-
nowość
Jak za dawnych lat - ebook
Jak za dawnych lat - ebook
Poruszająca opowieść o dojrzewaniu do nowych początków – nawet wtedy, gdy wydaje się, że wszystko mamy już w życiu poukładane.
Julia Ames wreszcie ma poczucie, że odnalazła stabilizację. Po młodości pełnej dramatów, złych decyzji i desperackich poszukiwań miłości wydaje się, że los daje jej chwilę wytchnienia. Ale życie ma wobec niej inne plany.
Niespodziewane wyznanie jej dorosłego syna, coraz większy dystans dorastającej córki i nagły powrót dawnych namiętności sprawiają, że świat Julii ponownie staje na głowie. Stara się nad wszystkim panować, ale codzienność – pełna zabawnych nieporozumień, ostrych wymian zdań i momentów kruchości – wystawia ją na próbę.
Jak za dawnych lat to powieść, która z czułością i przenikliwością portretuje codzienne zmagania kobiety balansującej między rolą matki, przyjaciółki i partnerki. To także opowieść o tym, że nigdy nie jest za późno, by zacząć na nowo i pozwolić sobie na szczerość wobec siebie i najbliższych.
Claire Lombardo tworzy wielowymiarową historię o więziach, które potrafią zranić, uzdrowić – i które zawsze definiują to, kim jesteśmy.
| Kategoria: | Literatura piękna obca |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68812-36-7 |
| Rozmiar pliku: | 3,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wszystko zdarza się tak, jak w jej życiu zdarza się wszystko, co najważniejsze: przypadkiem oraz dlatego, że zrobiła coś, czego zwykle nie robiła. I zdarza się to tak, jak to zwykle bywa, gdy zbiegają się nieprzewidywalne okoliczności, w wyniku pozornie zupełnie słusznych decyzji, lekkiego odstępstwa od normy, które z perspektywy czasu wyda się aż nazbyt przypadkowe: minimalny skręt i nagle wszystko się wali, wszechświat radośnie podchwytuje ten nieczęsto dokonywany wybór Drugiej Opcji, ten bieg z wyciągniętymi ramionami osoby obłąkanej, która próbuje wyczyścić półki w położonym dwa miasta dalej sklepie spożywczym, gdyż właśnie dlatego się tam znalazła, w ulubionym celu smakoszy, żeby w ostatniej chwili zgarnąć produkty na uroczystą kolację dla męża, który kończy dziś sześćdziesiąt lat.
Jest to jedna z tych drobnych, według wszelkich standardów, zmian nawyków, niewinnych Drugich Opcji, które rządzą się swoimi prawami: decyzja o zrobieniu zakupów w innym sklepie niż zwykle, ponieważ w tym sklepie, co zwykle, nie ma mięsa z kraba.
Później przypomni sobie, że – po wyjściu z pustymi rękami z pierwszego sklepu – naszła ją myśl, że ta nieznaczna zmiana rutyny może doprowadzić do jakiejś katastrofy, czegoś, co nie powinno się wydarzyć. Tak właśnie Mark – typ naukowca, cudownie troskliwego – zawsze postrzegał świat: jako szereg decyzji, podjętych lub nie, i skomplikowanych matematycznych reperkusji, które potem następują. Mózg Julii przejął ten sposób myślenia dopiero po dłuższym czasie ich znajomości. Wcześniej zawsze zadowalała się wyjaśnieniem, że podjęcie jednej decyzji wyklucza drugą, że idealny ład we wszechświecie nie istnieje, że tak naprawdę nie ma znaczenia, czy zrobi się to, czy tamto. Zapewne ta rażąca różnica charakterów odpowiada za to, że Mark z dużym poczuciem obowiązku zdobył dyplom inżyniera, a Julia nie skończyła studiów z angielskiego i retoryki na Kansas State University.
A jednak byli już razem przeszło trzydzieści lat i dlatego przeszło jej przez myśl – zupełnie przelotnie – że taka brawurowa zmiana rutyny może doprowadzić do jakiejś mrocznej potworności, ale w tamtym momencie wyobraźnia podsuwała jej tylko przerażające filmowe scenariusze, coś, co nie spotkałoby jej, gdyby odpuściła kraba i nie pojechała piętnaście minut na zachód: fatalną kolizję z pociągiem towarowym albo miną lądową, a nie z osiemdziesięciolatką kontemplującą stos kumkwatów.
W pierwszej chwili Julia jej nie poznaje. Nie to, że świadomie jej nie zauważa i się nie zatrzymuje. Po prostu cierpliwie przebija się od zdrowej żywności do owoców morza z myślą, że zahaczy o kasze i makarony i sprawdzi, czy nie ma tam czegoś ciekawego w ofercie. Czasem w sklepach na dalekich przedmieściach można znaleźć o wiele bogatsze zaopatrzenie. Właśnie rozważa rundkę między alejkami, by sprawdzić, czy mają coś jeszcze, co nie pada celem histerycznej konsumpcji zwykłych sceptyków w sklepie, w którym zwykle robi zakupy, kiedy na nią wpada. Mózg rejestruje z opóźnieniem twarz kobiety, obleczonej w przekonujący kostium – niewidzialny woal – wieku.
W zasadzie na co dzień nie nękały jej duchy z przeszłości. Było zaledwie kilka takich osób, których rzeczywiście nie życzyła sobie już nigdy więcej spotkać, a Helen Russo przypadkiem do nich należała. Dlaczego więc robi krok w stronę końca alejki z kaszami i makaronami, wydostaje się z ruchliwego tłumu, żeby wleźć tamtej w oczy? Minęło ponad osiemnaście lat, co w sumie może dziwić, jeśli wziąć pod uwagę, że kiedyś widywały się przynajmniej raz w tygodniu, oraz mając na względzie ograniczenie świata Julii, świata, w którym rzecz tak błaha, jak zmiana planów zakupowych, postrzegana jest jako arcyważna.
Czuje się niepewnie, więc robi krok w tył w kierunku, z którego przyszła, ale Helen przemieściła się już z działu przemysłowego do stoisk z towarami luzem, gdzie odważa orzeszki piniowe. Napis głosi, że kosztują 16,75 za pół kilo, a z istnienia takich ekstrawagancji Julia zdała sobie sprawę w pewne popołudnie, które spędziła w domu Russo: solidne sztućce, obrazy podejrzanie wyglądające na oryginalne, butelki wina, które, co sprawdziła w domu, kosztowały po pięćdziesiąt osiem dolarów za sztukę.
Znalazła się tu, by kupić produkty na urodzinowe ciasteczka krabowe, które uwielbiał jej mąż. Myśl o Marku wywołuje chwilowy zawrót głowy. Niesie pusty koszyk, więc czując się cokolwiek idiotycznie, wrzuca do niego główkę czerwonej kapusty. Pod pewnymi względami Helen wygląda, czego należałoby się spodziewać, starzej niż ją zapamiętała. Pod pewnymi – zadziorny kucyk, wielkie błyszczące niebieskie korale na szyi – nie zmieniła się nic a nic. Julia robi kilka kroków, potem jeszcze kilka. Zwykle jest mistrzynią uniku, traktuje wypady do sklepu jak misję snajperską, sprawdza, ile razy na widok znajomej twarzy zdoła uniknąć interakcji. Teraz to nie działa, jakby zawładnął nią demon relacji międzyludzkich i pchnął ją, by podeszła na tyle blisko, żeby na głowie kobiety zobaczyć parę okularów przeciwsłonecznych z drogerii.
– Helen?
Kiedy Helen odwraca się do niej, w oczach ma obojętność z nutą zaciekawienia. Powoli taksuje ją wzrokiem od stóp do głów. Julia zastanawia się, jak wygląda, przegarnia włosy ręką. Przez chwilę martwi się, że zostanie uznana za menelkę. Ma na sobie „portki klauna”, jak nazywa je Alma, i starą koszulę Marka. Myśli, że jakimś cudem można uznać to zestawienie za ekstrawagancką stylówkę, ale najprawdopodobniej skojarzenie idzie w zupełnie innym kierunku. Na przedmieściach trudno stwierdzić, czy ekscentrycznie ubrana kobieta nosząca w koszyku jedną główkę ekologicznej kapusty jest żulicą, czy bogaczką w potwornie drogich ciuchach udających łachmany. Zaczyna zastanawiać się, jak bardzo sama zmieniła się od ostatniego spotkania i ogrom tych zmian uderza ją nagle z całej siły. Po namyśle dochodzi do wniosku, że bardziej się zmieniła niż nie. Staje się nerwowo świadoma własnego tętna pulsującego w uszach. Całkiem możliwe, że Helen w ogóle jej nie rozpozna – odwieczne zmartwienie, tak dobrze jej znane, że nie znaczyłaś dla kogoś równie wiele, co on znaczył dla ciebie – ale Helen się odzywa.
– Nie może być.
Łomot serca zanika, przytłumiony sklepowym gwarem: jakaś kobieta kłóci się z rzeźnikiem, mężczyzna gada do niewidzialnej słuchawki, dziecko w puchowej kamizelce śpiewa na całe gardło o małym rekinie. Głos Helen, co zdumiewające, pozostał niezmieniony. Julia przenosi się myślami, bez przykrości, do tamtych popołudni w ogródku na tyłach domu Russo, do Helen – wówczas starszej niż Julia obecnie – wygłaszającej rodzicielskie banały, zgrabne powiedzonka, szczere wyznania, a wszystko to z pewnością siebie i swobodą osoby, która naprawdę cieszy się życiem, co w owym czasie Julię dziwiło do głębi, ponieważ sama się swoim życiem nie cieszyła.
– Tak pomyślałam, że to ty – odzywa się głupio.
– Tylko mi nie mów, że się w ogóle nie zestarzałam – rzuca Helen – bo cię zabiję.
Julia śmieje się nerwowo.
– Nie, wyglądasz…
– Bo muszę ci powiedzieć, że ty się trochę zestarzałaś, więc ja pewnie wyglądam o wieki starzej.
Czuje się bardziej zaskoczona niż urażona – no i, bądźmy szczerzy, przecież jest trochę starsza – ale i tak się rumieni.
– Myślę, że wieki to przesada.
Teraz to Helen się śmieje.
– W sumie mnie rozpoznałaś. To już o czymś świadczy.
– Wyglądasz fantastycznie – mówi Julia prawie nieśmiało.
– Nigdy nie umiałaś kłamać – wytyka jej Helen. – Nawet zawartość twojego koszyka nie wygląda przekonująco.
Obie spoglądają w dół na kapustę.
– Dopiero zaczęłam – mamrocze.
– Co u ciebie? – pyta Helen. – Zrelacjonuj. W punktach.
– Och, co u mnie…
Nie jest pewna, co powiedzieć. Uświadamia sobie, że ostatnio widziała się z Helen przed Almą, czuje się dziwnie, że miałaby obwieścić prawie obcej osobie: „Urodziłam dziecko! Siedemnaście lat temu!”. Nie da się ukryć, w ostatnich dwóch dekadach jej życie roiło się od punktów zwrotnych. Tyle rzeczy wykiełkowało, toksycznych i wręcz przeciwnie, małe zielone pędy na spustoszonej ziemi. Nowa praca, nowe dziecko, zdwojone zaangażowanie w małżeństwo, a potem, po tym wszystkim, spokojna rutyna: zdobywanie nowych znajomości, dorastanie dzieci i adopcja małego czarnego kundelka w typie teriera o imieniu Suzanne, tkanie codziennej egzystencji, płyn do prania i wybory prezydenckie, nieugięty marsz naprzód. Dni, przypominające jaskrawo kolorowe kule bilardowe – dynamiczne i agresywne, raz po raz zderzające się ze sobą, zmieniające kierunek i wymagające od niej interwencji – nagle wydają się trywialne. Nie widziała Helen od osiemnastu lat, trudno wszystko ot tak wyliczyć.
– Po staremu – mówi więc. – Dzieci, praca i tak dalej.
Dawne ja Julii byłoby zdumione, gdyby ją teraz zobaczyło, kobietę z zaprzyjaźnioną mamą od wspólnych kawek z dawnych czasów, własną specjalną kartą kredytową Nordstrom i względnym poczuciem spokoju.
– Dzieci – podchwytuje Helen. – Liczba mnoga?
Oto Helen, jaką zapamiętała, Helen, która nieustannie patrzy na twoje dawne zwykłe życie z zupełnie nowych perspektyw, wynajduje ciemne punkty, wymagające wypolerowania, albo te jasne, których sama nie dostrzegłaś: dwoje dzieci! Wspaniale! Helen unosi teatralnie brwi, a na jej twarzy pojawia się błysk zrozumienia.
– No tak, kiedy ostatnio się widziałyśmy, wszystko się… rozstrzygało?
Zastanawiała się, czy Helen będzie pamiętać. Nagle wraca wspomnienie tamtego okropnego popołudnia w bibliotece, kiedy zobaczyła tę kobietę i myślała, że widzi ją po raz ostatni w życiu.
– Tak było – odpowiada. – Rozstrzygnęło się. Córka.
– Boże drogi, tak to właśnie jest, jak się kogoś nie widziało od wieków. A co u syna? Musi teraz… był, do licha, zupełnie malutki, czyż nie?
– Już nie jest taki malutki. Ma dwadzieścia cztery lata.
Ben siedział zwykle pod stołem, przy ich nogach, i bawił się przedpotopową kolejką, którą Pete, mąż Helen, wygrzebał dla niego z piwnicy. Julia odchrząkuje.
– A co u ciebie? Jak się miewa Pete?
– Nie żyje – rzuca beznamiętnie Helen. – Nie pierwszy, i nie ostatni, chociaż chyba możemy się co do tego zgodzić, że i ja nie jestem od tego daleka.
– Och, mój Boże.
Smutek ogarnia ją natychmiast i to, co zaskakujące, dojmujący: Pete Russo macha do niej z dachu. Pete Russo pozwala Benowi zrobić bongosy z wiaderek po farbie.
– Helen, tak mi…
– Nie widziałyśmy się od wieków – przerywa Helen. – To oczywiste, że ktoś nie dożył.
– Przykro mi.
– Mnie też. – Na sekundę gdzieś ulatuje obrazoburcza wesołość Helen, pozostawiając w to miejsce cień bezbronności i porzucenia.
– Jak sobie radzisz?
– Och, świetnie – mówi. – Minęło już dużo czasu. W sierpniu będzie… Boże, to już pięć lat.
– Nie wie…
– Julio. – Helen się uśmiecha. – Wszystko gra. Nie mówmy już o tym. A co z twoim?
– Moim…?
– Mężem?
– Ach.
Powód, dla którego się tu znalazła, odbywała tę nieprawdopodobną rozmowę, zamiast być już w domu, zatopiona w bezpiecznych, nudnych miazmatach przygotowań do imprezy, tam, gdzie wszechświat chciał, żeby była. Jak ma relacjonować, co u Marka, Marka, którego życie prawie legło w gruzach przez jej pierwsze nieporozumienie z Helen Russo, Marka, który, dzięki Bogu, nie umarł w ciągu ostatnich osiemnastu lat?
– Wszystko dobrze. Właściwie to ma urodziny. Dlatego tu jestem.
Idiotycznie uniosła koszyk.
– No jasne – odzywa się Helen po krótkiej chwili. – Jubileuszowa kapusta.
Śmieje się z opóźnieniem.
Helen znów przygląda jej się badawczo, ma teraz inny wyraz twarzy, równie nieprzenikniony.
– Powinnam cię wypuścić, żebyś mogła wrócić do obowiązków. Ale naprawdę miło cię widzieć po latach. Wyglądasz na szczęśliwą.
– Wyglądam? – Nie chciała, żeby to zabrzmiało jak pytanie.
– Wyglądasz.
Helen się uśmiecha.
Teraz ma szansę powiedzieć Helen, że też wygląda na szczęśliwą. Teraz jest idealny moment, żeby któraś z nich z wysiłkiem rzuciła coś w rodzaju: musimy się spotkać i nadrobić zaległości.
– No to miłych zakupów. – Tekst brzmi absurdalnie, Julia wskazuje koszyk Helen, którego zawartość, właśnie to dostrzega, jest równie komicznie uboga: cztery limonki i torebeczka orzechów.
– Yyyhym. – Helen dotyka ramienia Julii, a Julia cieszy się, że długie rękawy ukrywają gęsią skórkę. – Tobie też.
W amoku kończy zakupy, stoi w kolejce i wykłada rzeczy na taśmę przy kasie.
– Pamiętała pani o wielorazowych torbach? – oskarżycielskim tonem pyta kasjer.
– Jakże bym mogła o nich zapomnieć – odpowiada, ale kasjer się nie uśmiecha.
Udaje jej się lżej odetchnąć dopiero, kiedy wsiada do samochodu. Paczka z mięsem kraba i kapusta – zrobiło jej się żal i nie potrafiła się zmusić, by ją odłożyć na stos – wesoło podskakują na siedzeniu obok. Wszystkie kluczowe sytuacje z Helen rozegrały się na przestrzeni kilku miesięcy, ale teraz mózg Julii je kompresuje, całość rozgrywa się w ciągu minuty, od ataku płaczu w samochodzie, przez leniwe popijanie wina na tarasie Helen, do tego ostatniego razu, kiedy spotkały się w bibliotece, wszystko to w sześćdziesiąt sekund. Kręci jej się w głowie, otwiera szyberdach i bierze głęboki wdech.
W drodze tutaj odpowiedzialnie – acz z lekkim znużeniem – słuchała radia, ale gdy tylko wyjeżdża z parkingu, przełącza się na playlistę córki. Klasyczny rock wrócił do łask, więc zna co drugą piosenkę, Bowie i Stonesi, przedzieleni zespołami o skomplikowanych nazwach, You Will See Our Smiling Faces on the Nine Train i Reckon with Your Racist Grandfather albo Slight Right for the Sanitary Landfill. Zawsze myli nazwy, czym doprowadza córkę do szału. Przyznaje, że nie za wiele rozumie ze współczesnej muzyki, którą preferuje Alma, ale nauczyła się – nieustannie, rozpaczliwie starając się, by córka ją pokochała – doceniać ją, podkręca więc głośniej i naciska przycisk otwierający okno, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza.
Kiedyś uważała się za eksperta, wyluzowaną osobę. Chodzili z Markiem na koncerty prawie co weekend i potrafiła wyrecytować całą dyskografię Pavement w kolejności wydania lub osobistych preferencji, i nauczyła tego Bena, przez osmozę, odtwarzając muzykę znacznie głośniej niż teraz, kiedy odwoziła go do przedszkola lub podczas wspólnych szaleńczych jazd po mieście, i to oczywiście sprawiło, że znów pomyślała o Helen, cieniu dotyku Helen na ramieniu, jak niewiarygodne było, że w ogóle podeszła do tej kobiety, ale także o Helen wtedy, w dziale sukulentów w ogrodzie botanicznym, Helen, która wyczuła jej rozpacz – pusty wzrok społecznie niewydolnej młodej matki w koszulce Jesus and Mary Chain – i wyciągnęła ją z tłumu.
Na playliście włącza się _Smells Like Teen Spirit_, a ona robi głośniej, za bardzo – mężczyzna stojący obok na światłach gapi się na nią bez żenady – ale podkręca dźwięk jeszcze o kilka poziomów, i wyjeżdża na Eisenhowera, ciesząc się z pretekstu, by ostro przyśpieszyć.
Marka nie ma w domu, na całe szczęście, ponieważ gdy tylko wchodzi do kuchni, odczuwa dziwne nagłe zachwianie, obraz drgający na krawędziach pola widzenia, co zmusza ją, by ciężko opadła na stołek przy wyspie. Czuje przednie łapki Suzanne na goleni, pies staje na tylnych łapach, żeby sprawdzić, co się z nią dzieje, urażony, że Julia nie zaangażowała się w zwyczajowe euforyczne powitanie. Suzanne traktuje każdy powrót Julii – niezależnie od tego, czy nie było jej pięć minut, czy pięć godzin – jak wygraną na loterii, dziki wzrok i ciało wibrujące z podniecenia. Suzanne ma większego fioła na punkcie Julii, niż ktokolwiek miał kiedykolwiek, większego, niż sama Julia kiedykolwiek miała na punkcie innej żywej istoty, w tym swoich dzieci. Budujące jest – choć czasami irytujące – być tak bardzo kochanym.
– Wszystko gra, księżniczko – uspokaja psa. – Tylko trochę słabo się czuję.
– Niezupełnie tak właśnie było, ale dobra – mówi Alma do kogoś, wchodząc do kuchni. – Mamo?
Otwiera oczy, podnosi głowę. Obraz się wyostrza. Jej córka jest imponująca i przerażająca, Amazonka z ciemnymi niesfornymi włosami i przenikliwymi zielonymi oczami. Przyciska do piersi pustą miskę, a w każdej ręce trzyma zgniecioną puszkę po la croix.
– Cześć, Ollie.
Pies skamle, Julia pochyla się i bierze go na ręce.
– Nie płacz – mówi w futro Suzanne.
– Nie powinnaś zarządzać jej emocjami – zaczyna Alma, ale potem marszczy brwi. – Dobrze się czujesz?
Jest to zupełnie niezwykły przypadek interpersonalnej troski w wykonaniu Almy i Julia przez chwilę aż żałuje, że nic jej nie jest, że nie może poprosić córki o jakąś formę nietraumatycznej pomocy, usunięcia drzazgi lub nastawienia zwichniętego barku, czegoś, co wymagałoby bliskiego kontaktu fizycznego z osobą, którą urodziła, dopóki Alma – rzadkość u tej narcystycznej lwicy – ją oferuje.
Tutaj nie ma sposobu na zwinne manewrowanie. Nawiązanie do jakiejś kwestii fizjologicznej sprawi, że córka (która nie jest szczególnie zadowolona z żyjących rodziców, ale też niekoniecznie życzy sobie ich śmierci) nabierze podejrzeń, a powiedzenie prawdy – że zbiera siły na spotkanie z mężem po tym, jak spotkała kobietę, która prawie doprowadziła do rozpadu ich małżeństwa – jest oczywiście wykluczone.
– Dobrze – odpowiada, a Suzanne wierci się, zlatuje z kolan Julii: pies, tak jak kot, tak jak jej córka, wyznacza swoje granice, wymaga stałej uwagi, ale na własnych, bardzo twardych warunkach. – Dobrze, dobrze, dobrze.
Prostuje plecy, wstaje ze stołka i wprawia się w ruch. Nigdy nie jest tak, że w kuchni nie ma nic do zrobienia, zwłaszcza gdy Alma przyjmuje przyjaciół: rozlane płyny, które trzeba wytrzeć, zmywarka do zapakowania lub rozładowania, dwa ogryzki jabłka i fioletowa skórka drogiego koziego sera dojrzewającego w winie, które same się nie wyrzucą do kosza na śmieci.
Szczęśliwie Alma akceptuje odpowiedź, gotowa, z tą nieposkromioną pewnością siebie nastolatki, by uwaga skupiła się, słusznie i wyłącznie, ponownie na niej.
– Zadzwonili, że muszą przełożyć moją wizytę u dentysty – mówi. – Doktorowi Gallagherowi umarł ktoś z rodziny.
– Och, to bardzo…
– Ale w sumie to się dobrze składa, bo w tym tygodniu mamy w bibliotece spotkanie zaawansowanej grupy historii Europy. Znaczy dobrze, że odwołali wizytę, a nie dobrze, że ktoś umarł. Zastanawiałam się też, czy mogłabym wziąć samochód, żebyś nie musiała przyjeżdżać po mnie późno w nocy?
Alma była szalenie przylepnym dzieckiem, ale teraz jest właściwie samodzielną i całkowicie zagadkową siedemnastolatką. Jest wredna, wspaniała i zachwycająco dobra z matematyki. Żartuje z przyjaciółmi z niewytłumaczalnych rzeczy, takich jak Gary Shandling i tosty z awokado, maluje mikroskopijne wiśnie na paznokciach i porywa się na wysoce angażujące przedsięwzięcia cukiernicze, wypełniając lodówkę bajglami jerozolimskimi i sześciowarstwowymi tortami.
– Pytam teraz, bo ostatnim razem powiedziałaś mi, że nie uprzedziłam cię odpowiednio wcześnie – ciągnie.
Niedawno znów zaczęła rozmawiać z Julią i Markiem, po prawie dwóch latach ponurego milczenia, a teraz właściwie nie da się sprawić, żeby przestała. Przy stole opowiada im bez tchu jakieś niepojęte historie. Prezentuje długie streszczenia wyrwanych z kontekstu odcinków seriali telewizyjnych, których nigdy nie oglądali. Konstruuje skomplikowane i przekonujące linie obrony, żeby jej coś dali lub pozwolili coś zrobić. Rozmowa z nią to mechaniczna czynność, wymagająca ciągłej gotowości do zmiany biegów, wycofywania się lub nadążania za płynnymi, niedorzecznymi przejściami, albo do katapultowania się ze świata rzeczywistego do fikcyjnego, bez postoju na uzupełnienie paliwa. Nie ma cienia szansy na to, że w przyszłym miesiącu nie zostanie przyjęta do kilku z siedemnastu arcyluksusowych i przerażająco drogich college’ów, do których aplikowała, a ponieważ Julia chciałaby, żeby pozostały czas jej pobytu w domu upłynął bez traumy, reaguje na swoją córkę tak, jak wtedy, gdy była śpiącym niemowlęciem: chodziła przy niej na palcach, żeby tylko nie wzbudzić niepokoju. Dynamika sił w ich domu nie różni się niczym od wieloletniego kryzysu z zakładnikami.
– Zobaczymy – mówi, a potem dodaje, zanim Alma zdąży zaprotestować: – Jest ktoś u ciebie?
Słyszy co najmniej dwa głosy dobiegające z salonu i jest całkowicie pewna, że jeden z nich należy do Margo Singh.
Alma wrzuca puszki do kosza na metale i plastik.
– Tak.
Córka odmówiła udzielenia jej jakichkolwiek użytecznych informacji na temat Margo, a dokładniej więzi, jaka je łączy. Wszelkie wysiłki, jakie Julia podjęła, by się czegoś dowiedzieć o ich związku, napotykały drwinę, milczącą sugestię, że jej poglądy na temat związków są zbyt sztywne.
– To nie jest moja dziewczyna – powiedziała Alma niedawno. – Ale też nie jest przyjaciółką. Mamo, nikt już tego tak nie nazywa.
Julia powstrzymała się wtedy od zapytania: nikt tak nie nazywa czego? Prywatność Almy, w stale zmieniającej się kolejności priorytetów między ocenami Almy, rozkrzewiającymi się opiniami politycznymi Almy i chwilowymi zachciankami egzystencjalnymi Almy, jest ostatnio popularnym tematem. Do tego Julia lubi Margo. Wolałaby, żeby ta dziewczyna robiła trochę więcej hałasu, kiedy chodzi – ma skłonność do posępnego wyłaniania się z mroku jak grabarz – ale wydaje się, że ma głowę na karku i że Alma jest przy niej szczęśliwa.
– Świetnie – mówi. – Gdzie tata? Jest twój brat?
Alma wydaje z siebie mruknięcie typu a-skąd-mnie-wiedzieć. Wstawia miskę do zlewu, a potem pod ciężarem spojrzenia Julii sięga po gąbkę.
– Co gotujesz?
– Różności – odpowiada Julia nieuważnie, otwiera szafkę, wyciąga potrzebne produkty i odkłada je na wyspę. – Miniquiche. Sałatkę z ogórka. Ciastka krabowe.
Przygotowuje przybory, selera, bułkę tartą. Tak naprawdę, przed popołudniowym przerywnikiem, nie mogła się doczekać przygotowań, dostatecznie pracochłonnych, by mogła się poczuć godna pochwały, ale nie na tyle, żeby uniemożliwić jej robienie dziewiętnastu innych rzeczy naraz. Wie, że ze strony dzieci nie doczeka się pomocy.
– Boże, mamo, serio? – Alma odwraca się do niej.
Zachowuje się, jakby właśnie została postrzelona, a Julia rozgląda się dookoła z zaskoczeniem, szukając jakiejś nowej traumy, ale wszystko wygląda normalnie, z miski w rękach córki płyn do zmywania kapie na podłogę.
– No co? – pyta zaniepokojona.
– Mówiłam ci, że nie jem owoców morza – tłumaczy Alma. – Mówiłam ci to parę tygodni temu.
Myśli intensywnie. Chciałaby – brzmi okropnie, ale to pragnienie często pojawia się podczas rozmów z córką – po prostu wyparować. Odczuwa też nieprawdopodobne zmęczenie, podkręcone grawitacją. Macierzyństwo nieustająco przynosi jej to szczególne uczucie, skrajne niedowierzanie, że nie tylko oczekuje się od niej kolejnego czegoś, ale wręcz ma obowiązek to kolejne coś zrobić.
– Zapomniałaś?
– Zapomniałaś to za mocne słowo – mówi i wyjmuje z półki na drzwiach lodówki pęczek kolendry.
Pamięta, oczywiście, liczyła tylko, że rozmowę o stopniowym przechodzeniu Almy na weganizm, podobnie jak wiele innych rozmów z nastolatkami, uda się po paru dniach zamieść pod dywan, bo temat wypchnie jakaś inna wyjątkowa, trudna do wyjaśnienia, niecierpiąca zwłoki sprawa.
Oddycha powoli, głęboko, przez nos, dopóki nie czuje, że powietrze rozszerza się nisko w gardle. Zanim urodził się Ben, bez entuzjazmu chodziła na jogę dla kobiet w ciąży. Wówczas nie miała pojęcia, że ćwiczenia oddechowe przydadzą jej się nie przy porodzie, ale dwadzieścia lat później, w ramach przeciwdziałania przemocy ze strony nastoletniej córki.
– Dlaczego tak dziwnie oddychasz?
– Bo… potrzebuję więcej powietrza. Żeby dotlenić mózg.
– Powiedziałaś, że przemyślisz ograniczanie produktów odzwierzęcych w rodzinnej diecie – mówi Alma, a emfaza w jej głosie sprawia, że Julia ma ochotę wepchnąć ją do studni.
– Jeśli nie chcesz, to nie musisz jeść, skarbie. Będzie mnóstwo innych rzeczy do wyboru.
– Czy ty sobie ze mnie kpisz? – denerwuje się Alma i wskazuje na ręce Julii, w których – zupełnie bezmyślnie, jak piłkę do siatkówki lub odciętą głowę – trzyma swoją kapustę-kusicielkę.
Chce jej się śmiać, z trudem się hamuje, przez co łzy napływają jej do oczu.
– Czemu masz taką minę? – pyta Alma.
Wejście Marka litościwie przerywa tę scenę. Jest spocony, wraca z biegania, w szortach z lycry i z przytroczonym u pasa bidonem, który ostatnio skojarzył jej się z workiem kolostomijnym. Też schyla się, żeby pogłaskać Suzanne, która wita go, jakby wrócił po dekadzie. Wszyscy, odkąd pies pojawił się w rodzinie, przestawili się na obecność Suzanne, chociaż padały sugestie, że najbardziej zmieniła się Julia.
– Co to za bransoleta? – pyta Alma. – Wyglądasz dziś dziwniej niż zwykle.
Mark unosi rękę, na nadgarstku ma pasek z fioletowego plastiku, prototyp krokomierza, który testują u niego w pracy i o którym Julia od miesięcy słucha do wyrzygu.
– Te z reklamy są archaicznie niedokładne – stwierdza.
– Może i tak – mówi Alma. – Ale przynajmniej nie wyglądają jak to coś.
– A co tu taki tłum? – Mark obejmuje córkę ramieniem. Alma mamrocze pod nosem, niby protestując, ale pozwala się przytulić, nawet lekko pochyla się w jego stronę, chociaż jest cały spocony, i w ogóle. Julia od wieków nie doświadcza takiej fizycznej bliskości z Almą. Z córki emanuje potężna energia, która trzyma matkę na dystans, choć najwyraźniej nie ma wpływu na ojca, którego Alma lubi o wiele bardziej.
Mark podchodzi do Julii i całuje ją, a Alma patrzy na nich z obrzydzeniem. W tej rodzinie zegar zawsze jest lekko rozregulowany, uczucia źle lokowane, a przewinienia wyolbrzymione. Ale to lepsze, myśli – Boże, to musi być lepsze – niż ich całkowity brak.
– Czy właśnie to mamy dziś na obiad? – pyta Mark i podnosi kapustę w ręce jak szklaną kulę. Alma wzdycha ostentacyjnie i wychodzi z kuchni. Oboje wsłuchują się w głuchy tupot stóp w skarpetach, niknący w pokoju.
– Spontan – wyjaśnia Julia. – Z okazji twoich urodzin.
Mark kładzie ręce na jej ramionach.
– Co szykujesz?
– Produkty odzwierzęce.
– Mogę pomóc?
– Nie. – Próbuje nadać słowom radosny ton. – To mój prezent dla ciebie. Plus to wszystko. – Zatacza krąg ręką i wskazuje blat przed sobą, baterię butelek wina przy zlewie, zakupy spożywcze. Julia zastanawia się, czy w sklepie ktoś zauważył jej podchody do Helen Russo, odważny czyn w portkach klauna.
Mark delikatnie masuje jej kark. Musi istnieć jakiś małżeński szósty zmysł, który sprawia, że jedna ze stron – nieświadomie skrzywdzona – nagle zachowuje się z przesadną wielkodusznością, skutecznie nasilając wyrzuty sumienia winowajcy. Denerwuje ją to.
– Idź pod prysznic – mówi i trzepie go ściereczką do naczyń. – Żebyś się nadawał do ludzi.
Patrzy, jak wychodzi z kuchni, przeczesuje włosy ręką i próbuje wykrzesać z siebie energię, którą miała jeszcze godzinę temu, energię z czasu sprzed-Helen, skupia się na zadaniu do wykonania. Pokroi kapustę w paseczki i zrobi surówkę. Czasem przyłapuje się na tego rodzaju myślach – „zapomniałam zapłacić typowi od trawnika”, „w środę przyjedzie dostawa z karmą Suzanne” – i dziwi ją własna groteskowość.
„Życie to walka”, podśpiewuje czasem, żeby rozbawić Marka, kiedy dupek z domu obok, makler giełdowy, wrzeszczy na swojego podwykonawcę, albo gdy obserwuje wiewiórkę, która kradnie ziarno z karmnika dla kardynałów, wisząc do góry nogami, ale myśli, że ci dwoje tak naprawdę niczym się od siebie nie różnią. Coraz wygodniej osiadała w swoich własnych niedorzecznych pragnieniach.
Kapusta _julienne_, ja pierdolę, i dziwi się bezgranicznie, jak nieprawdopodobnie urocze stało się jej życie.