-
nowość
Kamogawa. Menu szczęścia - ebook
Kamogawa. Menu szczęścia - ebook
Każde wspomnienie ma swój smak. W pewnej wyjątkowej restauracji w Kioto można go odnaleźć…
Ukryta w bocznej uliczce niezwykła restauracja oferuje coś więcej niż tylko pyszne dania – otwiera drzwi do przeszłości. Prowadzona jest przez szefa kuchni i jego córkę, tworzących duet kulinarnych detektywów. Dzięki swojemu talentowi do tropienia smaków potrafią przywracać do życia dawno wyblakłe wspomnienia.
Od yakisoby, która przywołuje wspomnienie pierwszej miłości, po pierożki, które kiedyś złagodziły trudną sytuację – każdy klient, który przekroczy próg jadłodajni, zostanie na zawsze odmieniony przez to, co znajdzie w menu.
Pozostałe tytuły z serii: „Kamogawa. Tropiciele smaków”, „Kamogawa. Drugie danie”
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna obca |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8435-084-3 |
| Rozmiar pliku: | 1,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
KAKESOBA – MAKARON GRYCZANY W ZUPIE¹
1
Stacja karasuma na głównej kiotyjskiej linii kolei Hankyū znajduje się pod ziemią.
Sakyō Kataoka długo łamał sobie głowę, czy ma wyjść na górę, czy zostać na dole i przesiąść się w metro, aż wreszcie zdecydował się na to pierwsze i zwinnie wbiegł po schodach, przeskakując po dwa stopnie. Poruszał się pięknie, co nie powinno dziwić – był tancerzem.
Zaraz koło wyjścia numer pięć znajdowało się skrzyżowanie ulic Karasuma i Bukkōji. Zasnute ciężkimi chmurami niebo groziło, że w każdej chwili może sypnąć białym śniegiem. Sakyō postawił kołnierz.
– Przepraszam! Czy może mi pan powiedzieć, jak dojść do ulicy Shōmen? – zapytał mężczyznę wyglądającego na biznesmena, który stał tuż koło niego i czekał na zielone światło.
– Ulica Shōmen? To tam koło Wschodniej Świątyni, tak? – odpowiedział tamten pytaniem na pytanie. Jego szykowny garnitur dziwnie kontrastował ze słowami w dialekcie kiotyjskim.
– Wschodnia Świątynia? Czy ma pan na myśli świątynię Higashi Honganji?
– No wiadomo.
– Tak, właśnie tam chcę dotrzeć.
– To wsiadaj pan w metro. Trzeba wysiąść na stacji Kioto, przejść pod ziemią i wyjść na Siódmą Aleję.
– Skoro wyszedłem na powierzchnię, chętnie pójdę stąd pieszo.
– A to trzeba będzie się trochę nachodzić. Taki z pana elegancki chłopak, to chyba ciutkę ciężko będzie – powiedział biznesmen, przyglądając mu się z zaciekawieniem.
– Ja może tak wyglądam, ale jestem umięśniony. Mogę iść – odparł Sakyō i napiął mięśnie na pokaz.
– Może to i racja, bo tak teraz zimno, przejdzie się pan i rozgrzeje trochę. Niech pan idzie Karasumą prościutko na południe. A jak pan minie Piątą Aleję, to ulica Shōmen będzie na czwartych światłach. Wyjdzie pan prosto na Wschodnią Świątynię.
– Bardzo dziękuję.
Może to tutaj normalne, ale jego jednak dziwiło to, że w Kioto nawet tacy biznesmeni mówią lokalnym dialektem, a nie standardowym japońskim.
Sakyō ruszył zgodnie ze wskazówkami na południe, aż zatrzymał się na rogu Piątej Alei. Nucąc coś pod nosem, stanął na czubkach palców u stóp, a przechodząca obok starsza kobieta przyjrzała mu się z pewną podejrzliwością. Kiedy tak czekał na zmianę świateł, czuł smakowity zapach dolatujący z pobliskiej burgerowni. Mężczyzna przełknął głośno ślinę i w brzuchu mu zaburczało, zdecydował się jednak powstrzymać.
Ruszył dalej. Tak jak usłyszał wcześniej, czwarte światła były na ulicy Shōmen. Skręcił w lewo, po prawej stronie mając Wschodnią Świątynię, jak ją nazwał ten Kiotyjczyk.
– To chyba tutaj – mruknął i zatrzymał się przed piętrowym domkiem.
Zwykły betonowy budynek bez żadnego specjalnego stylu. Ani zasłonki, norenu, ani szyldu nie widać, więc nie wygląda na jadłodajnię, ale czuje się ten specyficzny, restauracyjny zapach. Coś takiego mu właśnie opisywano.
– Dzień dobry.
Sakyō uchylił drzwi i zajrzał do środka.
– Zapraszamy! – powiedziała z uśmiechem młoda kobieta, ubrana w czarny fartuch sommelierski.
– Czy można?
– Bardzo proszę, niech pan wejdzie.
Koishi otworzyła szerzej przesuwne drzwi.
– Czy pani Koishi Kamogawa?
– Tak, ale… – odpowiedziała z pewnym wahaniem.
– Słyszałem, że spotkam piękną panią detektyw, ale to, co widzę, przerasta moje oczekiwania – mówił Sakyō, zdejmując czerwoną kurtkę puchową.
– Ależ co za pochlebstwa – mruknęła Koishi i zarumieniła się.
– Jestem bez rezerwacji, czy mógłbym coś zjeść? – zapytał, kładąc rękę na brzuchu.
– Jeśli zda się pan na nas, możemy coś przygotować. – To z kolei powiedział kucharz w białym uniformie, Nagare Kamogawa.
– Tak, bardzo proszę, odpowiada mi to.
– Czy jest coś, czego pan nie lubi?
– Nie, nie ma nic takiego.
– To proszę chwilę zaczekać.
Nagare poszedł w stronę kuchni, a Sakyō usiadł na krześle i zaczął coś sprawdzać w telefonie.
– Czy czegoś pan poszukuje? – spytała Koishi, przecierając starannie stół przed nim.
Gość podniósł głowę.
– Proszę?
– Pewnie widział pan nasze ogłoszenie w „Kulinarnych Wiosnach i Jesieniach”? „Odszukamy twój smak”.
– Tak, zgadza się. Pani Daidōji z tego pisma powiedziała mi o was – wyjaśnił i pokazał jej telefon.
Koishi przysunęła twarz do ekranu i aż pisnęła zaskoczona.
– Czy pan jest aktorem?
Na zdjęciu widać było panią Akane Daidōji, a obok niej stał uśmiechnięty Sakyō, ubrany w czerwony trykot okrywający całe ciało.
– Dokładniej to tancerzem – odpowiedział i odłożył telefon na stół, ekranem do dołu.
– Takim raczej awangardowym?
– Wtedy to rzeczywiście tak było, ale występuję w najróżniejszych formach. Mogą być i klasyczne, i coś w stylu horroru. Jestem gotów spróbować wszystkiego, co obejmuje wyrażanie się poprzez ruch ciała.
– Przepraszam, że musiał pan czekać.
Nagare wszedł z jedzeniem na tacy.
– Ależ to wspaniały poczęstunek – wykrzyknął Sakyō i cały zadygotał, wpatrując się w potrawy ustawiane na stole.
– Coś się stało? – Zdziwiona Koishi położyła mu rękę na ramieniu.
– Czuję się jak wojownik przed walką. Jak pomyślę, że zaraz będę jadł te niesamowite potrawy, aż mi ciało drży z gotowości. Wszystko w porządku, proszę się nie przejmować. To się często zdarza – wyjaśnił, a przy tym nie spuścił wzroku ze stołu ani na chwilę.
Nagare skończył rozstawianie posiłku i stanął przy gościu.
– Pozwolę sobie krótko wyjaśnić, co tutaj widzimy.
– Bardzo proszę.
Sakyō usiadł wyprostowany.
– Jest zima, dlatego postanowiłem skupić się na daniach gorących. Po lewej u góry, na talerzyku z ceramiki Awaji, jest seriola pieczona pod wytłoczynami od sake. Myślę, że „siedem przypraw” w wersji mocno uprażonej będzie do tego pasować. Obok, w miseczce Karatsu, jest kurczak w zupce zaciągniętej jajkiem. To jakby sam kurczak z jajkiem, taki kładziony zwykle na ryż, oyakodon, tylko bez ryżu. Będzie lepsze, jeśli posypie pan sobie tartym pieprzem z żółtodrzewu. W tej miseczce po prawej ma pan pieczoną rzepę. Proszę nałożyć sobie na to trochę miso z chińską pastą z czarnej fasoli. A na tym talerzyku Shigaraki poniżej są pory owinięte w plasterki pieczonej kaczki. Do nich będzie pasować żółta japońska musztarda, rozprowadzona z wodą. Obok coś na zmianę smaku: wodorosty mozuku, te jedwabiste z okolic Półwyspu Noto, z soloną i marynowaną makrelą, przyprawione na kwaśno. W miseczce Imari po lewej żółwiak gotowany w sosie sojowym, a na tej Oribe z przodu langusty z Ise, ugotowane z białym miso. Ryż przyniosę potem.
Sakyō słuchał opowieści kucharza, wodząc wzrokiem po wskazywanych daniach, wreszcie westchnął głęboko.
– To, co słyszałem, w ogóle nie umywa się do tego, co widzę! Wiele sobie obiecywałem po tym, co usłyszałem od pani Daidōji, ale to przerasta wszelkie oczekiwania.
– Ach, więc zna się pan z Akane?
– Tak. Znamy się od czasów, kiedy zaprosiła mnie na imprezę, na której sztuka kulinarna i taniec miały ze sobą współgrać. To było jakieś trzy lata temu, a od tego czasu nie tylko zdarza nam się współpracować, ale i wyciąga mnie czasem, żeby się razem napić – wyliczał Saikyō, nie spuszczając oka z ustawionych przed nim potraw.
– Czy chciałby się pan czegoś napić? – zapytała Koishi.
– Nie mają państwo jakiegoś wina?
– Nie mamy niczego specjalnego, ale jeśli może być krajowe wino stołowe… – odpowiedział Nagare.
– Chętnie napiłbym się lekko schłodzonego białego wina.
– Proszę zaczekać chwilę.
Nagare wziął srebrną tacę pod pachę i wrócił do kuchni.
– Czyli lubi pan wino?
– Czy ja wiem, może raczej nie lubię za bardzo innych alkoholi. Nie piję ani japońskiego sake, ani shōchū, nie przepadam też za piwem, więc zostaje mi tylko wino.
– Ale pan wytworny. Jak to tancerz.
Nagare podszedł szybkim krokiem, dzierżąc butelkę wina.
– A co pan powie na takie?
Sakyō przyjrzał się etykiecie i pokręcił głową zadziwiony.
– Nie wiedziałem, że w prefekturze Kioto robi się wino! Koniecznie muszę spróbować.
– To jest Toyosaka, produkowane w Amanohashidate. Biała odmiana Seibel 9110, uprawiane w prefekturze Kioto, a do tego dodano tylko trochę niemieckiego szczepu Bacchus, tak słyszałem. Lubię je za ten cytrusowy aromat.
Nagare otworzył butelkę i podsunął gościowi korek do powąchania.
– Rzeczywiście. Co za piękny zapach.
– Proszę pić do woli. Trochę się za bardzo schłodziło, więc już nie podaję wiaderka z lodem.
Kucharz postawił kieliszek obok wina i znów zniknął w kuchni, a za nim podążyła Koishi. W jadłodajni naraz zrobiło się zupełnie cicho. Sakyō zakasłał lekko i nalał sobie wina. Ta scena tak nie pasowała do tej pozbawionej wszelkiego romantyzmu sali w jadłodajni, że zachciało mu się śmiać.
– To dobre wino.
Sakyō wypił łyk i odstawił kieliszek. Najpierw sięgnął pałeczkami po langusty. Były może trochę małe, ale dobrze obrośnięte mięsem. Kiedy usłyszał, że będą z białym miso, wyobraził sobie trochę bardziej męczącą słodycz, ale dzięki dodatkowi yuzu w ustach pozostawał świeży, lekki smak. Miał wrażenie, że nawet nie gotowano ich jakoś specjalnie długo, może tylko wymieszano z białym miso. Wewnątrz były aż przezroczyste, jakby ledwo tknięte przez gotowanie. Wystarczyło spróbować tylko tego, a już wiedziało się, jakim mistrzem był kucharz. Nawet te tradycyjne restauracje skryte w zakątkach Gion, dokąd kilka razy zabrał go ojciec, nie umywały się do tego miejsca.
Zawsze był przekonany, że seriola najlepsza jest w sosie teriyaki, ale okazuje się, że jeśli do przyprawienia użyje się wytłoczyn z sake, pojawiają się bardziej złożone, głębsze smaki. A w dodatku to zapewne wcale nie były jakieś zwykłe wytłoczyny, sprzedawane w pobliskim sklepie. Mięso serioli było przesiąknięte aromatem doskonałej sake typu ginjō.
Na plasterek pieczonej kaczki z porami nałożył sobie trochę za dużo musztardy, aż w nosie poczuł jej ostrość, więc sięgnął po kieliszek i zwilżył usta łykiem wina. Kiedy był mniej więcej w połowie posiłku, Nagare znów się pojawił.
– I jak smakuje? Mogą być takie smaki?
– Jakie tam „mogą być”? Wszystko jest tak niezwykle smaczne, że zaraz zacznę tańczyć!
– No to dobrze. Ryż jest już gotowy, więc proszę mówić, kiedy mam podać.
– Bardzo dziękuję. Najpierw napiję się jeszcze trochę tego wina – powiedział Sakyō i podniósł kieliszek.
Nałożył miso z sosem z czarnej fasoli na kawałek pieczonej rzepy i podniósł go do ust. Znowu sięgnął po wino. Szczodrze posypał pieprzem kurczaka z jajkiem i napchał sobie nim usta. Nalał wina do kieliszka. Stopniowo przyspieszał tempo, więc w butelce została już tylko resztka wina.
Sakyō przymknął oczy i przypomniał sobie swój występ sprzed trzech dni. Uważał, że był doskonały, ale publiczność przyjęła go chłodno. Tańczył solo, więc była to wina tylko jego samego. Był zadowolony i z choreografii, i z wykonania, ale aplauz skończył się, gdy tylko kurtyna opadła, i nie było żadnych oklasków na stojąco. Tancerz stracił wtedy wszystkie siły i czuł się, jakby mu wyrwano duszę.
– Żeby nie zabrakło czasu na rozmowę potem, pozwolę sobie podać już panu ryż – oznajmił Nagare i postawił na stole dwa ceramiczne garnczki.
– Przepraszam, te potrawy są tak smaczne, że zupełnie…
– Dziś mamy ryż z krabami. Użyłem do nich masła, więc wyszło coś podobnego do pilawu – mówił Nagare.
Do miseczki nałożył ryżu z garnka z ceramiki Shigaraki i postawił ją przed gościem. Sakyō wciągnął powietrze nosem.
– Rzeczywiście, ten zapach może się kojarzyć z kuchnią zachodnią.
– I pomyślałem, że zachodnia zupa będzie do tego bardziej pasować niż misoshiru.
Kucharz podniósł pokrywkę z drugiego garnczka i gość zobaczył gęstą zupę z mnóstwem warzyw.
– Ach, to minestrone, prawda?
– No, coś w tym stylu. To taka „podwójna zupa”, jak to się teraz mówi o ramenie. Zrobiłem japoński wywar z wodorostów konbu i suszonych sardynek, a do tego dodałem bulion ugotowany na kościach wołowych, poza tym wrzuciłem posiekane warzywa i bekon. Zostawię tu oba garnki, więc proszę się częstować bez skrępowania.
– Ja bardzo lubię minestrone.
Sakyō wziął do ręki miseczkę i wypił łyk zupy.
– Jak już pan skończy, zaprowadzę pana do naszego biura. Zostawiam też herbatę.
Nagare postawił na stole pokaźny kubek i się wycofał. Tymczasem Sakyō pochłaniał pilaw i wyjadał zupę, aż wreszcie, po krótkiej chwili wahania, wziął sobie dokładkę jednego i drugiego. Wcześniej nie był przekonany, że pachnący masłem pilaw będzie pasował na zakończenie czysto japońskiego posiłku, ale okazało się, że w ogóle nie było problemu. To chyba dzięki tej zupie. Pomyślał, że to nie smak był taki stymulujący, tylko raczej aromat. I to nawet nie o to chodzi, że jest taka spicy, bo mocno przyprawiona. Powiedzieć, że ma w sobie głębię, to może pewna przesada, w każdym razie zupa o tak głębokim smaku miękko wzięła w objęcia ten wyrazisty pilaw.
Sakyō był zwolennikiem kuchni francuskiej i już nawet nie pamiętał, kiedy ostatnio odłożył pałeczki z takim poczuciem doskonałego nasycenia. Myśląc o przeszłości, złożył dziękczynnie ręce, po czym sięgnął po kubek z herbatą.
– Czy możemy już przejść do biura?
– Dziękuję za poczęstunek. Zjadłem z wielką przyjemnością.
Sakyō uniósł się z krzesła i skłonił się lekko.
– Przepraszam, że tak pana pospieszam.
– Nie, nie. To ja trochę się zasiedziałem – odpowiedział i wstał, wycierając chustką kropelki potu na czole.
Nagare zapukał do drzwi ich biura detektywistycznego na końcu długiego, wąskiego korytarza i Koishi natychmiast zaprosiła ich do środka.
– Dalej to moja córka się panem zajmie.
Kucharz obrócił się na pięcie i wrócił do jadłodajni, a Sakyō wszedł do biura i siadł na środku długiej kanapy.
– Przepraszam, że musiała pani na mnie czekać.
– Tata dobrze gotuje, prawda?
– Z wielką przyjemnością skosztowałem tych wspaniałych potraw.
– Przejdźmy może od razu do naszej sprawy. Czy mógłby pan to wypełnić?
Siedząca na przeciwko Koishi położyła na stoliku między nimi skoroszyt.
– Oczywiście – odpowiedział i zaczął szybko pisać.
– Tancerze to naprawdę inny gatunek człowieka! Pisze pan tak, jakby tańczył.
Koishi uśmiechnęła się do niego, a on odpowiedział jej uśmiechem, oddając notes.
– Mam to już chyba we krwi. Nawet kiedy myję zęby, zawsze przy tym tańczę przed lustrem.
– Sakyō Kataoka. To pana prawdziwe nazwisko?
– Tak.
– Bo brzmi jak pseudonim artystyczny.
– Coś w tym jest.
– Ale jak to?
Koishi pochyliła się w jego stronę.
– Tak jak tutaj napisałem, rodzina Kataoka od wielu pokoleń zajmuje się teatrem nō. Mój ojciec, Seisetsu, jest ósmą z kolei głową rodu. Gdybym został jego dziedzicem, ja też kiedyś nosiłbym imię Seisetsu.
– Ach, więc pana rodzina to aktorzy nō? I nie było problemu z tym, że pan nie przejął rodzinnego dziedzictwa?
– To nie tak, że nie było problemu – odpowiedział i uśmiechnął się gorzko.
– W nō też się tańczy, więc można powiedzieć, że zajmuje się pan czymś podobnym.
– Nie, nie można tak powiedzieć – odpowiedział stanowczo.
– A czym one się różnią? – zapytała spłoszona Koishi i cofnęła się.
– To są dwie zupełnie inne rzeczy. Nō zawiera taniec japoński, mai, a moja dziedzina to dance, taniec nowoczesny. W tańcu japońskim tancerz porusza się w płaszczyźnie poziomej, a w tańcu nowoczesnym ruch jest trójwymiarowy.
– Trochę rozumiem, a trochę jednak nie rozumiem. Ale zostawmy to już. Jakiej potrawy pan szuka?
– Kakesoba, czyli makaronu gryczanego w czystej zupie.
– To ma być po prostu goły makaron w zupie?
– Tak się tutaj o tym mówi? Tak, chodzi mi o taki makaron na gorąco, bez żadnych dodatków.
– Rozumiem. Ale to nie jest tak, że on wszędzie smakuje tak samo?
– Ja też tak kiedyś myślałem, ale jak sobie teraz próbuję przypomnieć, to jednak tamten miał swój szczególny smak.
– A gdzie go pan jadł? – zapytała i zastygła z długopisem nad kartką.
– W restauracji Wakamiya przy Kagurazaka.
– W szykownych tokijskich restauracjach też podają makaron gryczany? – Koishi przestała pisać.
– Zwykle go tam chyba nie podawali. Myślę, że wtedy to była szczególna okazja.
– Niech mi pan powie o tym coś więcej – poprosiła i jej długopis znów zawisł nad skoroszytem.
– Tak jak wspominałem, odszedłem i zająłem się tańcem nowoczesnym. Oczywiście mój ojciec, Seisetsu, wiele razy przychodził do mnie i przekonywał, żebym powrócił. Często zdarza się, że przychodzi na próby albo że wchodzi do garderoby tuż przed spektaklem, żeby mnie namawiać. A dla mnie taniec to zajęcie na całe życie i nie mam zamiaru wracać do rodu Kataoka. Ileż razy mu mówiłem, że marnuje tylko czas.
– Ja tam się nie znam i nawet nie widzę różnicy między teatrem nō a tańcem nowoczesnym, więc może to zabrzmi głupio, ale czy nie byłoby jednak lepiej, gdyby pan wrócił do nō i przejął schedę? Szkoda mi pana taty.
– To może arogancja z mojej strony, ale ja nie chcę poświęcić mojego życia tylko po to, żeby odziedziczyć tradycyjną sztukę. To jest teatr, który dawno temu stworzył Zeami², więc wszystko jedno, kto to teraz będzie odgrywał, ja czy ktoś inny. Ale z tańcem jest inaczej: to w całości moje dzieło. Też może kiedyś stanie się tradycyjną japońską formą tańca. Ja sam chcę być takim Zeamim – wyjaśnił Sakyō i zacisnął usta.
– To wszystko jest dla mnie za trudne – stwierdziła Koishi i westchnęła głęboko.
– Ojciec zwykle zamienia ze mną tylko parę słów, ale ten jeden raz wyjątkowo zaprosił mnie na jedzenie. To było jakieś trzy lata temu, po spektaklu. Zauważyłem, że ojciec jest na widowni, na balkonie, a kiedy już przedstawienie się skończyło, przyszedł do mnie do garderoby.
– I wtedy poszli panowie do tej restauracji? – zapytała Koishi, pospiesznie zapisując.
– Powiedziałem mu, że on, mistrz teatru nō, może tu pasuje, ale taki biedny tancerz jak ja to już nie bardzo i żebyśmy poszli do jakiegoś baru, ale…
– Ale on pewnie chciał panu coś powiedzieć, prawda?
– Zapewne tak. Pojawiła się butelka wina, zwykłego stołowego, aż dziwne w takim wytwornym miejscu, a do jedzenia podano tylko różne drobne dania, w stylu kiotyjskich zakąsek do sake. Tata nie miał nic szczególnego do powiedzenia, prowadziliśmy taką luźną rozmowę towarzyską.
– Zdaje się, że ojcom często jest trudno porozmawiać szczerze z synami.
– Od dziecka byłem jego uczniem, on moim nauczycielem, więc zawsze mówiłem do niego, używając pełnych szacunku form grzecznościowych – mówił Sakyō ze wzrokiem zawieszonym gdzieś daleko.
– Ojej, formy grzecznościowe w rozmowie z własnym tatą? To musiało być bardzo niewygodne.
– Dla mnie to było naturalne, bo tak zostałem wychowany.
– I wtedy właśnie pojawił się ten makaron gryczany?
– Tak. Ojciec też lubi się napić, więc we dwóch opróżniliśmy dwie butelki wina, białego i czerwonego, a potem podano sobę. Prawie nigdy nie słyszałem od ojca nic na temat moich występów, a wtedy zasypał mnie krytycznymi uwagami.
– Nie znam się na tym zupełnie, ale niech pan powie: jakimi uwagami?
– Powtarzał w kółko, że mój taniec jest zbyt widoczny i inne takie rzeczy bez sensu. No pewnie, że jest widoczny, przecież tańczę na samym środku sceny – mówił Sakyō, uśmiechając się smutno.
– Zbyt widoczny? Aktorzy nō to takie dziwne rzeczy mówią. To dla mnie zbyt wzniosłe, nie rozumiem. – Koishi uśmiechnęła się tak jak on.
– A potem dał sobie spokój, bo widział, że się nie dogadujemy. Coś tam poszeptał z kelnerką i niedługo potem pojawił się ten makaron gryczany, w czystej zupie.
– To chyba musiało być jednak coś innego niż taki goły makaron z taniej jadłodajni.
– W pierwszej chwili poczułem się naprawdę zaskoczony. Specjalnie przyszliśmy do tradycyjnej restauracji w Kagurazaka, podają nam tylko jakieś zakąski, jakbyśmy byli w zwykłym barze, a na koniec na stół wjeżdża sam makaron w zupie. Myślałem, że chyba sobie z nas kpią.
– Ale tak naprawdę to nie był chyba zwykły makaron?
– Kiedy go jadłem, nie miałem wrażenia, że smakuje jakoś niezwykle, ale jak już wyszliśmy z restauracji, stopniowo zaczęło to do mnie docierać.
– Jak smakował?
– Nie mam pojęcia, jak to opisać. Nie umiem go porównać do niczego, że tak smakował albo tak był przyprawiony. Jednego jestem pewien: że smak był naprawdę wykwintny i nigdy dotąd czegoś takiego nie jadłem. Nie miałem wrażenia, że sam makaron był ręcznie robiony, więc pewnie użyli suszonego, ale za to zupa była naprawdę niesamowita. To znaczy, teraz tak to widzę.
– Co do jednego chciałabym się upewnić: czy ta restauracja, Wakamiya, nadal istnieje?
– Niestety, już jej nie ma.
– Można się było spodziewać. Gdyby nadal działała, dowiadywałby się pan u nich.
– Koniecznie chciałem jeszcze raz zjeść makaron taki jak wtedy, więc wybrałem się do Kagurazaki, a tam się okazało, że restauracja już się zamknęła.
– A nie mógł pan zapytać o to taty?
– Nie lubię latać do niego i prosić o pomoc w takich drobnych sprawach.
– Tak myślałam, że pan to powie. A czy w tym makaronie było jeszcze coś charakterystycznego?
– Czy jadła pani kiedyś tokijską sobę w czystej zupie? – zapytał Sakyō.
– Ani razu – odpowiedziała stanowczym tonem.
– No tak. To nie jest taka zupa o łagodnym smaku, jak to się robi w Kioto, to znaczy, że makaron miesza się z zalewą o wyrazistym smaku sosu sojowego. Lubię taką, ale wtedy to było coś jeszcze innego. Zupa była naprawdę klarowna i myślę, że najbardziej odpowiednie określenie to będzie: luksusowa. Jadam czasem udon w Kioto, ale tamta zupa była jeszcze inna.
– Bardzo chciałabym spróbować, co to był za smak.
– Potem w różnych miejscach jadałem sobę, ale tamta była zdecydowanie inna.
– Przydałyby nam się jeszcze jakieś podpowiedzi. Na przykład że smakuje podobnie jak to czy tamto.
– Ja bardzo lubię jeść, więc zastanawiałem się nad tym, ale z niczym mi się nie kojarzy. Trochę na siłę można powiedzieć, że przypomina shio ramen, ramen w słonej zupie. I tak samo po zjedzeniu czułem się rozgrzany.
– A więc słona zupa? Mój tata zawsze mówi, że najtrudniej jest odtworzyć proste potrawy.
– A właśnie…
Sakyō popatrzył w przestrzeń.
– Co takiego?
Koishi zbliżyła do jego twarzy swoją.
– Coś jak ta zupa, którą mnie państwo poczęstowali… Ale nie, to niemożliwe, przecież minestrone to zupełnie co innego niż soba w czystej zupie.
Sakyō się uśmiechnął, a Koishi dokończyła pisać i wzruszyła ramionami.
– Na koniec chciałabym zapytać o jeszcze jedno: dlaczego właśnie teraz chce pan odszukać tę potrawę?
– Ja sam nie całkiem to rozumiem. Już dawno o nim zapomniałem, aż tu bach, nagle zapragnąłem znów zjeść tamten makaron.
– A może przypadkiem zaczął pan myśleć o tym, żeby przejąć dziedzictwo po ojcu?
– Nie, to nie to. Już pani mówiłem, że dla mnie taniec nowoczesny to zajęcie na całe życie. Tylko że…
– Tylko że?
– Ostatnio zauważyłem, że teatr nō to rzeczywiście coś wspaniałego, tak mogę z pewnością powiedzieć. Zawsze myślałem, że taniec i nō to są zupełnie różne rzeczy, ale jednak teraz widzę, że mają wiele wspólnego – mówił Sakyō z roziskrzonym spojrzeniem.
– A jednak. Tak jak mówiłam – zaśmiała się Koishi.
– Nie, nie o to chodzi. Taniec i nō są zupełnie różne. Tyle tylko, że mają coś wspólnego.
– Ale pan uparty – mruknęła Koishi, a uśmiech zamarł jej na ustach.
– Niech pani przyjdzie kiedyś obejrzeć nasz taniec.
– No, jeśli to pomoże nam odnaleźć pana makaron gryczany, to chętnie się wybiorę.
Koishi zamknęła notes.
– Będę państwu bardzo wdzięczny – powiedział Sakyō i skłonił się lekko.
– Myślę, że to nie będzie łatwe, ale mój tata na pewno sobie z tym poradzi – odpowiedziała, po czym wstała i włożyła notes pod pachę.
Wrócili do sali jadalnej, gdzie czekał na nich Nagare.
– Wypytałaś o wszystko jak trzeba? – zagadnął córkę, wstając z krzesła.
– Owszem, wypytać wypytałam, ale obawiam się, że to nie będzie łatwa sprawa.
– Przepraszam, że proszę państwa o coś tak trudnego.
Sakyō ukłonił się obojgu.
– Ależ nie, to właśnie tymi trudnymi sprawami warto się zajmować. – Nagare się uśmiechnął.
– To tylko teraz jesteś taki mocny w gębie – zauważyła Koishi, zerkając na twarz ojca.
Sakyō wyjął portfel z kieszeni.
– Poproszę o rachunek.
– Wystarczy potem, razem z opłatą za nasze śledztwo.
– Ach tak? A kiedy mam przyjść następnym razem?
– Za mniej więcej dwa tygodnie. Skontaktujemy się z panem.
– Rozumiem. Ponieważ mam zaplanowane występy, być może poproszę o przesunięcie naszego spotkania o dzień czy dwa. W każdym razie będę państwu bardzo wdzięczny za zajęcie się tym.
Tancerz skłonił się głęboko jeszcze raz i otworzył drzwi.
– To państwa kot? – zapytał, głaszcząc po główce rudego, pręgowanego kocurka.
Koishi zerknęła z ukosa na Nagarego.
– Można powiedzieć, że nasz, ale tata zawsze krzyczy, że nie wolno wpuszczać zwierząt do miejsca, gdzie się podaje jedzenie.
– To chyba oczywiste.
– A ma jakieś imię?
– Nazywamy go Ospaluch – odpowiedziała.
Sakyō pomachał do kota.
– Cześć, Ospaluszku, przyjdę kiedyś znowu.
– Naprawdę taka trudna sprawa? – zapytał Nagare, gdy weszli z powrotem do jadłodajni.
– Myślę, że najtrudniejsza jak dotąd – odparła Koishi.
– A co to ma być?
– Kakesoba.
– Kakesoba? Taki goły makaron gryczany?
– No.
– A to będzie trudna sprawa.
– Prawda? A w dodatku klient został nim poczęstowany w tradycyjnej restauracji w Kagurazace, w Tokio.
– No to przyjęłaś naprawdę trudne zlecenie.
Nagare skrzywił się, jakby zjadł coś gorzkiego.¹ Jap. soba oznacza zarówno roślinę, grykę, jak i makaron, który robi się z mąki gryczanej, zwykle z dodatkiem mąki pszennej (choć robi się również sobę z samej mąki gryczanej). Makaron taki podaje się w zupie i najprostsza wersja to właśnie kakesoba – makaron zalany czystą zupą, bez dodatków. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
² Zeami (ok. 1363–ok. 1443) był jednym z najważniejszych twórców japońskiego teatru nō, aktorem, autorem sztuk oraz tekstów teoretycznych na temat tego teatru.