Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Jak za dawnych lat - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
8 kwietnia 2026
3483 pkt
punktów Virtualo

Jak za dawnych lat - ebook

Poruszająca opowieść o dojrzewaniu do nowych początków – nawet wtedy, gdy wydaje się, że wszystko mamy już w życiu poukładane.

Julia Ames wreszcie ma poczucie, że odnalazła stabilizację. Po młodości pełnej dramatów, złych decyzji i desperackich poszukiwań miłości wydaje się, że los daje jej chwilę wytchnienia. Ale życie ma wobec niej inne plany.

Niespodziewane wyznanie jej dorosłego syna, coraz większy dystans dorastającej córki i nagły powrót dawnych namiętności sprawiają, że świat Julii ponownie staje na głowie. Stara się nad wszystkim panować, ale codzienność – pełna zabawnych nieporozumień, ostrych wymian zdań i momentów kruchości – wystawia ją na próbę.

Jak za dawnych lat to powieść, która z czułością i przenikliwością portretuje codzienne zmagania kobiety balansującej między rolą matki, przyjaciółki i partnerki. To także opowieść o tym, że nigdy nie jest za późno, by zacząć na nowo i pozwolić sobie na szczerość wobec siebie i najbliższych.

Claire Lombardo tworzy wielowymiarową historię o więziach, które potrafią zranić, uzdrowić – i które zawsze definiują to, kim jesteśmy.

Kategoria: Literatura piękna obca
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68812-36-7
Rozmiar pliku: 3,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział pierwszy

Wszystko zda­rza się tak, jak w jej życiu zda­rza się wszystko, co naj­waż­niej­sze: przy­pad­kiem oraz dla­tego, że zro­biła coś, czego zwy­kle nie robiła. I zda­rza się to tak, jak to zwy­kle bywa, gdy zbie­gają się nie­prze­wi­dy­walne oko­licz­no­ści, w wyniku pozor­nie zupeł­nie słusz­nych decy­zji, lek­kiego odstęp­stwa od normy, które z per­spek­tywy czasu wyda się aż nazbyt przy­pad­kowe: mini­malny skręt i nagle wszystko się wali, wszech­świat rado­śnie pod­chwy­tuje ten nie­czę­sto doko­ny­wany wybór Dru­giej Opcji, ten bieg z wycią­gnię­tymi ramio­nami osoby obłą­ka­nej, która pró­buje wyczy­ścić półki w poło­żo­nym dwa mia­sta dalej skle­pie spo­żyw­czym, gdyż wła­śnie dla­tego się tam zna­la­zła, w ulu­bio­nym celu sma­ko­szy, żeby w ostat­niej chwili zgar­nąć pro­dukty na uro­czy­stą kola­cję dla męża, który koń­czy dziś sześć­dzie­siąt lat.

Jest to jedna z tych drob­nych, według wszel­kich stan­dar­dów, zmian nawy­ków, nie­win­nych Dru­gich Opcji, które rzą­dzą się swo­imi pra­wami: decy­zja o zro­bie­niu zaku­pów w innym skle­pie niż zwy­kle, ponie­waż w tym skle­pie, co zwy­kle, nie ma mięsa z kraba.

Póź­niej przy­po­mni sobie, że – po wyj­ściu z pustymi rękami z pierw­szego sklepu – naszła ją myśl, że ta nie­znaczna zmiana rutyny może dopro­wa­dzić do jakiejś kata­strofy, cze­goś, co nie powinno się wyda­rzyć. Tak wła­śnie Mark – typ naukowca, cudow­nie tro­skli­wego – zawsze postrze­gał świat: jako sze­reg decy­zji, pod­ję­tych lub nie, i skom­pli­ko­wa­nych mate­ma­tycz­nych reper­ku­sji, które potem nastę­pują. Mózg Julii prze­jął ten spo­sób myśle­nia dopiero po dłuż­szym cza­sie ich zna­jo­mo­ści. Wcze­śniej zawsze zado­wa­lała się wyja­śnie­niem, że pod­ję­cie jed­nej decy­zji wyklu­cza drugą, że ide­alny ład we wszech­świe­cie nie ist­nieje, że tak naprawdę nie ma zna­cze­nia, czy zrobi się to, czy tamto. Zapewne ta rażąca róż­nica cha­rak­te­rów odpo­wiada za to, że Mark z dużym poczu­ciem obo­wiązku zdo­był dyplom inży­niera, a Julia nie skoń­czyła stu­diów z angiel­skiego i reto­ryki na Kan­sas State Uni­ver­sity.

A jed­nak byli już razem prze­szło trzy­dzie­ści lat i dla­tego prze­szło jej przez myśl – zupeł­nie prze­lot­nie – że taka bra­wu­rowa zmiana rutyny może dopro­wa­dzić do jakiejś mrocz­nej potwor­no­ści, ale w tam­tym momen­cie wyobraź­nia pod­su­wała jej tylko prze­ra­ża­jące fil­mowe sce­na­riu­sze, coś, co nie spo­tka­łoby jej, gdyby odpu­ściła kraba i nie poje­chała pięt­na­ście minut na zachód: fatalną koli­zję z pocią­giem towa­ro­wym albo miną lądową, a nie z osiem­dzie­się­cio­latką kon­tem­plu­jącą stos kum­kwa­tów.

W pierw­szej chwili Julia jej nie poznaje. Nie to, że świa­do­mie jej nie zauważa i się nie zatrzy­muje. Po pro­stu cier­pli­wie prze­bija się od zdro­wej żyw­no­ści do owo­ców morza z myślą, że zaha­czy o kasze i maka­rony i spraw­dzi, czy nie ma tam cze­goś cie­ka­wego w ofer­cie. Cza­sem w skle­pach na dale­kich przed­mie­ściach można zna­leźć o wiele bogat­sze zaopa­trze­nie. Wła­śnie roz­waża rundkę mię­dzy alej­kami, by spraw­dzić, czy mają coś jesz­cze, co nie pada celem histe­rycz­nej kon­sump­cji zwy­kłych scep­ty­ków w skle­pie, w któ­rym zwy­kle robi zakupy, kiedy na nią wpada. Mózg reje­struje z opóź­nie­niem twarz kobiety, oble­czo­nej w prze­ko­nu­jący kostium – nie­wi­dzialny woal – wieku.

W zasa­dzie na co dzień nie nękały jej duchy z prze­szło­ści. Było zale­d­wie kilka takich osób, któ­rych rze­czy­wi­ście nie życzyła sobie już ni­gdy wię­cej spo­tkać, a Helen Russo przy­pad­kiem do nich nale­żała. Dla­czego więc robi krok w stronę końca alejki z kaszami i maka­ro­nami, wydo­staje się z ruchli­wego tłumu, żeby wleźć tam­tej w oczy? Minęło ponad osiem­na­ście lat, co w sumie może dzi­wić, jeśli wziąć pod uwagę, że kie­dyś widy­wały się przy­naj­mniej raz w tygo­dniu, oraz mając na wzglę­dzie ogra­ni­cze­nie świata Julii, świata, w któ­rym rzecz tak błaha, jak zmiana pla­nów zaku­po­wych, postrze­gana jest jako arcy­ważna.

Czuje się nie­pew­nie, więc robi krok w tył w kie­runku, z któ­rego przy­szła, ale Helen prze­mie­ściła się już z działu prze­my­sło­wego do sto­isk z towa­rami luzem, gdzie odważa orzeszki piniowe. Napis głosi, że kosz­tują 16,75 za pół kilo, a z ist­nie­nia takich eks­tra­wa­gan­cji Julia zdała sobie sprawę w pewne popo­łu­dnie, które spę­dziła w domu Russo: solidne sztućce, obrazy podej­rza­nie wyglą­da­jące na ory­gi­nalne, butelki wina, które, co spraw­dziła w domu, kosz­to­wały po pięć­dzie­siąt osiem dola­rów za sztukę.

Zna­la­zła się tu, by kupić pro­dukty na uro­dzi­nowe cia­steczka kra­bowe, które uwiel­biał jej mąż. Myśl o Marku wywo­łuje chwi­lowy zawrót głowy. Nie­sie pusty koszyk, więc czu­jąc się cokol­wiek idio­tycz­nie, wrzuca do niego główkę czer­wo­nej kapu­sty. Pod pew­nymi wzglę­dami Helen wygląda, czego nale­ża­łoby się spo­dzie­wać, sta­rzej niż ją zapa­mię­tała. Pod pew­nymi – zadziorny kucyk, wiel­kie błysz­czące nie­bie­skie korale na szyi – nie zmie­niła się nic a nic. Julia robi kilka kro­ków, potem jesz­cze kilka. Zwy­kle jest mistrzy­nią uniku, trak­tuje wypady do sklepu jak misję snaj­per­ską, spraw­dza, ile razy na widok zna­jo­mej twa­rzy zdoła unik­nąć inte­rak­cji. Teraz to nie działa, jakby zawład­nął nią demon rela­cji mię­dzy­ludz­kich i pchnął ją, by pode­szła na tyle bli­sko, żeby na gło­wie kobiety zoba­czyć parę oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych z dro­ge­rii.

– Helen?

Kiedy Helen odwraca się do niej, w oczach ma obo­jęt­ność z nutą zacie­ka­wie­nia. Powoli tak­suje ją wzro­kiem od stóp do głów. Julia zasta­na­wia się, jak wygląda, prze­gar­nia włosy ręką. Przez chwilę mar­twi się, że zosta­nie uznana za menelkę. Ma na sobie „por­tki klauna”, jak nazywa je Alma, i starą koszulę Marka. Myśli, że jakimś cudem można uznać to zesta­wie­nie za eks­tra­wa­gancką sty­lówkę, ale naj­praw­do­po­dob­niej sko­ja­rze­nie idzie w zupeł­nie innym kie­runku. Na przed­mie­ściach trudno stwier­dzić, czy eks­cen­trycz­nie ubrana kobieta nosząca w koszyku jedną główkę eko­lo­gicz­nej kapu­sty jest żulicą, czy bogaczką w potwor­nie dro­gich ciu­chach uda­ją­cych łach­many. Zaczyna zasta­na­wiać się, jak bar­dzo sama zmie­niła się od ostat­niego spo­tka­nia i ogrom tych zmian ude­rza ją nagle z całej siły. Po namy­śle docho­dzi do wnio­sku, że bar­dziej się zmie­niła niż nie. Staje się ner­wowo świa­doma wła­snego tętna pul­su­ją­cego w uszach. Cał­kiem moż­liwe, że Helen w ogóle jej nie roz­po­zna – odwieczne zmar­twienie, tak dobrze jej znane, że nie zna­czy­łaś dla kogoś rów­nie wiele, co on zna­czył dla cie­bie – ale Helen się odzywa.

– Nie może być.

Łomot serca zanika, przy­tłu­miony skle­po­wym gwa­rem: jakaś kobieta kłóci się z rzeź­ni­kiem, męż­czy­zna gada do nie­wi­dzial­nej słu­chawki, dziecko w pucho­wej kami­zelce śpiewa na całe gar­dło o małym reki­nie. Głos Helen, co zdu­mie­wa­jące, pozo­stał nie­zmie­niony. Julia prze­nosi się myślami, bez przy­kro­ści, do tam­tych popo­łu­dni w ogródku na tyłach domu Russo, do Helen – wów­czas star­szej niż Julia obec­nie – wygła­sza­ją­cej rodzi­ciel­skie banały, zgrabne powie­dzonka, szczere wyzna­nia, a wszystko to z pew­no­ścią sie­bie i swo­bodą osoby, która naprawdę cie­szy się życiem, co w owym cza­sie Julię dzi­wiło do głębi, ponie­waż sama się swoim życiem nie cie­szyła.

– Tak pomy­śla­łam, że to ty – odzywa się głu­pio.

– Tylko mi nie mów, że się w ogóle nie zesta­rza­łam – rzuca Helen – bo cię zabiję.

Julia śmieje się ner­wowo.

– Nie, wyglą­dasz…

– Bo muszę ci powie­dzieć, że ty się tro­chę zesta­rza­łaś, więc ja pew­nie wyglą­dam o wieki sta­rzej.

Czuje się bar­dziej zasko­czona niż ura­żona – no i, bądźmy szcze­rzy, prze­cież jest tro­chę star­sza – ale i tak się rumieni.

– Myślę, że wieki to prze­sada.

Teraz to Helen się śmieje.

– W sumie mnie roz­po­zna­łaś. To już o czymś świad­czy.

– Wyglą­dasz fan­ta­stycz­nie – mówi Julia pra­wie nie­śmiało.

– Ni­gdy nie umia­łaś kła­mać – wytyka jej Helen. – Nawet zawar­tość two­jego koszyka nie wygląda prze­ko­nu­jąco.

Obie spo­glą­dają w dół na kapu­stę.

– Dopiero zaczę­łam – mam­ro­cze.

– Co u cie­bie? – pyta Helen. – Zre­la­cjo­nuj. W punk­tach.

– Och, co u mnie…

Nie jest pewna, co powie­dzieć. Uświa­da­mia sobie, że ostat­nio widziała się z Helen przed Almą, czuje się dziw­nie, że mia­łaby obwie­ścić pra­wie obcej oso­bie: „Uro­dzi­łam dziecko! Sie­dem­na­ście lat temu!”. Nie da się ukryć, w ostat­nich dwóch deka­dach jej życie roiło się od punk­tów zwrot­nych. Tyle rze­czy wykieł­ko­wało, tok­sycz­nych i wręcz prze­ciw­nie, małe zie­lone pędy na spu­sto­szo­nej ziemi. Nowa praca, nowe dziecko, zdwo­jone zaan­ga­żo­wa­nie w mał­żeń­stwo, a potem, po tym wszyst­kim, spo­kojna rutyna: zdo­by­wa­nie nowych zna­jo­mo­ści, dora­sta­nie dzieci i adop­cja małego czar­nego kun­delka w typie teriera o imie­niu Suzanne, tka­nie codzien­nej egzy­sten­cji, płyn do pra­nia i wybory pre­zy­denc­kie, nie­ugięty marsz naprzód. Dni, przy­po­mi­na­jące jaskrawo kolo­rowe kule bilar­dowe – dyna­miczne i agre­sywne, raz po raz zde­rza­jące się ze sobą, zmie­nia­jące kie­ru­nek i wyma­ga­jące od niej inter­wen­cji – nagle wydają się try­wialne. Nie widziała Helen od osiem­na­stu lat, trudno wszystko ot tak wyli­czyć.

– Po sta­remu – mówi więc. – Dzieci, praca i tak dalej.

Dawne ja Julii byłoby zdu­mione, gdyby ją teraz zoba­czyło, kobietę z zaprzy­jaź­nioną mamą od wspól­nych kawek z daw­nych cza­sów, wła­sną spe­cjalną kartą kre­dy­tową Nord­strom i względ­nym poczu­ciem spo­koju.

– Dzieci – pod­chwy­tuje Helen. – Liczba mnoga?

Oto Helen, jaką zapa­mię­tała, Helen, która nie­ustan­nie patrzy na twoje dawne zwy­kłe życie z zupeł­nie nowych per­spek­tyw, wynaj­duje ciemne punkty, wyma­ga­jące wypo­le­ro­wa­nia, albo te jasne, któ­rych sama nie dostrze­głaś: dwoje dzieci! Wspa­niale! Helen unosi teatral­nie brwi, a na jej twa­rzy poja­wia się błysk zro­zu­mie­nia.

– No tak, kiedy ostat­nio się widzia­ły­śmy, wszystko się… roz­strzy­gało?

Zasta­na­wiała się, czy Helen będzie pamię­tać. Nagle wraca wspo­mnie­nie tam­tego okrop­nego popo­łu­dnia w biblio­tece, kiedy zoba­czyła tę kobietę i myślała, że widzi ją po raz ostatni w życiu.

– Tak było – odpo­wiada. – Roz­strzy­gnęło się. Córka.

– Boże drogi, tak to wła­śnie jest, jak się kogoś nie widziało od wie­ków. A co u syna? Musi teraz… był, do licha, zupeł­nie malutki, czyż nie?

– Już nie jest taki malutki. Ma dwa­dzie­ścia cztery lata.

Ben sie­dział zwy­kle pod sto­łem, przy ich nogach, i bawił się przed­po­to­pową kolejką, którą Pete, mąż Helen, wygrze­bał dla niego z piw­nicy. Julia odchrzą­kuje.

– A co u cie­bie? Jak się miewa Pete?

– Nie żyje – rzuca bez­na­mięt­nie Helen. – Nie pierw­szy, i nie ostatni, cho­ciaż chyba możemy się co do tego zgo­dzić, że i ja nie jestem od tego daleka.

– Och, mój Boże.

Smu­tek ogar­nia ją natych­miast i to, co zaska­ku­jące, doj­mu­jący: Pete Russo macha do niej z dachu. Pete Russo pozwala Benowi zro­bić bon­gosy z wia­de­rek po far­bie.

– Helen, tak mi…

– Nie widzia­ły­śmy się od wie­ków – prze­rywa Helen. – To oczy­wi­ste, że ktoś nie dożył.

– Przy­kro mi.

– Mnie też. – Na sekundę gdzieś ula­tuje obra­zo­bur­cza weso­łość Helen, pozo­sta­wia­jąc w to miej­sce cień bez­bron­no­ści i porzu­ce­nia.

– Jak sobie radzisz?

– Och, świet­nie – mówi. – Minęło już dużo czasu. W sierp­niu będzie… Boże, to już pięć lat.

– Nie wie…

– Julio. – Helen się uśmie­cha. – Wszystko gra. Nie mówmy już o tym. A co z twoim?

– Moim…?

– Mężem?

– Ach.

Powód, dla któ­rego się tu zna­la­zła, odby­wała tę nie­praw­do­po­dobną roz­mowę, zamiast być już w domu, zato­piona w bez­piecz­nych, nud­nych mia­zma­tach przy­go­to­wań do imprezy, tam, gdzie wszech­świat chciał, żeby była. Jak ma rela­cjo­no­wać, co u Marka, Marka, któ­rego życie pra­wie legło w gru­zach przez jej pierw­sze nie­po­ro­zu­mie­nie z Helen Russo, Marka, który, dzięki Bogu, nie umarł w ciągu ostat­nich osiem­na­stu lat?

– Wszystko dobrze. Wła­ści­wie to ma uro­dziny. Dla­tego tu jestem.

Idio­tycz­nie unio­sła koszyk.

– No jasne – odzywa się Helen po krót­kiej chwili. – Jubi­le­uszowa kapu­sta.

Śmieje się z opóź­nie­niem.

Helen znów przy­gląda jej się badaw­czo, ma teraz inny wyraz twa­rzy, rów­nie nie­prze­nik­niony.

– Powin­nam cię wypu­ścić, żebyś mogła wró­cić do obo­wiąz­ków. Ale naprawdę miło cię widzieć po latach. Wyglą­dasz na szczę­śliwą.

– Wyglą­dam? – Nie chciała, żeby to zabrzmiało jak pyta­nie.

– Wyglą­dasz.

Helen się uśmie­cha.

Teraz ma szansę powie­dzieć Helen, że też wygląda na szczę­śliwą. Teraz jest ide­alny moment, żeby któ­raś z nich z wysił­kiem rzu­ciła coś w rodzaju: musimy się spo­tkać i nad­ro­bić zale­gło­ści.

– No to miłych zaku­pów. – Tekst brzmi absur­dal­nie, Julia wska­zuje koszyk Helen, któ­rego zawar­tość, wła­śnie to dostrzega, jest rów­nie komicz­nie uboga: cztery limonki i tore­beczka orze­chów.

– Yyy­hym. – Helen dotyka ramie­nia Julii, a Julia cie­szy się, że dłu­gie rękawy ukry­wają gęsią skórkę. – Tobie też.

W amoku koń­czy zakupy, stoi w kolejce i wykłada rze­czy na taśmę przy kasie.

– Pamię­tała pani o wie­lo­ra­zo­wych tor­bach? – oskar­ży­ciel­skim tonem pyta kasjer.

– Jakże bym mogła o nich zapo­mnieć – odpo­wiada, ale kasjer się nie uśmie­cha.

Udaje jej się lżej ode­tchnąć dopiero, kiedy wsiada do samo­chodu. Paczka z mię­sem kraba i kapu­sta – zro­biło jej się żal i nie potra­fiła się zmu­sić, by ją odło­żyć na stos – wesoło pod­ska­kują na sie­dze­niu obok. Wszyst­kie klu­czowe sytu­acje z Helen roze­grały się na prze­strzeni kilku mie­sięcy, ale teraz mózg Julii je kom­pre­suje, całość roz­grywa się w ciągu minuty, od ataku pła­czu w samo­cho­dzie, przez leniwe popi­ja­nie wina na tara­sie Helen, do tego ostat­niego razu, kiedy spo­tkały się w biblio­tece, wszystko to w sześć­dzie­siąt sekund. Kręci jej się w gło­wie, otwiera szy­ber­dach i bie­rze głę­boki wdech.

W dro­dze tutaj odpo­wie­dzial­nie – acz z lek­kim znu­że­niem – słu­chała radia, ale gdy tylko wyjeż­dża z par­kingu, prze­łą­cza się na play­li­stę córki. Kla­syczny rock wró­cił do łask, więc zna co drugą pio­senkę, Bowie i Sto­nesi, prze­dzie­leni zespo­łami o skom­pli­ko­wa­nych nazwach, You Will See Our Smi­ling Faces on the Nine Train i Rec­kon with Your Racist Grand­fa­ther albo Sli­ght Right for the Sani­tary Land­fill. Zawsze myli nazwy, czym dopro­wa­dza córkę do szału. Przy­znaje, że nie za wiele rozu­mie ze współ­cze­snej muzyki, którą pre­fe­ruje Alma, ale nauczyła się – nie­ustan­nie, roz­pacz­li­wie sta­ra­jąc się, by córka ją poko­chała – doce­niać ją, pod­kręca więc gło­śniej i naci­ska przy­cisk otwie­ra­jący okno, żeby zaczerp­nąć świe­żego powie­trza.

Kie­dyś uwa­żała się za eks­perta, wylu­zo­waną osobę. Cho­dzili z Mar­kiem na kon­certy pra­wie co week­end i potra­fiła wyre­cy­to­wać całą dys­ko­gra­fię Pave­ment w kolej­no­ści wyda­nia lub oso­bi­stych pre­fe­ren­cji, i nauczyła tego Bena, przez osmozę, odtwa­rza­jąc muzykę znacz­nie gło­śniej niż teraz, kiedy odwo­ziła go do przed­szkola lub pod­czas wspól­nych sza­leń­czych jazd po mie­ście, i to oczy­wi­ście spra­wiło, że znów pomy­ślała o Helen, cie­niu dotyku Helen na ramie­niu, jak nie­wia­ry­godne było, że w ogóle pode­szła do tej kobiety, ale także o Helen wtedy, w dziale suku­len­tów w ogro­dzie bota­nicz­nym, Helen, która wyczuła jej roz­pacz – pusty wzrok spo­łecz­nie nie­wy­dol­nej mło­dej matki w koszulce Jesus and Mary Chain – i wycią­gnęła ją z tłumu.

Na play­li­ście włą­cza się _Smells Like Teen Spi­rit_, a ona robi gło­śniej, za bar­dzo – męż­czy­zna sto­jący obok na świa­tłach gapi się na nią bez żenady – ale pod­kręca dźwięk jesz­cze o kilka pozio­mów, i wyjeż­dża na Eisen­ho­wera, cie­sząc się z pre­tek­stu, by ostro przy­śpie­szyć.

Marka nie ma w domu, na całe szczę­ście, ponie­waż gdy tylko wcho­dzi do kuchni, odczuwa dziwne nagłe zachwia­nie, obraz drga­jący na kra­wę­dziach pola widze­nia, co zmu­sza ją, by ciężko opa­dła na sto­łek przy wyspie. Czuje przed­nie łapki Suzanne na goleni, pies staje na tyl­nych łapach, żeby spraw­dzić, co się z nią dzieje, ura­żony, że Julia nie zaan­ga­żo­wała się w zwy­cza­jowe eufo­ryczne powi­ta­nie. Suzanne trak­tuje każdy powrót Julii – nie­za­leż­nie od tego, czy nie było jej pięć minut, czy pięć godzin – jak wygraną na lote­rii, dziki wzrok i ciało wibru­jące z pod­nie­ce­nia. Suzanne ma więk­szego fioła na punk­cie Julii, niż kto­kol­wiek miał kie­dy­kol­wiek, więk­szego, niż sama Julia kie­dy­kol­wiek miała na punk­cie innej żywej istoty, w tym swo­ich dzieci. Budu­jące jest – choć cza­sami iry­tu­jące – być tak bar­dzo kocha­nym.

– Wszystko gra, księż­niczko – uspo­kaja psa. – Tylko tro­chę słabo się czuję.

– Nie­zu­peł­nie tak wła­śnie było, ale dobra – mówi Alma do kogoś, wcho­dząc do kuchni. – Mamo?

Otwiera oczy, pod­nosi głowę. Obraz się wyostrza. Jej córka jest impo­nu­jąca i prze­ra­ża­jąca, Ama­zonka z ciem­nymi nie­sfor­nymi wło­sami i prze­ni­kli­wymi zie­lo­nymi oczami. Przy­ci­ska do piersi pustą miskę, a w każ­dej ręce trzyma zgnie­cioną puszkę po la croix.

– Cześć, Ollie.

Pies skamle, Julia pochyla się i bie­rze go na ręce.

– Nie płacz – mówi w futro Suzanne.

– Nie powin­naś zarzą­dzać jej emo­cjami – zaczyna Alma, ale potem marsz­czy brwi. – Dobrze się czu­jesz?

Jest to zupeł­nie nie­zwy­kły przy­pa­dek inter­per­so­nal­nej tro­ski w wyko­na­niu Almy i Julia przez chwilę aż żałuje, że nic jej nie jest, że nie może popro­sić córki o jakąś formę nie­trau­ma­tycz­nej pomocy, usu­nię­cia drza­zgi lub nasta­wie­nia zwich­nię­tego barku, cze­goś, co wyma­ga­łoby bli­skiego kon­taktu fizycz­nego z osobą, którą uro­dziła, dopóki Alma – rzad­kość u tej nar­cy­stycz­nej lwicy – ją ofe­ruje.

Tutaj nie ma spo­sobu na zwinne manew­ro­wa­nie. Nawią­za­nie do jakiejś kwe­stii fizjo­lo­gicz­nej sprawi, że córka (która nie jest szcze­gól­nie zado­wo­lona z żyją­cych rodzi­ców, ale też nie­ko­niecz­nie życzy sobie ich śmierci) nabie­rze podej­rzeń, a powie­dze­nie prawdy – że zbiera siły na spo­tka­nie z mężem po tym, jak spo­tkała kobietę, która pra­wie dopro­wa­dziła do roz­padu ich mał­żeń­stwa – jest oczy­wi­ście wyklu­czone.

– Dobrze – odpo­wiada, a Suzanne wierci się, zla­tuje z kolan Julii: pies, tak jak kot, tak jak jej córka, wyzna­cza swoje gra­nice, wymaga sta­łej uwagi, ale na wła­snych, bar­dzo twar­dych warun­kach. – Dobrze, dobrze, dobrze.

Pro­stuje plecy, wstaje ze stołka i wpra­wia się w ruch. Ni­gdy nie jest tak, że w kuchni nie ma nic do zro­bie­nia, zwłasz­cza gdy Alma przyj­muje przy­ja­ciół: roz­lane płyny, które trzeba wytrzeć, zmy­warka do zapa­ko­wa­nia lub roz­ła­do­wa­nia, dwa ogryzki jabłka i fio­le­towa skórka dro­giego koziego sera doj­rze­wa­ją­cego w winie, które same się nie wyrzucą do kosza na śmieci.

Szczę­śli­wie Alma akcep­tuje odpo­wiedź, gotowa, z tą nie­po­skro­mioną pew­no­ścią sie­bie nasto­latki, by uwaga sku­piła się, słusz­nie i wyłącz­nie, ponow­nie na niej.

– Zadzwo­nili, że muszą prze­ło­żyć moją wizytę u den­ty­sty – mówi. – Dok­to­rowi Gal­la­ghe­rowi umarł ktoś z rodziny.

– Och, to bar­dzo…

– Ale w sumie to się dobrze składa, bo w tym tygo­dniu mamy w biblio­tece spo­tka­nie zaawan­so­wa­nej grupy histo­rii Europy. Zna­czy dobrze, że odwo­łali wizytę, a nie dobrze, że ktoś umarł. Zasta­na­wia­łam się też, czy mogła­bym wziąć samo­chód, żebyś nie musiała przy­jeż­dżać po mnie późno w nocy?

Alma była sza­le­nie przy­lep­nym dziec­kiem, ale teraz jest wła­ści­wie samo­dzielną i cał­ko­wi­cie zagad­kową sie­dem­na­sto­latką. Jest wredna, wspa­niała i zachwy­ca­jąco dobra z mate­ma­tyki. Żar­tuje z przy­ja­ciółmi z nie­wy­tłu­ma­czal­nych rze­czy, takich jak Gary Shan­dling i tosty z awo­kado, maluje mikro­sko­pijne wiśnie na paznok­ciach i porywa się na wysoce anga­żu­jące przed­się­wzię­cia cukier­ni­cze, wypeł­nia­jąc lodówkę baj­glami jero­zo­lim­skimi i sze­ścio­war­stwo­wymi tor­tami.

– Pytam teraz, bo ostat­nim razem powie­dzia­łaś mi, że nie uprze­dzi­łam cię odpo­wied­nio wcze­śnie – cią­gnie.

Nie­dawno znów zaczęła roz­ma­wiać z Julią i Mar­kiem, po pra­wie dwóch latach ponu­rego mil­cze­nia, a teraz wła­ści­wie nie da się spra­wić, żeby prze­stała. Przy stole opo­wiada im bez tchu jakieś nie­po­jęte histo­rie. Pre­zen­tuje dłu­gie stresz­cze­nia wyrwa­nych z kon­tek­stu odcin­ków seriali tele­wi­zyj­nych, któ­rych ni­gdy nie oglą­dali. Kon­stru­uje skom­pli­ko­wane i prze­ko­nu­jące linie obrony, żeby jej coś dali lub pozwo­lili coś zro­bić. Roz­mowa z nią to mecha­niczna czyn­ność, wyma­ga­jąca cią­głej goto­wo­ści do zmiany bie­gów, wyco­fy­wa­nia się lub nadą­ża­nia za płyn­nymi, nie­do­rzecz­nymi przej­ściami, albo do kata­pul­to­wa­nia się ze świata rze­czy­wi­stego do fik­cyj­nego, bez postoju na uzu­peł­nie­nie paliwa. Nie ma cie­nia szansy na to, że w przy­szłym mie­siącu nie zosta­nie przy­jęta do kilku z sie­dem­na­stu arcy­luk­su­so­wych i prze­ra­ża­jąco dro­gich col­lege’ów, do któ­rych apli­ko­wała, a ponie­waż Julia chcia­łaby, żeby pozo­stały czas jej pobytu w domu upły­nął bez traumy, reaguje na swoją córkę tak, jak wtedy, gdy była śpią­cym nie­mow­lę­ciem: cho­dziła przy niej na pal­cach, żeby tylko nie wzbu­dzić nie­po­koju. Dyna­mika sił w ich domu nie różni się niczym od wie­lo­let­niego kry­zysu z zakład­ni­kami.

– Zoba­czymy – mówi, a potem dodaje, zanim Alma zdąży zapro­te­sto­wać: – Jest ktoś u cie­bie?

Sły­szy co naj­mniej dwa głosy dobie­ga­jące z salonu i jest cał­ko­wi­cie pewna, że jeden z nich należy do Margo Singh.

Alma wrzuca puszki do kosza na metale i pla­stik.

– Tak.

Córka odmó­wiła udzie­le­nia jej jakich­kol­wiek uży­tecz­nych infor­ma­cji na temat Margo, a dokład­niej więzi, jaka je łączy. Wszel­kie wysiłki, jakie Julia pod­jęła, by się cze­goś dowie­dzieć o ich związku, napo­ty­kały drwinę, mil­czącą suge­stię, że jej poglądy na temat związ­ków są zbyt sztywne.

– To nie jest moja dziew­czyna – powie­działa Alma nie­dawno. – Ale też nie jest przy­ja­ciółką. Mamo, nikt już tego tak nie nazywa.

Julia powstrzy­mała się wtedy od zapy­ta­nia: nikt tak nie nazywa czego? Pry­wat­ność Almy, w stale zmie­nia­ją­cej się kolej­no­ści prio­ry­te­tów mię­dzy oce­nami Almy, roz­krze­wia­ją­cymi się opi­niami poli­tycz­nymi Almy i chwi­lo­wymi zachcian­kami egzy­sten­cjal­nymi Almy, jest ostat­nio popu­lar­nym tema­tem. Do tego Julia lubi Margo. Wola­łaby, żeby ta dziew­czyna robiła tro­chę wię­cej hałasu, kiedy cho­dzi – ma skłon­ność do posęp­nego wyła­nia­nia się z mroku jak gra­barz – ale wydaje się, że ma głowę na karku i że Alma jest przy niej szczę­śliwa.

– Świet­nie – mówi. – Gdzie tata? Jest twój brat?

Alma wydaje z sie­bie mruk­nię­cie typu a-skąd-mnie-wie­dzieć. Wsta­wia miskę do zlewu, a potem pod cię­ża­rem spoj­rze­nia Julii sięga po gąbkę.

– Co gotu­jesz?

– Róż­no­ści – odpo­wiada Julia nie­uważ­nie, otwiera szafkę, wyciąga potrzebne pro­dukty i odkłada je na wyspę. – Mini­qu­iche. Sałatkę z ogórka. Ciastka kra­bowe.

Przy­go­to­wuje przy­bory, selera, bułkę tartą. Tak naprawdę, przed popo­łu­dnio­wym prze­ryw­ni­kiem, nie mogła się docze­kać przy­go­to­wań, dosta­tecz­nie pra­co­chłon­nych, by mogła się poczuć godna pochwały, ale nie na tyle, żeby unie­moż­li­wić jej robie­nie dzie­więt­na­stu innych rze­czy naraz. Wie, że ze strony dzieci nie doczeka się pomocy.

– Boże, mamo, serio? – Alma odwraca się do niej.

Zacho­wuje się, jakby wła­śnie została postrze­lona, a Julia roz­gląda się dookoła z zasko­cze­niem, szu­ka­jąc jakiejś nowej traumy, ale wszystko wygląda nor­mal­nie, z miski w rękach córki płyn do zmy­wa­nia kapie na pod­łogę.

– No co? – pyta zanie­po­ko­jona.

– Mówi­łam ci, że nie jem owo­ców morza – tłu­ma­czy Alma. – Mówi­łam ci to parę tygo­dni temu.

Myśli inten­syw­nie. Chcia­łaby – brzmi okrop­nie, ale to pra­gnie­nie czę­sto poja­wia się pod­czas roz­mów z córką – po pro­stu wypa­ro­wać. Odczuwa też nie­praw­do­po­dobne zmę­cze­nie, pod­krę­cone gra­wi­ta­cją. Macie­rzyń­stwo nie­usta­jąco przy­nosi jej to szcze­gólne uczu­cie, skrajne nie­do­wie­rza­nie, że nie tylko ocze­kuje się od niej kolej­nego cze­goś, ale wręcz ma obo­wią­zek to kolejne coś zro­bić.

– Zapo­mnia­łaś?

– Zapo­mnia­łaś to za mocne słowo – mówi i wyj­muje z półki na drzwiach lodówki pęczek kolen­dry.

Pamięta, oczy­wi­ście, liczyła tylko, że roz­mowę o stop­nio­wym prze­cho­dze­niu Almy na wega­nizm, podob­nie jak wiele innych roz­mów z nasto­lat­kami, uda się po paru dniach zamieść pod dywan, bo temat wypchnie jakaś inna wyjąt­kowa, trudna do wyja­śnie­nia, nie­cier­piąca zwłoki sprawa.

Oddy­cha powoli, głę­boko, przez nos, dopóki nie czuje, że powie­trze roz­sze­rza się nisko w gar­dle. Zanim uro­dził się Ben, bez entu­zja­zmu cho­dziła na jogę dla kobiet w ciąży. Wów­czas nie miała poję­cia, że ćwi­cze­nia odde­chowe przy­da­dzą jej się nie przy poro­dzie, ale dwa­dzie­ścia lat póź­niej, w ramach prze­ciw­dzia­ła­nia prze­mocy ze strony nasto­let­niej córki.

– Dla­czego tak dziw­nie oddy­chasz?

– Bo… potrze­buję wię­cej powie­trza. Żeby dotle­nić mózg.

– Powie­dzia­łaś, że prze­my­ślisz ogra­ni­cza­nie pro­duk­tów odzwie­rzę­cych w rodzin­nej die­cie – mówi Alma, a emfaza w jej gło­sie spra­wia, że Julia ma ochotę wepchnąć ją do studni.

– Jeśli nie chcesz, to nie musisz jeść, skar­bie. Będzie mnó­stwo innych rze­czy do wyboru.

– Czy ty sobie ze mnie kpisz? – dener­wuje się Alma i wska­zuje na ręce Julii, w któ­rych – zupeł­nie bez­myśl­nie, jak piłkę do siat­kówki lub odciętą głowę – trzyma swoją kapu­stę-kusi­cielkę.

Chce jej się śmiać, z tru­dem się hamuje, przez co łzy napły­wają jej do oczu.

– Czemu masz taką minę? – pyta Alma.

Wej­ście Marka lito­ści­wie prze­rywa tę scenę. Jest spo­cony, wraca z bie­ga­nia, w szor­tach z lycry i z przy­tro­czo­nym u pasa bido­nem, który ostat­nio sko­ja­rzył jej się z wor­kiem kolo­sto­mij­nym. Też schyla się, żeby pogła­skać Suzanne, która wita go, jakby wró­cił po deka­dzie. Wszy­scy, odkąd pies poja­wił się w rodzi­nie, prze­sta­wili się na obec­ność Suzanne, cho­ciaż padały suge­stie, że naj­bar­dziej zmie­niła się Julia.

– Co to za bran­so­leta? – pyta Alma. – Wyglą­dasz dziś dziw­niej niż zwy­kle.

Mark unosi rękę, na nad­garstku ma pasek z fio­le­to­wego pla­stiku, pro­to­typ kro­ko­mie­rza, który testują u niego w pracy i o któ­rym Julia od mie­sięcy słu­cha do wyrzygu.

– Te z reklamy są archa­icz­nie nie­do­kładne – stwier­dza.

– Może i tak – mówi Alma. – Ale przy­naj­mniej nie wyglą­dają jak to coś.

– A co tu taki tłum? – Mark obej­muje córkę ramie­niem. Alma mam­ro­cze pod nosem, niby pro­te­stu­jąc, ale pozwala się przy­tu­lić, nawet lekko pochyla się w jego stronę, cho­ciaż jest cały spo­cony, i w ogóle. Julia od wie­ków nie doświad­cza takiej fizycz­nej bli­sko­ści z Almą. Z córki ema­nuje potężna ener­gia, która trzyma matkę na dystans, choć naj­wy­raź­niej nie ma wpływu na ojca, któ­rego Alma lubi o wiele bar­dziej.

Mark pod­cho­dzi do Julii i całuje ją, a Alma patrzy na nich z obrzy­dze­niem. W tej rodzi­nie zegar zawsze jest lekko roz­re­gu­lo­wany, uczu­cia źle loko­wane, a prze­wi­nie­nia wyol­brzy­mione. Ale to lep­sze, myśli – Boże, to musi być lep­sze – niż ich cał­ko­wity brak.

– Czy wła­śnie to mamy dziś na obiad? – pyta Mark i pod­nosi kapu­stę w ręce jak szklaną kulę. Alma wzdy­cha osten­ta­cyj­nie i wycho­dzi z kuchni. Oboje wsłu­chują się w głu­chy tupot stóp w skar­pe­tach, nik­nący w pokoju.

– Spon­tan – wyja­śnia Julia. – Z oka­zji two­ich uro­dzin.

Mark kła­dzie ręce na jej ramio­nach.

– Co szy­ku­jesz?

– Pro­dukty odzwie­rzęce.

– Mogę pomóc?

– Nie. – Pró­buje nadać sło­wom rado­sny ton. – To mój pre­zent dla cie­bie. Plus to wszystko. – Zata­cza krąg ręką i wska­zuje blat przed sobą, bate­rię bute­lek wina przy zle­wie, zakupy spo­żyw­cze. Julia zasta­na­wia się, czy w skle­pie ktoś zauwa­żył jej pod­chody do Helen Russo, odważny czyn w por­t­kach klauna.

Mark deli­kat­nie masuje jej kark. Musi ist­nieć jakiś mał­żeń­ski szó­sty zmysł, który spra­wia, że jedna ze stron – nie­świa­do­mie skrzyw­dzona – nagle zacho­wuje się z prze­sadną wiel­ko­dusz­no­ścią, sku­tecz­nie nasi­la­jąc wyrzuty sumie­nia wino­wajcy. Dener­wuje ją to.

– Idź pod prysz­nic – mówi i trze­pie go ście­reczką do naczyń. – Żebyś się nada­wał do ludzi.

Patrzy, jak wycho­dzi z kuchni, prze­cze­suje włosy ręką i pró­buje wykrze­sać z sie­bie ener­gię, którą miała jesz­cze godzinę temu, ener­gię z czasu sprzed-Helen, sku­pia się na zada­niu do wyko­na­nia. Pokroi kapu­stę w paseczki i zrobi surówkę. Cza­sem przy­ła­puje się na tego rodzaju myślach – „zapo­mnia­łam zapła­cić typowi od traw­nika”, „w środę przy­je­dzie dostawa z karmą Suzanne” – i dziwi ją wła­sna gro­te­sko­wość.

„Życie to walka”, pod­śpie­wuje cza­sem, żeby roz­ba­wić Marka, kiedy dupek z domu obok, makler gieł­dowy, wrzesz­czy na swo­jego pod­wy­ko­nawcę, albo gdy obser­wuje wie­wiórkę, która krad­nie ziarno z karm­nika dla kar­dy­na­łów, wisząc do góry nogami, ale myśli, że ci dwoje tak naprawdę niczym się od sie­bie nie róż­nią. Coraz wygod­niej osia­dała w swo­ich wła­snych nie­do­rzecz­nych pra­gnie­niach.

Kapu­sta _julienne_, ja pier­dolę, i dziwi się bez­gra­nicz­nie, jak nie­praw­do­po­dob­nie uro­cze stało się jej życie.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij