-
nowość
-
promocja
Jądro ciemności - ebook
Jądro ciemności - ebook
Utwory o destrukcyjnym wpływie kolonializmu na moralność człowieka
Podczas wizyty w Kongo pisarz zetknął się z kwestią kolonializmu, do którego często wracał w swoich utworach. Jako marynarz był świadkiem niezliczonych okrucieństw, aktów niesprawiedliwości i korupcji, powodowanych przez działalność europejskich kompanii, co rozwiało jego iluzje dotyczące tej polityki. Dzieła te, a szczególnie Jądro ciemności, uważane są za najważniejsze w dorobku Conrada. Autor odsyła nas do archetypu zła, które odnajdziemy w ludzkiej naturze, a także do wyobrażenia Afryki jako odległego kontynentu, w którym panuje wszechobecne zacofanie.
W książce znajdują się dwa wielkie dzieła Conrada: Jądro ciemności i Placówka postępu, oba w nowym przekładzie Doroty Konowrockiej-Sawy.
KANON W.A.B. to seria klasyki literatury, w której znajdziemy nieustannie odkrywane polskie i światowe dzieła, wciąż rezonujące z wyzwaniami współczesnego świata, przemawiające do emocji czytelnika, a jednocześnie stanowiące łącznik z przeszłością i naszym dziedzictwem. Seria obejmuje zarówno uznane tłumaczenia, jak i nowe przekłady.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna obca |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8449-317-5 |
| Rozmiar pliku: | 6,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Dwumasztowy jacht Nellie obrócił się na kotwicy bez łopotu żagli i znieruchomiał. Zaczął się przypływ, wiatr prawie ucichł, a ponieważ Nellie zmierzała w dół rzeki, mogła jedynie stanąć na kotwicy w oczekiwaniu na odpływ.
Ujście Tamizy rozlewało się przed nami jak początek nieskończonego szlaku wodnego. Na horyzoncie morze i niebo zespoliły się bez śladu złączenia i w tym rozświetlonym przestworze zbrązowiałe żagle barek płynących w górę rzeki na fali przypływu zdawały się zbijać w czerwonawe, nieruchome kiście skośnego ożaglowania, wśród których pobłyskiwały lakierowane drzewce. Mgła rozścieliła się na niskich brzegach wybiegających równiną w morze. Powietrze nad Gravesend pociemniało, a dalej w głębi lądu jakby zgęstniało w żałobny kir, który zawisł nieruchomo nad największym, najwspanialszym miastem świata.
Naszym kapitanem i gospodarzem był Dyrektor Przedsiębiorstw. We czterech z uczuciem wpatrywaliśmy się w jego plecy, gdy stał na dziobie, wbijając spojrzenie w morze. Na całej tej rzece nic nie wyglądałoby choćby w połowie tak marynarsko jak on. Przypominał pilota, który w oczach żeglarzy ucieleśnia wiarygodność. Niełatwo było pogodzić się z myślą, że jego praca nie czeka na niego w tym rozświetlonym estuarium, lecz pod żałobnym kirem zwieszającym się za jego plecami.
