Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Kalejdoskopy. Żądza - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
16 marca 2026
3240 pkt
punktów Virtualo

Kalejdoskopy. Żądza - ebook

Kiedy gdzieś na przedmieściach rozpoczynają się próby do spektaklu bożonarodzeniowego, okazuje się, że każdy z członków tej maleńkiej społeczności nosi maskę, która może
skrywać twarz mordercy.

***

Karen wchodzi w dorosłość w rytmie, którego tempa nie potrafi zatrzymać. Odrywa wiele ról, stając się kobietą uwikłaną w szaleńczy taniec obsesji. Gdy poznaje Wilka, jej pragnienie zaczyna wymykać się spod kontroli. Konwulsje rozkoszy, władza i poniżenie, spalanie i spadanie. Wola doznania silniejszego niż rozsądek i ból.

Laura jest kobietą u szczytu politycznego szklanego sufitu. Chłodna, zamknięta, próbuje desperacko uratować własne życie i rodzinę przed publiczną katastrofą. Gdy doganiają ją demony przeszłości, staje przed trudnym wyborem.

***

Osiem perspektyw na te same wydarzenia, jak w kalejdoskopie, zmieniają motywacje każdego bohatera. Bo istnieje więcej niż jedna prawda.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna polska
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-67533-65-2
Rozmiar pliku: 3,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

CZĘŚĆ I
KRÓLOWA ŚNIEGU

Pałac miał ściany z rżniętego kryształu, tak ostrego, że kiedy spadł na nie niesiony wiatrem północnym liść, rozpłatał się na pół. Nie panowała tu nigdy radość, puste i zimne były komnaty Królowej Śniegu.

Pośrodku nieskończenie białej sali znajdowało się zamarznięte jezioro, w którym dawno temu Królowa zatopiła swoje serce. Gdy odbijała się w nim zorza polarna, snując swoje fiolety i błękity poprzez mrok, białe lisice podwijały ogony, a niedźwiedzie polarne stawały na dwóch łapach i rozpaczliwie ryczały.

Królowa, kiedy tylko była w domu, siadywała pośrodku jeziora, popękanego na miliony migoczących, ostrych kawałków. Rozglądała się dookoła pustymi, niewidzącymi, zasnutymi mgłą oczami i mówiła, że wysiaduje zwierciadło rozsądku, chociaż wcale tak nie wyglądała.

Kaj był kompletnie zdrętwiały, znieruchomiały, niemalże martwy z zimna. Nie widział jednak tego, gdyż Królowa już dawno temu ograbiła go z wrażliwości na zimno i sprawiła, że jego serce stało się zamarznięte. Chłopiec codziennie zbierał spod nóg królowej ostre jak brzytwy, kaleczące do krwi kawałki lodu i układał w najwymyślniejsze wzory. Wydawały mu się one piękne i niezwykle ważne, przez okruch lustra, który utknął w jego oku i który zniekształcał wszystko, co widział.

Hans Christian Andersen
tłum. Joanna BrodzikPROLOG

Wstać!

Nieee! Zostać w łóżku na wieczność!

Kawa. Kardamon, cynamon, tłuste mleko.

Miska z lodem, do niej twarz. Żeby ta pierdolona opuchlizna zeszła.

Maska w płachcie. Panda koreańska z hialuronem. Tylko uszków i ogonka brakuje. Kurwa mać.

Garsonka. Make-up. Włosy. Haluks pulsuje rwącym bólem, do rytmu dołączają się piszczel, prawe biodro i skacowany, odurzony jeszcze łeb. Buty. Krople do oczu. Okulary słoneczne.

Przeżyć.

To potrzeba najwyższego priorytetu.

Napierdalać. Przemawiać. Agitować. Przytulać. Dyskutować. Negocjować. A potem wrócić, otwierając drzwi jak najciszej, żeby nie usłyszał. Zdjąć buty i rajstopy. Wydostać zesztywniałe, umęczone wałki tłuszczu z magicznego kombinezonu wyszczuplającego i podtrzymującego kręgosłup. Dłuuuugo i głośno sikać z ulgą, masując ściśnięte przez cały dzień flaki, i popierdywać. Obolałe, spuchnięte i czerwone jak u Szrekini stopy wsunąć w amortyzujące kapcie. Z torebki wyjąć butelkę i wstawić ją do barku. Po chuja, nie wiadomo, bo zaraz wyciągnąć i gulpnąć spory haust z gwintu, elegancko odrywając banderolę. Olejkiem do paznokci naoliwić zawiasy, żeby nie skrzypiały. Nalać szklankę whisky. Tak pełną, jak pełne ulgi westchnienie wydobywa się gdzieś z okolicy macicy albo i pięt. Wyjść na balkon i ciężko zaskrzypieć, opadając na poduszkę rozety.

Kiwać obolałymi palcami stóp. Rozluźnić spiętą szyję, opierając o brzeg huśtawki.

Bujała, lulała, koiła. Bujała, lulała, lubiła mamusia swego syna. Pętla dziecięcej kołysanki pojawia się znikąd jak łagodny powiew wiatru na twarzy. Ziazia i rozplata ciasny warkocz myśli.

Pierwszy papieros i łyk piekącego ogniem trunku rozlewa się po zmęczonym ciele. Oddycha. Świergot ptaków wdziera się nagle. Nie pasuje tu! Drugi, głęboki haust alkoholu wprawia w zachwyt nad tym, co udało się dziś osiągnąć. Pije dalej. Rozgląda się, nie pamiętając po co. Aha, tak, szklanka. Gdzie ją odstawiła? Ciemno. Coraz ciemniej. Jazgot telewizora z nią samą, przemawiającą do kobiet na wiecu przedwyborczym, miesza się ze snem.

Jest na wielkiej, wypełnionej tłumem uciekinierów pryczy, pod szarym, wojskowym, kłującym kocem i robi w apokaliptycznym chaosie palcówkę posłance prawicy. Dziecko obok niej pyta: „Głaszczesz tę panią po nogach?”. __ Budzi się mokra od potu. __ Na stoliku nocnym wymacuje na oślep szklankę z rozpuszczoną tabletką Alka-Seltzer. Obok na stojaku naszykowane ubrania na __ dziś. __ Czuwał jebany, aż pijany jak ona Morfeusz, zataczając się, zabrał ją ze sobą w pozbawioną świadomości otchłań.

A ona, uświadamiając sobie tę prawdę po raz nie wiadomo, kurwa, który, czuje się jak ostatnie gówno. Pijaczka, oszustka, kurwa, nie matka! Idealny zestaw dla Prezydentki wszystkich Polaków.

Wstać. Przetrwać. Zwyciężyć. Miliardy drobnych istnień, pomagających uporać się z nierównowagą jej organizmu, spieszą na ratunek, są w niej, rozpychają się w wątrobie, sercu, żołądku, trzustce.

Żeby dała radę. Żeby zdążyła.ROZDZIAŁ 1
SMOŁA

Jest pewien, że porusza się jak kot. Ha! A to dobre! Kogut lisicy nie przechytrzy! Nie wie, że ja wiem, kiedy przemierza mieszkanie. Kiedy się skrada, żeby mnie lustrować, śledzić, ganić wzrokiem. Niby po cichu. Jego stała trasa: kuchnia, moja sypialnia, salon, łazienka. No dobra, czasem nie mam świadomości, ha, ha, haaaaaa! I kiedy jest w swojej sypialni. Tu akurat kogucie kroki są kocie. Nienawidzę tych futrzaków! Miłe dzieciaczki z ulotkami WWF przestałyby się szczerzyć w uśmiechu, gdyby mogły czytać w moich myślach! Najbardziej lubię pająki. Ale też się ich boję. Szanuję jebanych kosmitów! Lecę po szklankę, przykrywam kartką i wynoszę na balkon.

Pajęczyny zostawiam i obserwuję, jak przybywa wyssanych do suchego ofiar. Imponuje mi obcość genetyczna pająków. I jednocześnie przeraża. Paradoks.

– Przestań już. – Zdawało mi się, że wydobędę z siebie głos, tymczasem skrzeczę jak ropucha. Przełykam ślinę. Nie pomaga, Sahara w mojej krtani nie ma ani skrawka oazy. Zdezynfekowana jak przed rozległą operacją na żyjącym nie wiadomo po co organizmie.

– Wszystko masz w kuchni na stole – mówi, podając mi szlafrok. Mój szlafrok, pachnący, kurwa, liliami!

– Do łóżka poproszę – mamroczę, szukając w szafce toniku w sprayu i kropli do oczu.

Nie odpowiada. Wychodzi. I już nie wróci. Słyszę trzaśnięcie drzwi. To pierwszy punkt protokołu. Zostawiam łóżko, rzucam na nie z obrzydzeniem liliowy szlafrok. Nie mogę znieść tego zapachu! Rzygam palącą przełyk żółtą wydzieliną, kurczowo trzymając się rury. Prysznic pozostaje obojętny na mój stan. Nic nowego.

W kuchni rolety zasłonięte do połowy, by moje oczy stopniowo przyzwyczajały się do nowego dnia. Dobra robota, kogutku! Staję przed wielkim drewnianym stołem. Nie lubię go. Wywyższa się, pyszni jak w jakimś zamku. A ja przed nim. Tuż przede mną, na tym wielkim dębowym pustym ołtarzu trzy szklanki.

Wołają do mnie jeden przez drugiego jak do Alicji: „Wypij mnie! Wypij mnie!”. W kolejności od największej do najmniejszej: woda, kawa, wódka. Stoję przed nimi naga ze spływającą ze mnie na kafelki wodą. Ręcznik, jak peleryna superbohaterki, zwisa mi z ramion.

Stół ze szklankami jest kolejnym punktem protokołu. Moim ulubionym. Prawą ręką sięgam po wódkę. Lewą po pilota do rolet. Wychylam najmniejszą szklaneczkę i uruchamiam wszechświat, by zalał mnie blaskiem słońca. Teraz mogę usiąść, by napić się kawy. Woda musi poczekać, nigdy nie jest dość zimna, żeby choć na chwilę przygasić trawiący mnie od środka, wypalający na wiór ogień. Gdybym tylko mogła, jednym spojrzeniem zmieniłabym ją w lód.

Telefon dzwoni za pięć ósma. Zapinam ostatni guzik szarej, jak przybrudzony śnieg, bluzki. Ten przy kołnierzyku. Spuchnięta twarz stanowczo i bez komentarza odcina się od reszty ciasną riuszką _cool mom style_! Dupa Jasiu i patefon! Odbieram i włączam głośnik, by móc założyć wyszczuplające majtki i spodnie.

– Taksówka czeka – odzywa się.

– Jakieś nowe koleżanki w klasie? – pytam. Naprawdę to pytanie przychodzi mi do głowy. Sięgam po majtki, ale czując, jak bardzo uwiera mnie ten guzik przy kołnierzyku, zakładam je na głowę, by szybciej sięgnąć do szyi i uwolnić ucisk. – Uff – syczę.

– Bądź poważna – prosi.

– Jestem synku, jestem – mamroczę, przyglądając się sobie, stojącej z gaciami na głowie i gołą dupą na środku sypialni. Rozbawia mnie to tak bardzo, że kwiczę ze śmiechu, co prowadzi do ataku czkawki. Chwytam za odcinek lędźwiowy, żeby mi dysk nie wypadł.

– Mamo, za dwadzieścia minut powinnaś być na inauguracji.

Rozłączam się, wciąż wpatrując w swoje ciało. Moja twarz wygląda jak nadęta, czerwona purchawa z małymi szparami załzawionych oczek. Postanawiam ubrać się i zejść do taksówki. Schodami. Niech kogutek będzie dumny z Kurowej Kur. Ciemne okulary z najciemniejszym filtrem to genialny wynalazek. Taksówka pachnie tanim, waniliowym odświeżaczem i starym plastikiem. Rzygi i lilie powracają! Szeroko otwieram okno i wystawiam z ulgą purchawkę na wiatr. Chuj tam z fryzurą. Kierowca nie ma ochoty na rozmowę, co czyni go idealnym kompanem na tę podróż. W rogu tylnej kanapy, z czołem owiewanym zimnym powietrzem czuję się znośnie, choć świat na zewnątrz porusza się w tempie, które, jak codziennie, zmusza mnie, by je nadludzkim wysiłkiem dogonić.

Nie musiałam nic mówić, wszystko było załatwione.

Byleby tylko kolejnego dnia dać radę. Jeszcze raz udać, że mam nad wszystkim kontrolę. Że mam nad sobą kontrolę. I nie dać się zdemaskować.

Z jakiegoś powodu zdaję sobie z tego sprawę akurat dziś. Pierwszego września. Marek wie, jak zorganizować nam świat. A ja wiem, co dla nas jest dobre.

Nienawidzę szkół. Choć w nich bywałam, już będąc dorosłą. Obiecałam nawet kiedyś sobie, że nigdy więcej moja noga tam nie postanie, bla, bla, bla. Zazwyczaj dotrzymywałam obietnic. Za to mnie szanowali wyborcy. Dotrzymywałam. Tych danych innym, nie sobie.

Raz, dwa trzy! Baba Jaga pa-trzy!

Taksówka skręca z głównej i po chwili wjeżdża na parking przy społecznym liceum. Jeszcze zanim wysiądę, już czuję ten zapach kredy i mokrych kurtek w szatni. Mieszanka nadziei i strachu, która ściska dziecięce żołądki tuż przed pierwszym dzwonkiem. W mojej szkole był jeszcze ten on. Ten ktoś. Diabeł.

Nie pamiętałam jego twarzy, tylko ręce. Blade dłonie z poskręcanymi upiornie fioletowymi guzkami żył. O przerażająco chudych palcach, długich jak u pianisty. Tyle że nie grały na fortepianie.

Szarpię się w fotelu, jakby to mogło strząsnąć wspomnienie. Prawie zaczynam się dusić, coraz mocniej skrępowana przez zaciskający się pas. Pamięć to coś lepkiego. Nie odpada od ciała jak wyschnięte błoto. Jest jak smoła. Wciąga bez ostrzeżenia i zatyka gardło gorącą mazią. Taksówkarz czeka. Ja też. On, aż wysiądę, ja, aż minie atak paniki.

Wyglądam przez okno. Za szkolnym boiskiem, w oddali, stoi kobieta z chłopcem, siedmio-, może ośmioletnim. Jego dłoń kurczowo ściska materiał jej marynarki. Chcę myśleć, że to z miłości, ale przecież wiem lepiej. Strach można rozpoznać z daleka. A ja nie pozwolę, żeby ten chłopiec bał się tak, jak ja się bałam. Dlatego to robię!

Dlatego wyjdę na scenę, podniosę głowę i zdławię obrzydzenie uśmiechem. Powiem im, że świat może być inny. Że mogą być, kim chcą. Że nikt nie ma prawa zamykać ich w klatce cudzych oczekiwań. Pomyślą pewnie, jakie słodkie pierdolenie…

A ja i tak to zrobię. Jeszcze raz i jeszcze raz. Żeby zakrzyczeć w sobie głos: Dla ciebie już nie ma nadziei. Dla ciebie czas już minął. Spierdoliłaś wszystko!

Szarpię się z rozpaczliwą siłą z fotela. Pas odskakuje, uderzając mocno w szybę.

Ten przeszywający, szklany dźwięk otrzeźwia mnie. Bawi mnie sama myśl o trzonie „trzeźwy”.

Może dla mnie już nie ma nadziei. Ale mogę wciąż ją komuś dać.

– Mamo.

Drzwi do taksówki otwierane na bok jak wrota więzienia zaskakują. Marek chwyta mnie za rękę i pomaga wyjść, pozwalając, bym rozprostowała zesztywniałe kolana i biodra, opierając się o niego całym ciężarem. Ruszam za nim, wlokąc mój cel, misję, cały mój podręczny zestaw paskudztw. No to jazda. Prawo, lewo i jeb w drzewo. Kto to śpiewał i dlaczego teraz kołacze się to w mojej głowie? Chucham w dłoń, sprawdzając swój oddech pod nosem i opluwając podbródek. Przecieram spocone czoło chusteczkami matującymi z pudrem ryżowym maskującym płonące poliki. Odrzucam do tyłu głowę i się prostuję. Rozluźniam twarz i rozciągam ją w szerokim uśmiechu, perfekcyjnie imitującym naturalność. Tak wchodzą Zwyciężczynie.

Sala teatralna dudni echem. Lubię ją, właśnie za to echo. Niesie mój głos, pewny na potrzeby tych dzieciaków, na potrzeby mojego syna. Damy radę, myślę przez cały czas przemówienia, wyrzucania z siebie magicznych słów, które, choć są iluzją, stwarzają pozory idealnej przyszłości, do której możemy wspólnie dążyć. Po co? Dla poczucia pierdolonej wolności, jaką daje sprawczość. Tak, to była moja kiełbasa wyborcza. Sprawczość, której definicji nigdy nie określiłam, choć bardzo na ten moment czekałam. Nikt jeszcze o to nie poprosił. Stojąc na scenie, wgapiam się raz po raz w swoją torebkę, którą odłożyłam na siedzeniu w pierwszym rzędzie. Jest moim talizmanem, amuletem, skrywającym mój skarb, moje źródło. W połowie przemowy zdaję sobie sprawę z tego, że Marek zauważył moje desperackie spojrzenia. No cóż, a zatem czeka nas wyścig. Kto pierwszy, ten zdobędzie nagrodę. Rośnie we mnie ekscytacja. Zapominam o tym pojebanym strachu, który zawsze budzi się we mnie w placówkach oświatowych. Szybuję pewnym głosem ponad głowami młodzieży, lecę dalej i dalej, składając zdania tak, by rozkochiwać ich w mojej wizji w sposób nieprzewidywalny, bacznie jednocześnie obserwując mojego syna, gotowego, jak najszybszy lampart, poderwać się z miejsca na równe nogi, by dotrzeć do mojej torebki jako pierwszy. Nasza gra jest ekscytująca i podniecająca w swojej potwornej przewidywalności. Nie mogę mu dać tej satysfakcji. Ostatnie zdanie wybrzmiewa niedopowiedzeniem. Zawieszam w powietrzu świetlisty i migoczący znak zapytania i nie zwracając uwagi na sztywność biodra i ból promieniujący aż do stopy, błyskawicznie schodzę ze sceny i ruszam do wyjścia, zgarniając torebkę ze sobą. Nie słucham braw, wielkimi haustami łapię powietrze, wydłużając sekundy, kiedy mnie dogoni. Gdy doliczam do siedmiu, odwracam się, patrzę prosto w oczy syna i palcem wskazującym trzęsącej się z emocji dłoni dźgam go boleśnie w mostek. A potem wskazuję znaczek na drzwiach po prawej.

– Muszę siku – oznajmiam i znikam w damskiej toalecie.

Nie jestem w niej sama. W jednej z kabin słyszę głośne westchnienie ulgi wymieszanej z bólem. Bulgot krwi, ciężki chlupot skrzepów, silny strumień moczu z jednoczesnym wodospadem rzadkiego gówna. Doznanie zwierzęce, graniczne, aż oszałamiające, każda z nas, która to przeżyła, wie, jak bardzo. Niedające się porównać z niczym. Kiedy miałam okres, mówiłam, że boli mnie pierdolona kobiecość, no bo jak to inaczej określić? Fakt, można bardziej obrazowo: „nóż wwierca mi się w macicę, aż się zesrywam na rzadko”, ale temu się nie wierzy, za brutalne, trąci absurdem. To nie Hitchcock! Hitchcock nie przeżyłby minuty okresu, a jeśliby przeżył, do końca życia robiłby filmy o słodkich kotkach i pieskach! Roześmiałam się z ulgą. Jak to, kurwa, dobrze, że mam przynajmniej ten koszmar już za sobą! Zmęczenie zalewa mi oczy. Zajmuję drugą kabinę, ciężko siadam na klapie i momentalnie sięgam do torebki. Wódka pali, przynosząc ulgę, piję za tę dziewczynę w kabinie obok też.

– Potrzebujesz czegoś? – pytam i stukam w ściankę dzielącą kabiny.

– Nie, dzięki.

– Przeciwbólowe?

– Nie trzeba.

– Twardzielka – stwierdzam z przekąsem, z trudem przełykając drugi łyk.

Drugi jest zawsze najtrudniejszy – organizm w panice otruwanego ciała usiłuje walczyć o przetrwanie odruchem pawia. Walczę z nim i zwyciężam każdego dnia! Trzeci wchodzi już gładko jak źródlana woda.

– Dam sobie radę, pani Lauro – cedzi dziewczyna i wychodzi z toalety. – Wczoraj robiłam takie rzeczy, że absolutnie należy mi się biblijna kara za grzech Ewy.

Tembr głosu sugerował, że na jej rzęsach wiszą łzy. Trzaśnięcie drzwiami i mocny stukot butów podbitych metalowym flekiem. Wyobraziłam sobie, że są czerwone. Już ją lubię. Biorę kolejny łyk i kolejny. Zakręcam pustą butelkę i chowam do torby. Przecież nie zostawię małpki w damskiej toalecie, jeszcze narobiłabym komuś kłopotów, chociaż pewnie nie takie artefakty tu namierzali podczas nalotów.

Spuszczam wodę, choć nie ma takiej potrzeby. Uśmiecham się do samej siebie, dałam radę!

Kolejna runda ze światem – jeden do zera dla mnie! Do boju, Polsko!

Biodro przestaje pulsować bólem. Płuczę usta płynem zajebiście silnie miętowym, aż wstrząsa mną mdły dreszcz, poprawiam włosy i gumkę od majtek.

Lecimy dalej.

– Mamo. – Marek stoi przy kiblu, choć jest dawno po dzwonku.

– Czego tu sterczysz? – Przytulam go, odwracając głowę tak, by nie mógł wyczuć mojego oddechu. Całuję go w szyję i z rozkoszą wdycham zapach spoconego źrebaka. Jest znacznie wyższy ode mnie. Ma silne ramiona po ojcu. Całą resztę po mnie. W tym względzie statystyki i genetyka są raczej jednoznaczne.

– Masz na mailu resztę dnia – mamrocze w czubek mojej głowy, odwraca się i odchodzi. Jak kot znika, gdy na chwilę przymykam powieki, pozwalając moim gruczołom piersiowym skurczyć się w nieprzemijającym mimo upływu lat oksytocynowym odruchu.

