Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Karaluch - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
21 marca 2026
19,00
1900 pkt
punktów Virtualo

Karaluch - ebook

Samotność nie jest wyborem. Pogardy nie da się ujarzmić. Wrocławskie blokowisko, a w nim Nikodem Walczak – inteligentny i pracowity absolwent filozofii, który właśnie znalazł nową pracę. W redakcji plotkarskiego portalu "Różowe Okulary" zdaje się być perłą pośród mułu: nie podchodzi z ironią do pisania artykułów, traktuje nowe zajęcie z maksymalną powagą. Jego zaangażowanie jawi się innym jako niezręczne. Zbyt wzorcowe. Ale z drugiej strony – czy pracy, jakakolwiek by ona nie była, nie należy wykonywać jak najrzetelniej? Tylko czy Walczakowi faktycznie chodzi tylko o pracę? "Karaluch" przygląda się jednostce wystawianej przez los na najcięższe próby. Jednostce zacietrzewionej, przekonanej o tym, że wszystkie swoje nienawistne uczucia trzyma na smyczy – i w konsekwencji przesuwającej granice tego, co etyczne, moralne, usprawiedliwione. Czy można ją za to wyłącznie potępiać? A może każdy z nas jest kilka kroków od zostania Walczakiem?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna polska
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788396853226
Rozmiar pliku: 709 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Zli­czy­łem już ich wszyst­kich. Na­uczy­ciel, który wraz z dziećmi drwi z ich Boga i z ich ko­ły­ski – jest nasz. Ad­wo­kat, który broni wy­kształ­co­nego za­bójcy, po­wo­łu­jąc się na to, że tam­ten, sto­jąc wy­żej in­te­lek­tu­al­nie od ofiary, mu­siał za­bić, gdyż po­trze­bo­wał pie­nię­dzy – także nasz. Sztu­bacy, któ­rzy za­bi­jają chłopa, aby po­znać wra­że­nia za­bójcy – są nasi. Przy­się­gli, któ­rzy unie­win­niają zbrod­nia­rzy – nasi. Pro­ku­ra­tor, który przed są­dem drży ze stra­chu, czy nie spad­nie nań za­rzut braku li­be­ra­li­zmu – nasz, nasz. Ad­mi­ni­stra­to­rzy, li­te­raci, o, na­szych jest dużo, strasz­nie dużo, cho­ciaż sami oni o tym nie wie­dzą.

– Fio­dor Do­sto­jew­ski, „Biesy”

(prze­kład: Ta­de­usz Za­gór­ski, Zbi­gniew Pod­gó­rzec)PRO­LOG: MA­GA­ZYN

Na­są­czony wodą mop jeź­dził po pod­ło­dze ma­ga­zynu w pod­wro­cław­skim Kieł­czo­wie.

Do­cho­dziła dwu­dzie­sta, a na po­kła­dzie hali nu­mer szes­na­ście krzą­tały się dwie osoby: Ka­sia i Pa­weł. Dziś to na nich wy­pa­dła ko­lej sprzą­ta­nia po­miesz­cze­nia so­cjal­nego na ko­niec zmiany.

– Go­niec na d3! – krzyk­nął sie­dzący w ką­cie chło­pak, skrzy­żo­waw­szy ręce na piersi. Te­atral­nie czuj­nymi oczami wy­pa­try­wał od­po­wie­dzi na ten bły­sko­tliwy ruch.

– Po pierw­sze, de­bilu – dziew­czyna prze­stała na chwilę szo­ro­wać pod­łogę, wy­pro­sto­wała się i od­gar­nęła pa­semko wło­sów z oczu – nie umiesz grać w sza­chy. Po dru­gie, „go­niec na d3” to nie jest pra­wi­dłowy ruch na roz­po­czę­cie. Po trze­cie, na­wet gdy­byś się na­uczył, i tak bym z tobą nie grała.

– Jest po czwarte?

– Tak – rzu­ciła w niego ścierką scho­waną w kie­szeni. – Po czwarte: by­łoby szyb­ciej, gdy­byś mi po­mógł.

Pa­weł po­krę­cił przez chwilę no­sem, ale w końcu za­czął wy­cie­rać blat.

– A może ja ci nie chcę po­ma­gać, bo do­brze mi się z tobą spę­dza czas i chcę go wy­dłu­żyć? – za­py­tał, nie pa­trząc na nią.

– Bez wza­jem­no­ści. Szo­ruj.

Chło­pak był w sta­nie wy­czuć tłu­miony uśmiech na jej twa­rzy na­wet po­mimo faktu, że stała od­wró­cona ple­cami.

Roz­po­częli za­trud­nie­nie w ma­ga­zy­nie „Pol-Track” do­kład­nie tego sa­mego dnia. Har­mo­no­gram za­kła­dał trzy lub cztery dwu­na­sto­go­dzinne dni ro­bo­cze w ty­go­dniu, w tym zmiany nocne. Osoby z ży­ciem to­wa­rzy­skim albo obo­wiąz­kami mo­głyby uznać taki roz­kład za nie­wy­godny; los jed­nak chciał, że ani Pa­weł, ani Ka­sia nie na­le­żeli do żad­nej z tych grup, więc im praca w „Pol-Tracku” pa­so­wała ide­al­nie. Ro­bota była względ­nie przy­jemna i kom­for­towa, dzieci nie po­sia­dali, za­bu­rzony rytm do­bowy był dla ich mło­dych or­ga­ni­zmów jak truch­cik. At­mos­fera w pracy?

– Dzi­siaj wie­czo­rem tak cię we­zmę na ka­ru­zelę, że nie bę­dziesz wie­działa, gdzie je­steś – Pa­weł pod­rzu­cił ścierkę i dy­na­micz­nie zła­pał ją w po­wie­trzu, wy­ko­nu­jąc przed­tem ob­rót o trzy­sta sześć­dzie­siąt stopni na pię­cie. Le­dwo go ustał.

– Mó­wisz to od trzech mie­sięcy, a na­wet nie masz jaj, żeby mnie gdzieś za­pro­sić po ro­bo­cie – Ka­sia nie prze­ry­wała my­cia pod­łogi.

– Tak cię roz­palę, że ci oczy wyjdą na wierzch jak w kre­sków­kach.

Mop z im­pe­tem sta­nął w wy­ży­maczce.

– Za­pro­sisz mnie gdzieś, de­bilu? To ten mo­ment? To już dzi­siaj?

– Dzi­siaj jesz­cze nie. Ale strzeż się, bo nie znasz dnia ani go­dziny – chło­pak do­koń­czył z ka­zno­dziej­skim za­śpie­wem.

Pusz­czone z te­le­fonu in­ter­ne­towe ra­dio grało to, co zwy­kle, czyli nic kon­kret­nego. Była to ide­alna mie­szanka mu­zyki i ga­da­niny do sprzą­ta­nia – zda­wać by się mo­gło, że wy­ję­cie z ra­mówki jed­nego ele­mentu, prze­sta­wie­nie jed­nego utworu za­kłó­ci­łoby ge­ne­ryczny po­rzą­dek rze­czy. Nikt tej sta­cji czyn­nie nie słu­chał, ale każdy ją sły­szał; a już na pewno wy­ła­pałby w mig fał­szywą nutę.

– Co się stało z fi­lo­zo­fem? – Ka­sia miała za­dać to py­ta­nie już kilka dni temu, jed­nak było na tyle mało prio­ry­te­towe, że za­wsze wy­la­ty­wało jej z głowy i przy­po­mi­nało o so­bie już po wyj­ściu z ma­ga­zynu.

– Wil­cza­kiem? Ka­putt – Pa­weł wsa­dził so­bie do ust pi­sto­let z pal­ców i po­cią­gnął za spust.

– W sen­sie?

– Szuka dal­szego roz­woju poza struk­tu­rami firmy. Nie wiem, gdzie po­szedł.

Mop wy­lą­do­wał w wia­drze, a jego ope­ra­torka sta­nęła z rę­kami na bio­drach. Na­strój na mo­ment zro­bił się mniej ko­kie­te­ryjny, co oby­dwoje na­tych­miast wy­czuli.

– Ga­da­łeś z nim kie­dyś dłu­żej?

– Ze dwa ty­go­dnie temu za­py­ta­łem, czy po­leca ja­kieś książki o fi­lo­zo­fii.

– To ty umiesz czy­tać?

– Nie, ale po­trze­buję pod­kładki pod stół, gdyż abyż mi się gi­bie.

Ka­sia wró­ciła do sprzą­ta­nia. Rzu­ciła pod no­sem miękki wul­ga­ryzm, bo szmata na­brała zbyt dużo wody, która roz­lała się na pod­ło­dze.

– Jaką książkę ci po­le­cił?

– Ja­kieś gówno.

– Skąd mo­żesz wie­dzieć, skoro nie znasz tych ksią­żek?

– Spraw­dzi­łem póź­niej. Po­le­cił mi coś, co było za­ty­tu­ło­wane i wy­glą­dało jak lek­tura dla ułom­nych.

– No to aku­rat dla cie­bie.

Pa­weł zda­wał się nie za­re­je­stro­wać przy­tyku.

– Wy­daje mi się, że mnie po pro­stu trol­lo­wał – do­koń­czył, po czym za­milk­nął na chwilę, za­nim do­dał mniej swo­bod­nym gło­sem: – Ten typ w ogóle był ja­kiś lewy.

– Może po pro­stu nie szu­kał ko­le­gów w pracy.

– Nie, nie o to cho­dzi. Zresztą, nie­ważne. Może już wy­star­czy? – za­py­tał, ogar­nia­jąc ge­stem całą prze­strzeń.

– Le­dwo za­czę­li­śmy. Prze­jedź cho­ciaż do końca ten blat, chło­pie...

W ryt­mie prze­zro­czy­stego ra­dia oraz paw­ło­wych po­stę­ki­wań uwi­nęli się z do­koń­cze­niem sprzą­ta­nia w pięć mi­nut. A po­tem zbili żół­wika i każde wró­ciło do sie­bie z de­li­kat­nym nie­do­sy­tem.Roz­dział 1

I

– Wszyst­kie te aspekty spra­wiają, że mamy do czy­nie­nia z fil­mem… dzi­kim. Z fil­mem nie­okieł­zna­nym i ży­wym, który z miej­sca sta­nie się tak zwa­nym cult clas­sic, oglą­da­nym... – de­kla­mo­wał głos w ra­diu do mo­mentu, aż Ni­ko­dem Wal­czak nie prze­rwał mu bru­tal­nie, wci­ska­jąc me­cha­niczny przy­cisk na obu­do­wie urzą­dze­nia.

Od te­raz chciał się sku­pić, a głos po­da­jący mu ko­lejne słowa, mi­mo­wol­nie prze­twa­rzane przez mózg, nie był w tym za­mia­rze sprzy­mie­rzeń­cem. Sku­pić zaś chciał się nie na czymś kon­kret­nym, a na wy­ci­sze­niu z lekka już prze­bodź­co­wa­nej jaźni. Pod­no­sząc do ust ku­bek czar­nej kawy, utrzy­my­wał kon­takt wzro­kowy ze swym od­bi­ciem za­mknię­tym w lekko za­mglo­nym lu­sterku sto­ją­cym na ku­chen­nym stole.

Wciąż nie po­do­bała mu się swo­boda, z jaką ukła­dały się za­cze­sane na bok włosy. Z iry­ta­cją spo­glą­dał na po­je­dyn­cze czarne ko­smyki ucie­ka­jące spod grze­bien­nego ry­goru, choć wie­dział prze­cież, że za­nim doj­dzie do re­dak­cji „Ró­żo­wych Oku­la­rów”, sy­tu­acja wo­kół jego czu­pryny i tak zdąży się siłą rze­czy po­gor­szyć. Mimo to był po­draż­niony – skoro nie mógł za­cho­wać ele­gan­cji przez cały dzień, chciał ją mieć przy­naj­mniej na star­cie.

Aby za­że­gnać ów czy­sto psy­cho­lo­giczny kry­zys, po­pra­wił fry­zurę po raz ostatni i, wciąż pa­trząc so­bie w oczy, po­ło­żył lu­sterko ta­flą do dołu.

Po­now­nie wziąw­szy ku­bek w dłoń, ru­szył w stronę sa­lonu, gdzie znaj­do­wało się wyj­ście na bal­kon. Jego miesz­ka­nie re­pre­zen­to­wało kla­syczny trzy­po­ko­jowy układ ro­dem ze środ­ko­wego PRL-u: osobna kuch­nia, klau­stro­fo­biczne po­miesz­cze­nie z muszlą klo­ze­tową od­dzie­lone ścianką od ła­zienki z małą wanną, cał­kiem po­jemny sa­lon, dwa mniej­sze po­koje i za­be­to­no­wana do po­łowy wy­so­ko­ści log­gia, którą za­wsze mia­no­wał w my­ślach bal­ko­nem, bo w na­zwie „log­gia” było coś, co z nie­ja­snych dla niego po­wo­dów obrzy­dzało go.

Wy­strój tego lo­kum był skromny, a sporą jego część sta­no­wiły me­ble i przed­mioty na­le­żące do wła­ści­ciela, bo Ni­ko­dem miesz­ka­nie je­dy­nie wy­naj­mo­wał. Pła­cił za nie sto­sun­kowo ni­ski, ale mimo to sta­no­wiący grubo po­nad po­łowę jego mie­sięcz­nych wy­dat­ków czynsz, który na do­da­tek spo­czy­wał wy­łącz­nie na jego bar­kach, bo mimo „dys­po­no­wa­nia” trzema po­ten­cjal­nymi sy­pial­niami był je­dy­nym lo­ka­to­rem.

Jako że miesz­kał na naj­wyż­szym, je­de­na­stym pię­trze bu­dynku, wy­cho­dząc na bal­kon wi­dział całą po­łu­dniową część wro­cław­skiego Ko­za­nowa. Flora i fauna bu­dziły się do ży­cia po zi­mo­wej apo­ka­lip­sie, to­też at­mos­fera prze­peł­niona była sło­dy­czą i przy­jem­no­ścią, a słońce, choć cho­wało się jesz­cze za ple­cami Ni­ko­dema, da­wało znać o swej obec­no­ści, do­ty­ka­jąc pro­mie­niami oko­licz­nych blo­ków. Do wyj­ścia po­zo­sta­wało dzie­sięć mi­nut, a let­nia kawa z każ­dym po­wol­nym ły­kiem sma­ko­wała co­raz le­piej.

– Nosz kurwa, po­je­bało cię, stary?! – do­szedł go na­gle żeń­ski krzyk z miesz­ka­nia po­ni­żej, gdzie naj­wy­raź­niej są­sie­dzi po­zo­sta­wili uchy­lone okna.

– Jak ja cię za­raz _po­je­bię_, to... – od­po­wie­dział głos mę­ski, ale Ni­ko­dem nie usły­szał koń­cówki zda­nia, bo na wy­so­ko­ści wy­ra­zów ma­ją­cych za­wie­rać groźbę za­my­kał już za sobą bal­ko­nowe drzwi. Nie prze­klął pod no­sem, nie po­krę­cił głową – je­dy­nie zmru­żył lekko oczy, ubo­le­wa­jąc nie­wer­bal­nie nad zmą­coną chwilą.

Wró­cił do kuchni, wy­lał reszki kawy do zlewu i sta­ran­nie umył ku­bek, nu­cąc przy tym nie­śmiało nie­spre­cy­zo­waną me­lo­dię. Na­czy­nie odło­żył na ob­dra­paną me­ta­lową su­szarkę, uprzed­nio wy­trą­ciw­szy z niego kilka kro­pel wody. Z od­pływu biło moc­nym, che­micz­nym za­pa­chem.

Nie chcąc już wy­szu­ki­wać so­bie za­jęć, a jed­no­cze­śnie nie ma­jąc ochoty na bierne sie­dze­nie przy stole, Wal­czak uznał, że wyj­dzie jed­nak wcze­śniej. Chwy­cił z wie­szaka płaszcz, za­rzu­cił go na białą ko­szulę, wzuł buty i po chwili był już na klatce.

Scho­dze­nie po scho­dach co prawda da­wało mu przy­jem­ność, jed­nak spra­wiało, że mocno się po­cił, a że chciał unik­nąć za­równo tego, jak i przy­pad­ko­wego kon­taktu z in­nymi miesz­kań­cami bloku, wci­snął gu­zik wo­ła­jący windę. Ta wgra­mo­liła się nie­mrawo do góry, skrze­cząc przy tym pod­czas ha­mo­wa­nia.

Na żad­nym z po­śred­nich pię­ter nie wsia­dały inne osoby, co de­li­kat­nie go za­do­wo­liło.

Po wyj­ściu z bu­dynku za­uwa­żył ką­tem oka zgnie­cioną puszkę po Pepsi, opartą przez ko­goś z pre­me­dy­ta­cją o ścianę. Przy­kuc­nął na chwilę, po­szu­kał od­po­wied­niego ka­dru, zro­bił zdję­cie te­le­fo­nem. Po­tem od­wró­cił się i za­czął iść w stronę nad­odrzań­skich wa­łów. Za­nim uszedł sto kro­ków, zdą­żył upo­rać się z roz­plą­ta­niem do­ka­na­ło­wych słu­cha­wek, w któ­rych po chwili za­brzmiał Lu­dwig van Beetho­ven.

