Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Kamogawa. Tropiciele smaków - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
21 maja 2026
E-book: EPUB, MOBI
44,90 zł
44,90
4490 pkt
punktów Virtualo

Kamogawa. Tropiciele smaków - ebook

Za jakimi smakami tęsknimy? Co pamiętamy z przeszłości? Czy bardziej brakuje nam niezapomnianej potrawy czy raczej osoby, która nam ją kiedyś przyrządziła lub w której towarzystwie się nią cieszyliśmy?

Mała rodzinna restauracja gdzieś przy bocznej uliczce w Kioto. Nagare Kamogawa, emerytowany policjant, zajmuje się gotowaniem, a jego córka sprawami administracyjnymi. Ale na zapleczu prowadzą jeszcze jedną działalność – poszukują smaków z przeszłości.

Kiedy pojawia się osoba tęskniąca za jednym konkretnym smakiem, detektywi ruszają do akcji, aby odtworzyć danie. Jak to robią? Jak wszyscy detektywi: szukają w przeszłości, sprawdzają i wypytują: kto przyrządzał to danie? Gdzie wtedy mieszkał? W którym sklepie kupował składniki?

Czuła historia nietypowego duetu detektywów i nostalgiczna eksplozja japońskich smaków już od pierwszej strony.

Pozostałe tytuły z serii: „Kamogawa. Drugie danie”, „Kamogawa. Menu szczęścia”.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna obca
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8435-082-9
Rozmiar pliku: 1,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1
NABEYAKI UDON – UDON W KOCIOŁKU

1

Hideji kuboyama minął świątynię higashi honganji i machinalnie postawił kołnierz płaszcza. W powietrzu tańczyły suche liście, niesione przez zimny wiatr.

– Jak to mówią, ciągnie chłód z góry Hiei – mruknął sam do siebie.

Czekając, aż światło zmieni się na zielone, Kuboyama zmarszczył brwi. Z gór, które otaczają od trzech stron położone w kotlinie Kioto, wiał przenikliwy wicher i panował słynny kiotyjski ziąb. W Kobe, gdzie Kuboyama urodził się i wychował, też wieje wiatr z góry Rokkō, jednak natężenie zimna jest tam inne.

Przeszedł na ulicę Shōmen i spojrzał na wschód: góry Higashiyama były białe, lekko przyprószone śniegiem, jakby ktoś je upudrował.

– Przepraszam, czy w tej okolicy jest może taka mała restauracja, nazywa się Jadłodajnia Kamogawa? – Kuboyama zagadnął listonosza, który właśnie przejeżdżał tędy na swoim służbowym czerwonym rowerze.

– Państwo Kamogawa? To jest za tym rogiem, drugi budynek – odpowiedział listonosz profesjonalnym tonem i machnął ręką w prawo.

Kuboyama przeszedł na drugą stronę ulicy i wkrótce zatrzymał się przed niewielkim, piętrowym domkiem, który wyraźnie nie został zbudowany jako restauracja, ale widać było, że miał kiedyś okno wystawowe i szyld. Na ścianie białą farbą niestarannie wymalowano dwa prostokąty. A jednak nie robił wrażenia opustoszałego, przeciwnie, czuło się ludzkie ciepło i atmosferę prężnie działającej restauracji.

Swoim niezachęcającym wyglądem budynek być może odstraszał osoby nietutejsze, ale wokół unosił się charakterystyczny dla restauracji aromat, który zachęcał do wejścia, a ze środka dolatywały strzępki rozmów i śmiech.

– To pasuje do Nagarego.

Kuboyama przypomniał sobie tamte dni, które spędzał ze swoim partnerem z pracy, Nagarem Kamogawą. Teraz już obaj odeszli z policji, ale to młodszy od niego Nagare wycofał się pierwszy.

Jeszcze raz obrzucił wzrokiem restaurację, po czym otworzył przesuwne drzwi z aluminium.

– Zaprasza… O rety, to wujek Kuboyama!

Koishi, która właśnie szła z okrągłą tacą w ręku, stanęła jak wryta.

Kuboyama znał jedyną córkę Nagarego Kamogawy, Koishi, od dziecka.

– Dawno się nie widzieliśmy, Koishi. Ależ wypiękniałaś – odpowiedział, zdejmując płaszcz.

– To ty, Hide? – Nagare najwyraźniej usłyszał jego głos, bo wyszedł od razu z kuchni w białym fartuchu.