Reszta dnia mnie mało obchodzi, wydarzy się niejako bez mojego udziału. Myślami jestem w wannie, przy wieczornej kąpieli, gdy poczuję luksusowe chwile, że nic już nie muszę. A potem, daj, dobry Boże w niebieskiej sukience, wygramolę się z wanny, bezpiecznie dotrę do łóżka i zapadnę się w miękką, podbitą gronostajami alkoholu ciemność. Kompilacja pijanej, pozornej świadomości i trzeźwej, pełnej ironii zadumy to surrealizm magiczny, oscylujący w niebezpiecznie bliskim sąsiedztwie domu wariatów. Tak można by określić samopoczucie, które towarzyszyło mi wraz z początkiem ponurej jesieni – każda jesień jest ponura z definicji i założenia, nawet ta z babim latem i poetyckim złotem koron drzew. Rozpoczęcie kampanii wyborczej tylko nasiliło ten stan. Gdzie mój duch walki? Jeszcze duchów mi do kompletu potrzeba i kryształowej karety ciągniętej przez zaprzęg białych myszy! Jestem tak żałosna jak brudna szlafmyca Scrooge’a… Ha, ha, ale śmieszne! Ale to śmieszne. Gul, gul, łyk, łyk. Bum cyk, cyk. Bum, bum, bum! Trzeba wziąć Ibum!

Telefon dzwoni, gdy już wsiadam do samochodu. Kierowca czeka spokojnie na mój znak. O, nazwałam go kierowcą. No proszę. Rozumiem, skąd takie posunięcie, z braku posunięć właśnie.

Odczuwanie braku posuwania włącza się zawsze po pierwszej lufce, jakby ciało podrażnione na razie lekko alkoholem przypominało o swoich potrzebach, deficytach.

Za kierownicą siedzi Bartosz. Bartosz zawsze tam, gdzie ja. Chce mi się śpiewać.

– Lady Pank – mówię i dotykam jego ramienia.

– Który kawałek? – pyta.

– Zawsze tam, gdzie tyyyy, jeeee! – Spuszczam wzrok.

– To lepiej niż wczoraj – przyznaje skwapliwie i ma człowiek rację. Nie zamierzam poświęcić ani chwili na przypominanie sobie wczorajszego repertuaru. Pijane radio w mojej głowie. Czasem, gdy budzę się w nocy, głośno wysiąkując whisky z lodem, nucę jakiś nieprawdopodobnie durny kawałek i chcę o tym powiedzieć właśnie jemu. Potem o tym zapominam albo – bardziej skrupulatnie i skutecznie – wybijam to sobie z głowy.

Tymczasem telefon nie przestaje dzwonić. Odbieram, włączając tryb głośnomówiący i gapiąc się w czubki drzew pobliskiego lasu. Płonęły już nieodwracalnie złotem i purpurą, tym samym po królewsku rozstając się z liśćmi do następnej wiosny. Pomyślałam, że dla nas to powód do jesiennej chandry, dla nich, zmęczonych owocowaniem, jakiś rodzaj ulgi.

– Z całą stanowczością powinna pani tu być, dzwonię z Miejskiego Szpitala, z Oddziału Położnictwa i Ginekologii. Ordynatorka. – Głos jest pewny siebie, władczy, ale gdzieś na samym końcu przekazu wybrzmiewa mieszanką strachu, zwątpienia i kolosalnych rozmiarów zmęczenia.

– Dobrze – mówię, wypuszczając ze świstem powietrze.

– Rozumiem – oznajmia spokojnie Bartosz i rusza.

Rozmówczyni się rozłącza, a ja, ignorując konsekwencje oraz trudności mojego syna, na którego spadnie organizacyjna robota zmiany zegarmistrzowsko zaplanowanych na dziś spotkań, ruszam zbawiać świat na ginekologii i położnictwie. Po drodze dostaję czkawki. Bartosz dyskretnie jej nie zauważa.

Przed szpitalem roi się od ludzi, których twarze przypominają mi klaunów, tych zamalowanych jaskrawo, wykrzywionych twarzy, wykręconych w grymasie, pozbawionych choćby najmniejszej odrobiny radości i życzliwości. Nieszczęśliwe istoty z wytatuowaną złością na maskach, które przywdziali swego czasu i zrośli się z nimi na zawsze. Na dobre i na złe. _M jak Miłość_. Na wieki wieków. _Na Wspólnej_. Amen. No raczej.

– Ohoho! Patrzcie, kto idzie. – Słyszę syk. Syczący, wielogłowy wijący się wąż w ludzkiej skórze. No proszę, Ewangelia według Świętego Pierdolniętego.

– Czekaj. – Bartosz wyskakuje z samochodu i zaczyna torować mi drogę. Lubię, gdy to robi, ale dziś nie bardzo. Kiedy włącza mi się, jak w tej chwili, tryb: atak, kiedy wchodzę w tę pokurczoną, popieprzoną, ale moją energię Bogini Kali, żaden Bartosz świata nie jest mi do niczego potrzebny. Mam ogromne pazury, silne ramiona i ognisty język. Moja krew bulgocze jak wrząca smoła, a serce podaje wojenny beat. „Cisza przed burzą… Czujecie to? To nie tylko bas. To puls ciemności. Nadchodzi… coś, co zmieni rytm. Przygotujcie się… bo za chwilę spadnie cień. I z nim… beat, który pochłonie światło”.

Przeciskam się do szpitalnego wejścia przez tłum, który na widok mojego samochodu zareagował skokiem zbiorowej adrenaliny.

– Masz krew na rękach! Stara krowo! – Szarpią mnie za rękawy, czepiają się dłoni, strząsam ich z siebie jak szarańczę. Chce się zatrzymać, potrząsnąć tymi skarlałymi, schorowanymi, powykrzywianymi kreaturami. Istotami, które zapomniały, jak to jest poczuć uścisk, odwzajemnić uśmiech.

Ależ mnie korci, ale tak bardzo! Pragnienie, by się zatrzymać, jest jak zorza polarna, widzi je Bartosz, mocujący się i przepychający z syczącym wężem oszalałego z nienawiści tłumu.

– Nie zatrzymuj się! – krzyczy, czym bawi mnie prawie do łez. Ja, kurwa, jestem teraz nie do zatrzymania! Pędzę z prędkością komety i ciągnę pełen rozpędzonych meteorytów ogon!

Gdy wreszcie docieram do gabinetu ordynatorki, ta wyciąga do mnie dłoń i potrząsając nią zaskakująco lekko, przedstawia się:

– Ściska pani dłoń kobiety, która jest seryjną morderczynią.

– Urocze. Zapada w pamięć – mruczę, nie znajdując równie imponującej i trafniejszej definicji własnej pierdolonej tożsamości.

– Ósmy miesiąc, w poprzednim szpitalu ukrywali przed pacjentką wrodzoną łamliwość kości jej syna.

– Syn brzmi poważnie, pani doktor. – Omiatam wzrokiem gabinet w poszukiwaniu zdjęć jej własnej progenitury. Mój wzrok napotyka tylko dyplomy i brudne kubki po kawie plujce w różnym stadium rozkładu.

– Syn brzmi normalnie. Płód też brzmi normalnie. Warto znać kontekst i rozumieć więcej. – Lekarka siada i sięga po kubek, który okazuje się pusty. Odstawia go, hamując przekleństwo, które ciśnie się na jej usta.

– Czego pani ode mnie oczekuje? – pytam. Przez jelita przesuwa się boleśnie wielki bąbel powietrza, zapowiadając potrzebę natychmiastowego pierdnięcia.

Podchodzę do okna i otwieram je szeroko. Prowadzi na dziedziniec, na którym poruszony tłum smutnych klaunów wciąż domaga się prawa i sprawiedliwości.

– Niech was błogosławi Bóg Wszechmogący, który zsyła do matek synów z połamanymi kośćmi całego ciała! – krzyczę, jednocześnie uwalniając gazy. Zdaję sobie sprawę, że tylko pogarszam sytuację. Tłum o dziwo na chwilę zamiera, tak samo, jak robię to ja, a gdy doliczam w myślach do sześciu, rusza z podwójną siłą taranować wejście do placówki.

Lekarka chwyta za telefon i wzywa ochronę, potem wychodzi z gabinetu, zostawiając otwarte drzwi, a do mnie płynie jazgoczący potok niezrozumiałych już teraz słów, które zajadle pragnęły kąsać, zjadać, przeżuwać, wypluwać jad, to w obronie tych nienarodzonych.

– No nie pomogłam – stwierdzam i wychodzę z gabinetu.

Na korytarzu po prawej zauważam otwarte drzwi do sali chorych. Zaglądam tam i widzę oczy. Wielkie oczy, takie, które to ma tylko strach. Patrzy na mnie strach. Siedzący na zaścielonym łóżku, na którym nie sposób odnaleźć ani jednej fałdki, wygładzonym jak tafla lustra albo raczej więzienna prycza w celi śmierci. Oczy wrzeszczą pełną przerażenia i bezsilności ciszą. Wtedy zaczynam wyć. Do środka, w siebie, do wszystkich swoich komórek, wyć jak wilczyca mająca cień nadziei, że skowytem ze środka trzewi całego serca zdoła uchronić swoje szczeniaki przed nadchodzącym końcem świata.

– Twój syn cię wybrał, a ty wybrałaś to, co dla niego najlepsze – brzmię jak nawiedzony przywódca duchowy, ale mam to gdzieś. Podchodzę bliżej, a ona chwyta mnie za rękę żelaznym uściskiem. Siadam obok, by razem z nią próbować za wszelką cenę nie udusić się własnymi łzami.

A potem, gdy ordynatorka zabójczyni milionów zwołuje konferencję prasową, mówię o chorobie systemu i o tym, że prawo aborcyjne w naszym kraju pozostawia i będzie pozostawiało dużo luk, dopóki nie skończy się bajdurzenie. Jasnych granic nigdy nie będzie. Jest to możliwe wyłącznie wtedy, gdy nie będzie zakazu w ogóle. Bo państwo nie ma prawa decydować o ciele swoich obywateli. Bo to system niewolniczy. I zmuszający do łamania prawa, co jest zaprzeczeniem konstytucji, według której każdy obywatel tego kraju ma prawo do wolności i samostanowienia.

– Czyli nie chce pani żadnych kompromisów? To ważne – pyta dziennikarski głos z tłumu. Błyszcząca od brylantyny zaczeska na bok drży świętym oburzeniem.

– Idź spójrz w oczy matce, która straciła właśnie syna, przed którą lekarze ukrywali straszną prawdę, i powiedz jej, że kompromisy są ważne – kwituję. – Jesteście żałośni i doskonale o tym wiecie.

– Nie jest to chyba najszczęśliwszy początek pani wystąpień przedwyborczych – odezwał się kolejny raz męski głos. Głos, który doskonale znałam. Bynajmniej nie dziennikarz. Nisko wibrujący, chrapliwy tembr lidera-zwycięzcy przeciął powietrze jak smagnięcie biczem.

– W watasze stado idzie za samcem alfa i samicą alfa. Ja, jak widać, byłam tu, zanim zjawiły się te wszystkie żądne padliny hieny i szakale. Pan przybył jako ostatni. Nie wiem, czy to nie pan, panie Wilk, powinien porozmyślać o swoim szczęściu przedwyborczym lub o jego braku.

Nienawidzę siebie za to, że daję się sprowokować. To nie jest moment na takie gadanie. Trudno. Słowo się rzekło. Moja ręka wędruje do kieszeni marynarki. Piersióweczka na miejscu.

Uf, uf, uf. Bara buch. UF, uf, uf. Para w ruch. Byle dalej. Od tych ludzi, którzy nigdy nie doświadczyli i nie rozumieją, nawet nie potrafią sobie wyobrazić, jak można potwornie, bezbrzeżnie się bać.

– Do domu – mówię, gdy wsiadłam do auta.

– Marek dzwonił, poprzenosił twoje dzisiejsze zobowiązania.

Bartosz zerknął w tylne lusterko i podał mi pudełko z chusteczkami higienicznymi i lusterko powiększające, które wyjął ze schowka i przetarł troskliwie irchową ściereczką.

– Zobowiązania powiadasz – parskam i wreszcie mogę się napić. Wystarczył jeden łyk. Porządny jeden łyk. Zresztą piersiówka ma w gruncie rzeczy tylko jeden, porządny łyk.

– Wiesz, o co mi chodzi, nie musimy tego znów zaczynać. – Bartosz skręca i wyjeżdża na jedną z głównych zakorkowanych o tej porze ulic.

– Niczego nie musimy zaczynać. – Próba uśmiechu pali się na panewce, pozostaje tylko grymas, czuję go wyraźnie na swojej twarzy. Spoconej, podpuchniętej, pokrytej zmarszczkami, w których gromadzi się podkład i puder, od czego są jeszcze bardziej widoczne. Gdy patrzę na siebie w lustrze, pierwsze pytanie, które przychodzi mi do głowy, brzmi tak: jaką masz czelność cokolwiek próbować? Stara baba. Zapijaczona morda. Rozdeptana torba.

Kładę dłoń na ramieniu Bartosza. Ma na sobie marynarkę, którą lubię. Jest szorstka. Jest mu w niej ładnie. Beże i brązy podkreślają jego błękitne, bardzo jasne oczy. W tych tonacjach kawy z mlekiem jakby traci swój pazur, wdzięk ogromnego, leniwego, drapieżnego kocura. Na tle ciepłych odcieni staje się bezbronny, ale to tylko pozór. Zainteresowany zdobyczą, delikatnie, prawie niezauważalnie podnosi głowę, zamiera na sekundę czy dwie w całkowitym, pełnym gracji bezruchu, a potem jednym długim skokiem dopada ofiarę i przytrzymując miękką, wielką łapą, wgryza się w szyję z mruczeniem.

Przynajmniej w moich oczach. W moim magicznym domu cudownie zamroczonej głowy, w którym myśli, również te kudłate, pętają się po kątach jak kłębki kurzu.

Wódki mi trzeba.

Więcej. Więcej czadu! Wszystko, czego dziś chcę, to więcej czadu!
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij