Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Jak być rodzicami, których sami potrzebowaliśmy - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
9 września 2026
3499 pkt
punktów Virtualo

Jak być rodzicami, których sami potrzebowaliśmy - ebook

Odkryj niewidzialne mechanizmy, które sterują twoim życiem.

Beatriz Cazurro zaprasza do niezapomnianej podróży w głąb siebie. Pokazuje, w jaki sposób nieuświadomione emocjonalne wzorce z naszej przeszłości wpływają na to, jak dziś reagujemy, porozumiewamy się i budujemy więzi, jako rodzice i jako dorosłe dzieci własnych rodziców. Uczy, jak rozpoznawać to, co ukryte – niewypowiedziane emocje i doświadczenia, które nadal kierują naszym zachowaniem.

To książka o budowaniu wewnętrznego bezpieczeństwa, o regulowaniu emocji i o tym, jak tworzyć relacje rodzinne oparte na autentyczności, a nie na dawnych ranach. Dzięki niej nauczysz się:

• rozpoznawać niewidoczne emocjonalne wzorce, które wpływają na twoje reakcje,

• budować więzi z dziećmi oparte na zaufaniu i bezpieczeństwie, a nie na kontroli czy strachu,

• zauważać subtelne sygnały, które wysyła dziecko, zanim pojawią się trudne zachowania,

• odróżniać realne potrzeby bliskich od własnych, nieuświadomionych lęków i oczekiwań,

• komunikować się na co dzień w sposób, który wzmacnia więzi, zamiast wystawiać je na próbę,

• rozumieć wpływ, jaki wywierasz na bliskich tym, co mówisz, ale też tym, co przemilczasz,

• tworzyć dom, w którym wszyscy czują się dostrzeżeni i wysłuchani.

To książka dla tych, którzy pragną świadomych i szczęśliwych relacji z najbliższymi.

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Psychologia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68846-44-7
Rozmiar pliku: 2,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ZANIM ZACZNIECIE CZYTAĆ

Zanim zacznie­cie czy­tać

Zdaję sobie sprawę z róż­no­rod­no­ści rodzi­ciel­stwa i ubo­le­wam nad tym, że nie zawsze byłam w sta­nie ją odzwier­cie­dlić w języku, któ­rym posłu­guję się w tej książce. Liczę na to, że osoby czy­ta­jące moje słowa zdo­łają odnieść je do wła­snych oko­licz­no­ści życio­wych.

Wszyst­kie przy­wo­łane tu przy­kłady mają swoje pier­wo­wzory w rze­czy­wi­sto­ści. Każdy z nich sta­ra­łam się opi­sać tak, by uchwy­cić jego istotę, dla zacho­wa­nia pouf­no­ści zmie­nia­łam jed­nak imiona pacjen­tów i nie­które szcze­góły.

Chcia­ła­bym też uprze­dzić, że tema­tyka, którą poru­szam w nie­któ­rych roz­dzia­łach, może oka­zać się trudna ze względu na odczu­cia, emo­cje lub wspo­mnie­nia, jakie może w was obu­dzić. Dla­tego suge­ruję dosto­so­wa­nie tempa lek­tury do indy­wi­du­al­nej zdol­no­ści do mie­rze­nia się z wywo­ły­wa­nymi przez nią uczu­ciami. Jeśli to okaże się konieczne, poszu­kaj­cie wspar­cia.WSTĘP

Wstęp

Kiedy w dzie­ciń­stwie pytano mnie, kim chcę być, gdy doro­snę, nie mia­łam goto­wej odpo­wie­dzi. Dopiero jako nasto­latka zaczę­łam utwier­dzać się w prze­ko­na­niu, że inte­re­suje mnie psy­cho­lo­gia. Fascy­no­wało mnie to, jak funk­cjo­nują ludzie.

Pamię­tam, że zaczy­na­jąc stu­dia, marzy­łam o pracy psy­cho­lożki dzie­cię­cej. Pro­gram nie obej­mo­wał jed­nak zbyt wielu przed­mio­tów zwią­za­nych z psy­cho­lo­gią roz­wo­jową, a te nie­liczne kon­cen­tro­wały się głów­nie na pro­ble­ma­tyce doty­czą­cej eli­mi­no­wa­nia pew­nych zacho­wań i obja­wów, uzy­ski­wa­nia pożą­da­nych wyni­ków testów, sta­wia­nia dia­gnoz. Róż­niło się to znacz­nie od moich wcze­śniej­szych wyobra­żeń. Widzia­łam sie­bie raczej w sali peł­nej zaba­wek i obraz­ków, pochy­loną nad rysun­kami wyko­na­nymi przez dzieci, prze­pro­wa­dza­jącą ana­lizy i inter­pre­ta­cje pozwa­la­jące niwe­lo­wać „nie­od­po­wied­nie” zacho­wa­nia i uwal­niać małych pacjen­tów od złego samo­po­czu­cia, któ­rego mogą doświad­czać. Porów­nu­jąc książki napi­sane w roz­ma­itych nur­tach, prze­ko­na­łam się, że w więk­szo­ści z nich – za wyjąt­kiem tych repre­zen­tu­ją­cych per­spek­tywę poznaw­czo-beha­wio­ralną – pre­zen­to­wane są przy­padki, w któ­rych psy­cho­lo­go­wie pod­jęli wzo­rową inter­wen­cję, prze­pro­wa­dzoną w ide­al­nym momen­cie, dopro­wa­dza­jąc do rady­kal­nych zmian w życiu dziecka. Było to w grun­cie rze­czy cał­ko­wi­cie zgodne z moimi począt­ko­wymi fan­ta­zjami o pracy z dziećmi. W miarę czy­ta­nia kolej­nych podob­nych ksią­żek opi­sy­wane w nich sytu­acje coraz bar­dziej mnie jed­nak fra­po­wały. Zasta­na­wia­łam się, jak to moż­liwe, że naprawdę się wyda­rzyły. Coraz mniej wie­rzy­łam, że kie­dy­kol­wiek będę dys­po­no­wała super­mocą pozwa­la­jącą szybko i efek­tyw­nie kłaść kres nie­po­żą­da­nym obja­wom. Dziś zdaję sobie sprawę, że im bar­dziej ide­ali­zo­wa­łam rolę psy­cho­lo­żek i psy­cho­lo­gów, tym mniej pew­nie się czu­łam – co zresztą jest zupeł­nie zro­zu­miałe.

Z moich lek­tur wyni­kało, że dobry psy­cho­log potrafi zna­leźć klucz do wyeli­mi­no­wa­nia obja­wów, które skło­niły pacjenta do pod­da­nia się tera­pii czy przyj­ścia na kon­sul­ta­cję. Ponadto, z per­spek­tywy nurtu poznaw­czo-beha­wio­ral­nego, w któ­rym stu­dio­wa­łam – nie­zu­peł­nie mnie prze­ko­nu­ją­cego, choć nie potra­fi­łam powie­dzieć dla­czego – tera­pia, przy­naj­mniej tak, jak ją poj­mo­wa­łam, bazo­wała na obja­wach i miała na celu wyeli­mi­no­wa­nie ich za pomocą sze­regu tech­nik. Pro­ces tera­peu­tyczny nie wyma­gał poświę­ca­nia zbyt wiele uwagi kon­tek­stowi czy ana­li­zo­wa­nia oso­bi­stej histo­rii każ­dego z dzieci. Nie jest tajem­nicą, że więk­szość psy­cho­logów, pra­cu­ją­cych w tym czy innym nur­cie, po ukoń­cze­niu stu­diów mie­rzy się z wła­sną bez­sil­no­ścią wobec nie­któ­rych obja­wów. Dzieje się tak przede wszyst­kim wów­czas, gdy pacjen­tami są dzieci, zaś przy­czyna tkwi według mnie w błęd­nym podej­ściu. Choć metoda poznaw­czo-beha­wio­ralna nie znaj­do­wała się w cen­trum moich zain­te­re­so­wań, lata doświad­czeń pozwo­liły mi doce­nić jej war­tość i uży­tecz­ność – pod warun­kiem, że sto­suje się ją w ramach pro­cesu tera­peu­tycz­nego obej­mu­ją­cego lecze­nie traumy oraz przy­wią­zuje się w niej znacz­nie więk­szą wagę do więzi niż do wyko­rzy­sty­wa­nych narzę­dzi.

Dziś wiem, że tera­pii – zarówno dzieci, jak i doro­słych – nie da się zapla­no­wać jed­no­stron­nie. Wiem rów­nież, że wszyst­kie zacho­wa­nia, także te uzna­wane za nie­adap­ta­cyjne lub nie­po­żą­dane, peł­nią ważną i war­to­ściową funk­cję w indy­wi­du­al­nym doświad­cze­niu czło­wieka, zaś sku­pia­nie się wyłącz­nie na ich wyeli­mi­no­wa­niu może oka­zać się wręcz nie­bez­pieczne dla pacjenta¹. Dziś rozu­miem także, że dzieci nie są w sta­nie się zmie­nić, jeśli nie zmieni się ich oto­cze­nie, i że nawet jeżeli ja wiem, w którą stronę podą­żyć, żeby pacjent poczuł się lepiej, to nie ja jedna wyzna­czam kie­ru­nek. Zanim jed­nak do tego doszłam, przez wiele lat doskwie­rały mi brak wiary w sie­bie i fru­stra­cja wywo­łana poczu­ciem, że nie umiem być taką psy­cho­lożką, jaką we wła­snym prze­ko­na­niu być powin­nam.



Skoń­czy­łam stu­dia i czu­jąc, że zdo­byta przeze mnie wie­dza jest nie­wy­star­cza­jąca do pod­ję­cia pracy w zawo­dzie, zaczę­łam szu­kać zaję­cia, które zapew­ni­łoby mi formę kon­taktu z dziećmi umoż­li­wia­jącą naucze­nie się cze­goś wię­cej niż tech­niki poznane z ksią­żek. Jako że w rodzi­nie zawsze byłam naj­młod­szą z rodzeń­stwa i kuzy­no­stwa, nie mia­łam prak­tycz­nie żad­nego doświad­cze­nia w kon­tak­tach z dziećmi. W ten spo­sób dowie­dzia­łam się o moż­li­wo­ści odby­cia wolon­ta­riatu w ośrodku dla nie­let­nich w Rydze i wyje­cha­łam na Łotwę. Pla­cówkę uwa­żano za roz­wią­za­nie „kry­zy­sowe”. Tra­fiały do niej dzieci i mło­dzież w róż­nym wieku, pro­sto z rodzin, w któ­rych doświad­czały prze­mocy i róż­nych form nad­użyć. Prze­by­wały tam, dopóki nie zapa­dła decy­zja o ich dal­szym losie. Nie­jed­no­krot­nie trwało to wiele mie­sięcy. To, co wyda­wało mi się z początku naj­więk­szym ogra­ni­cze­niem – zupełna nie­zna­jo­mość języka – oka­zało się moim atu­tem. Nie­moż­ność posłu­gi­wa­nia się sło­wami pozwo­liła mi się prze­ko­nać, że zaufa­nie, sym­pa­tia i poczu­cie bez­pie­czeń­stwa nie mają nic wspól­nego z języ­kiem. Mało tego, u niektó­rych dzieci „poprawa” nastę­po­wała bez koniecz­no­ści sto­so­wa­nia spe­cja­li­stycz­nych narzę­dzi czy wie­dzy. Dopiero teraz rozu­miem, że nie było to wyni­kiem przy­padku czy szczę­śli­wego zbiegu oko­licz­no­ści.

Z początku nie powie­rzono mi żad­nej jasno okre­ślo­nej roli. Mia­łam uczyć się, jak funk­cjo­nuje ośro­dek, obser­wo­wać wycho­waw­ców przy pracy i pozna­wać język, by w przy­szło­ści poma­gać w sytu­acjach, w któ­rych było to naj­bar­dziej potrzebne. Do tego czasu mogłam jedy­nie spę­dzać czas z dziećmi i uczest­ni­czyć w czę­ści ich zabaw, posłu­gu­jąc się nie­zdar­nymi gestami i poje­dyn­czymi sło­wami, któ­rych w wol­nych chwi­lach uczy­łam się z książki zaty­tu­ło­wa­nej _Latviešu valoda_ (Język łotew­ski). Byłam prze­ko­nana, że przez wiele tygo­dni nie będzie ze mnie żad­nego pożytku.



Sied­mio­let­niej Mada­rze zna­jo­mość języka nie wyda­wała się do niczego potrzebna. Od początku pobytu w ośrodku dziew­czynka z nikim nie roz­ma­wiała – nawet z bra­tem, który tra­fił tam razem z nią. Codzien­nie, zaraz po obie­dzie, zaj­mo­wała się ryso­wa­niem lub kolo­ro­wa­niem. Nikt z wycho­waw­ców nie dotrzy­my­wał jej towa­rzy­stwa – w końcu Madara się nie odzy­wała, poza tym nikomu nie prze­szka­dzała, więc zosta­wiano ją w spo­koju. Coś mnie do niej zapro­wa­dziło. Moż­liwe, że intu­icyj­nie czu­łam, jakie to ważne, żeby ktoś przy niej był, jak­bym skądś wie­działa, jak ona się czuje (nie­wy­klu­czone, że w pew­nym sen­sie rze­czy­wi­ście tak było). Choć już i tak nie przed­sta­wi­łam sie­bie jako osoby rosz­czą­cej sobie prawa do gło­sze­nia prawd obja­wio­nych, dodam jesz­cze, że do zbli­że­nia się do Madary zachę­ciła mnie pew­ność, że nie będę musiała mie­rzyć się z wyzwa­niem pro­wa­dze­nia roz­mowy w obcym języku. Codzien­nie przez pewien czas sie­dzia­łam obok dziew­czynki i przy­glą­da­łam się, jak rysuje. Nauczy­łam się mówić po łotew­sku _Tik ska­isti!_ (Jak pięk­nie!) i od czasu do czasu, kiedy coś mi się szcze­gól­nie spodo­bało, oka­zy­wa­łam swój podziw. Poza tym przez wiele dni w mil­cze­niu krę­ci­łam się w pobliżu Madary. Któ­re­goś razu zoba­czy­łam, że kolo­ruje jakąś bar­dzo dużą postać. Wzię­łam do ręki kredkę i poka­za­łam ją dziew­czynce w pyta­ją­cym geście. Madara bez słowa zro­biła mi miej­sce obok sie­bie i przez kilka minut bez słowa kolo­ro­wa­ły­śmy razem.

Tak to wyglą­dało przez parę tygo­dni. W cza­sie poobied­niej prze­rwy sia­da­łam z Madarą i kolo­ro­wa­ły­śmy, nie roz­ma­wia­jąc ze sobą. Wycho­waw­czy­nie z ośrodka spi­sały dziew­czynkę na straty. Nikt nie zdo­łał jej namó­wić do uczest­nic­twa w zaję­ciach. Nie opo­wia­dała o sobie ani nie odpo­wia­dała na zada­wane jej pyta­nia. Któ­re­goś dnia w trak­cie naszego wspól­nego ryso­wa­nia Madara nagle wstała. Przyj­rzała mi się uważ­nie i gestem dała do zro­zu­mie­nia, żebym za nią poszła. Zapro­wa­dziła mnie do swo­jego pokoju. Poka­zała, żebym usia­dła na jej łóżku, wyjęła jakieś pudełko, otwo­rzyła je i zaczęła mówić. W środku były zdję­cia człon­ków jej rodziny, domu, a także kilka rysun­ków, które wyda­wały się dla niej ważne. Sie­dzia­łam, oglą­da­jąc uważ­nie wszystko, co mi poka­zy­wała, i sta­ra­jąc się słu­chać tego, co mówi. Choć nie rozu­mia­łam ani słowa, zda­wa­łam sobie sprawę, że to dla nas obu bar­dzo donio­sła chwila.



Sasza miał pięt­na­ście lat, był Rosja­ni­nem i nie mówił po łotew­sku. Kiedy tra­fił do ośrodka, mia­łam już mniej wię­cej opa­no­wane słow­nic­two, któ­rym zazwy­czaj posłu­gują się sied­mio- czy ośmio­let­nie łotew­skie dzieci, ale w kon­tak­tach z Saszą było ono oczy­wi­ście bez­u­ży­teczne. Domy­śla­łam się, że jako jedyny nasto­la­tek w ośrodku może nie mieć ochoty na spę­dza­nie czasu z pozo­sta­łymi pod­opiecz­nymi. Zauwa­ży­łam, że spo­gląda w stronę stołu do ping-ponga, więc zapro­po­no­wa­łam mu mecz. Wkrótce gra w tenisa sto­ło­wego w porze drzemki młod­szych dzieci stała się dla nas rodza­jem rytu­ału. Śmia­li­śmy się z tego, jak kiep­sko mi idzie, a Sasza na migi dawał mi do zro­zu­mie­nia, żebym się nie pod­da­wała. Na koniec każ­dej roz­grywki przy­bi­ja­li­śmy piątkę. To, że następ­nego dnia znowu zagramy, było oczy­wi­ste, bo oboje świet­nie się przy tym bawi­li­śmy. Nie zna­łam powo­dów, dla któ­rych Sasza czy któ­re­kol­wiek z młod­szych dzieci tra­fili do ośrodka, ponie­waż nie mogli­śmy poroz­ma­wiać na żaden temat. Mimo to dzień przed opusz­cze­niem pla­cówki chło­pak pod­szedł do mnie i wrę­czył mi kartkę. Oka­zało się, że to list z podzię­ko­wa­niami - jedna z wycho­waw­czyń zna­ją­cych rosyj­ski prze­tłu­ma­czyła mi treść. Sasza napi­sał, że nasze par­tie ping-ponga poma­gały mu zna­leźć siły na prze­trwa­nie kolej­nego dnia w cza­sie, gdy cały jego świat się zawa­lił. Odpo­wie­dzia­łam mu oczy­wi­ście, a potem wymie­ni­li­śmy jesz­cze kilka wia­do­mo­ści. W ten spo­sób się poże­gna­li­śmy: pisząc sobie rze­czy, o któ­rych – z per­spek­tywy czasu jestem tego pewna – już dosko­nale wie­dzie­li­śmy.



Liene miała trzy­na­ście mie­sięcy, wiel­kie nie­bie­skie oczy i uro­czą szparę mię­dzy ząb­kami. Tra­fiła do ośrodka z matką nie­długo po moim przy­jeź­dzie na Łotwę. Któ­re­goś ranka w dro­dze do pla­cówki spo­tka­łam jedną z miesz­ka­ją­cych tam wtedy nasto­la­tek. Pode­szła do mnie pobu­dzona, pró­bu­jąc powie­dzieć mi coś, co wyda­wało się dla niej bar­dzo ważne. Zro­zu­mia­łam tylko kilka słów, ale nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, że jest zmar­twiona, więc przy­spie­szy­łam kroku. Gdy dotar­łam na miej­sce, dowie­dzia­łam się, że mama Liene zosta­wiła córkę w pla­cówce i wró­ciła do domu, do męża, który, jak mi powie­dziano, znę­cał się nad nimi obiema. Nie jestem pewna, dla­czego powie­rzono opiekę nad Liene wła­śnie mnie. Mogę jedy­nie przy­pusz­czać, że miało to coś wspól­nego z wyobra­że­niami, że dziecku w tym wieku nie da się pomóc tak, jak star­szym dzie­ciom. Kar­mi­łam dziew­czynkę, kła­dłam ją do łóżeczka w porze drzemki, bawi­łam się z nią, zmie­nia­łam jej pie­luszki… Z początku było mi bar­dzo trudno. Liene cią­gle pła­kała i w roz­pa­czy ude­rzała głową o ścianę. Wcze­śniej uczy­łam się, że aby dopro­wa­dzić do wyeli­mi­no­wa­nia nie­któ­rych nie­po­żą­da­nych zacho­wań, powinno się je igno­ro­wać, ale nie mogłam prze­cież nie reago­wać, kiedy roczne dziecko robiło sobie krzywdę, szcze­gól­nie że dziew­czynka sta­wała mi się coraz bliż­sza. Dla­tego za każ­dym razem, kiedy zaczy­nała ude­rzać o ścianę, wycią­ga­łam rękę i sta­ra­łam się osła­niać jej główkę.

– Nie chcę, żebyś zro­biła sobie krzywdę – szep­ta­łam pod nosem, aby uspo­koić wyrzuty sumie­nia na myśl o tym, że być może zaj­mu­jąc się nią w tej chwili, wzmac­niam jej zacho­wa­nie. Stop­niowo prze­ko­ny­wa­łam się jed­nak, że Liene coraz rza­dziej ude­rza głową o ścianę. Wciąż pła­kała i zaci­skała mocno piąstki, ale nie robiła sobie krzywdy. Każ­dego ranka obie bar­dzo cie­szy­ły­śmy się ze spo­tka­nia i ze smut­kiem roz­sta­wa­ły­śmy się wie­czo­rami. Pew­nego dnia po przyj­ściu do ośrodka dowie­dzia­łam się, że dziew­czynka wraca do domu, do rodzi­ców. Na to, by się poże­gnać, mia­ły­śmy tylko jeden ranek. Do dziś jesz­cze wiele o niej myślę; zasta­na­wiam się, ile ma teraz lat, czy wszystko u niej w porządku. Jestem pewna, że czas, który spę­dzi­ły­śmy razem, odci­snął w nas obu ślad – nie­wi­doczny, jed­nak jak naj­bar­dziej rze­czy­wi­sty.



Wtedy nie mia­łam świa­do­mo­ści, jak wiele w ciągu tych mie­sięcy się nauczy­łam. Kiedy mój wolon­ta­riat dobiegł końca, czu­łam, że choć pozna­nie tych dzieci było wspa­nia­łym doświad­cze­niem, jako psy­cho­lożka niczego się nie nauczy­łam. Wró­ci­łam do domu odro­binę zdez­o­rien­to­wana. Część rze­czy, któ­rych uczono mnie na stu­diach, zupeł­nie mnie nie prze­ko­ny­wała. Gdy w pew­nych sytu­acjach, wbrew sobie, zasto­so­wa­łam środki w rodzaju _time out_ (metoda powszech­nie znana jako „karny jeżyk” czy „karne krze­sełko”), teo­re­tycz­nie słu­żące temu, aby dzieci „zacho­wy­wały się lepiej”, póź­niej czu­łam się okrop­nie. Z kolei inne spo­soby, które pod­po­wie­działa mi intu­icja i z któ­rymi czu­łam się bar­dziej kom­for­towo, teo­re­tycz­nie świad­czyły o tym, że jestem zbyt miękka i mało sta­now­cza. Co wię­cej, prze­ko­na­łam się, że mie­rząc się z tym samym zacho­wa­niem u róż­nych pod­opiecz­nych, reaguję w różny spo­sób, choć nie wyda­wało mi się to prze­ja­wem fawo­ry­zo­wa­nia jed­nych dzieci kosz­tem innych. Jakby tego było mało, widzia­łam, jak w wypadku nie­któ­rych nie­po­żą­da­nych obja­wów – takich jak mil­cze­nie Madary, pra­gnie­nie śmierci Saszy czy auto­agre­sja Liene – poprawa nastę­po­wała pomimo braku kon­kret­nego planu inter­wen­cji, a ja nie wie­dzia­łam, co ją wywo­łało. Nie wie­rzy­łam we wła­sne kwa­li­fi­ka­cje na tyle, żeby nazy­wać sie­bie psy­cho­lożką i szu­kać pracy w tym zawo­dzie. Nie mia­łam poję­cia, że to, czym zaj­mo­wa­łam się przez te wszyst­kie mie­siące i co z punktu widze­nia doświad­cze­nia zawo­do­wego wyda­wało mi się mało istotne, sta­nie się decy­du­jące nie tylko dla mojego spo­sobu postrze­ga­nia wła­snego zawodu, lecz, co waż­niej­sze, dla zro­zu­mie­nia rela­cji z innymi. TYM, CO NAPRAWDĘ WAŻNE, OKA­ZAŁA SIĘ WIĘŹ.



W póź­niej­szym cza­sie mia­łam to szczę­ście, że natra­fia­łam na wiele infor­ma­cji doty­czą­cych roli więzi (uży­wam okre­śle­nia „szczę­ście”, ponie­waż nie zawsze było to efek­tem świa­do­mie pod­ję­tych poszu­ki­wań). Zagad­nie­nie przy­wią­za­nia, które w cza­sie stu­diów wyda­wało mi się czymś nie­mal aneg­do­tycz­nym, bar­dzo mnie zain­te­re­so­wało i zaczę­łam je zgłę­biać. Roz­po­czę­łam wła­sną tera­pię, spo­ty­ka­łam roz­ma­itych tera­peu­tów i prze­ko­na­łam się, że klu­czowe w całym pro­ce­sie są poczu­cie bez­pie­czeń­stwa, bycie wysłu­chaną oraz zaufa­nie do spe­cja­li­sty. Nie zda­rzało mi się zmie­niać tera­peu­tów dla­tego, że nie byłam zado­wo­lona ze sto­so­wa­nych przez nich tech­nik czy nur­tów, w któ­rych pra­co­wali. Powody zmiany były na ogół takie, że nie­do­sta­tecz­nie się ze mną liczono, że czu­łam się oce­niana albo pod­da­wana pre­sji, choćby sub­tel­nej. Mia­łam wielu powszech­nie podzi­wia­nych men­to­rów, któ­rzy mówili o „więzi”, lecz spra­wiali wra­że­nie zain­te­re­so­wa­nych wyłącz­nie wła­snym wize­run­kiem, sta­tu­sem i pie­niędzmi.

Zaczę­łam przyj­mo­wać pacjen­tów, jed­nak czu­łam się tak nie­pew­nie, tak bar­dzo sku­pia­łam się na robie­niu wra­że­nia dobrej tera­peutki i na tym, co powin­nam robić, że, choć teo­re­tycz­nie wszystko robi­łam jak należy, nie­któ­rzy pacjenci rezy­gno­wali. Stop­niowo zaczy­na­łam dawać sobie przy­zwo­le­nie na nie­do­sko­na­łość i auten­tycz­ność. Rosło moje zaufa­nie do sie­bie i tego, co czuję w trak­cie sesji. W coraz mniej­szym stop­niu kie­ro­wa­łam się pla­nem. Słu­cha­łam z zain­te­re­so­wa­niem, a nie dla­tego, że chcia­łam nale­ży­cie wywią­zać się ze swo­jej roli. Zmiana oka­zała się rady­kalna, choć przy­brała zupeł­nie inny kie­ru­nek, niż się spo­dzie­wa­łam. A potem zosta­łam matką i wresz­cie wszystko zro­zu­mia­łam. ZNA­CZE­NIE BLI­SKO­ŚCI, OBEC­NO­ŚCI, SPÓJ­NO­ŚCI, INTU­ICJI. ZNA­CZE­NIE RELA­CJI.

Dziś, po ponad dwu­dzie­stu latach doświad­czeń oso­bi­stych i zawo­do­wych, pro­ce­sów tera­peu­tycz­nych wła­snych i cudzych oraz prak­tyki w zawo­dzie, mogę z peł­nym prze­ko­na­niem powie­dzieć, że BEZ­PIECZNE WIĘZI SĄ SYM­BO­LICZ­NYM OTO­CZE­NIEM, W KTÓ­RYM MUSZĄ ZNA­LEŹĆ SIĘ DZIECI, BY MÓC SIĘ ROZ­WI­JAĆ, ZMIE­NIAĆ, ODKRY­WAĆ I POPEŁ­NIAĆ BŁĘDY. Wciąż mam w pamięci drogę, którą sama prze­by­łam, i dla­tego dosko­nale rozu­miem rodzi­ców znaj­du­ją­cych się na początku tej podróży. Przy­cho­dzą do mojego gabi­netu, bo nie wie­dzą, co robić, albo czują się zdez­o­rien­to­wani nad­mia­rem wska­zó­wek, czę­sto sprzecz­nych.

Rozu­miem matki, które trzy­mają się sztywno zasad rodzi­ciel­stwa opar­tego na sza­cunku² i boją się, że ich dzieci doświad­czą traumy, ponie­waż part­ne­rzy nie zawsze się do nich sto­sują. Rozu­miem każ­dego, kto czuje się bez­radny w obli­czu jakie­goś pro­blemu i błaga, by mu powie­dzieć, jak powi­nien postę­po­wać ze swo­imi dziećmi, po czym nie udaje mu się wpro­wa­dzić tych zale­ceń w życie. Kie­ro­wa­nie się nie­któ­rymi wska­zów­kami może oka­zać się naprawdę trudne, jeśli rela­cja z dziećmi budzi w nas pamięć bole­snych i skom­pli­ko­wa­nych doświad­czeń.

Nie mogę zaofe­ro­wać tym oso­bom zaklęć, które magicz­nie roz­wiążą ich pro­blemy. W tej książce będę się sta­rała sku­pić na czymś bar­dziej war­to­ścio­wym: na wię­ziach. Na bez­pie­czeń­stwie. Na nie­wi­docz­nej dyna­mice rela­cji mię­dzy­ludz­kich. Na tym, co zacho­dzi poza sło­wami, regu­łami, teo­riami i tech­ni­kami. Tam dzieje się wszystko.

Spró­buję rzu­cić odro­binę świa­tła na to, co prze­ży­wa­cie, i na to, co prze­ży­wają wasze dzieci, sio­strze­nice, bra­tan­ko­wie, wnuki lub ucznio­wie – nawet jeśli nie widać tego gołym okiem. Mam na myśli zarówno to, co was łączy, jak i to, co was dzieli. Żeby­śmy mogli zacząć zasta­na­wiać się, co robić, musimy wie­dzieć, gdzie jeste­śmy i co się z nami dzieje. A to wymaga oświe­tle­nia tego, co kryje się w ciem­no­ści.

Mam rów­nież nadzieję, że ta książka pomoże tym z was, któ­rzy mają wokół sie­bie osoby wycho­wu­jące dzieci – być może pozwoli wam towa­rzy­szyć im w ich doświad­cze­niu i uważ­niej słu­chać. Wspar­cie ze strony człon­ków rodziny, przy­ja­ciół i struk­tur spo­łecz­nych potrafi rady­kal­nie odmie­nić doświad­cze­nie rodzi­ciel­stwa. Liczę wresz­cie na to, że wie­dza, którą zamie­rzam się podzie­lić, może pomóc każ­demu lepiej zro­zu­mieć rela­cję ze sobą i uwie­rzyć, że wzmoc­nie­nie wewnętrz­nego poczu­cia bez­pie­czeń­stwa jest moż­liwe – nie­za­leż­nie od tego, czy jest on rodzi­cem.Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1.

Za nie­adap­ta­cyjne uważa się te zacho­wa­nia, które utrud­niają i w znacz­nym stop­niu ogra­ni­czają życie osoby, u któ­rej wystę­pują, wyraź­nie prze­szka­dza­jąc jej w adap­ta­cji do zwią­za­nych z danym kon­tek­stem ocze­ki­wań. Eli­mi­no­wa­nie objawu za wszelką cenę może się jed­nak oka­zać nie­po­żą­dane z per­spek­tywy tera­pii traumy, jeśli zigno­ruje się przy tym fakt, że infor­muje nas o czymś, co wymaga uwagi i pomocy. Ponadto także objawy nie­adap­ta­cyjne poma­gają nam zacho­wać wewnętrzną rów­no­wagę, choć wydają się szko­dliwe – rów­nież dla rela­cji w obrę­bie rodziny. Są jak gorączka: ich wystą­pie­nie jest dla nas sygna­łem, że dzieje się coś nie­po­żą­danego. Nie wystar­czy zbić tem­pe­ra­tury, jeśli infek­cja, która ją wywo­łała, wciąż się roz­wija.

2.

Przy­jęte w pol­skim prze­kła­dzie książki tłu­ma­cze­nie hisz­pań­skiego ter­minu „crianza respe­tu­osa” opi­suje podej­ście wpi­su­jące się zasad­ni­czo w nurt rodzi­ciel­stwa bli­sko­ści, kła­dące jed­nak szcze­gólny nacisk na sza­cu­nek dla dziecka, uzna­wa­nie jego emo­cji i sta­wia­nie gra­nic bez kara­nia.

3.

Jed­nym z naj­bar­dziej alar­mu­ją­cych i naj­le­piej zna­nych tego rodzaju przy­pad­ków jest sprawa Ruby Franke, matki-influ­en­cerki pro­wa­dzą­cej kanał poświę­cony rodzi­ciel­stwu. W zamiesz­cza­nych przez nią mate­ria­łach wie­lo­krot­nie wystę­po­wało sze­ścioro jej dzieci. Idyl­liczny obraz skry­wał histo­rię fizycz­nego znę­ca­nia się, gło­dze­nia i wyko­rzy­sty­wa­nia. Sprawa wyszła na jaw, gdy jedno z dzieci zdo­łało uciec z domu, w któ­rym je prze­trzy­my­wano, i popro­siło o pomoc sąsia­dów. Ruby Franke otrzy­mała łącz­nie cztery wyroki ska­zu­jące na karę od roku do pięt­na­stu lat pozba­wie­nia wol­no­ści.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij