-
nowość
-
promocja
Jak być rodzicami, których sami potrzebowaliśmy - ebook
Jak być rodzicami, których sami potrzebowaliśmy - ebook
Odkryj niewidzialne mechanizmy, które sterują twoim życiem.
Beatriz Cazurro zaprasza do niezapomnianej podróży w głąb siebie. Pokazuje, w jaki sposób nieuświadomione emocjonalne wzorce z naszej przeszłości wpływają na to, jak dziś reagujemy, porozumiewamy się i budujemy więzi, jako rodzice i jako dorosłe dzieci własnych rodziców. Uczy, jak rozpoznawać to, co ukryte – niewypowiedziane emocje i doświadczenia, które nadal kierują naszym zachowaniem.
To książka o budowaniu wewnętrznego bezpieczeństwa, o regulowaniu emocji i o tym, jak tworzyć relacje rodzinne oparte na autentyczności, a nie na dawnych ranach. Dzięki niej nauczysz się:
• rozpoznawać niewidoczne emocjonalne wzorce, które wpływają na twoje reakcje,
• budować więzi z dziećmi oparte na zaufaniu i bezpieczeństwie, a nie na kontroli czy strachu,
• zauważać subtelne sygnały, które wysyła dziecko, zanim pojawią się trudne zachowania,
• odróżniać realne potrzeby bliskich od własnych, nieuświadomionych lęków i oczekiwań,
• komunikować się na co dzień w sposób, który wzmacnia więzi, zamiast wystawiać je na próbę,
• rozumieć wpływ, jaki wywierasz na bliskich tym, co mówisz, ale też tym, co przemilczasz,
• tworzyć dom, w którym wszyscy czują się dostrzeżeni i wysłuchani.
To książka dla tych, którzy pragną świadomych i szczęśliwych relacji z najbliższymi.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Psychologia |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68846-44-7 |
| Rozmiar pliku: | 2,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Zanim zaczniecie czytać
Zdaję sobie sprawę z różnorodności rodzicielstwa i ubolewam nad tym, że nie zawsze byłam w stanie ją odzwierciedlić w języku, którym posługuję się w tej książce. Liczę na to, że osoby czytające moje słowa zdołają odnieść je do własnych okoliczności życiowych.
Wszystkie przywołane tu przykłady mają swoje pierwowzory w rzeczywistości. Każdy z nich starałam się opisać tak, by uchwycić jego istotę, dla zachowania poufności zmieniałam jednak imiona pacjentów i niektóre szczegóły.
Chciałabym też uprzedzić, że tematyka, którą poruszam w niektórych rozdziałach, może okazać się trudna ze względu na odczucia, emocje lub wspomnienia, jakie może w was obudzić. Dlatego sugeruję dostosowanie tempa lektury do indywidualnej zdolności do mierzenia się z wywoływanymi przez nią uczuciami. Jeśli to okaże się konieczne, poszukajcie wsparcia.WSTĘP
Wstęp
Kiedy w dzieciństwie pytano mnie, kim chcę być, gdy dorosnę, nie miałam gotowej odpowiedzi. Dopiero jako nastolatka zaczęłam utwierdzać się w przekonaniu, że interesuje mnie psychologia. Fascynowało mnie to, jak funkcjonują ludzie.
Pamiętam, że zaczynając studia, marzyłam o pracy psycholożki dziecięcej. Program nie obejmował jednak zbyt wielu przedmiotów związanych z psychologią rozwojową, a te nieliczne koncentrowały się głównie na problematyce dotyczącej eliminowania pewnych zachowań i objawów, uzyskiwania pożądanych wyników testów, stawiania diagnoz. Różniło się to znacznie od moich wcześniejszych wyobrażeń. Widziałam siebie raczej w sali pełnej zabawek i obrazków, pochyloną nad rysunkami wykonanymi przez dzieci, przeprowadzającą analizy i interpretacje pozwalające niwelować „nieodpowiednie” zachowania i uwalniać małych pacjentów od złego samopoczucia, którego mogą doświadczać. Porównując książki napisane w rozmaitych nurtach, przekonałam się, że w większości z nich – za wyjątkiem tych reprezentujących perspektywę poznawczo-behawioralną – prezentowane są przypadki, w których psychologowie podjęli wzorową interwencję, przeprowadzoną w idealnym momencie, doprowadzając do radykalnych zmian w życiu dziecka. Było to w gruncie rzeczy całkowicie zgodne z moimi początkowymi fantazjami o pracy z dziećmi. W miarę czytania kolejnych podobnych książek opisywane w nich sytuacje coraz bardziej mnie jednak frapowały. Zastanawiałam się, jak to możliwe, że naprawdę się wydarzyły. Coraz mniej wierzyłam, że kiedykolwiek będę dysponowała supermocą pozwalającą szybko i efektywnie kłaść kres niepożądanym objawom. Dziś zdaję sobie sprawę, że im bardziej idealizowałam rolę psycholożek i psychologów, tym mniej pewnie się czułam – co zresztą jest zupełnie zrozumiałe.
Z moich lektur wynikało, że dobry psycholog potrafi znaleźć klucz do wyeliminowania objawów, które skłoniły pacjenta do poddania się terapii czy przyjścia na konsultację. Ponadto, z perspektywy nurtu poznawczo-behawioralnego, w którym studiowałam – niezupełnie mnie przekonującego, choć nie potrafiłam powiedzieć dlaczego – terapia, przynajmniej tak, jak ją pojmowałam, bazowała na objawach i miała na celu wyeliminowanie ich za pomocą szeregu technik. Proces terapeutyczny nie wymagał poświęcania zbyt wiele uwagi kontekstowi czy analizowania osobistej historii każdego z dzieci. Nie jest tajemnicą, że większość psychologów, pracujących w tym czy innym nurcie, po ukończeniu studiów mierzy się z własną bezsilnością wobec niektórych objawów. Dzieje się tak przede wszystkim wówczas, gdy pacjentami są dzieci, zaś przyczyna tkwi według mnie w błędnym podejściu. Choć metoda poznawczo-behawioralna nie znajdowała się w centrum moich zainteresowań, lata doświadczeń pozwoliły mi docenić jej wartość i użyteczność – pod warunkiem, że stosuje się ją w ramach procesu terapeutycznego obejmującego leczenie traumy oraz przywiązuje się w niej znacznie większą wagę do więzi niż do wykorzystywanych narzędzi.
Dziś wiem, że terapii – zarówno dzieci, jak i dorosłych – nie da się zaplanować jednostronnie. Wiem również, że wszystkie zachowania, także te uznawane za nieadaptacyjne lub niepożądane, pełnią ważną i wartościową funkcję w indywidualnym doświadczeniu człowieka, zaś skupianie się wyłącznie na ich wyeliminowaniu może okazać się wręcz niebezpieczne dla pacjenta¹. Dziś rozumiem także, że dzieci nie są w stanie się zmienić, jeśli nie zmieni się ich otoczenie, i że nawet jeżeli ja wiem, w którą stronę podążyć, żeby pacjent poczuł się lepiej, to nie ja jedna wyznaczam kierunek. Zanim jednak do tego doszłam, przez wiele lat doskwierały mi brak wiary w siebie i frustracja wywołana poczuciem, że nie umiem być taką psycholożką, jaką we własnym przekonaniu być powinnam.
•
Skończyłam studia i czując, że zdobyta przeze mnie wiedza jest niewystarczająca do podjęcia pracy w zawodzie, zaczęłam szukać zajęcia, które zapewniłoby mi formę kontaktu z dziećmi umożliwiającą nauczenie się czegoś więcej niż techniki poznane z książek. Jako że w rodzinie zawsze byłam najmłodszą z rodzeństwa i kuzynostwa, nie miałam praktycznie żadnego doświadczenia w kontaktach z dziećmi. W ten sposób dowiedziałam się o możliwości odbycia wolontariatu w ośrodku dla nieletnich w Rydze i wyjechałam na Łotwę. Placówkę uważano za rozwiązanie „kryzysowe”. Trafiały do niej dzieci i młodzież w różnym wieku, prosto z rodzin, w których doświadczały przemocy i różnych form nadużyć. Przebywały tam, dopóki nie zapadła decyzja o ich dalszym losie. Niejednokrotnie trwało to wiele miesięcy. To, co wydawało mi się z początku największym ograniczeniem – zupełna nieznajomość języka – okazało się moim atutem. Niemożność posługiwania się słowami pozwoliła mi się przekonać, że zaufanie, sympatia i poczucie bezpieczeństwa nie mają nic wspólnego z językiem. Mało tego, u niektórych dzieci „poprawa” następowała bez konieczności stosowania specjalistycznych narzędzi czy wiedzy. Dopiero teraz rozumiem, że nie było to wynikiem przypadku czy szczęśliwego zbiegu okoliczności.
Z początku nie powierzono mi żadnej jasno określonej roli. Miałam uczyć się, jak funkcjonuje ośrodek, obserwować wychowawców przy pracy i poznawać język, by w przyszłości pomagać w sytuacjach, w których było to najbardziej potrzebne. Do tego czasu mogłam jedynie spędzać czas z dziećmi i uczestniczyć w części ich zabaw, posługując się niezdarnymi gestami i pojedynczymi słowami, których w wolnych chwilach uczyłam się z książki zatytułowanej _Latviešu valoda_ (Język łotewski). Byłam przekonana, że przez wiele tygodni nie będzie ze mnie żadnego pożytku.
•
Siedmioletniej Madarze znajomość języka nie wydawała się do niczego potrzebna. Od początku pobytu w ośrodku dziewczynka z nikim nie rozmawiała – nawet z bratem, który trafił tam razem z nią. Codziennie, zaraz po obiedzie, zajmowała się rysowaniem lub kolorowaniem. Nikt z wychowawców nie dotrzymywał jej towarzystwa – w końcu Madara się nie odzywała, poza tym nikomu nie przeszkadzała, więc zostawiano ją w spokoju. Coś mnie do niej zaprowadziło. Możliwe, że intuicyjnie czułam, jakie to ważne, żeby ktoś przy niej był, jakbym skądś wiedziała, jak ona się czuje (niewykluczone, że w pewnym sensie rzeczywiście tak było). Choć już i tak nie przedstawiłam siebie jako osoby roszczącej sobie prawa do głoszenia prawd objawionych, dodam jeszcze, że do zbliżenia się do Madary zachęciła mnie pewność, że nie będę musiała mierzyć się z wyzwaniem prowadzenia rozmowy w obcym języku. Codziennie przez pewien czas siedziałam obok dziewczynki i przyglądałam się, jak rysuje. Nauczyłam się mówić po łotewsku _Tik skaisti!_ (Jak pięknie!) i od czasu do czasu, kiedy coś mi się szczególnie spodobało, okazywałam swój podziw. Poza tym przez wiele dni w milczeniu kręciłam się w pobliżu Madary. Któregoś razu zobaczyłam, że koloruje jakąś bardzo dużą postać. Wzięłam do ręki kredkę i pokazałam ją dziewczynce w pytającym geście. Madara bez słowa zrobiła mi miejsce obok siebie i przez kilka minut bez słowa kolorowałyśmy razem.
Tak to wyglądało przez parę tygodni. W czasie poobiedniej przerwy siadałam z Madarą i kolorowałyśmy, nie rozmawiając ze sobą. Wychowawczynie z ośrodka spisały dziewczynkę na straty. Nikt nie zdołał jej namówić do uczestnictwa w zajęciach. Nie opowiadała o sobie ani nie odpowiadała na zadawane jej pytania. Któregoś dnia w trakcie naszego wspólnego rysowania Madara nagle wstała. Przyjrzała mi się uważnie i gestem dała do zrozumienia, żebym za nią poszła. Zaprowadziła mnie do swojego pokoju. Pokazała, żebym usiadła na jej łóżku, wyjęła jakieś pudełko, otworzyła je i zaczęła mówić. W środku były zdjęcia członków jej rodziny, domu, a także kilka rysunków, które wydawały się dla niej ważne. Siedziałam, oglądając uważnie wszystko, co mi pokazywała, i starając się słuchać tego, co mówi. Choć nie rozumiałam ani słowa, zdawałam sobie sprawę, że to dla nas obu bardzo doniosła chwila.
•
Sasza miał piętnaście lat, był Rosjaninem i nie mówił po łotewsku. Kiedy trafił do ośrodka, miałam już mniej więcej opanowane słownictwo, którym zazwyczaj posługują się siedmio- czy ośmioletnie łotewskie dzieci, ale w kontaktach z Saszą było ono oczywiście bezużyteczne. Domyślałam się, że jako jedyny nastolatek w ośrodku może nie mieć ochoty na spędzanie czasu z pozostałymi podopiecznymi. Zauważyłam, że spogląda w stronę stołu do ping-ponga, więc zaproponowałam mu mecz. Wkrótce gra w tenisa stołowego w porze drzemki młodszych dzieci stała się dla nas rodzajem rytuału. Śmialiśmy się z tego, jak kiepsko mi idzie, a Sasza na migi dawał mi do zrozumienia, żebym się nie poddawała. Na koniec każdej rozgrywki przybijaliśmy piątkę. To, że następnego dnia znowu zagramy, było oczywiste, bo oboje świetnie się przy tym bawiliśmy. Nie znałam powodów, dla których Sasza czy którekolwiek z młodszych dzieci trafili do ośrodka, ponieważ nie mogliśmy porozmawiać na żaden temat. Mimo to dzień przed opuszczeniem placówki chłopak podszedł do mnie i wręczył mi kartkę. Okazało się, że to list z podziękowaniami - jedna z wychowawczyń znających rosyjski przetłumaczyła mi treść. Sasza napisał, że nasze partie ping-ponga pomagały mu znaleźć siły na przetrwanie kolejnego dnia w czasie, gdy cały jego świat się zawalił. Odpowiedziałam mu oczywiście, a potem wymieniliśmy jeszcze kilka wiadomości. W ten sposób się pożegnaliśmy: pisząc sobie rzeczy, o których – z perspektywy czasu jestem tego pewna – już doskonale wiedzieliśmy.
•
Liene miała trzynaście miesięcy, wielkie niebieskie oczy i uroczą szparę między ząbkami. Trafiła do ośrodka z matką niedługo po moim przyjeździe na Łotwę. Któregoś ranka w drodze do placówki spotkałam jedną z mieszkających tam wtedy nastolatek. Podeszła do mnie pobudzona, próbując powiedzieć mi coś, co wydawało się dla niej bardzo ważne. Zrozumiałam tylko kilka słów, ale nie miałam wątpliwości, że jest zmartwiona, więc przyspieszyłam kroku. Gdy dotarłam na miejsce, dowiedziałam się, że mama Liene zostawiła córkę w placówce i wróciła do domu, do męża, który, jak mi powiedziano, znęcał się nad nimi obiema. Nie jestem pewna, dlaczego powierzono opiekę nad Liene właśnie mnie. Mogę jedynie przypuszczać, że miało to coś wspólnego z wyobrażeniami, że dziecku w tym wieku nie da się pomóc tak, jak starszym dzieciom. Karmiłam dziewczynkę, kładłam ją do łóżeczka w porze drzemki, bawiłam się z nią, zmieniałam jej pieluszki… Z początku było mi bardzo trudno. Liene ciągle płakała i w rozpaczy uderzała głową o ścianę. Wcześniej uczyłam się, że aby doprowadzić do wyeliminowania niektórych niepożądanych zachowań, powinno się je ignorować, ale nie mogłam przecież nie reagować, kiedy roczne dziecko robiło sobie krzywdę, szczególnie że dziewczynka stawała mi się coraz bliższa. Dlatego za każdym razem, kiedy zaczynała uderzać o ścianę, wyciągałam rękę i starałam się osłaniać jej główkę.
– Nie chcę, żebyś zrobiła sobie krzywdę – szeptałam pod nosem, aby uspokoić wyrzuty sumienia na myśl o tym, że być może zajmując się nią w tej chwili, wzmacniam jej zachowanie. Stopniowo przekonywałam się jednak, że Liene coraz rzadziej uderza głową o ścianę. Wciąż płakała i zaciskała mocno piąstki, ale nie robiła sobie krzywdy. Każdego ranka obie bardzo cieszyłyśmy się ze spotkania i ze smutkiem rozstawałyśmy się wieczorami. Pewnego dnia po przyjściu do ośrodka dowiedziałam się, że dziewczynka wraca do domu, do rodziców. Na to, by się pożegnać, miałyśmy tylko jeden ranek. Do dziś jeszcze wiele o niej myślę; zastanawiam się, ile ma teraz lat, czy wszystko u niej w porządku. Jestem pewna, że czas, który spędziłyśmy razem, odcisnął w nas obu ślad – niewidoczny, jednak jak najbardziej rzeczywisty.
•
Wtedy nie miałam świadomości, jak wiele w ciągu tych miesięcy się nauczyłam. Kiedy mój wolontariat dobiegł końca, czułam, że choć poznanie tych dzieci było wspaniałym doświadczeniem, jako psycholożka niczego się nie nauczyłam. Wróciłam do domu odrobinę zdezorientowana. Część rzeczy, których uczono mnie na studiach, zupełnie mnie nie przekonywała. Gdy w pewnych sytuacjach, wbrew sobie, zastosowałam środki w rodzaju _time out_ (metoda powszechnie znana jako „karny jeżyk” czy „karne krzesełko”), teoretycznie służące temu, aby dzieci „zachowywały się lepiej”, później czułam się okropnie. Z kolei inne sposoby, które podpowiedziała mi intuicja i z którymi czułam się bardziej komfortowo, teoretycznie świadczyły o tym, że jestem zbyt miękka i mało stanowcza. Co więcej, przekonałam się, że mierząc się z tym samym zachowaniem u różnych podopiecznych, reaguję w różny sposób, choć nie wydawało mi się to przejawem faworyzowania jednych dzieci kosztem innych. Jakby tego było mało, widziałam, jak w wypadku niektórych niepożądanych objawów – takich jak milczenie Madary, pragnienie śmierci Saszy czy autoagresja Liene – poprawa następowała pomimo braku konkretnego planu interwencji, a ja nie wiedziałam, co ją wywołało. Nie wierzyłam we własne kwalifikacje na tyle, żeby nazywać siebie psycholożką i szukać pracy w tym zawodzie. Nie miałam pojęcia, że to, czym zajmowałam się przez te wszystkie miesiące i co z punktu widzenia doświadczenia zawodowego wydawało mi się mało istotne, stanie się decydujące nie tylko dla mojego sposobu postrzegania własnego zawodu, lecz, co ważniejsze, dla zrozumienia relacji z innymi. TYM, CO NAPRAWDĘ WAŻNE, OKAZAŁA SIĘ WIĘŹ.
•
W późniejszym czasie miałam to szczęście, że natrafiałam na wiele informacji dotyczących roli więzi (używam określenia „szczęście”, ponieważ nie zawsze było to efektem świadomie podjętych poszukiwań). Zagadnienie przywiązania, które w czasie studiów wydawało mi się czymś niemal anegdotycznym, bardzo mnie zainteresowało i zaczęłam je zgłębiać. Rozpoczęłam własną terapię, spotykałam rozmaitych terapeutów i przekonałam się, że kluczowe w całym procesie są poczucie bezpieczeństwa, bycie wysłuchaną oraz zaufanie do specjalisty. Nie zdarzało mi się zmieniać terapeutów dlatego, że nie byłam zadowolona ze stosowanych przez nich technik czy nurtów, w których pracowali. Powody zmiany były na ogół takie, że niedostatecznie się ze mną liczono, że czułam się oceniana albo poddawana presji, choćby subtelnej. Miałam wielu powszechnie podziwianych mentorów, którzy mówili o „więzi”, lecz sprawiali wrażenie zainteresowanych wyłącznie własnym wizerunkiem, statusem i pieniędzmi.
Zaczęłam przyjmować pacjentów, jednak czułam się tak niepewnie, tak bardzo skupiałam się na robieniu wrażenia dobrej terapeutki i na tym, co powinnam robić, że, choć teoretycznie wszystko robiłam jak należy, niektórzy pacjenci rezygnowali. Stopniowo zaczynałam dawać sobie przyzwolenie na niedoskonałość i autentyczność. Rosło moje zaufanie do siebie i tego, co czuję w trakcie sesji. W coraz mniejszym stopniu kierowałam się planem. Słuchałam z zainteresowaniem, a nie dlatego, że chciałam należycie wywiązać się ze swojej roli. Zmiana okazała się radykalna, choć przybrała zupełnie inny kierunek, niż się spodziewałam. A potem zostałam matką i wreszcie wszystko zrozumiałam. ZNACZENIE BLISKOŚCI, OBECNOŚCI, SPÓJNOŚCI, INTUICJI. ZNACZENIE RELACJI.
Dziś, po ponad dwudziestu latach doświadczeń osobistych i zawodowych, procesów terapeutycznych własnych i cudzych oraz praktyki w zawodzie, mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że BEZPIECZNE WIĘZI SĄ SYMBOLICZNYM OTOCZENIEM, W KTÓRYM MUSZĄ ZNALEŹĆ SIĘ DZIECI, BY MÓC SIĘ ROZWIJAĆ, ZMIENIAĆ, ODKRYWAĆ I POPEŁNIAĆ BŁĘDY. Wciąż mam w pamięci drogę, którą sama przebyłam, i dlatego doskonale rozumiem rodziców znajdujących się na początku tej podróży. Przychodzą do mojego gabinetu, bo nie wiedzą, co robić, albo czują się zdezorientowani nadmiarem wskazówek, często sprzecznych.
Rozumiem matki, które trzymają się sztywno zasad rodzicielstwa opartego na szacunku² i boją się, że ich dzieci doświadczą traumy, ponieważ partnerzy nie zawsze się do nich stosują. Rozumiem każdego, kto czuje się bezradny w obliczu jakiegoś problemu i błaga, by mu powiedzieć, jak powinien postępować ze swoimi dziećmi, po czym nie udaje mu się wprowadzić tych zaleceń w życie. Kierowanie się niektórymi wskazówkami może okazać się naprawdę trudne, jeśli relacja z dziećmi budzi w nas pamięć bolesnych i skomplikowanych doświadczeń.
Nie mogę zaoferować tym osobom zaklęć, które magicznie rozwiążą ich problemy. W tej książce będę się starała skupić na czymś bardziej wartościowym: na więziach. Na bezpieczeństwie. Na niewidocznej dynamice relacji międzyludzkich. Na tym, co zachodzi poza słowami, regułami, teoriami i technikami. Tam dzieje się wszystko.
Spróbuję rzucić odrobinę światła na to, co przeżywacie, i na to, co przeżywają wasze dzieci, siostrzenice, bratankowie, wnuki lub uczniowie – nawet jeśli nie widać tego gołym okiem. Mam na myśli zarówno to, co was łączy, jak i to, co was dzieli. Żebyśmy mogli zacząć zastanawiać się, co robić, musimy wiedzieć, gdzie jesteśmy i co się z nami dzieje. A to wymaga oświetlenia tego, co kryje się w ciemności.
Mam również nadzieję, że ta książka pomoże tym z was, którzy mają wokół siebie osoby wychowujące dzieci – być może pozwoli wam towarzyszyć im w ich doświadczeniu i uważniej słuchać. Wsparcie ze strony członków rodziny, przyjaciół i struktur społecznych potrafi radykalnie odmienić doświadczenie rodzicielstwa. Liczę wreszcie na to, że wiedza, którą zamierzam się podzielić, może pomóc każdemu lepiej zrozumieć relację ze sobą i uwierzyć, że wzmocnienie wewnętrznego poczucia bezpieczeństwa jest możliwe – niezależnie od tego, czy jest on rodzicem.Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1.
Za nieadaptacyjne uważa się te zachowania, które utrudniają i w znacznym stopniu ograniczają życie osoby, u której występują, wyraźnie przeszkadzając jej w adaptacji do związanych z danym kontekstem oczekiwań. Eliminowanie objawu za wszelką cenę może się jednak okazać niepożądane z perspektywy terapii traumy, jeśli zignoruje się przy tym fakt, że informuje nas o czymś, co wymaga uwagi i pomocy. Ponadto także objawy nieadaptacyjne pomagają nam zachować wewnętrzną równowagę, choć wydają się szkodliwe – również dla relacji w obrębie rodziny. Są jak gorączka: ich wystąpienie jest dla nas sygnałem, że dzieje się coś niepożądanego. Nie wystarczy zbić temperatury, jeśli infekcja, która ją wywołała, wciąż się rozwija.
2.
Przyjęte w polskim przekładzie książki tłumaczenie hiszpańskiego terminu „crianza respetuosa” opisuje podejście wpisujące się zasadniczo w nurt rodzicielstwa bliskości, kładące jednak szczególny nacisk na szacunek dla dziecka, uznawanie jego emocji i stawianie granic bez karania.
3.
Jednym z najbardziej alarmujących i najlepiej znanych tego rodzaju przypadków jest sprawa Ruby Franke, matki-influencerki prowadzącej kanał poświęcony rodzicielstwu. W zamieszczanych przez nią materiałach wielokrotnie występowało sześcioro jej dzieci. Idylliczny obraz skrywał historię fizycznego znęcania się, głodzenia i wykorzystywania. Sprawa wyszła na jaw, gdy jedno z dzieci zdołało uciec z domu, w którym je przetrzymywano, i poprosiło o pomoc sąsiadów. Ruby Franke otrzymała łącznie cztery wyroki skazujące na karę od roku do piętnastu lat pozbawienia wolności.