzo inte­li­gentny.

Kto by pomy­ślał, że to, czego nie zdo­łał osią­gnąć za życia, zosta­nie mu dane po śmierci? W piersi na­dal kłę­biły się nie­chęć, przy­gnę­bie­nie, samot­ność i inne uczu­cia, przed oczami wciąż miał strze­la­jące w górę pło­mie­nie na Szczy­cie Życia i Śmierci, obraz nacie­ra­ją­cej armii.

Wtedy naprawdę nie chciał dłu­żej żyć, ludzie powia­dali, że jest ska­zany na samot­ność, opusz­czony przez wszyst­kich. W końcu i on czuł się jak cho­dzący trup, samotny i znu­dzony do gra­nic moż­li­wo­ści.

Nie wie­dział, co się stało, że ktoś tak zły jak on dostał, i to po śmierci z wła­snej ręki, szansę odro­dze­nia się.

Dla­czego miałby nisz­czyć twarz Rong Jiu, by pomścić dawne urazy? Rong Jiu naj­bar­dziej kochał pie­nią­dze. By go uka­rać, nie zapłaci mu i zabie­rze odro­binę sre­bra. Nie pra­gnął jesz­cze brać na sie­bie odpo­wie­dzial­no­ści tak dużej jak ludz­kie życie.

– Tym razem ci daruję, Rong Jiu – powie­dział Mo Ran z uśmie­chem i wyrzu­cił za okno kawa­łek por­ce­lany.

Następ­nie opróż­nił wszyst­kie skrytki, a kosz­tow­no­ści umie­ścił w swo­ich kie­sze­niach. Dopiero wtedy tro­chę się uspo­koił, spo­koj­nie się opo­rzą­dził, po czym nie­spiesz­nie opu­ścił dom uciech.

Wuj, ciotka, kuzyn Xue Meng, Shi­zun i jesz­cze… Gdy o nim pomy­ślał, jego spoj­rze­nie zła­god­niało.

„Shige, idę po cie­bie”.Rozdział 6. Shizun Tego Czcigodnego

Roz­dział 6

Shi­zun Tego Czci­god­nego

Xue Meng wycho­wy­wał się na Szczy­cie Życia i Śmierci od małego, znał cały teren i wszyst­kie skróty, w końcu udało mu się dopaść Mo Rana.

Pro­wa­dził go potem za budynki sekty, w miej­sce u pod­nóża Szczytu Życia i Śmierci, miej­sce, które w całym świe­cie ludzi było naj­bli­żej świata duchów. Gra­nica mię­dzy wymia­rami, za którą roz­cią­gają się zaświaty.

Gdy Mo Ran zoba­czył, co się tam działo, od razu pojął, dla­czego tam­ten czło­wiek, cho­ciaż naj­wy­raź­niej obecny, wysłał panią Wang, by podej­mo­wała przy­by­łych. To nie tak, że nie chciał pomóc, po pro­stu nie był w sta­nie…

Gra­nica mię­dzy świa­tami została znisz­czona.

U pod­nóża góry kłę­biła się gęsta demo­niczna aura, a w niej, wyjąc żało­śnie, wiro­wały pozba­wione cie­le­snej powłoki mściwe duchy. Przy bra­mie widać było roz­dar­cie na nie­bie, za nim roz­cią­gał się świat duchów, z niego zaś bie­gły w dół schody z sinego kamie­nia, tysiące stopni. A po nich, tło­cząc się i chwie­jąc, scho­dziły z zaświa­tów do wymiaru ludz­kiego złe duchy, które posia­dały ludzką powłokę.

Gdyby świad­kiem tej sceny był zwy­kły czło­wiek, osza­lałby ze stra­chu. Mo Ran, gdy pierw­szy raz ją ujrzał, rów­nież się prze­stra­szył, z cza­sem przy­wykł do tego widoku.

Bariera mię­dzy świa­tami została posta­wiona w daw­nych cza­sach przez Nie­biań­skiego Cesa­rza, do teraz zdą­żyła już osłab­nąć, od czasu do czasu poja­wiały się w niej pęk­nię­cia, które wyma­gały naprawy. Kul­ty­wa­to­rzy napra­wiali je, ale zada­nie to nie wpły­wało na poziom kul­ty­wa­cji, było za to nie­wdzięczne i męczące, wyma­gało zuży­cia ducho­wej ener­gii, dla­tego też nie­wielu kul­ty­wa­to­rów z wyż­szego wymiaru chciało się go pod­jąć.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książkiZapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1.

Wyja­śnie­nie zna­cze­nia oraz zapis w pinyin i hanzi tej i pozo­sta­łych nazw i imion wła­snych, a także słow­ni­czek pod­sta­wo­wych ter­mi­nów oraz krótki prze­wod­nik po wymo­wie znaj­duje się na końcu książki (przyp. red.).

2.

Mowa o jed­no­stce czasu _shi­chen_, która dzieli dobę na dwa­na­ście dwu­go­dzin­nych okre­sów (wszyst­kie przy­pisy, o ile nie zazna­czono ina­czej, pocho­dzą od tłu­ma­czek).

3.

Piąty sędzia w chiń­skich zaświa­tach. Nazy­wany też Kró­lem Pie­kieł.

4.

Nawią­za­nie do _Dia­lo­gów kon­fu­cjań­skich_. Ozna­cza, że czło­wiek w wieku trzy­dzie­stu lat jest w sta­nie samo­dziel­nie funk­cjo­no­wać w spo­łe­czeń­stwie i wyzna­czać sobie cele.

5.

Kur­czak bang bang (_bàngbàngjī_棒棒雞) – popu­larne danie kuchni chiń­skiej.

6.

Skrawki męża i żony (_fūqī fèipiàn_夫妻肺片) – popu­larne danie syczu­ań­skie z pla­strów woło­winy ser­wo­wa­nych na zimno.

7.

_Jīn_ (斤) to około 500 gra­mów.

8.

Bestia pixiu (貔貅 _píxiū_) – mityczna bestia, hybryda róż­nych zwie­rząt. Według ludo­wych wie­rzeń przy­ciąga bogac­two.

9.

_Osiem­na­ście dotknięć (_十八摸 _Shíbā mō)_ – ludowa pio­senka z pod­tek­stem ero­tycz­nym.

10.

贱名 _jiànmíng_ – rodzaj imion nada­wa­nych dzie­ciom, czę­sto umniej­sza­ją­cych wła­sną war­tość.

11.

_Xuē_ od nazwi­ska Wiel­kiego Mistrza sekty, Xue Zhen­gy­onga, _Yā_ zaś ozna­cza _dziew­czynkę_, co sta­nowi raczej zabawne imię dla chłopca.

12.

Miej­sce (w ciele znaj­du­jące się obok serca), które sta­nowi źró­dło ener­gii osoby kul­ty­wu­ją­cej i pozwala jej na uży­wa­nie spe­cjal­nych umie­jęt­no­ści. Wię­cej w posło­wiu.

13.

Sztuka ta w ory­gi­nale nosi nazwę 暗度陈仓 (_àndùchéncān_g, dosł. „w tajem­nicy prze­kra­czać Chen­cang”) i nawią­zuje do powie­dze­nia ozna­cza­ją­cego: podej­mo­wać jaw­nie pewne dzia­ła­nia, które odwrócą uwagę prze­ciw­nika.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij