-
nowość
Kamogawa. Drugie danie - ebook
Kamogawa. Drugie danie - ebook
Wspaniały powrót do restauracji pełnej smaków, zapachów i wspomnień.
Mała rodzinna restauracja gdzieś przy bocznej uliczce w Kioto. Nagare Kamogawa, emerytowany policjant, zajmuje się gotowaniem, a jego córka sprawami administracyjnymi. Ale na zapleczu prowadzą jeszcze jedną działalność – poszukują smaków z przeszłości.
Jak smakowało bento z wodorostami, które ojciec przyrządzał synowi do szkoły? Smażony ryż, który przygotowywała mama wziętej modelki? Miska ryżu z tempurą, którym w przeszłości zajadała się gwiazda jednej piosenki?
Pyszna lektura, która rozgrzeje serca i żołądki.
Pozostałe tytuły z serii: „Kamogawa. Tropiciele smaków”, „Kamogawa. Menu szczęścia”.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna obca |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8435-083-6 |
| Rozmiar pliku: | 9,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
KAISŌBEN – BENTO Z WODOROSTAMI
1
Kyōsuke kitano wysiadł na stacji shichijō z ekspresu głównej linii Keihan, z peronu, który był pod ziemią, wyszedł na powierzchnię i powiódł spojrzeniem po rzece Kamogawie. Pięć lat temu przeniósł się z Ōity do Osaki, ale do Kioto przyjechał dopiero teraz.
Miał na sobie białą koszulkę polo. W ramię wpijał mu się pasek granatowej teczki, na której wypisana była nazwa uniwersytetu. Po grubej szyi spływało kilka strużek potu. Mrużąc oczy pod promieniami słońca, które odbijały się w wodach Kamogawy, Kyōsuke zerknął na karteczkę z narysowaną mapą, po czym ruszył w stronę zachodu.
Kiedy minął ulicę Kawaramachi, zaczął przekładać mapkę w rękach i obracać się odpowiednio do tego. Jego oczy biegały niespokojnie w lewo i w prawo, w końcu pokręcił głową.
– Przepraszam! Którędy do świątyni Higashi Honganji? – zapytał mężczyznę, który właśnie przejeżdżał obok na rowerze, trzymając drewnianą skrzynkę z długą rączką.
– A, Higashi Honganji? Proszę iść prosto. A jak pan przejdzie ulicę Karasuma, to w prawo.
Mężczyzna machnął ręką na zachód i znów zaczął pedałować. Kyōsuke dogonił go.
– Szukam takiej restauracji, ma być przy ulicy Shōmen – mówił dalej.
– Może chodzi panu o Kamogawów? – zapytał mężczyzna, zdejmując nogi z pedałów.
– O, tak, tak. Nazywa się Jadłodajnia Kamogawa – odpowiedział i pokazał mapkę.
– No to na trzecim skrzyżowaniu proszę skręcić w prawo i potem znów na drugim w lewo. To będzie piąty budynek po lewej – wyjaśnił, jakby to było oczywiste, i ruszył w dalszą drogę.
– Dziękuję panu! – krzyknął za nim Kyōsuke i ukłonił się jego plecom.
Licząc na palcach, mijał kolejne ulice, wreszcie stanął przed jadłodajnią, której szukał. Najzwyklejszy betonowy, piętrowy budynek i nie było widać na nim ani jednego szyldu, zupełnie tak, jak mu mówiono. Kyōsuke przyłożył rękę do piersi i kilka razy odetchnął głęboko.
– Dzień dobry! – zawołał, otwierając drzwi.
– Zapraszamy.
Gospodarz odwrócił się do niego, nie przerywając wycierania lady barowej. Miał twarz sympatyczną jak rzadko.
– Chciałbym prosić o wytropienie dla mnie pewnego smaku – powiedział Kyōsuke już ciszej i skłonił głowę.
Gospodarz, Nagare Kamogawa, uśmiechnął się i podsunął mu składane krzesło.
– Ależ niech się pan tak nie spina, nie zjemy pana. Proszę sobie usiąść.
Kyōsuke odetchnął z ulgą i usiadł jak robot na krześle pokrytym czerwonym plastikiem.
– Bardzo dziękuję. Przepraszam.
– Chce pan coś zjeść? Czy jest pan najedzony? – zapytał Nagare.
– O, czy… czy coś mógł… mógłbym dostać? – zaczął się jąkać Kyōsuke i prawie że ugryzł się w język.
– Skoro specjalnie pan do nas przyjechał, zanim przejdziemy do tropienia smaku, proszę coś zjeść – odpowiedział Nagare i skierował się do kuchni.
– Student, prawda? Od razu widać, że należy pan do któregoś koła sportowego. No właśnie, kendō albo dżudo, zgadza się? – zapytała go młoda kobieta o imieniu Koishi, ubrana w czarne dżinsy, narzuconą luźno białą koszulę i czarny fartuch sommelierski. Nalała mu zaraz mrożonej herbaty.
– Nie całkiem. – W odpowiedzi Kyōsuke uśmiechnął się szelmowsko.
– No ale te mięśnie to sobie pan wyrzeźbił, ćwicząc sztuki walki, czy nie? – mówiła, ściskając go za ramię.
– Nic aż tak bojowego.
Kyōsuke wypił duszkiem swoją herbatę i wziął się do chrupania lodu.
– Czy studiuje pan w Kioto?
Gość wstał, żeby się przedstawić:
– Nie, przyjechałem z Osaki. Nazywam się Kyōsuke Kitano, jestem z Akademii Wychowania Fizycznego Kinki.
– Mam wrażenie, że już gdzieś pana widziałam… – mruknęła Koishi, wpatrując się w jego twarz.
– Ja chyba mam taką twarz, że łatwo mnie z kimś pomylić. – Błysnął zębami, jakby zawstydzony.
– A w jaki sposób dowiedział się pan o nas?
– Mieszkam teraz w akademiku przy uczelni i codziennie jem tam też posiłki. Kiedy opowiedziałem o ryżu, który pamiętam z dzieciństwa, kucharz zrobił go dla mnie. Smak się jednak różnił… Powiedziałem o tym kucharzowi, a on opowiedział mi o tym miejscu i pokazał ogłoszenie w „Kulinarnych Wiosnach i Jesieniach”.
– Ach tak?
Koishi starannie wytarła stół.
– Ja nie wiem, czy dla młodego człowieka to nie będzie za mało – mówił do siebie Nagare, wchodząc do sali z aluminiową tacą w rękach. – Gdyby brakowało, proszę mówić.
Kucharz postawił tacę na stole.
– To wygląda naprawdę niesamowicie! – sapnął gość, wpatrując się w potrawy jak urzeczony.
– Ryż jest odmiany Tsuyahime z Yamagaty, nałożyłem podwójną porcję. Zupę zrobiłem z wieprzowiną i wrzuciłem sporo warzyw korzeniowych, chociaż nie są to jakieś słynne „warzywa kiotyjskie”. Na dużym talerzu ma pan trochę i Wschodu, i Zachodu: murenoszczuk nadziany marynowaną morelą i liśćmi pachnotki, usmażony w głębokim oleju, do tego usmażyłem też paprykę odmiany „ze świątyni Manganji”. Proszę sobie to polać sosem worcester, sam go zrobiłem. W miseczce jest makrela gotowana w paście miso, można posypać posiekanym imbirem mioga, podanym obok. Jeśli chodzi o rostbef z kiotyjskiej wołowiny, najlepszy będzie, jeśli skropi go pan sobie sosem sojowym z wasabi i owinie w kawałek opiekanych wodorostów nori. Z chińskiej kaczki, nazywanej „letnią kaczką”, zrobiłem klopsiki w sosie teriyaki. Proszę je maczać w żółtkach jajek przepiórczych. Hiya yakko, czyli tofu na zimno, jest posypane siekaną skórką murenoszczuka. Bakłażan usmażony w głębokim oleju i polany sosem z dodatkiem curry. Proszę jeść bez pośpiechu.
Kyōsuke wysłuchał wyjaśnień, kiwając głową, i oblizał wargi.
– To nie jest tak, że my na co dzień odżywiamy się tak luksusowo, tylko tata się przejął, bo dawno nikt tak młody nas nie odwiedzał.
– Co ty pleciesz, córko.
Koishi pokazała mu język prześmiewczo i udając, że ojciec ciągnie ją za sobą, wycofała się za nim do kuchni.
Chociaż Kyōsuke słuchał opowieści i potakiwał, zostawiony sam na sam z tak nieoczekiwanym zestawem potraw poczuł, że nie ma pojęcia, co jest czym. Owszem, rozumiał, że makrela czy murenoszczuk to nazwy ryb, ale jak one mogą smakować? Trochę odetchnął, słysząc takie dobrze znane słowa jak sos worcester, rostbef czy curry, ale tak właściwie tego też nie jadał na co dzień.
Przez kilkanaście sekund trwał tak w milczeniu, jakby medytował, wreszcie wziął do lewej ręki miseczkę z ryżem, pałeczkami w prawej ręce sięgnął po klopsika, umoczył go w żółtku i położył na ryżu, po czym jednym ruchem wrzucił go sobie do ust.
– Jakie dobre! – wyrwało mu się od razu.
Zaczął sięgać pałeczkami prawie na oślep, a to po smażoną rybę, a to rostbef, i przy każdym kęsie aż pojękiwał z zachwytu.
Prawdę mówiąc, Kyōsuke nie jadł nigdy dotąd takich potraw, więc nie miał porównania i nie wiedział, jakiej one są jakości, czuł jednak przez skórę, że bije od nich coś takiego jak aura, która otacza najwybitniejszych sportowców. Rozumiał, że to, co właśnie jadł, było po prostu niesamowite.
Nagare podszedł do niego, niosąc szklany dzbanek z mrożoną herbatą.
– Smakuje panu?
– Nie wiem, jak mam to powiedzieć, brakuje mi słów, ale z całą pewnością jest to niezwykle smaczne. Tyle to rozumie nawet taki dyletant kulinarny jak ja.
– To najważniejsze. My, kucharze, mamy tylko jedną szansę. Jeśli komuś nie będzie smakować, więcej do nas nie przyjdzie. A jeśli posmakuje, szykuje się następna walka – odpowiedział, dolewając gościowi herbaty.
Kyōsuke obracał jego słowa w duchu i starał się je pojąć.
– No, jeśli zaspokoił pan głód, zaprowadzę pana do naszego biura w głębi. Córka już czeka.
– A, jeśli o to chodzi… – zaczął mówić i wypił duszkiem resztę herbaty. – To chyba już nie trzeba.
Nagare dolał mu herbaty.
– Ale jak to? Czy nie po to pan tutaj przyjechał?
Kyōsuke wziął szklankę do ręki.
– Jedzenie, którym mnie pan poczęstował, było tak smaczne, że trochę przestało mi już na tamtym zależeć…
– Ja tam nie wiem, ale wydaje mi się, że nie przyjechał pan do nas w poszukiwaniu czegoś smacznego. W głębi serca ma pan skryte mgliste wspomnienie pewnej potrawy i dlatego właśnie nas pan odszukał. Czy nie chce pan rozwiać tej mgły? – zapytał Nagare.
– Ale to, co chciałbym, żeby państwo dla mnie wytropili, to nawet trudno nazwać potrawą. To taka skromna rzecz… – odpowiedział tamten ze spuszczoną głową.
– Nie wiem, co ma pan na myśli, ale w jedzeniu nie ma rzeczy ani skromnych, ani luksusowych – rzekł Nagare, patrząc gościowi prosto w oczy.
Kyōsuke wysłuchał go w milczeniu, wreszcie klepnął się kilka razy dłońmi po policzkach.
– W takim razie, niech pan prowadzi – powiedział, wstając.
Nagare uśmiechnął się i wskazał mu drzwi w głębi.
– Co to?
Kyōsuke wpatrywał się w zdjęcia zawieszone na ścianach korytarza.
– W większości to potrawy, które ja ugotowałem – odpowiedział Nagare, idąc powoli dalej.
Gość pospiesznie lustrował zdjęcia, zerkając to w lewo, to w prawo.
– Pan chyba wszystko umie ugotować.
Nagare zatrzymał się i obrócił do niego.
– W takim razie można też powiedzieć, że nie mam żadnej specjalności. Gdybym skupił się na jednej rzeczy i miał swoją specjalność, kto wie, może miałbym teraz jakieś gwiazdki Michelina.
Kyōsuke również zatrzymał się i spojrzał na sufit.
– Na jednej rzeczy…?
– Coś się stało? – zapytał gospodarz.
– Nie, nic – odpowiedział tamten i ruszył żwawo do przodu.
– Bardzo proszę, niech pan siądzie.
Gość ukłonił się grzecznie, po czym zasiadł na samym środku długiej kanapy.
– Czy mógłby pan to wypełnić? Wystarczy w skrócie – powiedziała Koishi, która usiadła naprzeciwko i podała mu skoroszyt.
– Czy to jest formularz zlecenia? Ja tak brzydko piszę, nie wiem, czy zdoła pani mnie odczytać.
Zaczął wypełniać, ale raz po raz kręcił przy tym głową.
– Kyōsuke Kitano z AWF Kinki… Ach, teraz sobie przypominam! – krzyknęła Koishi i klasnęła w dłonie.
Kyōsuke wytrzeszczył oczy.
– A to mnie pani przestraszyła!
– Pan jest pływakiem, prawda? Widziałam pana zdjęcie w tygodniku, było podpisane „nowa nadzieja sportu”, czy jakoś tak – mówiła dalej, podekscytowana.
– Nadzieja, kto by pomyślał – uśmiechnął się zawstydzony Kyōsuke i podał gospodyni skoroszyt.
– Ale startuje pan w następnej olimpiadzie, prawda? – zapytała Koishi, przeglądając formularz.
Chłopak wyprostował się.
– Wszystko zależy od rekordów, jakie ustanowię na eliminacjach.
– Pamiętam, że pan jest mistrzem w każdej konkurencji, wszystko jedno, czy styl dowolny, czy grzbietowy.
– Ale mówią mi nieraz, że powinienem skupić się na jednej rzeczy.
– Życzę powodzenia! A tymczasem, co mamy dla pana wytropić? – zapytała.
– Aż wstyd mi o tym mówić. Bento z wodorostami nori – odpowiedział cicho i spuścił wzrok.
– Bento z nori, czyli ryż z wodorostami na wierzchu, a jako dodatek do tego smażona ryba i chikuwa? Tak jak w sieci Hokka Hokka?
– Nie, bez takich dodatków. Tylko wodorosty nori ułożone płasko na całej powierzchni ryżu. – Kyōsuke mówił coraz ciszej.
Koishi pochyliła się do niego.
– Tylko wodorosty? Nic więcej?
Wysoki mężczyzna skulił się cały.
– Tak – odpowiedział ledwo słyszalnym głosem.
– To nie jest coś, co jadł pan w restauracji, prawda? – spytała Koishi, zaglądając mu w oczy.
– Ojciec robił to dla mnie.
– Ach, coś, co pana tata sam gotował. A to nie byłoby szybciej jego o to zapytać? Pan pochodzi z Ōity, tak? To nie jest tak daleko.
– Nie kontaktowałem się z nim od pięciu lat – powiedział cicho.
– I nie wie pan, gdzie teraz jest?
– Słyszałem, że w Shimane, ale nie wiem.
– Shimane? A czemu tam? – Otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia.
– Ojciec był uzależniony od hazardu. To dlatego matka od nas odeszła. Nawet jak byliśmy chorzy, mówił, że szkoda pieniędzy na lekarzy, i wszystkie pieniądze przepuszczał na wyścigach konnych. No i chyba wreszcie się doigrał. Słyszałem, że teraz jest w Shimane i leczy się, a mieszka u ciotki, która się nim opiekuje – opowiadał smutno.
Cały czas pisząc, Koishi podniosła głowę.
– Czyli pana tata jest w Shimane, a co z mamą?
– Matka wyszła ponownie za mąż i teraz mieszka w Kumamoto.
– A kiedy was porzuciła?
– To było, kiedy zdałem do gimnazjum numer trzy w Ōicie, w czasie pierwszych wakacji. Czyli jakieś dziesięć lat temu. Ojciec przegrał na wyścigach wszystkie pieniądze, które matka odkładała, żebyśmy pojechali całą rodziną na wycieczkę. Wzięła ze sobą moją młodszą siostrę, ale ja nie chciałem zostawić ojca samego, bo mi go było żal…
Koishi przejrzała swoje zapiski.
– I od tego czasu mieszkaliście we dwóch? A gdzie pracował?
– Był taksówkarzem w Ōicie, głównie przewozy turystyczne. A raczej głównie marnował czas na wyścigach konnych albo kolarskich – wyjaśnił Kyōsuke z gorzkim półuśmieszkiem.
– Spróbuję to wszystko sobie uporządkować. Do gimnazjum mieszkał pan w Ōicie, we czwórkę z rodzicami i siostrą. Potem w czasie wakacji, kiedy był pan w pierwszej klasie gimnazjum, mama odeszła z domu, zabrała ze sobą córkę. A pan został z tatą, we dwóch. Obecnie mieszka pan w Osace, a do kiedy przebywał pan w Ōicie?
– Latem tego roku, kiedy byłem w drugiej klasie liceum, klub pływacki z Osaki zaprosił mnie do siebie i przeniosłem się do liceum przynależnego do AWF Kinki. I od tego czasu mieszkam w akademiku.
Koishi policzyła sobie na palcach.
– Czyli to życie tylko we dwóch z tatą trwało około czterech lat, prawda?
– Liceum w Ōicie miało stołówkę, więc lunch zwykle jadłem tam, ale przez trzy lata gimnazjum ojciec codziennie robił mi bento do szkoły.
– I w nim bywał ryż z wodorostami.
Kyōsuke zaśmiał się półgębkiem.
– Nie, nie „bywał”. To zawsze był ryż z wodorostami.
Jego rozmówczyni otworzyła usta zaskoczona.
– Zawsze, to znaczy codziennie?
– To moja wina. Kiedy ojciec po raz pierwszy przygotował mi bento, bardzo je pochwaliłem. Powiedziałem, że jest niesamowicie dobre. No to on się strasznie ucieszył i powiedział, że świetnie, teraz będzie mi takie robił co dzień – wyjaśnił Kyōsuke z pewną melancholią.
– Pana tata nie lubił komplikacji – westchnęła Koishi.
– Dzień w dzień dostawałem to bento z wodorostami, aż koledzy zaczęli się ze mnie wyśmiewać, więc wyrobiłem sobie taki nawyk, że zasłaniałem je pokrywką i zjadałem w pośpiechu. A teraz nie pamiętam dokładnie smaku. Za to nie mam wątpliwości, że to było pyszne – podkreślił Kyōsuke.
– Jadłam tylko to bento z wodorostami z sieci Hokka Hokka, więc się nie znam, ale jak to bez dodatków, naprawdę tylko nori? Ale chyba z warstwą płatków bonito z sosem sojowym pomiędzy warstwami ryżu…?
Koishi zrobiła szkic poglądowy i pokazała go gościowi.
– Tak, tak to mniej więcej wyglądało, tylko że tata to robił w trzech warstwach: na dole był ryż, w środku warstwa płatków bonito, ugotowanych z sosem sojowym, a na górze wodorosty nori. Na tym wszystkim kładł jedną, dużą morelę marynowaną, umeboshi. Codziennie wyglądało to identycznie. – Kyōsuke uzupełnił rysunek.
– A czy było coś szczególnego w smaku? Coś słodkiego, coś ostrego?
– Wydaje mi się, że smak był normalny. Ani szczególnie słodki, ani ostry. Tyle tylko, że pamiętam wrażenie sypkości – mówił, wpatrując się w szkic.
Koishi pokręciła głową.
– Hm, jeśli ryż był sypki, to nie był chyba zbyt smaczny, tak myślę. Wodorosty i płatki bonito też powinny być raczej wyraziste.
Kyōsuke uśmiechnął się słabo.
– I czasami smak był chyba lekko kwaśny.
– A to nie dlatego, że ryż zaczynał się psuć? – Koishi postukała palcem w rysunek. – Żartuję, ale wie pan, jeśli to ma być po prostu bento, w którym jest ryż, płatki bonito i wodorosty nori, łatwo to zrobić.
– Ja też tak myślałem i dlatego poprosiłem kucharza ze stołówki w akademiku, żeby to dla mnie przyrządził. A tu wyszło coś innego. Zacząłem jeść i szybko miałem dość. Tymczasem bento mojego ojca zjadałem całe na raz, ani się obejrzałem, a już pudełko było puste – opowiadał z entuzjazmem Kyōsuke.