Łączyło nas, jak już gdzieś wspomniałem, braterstwo morza, które nie tylko zespalało nasze dusze podczas długich okresów rozłąki, ale i nauczyło wyrozumiałości dla opowiadanych przez nas niestworzonych historii, a nawet dla naszych przekonań. Prawnikowi, najlepszemu ze starych druhów, przez wzgląd na sędziwy wiek i rozliczne cnoty dostała się jedyna na jachcie poduszka i jedyna derka, na której właśnie leżał. Księgowy wyniósł już na pokład pudełko domina i teraz bawił się układaniem domków z kostek. Marlow usiadł po turecku z prawej strony rufy i oparł się o bezanmaszt. Miał zapadnięte policzki, żółtawą cerę, proste plecy i jakiś ascetyczny rys, który w połączeniu z opuszczonymi ramionami i dłońmi obróconymi wnętrzami ku górze nadawał mu wygląd bożka. Dyrektor, upewniwszy się, że kotwica porządnie trzyma, przeszedł na rufę i usiadł między nami. Leniwie zamieniliśmy kilka słów, po czym na pokładzie jola zapadła cisza. Z jakiegoś powodu nie zaczęliśmy grać w domino. Popadłszy w zamyślenie, nie czuliśmy się zdatni do niczego poza stoickim wpatrywaniem się w pustkę. Dzień dobiegał końca w nieskończenie pogodnym i łagodnym blasku. Woda lśniła spolegliwie, niebo bez jednej chmurki było niegroźnym bezmiarem niezmąconego światła i nawet mgła ścieląca się nad bagnami Essexu przypominała roziskrzoną gazę, zwieszającą się z zalesionych wzgórz w głębi lądu i spowijającą niskie brzegi półprzejrzystymi fałdami. Tylko mrok na zachodzie, który zawisł nad wyżej położonymi terenami, posępniał z każdą minutą, jakby rozeźlony zbliżaniem się słońca.
Ono zaś, pokonując niepostrzeżenie swój zakrzywiony szlak, opadło wreszcie nisko i z rozpalonej bieli przeobraziło się w matową czerwień bez promieni i bez ciepła, jakby miało nagle zagasnąć, uśmiercone dotknięciem tego mroku zawisłego nad ludzkim mrowiem.
Od razu zaszła zmiana nad wodami, ich spokój stał się mniej roziskrzony, a bardziej majestatyczny. U schyłku dnia stara rzeka odpoczywała nieporuszona w szerokim ujściu; po wiekach uczciwej pracy na usługach rasy zaludniającej jej brzegi rozlała się z godnością szlaku wodnego wiodącego ku najdalszym krańcom ziemi. Patrzyliśmy na czcigodny nurt nie w żywym blasku krótkiego dnia, który przychodzi i odchodzi na zawsze, lecz w sierpniowym świetle niezatartych wspomnień. A przecież nie ma nic prostszego dla człowieka, który z miłości i podziwu wyruszył, jak to się mówi, na morze, niż u ujścia Tamizy przywołać wspaniałego ducha przeszłości. Woda niezmordowanie podnosi się tu i opada w rytm pływów, pełna wspomnień o ludziach i statkach, które przywiodła na odpoczynek do macierzystego portu lub wyniosła ku morskim bitwom. Znała ona wszystkich tych mężów, z których kraj jest dumny, wszystkim im służyła, od sir Francisa Drake’a do sir Johna Franklina, wszystkim szlachcicom utytułowanym i nieutytułowanym, wszystkim błędnym rycerzom mórz. Niosła statki, których nazwy rozbłyskiwały jak klejnoty w nocy czasu: od Golden Hind, który wrócił wypełniony po brzegi skarbami, by na jego pokład mogła wstąpić Jej Królewska Mość i w ten sposób uwieńczyć jego wspaniałą legendę, do Erebusa i Terroru, kierujących się ku innym podbojom, z których jednak nie powróciły. Woda znała statki i ludzi. Żeglowali z Deptford, Greenwich i Erith, łowcy przygód i osadnicy, okręty królewskie i statki spółek handlowych, kapitanowie, admirałowie, szemrani kupcy handlujący na szlakach Wschodu i najemni „generałowie” flot Indii Wschodnich. Wszyscy, goniąc za sławą i złotem, wypłynęli z tego właśnie ujścia, dzierżąc miecz, a nierzadko pochodnię, posłańcy potęgi z głębi lądu, powiernicy iskry ze świętego ognia. Ile chwały wyruszyło wraz z odpływem ku sekretom niepoznanych ziem!… Marzenia ludzi. Zarodki republik. Zalążki imperiów.
Słońce zaszło. Mrok zaległ na wodzie i wzdłuż brzegu zaczęły rozbłyskiwać światła. Latarnia Chapmana, ustawiona na trzech nogach na mulistej łasze, świeciła mocno. W torze wodnym przesuwały się reflektory statków – wielkie zamieszanie świateł zdążających w górę i w dół rzeki. Dalej zaś i wyżej na zachodzie odznaczało się wciąż złowieszczo na niebie potworne miasto: żałobnym kirem w słonecznym blasku, jaskrawą poświatą pod gwiazdami.
„Także to miejsce”, rzekł nagle Marlow, „było kiedyś jednym z siedlisk ciemności”.
Jako jedyny z nas nadal odpowiadał na „zew morza”. Nie można było zarzucić mu nic ponad to, że nie reprezentował swojej warstwy. Był żeglarzem, ale również wędrowcem, tymczasem większość żeglarzy prowadzi, by tak rzec, osiadły tryb życia. Ich umysłowość jest umysłowością domatora, dom – statek – mają zawsze blisko siebie, podobnie jak swoją ojczyznę – morze. Statki są bardzo do siebie podobne, a morze jest zawsze takie samo. W tym jednakim otoczeniu obce brzegi, obce twarze i zmienny ogrom życia przepływają mimo nich spowite nie przeczuciem zagadki, ale lekko wzgardliwą ignorancją. Bo dla żeglarza nie ma nic tajemniczego, jeśli nie liczyć samego morza, które jest panią jego egzystencji równie nieprzeniknioną jak Przeznaczenie. Poza tym jednak po skończonej wachcie zwykła przechadzka czy zwykłe pijaństwo w porcie wystarczają, by odsłonić przed marynarzem tajemnicę całego kontynentu, przy czym, ogólnie rzecz biorąc, uznaje on ją za niewartą poznania. Niestworzone opowieści ludzi morza mają w sobie jakąś prostotę, a cały ich sens dałby się zawrzeć w skorupce pękniętego orzecha. Ale Marlow nie był zwykłym żeglarzem, jeśli tylko pominąć jego nieustanną gotowość do snucia morskich opowieści; w jego pojęciu sens każdej z nich mieścił się nie w środku jak jądro, lecz na zewnątrz, w otulinie historii, która go odsłoniła, podobny widmowej aureoli, którą księżycowy blask wydobywa niekiedy z zawieszonych w powietrzu kryształów lodu.
Jego uwaga nikogo nie zaskoczyła; to było bardzo do niego podobne. Przyjęta w milczeniu, nie skłoniła nikogo nawet do mruknięcia. Po chwili podjął, bardzo powoli:
„Myślałem o tych zamierzchłych czasach, kiedy to tysiąc dziewięćset lat temu po raz pierwszy dotarli tu Rzymianie… Ledwie wczoraj… Światło wypływało z tej rzeki od czasów… Mówicie: rycerzy? Owszem. Ale ono jest jak pożoga na równinie. Jak błyskawica w chmurach. Żyjemy w tym mgnieniu oka… Niech trwa, póki toczyć się będzie poczciwa ziemia! Ale ledwie wczoraj była tu ciemność. Wyobraźcie sobie uczucia dowódcy oddziału piechoty morskiej służącego na wspaniałej – jak ją tam zwą? – triremie pływającej po Morzu Śródziemnym, któremu nagle rozkazano wyprawić się na północ. Szybkim marszem pokonuje całą Galię, po czym obejmuje dowodzenie na jednym z tych statków, które legioniści – nie ma co, musieli być bardzo zręczni – budowali rzekomo setkami w ciągu ledwie miesiąca czy dwóch, jeśli dać wiarę temu, co piszą. Wyobraźcie go sobie tutaj… Na końcu świata, morze koloru ołowiu, niebo barwy dymu, statek sztywny jak koncertyna… Płynie w górę rzeki z zapasami, rozkazami albo czym tam sobie chcecie. Mielizny, bagna, lasy i tubylcy… Niewiele strawy zdatnej dla człowieka cywilizowanego, a do picia tylko woda z Tamizy. Nie było tu wina, do jakiego przywykł, nie można było zejść na ląd. Tu i tam obóz wojskowy zagubiony w dziczy jak igła w stogu siana… Zimno, mgła, ulewy, choroby, wygnanie i śmierć… Śmierć czająca się w powietrzu, w zaroślach i wodzie. Musieli tu padać jak muchy. Ale owszem, dokonał tego. I to bez wątpienia bardzo dobrze, nie myśląc przy tym za wiele, chyba że później, kiedy może chciał się pochwalić, czego to nie przeżył w swoim czasie. Dość było ludzi, żeby się zmierzyć z ciemnością. Może pocieszał się mimochodem perspektywą awansu do floty raweńskiej, o ile miał przyjaciół w Rzymie i przetrwał koszmarną pogodę. Albo pomyślcie o młodym przykładnym obywatelu w todze – kto wie, może miał słabość do kości? – jak przyjeżdża tu za jakimś prefektem czy poborcą podatków albo nawet kupcem, żeby się odkuć. Wysiada pośród bagien, idzie przez lasy i w jakiejś placówce w głębi lądu czuje, jak otacza go dzicz, kompletna dzicz… Całe to sekretne życie nieokiełznanej natury, które toczy się w lesie, w gąszczu, w sercach tubylców. W takie misteria nie sposób nikogo wtajemniczyć. Ten człowiek musi żyć w samym środku tego, co niepojęte – i obrzydliwe. A jednak z czasem to zaczyna go fascynować. Rozumiecie, fascynacja ohydą… Wyobraźcie sobie narastające poczucie winy, pragnienie ucieczki, bezradny wstręt, rezygnację, wreszcie nienawiść”.
Urwał.
„Zważcie”, podjął, unosząc przy tym przedramię i kierując wnętrze dłoni na wprost, co w połączeniu ze skrzyżowanymi nogami upodobniało go do Buddy głoszącego kazanie w europejskim stroju i bez kwiatu lotosu, „zważcie, że żaden z nas by się tak nie poczuł. Ocala nas wydajność, oddanie sprawie wydajności. A na tych chłopiskach nie dało się polegać, prawdę mówiąc. To nie byli kolonizatorzy. Ich rządy sprowadzały się do wymuszania haraczu i niczego więcej, jak podejrzewam. To byli zwykli najeźdźcy, a do tego nie trzeba nic prócz nagiej siły… I żaden to powód do chwały, jeśli się ją posiadło, bo siła jednego to tylko przypadek wynikły ze słabości innych. Grabili, co się dało, dla samego grabienia. To był zwykły rozbój i mord na masową skalę, a ludzie wchodzili w to na oślep… jak przystoi tym, którzy stawiają czoła ciemności. Podbój nowych ziem, co zwykle oznacza odebranie ich tym, którzy mają inny kolor skóry lub nieco bardziej spłaszczone nosy, nie jest za piękny, gdy mu się uważniej przyjrzeć. Odkupić go może tylko idea: jakaś idea, która za nim stanie. Nie sentymentalny pretekst, lecz porządna idea i bezinteresowna wiara w nią… Coś, co można ustanowić, przed czym się można pokłonić, czemu można złożyć ofiarę…”.
Urwał. Po rzece ślizgały się płomienie, małe zielone płomienie, czerwone płomienie, białe płomienie, ścigały się, prześcigały, dościgały i przecinały, a potem rozbiegały powoli lub pospiesznie. W gęstniejącej nocy na bezsennej rzece nie ustawał ruch wielkiego miasta. Podnieśliśmy wzrok w cierpliwym wyczekiwaniu – do rozpoczęcia odpływu nie było nic do roboty – lecz Marlow odezwał się dopiero po długim milczeniu, a i to z wahaniem: „Pamiętacie pewnie, że kiedyś czas jakiś pływałem po słodkich wodach…”. I wtedy zrozumieliśmy, że jest nam pisane wysłuchać jednej z tych długich opowieści z jego życia, z których nigdy nie płynął żaden wniosek.
„Nie chcę was zanudzać tym, co przeżyłem osobiście”, zaczął, ukazując tym jednym zdaniem słabość wielu gawędziarzy, którzy tak często zdają się nie wiedzieć, czego ich publiczność najbardziej pragnie posłuchać, „ale by zrozumieć, jak to wszystko na mnie wpłynęło, musicie wiedzieć, jak się tam dostałem, co zobaczyłem i jak dążąc w górę rzeki, dotarłem do miejsca, w którym poznałem tego nieszczęśnika. To była ostatnia przystań na tej rzece i apogeum mojego życia. Jakby to, co się tam wydarzyło, rzuciło nowe światło na mnie samego… I na moje myśli. Ale było to również dość mroczne… I godne pożałowania… W żadnym razie nic nadzwyczajnego… Ani też nic szczególnie oczywistego. Nie, to wszystko było raczej dość mętne. A jednak jakimś cudem rzuciło światło.
W tamtym czasie, jak pamiętacie, ledwie co wróciłem do Londynu po rozlicznych wyprawach na Ocean Indyjski, Pacyfik i morza chińskie… Porządna dawka Wschodu, jakieś sześć lat. Po powrocie obijałem się niemiłosiernie, przeszkadzając wam w pracy i nachodząc was w domach, jakby powierzono mi zbożną misję ucywilizowania was. Służyło mi czas jakiś to odpoczywanie, ale potem całkiem mi zbrzydło. Zacząłem się rozglądać za statkiem… Można by pomyśleć, że to najmniej wdzięczna robota na świecie, a tymczasem statki nie chciały nawet na mnie spojrzeć. A i ja się zmęczyłem tym pościgiem.
Trzeba wam jednak wiedzieć, że za dzieciaka pałałem namiętnością do map. Godzinami wpatrywałem się w Amerykę Południową, Afrykę czy Australię, zatracając się we wspaniałościach odkrywania. W tamtym czasie na mapach nie brakowało białych plam, a kiedy wypatrzyłem jakąś szczególnie zachęcającą (chociaż wszystkie tak wyglądały), kładłem na niej palec i mówiłem: »Jak dorosnę, to tam pojadę«. Pamiętam, że jednym z tych miejsc był biegun północny. No, jeszcze mnie tam nie było, ale już się nie wybieram. Czar prysł. Inne miejsca rozsiane były wkoło równika i na wszystkich równoleżnikach obu półkul. W niektórych byłem i… Cóż, nie będziemy o tym mówić. Ale była jeszcze jedna plama, największa i najbielsza, że tak powiem, której nadal ogromnie pożądałem.
Prawdą jest, że w tamtym okresie nie była już biała. W czasach mojego chłopięctwa zapełniono ją rzekami, jeziorami i nazwami. Przestała skrywać rozkoszną tajemnicę… Przestała być białą plamą, którą mały chłopiec mógł wypełnić marzeniami o chwale. Spowiła ją ciemność. Ale była tam jedna rzeka, wielka i potężna rzeka rysująca się na mapie, przypominająca ogromnego węża z głową zanurzoną w morzu, cielskiem wijącym się przez bezmiar tego kraju i ogonem znikającym w głębi lądu. I kiedy wpatrywałem się w tę mapę wystawioną w witrynie księgarni, zafascynowała mnie tak, jak wąż mógłby zafascynować ptaka… Głupiego, małego ptaszka. Po czym przypomniałem sobie o istnieniu wielkiego koncernu, spółki handlowej operującej na tej rzece. Do diabła z tym wszystkim!, pomyślałem sobie, przecież tego handlu nie dałoby się prowadzić bez jakichś statków na tym bezmiarze słodkiej wody… Parowce! A jakby spróbować objąć dowództwo na jednym z nich? Szedłem Fleet Street, nie mogąc się pozbyć tej myśli. Wąż mnie zahipnotyzował.
Rozumiecie pewnie, że to była spółka z kontynentu, to towarzystwo handlowe, ale ja mam na kontynencie wielu krewnych, bo tam jest tanio i wcale nie tak okropnie, tak mi w każdym razie mówili.
Przykro mi to wyznać, lecz zacząłem ich nękać. Już samo to było dla mnie nowością. Bo, widzicie, nie przywykłem załatwiać spraw w taki sposób. Tam, dokąd chciałem, szedłem zawsze własną drogą i na własnych nogach. Sam bym w to nie uwierzył, ale… Rozumiecie… Jakoś tak czułem, że za wszelką cenę muszę się tam dostać, jeśli nie drzwiami, to oknem. No więc się im naprzykrzałem. Mężczyźni mówili: »przyjacielu!«, ale żaden z nich palcem nie kiwnął. A potem – dacie wiarę? – spróbowałem z kobietami. Ja, Charlie Marlow, wysłałem kobiety do pracy… Żeby zdobyć robotę. Wielkie nieba! Bo, widzicie, ta myśl nie dawała mi spokoju. Miałem taką ciotunię, kochana kobieta, pełna entuzjazmu. Napisała mi: »Z wielką przyjemnością. Dla ciebie gotowa jestem zrobić wszystko. To wspaniały pomysł. Znam żonę człowieka piastującego wysokie stanowisko w administracji, a także dżentelmena, który ma wielkie wpływy w…« – i tak dalej, i tak dalej. Zapewniła, że nie spocznie, póki nie mianują mnie szyprem rzecznego parowca, skoro takie jest moje życzenie.
No i dostałem nominację, naturalnie… Dostałem ją bardzo szybko. Okazało się, że spółka otrzymała właśnie wiadomość, że jeden z jej kapitanów zginął w potyczce z krajowcami. To była moja szansa i przez to jeszcze spieszniej mi było do wyjazdu. Dopiero po wielu miesiącach, gdy podjąłem próbę odzyskania tego, co zostało z jego ciała, dowiedziałem się, że cały spór wynikł z nieporozumienia w sprawie jakichś kur. No tak, dwóch czarnych kur. Fresleven – tak się nazywał ten gość, Duńczyk – uznał, że okpili go na wymianie, więc zszedł na ląd i zaczął tłuc naczelnika wioski kijem. Och, wcale mnie to nie zdziwiło, choć słyszałem, że Fresleven był najuprzejmiejszym, najspokojniejszym stworzeniem, jakie kiedykolwiek chodziło na dwóch nogach. Nie wątpię, że tak było. Ale siedział tam już parę lat, wiecie, w służbie tej szlachetnej sprawy, więc pewnie czuł potrzebę odzyskania w ten czy inny sposób szacunku do siebie. No i niemiłosiernie złoił staremu czarnuchowi skórę. Wokół zgromadził się tłum ludzi z wioski, którzy patrzyli jak porażeni, aż wreszcie jeden z nich, ponoć syn naczelnika, doprowadzony do rozpaczy wyciem starucha, niepewnie pchnął białego człowieka dzidą… No i oczywiście weszła między łopatki jak w masło. No a potem cała wioska uciekła do lasu, spodziewając się, że spadną na nich wszelkie klęski, a parowiec, którym dowodził Fresleven, umknął w panice pod wodzą mechanika, tak mi się wydaje. Potem już chyba nikt nie zawracał sobie głowy szczątkami Freslevena, póki się tam nie zjawiłem, żeby go zastąpić. Nie mogłem go tam zostawić, ale zanim wreszcie nadarzyła się sposobność spotkania z moim poprzednikiem, przerastająca mu żebra trawa zdążyła wybujać tak wysoko, że skryła kości. A były tam wszystkie. Istoty nadprzyrodzonej nie tknięto, skoro już upadła. Wioska opustoszała, ziejące czernią chaty gniły, chyląc się ku ziemi pod przewróconym ogrodzeniem. Spadła na nich klęska, to się zgadza. Ludzie zniknęli. Rozpierzchli się w obłędnym przerażeniu, mężczyźni, kobiety i dzieci, rozpłynęli się w gąszczu i nigdy nie wrócili. Co się stało z kurami, tego też nie wiem. Pewnie tak czy siak dopadła je sprawa postępu. Niemniej dzięki tej wspaniałej awanturze otrzymałem swoją nominację, zanim jeszcze na dobre roznieciłem w sobie nadzieję na nią.