II

Biuro „Ró­żo­wych Oku­la­rów” znaj­do­wało się nie­da­leko Hali Tar­go­wej, w pro­szą­cej się o re­mont ele­wa­cji ka­mie­nicy, gdzie było je­dy­nym lo­ka­lem wy­ko­rzy­sty­wa­nym w ce­lach in­nych niż stricte miesz­ka­niowe. Ni­ko­dem z wy­świech­ta­nej kla­wia­tury do­mo­fonu wy­brał je­dynkę i cier­pli­wie od­cze­kał pięć rund stan­dar­do­wego sy­gnału. Wresz­cie gło­śnik za­trzesz­czał, lecz nie wy­do­były się z niego żadne dźwięki przy­po­mi­na­jące słowa.

– Ni­ko­dem Wal­czak – młody męż­czy­zna za­anon­so­wał się, ma­jąc na­dzieję, że pro­blem z ko­mu­ni­ka­cją jest jed­no­stronny. Od­głos otwie­ra­nego elek­trycz­nie zamka ka­zał mu przy­pusz­czać, że miał ra­cję.

Prze­ska­no­wał wzro­kiem do­stępne na par­te­rze opcje i po­zwo­lił so­bie wkro­czyć przez uchy­lone drzwi do lo­kalu nu­mer je­den.

Przed­po­kój wy­glą­dał ba­ła­ga­niar­sko; zu­peł­nie tak, jakby ktoś chciał się wpro­wa­dzić – lub wy­pro­wa­dzić – ale nie miał czasu na od­po­wied­nie roz­miesz­cze­nie bi­be­lo­tów, więc zniósł je pra­co­wi­cie do miesz­ka­nia i zo­sta­wił w naj­wy­god­niej­szym miej­scu. Ściany były zre­du­ko­wane tak da­lece, jak po­zwa­lała kon­struk­cja bu­dynku. Po le­wej stro­nie znaj­do­wała się część so­cjalna, czyli po­łą­czona kuch­nia i nie­wiel­kich roz­mia­rów po­kój. Po pra­wej zaś, w prze­strzeni przy­po­mi­na­ją­cej fak­tyczne biuro, krzą­tała się ró­żo­wo­włosa dwu­dzie­sto­kil­ku­latka w gla­nach.

– Hej, hej – po­wie­działa przez ra­mię. – Roz­bierz się i zrób so­bie coś do pi­cia, za­raz przyjdę.

Ni­ko­dem po­słusz­nie zdjął płaszcz i za­grzał so­bie wodę w po­twor­nie żół­tym ze sta­ro­ści czaj­niku elek­trycz­nym. Nie zdą­żył upić dwóch ły­ków, a dziew­czyna kro­czyła już ra­do­śnie w jego stronę.

– He­eej – po­wtó­rzyła, wy­cią­ga­jąc rękę zwień­czoną bar­dzo dłu­gimi czar­nymi pa­znok­ciami. – Aga.

– Ni­ko­dem – uści­snął jej wą­tłą dłoń i ski­nął głową. – Reszty jesz­cze nie ma?

– Nie, nie – mach­nęła, od­wra­ca­jąc się do blatu i chwy­ta­jąc za czaj­nik. – Nie chcę ci za­szcze­piać złych na­wy­ków, ale szef za­wsze się spóź­nia co naj­mniej go­dzinę, więc wszy­scy to so­bie wy­ko­rzy­stują, żeby przyjść chwilę póź­niej.

– Ty nie wy­ko­rzy­stu­jesz – za­uwa­żył, czym wpra­wił ją w wi­doczne za­kło­po­ta­nie.

– Ja je­stem fra­jerką – za­śmiała się, wzru­sza­jąc ra­mio­nami. Z grzecz­no­ści od­wza­jem­nił uśmiech.

Kuch­nia wcale nie była prze­strze­nią wolną od pracy. Na bla­cie i stole wa­lały się nie­zli­czone no­tatki, prze­druki, ręczne za­pi­ski nie­moż­liwe do od­czy­ta­nia – ma­te­riały te do­ty­czyły głów­nie plo­tek i wszel­kiej ma­ści ce­le­bry­tów.

– Za nową ro­botę – Aga wy­rwała Ni­ko­dema z oglę­dzin, pod­no­sząc ku­bek z miętą. Stuk­nęli się i znów wy­mie­nili uśmie­chy, choć tym ra­zem wy­raz okrą­głej twa­rzy dziew­czyny nie­zbyt udol­nie skry­wał w so­bie smu­tek. Po­mil­czeli przez do­brą mi­nutę, wsłu­chu­jąc się w szum prze­jeż­dża­ją­cych w po­bliżu sa­mo­cho­dów.

– Co ro­bi­łeś wcze­śniej? – spy­tała, opie­ra­jąc się lę­dź­wiami o blat.

– Różne rze­czy – od­parł uprzej­mie.

– A ostat­nia praca? – po­na­gliła go, do­brze wi­dząc brak chęci do roz­mowy w tym te­ma­cie, a jed­no­cze­śnie nie mo­gąc oprzeć się za­spo­ko­je­niu cie­ka­wo­ści.

– Ma­ga­zy­nier.

– A po czym je­steś? W sen­sie, po ja­kich stu­diach... czy tam szkole? – ase­ku­ra­cyjną wstawkę o szkole udało jej się do­dać w ostat­niej chwili. Zbyt mocno przy­zwy­cza­iła się, że _wszy­scy_ byli te­raz po _ja­kichś_ stu­diach.

– Fi­lo­zo­fia.

Dziew­czyna, co lekko go zdzi­wiło, przy­tak­nęła tylko ze zro­zu­mie­niem.

– Ciężko o ro­botę... w za­wo­dzie?

– Nie szu­kam. Zresztą, chyba bym nie zna­lazł.

Ko­lej­nych kilka chwil mil­cze­nia.

– Ja je­stem po ger­ma­ni­styce.

Ni­ko­dem oży­wił się nieco na te słowa.

– To mu­siały być bar­dzo cie­kawe stu­dia.

Aga par­sk­nęła i po­krę­ciła głową. Po­ma­lo­wane oczy przy­mknęły się jak spło­szone.

– Nie wiem, czy te­raz iro­ni­zu­jesz, czy mó­wisz se­rio.

– Dla­czego miał­bym iro­ni­zo­wać?

Ode­szła od blatu i skie­ro­wała się w stronę prze­strzeni biu­ro­wej. Buty go­towe do zmiaż­dże­nia ko­muś głowy su­nęły po wy­kła­dzi­nie z za­ska­ku­jącą lek­ko­ścią. Ktoś za oknem kasz­lał prze­raź­li­wie.

– Ger­ma­ni­styka... Chodź, coś ci po­każę... – mach­nęła do Ni­ko­dema nie od­wra­ca­jąc się. – Ger­ma­ni­styka to bar­dzo nudna rzecz. To zna­czy, mi się po­do­bało, na­wet się ja­ra­łam. Ale osta­tecz­nie każdy te­mat można lu­dziom zo­hy­dzić, je­śli ma­gluje się go wy­star­cza­jąco mocno, prawda?

Wska­zała mu miej­sce przy, jak mnie­mał, jego kom­pu­te­rze. Mo­ni­tor miał wy­raźną rysę w pra­wym gór­nym rogu. Aga po­chy­liła się nad biur­kiem i za­częła prze­ty­kać ko­lejne słowa in­struk­cjami wska­zu­ją­cymi, co Ni­ko­dem ma wpi­sy­wać i kli­kać.

– Na ger­mie jest bar­dzo dużo czy­ta­nia, głów­nie rze­czy, któ­rych... Imię, na­zwi­sko, małpka, ró­żowe oku­lary bez pol­skich zna­ków, kropka PL, a ha­sło to oku­lary, małpka, 1-2-3-4... Głów­nie rze­czy, któ­rych nie chce ci się czy­tać, bo nie są ja­kieś szcze­gól­nie do­bre, a ich war­tość jest czy­sto dy­dak­tyczna... Trzeba chwilę po­cze­kać, bo na po­czątku za­mula... Na dru­gim roku już masz ser­decz­nie dość tej za­bawy, a kiedy wresz­cie się do­czła­piesz do dy­plomu... Te­raz Fi­re­fox... To oka­zuje się, że na sta­no­wi­sko urzę­dasa są lepsi od cie­bie, a tłu­ma­cze nie są już tak po­trzebni, skoro jest ge­ne­ra­tywna AI i inne wy­na­lazki.

– Wolny ry­nek nie ma na to za­po­trze­bo­wa­nia? Ja­kiś biz­nes czy coś?

– Po­mi­ja­jąc próg wej­ścia i ko­niecz­ność po­sia­da­nia do­świad­cze­nia, a tego ostat­niego znowu nie zdo­bę­dziesz, jak nikt cię nie za­trudni – tu Aga ubar­wiła wy­li­czankę ko­micz­nym ma­cha­niem głową – to trzeba też mieć od­po­wiedni dryg, a ja mam chyba głów­nie dryg do... nie wiem, do sa­mego ję­zyka i kul­tury? Do ta­kiego ty­powo aka­de­mic­kiego za­cię­cia? Tu zjedź i klik­nij sek­cję „sta­ty­styki”... Na­uczy­cielką na­to­miast nie chcia­łam ni­gdy być, bo nie czuję za bar­dzo dzieci. Więc szu­kam in­nych za­jęć. Te­raz po­sor­tuj po naj­więk­szej licz­bie od­słon.

Ni­ko­dem wy­ko­nał ostat­nie po­le­ce­nie, a na szczyt – wcze­śniej sor­to­wa­nej chro­no­lo­gicz­nie – li­sty ar­ty­ku­łów w pa­nelu re­dak­tor­skim wsko­czył ten za­ty­tu­ło­wany „SZOK! Pa­try­cja Go­dziela po­ka­zała się na ko­la­cji BEZ MAJ­TEK, ale za to Z NO­WYM CHŁO­PA­KIEM!”. Obok ty­tułu wpi­sana była ksywa au­torki: „aga.dg”.

– Naj­czę­ściej czy­tany ar­ty­kuł na por­talu – puk­nęła z dumą w mo­ni­tor wierz­chem otwar­tej dłoni. – Wi­dzisz, ja­kie rze­czy się po­trafi po ger­ma­ni­styce?

– Od czego jest „dg”? – Ni­ko­dem spy­tał mo­men­tal­nie.

– De­ath Grips. Lu­bię ich słu­chać.

– To ja­kiś ze­spół?

Dziew­czyna pac­nęła go lekko w ra­mię.

– Co ty, nie znasz De­ath Grips? Czego słu­chasz?

– Beetho­vena, Dvo­řáka...

Od­cze­kała chwilę.

– Po­waż­nie?

– Czemu miał­bym żar­to­wać?

– Nie, nic – spło­szyła się, bo­jąc się ura­zić no­wego ko­legę. – Tylko się zdzi­wi­łam. Nie prze­pa­dasz za współ­cze­sną mu­zyką?

– Nie mam zda­nia, po pro­stu słu­cham in­nej – uśmiech­nął się ser­decz­nie. – Gra­tu­luję ar­ty­kułu.

Aga prze­krzy­wiła lekko głowę i przy­mru­żyła oko, wresz­cie skrzy­żo­wała uzbro­jone w bran­so­lety ręce na piersi.

– Przy­rzek­nij, że so­bie ze mnie nie kpisz.

– Oczy­wi­ście, że nie kpię – za­pew­nił. – Naj­le­piej ze wszyst­kich wy­ko­na­łaś swoją pracę. Dwie­ście ty­sięcy od­słon to jest świetny wy­nik.

– Nie­stety na­dal nie prze­kłada się to na prze­sad­nie dużo forsy... – od­parła ze znu­że­niem i wes­tchnęła. W tej sa­mej chwili uni­fon dał znać, że ktoś wcho­dzi na klatkę. Aga po­ło­żyła Ni­ko­de­mowi rękę na ra­mie­niu i ści­szyła głos.

– Ostat­nia rzecz! – syk­nęła nie­mal szep­tem. – Śmie­ciówka czy UoP?

– Co?

– Jaką Ma­ciek dał ci umowę?

– Zle­ce­nie.

Te­atral­nie ode­tchnęła z ulgą.

– No, już się ba­łam. Ja o UoP wal­czę od pół roku. Gdy­bym się do­wie­działa, że dał ci na wej­ściu... Hej, Ma­cieju! – wy­pro­sto­wała się na­gle i za­częła krzy­czeć w stronę wcho­dzą­cego przez drzwi fa­ceta. Po­cząt­kowy en­tu­zjazm była w sta­nie uda­wać przez ko­lej­nych pięć se­kund.

III

– Przede wszyst­kim... – Ma­ciej Ko­wal­ski, bro­daty czter­dzie­sto­la­tek, mó­wił do nich ich dwójki jak do zgro­ma­dze­nia, choć z oczy­wi­stych wzglę­dów zwra­cał się do Agi – Przede wszyst­kim, to gdzie są, do chuja, Na­hor­ska i Młody? Za­raz bę­dzie pięt­na­ście po dzie­wią­tej.

Aga wzru­szyła ra­mio­nami.

– Ja im nie usta­lam har­mo­no­gramu i ich nie pil­nuję. Do­ro­śli są.

– Za­raz będą, kurwa, do­ro­śli i bez­ro­botni. To się czę­sto zda­rza?

– Ni­kogo nie pil­nuję – po­wtó­rzyła.

– A uje­bać z pen­sji mam to­bie, czy im?

Dziew­czyna za­chwiała się men­tal­nie jak bok­ser tra­fiony nie­spo­dzie­wa­nym cio­sem. Nie ocze­ki­wała od prze­ło­żo­nego choćby fun­da­men­tal­nej przy­zwo­ito­ści, a i tak cza­sem był w sta­nie ją ne­ga­tyw­nie za­sko­czyć – jak te­raz, gdy na­wet nie pró­bo­wał się ha­mo­wać pod­czas pierw­szych mi­nut Ni­ko­dema. Z jed­nej strony zbie­rało jej się w ta­kich chwi­lach na wy­mioty, z dru­giej zaś przy­po­mi­nała so­bie wtedy, że po­mimo by­cia od dawna wy­sta­wio­nymi na skraj­nie tok­syczne śro­do­wi­sko pracy, jej ciało i umysł na­dal re­agują re­fluk­sem na ni­ski po­ziom mo­ral­nych stan­dar­dów. To ją w pew­nym sen­sie po­cie­szało: skóra mo­gła zgru­bieć, wszystko inne na­dal było pla­styczne.

– Ro­bisz nam wspa­niałą re­klamę przed no­wym pra­cow­ni­kiem, sze­fie – z ostat­niego słowa jad są­czył się jak z gąbki.

– Nie bądź taka mą­dra – Ko­wal­ski urwał dys­ku­sję w sta­rosz­kol­nym stylu i za­czął prze­trzą­sać sporą kupkę pa­pie­rów. Klął przy tym pod no­sem, oskar­ża­jąc cały świat o nie­moż­ność zna­le­zie­nia tego, czego szu­kał. Ce­lu­loza sze­le­ściła i świsz­czała, prze­rzu­cana ner­wowo z jed­nego miej­sca w dru­gie. Naj­wy­raź­niej żadna kartka nie speł­niała kry­te­riów wy­szu­ki­wa­nia, bo pro­ces zo­stał szybko skwi­to­wany ci­chym: „a, w du­pie z tym”.

– Jak ty tam masz...? – na­czelny zwró­cił się tym ra­zem kon­kret­nie do Ni­ko­dema, który wy­re­cy­to­wał swoje na­zwi­sko.

– Słu­chaj, Ni­ko­dem. Ga­da­li­śmy już ze sobą, więc mniej wię­cej wiem, kim je­steś i czego chcesz. To te­raz ci po­wiem kon­kret­nie, czego ja chcę od cie­bie. Prawda jest taka, że ro­bimy tu­taj gówno.

Aga dys­kret­nie prze­wró­ciła oczami.

– Że­ru­jemy na naj­niż­szych in­stynk­tach – kon­ty­nu­ował Ko­wal­ski. – Ma się kli­kać, ma się udo­stęp­niać. Tak długo, jak bę­dziesz ro­bił liczby i uni­kał po­zwów, nic wię­cej mnie nie ob­cho­dzi. Ka­ru­zela ma za­pier­da­lać.

Ni­ko­dem za­cho­wał po­ważną, pełną za­cie­ka­wie­nia minę i nie sko­men­to­wał tych słów w ża­den spo­sób. Pod­czas krót­kiej roz­mowy kwa­li­fi­ka­cyj­nej sły­szał z ust Ko­wal­skiego o wiele wię­cej dy­plo­ma­cji.

– Newsy bie­rzemy z in­nych stro­nek, bo nie mamy swo­ich lu­dzi w te­re­nie. Zresztą, jak wi­dzisz po ko­ry­ta­rzu, za­raz nie bę­dziemy na­wet mieli swo­jego biura w te­re­nie, bo za dwa ty­go­dnie koń­czy nam się na­jem i prze­cho­dzimy na pełną pracę zdalną. Ogól­nie, tak jak ci mó­wi­łem przy re­kru­ta­cji, jest tro­chę chuj­nia, bo nie przy­no­simy zy­sków. Także mo­żesz iść po ban­dzie... Co ty, kurwa, ro­bisz?

Wal­czak pod­niósł wzrok znad ma­łego no­tat­nika, który nie­po­strze­że­nie po­ja­wił się w jego dłoni.

– Ro­bię no­tatki.

– Po chuj no­tatki?

– Żeby ze­brać wy­tyczne i prze­my­śle­nia.

Szef pa­trzył na niego przez dłuż­szą chwilę jak na idiotę. W końcu skrzy­wił twarz w gry­ma­sie i spoj­rzał na Agę.

– I co on tam pi­sze? Że trzeba kraść newsy i że nie ro­bimy pie­nię­dzy? On ja­kiś pier­dol­nięty jest?

Aga ob­da­rzyła Ma­cieja po­gar­dli­wym spoj­rze­niem i po­now­nie, tym ra­zem bez dys­kre­cji, prze­wró­ciła oczami. Ni­ko­dem po­sta­no­wił sam sta­nąć we wła­snej obro­nie.

– No­tuję rze­czy, które mi się mogą przy­dać w pracy – po­wie­dział spo­koj­nie. – Chcę ją wy­ko­nać jak naj­rze­tel­niej. Chyba za to mi bę­dziesz pła­cił?

W ci­szy opla­ta­ją­cej po­miesz­cze­nie sły­chać było po­bzy­ki­wa­nie żół­tej ża­rówki. Ma­ciej roz­ło­żył ręce i znów spoj­rzał na Agę.

– Wzo­rowy pra­cow­nik – po­wie­dział z re­zy­gna­cją, tak jakby prze­grał wie­lo­go­dzinną kłót­nię z kimś po sto­kroć bar­dziej upar­tym. – No do­bra, tak długo, jak będą z tego wy­świe­tle­nia, to mo­żesz so­bie na­wet gołe babki szki­co­wać w tym no­te­sie – tu po­now­nie od­wró­cił się do Ni­ko­dema. – Aga ci wszystko po­każe od po­czątku do końca. Ja mam te­raz swoją ro­botę – za­koń­czył wy­wód i usiadł do biurka w ką­cie po­koju, tym ra­zem bio­rąc na ta­pet inną pa­pie­rową wieżę.

Dziew­czyna po tej ty­ra­dzie wy­glą­dała na po­zba­wioną resz­tek chęci do ży­cia. Ski­nie­niem za­pro­siła Ni­ko­dema z po­wro­tem do kom­pu­tera i wpro­wa­dziła go w taj­niki sys­temu do pu­bli­ka­cji oraz me­diów spo­łecz­no­ścio­wych „Ró­żo­wych Oku­la­rów”, na które na­le­żało wrzu­cać no­wo­pow­stałe ar­ty­kuły. Wy­mie­niła kilka ta­nich chwy­tów ma­ją­cych zwięk­szyć kli­kal­ność, które Ni­ko­dem skrzęt­nie no­to­wał. Za­cho­wy­wała przy tym pe­łen pro­fe­sjo­na­lizm i chłód, nie po­zwa­la­jąc so­bie na ża­den zbędny żart czy ko­men­tarz.

Kwa­drans póź­niej do biura przy­szły dwie ko­lejne osoby, które ze­sztyw­niały jak po­sągi, zo­rien­to­waw­szy się, że szef jest już w pracy.

– Bez­płatna so­bota – Ma­ciej rzu­cił do nich, nie od­ry­wa­jąc wzroku od ekranu. – I przy­wi­taj­cie się z no­wym ko­legą.

IV

Po paru go­dzi­nach szef mu­siał wyjść, co oznaj­mił pa­sywno-agre­syw­nie za po­mocą wią­zanki wul­ga­ry­zmów. Na­hor­ska i „Młody”, który póź­niej oka­zał się być Se­ba­stia­nem, w końcu mieli szansę, aby po­roz­ma­wiać z no­wym na­byt­kiem firmy. Spo­tka­nie in­te­gra­cyjne od­było się w kuchni przy czaj­niku.

– Kim je­steś z wy­kształ­ce­nia? – do­py­ty­wał Se­ba­stian, gdy wszy­scy za­pa­rzyli so­bie po kubku kawy i za­sie­dli przy pla­sti­ko­wym stole.

– Fi­lo­zo­fem.

Ola Na­hor­ska, far­bo­wana blon­dynka żu­jąca te­atral­nie gumę, wy­pu­ściła gło­śno po­wie­trze no­sem.

– Wy­uczony za­wód: bez­ro­botny – po­wie­działa, cy­tu­jąc, jak się zda­wało Ni­ko­de­mowi, ja­kiś po­pu­larny żart in­ter­ne­towy. Nie po­ru­szyło go to w naj­mniej­szym stop­niu.

– Nie ża­łu­jesz de­cy­zji? – nie­zręcz­nie spy­tał Se­ba­stian, słusz­nie wy­czu­wa­jąc, że do­brze by­łoby zrów­no­wa­żyć nie­okrze­sa­nie ko­le­żanki, lecz nie po­tra­fiąc tego zro­bić w spo­sób kom­pe­tentny.

– Wręcz prze­ciw­nie – chło­pak od­rzekł po­god­nie. – To była naj­lep­sza de­cy­zja w moim ży­ciu. Nie­sa­mo­wi­cie cie­kawe stu­dia.

– Kto jest twoim ulu­bio­nym fi­lo­zo­fem? – spy­tała z ko­lei Na­hor­ska.

– He­gel. Georg Wil­helm Frie­drich He­gel – za­de­kla­mo­wał tro­chę zbyt sno­bi­stycz­nie.

Nikt nie wie­dział za bar­dzo, jak cią­gnąć tę roz­mowę. W nor­mal­nej sy­tu­acji za­da­nia pod­ję­łaby się Aga, ale na­dal przy­tła­czał ją po­ranny głaz cham­stwa i bez­po­śred­nio­ści, który za­fun­do­wał im Ma­ciej, to­też nie miała ba­te­rii na mo­de­ra­cję dys­ku­sji.

– Ja – za­czął Se­ba­stian, gła­dząc się po ły­sej gło­wie – je­stem po tech­ni­kum rol­ni­czym, a Ola po za­rzą­dza­niu. W su­mie to do­syć śmieszne, że ger­ma­nistka, rol­nik, fi­lo­zof i la­ska po za­rzą­dza­niu spo­tkali się, żeby ro­bić gówno-ga­zetę in­ter­ne­tową – Se­ba­stian za­czął się śmiać, pa­trząc po twa­rzach po­zo­sta­łych pra­cow­ni­ków i szu­ka­jąc w nich od­wza­jem­nie­nia we­so­łego na­stroju. Po chwili tego emo­cjo­nal­nego szan­tażu cała trójka unio­sła ką­ciki ust, ale Mło­demu zda­wało się, że tylko Ni­ko­dem zro­bił to choćby w naj­mniej­szym stop­niu szcze­rze.

– Fak­tycz­nie, za­bawne – nowy na­by­tek firmy wziął głę­boki łyk kawy. – Ale dziwi mnie, że na­zy­wasz to sło­wem na „g”. Po co się tak... prze­pra­szam, ale na szybko nie znaj­duję lep­szego słowa... po co się tak kun­dlić?

Aga odło­żyła upo­rczy­wie trzy­many w dło­niach ku­bek na stół, a w jej oczach bły­snęło coś na kształt na­dziei, choć nikt z obec­nych nie zwró­cił na to naj­mniej­szej uwagi.

– Nooo – Se­ba­stian bar­dzo nie­udol­nie pró­bo­wał wy­brnąć. – To taka... Taki szma­tła­wiec tro­chę, no nie? Miesz­kamy w ta­kim faj­nym kraju, w ta­kich wa­run­kach, i za­miast ro­bić coś wznio­słego, albo cho­ciaż przy­dat­nego, to pi­szemy o głu­po­tach...

– Te „głu­poty” przy­no­szą pie­nią­dze i są czy­tane przez ty­siące lu­dzi – za­uwa­żył Ni­ko­dem.

– Co ci się naj­bar­dziej po­doba w tym twoim He­gelu... czy tam He­glu? – sta­now­czo urwała im na­gle Ola Na­hor­ska, na którą wszy­scy w ułamku se­kundy skie­ro­wali spoj­rze­nia.

– Uwa­żam – Ni­ko­dem od­po­wia­dał z ocią­ga­niem – że naj­le­piej ze wszyst­kich fi­lo­zo­fów zdia­gno­zo­wał na­turę czło­wieka. I do dzi­siaj jest pod­stawą wielu szkół my­śle­nia, nie­rzadko fun­da­men­tal­nie ze sobą sprzecz­nych.

– Na­pi­sał o tym ja­kieś książki?

Tu Ni­ko­dem wy­mie­nił kilka naj­bar­dziej zna­nych ty­tu­łów z taką lek­ko­ścią, jakby był nie­świa­domy ich skraj­nej ni­szo­wo­ści w spo­łe­czeń­stwie.

– To musi być mega nudne do czy­ta­nia, co nie? – Ola wy­jęła gumę z ust i po­ło­żyła przed sobą.

– Wręcz prze­ciw­nie – chło­pak otu­lił dłońmi swój ku­bek; wy­glą­dało to tak, jakby lekko się za­wsty­dził, ale mo­men­tal­nie pod­niósł dum­nie głowę i spoj­rzał zu­chwale na roz­mów­czy­nię. – To jest... W su­mie po­wie­dział­bym, że to jest naj­cie­kaw­sza rzecz na świe­cie.

– Wo­lisz to od oglą­da­nia fil­mów w ki­nie?

– Nie oglą­dam fil­mów w ki­nie.

– Wo­lisz to od bzy­ka­nia, mi­ni­stran­cie? – drą­żyła da­lej, ewi­dent­nie pi­jąc do jego ko­szuli, bę­dą­cej je­dy­nym prze­ja­wem ele­gan­cji w ich gro­nie.

– Nie bądź wredna – Aga rzu­ciła bez na­my­słu, chcąc po­wstrzy­mać Ni­ko­dema przed od­po­wie­dzią pro­wo­ku­jącą ko­lejne do­cinki. Ten uniósł dłoń w po­ko­jo­wym ge­ście.

– Nic nie szko­dzi – po­wie­dział.

– Ona so­bie z cie­bie kpi.

Dziew­czyny po­pa­trzyły na sie­bie. Wzrok dum­nej de­ge­ne­ratki spo­tkał się ze spoj­rze­niem osoby, która wal­czy o resztki za­sad tak długo, że nie ma już siły na nic in­nego.

– Je­śli ktoś mnie o coś pyta, czuję się zo­bli­go­wany za­kła­dać, że nie ma złych za­mia­rów – od­parł Wal­czak, lecz mimo to wstał od stołu, uprzej­mie ski­nął głową i po­szedł do kom­pu­tera.

Ola, Se­ba­stian i Aga pa­trzyli po so­bie, od­czu­wa­jąc skrę­po­wa­nie tym na­głym bez­par­do­no­wym ge­stem. Ni­ko­dem w końcu wy­czuł ich zmie­sza­nie, więc wy­chy­lił głowę znad ekranu.

– Prze­pra­szam, ale wra­cam do pracy – po­wie­dział lekko za­kło­po­tany swoją bez­po­śred­nio­ścią. – Chcia­łem dzi­siaj na­pi­sać choćby je­den ar­ty­kuł.

Na ko­niec po­słał im sze­roki, przy­ja­zny uśmiech i sku­pił się na mo­ni­to­rze, od któ­rego nie od­ry­wał wzroku przez ko­lejne dwie go­dziny.Roz­dział 2

Ekran lap­topa roz­bły­snął. Za mi­nutę mieli za­cząć wy­cho­dzić do ringu dwaj naj­waż­niejsi za­wod­nicy wie­czoru.

W za­sa­dzie rów­nie do­brze mo­gli wejść za se­kundę, albo już dawno być na placu boju – Ni­ko­dem oglą­dał bo­wiem z od­two­rze­nia re­wan­żową walkę Rid­dicka Bowe z Evan­de­rem Ho­ly­fiel­dem. Słynny po­je­dy­nek, pod­czas któ­rego – o czym Wal­czak do­sko­nale wie­dział, bo wi­dział tę walkę kil­ka­na­ście razy – na ringu wy­lą­do­wał pa­ra­lot­niarz szu­ka­jący sławy. Fa­cet do­stał w trąbę od zgro­ma­dzo­nych ki­bi­ców i żar­to­wano póź­niej, że zo­stał je­dy­nym czło­wie­kiem zno­kau­to­wa­nym tego wie­czoru w Ca­esars Pa­lace.

Logo Coca-Coli na szla­froku bok­ser­skim Evan­dera Ho­ly­fielda nio­sło w so­bie tony no­stal­gii, choć w rze­czy­wi­sto­ści było prze­cież tym sa­mym lo­go­ty­pem tej sa­mej me­ga­kor­po­ra­cji pro­du­ku­ją­cej ten sam nie­zbyt zdrowy na­pój. A jed­nak, oto­czony an­tu­ra­żem spłasz­czo­nego do mono ko­men­ta­rza oraz drga­ją­cego lekko ob­razu zgry­wa­nego ory­gi­nal­nie z te­le­wi­zora na VHS, po­tem zaś z VHS na cy­frę, znak to­wa­rowy obie­cy­wał, że w prze­szło­ści ist­niał ja­kiś inny, lep­szy od ów­cze­snej rze­czy­wi­sto­ści świat. Ła­two można było się na to na­brać.

Wal­czak wi­dział te wszyst­kie ilu­zje umy­słu. I na­bie­rał się. Do­bro­wol­nie.

Tu­ne­lem tym­cza­sem kro­czył już Rid­dick Bowe. To­wa­rzy­szył mu utwór „We Will Rock You”. Śmiesz­nie się pa­trzyło na wiel­kie sku­pie­nie i roz­grzew­kowe ciosy słane w po­wie­trze, wie­dząc, że męż­czy­zna utrwa­lony na cy­fro­wej ko­pii po raz ko­lejny zmie­rza ku nie­unik­nio­nej, choć mi­ni­mal­nej po­rażce na punkty.

Ni­ko­dem włą­czył ten po­je­dy­nek jako część ry­tu­ału po­wta­rza­nego co naj­mniej raz w ty­go­dniu. Lu­bił oglą­dać boks z od­two­rze­nia – stare walki, tak ro­man­ty­zo­wane przez współ­cze­sność, sty­mu­lo­wały go z róż­nych wzglę­dów. Poza tym przy­pa­try­wa­nie się pro­ce­sowi, gdy znał już jego re­zul­tat, spra­wiało mu przy­jem­ność. Fakt, że prze­waż­nie za­ja­dał się przy tym ja­błecz­ni­kiem z rze­mieśl­ni­czej cu­kierni, tylko tę przy­jem­ność po­tę­go­wał.

Choć nie chciał tego ro­bić, wy­obra­żał so­bie co chwila na­głó­wek, który po­ja­wiłby się w „Ró­żo­wych Oku­la­rach” na te­mat spek­ta­klu, który oglą­dał.

„RID­DICK BOWE za­li­czył NAJ­DŁUŻ­SZĄ prze­rwę od boksu w ka­rie­rze. Po tej PO­RAŻCE czas na JESZ­CZE DŁUŻ­SZĄ?”.

Ka­mera trzę­sła się, pró­bu­jąc śle­dzić za­wod­nika w dro­dze na ring.

We will, we will rock you!

A może „RID­DICK BOWE po dłu­giej prze­rwie BIJE SIĘ jak ZA­RDZE­WIAŁY?”.

„BOWE wcho­dzi na RING i ewi­dent­nie BOWE-i się prze­ciw­nika”? Nie, to zbyt po­krętne. Gra­nica mię­dzy spraw­nym fi­koł­kiem ję­zy­ko­wym a nie­zręczną wy­wrotką była cienka.

Mi­chael Buf­fer ze swą nie­na­ganną fry­zurą i jesz­cze bar­dziej nie­na­gan­nym gło­sem za­czął wy­mie­niać nudne fakty o or­ga­ni­za­to­rach i po­bocz­nych uczest­ni­kach, bu­du­jąc na­pię­cie przed tra­dy­cyj­nym wy­krzy­cze­niem na­zwisk dwóch głów­nych ak­to­rów.

Grzmoty i ha­łas. Któ­ryś z są­sia­dów za­czął wier­cić w ścia­nie.

– Jest dzie­więt­na­sta trzy­dzie­ści! – Ni­ko­dem krzyk­nął bar­dziej do sie­bie. Chwy­cił le­żące obok słu­chawki, które na­wet na mak­sy­mal­nej gło­śno­ści nie tłu­miły iry­tu­ją­cych dźwię­ków.

Prze­szło mu przez myśl, że gdyby było nieco wcze­śniej, mógłby spo­żyt­ko­wać czas na po­dróż w Miej­sce, Któ­rego Cu­dow­nych Wła­ści­wo­ści Sta­rał Się Nie Nad­uży­wać. Był prze­ko­nany, że znów do­pi­sa­łoby mu szczę­ście. Nie­stety, nie­ubła­gane wska­zówki ze­garka su­ge­ro­wały, że mu­siałby wy­na­leźć jed­no­cze­śnie i te­le­por­ta­cję, i krót­ko­dy­stan­sowy we­hi­kuł czasu.

Może to i le­piej. Nic na siłę. Żeby na jed­no­rę­kim ban­dy­cie wy­pa­dły same sió­demki, Ni­ko­dem mu­siał in­tu­icyj­nie czuć, że to się sta­nie, że Opatrz­ność zerka na niego przy­chyl­nie – na tym opie­rała się cała jego wiara do­ty­cząca Miej­sca, Któ­rego Cu­dow­nych Wła­ści­wo­ści Sta­rał Się Nie Nad­uży­wać.

Za­wod­nicy za­częli agre­syw­nie.

Z po­dobną agre­sją Wal­czak wci­snął spa­cję i za­trzy­mał trans­mi­sję.

W kuchni trzy­mał kilka pa­czek jed­no­ra­zo­wych za­ty­czek do uszu – zro­bił te­raz uży­tek z jed­nej z nich. Aby jesz­cze bar­dziej wy­eli­mi­no­wać ha­łas, za­czął mó­wić na głos:

– Star­szy o pięć lat Ho­ly­field nie za­li­czy po­cząt­ków tej walki do uda­nych, gdyż prze­grał pierw­sze trzy rundy. Dał jed­nak radę po­wró­cić z da­le­kiej po­dróży i od­zy­skać ini­cja­tywę, do­pro­wa­dza­jąc do re­misu na pół­metku dwu­na­sto­run­do­wego po­je­dynku. Wtedy to, pod­czas siód­mego star­cia, w liny ringu nie­spo­dzie­wa­nie wle­ciał Ja­mes Mil­ler, pa­ra­lot­niarz chcący skraść dla sie­bie kilka chwil wi­do­wi­ska. To do­pro­wa­dziło do po­nad dwu­dzie­stu mi­nut prze­rwy. Dłuż­sza pauza nie wy­trą­ciła Evan­dera Ho­ly­fielda z rów­no­wagi, gdyż uro­dzony w Ala­ba­mie bok­ser kon­tro­lo­wał resztę star­cia i mimo de­spe­rac­kich ata­ków prze­ciw­nika utrzy­mał pro­wa­dze­nie do sa­mego końca.

Wier­ce­nie ustało.

– Ho­ly­field mógł rów­nie do­brze przy­je­chać na tę walkę pro­sto z domu spo­koj­nej sta­ro­ści. Prze­pier­do­lił... Nie – Wal­czak po­rząd­nie skar­cił się w my­ślach. – Prze­rżnął kon­cer­towo pierw­sze trzy rundy i wy­da­wało się, że w ko­lej­nych wy­pro­wa­dzą mu na ring bal­ko­nik. A jed­nak jego prze­ciw­nik po­ka­zał póź­niej tak skrajną nie­kom­pe­ten­cję, że już na wy­so­ko­ści szó­stego star­cia po­da­ro­wał mu re­mis na kar­tach sę­dziow­skich. By­łoby to naj­ża­ło­śniej­szym wy­da­rze­niem wie­czoru, ale wtedy na sce­nie po­ja­wił się Ja­mes Mil­ler...

Gdyby świat był nieco bar­dziej ko­mik­sowy, nad głową Ni­ko­dema wy­sko­czy­łaby wła­śnie świe­cąca ża­rówka. Truch­tem wró­cił do sa­lonu, chwy­cił lap­topa, prze­wi­nął walkę do mo­mentu, gdy pa­ra­lot­niarz lą­duje na ringu. Za­pę­tlił so­bie te kilka mi­nut, gdy ko­men­ta­to­rzy oma­wiają zda­rze­nie, a wście­kły tłum szar­pie i bije pra­gną­cego po­kla­sku sza­leńca. Na lewą stronę ekranu wsko­czyło okienko z walką, na prawą – Wi­ki­pe­dia, ar­ty­kuł o lot­niku. Oka­zało się, że Mil­ler wiele lat póź­niej po­peł­nił sa­mo­bój­stwo, zo­sta­wia­jąc żonę i nie­na­ro­dzone dziecko. Jed­nym z po­wo­dów tak ra­dy­kal­nej de­cy­zji była sy­tu­acja zdro­wotna, skut­ku­jąca nie­moż­no­ścią dal­szego upra­wia­nia w prze­stwo­rzach uko­cha­nego sportu. Wal­czak chwy­cił no­tes i za­czął pi­sać:

ZA­BIŁ SIĘ, bo nie mógł LA­TAĆ. Zo­sta­wił CIĘ­ŻARNĄ ŻONĘ.

Nie UWIE­RZYSZ, co on ZRO­BIŁ pod­czas WALKI BOK­SER­SKIEJ. Po­tem się ZA­BIŁ!

Od by­cia ATEN­CJU­SZEM do SA­MO­BÓJ­STWA. Jak TCHÓRZ osie­ro­cił NIE­NA­RO­DZONE DZIECKO!

Czu­jesz się ŻA­ŁO­SNY? Ten fa­cet ZA­BIŁ SIĘ, mimo że jego ŻONA była W CIĄŻY! Nie uwie­rzysz, jaki miał PO­WÓD...

OSIE­RO­CIŁ NIE­NA­RO­DZONE DZIECKO, bo nie mógł LA­TAĆ NA PA­RA­LOTNI. Nie­doj­rza­łość czy GŁU­POTA?

PIER­DO­LONY DE­BIL SIĘ PO­WIE­SIŁ, A ŻONA Z DZIEC­KIEM ZO­STAŁA SAMA.

ŻA­ŁO­SNY PIES SIĘ ZA­BIŁ, BO NIE MÓGŁ LA­TAĆ NA SWO­JEJ DE­BIL­NEJ PA­RA­LOTNI. NIE PO­MY­ŚLAŁ O ŻO­NIE I DZIECKU.

SZKODA, ŻE GO NIE ZA­JE­BALI, JAK LĄ­DO­WAŁ NA RINGU – ŚMIEĆ JE­BANY. BAR­DZIEJ SKUR­WIEL, CZY JED­NAK CWEL?

Ry­sik ołówka ukru­szył się. Wal­czak ode­tchnął i za­czął stu­dio­wać spi­sane na­główki. Po kilku mi­nu­tach kartka za­mie­niła się w stertę skre­śleń, po­pra­wek i ad­no­ta­cji do­ty­czą­cych po­ten­cjal­nych mi­nia­tu­rek ar­ty­ku­łów. Był śred­nio za­do­wo­lony z re­zul­ta­tów, choć po­czuł, że po­su­nął się do przodu.

Po wy­ko­na­nej pracy chło­pak pu­ścił po­je­dy­nek bok­ser­ski od po­czątku, tym ra­zem nie prze­ry­wa­jąc go ani na mo­ment. Sen­sa­cji nie było – Rid­dick Bowe po raz mi­lio­nowy prze­grał tę walkę, przy­gryzł wargi i po­zo­stało mu tylko przy­glą­da­nie się, jak star­szy ko­lega wpada w ob­ję­cia swo­jego na­roż­nika.

Wal­czak tym­cza­sem wstał z łóżka i za­czął ro­bić pompki. Po sze­ściu padł na twarz. Kwa­śno-skó­rzany za­pach sta­rej pod­ło­go­wej klepki przy­pra­wił go o mdło­ści.Roz­dział 3

I

Wa­łem i chod­ni­kiem przy Oso­bo­wic­kiej je­chało wy­jąt­kowo wielu ro­we­rzy­stów – nie byli to co­roczni pio­nie­rzy, wy­ska­ku­jący w rę­ka­wicz­kach i pu­chów­kach na prze­kór okrut­nej po­go­dzie, a pierw­szy praw­dzi­wie ob­fity rzut osób, które na peł­nym kom­for­cie po­sta­no­wiły roz­po­cząć se­zon. Ostat­nie po­drygi zimna ofi­cjal­nie zgi­nęły, a na­wet gdyby wró­ciły ze zdwo­joną siłą, nikt nie miał za­miaru cho­wać dwóch kó­łek do piw­nicy. Na po­czątku wio­sny za­wsze na­stę­puje mo­ment prze­ła­ma­nia, po któ­rym na­wet pięć stopni jest dla wszyst­kich znacz­nie cie­plej­sze i mniej do­kucz­liwe od do­kład­nie ta­kiej sa­mej tem­pe­ra­tury jesz­cze kilka dni temu.

Były, rzecz ja­sna, osoby, które nie prze­pa­dały za ro­we­rzy­stami i uwa­żały ich za mą­ci­cieli me­dy­ta­cyj­nej aury spa­ceru. Je­den z ta­kich lu­dzi wra­cał wła­śnie z biura do miesz­ka­nia, słu­cha­jąc kom­po­zy­cji Nic­colò Pa­ga­ni­niego i co kil­ka­dzie­siąt se­kund zer­ka­jąc z iry­ta­cją przez ra­mię, aby upew­nić się, czy za chwilę nie wy­mi­nie go ama­tor pe­da­ło­wa­nia.

Dziś mi­nął pełny ty­dzień ro­bo­czy.

Idąc nad rzeką, Ni­ko­dem my­ślał o sło­wach, któ­rymi na od­chodne po­trak­to­wał go szef. Bar­dzo wul­gar­nie dał Wal­cza­kowi do zro­zu­mie­nia, że pi­sze za mało, a to, co pi­sze, nie robi od­po­wied­nich liczb. Po­ku­sił się na­wet o groźbę, mó­wiąc, że po­sada chło­paka wisi na wło­sku, a przy ta­kiej wy­daj­no­ści po­wi­nien wręcz ka­zać mu pra­co­wać w so­botę ra­zem z Olą i Mło­dym (któ­rzy, czego Ni­ko­dem był w pełni świa­domy, przez cały ty­dzień fan­ta­zjo­wali „ukrad­kiem” o moż­li­wo­ściach zro­bie­nia Ma­cie­jowi na złość i spo­so­bach unik­nię­cia week­en­do­wej ro­boty).

Wal­czak, mimo że groźba nad­go­dzin for­mal­nie nie zo­stała speł­niona, pla­no­wał po­świę­cić naj­bliż­sze dwa dni na za­ję­cia stricte zwią­zane z „Ró­żo­wymi Oku­la­rami”.

Wró­ciw­szy do domu, od razu usiadł przy biurku i za­czął no­to­wać w trze­cim już ze­szy­ciku – dwa pierw­sze za­pi­sał w trak­cie ostat­nich dni. Włą­czył prze­sta­rza­łego lap­topa, któ­rego wia­traki za­częły pra­co­wać na peł­nych ob­ro­tach, gdy Ni­ko­dem po­otwie­rał w prze­glą­darce dzie­siątki kart ze stro­nami plot­kar­skimi po­dob­nymi do „Ró­żo­wych Oku­la­rów”. Do póź­nego wie­czora pi­sał, ry­so­wał, pla­no­wał i żył wy­łącz­nie o ka­wie i Hayd­nie są­czą­cym się z gło­śni­ków do­stoj­nie wy­glą­da­ją­cej wieży ste­reo sto­ją­cej na szafce za nim. Kom­pu­ter, drogi sprzęt do od­twa­rza­nia mu­zyki – w ten ostatni wli­czała się rów­nież nie­mała ko­lek­cja płyt CD – oraz sterta ksią­żek przy­kry­tych ko­cem były w za­sa­dzie je­dy­nymi przed­mio­tami w asce­tycz­nym miesz­ka­niu na­le­żą­cymi do Ni­ko­dema.

Cy­frowy ze­gar w rogu ekranu wy­bi­jał drugą. Sa­motny lo­ka­tor chciał po­ło­żyć się spać, lecz zbyt mocno do­skwie­rał mu głód. Za­spo­koił go reszt­kami gar­ma­że­rii, które zna­lazł w za­mra­żarce. Kon­sump­cję tych spe­cja­łów wy­rzu­cał so­bie po­tem przez ko­lejną go­dzinę, w trak­cie któ­rej nie mógł usnąć.

Rano po­sta­no­wił, że pój­dzie do sklepu po po­rządne śnia­da­nie. Do­piero za­opa­trzony w bułki, sery, wę­dliny i wa­rzywa rzu­cił się po­now­nie w wir pracy. Miał już z grub­sza za­pla­no­wany szkie­let pre­zen­ta­cji, którą chciał w po­nie­dzia­łek ura­czyć ko­le­żanki i ko­le­gów – trzeba było to wszystko jesz­cze po­obwie­szać so­lidną dawką me­ry­to­rycz­nego mięsa. Na tym ze­szła mu so­bota i nie­dziela.

W po­nie­dzia­łek przy­był do biura o siód­mej rano, tym sa­mym spo­so­bem, co za­wsze. Ozna­czało to, że nad Odrą mu­siał iść w du­żej mie­rze po ciemku, oświe­tla­jąc so­bie drogę wą­tłym świa­tłem z la­tarki te­le­fonu. Mimo do­mi­nu­ją­cej ciem­no­ści, po dro­dze spo­strzegł w wy­so­kiej tra­wie przy wa­łach pla­sti­kową bu­telkę z ety­kietą upstrzoną ja­poń­skim al­fa­be­tem. Prze­sta­wił ją de­li­kat­nie, zła­mał kilka źdźbeł i zro­bił zdję­cie.

II

Gdy Ma­ciej Ko­wal­ski w końcu przy­był do pracy – spóź­niony o go­dzinę i dzie­sięć mi­nut – wszystko cze­kało przy­go­to­wane. Do jed­nego z kom­pu­te­rów Ni­ko­dem pod­łą­czył czter­dzie­sto­ca­lowy te­le­wi­zor z po­prze­pa­la­nymi pik­se­lami, któ­rego szef nie zdą­żył jesz­cze wy­wieźć. Ekran świe­cił nie­przy­jemną nie­bie­skawą czer­nią, szcze­gól­nie do­strze­galną przy zga­szo­nym te­raz świe­tle.

– A co tu się znowu od­pier­dala? – re­dak­tor na­czelny spy­tał od progu. – Wy ma­cie pra­co­wać, a nie szy­ko­wać się, kurwa, do oglą­da­nia „Shreka”!

Trójka jego pra­cow­ni­ków sie­działa przo­dem do te­le­wi­zora – wszy­scy na­tych­miast od­wró­cili się i za­częli z nie­po­ko­jem zer­kać na Ko­wal­skiego. Wy­mie­nili z nim spoj­rze­nia su­ge­ru­jące, że nic, co wy­da­rzy się w naj­bliż­szych mi­nu­tach, nie było w naj­mniej­szym stop­niu ich po­my­słem.

– Cześć, Ma­cieju – Ni­ko­dem ujaw­nił się, wo­ła­jąc z kuchni.

– Chodź tu, kurwa, na­tych­miast – szef syk­nął chłodno, jak pa­to­lo­giczny ro­dzic chcący skar­cić dziecko i ma­jący świa­do­mość, że na wy­strzały ener­gii przyj­dzie jesz­cze pora pod­czas eg­ze­kwo­wa­nia kary. – To jest twoja sprawka? Nie na­pi­sa­łeś nic war­to­ścio­wego i jesz­cze mi roz­pier­da­lasz biuro ja­kimś cyr­kiem?

– Daj mi kwa­drans – uspo­koił go Ni­ko­dem. – Kwa­drans i je­śli bę­dziesz chciał mnie wy­rzu­cić, to zrze­kam się pen­sji za prze­pra­co­wane go­dziny.

Ma­ciej uspo­koił się nieco i de­li­kat­nie za­in­try­go­wany – choć jed­nak przede wszyst­kim zdrowo wkur­wiony – za­czął zdej­mo­wać kurtkę.

– Pięć mi­nut – po­wie­dział.

Wal­czak ge­stem po­pro­sił go, by usiadł. Pod­szedł do kom­pu­tera, oparł się o biurko i roz­po­czął po­kaz slaj­dów z Po­wer­Po­inta. Każdy z nich za­wie­rał su­rowe, zdaw­kowe in­for­ma­cje. Prze­rzu­ca­jąc ko­lejne strony pre­zen­ta­cji, Ni­ko­dem mó­wił, a nikt z obec­nych nie prze­szko­dził mu w tym ani na mo­ment.

– Przez week­end po­zwo­li­łem so­bie prze­ana­li­zo­wać ry­nek por­tali po­kroju na­szych „Ró­żo­wych Oku­la­rów”. Przede wszyst­kim, je­ste­śmy zbyt ła­godni i rze­czowi w na­głów­kach. Do­bry na­głó­wek to taki, który wy­wo­łuje w czy­tel­niku za­ra­zem wścib­ską cie­ka­wość, jak i obrzy­dze­nie po­łą­czone z po­czu­ciem wyż­szo­ści. Te dwie rze­czy spra­wiają, że ktoś klika w link. Na­głó­wek Agi o majt­kach Pa­try­cji Go­dzieli był nie­zły, bo za­wie­rał w so­bie odro­binę świa­do­mego ab­surdu, ale można by go pod­ra­so­wać... Bez urazy, Aga, bo uwa­żam, że zro­bi­łaś su­per ro­botę.

Na ekra­nie po­ja­wił się prze­kre­ślony na­głó­wek ory­gi­nalny:

SZOK! Pa­try­cja Go­dziela po­ka­zała się na ko­la­cji BEZ MAJ­TEK, ale za to Z NO­WYM CHŁO­PA­KIEM!

Pod nim zaś wid­niał na­pis:

SZOK! Go­dziela po­ka­zała się BEZ MAJ­TEK, ale za to Z NO­WYM CHŁO­PA­KIEM! Jak jej nie wstyd?!
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij