-
nowość
-
promocja
Husky i jego biały kot Shizun - ebook
Husky i jego biały kot Shizun - ebook
Mo Weiyu był Cesarzem Ludzkiego Wymiaru, Czcigodnym Depczącym Nieśmiertelnych, niepokonanym tyranem budzącym strach w sercach zarówno zwykłych ludzi, jak i najpotężniejszych kultywatorów. Miał wszystko.
Znaleźli się tacy, którzy pragnęli go obalić, którzy pałali gniewem i pragnieniem zemsty, odebrał im jednak zwycięstwo, zażywając truciznę. Trzydziestoletni cesarz świata kultywacji odszedł na własnych warunkach.
Ale zamiast trafić pod sąd Yanluo, obudził się w przeszłości.
Czy to kara? Czy szansa na naprawienie błędów?
Mo Ran znów ma szesnaście lat i całe życie przed sobą. Znów u boku ma tych, których kocha i tych, których, jak mu się w tym i w poprzednim życiu zdawało, nienawidzi.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8382-994-4 |
| Rozmiar pliku: | 2,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Lista postaci
SZCZYT ŻYCIA I ŚMIERCI¹
- Mo Ran – Cesarz Ludzkiego Wymiaru, Czcigodny Depczący Nieśmiertelnych, obecnie uczeń ze Szczytu Życia i Śmierci, bardzo lubi Shi Meia, nie wie, co czuje do Chu Wanninga.
- Chu Wanning – mistrz ze Szczytu Życia i Śmierci, Shizun Mo Rana, Xue Menga i Shi Meia.
- Xue Meng – młody panicz Szczytu Życia i Śmierci, kuzyn Mo Rana.
- Shi Mei – uczeń Szczytu Życia i Śmierci, ukochany Mo Rana.
- Pani Wang – matka Xue Menga, żona Xue Zhengyonga.
- Xue Zhengyong – Wielki Mistrz Szczytu Życia i Śmierci, ojciec Xue Menga i wuj Mo Rana.
- A Li – kotka pani Wang.
STARSI ZE SZCZYTU ŻYCIA I ŚMIERCI
- Starszy Strzegący Praw (Jièlǜ)– dba o przestrzeganie zasad Szczytu Życia i Śmierci i wymierza kary za ich złamanie.
- Starszy Czterech Gwiazd (Xuánjī) – bardzo popularny wśród uczniów Szczytu Życia i Śmierci, ponieważ jego metody kultywacji są łatwe do nauczenia, a on sam jest bardzo miły.
- Starszy Siódmej Gwiazdy (Pòjūn).
- Starszy Pięciu Gwiazd (Qīshā) – nie przepada za starszym Trzeciej Gwiazdy. Bardzo.
- Starszy Pierwszej Gwiazdy (Tānláng) – jest znakomitym alchemikiem i zna się na medycynie i uzdrawianiu.
- Starszy Trzeciej Gwiazdy (Lùcún) – przystojny i trochę zniewieściały.
MIASTECZKO MOTYLI
- Pan Chen – głowa rodziny Chen.
- Pani Chen – małżonka pana Chen.
- Pani Chen-Yao – żona Chen Bohuana, córka szanownego sędziego Yao.
- Chen Bohuan – najstarszy syn rodziny Chen.
- Chen Yanji – najmłodszy syn rodziny Chen.
- Córka rodziny Chen – najmłodsza spośród rodzeństwa Chen.
- Luo Xianxian – dziewczyna pochodząca z Miasteczka Motyli.
- Uczony Luo – ojciec Luo Xianxian, niespełniony uczony.
- Mistrzyni Ceremonii – bożek czczony w świątyni na obrzeżach Miasteczka Motyli przez jego mieszkańców.
- Szalony da-gege – tajemniczy nieznajomy, który pewnej nocy pojawił się przed domem małej Luo Xianxian.
ZŁOTE JEZIORO
- Gouchen Wywyższony – bóg zamieszkujący Złote Jezioro.
- Wangyue – smok służący Gouchenowi Wywyższonemu.
- Ji Baihua – lisi duch zamieszkujący Złote Jezioro.
- Zhaixin Liu – duch drzewa wierzby rezydujący w Złotym Jeziorze.
INNI
- Rong Jiu – chłopak do towarzystwa pracujący w domu uciech w mieście opodal Szczytu Życia i Śmierci.
- Dachang/Changda – najstarszy syn z bogatej rodziny kupieckiej, patron Rong Jiu.
- Song Qiutong – w przeszłości żona Mo Rana, członkini sekty Myśli Konfucjańskiej.Rozdział 1. Ten Czcigodny nie żyje
Rozdział 1
Ten Czcigodny nie żyje
Mo Ran jeszcze nie był wtedy cesarzem, a wszyscy wyzywali go od psów.
Ludzie z wioski nazywali go psubratem, kuzyni – kundlem, ale najgorsza była kobieta, która się nim zajmowała, ta wymyślała mu od psich pomiotów.
Oczywiście były też pewne podobieństwa z psami, które mógł uznać za nienajgorsze. Na przykład obiekty jego jednonocnych romansów zawsze wyrażały trochę udawanego gniewu, że siła jego lędźwi jest w łóżku niczym u dzikiego psa, że słodkimi słówkami wabi ludzkie dusze, a jego potężna broń prawie odbiera życie, ale potem szybko biegły się chwalić innym, tak żeby wszyscy w przybytku wiedzieli, że on, Mo Weiyu, jest urodziwym, dobrze wyposażonym mężczyzną. Kto spróbował, tego apetyty zostały zaspokojone, kto nie – ten aż przebierał nogami, by spróbować.
Trzeba przyznać, że ci wszyscy ludzie mieli rację: Mo Ran przypominał merdającego ogonem, głupiego psa.
Dopiero gdy został cesarzem świata kultywacji, te przezwiska zniknęły. W okamgnieniu.
Pewnego dnia mała sekta z odległych stron podarowała mu szczeniaka.
Pies był szaro-biały, z trzema jasnymi gwiazdkami na czole, trochę przypominał wilka. Był jednak wielkości główki kapusty, wyglądał jak główka kapusty i miał tyle samo rozsądku, pulchny i okrągły. Wciąż jednak myślał, że robi wrażenie wielkiego, biegał więc po głównej sali, kilka razy chciał się wspiąć na wysokie schody, zobaczyć dobrze człowieka, który zasiadał na tronie, ale miał za krótkie łapy, zawsze więc kończyło się to niepowodzeniem.
Mo Ran patrzył na tę kulkę sierści, pełną siły, ale nieświadomą, jak jej użyć, i kompletnie pozbawioną rozsądku. Obserwował psiaka przez chwilę, po czym wybuchał śmiechem, śmiał się i łajał to głupie stworzenie.
Szczeniak szybko wyrósł na dużego psa, duży pies stał się starym psem, a stary – martwym.
Mo Ran ledwie mrugnął, a już trzydzieści dwa lata jego życia przemknęły pośród chwały i hańby, wzlotów i upadków.
Znudził się już zabawą, czuł się utrudzony i samotny. Coraz mniej było wokół niego ludzi, których znał, nawet pies z trzema gwiazdkami na czole dokonał żywota. Dlatego Mo Ran pomyślał, że nadszedł czas, by to wszystko zakończyć.
Z tacy na owoce wziął krystalicznie czyste winogrono i obrał je z fioletowej skórki.
Jego ruchy były spokojne i zręczne, jak u króla Qiang, który w namiocie wyłuskiwał z szat konkubinę Hu, z pewnym leniwym zniechęceniem. Zielony miąższ drgał delikatnie w jego palcach, sok rozlał się delikatnym odcieniem, jak dzikie gęsi niosące czerwoną jutrzenkę, jak opadające kwiaty jabłoni.
Jak brudna krew.
Połykał słodki miąższ, oglądając swoje palce, po czym leniwie podniósł powieki. Siedział tak i myślał dwie godziny².
Powinien zstąpić do piekieł. Mo Ran o imieniu Weiyu. Pierwszy władca świata kultywacji.
Niełatwo było zasiąść na tym miejscu. Wymagało to nie tylko ogromnej mocy, lecz także skóry twardej niczym skała.
W czasach przed nim dziesięć wielkich sekt świata kultywacji rywalizowało ze sobą, utrzymując podobną pozycję i pilnując się nawzajem. Nikt nie mógł zmienić świata sam jeden. Co więcej, każdy z przywódców był wielce utalentowanym człowiekiem, oczytanym w klasycznych tekstach, i nawet gdyby dla zabawy zechciał sięgnąć po tytuł, bałby się pióra historyków, bałby się, że przez tysiące lat jego imię będzie skalane.
Ale Mo Ran był inny. Był wyrzutkiem.
Robił to, czego inni nie ośmielili się robić. Pił najmocniejszy alkohol, brał za żony najpiękniejsze kobiety, stał się przywódcą świata kultywacji – Czcigodnym Depczącym Nieśmiertelnych – a później ogłosił się cesarzem.
Wszyscy przed nim uklękneli.
Tych, którzy się nie ugięli, wycięto w pień. W latach jego panowania świat kultywacji utonął we krwi i w jękach ofiar. Niezliczeni bohaterowie ginęli dzielnie, a jedną z dziesięciu wielkich sekt, Sektę Myśli Konfucjańskiej, unicestwiono.
I sam mistrz Mo Rana nie umknął jego pazurom, przegrał pojedynek, po czym jego niegdyś ukochany uczeń zabrał go do pałacu i uwięził. Nikt nie poznał miejsca jego pobytu.
Niegdyś mlekiem i miodem płynąca kraina stała się pobojowiskiem.
Dla psiego cesarza Mo Rana, który nauce poświęcił może kilka dni, nie istniały żadne granice. Dlatego też czasy jego panowania naznaczyło nieskończenie wiele absurdów, począwszy od samej nazwy epoki.
Pierwsze trzy lata swojego panowania nazwał „erą sukinsyna”, co wymyślił, siedząc nad stawem i karmiąc ryby.
Kolejne trzy – „erą rechotu”, ponieważ pewnego letniego dnia usłyszał na dziedzińcu rechotanie żab i uznał, że jest to zesłana z niebios inspiracja, której nie wolno zignorować.
Uczeni uznali, że nie można stworzyć nazw bardziej niefortunnych, okazało się jednak, że nic nie wiedzieli o Mo Weiyu.
W ciągu kolejnych trzech lat lud zaczął się burzyć. Buddyści, taoiści czy spirytualiści, wszyscy oni byli szlachetnymi mężami, którzy nie mogli znieść tyranii Mo Weiyu. Wzniecali jedno powstanie za drugim. Dlatego też Mo Ran myślał cały dzień, aż po niezliczonych próbach powstała nazwa, która wstrząsnęła niebem i ziemią – „nastanie pokój”.
Znaczenie było pomyślne. Nazwa, nad którą głowił się pierwszy cesarz, miała oznaczać „porzucić broń, przywrócić pokój”, ale wersja krążąca wśród ludu brzmiała dość niezręcznie.
Zwłaszcza jeśli ktoś nie umiał pisać.
Pierwszy rok nazywał się „pokój”, co dla ludu brzmiało jak „po chuj”. Kolejny rok nazywał się „drugim rokiem po chuj”. Trzeci rok – „po chuj”.
Niektórzy wyklinali za zamkniętymi drzwiami:
– To doprawdy absurdalne! Czemu nie mówić po prostu „rok nastania pokoju”! Przyjdzie czas, że nie trzeba będzie pytać mężczyzny o wiek, tylko o wiek chuja! Stuletni starzec będzie stuletnim chujem!
Po trzyletnich zmaganiach era ta dobiegła końca.
Cały świat zamarł w oczekiwaniu na nazwę czwartej ery, ale tym razem Mo Ran żadnej nie wybrał, bo w tym właśnie roku świat kultywacji pogrążył się w chaosie. Przełykający upokorzenie i powstrzymujący gniew przez dziesięć lat, szlachetni wojownicy w końcu zawarli przymierze i zebrali ogromną armię, której milion żołnierzy miał zmusić Mo Weiyu do ustąpienia z tronu.
Świat kultywacji nie potrzebował cesarza.
A już zwłaszcza nie potrzebował takiego tyrana.
Po wielu miesiącach krwawych bitew armia powstańcza dotarła do Szczytu Życia i Śmierci. Ta góra o stromych zboczach stała w prowincji Syczuan, a na jej szczycie spowitym przez cały rok mgłą majestatycznie wznosiła się rezydencja Mo Rana.
Strzały były już na cięciwach, wystarczył jeden ostateczny cios, by dosięgnąć pałacu. Ostateczny, ale i najbardziej niebezpieczny. Mieli już zwycięstwo w zasięgu wzroku, gdy wśród zjednoczonych armii, które wcześniej połączył wspólny wróg, nastąpiły pewne spory. Stary cesarz upadnie, nastanie nowy porządek. Nikt nie chciał w takiej chwili marnować sił, nie było więc komu zadać ciosu i zaatakować górę.
Bali się, że ten przebiegły i podstępny tyran zstąpi nagle z nieba, obnaży zęby białe jak u dzikiej bestii i rozedrze na strzępy tych, którzy ośmielili się oblegać jego pałac.
Niektórzy mówili, śmiertelnie poważni:
– Moc Mo Weiyu jest wielka, a on sam jak trucizna dla ludzi, bądźmy ostrożni, nie wchodźmy mu w drogę.
Generałowie jeden za drugim powtarzali to samo. Ale wtedy wystąpił pewien młodzieniec o urodziwych rysach i dostojnym wyglądzie. Nosił srebrzysto-błękitną zbroję, pas z głową lwa, włosy miał upięte wysoko za pomocą pięknej srebrnej klamry. Nieprzyjemny miał tylko wyraz twarzy.
– Jesteśmy wszyscy u stóp góry, a wy się wciąż wahacie, czy na nią wejść? Czyżbyście się spodziewali, że Mo Weiyu sam do was zejdzie? Banda tchórzliwych śmieci!
– Co ty wygadujesz, paniczu Xue? – protestowali otaczający go ludzie. – Jak to, my, tchórze? W sprawach wojny najważniejsza jest ostrożność. Gdyby każdy był tak beztroski jak ty, kto by wziął odpowiedzialność, gdyby stało się coś złego?
Ktoś zaśmiał się kpiąco.
– Panicz Xue jest wybrańcem Niebios, my tutaj to zwykłe szaraczki. Skoro wybraniec nie może się doczekać, by stawić czoła cesarzowi, niech ruszy sam. My wyprawimy ucztę u stóp góry i poczekamy, aż przyniesiesz nam głowę Mo Weiyu, tak będzie najlepiej.
Mocne to były słowa. Pewien stary mnich, który znajdował się wśród sprzymierzonych armii, powstrzymał młodzieńca przed wybuchem.
– Paniczu Xue – powiedział łagodnym tonem, przybierając dystyngowany wyraz twarzy. – Posłuchaj, proszę, starego mnicha. Wiemy, jak wielką urazę żywisz do Mo Weiyu. Ale zmuszenie cesarza do ustąpienia jest bardzo ważną sprawą. Musisz myśleć o wszystkich i nie możesz działać impulsywnie.
Panicz Xue, który znalazł się w ogniu krytyki, nazywał się Xue Meng. Dziesięć lat wcześniej był młodzieńcem o wielkich talentach, prawdziwym wybrańcem Niebios, któremu wszyscy schlebiali. Ale czas płynie, a okoliczności się zmieniają. Ktoś, kto kiedyś był u władzy, później stanie się celem innych. Musiał wytrzymać ich kpiny i śmiech, by dostać się na górę i raz jeszcze spotkać się z Mo Ranem.
Twarz Xue Menga wykrzywił gniew, usta mu drżały, ale ze wszystkich sił starał się zachować spokój.
– Jak długo więc zamierzacie czekać?
– Zobaczmy chociaż, co się stanie.
– Właśnie, co, jeśli Mo Weiyu zastawił pułapkę?
– Paniczu Xue – napominał stary mnich, który przed chwilą próbował załagodzić sytuację – nie denerwuj się, wszyscy dotarliśmy już do podnóża góry, lepiej być ostrożnym. Mo Weiyu jest uwięziony w pałacu, nie zejdzie z góry. Jest u kresu sił, nie jest w stanie dokonać żadnych wielkich rzeczy, dlaczego więc mamy działać pochopnie i przyspieszać sprawy? U stóp góry jest nas tak wielu, tak wielu znamienitych możnych, jeśli ktoś z nich straci życie, kto będzie za to odpowiedzialny?
– Odpowiedzialny? – Panicz Xue wybuchnął nagłym gniewem. – Spytam cię więc: kto weźmie odpowiedzialność za życie mojego Shizuna? Mo Ran od dziesięciu lat trzyma go w areszcie domowym. Całe dziesięć lat! Jak mogę czekać, gdy mój Shizun jest tam, na górze?
Gdy tylko zebrani usłyszeli o Shizunie Xue Menga, na ich twarzach pojawiło się zmieszanie. Jedni wydawali się zawstydzeni, inni patrzyli to w prawo, to w lewo, jeszcze inni mamrotali coś pod nosem.
– Dziesięć lat temu Mo Ran ogłosił się Czcigodnym Depczącym Nieśmiertelnych. Wyrżnął siedemdziesiąt dwa miasta Sekty Myśli Konfucjańskiej, pragnął też obrócić w pył pozostałe dziewięć wielkich sekt. Później ogłosił się cesarzem, chciał zabić was wszystkich. Kto w końcu zapobiegł tym dwóm katastrofom? Gdyby nie mój Shizun, czy wciąż byście żyli? Czy wciąż moglibyście ze mną rozmawiać?
Ktoś w tłumie odchrząknął dwukrotnie i odezwał się łagodnie:
– Paniczu Xue, nie pozwól, by opanował cię gniew. Wszyscy czujemy się winni w sprawie mistrza Chu i jesteśmy mu wdzięczni. Ale jak mówisz, przebywa w areszcie domowym już dziesięć lat, gdyby coś już się… Czekałeś dziesięć lat, nie spiesz się więc i teraz, co sądzisz?
– Gówno sądzę!
– Jak śmiesz tak się do nas zwracać? – Człowiek ten wybałuszył oczy.
– A dlaczego nie? Shizun postawił na szali swoje życie, właśnie po to, by was ratować, wy… wy… – Nie dokończył, szloch ścisnął mu gardło. – Nie jestem go godzien.
Odwrócił gwałtownie głowę, jego ramiona zaczęły delikatnie drżeć, powstrzymywał łzy.
– Nie powiedzieliśmy, że nie uratujemy mistrza Chu…
– No właśnie, wszyscy pamiętamy, jak dobry był dla nas, nie zapomnieliśmy tego. To, co mówisz, paniczu Xue, znaczy nas wszystkich piętnem niewdzięczności, naprawdę nie do zniesienia.
– Ale czyż Mo Ran nie jest uczniem mistrza Chu? – wtrącił ktoś inny. – Moim zdaniem, jeśli uczeń zrobi coś złego, również jego mistrz ponosi za to odpowiedzialność. Niedouczenie syna jest winą ojca, a brak surowości u nauczyciela świadczy o jego lenistwie. To zrozumiałe, nie ma o co mieć żalu.
Były to mocne słowa, natychmiast więc ktoś zaprotestował.
– Co to za bzdury! Uważaj na słowa! – Po czym zwrócił się łagodnie do Xue Menga: – Paniczu Xue, nie denerwuj się…
– Jak mam się nie denerwować? – Xue Meng z nabiegłymi krwią oczami wszedł mu w słowo. – Nie potraficie może się postawić w tej sytuacji, ale to jest mój Shizun! Mój!!! Nie widziałem go tyle lat! Nie wiem, czy żyje, czy umarł, nie wiem, jak mu się wiedzie. Jak myślicie, dlaczego tutaj jestem? – Dyszał ciężko, a jego oczy były czerwone z wściekłości. – Myślicie, że jeżeli będziecie czekać, to Mo Weiyu sam zejdzie z góry, uklęknie przed wami i będzie błagał o łaskę?
– Paniczu Xue…
– Nie mam na świecie nikogo bliskiego prócz niego. – Xue Meng wyszarpnął rąbek szaty z rąk starego mnicha. – Jeśli wy nie chcecie, pójdę sam.
Powiedziawszy to, wyruszył na górę.
Zimny, wilgotny wiatr niósł szmer tysięcy liści, zdawało się, że w gęstej mgle, szeleszcząc, szepczą niezliczone zbłąkane złe duchy skryte w górskim lesie.
Xue Meng samotnie dotarł na szczyt, gdzie w mroku nocy wspaniały pałac Mo Rana lśnił spokojnym blaskiem. Przed Wieżą Przecinającą Niebo zauważył trzy groby. Podszedł, by się im przyjrzeć. Pierwszy porosła trawa, a na płycie nagrobnej widniały krzywe znaki: „Tu spoczywa surowa (jak kapusta) konkubina Chu”.
Drugi grób był nowy, zasypany świeżą ziemią. Na płycie wyryto słowa: „Tu spoczywa pulchna (jak bułeczka) cesarzowa Song”.
Gdyby zobaczył te absurdalne nagrobki dziesięć lat temu, nie mógłby powstrzymać się od śmiechu. Wtedy byli uczniami tego samego mistrza. Mo Ran był najlepszy w wymyślaniu żartów, a chociaż Xue Meng od początku patrzył na niego nieprzychylnym okiem, od czasu do czasu bawiły go te dowcipy. Nie wiedział, o co chodzi z surową konkubiną i pulchną cesarzową, pewnie wielce utalentowany Mo wymyślił te inskrypcje dla swoich żon. Styl przypominał ery sukinsyna, rechotu i „po chuj”. Ale dlaczego swoim małżonkom nadał takie pośmiertne tytuły? Tego Xue Meng nie wiedział.
Spojrzał na trzeci grób.
Nawet w ciemności dostrzegł, że jest otwarty, a w środku leży trumna. Pusta, a do tego na płycie nic nie napisano. Przed grobem stały tylko dzbanek wina – Kwiatu Białej Gruszy, wontony w pikantnym czerwonym sosie i kilka pikantnych przekąsek – same ulubione dania Mo Rana. Zdziwiony Xue Meng wpatrywał się w nie przez chwilę, po czym nagle zaświtała mu myśl: „Czyżby Mo Ran zdecydował się poddać bez walki i sam wykopał sobie grób?”.
Zdecydował się umrzeć?
Oblał go zimny pot.
Nie, nie wierzył w to. Taki człowiek jak Mo Ran walczył do ostatka, nie znał znużenia ani się nie poddawał. Jego dotychczasowe czyny wskazywały raczej na to, że walczyłby z buntownikami aż po kres, jak więc by mógł…
Przez ostatnie dziesięć lat Mo Ran stał na szczycie. Co tam zobaczył, co się wydarzyło? Nikt tego nie wiedział.
Xue Meng wszedł w noc, wielkimi krokami zmierzając do oświetlonego Pałacu Wushan.
Wewnątrz Mo Ran zacisnął powieki, twarz miał kredowobiałą.
Xue Meng odgadł poprawnie, Mo Ran zdecydował, że umrze, i istotnie, to dla siebie wykopał grób. Dwie godziny wcześniej za pomocą teleportacji odesłał swoich przybocznych, a sam wziął truciznę. Kultywował tak długo, że trucizna w jego ciele rozprzestrzeniała się bardzo wolno, dlatego też ból pożeranych, trawionych wnętrzności wydawał się głębszy i ostrzejszy.
Skrzypnęły otwierane drzwi.
Mo Ran nie uniósł nawet głowy, tylko odezwał się ochrypłym głosem:
– Xue Meng. To ty? Przybyłeś?
Xue Meng stał samotnie na złotej podłodze pałacu, koński ogon miał w nieładzie, a lekka zbroja lśniła.
Dawni współtowarzysze w nauce znów się spotkali. Mo Ran miał twarz bez wyrazu. Siedział bokiem, podpierając dłonią podbródek, a kurtyna gęstych rzęs spływała mu z powiek. Ludzie powiadali, że to trzygłowy demon z sześciorgiem ramion, ale w gruncie rzeczy był urodziwy, z łagodnym grzbietem nosa, cienkimi, gładkimi wargami, miał w sobie jakąś naturalną słodycz. Oceniając po samym wyglądzie, można pomyśleć, że to dobry, łagodny człowiek.
Ledwie Xue Meng zobaczył jego twarz, zrozumiał, że Mo Ran zażył truciznę. W sercu poczuł ukłucie nieznanego uczucia. Chciał coś powiedzieć, ale tylko zacisnął mocno pięści i spytał:
– A Shizun?
– Co?
– Pytam cię, co z Shizunem! Twoim, moim, naszym Shizunem! – krzyknął ostro.
– Aaa… – Mo Ran wreszcie otworzył powoli oczy, czarne z odrobiną fioletu.
Przenikające przez górskie szczyty lata spłynęły na Xue Menga.
– Nie widzieliście się od dwóch lat, od rozstania w Pałacu Śnieżnych Kroków na Kunlun – powiedział Mo Ran, uśmiechając się lekko. – Tęskniłeś za nim, Xue Meng?
– Dość tych bzdur! Oddaj mi go!
Mo Ran spojrzał na niego spokojnie, wytrzymał przewiercający mu brzuch ból, uniósł kącik ust w ironicznym uśmiechu i odchylił się na oparcie tronu. Przed oczami mu pociemniało, niemal czuł, jak jego wnętrzności się skręcają, rozpuszczają i zmieniają w cuchnące błoto.
– Oddać ci go? – spytał leniwie. – Bzdury. Pomyśl tylko, jest między nami tak głęboka nienawiść, jakże mógłbym mu pozwolić żyć na tym świecie.
– Ty…! – Xue Mengowi krew odpłynęła z twarzy, wytrzeszczył oczy i cofnął się parę kroków. – Nie możesz… Nie możesz…
– Czego nie mogę? – Mo Ran lekko się zaśmiał. – Powiedz mi, dlaczego czegoś nie mogę?
– Jest twoim… – zaczął Xue Meng drżącym głosem. – Przecież jest twoim Shizunem… Jak możesz tak go traktować!
Uniósł głowę i patrzył na siedzącego na wysokim tronie Mo Rana. W Niebiosach był Niebiański Cesarz, w podziemiach – Król Piekieł, a w świecie ludzi – Mo Weiyu. Ale Xue Meng uważał, że nawet jeżeli Mo Ran stał się cesarzem świata ludzi, nie powinien być taki. Cały się trząsł, wściekły tak, że z oczu popłynęły mu łzy.
– Mo Weiyu, czy ty wciąż jesteś człowiekiem? On kiedyś…
– On kiedyś co? – Mo Ran podniósł na niego obojętny wzrok.
– To, jak cię kiedyś traktował. – Głos Xue Menga drżał. – Powinieneś wiedzieć…
– Chcesz mi przypomnieć – Mo Ran się zaśmiał – jak kiedyś mnie tłukł na miazgę, jak kazał klękać przed ludźmi i wyznawać winy? A może chcesz mi przypomnieć, jak stanął między mną a tobą, zupełnie postronną osobą, jak wiele razy niweczył moje dobre uczynki, jak niszczył moje dzieła?
Xue Meng potrząsnął głową, jakby w boleści.
„Nie, Mo Ranie. Przemyśl to dobrze, odrzuć szaloną nienawiść. Odwróć się i patrz. Kiedyś pozwolił ci kultywować i uczyć się sztuk walki, chronił cię. Kiedyś uczył cię czytać i pisać, układać wiersze i malować. Kiedyś dla ciebie uczył się gotować, miał dwie lewe ręce, ranił się, ledwie coś zrobił. Kiedyś… czekał dniem i nocą na twój powrót, sam jeden czekał na ciebie od zmierzchu do świtu”.
Tak wiele słów utkwiło mu w gardle.
– On… – wykrztusił wreszcie z trudem. – Ma trudny charakter, mówi niewłaściwe rzeczy, ale nawet ja wiem, jak dobrze cię traktował. Dlaczego… Jak możesz…
Xue Meng podniósł głowę. Powstrzymywane łzy ścisnęły mu gardło, nie mógł dalej mówić. Po dłuższej chwili od strony tronu dobiegło ciche westchnienie.
– Tak… Ale wiesz co, Xue Meng? – Głos Mo Rana wydawał się zmęczony. – Kiedyś skrzywdził jedyną osobę, którą kochałem. Jedyną.
Zapadła martwa cisza.
Żołądek płonął mu żywym ogniem, wnętrzności wydawały się rozpadać na niezliczone kawałki.
– Byliśmy jednak mistrzem i uczniem. Jego ciało spoczywa w Pawilonie Czerwonego Lotosu na Południowym Szczycie. Leży wśród kwiatów, dobrze zachowane, jakby po prostu spał. – Mo Ran odetchnął, siląc się na spokój. Gdy wypowiadał te słowa, jego rysy ani drgnęły, palce spoczywały na sandałowym podłokietniku, knykcie miał blade i sine. – Dzięki mojej energii jego ciało nie gnije. Jeśli za nim tęsknisz, nie trać czasu, gadając ze mną po próżnicy i czekając, aż umrę, ale pędź tam. – W gardle wezbrał mu słodko-zgniły posmak. Odkaszlnął kilka razy. Gdy znów otworzył usta, między wargami a zębami poczuł krew, jego oczy jednak nadal były spokojne. – Idź. Idź go zobaczyć – odezwał się ochryple. – Jeżeli się spóźnisz, umrę, moc odejdzie, a on zamieni się w pył. – Powiedziawszy to, przygnębiony zamknął powieki.
Trucizna dotarła do serca, trawił go ogień. Wnętrzności rozdzierał mu ból tak wielki, że rozpaczliwe wycie Xue Menga zdawało się dobiegać z daleka, jakby zza odległego oceanu, jakby z jego głębi. Krew nieustannie wypełniała mu usta. Mo Ran pociągnął rękawy, mięśnie mu drżały. Zamroczony otworzył oczy. Xue Meng już wybiegł. Był szybki, więc dotarcie na Południowy Szczyt nie powinno mu zająć zbyt długo. Powinien móc po raz ostatni spojrzeć w twarz Shizuna.
Mo Ran się podniósł, wstał chwiejnie, złożył splamione krwią palce w mudrę i przeniósł się przed Wieżę Przecinającą Niebo.
Była już późna jesień, kwiaty jabłoni kwitły pięknie i dostojnie. Nie wiedział, dlaczego właśnie to miejsce wybrał na zakończenie swojego złego życia. Ale kwiaty kwitły tak pięknie, czuł, jakby miał spocząć w wonnym grobowcu.
Położył się w otwartej trumnie, patrząc na kwiaty na tle nocnego nieba, na opadające bezszelestnie płatki. Wpadały do trumny, opadały mu na policzki. Tańczyły w powietrzu i odpływały, jak odpływa przeszłość.
Przeżył wiele, z nieposiadającego nic dziecka z nieprawego łoża stał się jedynym panem i cesarzem świata ludzi. Był podły do szpiku kości, ręce miał splamione krwią, wszystko kochał i wszystkiego nienawidził, wszystkiego pragnął i wszystkim gardził, ale na końcu i tak nie zostało mu nic.
Nie napisał też swą nieposkromioną dłonią nic na własnym nagrobku. Nieważne, czy bezwstydnego „cesarz wszech czasów”, czy absurdalnego jak „surowa” i „pulchna”, nie napisał nic.
Trwająca od dziesięciu lat farsa zakończyła się grobową ciszą.
Kilka godzin później, gdy, niczym ognisty wąż, na górę wspięli się jeden za drugim, ludzie z pochodniami, czekały na nich tylko pusty pałac, opustoszały Szczyt Życia i Śmierci i szlochający wśród popiołów w Pawilonie Czerwonego Lotosu Xue Meng.
Przed Wieżą Przecinającą Niebo leżało zimne ciało Mo Weiyu.Rozdział 2. Ten Czcigodny żyje
Rozdział 2
Ten Czcigodny żyje
_Moje serce było jak martwa woda, straciłam całą nadzieję, gdy nagle zimną nocą trzydziestego dziewiątego dnia zalśniło wiosenne światło, czy możliwe, że Niebiosa żałują trawy w dolinie? Boję się tylko nieszczerości i mrozu…_
Dobiegał go czysty i piękny głos kobiety, słowa brzęczały jak perły, ale uderzały w głowę Mo Rana bólem. Skronie mu pulsowały. Co to za wycie? Skąd się wzięła ta płaczka? Niech ktoś wybatoży tę nędzną dziewkę tak, że spadnie z góry!
Wykrzyczał te gniewne słowa i nagle zdał sobie sprawę z tego, że coś było nie tak.
…Czyż nie był martwy?
Nienawiść i chłód, cierpienie i samotność przeszyły jego pierś bólem. Mo Ran gwałtownie otworzył oczy.
Wszystko, co zdarzyło się przed jego śmiercią, było jak śnieg wirujący na wietrze. A teraz leżał na łóżku, jednak nie na tym ze Szczytu Życia i Śmierci. To było rzeźbione w smoki i feniksy, nad drewnem unosił się ciężki zapach pudru. Pościel, różowa i purpurowa, haftowana w bawiące się w wodzie kaczki mandarynki, była z rodzaju tych, jakich używały kobiety w domach uciech.
Zesztywniał nagle. Wiedział, gdzie jest.
Teatr niedaleko Szczytu Życia i Śmierci. Ten tak zwany teatr znajdował się w domu uciech. Zgodnie z powiedzeniem „Łatwo się zebrać, łatwo odejść” goście i piękne kobiety mogli według uznania przychodzić i wychodzić.
Był w młodości Mo Rana czas wyjątkowej rozpusty, kiedy spędzał w tym domu uciech ponad dziesięć nocy w ciągu połowy miesiąca. Gdy miał dwadzieścia kilka lat, dom został sprzedany i zamieniony w gospodę. Mo Ran umarł i znalazł się w miejscu, które już nie istniało. Co się wydarzyło? Czy to możliwe, że uczynił w życiu tyle zła, skrzywdził tylu chłopców i tyle dziewcząt, że Yanluo³ skazał go na służbę w burdelu?
Mo Ran przewrócił się na drugi bok.
I znalazł się twarzą w twarz ze śpiącym człowiekiem.
Co się dzieje?! Dlaczego koło niego ktoś leży? I dlaczego to nagi mężczyzna?!
Do tego nieznajomy miał delikatną twarz, wytworne rysy i wyglądał tak pięknie, że trudno było stwierdzić, czy jest mężczyzną, czy kobietą.
I choć twarz Mo Rana nie wyrażała nic, w jego sercu szalał sztorm. Patrzył długo na pogrążonego we śnie chłopaka i nagle sobie przypomniał.
Czy to nie ten chłopiec do towarzystwa, którego tak uwielbiał w młodości? Rong San? Albo Rong Jiu. San czy Jiu, nieistotne, istotne było, że ten chłopak zachorował na syfilis i zmarł wiele lat temu. Jego ciało powinno już zgnić. A jednak był tu, żywy, taki delikatny leżał obok. Spod brokatowej kołdry wyłaniały się ramiona i szyja, pokryte dziwnymi, fioletowymi siniakami.
Z ponurą miną Mo Ran podniósł kołdrę. Powędrował wzrokiem w dół.
Całe powabne ciało tego Ronga, San czy też Jiu, dla uproszczenia spraw wybierzmy może Jiu, pokrywały ślady po biczu, a jedno z białych jak jadeit ud było kilka razy obwiązane czerwonymi linami.
Mo Ran potarł podbródek i westchnął z uznaniem: interesujące.
Patrzył na te misterne wiązania, na tę zręczną sztukę, na ten jakże znajomy obrazek.
Czy on, kurwa, sam go związał?
Był człowiekiem kultywacji, miał jakąś pobieżną wiedzę w temacie odrodzenia. W tym momencie zaczął podejrzewać, że najwyraźniej wrócił do świata żywych.
Żeby potwierdzić swoje obawy, Mo Ran znalazł lustro z brązu. Wprawdzie bardzo wysłużone, ale w mdłym świetle był w stanie dostrzec swoje niewyraźne odbicie. Gdy umarł, miał trzydzieści dwa lata, był w wieku stanowienia⁴, jednak ten, kto spoglądał na niego z lustra, wydawał się o wiele młodszy. W jego urodziwym wyglądzie było coś aroganckiego, właściwego tylko młodym. Gdyby oceniać na tej jedynie podstawie, nie mógł mieć więcej niż piętnaście, szesnaście lat.
W sypialni nie było nikogo innego.
Tak więc tyran świata kultywacji, zły hegemon Syczuanu, Cesarz Ludzkiego Wymiaru, pan Szczytu Życia i Śmierci, Czcigodny Depczący Nieśmiertelnych Mo Ran po dłuższej chwili milczenia szczerze wyznał, co leżało mu na sercu:
– Kurwa…
Ta „kurwa” obudziła Rong Jiu.
Urodziwy młodzieniec usiadł leniwie, a cienkie brokatowe okrycie spłynęło mu z ramion, odsłaniając białą jak śnieg skórę. Ujął w dłoń swoje miękkie, długie włosy, uniósł powieki migdałowych oczu, w kącikach których wciąż był ślad czerwieni, i ziewnął.
– O… paniczu Mo, wstałeś dziś wyjątkowo wcześnie.
Mo Ran nie odpowiedział. Jeszcze kilkanaście lat temu rzeczywiście podobała mu się delikatna, androginiczna uroda Rong Jiu, ale teraz był trzydziestodwuletnim Czcigodnym Depczącym Nieśmiertelnych i jakkolwiek by patrzeć, musiał mieć coś z głową, skoro kiedykolwiek uważał ten typ mężczyzny za piękny.
– Czyżbyś tej nocy nie spał dobrze? Miałeś koszmary?
„Umarłem, sam oceń, czy można to uznać za koszmar”.
Rong Jiu zauważył, że jego towarzysz nic nie mówi, mało tego, jest w złym nastroju, zszedł więc z łóżka, podszedł do rzeźbionego okna i objął Mo Rana od tyłu.
– Paniczu Mo, spójrz na mnie, dlaczego tak stoisz, dlaczego nie zwracasz na mnie uwagi?
Twarz Mo Rana pociemniała, miał ochotę strząsnąć z siebie tego małego demona, a potem kilkanaście razy spoliczkować tę jego delikatną twarzyczkę, ale się powstrzymał. Wciąż kręciło mu się w głowie, nie potrafił dobrze ocenić sytuacji. Jeśli naprawdę narodził się ponownie, to wczoraj jeszcze spał z Rong Jiu, a dziś zbił go do krwi? Takie zachowanie niczym się nie różni od choroby umysłowej, niewłaściwe, bardzo, bardzo niewłaściwe.
Uporządkował myśli.
– Jaki dzisiaj dzień? – spytał, jak gdyby nigdy nic.
Rong Jiu wahał się chwilę, ale odparł z uśmiechem:
– Czwarty dzień piątego miesiąca.
– Roku ognistej małpy?
– To zeszły rok. Teraz mamy rok ognistego koguta. Panicz Mo naprawdę sporo zapomina.
Rok ognistego koguta…
Źrenice Mo Rana się powiększyły, jego umysł wirował w zastraszającym tempie. W roku ognistego koguta miał szesnaście lat. Zaledwie rok wcześniej pan Szczytu Życia i Śmierci rozpoznał w nim swojego zaginionego bratanka i tak pogardzany przez wszystkich parszywy pies przerodził się w feniksa.
Czy naprawdę się odrodził?
Czy też śni pusty sen po śmierci…?
– Paniczu Mo – powiedział Rong Jiu z uśmiechem. – Chyba głód cię zamroczył, nie pamiętasz nawet dat. Usiądź na chwilę, pójdę do kuchni i przyniosę coś do jedzenia. Co powiesz na smażone ciastka?
Mo Ran dopiero co się odrodził, nie wiedział, jak sobie z tym wszystkim radzić. Ale zawsze najlepiej podążać znanymi drogami. Dlatego też przypomniał sobie swoje dawne maniery i powstrzymując mdłości, uszczypnął Rong Jiu w udo.
– Świetnie, weź jeszcze miskę ryżanki, nakarmisz mnie.
Rong Jiu się ubrał i wyszedł. Wrócił po chwili, niosąc drewnianą tacę z dyniową ryżanką, dwoma smażonymi ciastkami i talerzem przystawek.
Mo Ran faktycznie był głodny, już miał złapać ciastko, kiedy Rong Jiu chwycił jego dłoń i odezwał się czarująco:
– Nakarmię cię, paniczu.
Wziął kawałek ciastka i usiadł na kolanach Mo Rana.
Miał na sobie cienką szatę i nic pod spodem. Delikatne uda były rozchylone, stykały się ze skórą Mo Rana, ocierał się nimi bez ustanku, ewidentnie go kusił.
Mo Ran wpatrywał się w jego twarz i Rong Jiu myślał, że znowu ogarnęło go pożądanie.
– Dlaczego tak na mnie patrzysz? Jedzenie wystygnie – powiedział zniecierpliwiony.
Mo Ran milczał. Gdy przypomniał sobie to wszystko, czego Rong Jiu dopuszczał się za jego plecami, kącik jego ust wygiął się w znaczącym uśmiechu. Gdy był Czcigodnym Depczącym Nieśmiertelnych, robił wiele obrzydliwych rzeczy, wystarczyło, że tego chciał. Mógł robić wszystko, jakkolwiek odstręczające by nie było. To, co robił teraz Rong Jiu, to tylko przedstawienie, dziecinne sztuczki, które na niego nie działały.
Rozparł się wygodnie w fotelu.
– Usiądź – zachęcił z uśmiechem.
– Przecież… przecież siedzę.
– Wiesz, o czym mówię.
Twarz Rong Jiu poczerwieniała.
– Tak szybko? Może najpierw panicz coś zje… A!
Zanim skończył, Mo Ran złapał go, rzucił na łóżko i przycisnął do materaca. Ręce Rong Jiu zadrżały, miska z ryżanką upadła na podłogę. Przestraszony gwałtownie wciągnął powietrze.
– Paniczu Mo, miska… – wyszeptał.
– Nieważne.
– Ale może najpierw coś zjesz… em… a…
– A czy właśnie nie jem? – Mo Ran chwycił go w pasie, w parze smoliście czarnych oczu błyszczało światło, w źrenicach odbijały się delikatna twarz Rong Jiu i odchylona w tył szyja.
W poprzednim życiu tak bardzo chciał całować te czerwone usta, w końcu ten chłopak był urodziwy, sprytny i umiał mówić rzeczy, które przyprawiały Mo Rana o mocniejsze bicie serca. Nieprawdą byłoby stwierdzenie, że w ogóle go to nie ruszało. Ale wiedział, co te usta robiły za jego plecami, wydały mu się więc cuchnące i nie chciał ich całować.
Trzydziestodwuletni Mo Ran różnił się od piętnastoletniego.
Tamten znał jeszcze miłość i czułość, a temu została tylko przemoc.
Po wszystkim patrzył na sponiewieranego do nieprzytomności Rong Jiu. Zmrużył oczy w lekkim uśmiechu. Uśmiechnięty wyglądał naprawdę ładnie, z tymi źrenicami w kolorze głębokiej czerni, które gdy patrzeć na nie pod pewnym kątem, były nakrapiane plamkami aroganckiego fioletu. Z lekkim uśmiechem na twarzy złapał Rong Jiu za włosy i przeniósł nieprzytomnego na ławę. Drugą ręką sięgnął po kawałek rozbitej porcelany i zastygł z nim nad twarzą Rong Jiu.
Zawsze był mściwy, teraz też.
Pomyślał o tym, jak w poprzednim życiu go ochraniał, nawet chciał go odkupić, a Rong Jiu spiskował z innymi przeciw niemu. Nie mógł powstrzymać lekkiego uśmiechu, który uniósł kąciki jego oczu. Przyłożył chłopakowi do policzka ostry kawałek porcelany.
Rong Jiu handlował swoim ciałem, jeśli nie będzie miał tej twarzy, nie będzie miał niczego. Ten piękny niegdyś mężczyzna będzie się włóczył po ulicach jak pies, czołgał po ziemi, kopany, deptany, wyzywany i opluwany, ech… To wyobrażenie naprawdę przyniosło mu radość. Nawet mdłości wywołane tym, że właśnie go pieprzył, zniknęły jak kamfora.
Uśmiech Mo Rana stał się jeszcze bardziej uroczy.
Przycisnął dłoń, spod porcelany wypłynęła czerwona kropla krwi.
Zdawało się, że nieprzytomny chłopak poczuł ból, jęknął cicho i ochryple, na rzęsach zawisła mu łza. Wyglądał żałośnie.
Ręka Mo Rana zamarła.
Pomyślał o pewnym starym przyjacielu. I w jednej chwili uświadomił sobie, co właściwie robi. Wahał się jeszcze kilka sekund, w końcu powoli opuścił dłoń.
Naprawdę przyzwyczaił się do czynienia zła. Aż zapomniał, że narodził się na nowo. Że to wszystko jeszcze się nie wydarzyło, wielkie błędy nie zostały popełnione, a ten człowiek… nie umarł. Dlaczego więc on miałby znowu iść drogą okrucieństwa i przemocy? Na pewno mógł zacząć od nowa.
Usiadł, oparł stopę na krawędzi łóżka i bawił się od niechcenia kawałkiem porcelany, gdy zauważył, że na stoliku wciąż leżą smażone ciastka. Wziął jedno i odsunąwszy otłuszczony papier, zaczął je gryźć dużymi kęsami, aż w ustach miał pełno okruchów, a wargi błyszczały olejem. Te ciastka były specjalnością tego miejsca. Nic takiego, zwłaszcza w porównaniu do przysmaków, których miał okazję próbować później, trochę jakby żuł wosk. Jednak po upadku domu uciech Mo Ran nie miał już okazji jeść takich ciastek. Znajomy smak pojawił się na koniuszku języka razem ze wspomnieniem przeszłości. Z każdym kęsem coraz mniej odczuwał nierealność swojego ponownego narodzenia, a kiedy skończył jeść, wreszcie otrząsnął się z początkowego oszołomienia.
Naprawdę narodził się na nowo.
Całe zło w jego życiu, wszystkie wydarzenia, których nie można cofnąć, nic z tego jeszcze się nie zaczęło. Nie zabił wuja i ciotki, nie zmasakrował siedemdziesięciu dwóch miast, nie zdradził swoich mistrzów i przodków, nie ożenił się, nie… Nikt jeszcze nie umarł.
Cmoknął i przeciągnął językiem po zębach. Poczuł, jak tląca się w jego piersi radość rośnie, jak zmienia się w nieposkromiony entuzjazm i podniecenie. W poprzednim życiu był wszechwładny, wiedział co nieco o Trzech Zakazanych Technikach ludzkiego wymiaru. Opanował dwie pierwsze, ale ostatnia, „odrodzenie”, pozostawała poza jego zasięgiem, chociaż był bardzo inteligentny.
Kto by pomyślał, że to, czego nie zdołał osiągnąć za życia, zostanie mu dane po śmierci? W piersi nadal kłębiły się niechęć, przygnębienie, samotność i inne uczucia, przed oczami wciąż miał strzelające w górę płomienie na Szczycie Życia i Śmierci, obraz nacierającej armii.
Wtedy naprawdę nie chciał dłużej żyć, ludzie powiadali, że jest skazany na samotność, opuszczony przez wszystkich. W końcu i on czuł się jak chodzący trup, samotny i znudzony do granic możliwości.
Nie wiedział, co się stało, że ktoś tak zły jak on dostał, i to po śmierci z własnej ręki, szansę odrodzenia się.
Dlaczego miałby niszczyć twarz Rong Jiu, by pomścić dawne urazy? Rong Jiu najbardziej kochał pieniądze. By go ukarać, nie zapłaci mu i zabierze odrobinę srebra. Nie pragnął jeszcze brać na siebie odpowiedzialności tak dużej jak ludzkie życie.
– Tym razem ci daruję, Rong Jiu – powiedział Mo Ran z uśmiechem i wyrzucił za okno kawałek porcelany.
Następnie opróżnił wszystkie skrytki, a kosztowności umieścił w swoich kieszeniach. Dopiero wtedy trochę się uspokoił, spokojnie się oporządził, po czym niespiesznie opuścił dom uciech.
Wuj, ciotka, kuzyn Xue Meng, Shizun i jeszcze… Gdy o nim pomyślał, jego spojrzenie złagodniało.
„Shige, idę po ciebie”.Rozdział 6. Shizun Tego Czcigodnego
Rozdział 6
Shizun Tego Czcigodnego
Xue Meng wychowywał się na Szczycie Życia i Śmierci od małego, znał cały teren i wszystkie skróty, w końcu udało mu się dopaść Mo Rana.
Prowadził go potem za budynki sekty, w miejsce u podnóża Szczytu Życia i Śmierci, miejsce, które w całym świecie ludzi było najbliżej świata duchów. Granica między wymiarami, za którą rozciągają się zaświaty.
Gdy Mo Ran zobaczył, co się tam działo, od razu pojął, dlaczego tamten człowiek, chociaż najwyraźniej obecny, wysłał panią Wang, by podejmowała przybyłych. To nie tak, że nie chciał pomóc, po prostu nie był w stanie…
Granica między światami została zniszczona.
U podnóża góry kłębiła się gęsta demoniczna aura, a w niej, wyjąc żałośnie, wirowały pozbawione cielesnej powłoki mściwe duchy. Przy bramie widać było rozdarcie na niebie, za nim rozciągał się świat duchów, z niego zaś biegły w dół schody z sinego kamienia, tysiące stopni. A po nich, tłocząc się i chwiejąc, schodziły z zaświatów do wymiaru ludzkiego złe duchy, które posiadały ludzką powłokę.
Gdyby świadkiem tej sceny był zwykły człowiek, oszalałby ze strachu. Mo Ran, gdy pierwszy raz ją ujrzał, również się przestraszył, z czasem przywykł do tego widoku.
Bariera między światami została postawiona w dawnych czasach przez Niebiańskiego Cesarza, do teraz zdążyła już osłabnąć, od czasu do czasu pojawiały się w niej pęknięcia, które wymagały naprawy. Kultywatorzy naprawiali je, ale zadanie to nie wpływało na poziom kultywacji, było za to niewdzięczne i męczące, wymagało zużycia duchowej energii, dlatego też niewielu kultywatorów z wyższego wymiaru chciało się go podjąć.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książkiZapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1.
Wyjaśnienie znaczenia oraz zapis w pinyin i hanzi tej i pozostałych nazw i imion własnych, a także słowniczek podstawowych terminów oraz krótki przewodnik po wymowie znajduje się na końcu książki (przyp. red.).
2.
Mowa o jednostce czasu _shichen_, która dzieli dobę na dwanaście dwugodzinnych okresów (wszystkie przypisy, o ile nie zaznaczono inaczej, pochodzą od tłumaczek).
3.
Piąty sędzia w chińskich zaświatach. Nazywany też Królem Piekieł.
4.
Nawiązanie do _Dialogów konfucjańskich_. Oznacza, że człowiek w wieku trzydziestu lat jest w stanie samodzielnie funkcjonować w społeczeństwie i wyznaczać sobie cele.
5.
Kurczak bang bang (_bàngbàngjī_棒棒雞) – popularne danie kuchni chińskiej.
6.
Skrawki męża i żony (_fūqī fèipiàn_夫妻肺片) – popularne danie syczuańskie z plastrów wołowiny serwowanych na zimno.
7.
_Jīn_ (斤) to około 500 gramów.
8.
Bestia pixiu (貔貅 _píxiū_) – mityczna bestia, hybryda różnych zwierząt. Według ludowych wierzeń przyciąga bogactwo.
9.
_Osiemnaście dotknięć (_十八摸 _Shíbā mō)_ – ludowa piosenka z podtekstem erotycznym.
10.
贱名 _jiànmíng_ – rodzaj imion nadawanych dzieciom, często umniejszających własną wartość.
11.
_Xuē_ od nazwiska Wielkiego Mistrza sekty, Xue Zhengyonga, _Yā_ zaś oznacza _dziewczynkę_, co stanowi raczej zabawne imię dla chłopca.
12.
Miejsce (w ciele znajdujące się obok serca), które stanowi źródło energii osoby kultywującej i pozwala jej na używanie specjalnych umiejętności. Więcej w posłowiu.
13.
Sztuka ta w oryginale nosi nazwę 暗度陈仓 (_àndùchéncān_g, dosł. „w tajemnicy przekraczać Chencang”) i nawiązuje do powiedzenia oznaczającego: podejmować jawnie pewne działania, które odwrócą uwagę przeciwnika.