– A więc tutaj się skrywałeś! – Kuboyama zwrócił do niego uśmiechniętą twarz.

– Że też udało ci się nas znaleźć! Siadaj, proszę. Skromna ta nasza knajpka, ale…

Nagare przetarł szmatką czerwone siedzenie składanego krzesła.

– Moje wyczucie chyba nadal działa.

Kuboyama chuchnął na zgrabiałe z zimna ręce i usiadł.

– Ile to lat się nie widzieliśmy?

Nagare zdjął z głowy białą czapkę kucharską.

– Chyba od pogrzebu twojej żony.

– Dziękuję, że o niej pamiętasz – odpowiedział Nagare i się ukłonił, a Koishi zaraz dołączyła do niego.

– Dacie mi coś do zjedzenia? Strasznie zgłodniałem – poprosił Kuboyama, zerkając na młodego mężczyznę obok, który z apetytem wymiatał jedzenie z miski.

– Osoby, które są u nas po raz pierwszy, zwykle prosimy, żeby zdały się na nas w wyborze dań – wyjaśnił Nagare.

– W porządku – odparł Kuboyama, patrząc mu w oczy.

– Zaraz coś przygotuję. Zechciej trochę poczekać.

Nagare założył z powrotem czapkę i skierował się do kuchni.

– Tylko bez makreli! – krzyknął za nim Kuboyama i siorbnął łyk herbaty.

– Wiem przecież. Znamy się nie od dziś – odpowiedział Nagare, odwracając się na chwilę.

Tymczasem Kuboyama rozglądał się po restauracji. Przy ladzie barowej, która rozdzielała część dla gości od kuchni, było pięć miejsc, ale siedział tam tylko jeden mężczyzna. Poza tym były cztery stoły, na razie puste. Ani na ścianie, ani na stołach nie było widać niczego, co można by uznać za menu. Duży zegar naścienny wskazywał dziesięć po pierwszej.

– Koishi, mogę dostać herbaty?

Mężczyzna odstawił opróżnioną miskę na stół.

– Wiesz co, Hiro, nie powinieneś jeść tak szybko. To źle wpływa na trawienie.

Koishi nalała mu herbaty z czajniczka z ceramiki Kiyomizu.

– Jak tak na nią patrzę, to myślę sobie, że chyba jeszcze nie wyszła za mąż – powiedział Kuboyama, zerkając na nią i na mężczyznę zwanego Hiro.

– Ma za wysokie wymagania, ot co – odpowiedział Nagare, który właśnie wszedł z potrawami na tacy. Koishi popatrzyła na niego ze złością.

– Ależ to prawdziwa uczta! – Kuboyama otworzył szeroko oczy.

– Nie ma tu nic specjalnego. Jak to się teraz mówi, kiotyjska kuchnia domowa. Dawniej nie uważano, że coś takiego można podawać klientom i przyjmować za to pieniądze. Pomyślałem, że pewnie masz ochotę na takie właśnie jedzenie.

Nagare zdejmował z tacy miseczki i talerzyki i ustawiał je na stole.

– Pierwsza klasa! Ty też ani trochę nie straciłeś wyczucia.

Patrząc, jak Kuboyama odprowadza wzrokiem talerzyki, Nagare zaczął opowiadać.

– Wodorosty arame duszone z usmażonym na rumiano tofu. Kotleciki z okary. Liście chryzantemy z białym dressingiem z tofu. Sardynki gotowane z pieprzem z żółtodrzewu, to się nazywa „tak jak w Kuramie”. Pulpety z tofu z warzywami. Boczek wieprzowy gotowany w kiotyjskiej herbacie bancha. Świeża yuba, skórka z tofu, z marynowaną śliwką. Do tego ogórki zakiszone w otrębach ryżowych, Koishi sama kisiła. No, może to jest w tym wszystkim najciekawsze: najlepszy ryż z Shigi, ugotowany na lekko twardo, i misoshiru, zupa z miso, z ziemniakami taro, odmiany nazywanej krewetkową. Bardzo proszę, jedz sobie bez pośpiechu. Jeśli chcesz, dodaj do zupy mielonego pieprzu z żółtodrzewu, od razu się rozgrzejesz.

Kuboyama słuchał z błyszczącymi oczyma i potakiwał każdemu słowu.

– Wujku, jedz, proszę, póki gorące.

Poganiany przez Koishi nasypał sobie pieprzu do zupy i podniósł miseczkę. Najpierw wypił łyk płynu, potem wziął kawałek ziemniaka, pogryzł go dobrze i pokiwał głową z uznaniem.

– Pyszne, ugotowane w sam raz i cieplutkie.

Trzymając w lewej ręce zrobioną z cienkiej ceramiki miseczkę z ryżem, Kuboyama przez chwilę błądził pałeczkami i sięgał to do tego, to do tamtego talerzyka.

Nałożył sobie na ryż kawałek dobrze przesiąkniętej sosem wieprzowiny, po czym wziął go do ust i przeżuł, a twarz rozjaśniła mu się uśmiechem. Następnie wziął kotlecik z okary i głośno chrupał, jedząc dobrze usmażoną panierkę. Pulpety z tofu były tak soczyste, że aż z ust mu pociekł delikatny bulion, w którym były gotowane. Nie odkładając pałeczek, wytarł wargi wierzchem dłoni.

– Może dokładkę ryżu? – zapytała Koishi.

– Dawno nie jadłem takiego dobrego – powiedział, uśmiechając się szeroko, i postawił miseczkę na podsuniętej mu okrągłej tacy.

– Niech wujek je ile wlezie! – odpowiedziała i pospieszyła do kuchni.

Po chwili wychynął stamtąd Nagare i stanął obok gościa.

– Takie to proste jedzenie, nie wiem, czy ci smakuje?

– Jest naprawdę wspaniałe. Nie do wiary, że tak gotuje zwykły śmiertelnik, taki sam jak ja.

– No już nie przesadzaj. Teraz jestem zwykłym starszym panem ze skromnej knajpki – odpowiedział, spuszczając wzrok.

– Wujku, a co wujek teraz porabia? – wtrąciła się do rozmowy Koishi, która właśnie wróciła z miseczką pełną ryżu.

– Dwa lata temu przeszedłem na emeryturę. Teraz jestem w zarządzie pewnej firmy ochroniarskiej w Osace.

Kuboyama popatrzył z apetytem na biały ryż i sięgnął pałeczkami po lśniące ziarenka.

– Ładnie, ładnie. Widzę, że wylądowałeś na ciepłej posadce. Ale nic się nie zmieniłeś. Nadal masz ten świdrujący wzrok.

Spojrzeli na siebie i obaj wybuchnęli śmiechem.

– Dobra jest ta lekka goryczka liści chryzantemy. Taki smak to chyba tylko w Kioto.

Kuboyama pałaszował zielone liście unurzane w białym dressingu z tofu, które położył sobie na ryżu, a do tego chrupał zakiszone ogóreczki.

– Jeśli chcesz, nalejemy ci na ryż herbaty, żebyś miał ochazuke, i nałóż na to jeszcze trochę tych sardynek. Koishi, przynieś gorącą herbatę prażoną, hōjicha.

Jakby tylko na to czekała, dziewczyna podeszła zaraz z czajniczkiem z ceramiki Banko.

– W Kioto mówi się, że to są sardynki jak z Kuramy. A u nas, jeśli coś się gotuje z pieprzem z żółtodrzewu, to się nazywa „jak z Arimy”.

– No tak, i Kurama, i Arima słyną z uprawy żółtodrzewu.

– No proszę, nie wiedziałam – powiedziała Koishi.

Kuboyama zjadł ryż z herbatą do ostatniego ziarenka, po czym sięgnął po wykałaczkę i wreszcie odetchnął głęboko.

Na prawo od lady wisiała granatowa zasłonka, za którą było wejście do kuchni. Kiedy Nagare wchodził i wychodził, widać było, że obok kuchni jest pokoik w stylu japońskim, wyłożony tatami na podłodze, a pod ścianą stoi okazały ołtarzyk buddyjski.

– Mogę się pomodlić za nieboszczkę? – poprosił Kuboyama, a Koishi od razu go tam zaprowadziła. Położyła mu ręce na ramionach i bacznie przyjrzała się jego twarzy.

– Wujek chyba trochę odmłodniał?

– Nie kpij sobie ze mnie. Już mi sześćdziesiątka stuknęła.

Kuboyama zapalił laseczkę kadzidła i włożył je do kadzielnicy na ołtarzu, po czym usiadł na poduszce ułożonej na matach.

Nagare popatrzył na ołtarz i skłonił się lekko.

– Dziękuję ci, to bardzo miłe z twojej strony.

– Ona cały czas patrzy, jak pracujesz, i pomaga ci.

Kuboyama usiadł wygodniej i podniósł wzrok na Nagarego, który stał w wejściu.

– Oj, pilnuje mnie jak tylko może – zaśmiał się tamten.

– Muszę ci powiedzieć, że nie spodziewałem się tego zupełnie: Nagare kucharzem!

– A właśnie, chciałem cię zapytać: jak nas znalazłeś?

Nagare usiadł koło niego na matach.

– Nasz prezes jest wielkim smakoszem i namiętnie czyta pismo „Kulinarne Wiosny i Jesienie”. W sali konferencyjnej jest tego cały stos. Zobaczyłem tam waszą reklamę i od razu skojarzyłem.

– Wszyscy zawsze mówili, że z ciebie jest chytry wąż! Ogłoszenie to była raptem jedna linijka, bez adresu, a ty się zorientowałeś, że to moja knajpa, i dotarłeś tutaj, spryciarzu – powiedział Nagare i w niedowierzaniu pokręcił głową.

– Na pewno miałeś w tym jakiś zamysł, w końcu to twoja restauracja, ale czy trochę bardziej czytelna reklama nie byłaby jednak lepsza? Kto tutaj dotrze na podstawie takiego ogłoszenia, chyba tylko ja?

– I tak wystarczy. Ale byśmy mieli kłopot, gdyby tak wszyscy zaczęli nas odwiedzać.

– Ty to zawsze byłeś dziwny.

– Czyżbyś chciał odnaleźć jakiś smak z przeszłości?

Koishi stanęła obok Nagarego i przyjrzała się badawczo gościowi.

– Właściwie to tak. – Kuboyama uśmiechnął się kącikami ust.

– Nadal mieszkasz przy Teramachi? – zapytał Nagare i wstał, by podejść do zlewu.

– Cały czas tak samo, koło świątyni Jūnenji. Codziennie rano idę wzdłuż Kamogawy aż do dworca Demachiyanagi i tam wsiadam w linię Keihan. Firma jest w Osace, przy stacji Kyōbashi, więc mam wygodny dojazd. Ale wiesz co, ciężko już mi się siedzi tak na matach. Jak się ma tyle lat co ja, trzeba się słuchać własnego ciała.

Kuboyama skrzywił się lekko i wstał ostrożnie, po czym wrócił do swojego miejsca przy stole.

– Mam to samo. W rocznicę śmierci Kikuko zapraszam kapłana, żeby się pomodlił, i zawsze ledwo mogę wytrzymać to siedzenie.

– To ty jesteś dobry, bo u mnie nie było kapłana już od ładnych paru lat. Nieboszczka pewnie się gniewa.

Kuboyama z kieszeni marynarki wyjął papierosy i popatrzył pytająco na Koishi.

– U nas nie ma zakazu palenia, mi to nie przeszkadza – powiedziała i postawiła na stole aluminiową popielniczkę.

– Przepraszam, mogę zapalić jednego? – Z papierosem w palcach Kuboyama zwrócił się grzecznie do Hiro.

– Ależ proszę bardzo – wyszczerzył się tamten i jakby naraz coś sobie przypomniał, też wyjął swoją paczkę.

– Dopóki człowiek jest młody, to jeszcze nie tak źle, ale w naszym wieku należałoby już rzucić palenie – wtrącił się Nagare zza baru.

– Wszyscy mi to mówią.

Kuboyama niespiesznie wydmuchnął siwy dym z papierosa.

– Ożeniłeś się po raz drugi?

– A widzisz, ja właśnie dlatego was znalazłem. Chciałem cię prosić o odnalezienie pewnego smaku – odpowiedział i zdusił niedopałek papierosa w popielniczce.

– Dziękuję! Kotlet był bardzo dobry.

Hiro zamaszyście położył na ladzie pięćsetjenówkę i z papierosem w ustach wyszedł z restauracji. Kuboyama powiódł za nim wzrokiem.

– To twój luby?

– Co też wujek mówi. Klient jak każdy inny. Szef kuchni w restauracji sushi, tu obok – odpowiedziała zarumieniona Koishi i klepnęła go w plecy.

– Przepraszam, że ja tak formalnie, Hideji, ale szefową naszego biura detektywistycznego jest Koishi. Możesz z nią porozmawiać? Idźcie do biura, tam w głębi.

– Ach tak? Bardzo dobrze. Koishi, mogę cię prosić?

Kuboyama zgiął się w ukłonie.

– Niech wujek zaczeka chwilkę. Przygotuję się i zaraz przyjdę.

Koishi zdjęła fartuch i szybko weszła do kuchni.

– A ty, Nagare, cały czas wiedziesz życie wdowca?

Kuboyama znów rozsiadł się wygodnie.

– Cały czas, ale to przecież dopiero pięć lat. Gdybym tu sobie kogoś sprowadził, nieboszczka gotowa jest wyjść i mnie straszyć – zaśmiał się Nagare i dolał mu herbaty.

– No tak, to jeszcze wcześnie. Chieko zmarła dokładnie piętnaście lat temu. Teraz już mi chyba wybaczy?

– Aż tyle minęło? Czas szybko leci. Pamiętam, jakby to było wczoraj: byłem u was na kolacji i Chieko wszystko sama przyrządziła.

– Pod innymi względami różnie bywało, ale jeśli chodzi o gotowanie, była mistrzynią.

Kuboyama westchnął z cicha i na chwilę zapanowało milczenie.

– Możemy zacząć?

Nagare wstał z miejsca, a Kuboyama poszedł w jego ślady.

Po drugiej stronie lady barowej, naprzeciwko granatowej zasłonki, były małe drzwi. Nagare je otworzył i zobaczył długi, wąski korytarz. To pewnie tam gdzieś kryło się owo biuro detektywistyczne. Ściany po obu stronach obwieszono zdjęciami potraw.

– To wszystko ty sam ugotowałeś? – zapytał Kuboyama, podążając za gospodarzem.

– Niektóre nie są moje, ale większość tak. – Nagare odwrócił się do niego. Kuboyama się zatrzymał.

– A to?

– W ogródku z tyłu suszę ostre papryczki, tak naturalnie, na słońcu. Próbuję robić to tak jak Kikuko, ale różnie to wychodzi.

– Chieko też robiła coś takiego. Zawsze myślałem wtedy, ile to z tym zachodu – odpowiedział Kuboyama i poszedł dalej.

Nagare otworzył drzwi.

– Koishi, przyprowadziłem klienta.

– Przepraszam, że cię męczę, wujku, ale czy mógłbyś to wypełnić?

Usiedli na kanapach ustawionych wokół niskiego stolika i Kuboyama wziął od Koishi skoroszyt z notatkami.

– Nazwisko, wiek, data urodzenia, obecny adres, zawód… Czuję się, jakbym wypełniał dokumenty do ubezpieczenia – zaśmiał się.

– Możesz nie pisać aż tak dokładnie, wujku, przecież cię znamy.

– O nie, tak nie można. Byłem funkcjonariuszem służby publicznej i tego się nie zapomina – odpowiedział, oddając jej skoroszyt.

– Jesteś taki porządny jak dawniej.

Koishi przejrzała szybko formularz wypełniony jego wyraźnym, starannym pismem i się wyprostowała.

– Jaką potrawę mamy wytropić?

– Udon w kociołku.

– A dokładniej? – Koishi otworzyła notatnik.

– Taki, jak robiła moja żona przed laty.

– Zmarła już chyba dość dawno temu?

– Piętnaście lat.

– I pamiętasz ten smak nawet teraz, wujku?

Kuboyama już chciał przytaknąć, ale zatrzymał się i pokręcił głową w zamyśleniu.

– Pamiętam z grubsza, jaki smak i jakie dodatki, ale…

– Ale kiedy próbowałeś go odtworzyć, nie wychodził taki sam, czy o to chodzi?

– Od razu widać, że jesteś córką Nagarego, co za siła dedukcji!

– Wujku, czy wujek może prosił swoją nową żonę o to, żeby mu taki udon ugotowała?

– A co, nie można?

– Oczywiście, że nie można! To strasznie nieuprzejme, prosić nową żonę, żeby gotowała takie same potrawy jak poprzednia żona.

– Jeśli chodzi o wyciąganie pochopnych wniosków, jesteś taka sama jak Nagare! Ja rozumiem, że grubiański ze mnie typ, ale czegoś takiego to nawet ja bym nie zrobił. Po prostu prosiłem ją, żeby zrobiła mi dobry udon w kociołku. Oraz nie, jeszcze nie ożeniłem się po raz drugi. W mojej firmie pracuje na niższym stanowisku taka dziewczyna, z którą bardzo dobrze się dogadujemy, a tak się miło składa, że też jest samotna, po rozwodzie. Czasami wpada do mnie i coś gotuje.

– To dlatego wyglądasz, jakbyś odmłodniał? To się nazywa miłość – mruknęła Koishi, zerkając na niego kpiąco.

– W tym wieku to już nie są żadne romanse. Po prostu mam kogoś, z kim mogę napić się herbaty – powiedział Kuboyama z zawstydzonym uśmiechem. – Nazywa się Nami Sugiyama, a wszyscy mówią o niej po prostu „nasza Nami”. Jest ode mnie młodsza o ponad dziesięć lat, ale jeśli chodzi o pracę, to ona ma o wiele więcej doświadczenia niż ja. Sama prowadzi księgowość i prezes ma do niej duże zaufanie. Doskonale się z nią czuję. Chodzimy czasem do kina, czasem zwiedzamy świątynie, jak to w Kioto, i dobrze się razem bawimy.

– Czyli przeżywasz drugą młodość, wujku – zaśmiała się Koishi.

– Nami mieszka teraz w Yamashinie, ale jej rodzice są z Takasaki, w prefekturze Gunma. Dwa miesiące temu jej matka zmarła i ojciec został sam. Dlatego Nami mówi, że wróci do Takasaki, żeby się nim zaopiekować.

– I sama tam pojedzie?

– Zapytała mnie, czy nie pojechałbym z nią – odpowiedział zarumieniony Kuboyama.

– Gratulacje! Czyli to ona ci się oświadczyła – powiedziała Koishi i zaklaskała w dłonie.

– Mój syn też nie ma nic przeciwko temu, więc jestem gotów z nią pojechać. Jest tylko jeden problem: jedzenie. No bo ona jest przecież z regionu Kantō – wyjaśnił Kuboyama zachmurzony.

– I tu się pojawia problem z udonem w kociołku?

– Nie chcę się przechwalać, ale Nami naprawdę świetnie gotuje. Nie tylko japońskie potrawy, chociaż jej mięso duszone z ziemniakami albo ryż gotowany z dodatkami są pyszne, ale i zachodnie: ryż z sosem curry, a hamburgery robi takie, że te z restauracji nawet się nie umywają. Chińszczyznę też potrafi zrobić: pierożki gyōza albo bułeczki z mięsnym nadzieniem, gotowane na parze. Większości tego, co gotuje, nie można nic zarzucić. Jest o wiele lepsza niż kucharze z przeciętnych restauracji. Za to nie wiem dlaczego, ale udon z kociołka zupełnie jej nie wychodzi. Stara się ze wszystkich sił, ale nawet nie ma porównania z tym udonem, który dawniej jadałem. A udon z kociołka to dla mnie największy przysmak. I tego właśnie…

– Już rozumiem. Tata postara się zrobić go dla ciebie. Zdaj się na nas! – Koishi uderzyła się małą piąstką w pierś.

– Na was? Chyba na twojego tatę. – Kuboyama uśmiechnął się krzywo.

– Czy możesz powiedzieć coś więcej? Jaka była zupa, jakie dodatki?

Koishi chwyciła długopis, gotowa do notowania.

– Zupa, hm, taka jak zwykle podają w Kioto w knajpkach z udonem. Dodatki? Nic niezwykłego, po prostu: kurczak, szczypiorek, kamaboko – pasta rybna w plasterkach, grube kluski pszenne, grzyby shiitake, tempura z krewetek, jajko, i tyle.

– A same kluski jakie były?

– Teraz popularny jest udon z Sanuki, ale ja lubię inny, nie aż tak solidny. Miększy, wiesz, taki raczej giętki.

– Czyli taki właśnie, jak podaje się w Kioto. Już mniej więcej rozumiem, ale powiedz jeszcze, wujku: pewnie wyjaśniłeś Nami, o jaki efekt ci chodzi? A mimo tego wychodziło jej coś innego, tak? To możemy z tym mieć kłopot – mówiła Koishi, marszcząc brwi.

– Sam nie wiem, o co chodzi: czy składniki są teraz jakieś inne, czy przyprawiała inaczej?

– A czy twoja żona mówiła ci, gdzie zwykle kupowała kluski albo inne składniki?

– Ja to się tym nigdy nie interesowałem, ale… Zaraz, czekaj, pamiętam, że mamrotała coś tam masu, coś tam suzu, i jeszcze fuji coś tam coś tam…

– Masu, suzu, fuji, a co dalej? – Nie wypuszczając długopisu z dłoni, Koishi spojrzała na niego.

– Kiedy się zbierała na zakupy, zawsze mruczała pod nosem te słowa jak modlitwę, jeszcze teraz dźwięczą mi w uszach.

– A coś jeszcze? Pamiętasz smak?

– Pamiętam, że na sam koniec był gorzki.

– Gorzki? Udon w kociołku?

– To znaczy, nie same kluski były gorzkie, tylko w ostatnich kęsach była jakaś gorycz… Ale może coś pokręciłem, pomyliło mi się z jakimś innym jedzeniem.

– W każdym razie myślę, że udon w kociołku zwykle nie jest gorzki – mówiła Koishi, przeglądając swoje notatki.

– Chciałbym ostatni raz zjeść porządny udon w glinianym kociołku i wtedy będę mógł spokojnie przenieść się do Takasaki. Jak to mówią, kiedy wejdziesz między wrony, musisz krakać tak jak one. W Takasaki będę musiał przyzwyczaić się do tamtejszego jedzenia.

– Dobra. Możesz na nas liczyć – powiedziała Koishi i zamknęła notatnik.

Kiedy wyszli z części biurowej, Nagare wyłączył telewizor.

– Dowiedziałaś się wszystkiego?

– Chciałabym powiedzieć, że tak – odpowiedziała, a w jej głosie słychać było brak przekonania.

– To chyba będzie ciężki przypadek. Oby nie okazał się zagadką nie do rozwiązania – mruknął Kuboyama i poklepał Nagarego po ramieniu.

– Przecież od tego zależy dobry początek nowego życia wujka Kuboyamy! – dorzuciła Koishi i też klepnęła swojego tatę w plecy.

– Zrobimy, co tylko się da – zapewnił Nagare, marszcząc brwi, i zgiął się w ukłonie.

– Mogę prosić o rachunek?

Kuboyama zarzucił sobie płaszcz na ramiona i wyjął z kieszeni portfel.

– Ależ co ty mówisz! Złożyłeś taką hojną ofiarę dla nieboszczki, a ja nawet nie mam jak ci się zrewanżować. Przyjmij chociaż ten poczęstunek.

– O rety, naprawdę to zauważyłeś? A specjalnie schowałem pod kadzielnicą.

– Jak mógłbym nie zauważyć takiego podejrzanego zachowania.

Kuboyama i Nagare spojrzeli po sobie i wybuchnęli śmiechem.

– Wujku, czy następnym razem możesz przyjść do nas za dwa tygodnie? – zapytała Koishi.

– Za dwa tygodnie? Akurat będę miał wolne w pracy, więc w sam raz.

Kuboyama otworzył kalendarzyk i poślinionym ołówkiem zaznaczył dzień.

– Przypomina mi się, jak dawniej prowadziliśmy śledztwo i przepytywaliśmy świadków.

Nagare zmrużył oczy.

– Trudno się wyzbyć dawnych nawyków.

Kuboyama włożył kalendarzyk do wewnętrznej kieszeni płaszcza, a kiedy wychodził z restauracji, pręgowany kot uciekł mu spod nóg.

– Hej, co ty robisz, Ospaluchu? Wujka nie musisz się bać.

– To wasz kot? Nie było go tu przed chwilą.

– Zamieszkał tu jakieś pięć lat temu. Ciągle śpi w dzień, dlatego nazwałam go Ospaluchem. Nie ma z nami lekko, bo tata go zawsze odpędza.

– Ja go wcale nie odpędzam. Ja tylko mówię, że kot nie może mieszkać sobie w miejscu, w którym podaje się potrawy klientom.

Nagare gwizdnął na leżącego po drugiej stronie uliczki zwierzaka, ale ten uparcie udawał, że go wcale nie słyszy.

– Pójdę już. Pamiętajcie o moim udonie, proszę – pożegnał się Kuboyama i skierował się na zachód.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij