Karaluch - ebook
Samotność nie jest wyborem. Pogardy nie da się ujarzmić. Wrocławskie blokowisko, a w nim Nikodem Walczak – inteligentny i pracowity absolwent filozofii, który właśnie znalazł nową pracę. W redakcji plotkarskiego portalu "Różowe Okulary" zdaje się być perłą pośród mułu: nie podchodzi z ironią do pisania artykułów, traktuje nowe zajęcie z maksymalną powagą. Jego zaangażowanie jawi się innym jako niezręczne. Zbyt wzorcowe. Ale z drugiej strony – czy pracy, jakakolwiek by ona nie była, nie należy wykonywać jak najrzetelniej? Tylko czy Walczakowi faktycznie chodzi tylko o pracę? "Karaluch" przygląda się jednostce wystawianej przez los na najcięższe próby. Jednostce zacietrzewionej, przekonanej o tym, że wszystkie swoje nienawistne uczucia trzyma na smyczy – i w konsekwencji przesuwającej granice tego, co etyczne, moralne, usprawiedliwione. Czy można ją za to wyłącznie potępiać? A może każdy z nas jest kilka kroków od zostania Walczakiem?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna polska |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788396853226 |
| Rozmiar pliku: | 709 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
– Fiodor Dostojewski, „Biesy”
(przekład: Tadeusz Zagórski, Zbigniew Podgórzec)PROLOG: MAGAZYN
Nasączony wodą mop jeździł po podłodze magazynu w podwrocławskim Kiełczowie.
Dochodziła dwudziesta, a na pokładzie hali numer szesnaście krzątały się dwie osoby: Kasia i Paweł. Dziś to na nich wypadła kolej sprzątania pomieszczenia socjalnego na koniec zmiany.
– Goniec na d3! – krzyknął siedzący w kącie chłopak, skrzyżowawszy ręce na piersi. Teatralnie czujnymi oczami wypatrywał odpowiedzi na ten błyskotliwy ruch.
– Po pierwsze, debilu – dziewczyna przestała na chwilę szorować podłogę, wyprostowała się i odgarnęła pasemko włosów z oczu – nie umiesz grać w szachy. Po drugie, „goniec na d3” to nie jest prawidłowy ruch na rozpoczęcie. Po trzecie, nawet gdybyś się nauczył, i tak bym z tobą nie grała.
– Jest po czwarte?
– Tak – rzuciła w niego ścierką schowaną w kieszeni. – Po czwarte: byłoby szybciej, gdybyś mi pomógł.
Paweł pokręcił przez chwilę nosem, ale w końcu zaczął wycierać blat.
– A może ja ci nie chcę pomagać, bo dobrze mi się z tobą spędza czas i chcę go wydłużyć? – zapytał, nie patrząc na nią.
– Bez wzajemności. Szoruj.
Chłopak był w stanie wyczuć tłumiony uśmiech na jej twarzy nawet pomimo faktu, że stała odwrócona plecami.
Rozpoczęli zatrudnienie w magazynie „Pol-Track” dokładnie tego samego dnia. Harmonogram zakładał trzy lub cztery dwunastogodzinne dni robocze w tygodniu, w tym zmiany nocne. Osoby z życiem towarzyskim albo obowiązkami mogłyby uznać taki rozkład za niewygodny; los jednak chciał, że ani Paweł, ani Kasia nie należeli do żadnej z tych grup, więc im praca w „Pol-Tracku” pasowała idealnie. Robota była względnie przyjemna i komfortowa, dzieci nie posiadali, zaburzony rytm dobowy był dla ich młodych organizmów jak truchcik. Atmosfera w pracy?
– Dzisiaj wieczorem tak cię wezmę na karuzelę, że nie będziesz wiedziała, gdzie jesteś – Paweł podrzucił ścierkę i dynamicznie złapał ją w powietrzu, wykonując przedtem obrót o trzysta sześćdziesiąt stopni na pięcie. Ledwo go ustał.
– Mówisz to od trzech miesięcy, a nawet nie masz jaj, żeby mnie gdzieś zaprosić po robocie – Kasia nie przerywała mycia podłogi.
– Tak cię rozpalę, że ci oczy wyjdą na wierzch jak w kreskówkach.
Mop z impetem stanął w wyżymaczce.
– Zaprosisz mnie gdzieś, debilu? To ten moment? To już dzisiaj?
– Dzisiaj jeszcze nie. Ale strzeż się, bo nie znasz dnia ani godziny – chłopak dokończył z kaznodziejskim zaśpiewem.
Puszczone z telefonu internetowe radio grało to, co zwykle, czyli nic konkretnego. Była to idealna mieszanka muzyki i gadaniny do sprzątania – zdawać by się mogło, że wyjęcie z ramówki jednego elementu, przestawienie jednego utworu zakłóciłoby generyczny porządek rzeczy. Nikt tej stacji czynnie nie słuchał, ale każdy ją słyszał; a już na pewno wyłapałby w mig fałszywą nutę.
– Co się stało z filozofem? – Kasia miała zadać to pytanie już kilka dni temu, jednak było na tyle mało priorytetowe, że zawsze wylatywało jej z głowy i przypominało o sobie już po wyjściu z magazynu.
– Wilczakiem? Kaputt – Paweł wsadził sobie do ust pistolet z palców i pociągnął za spust.
– W sensie?
– Szuka dalszego rozwoju poza strukturami firmy. Nie wiem, gdzie poszedł.
Mop wylądował w wiadrze, a jego operatorka stanęła z rękami na biodrach. Nastrój na moment zrobił się mniej kokieteryjny, co obydwoje natychmiast wyczuli.
– Gadałeś z nim kiedyś dłużej?
– Ze dwa tygodnie temu zapytałem, czy poleca jakieś książki o filozofii.
– To ty umiesz czytać?
– Nie, ale potrzebuję podkładki pod stół, gdyż abyż mi się gibie.
Kasia wróciła do sprzątania. Rzuciła pod nosem miękki wulgaryzm, bo szmata nabrała zbyt dużo wody, która rozlała się na podłodze.
– Jaką książkę ci polecił?
– Jakieś gówno.
– Skąd możesz wiedzieć, skoro nie znasz tych książek?
– Sprawdziłem później. Polecił mi coś, co było zatytułowane i wyglądało jak lektura dla ułomnych.
– No to akurat dla ciebie.
Paweł zdawał się nie zarejestrować przytyku.
– Wydaje mi się, że mnie po prostu trollował – dokończył, po czym zamilknął na chwilę, zanim dodał mniej swobodnym głosem: – Ten typ w ogóle był jakiś lewy.
– Może po prostu nie szukał kolegów w pracy.
– Nie, nie o to chodzi. Zresztą, nieważne. Może już wystarczy? – zapytał, ogarniając gestem całą przestrzeń.
– Ledwo zaczęliśmy. Przejedź chociaż do końca ten blat, chłopie...
W rytmie przezroczystego radia oraz pawłowych postękiwań uwinęli się z dokończeniem sprzątania w pięć minut. A potem zbili żółwika i każde wróciło do siebie z delikatnym niedosytem.Rozdział 1
I
– Wszystkie te aspekty sprawiają, że mamy do czynienia z filmem… dzikim. Z filmem nieokiełznanym i żywym, który z miejsca stanie się tak zwanym cult classic, oglądanym... – deklamował głos w radiu do momentu, aż Nikodem Walczak nie przerwał mu brutalnie, wciskając mechaniczny przycisk na obudowie urządzenia.
Od teraz chciał się skupić, a głos podający mu kolejne słowa, mimowolnie przetwarzane przez mózg, nie był w tym zamiarze sprzymierzeńcem. Skupić zaś chciał się nie na czymś konkretnym, a na wyciszeniu z lekka już przebodźcowanej jaźni. Podnosząc do ust kubek czarnej kawy, utrzymywał kontakt wzrokowy ze swym odbiciem zamkniętym w lekko zamglonym lusterku stojącym na kuchennym stole.
Wciąż nie podobała mu się swoboda, z jaką układały się zaczesane na bok włosy. Z irytacją spoglądał na pojedyncze czarne kosmyki uciekające spod grzebiennego rygoru, choć wiedział przecież, że zanim dojdzie do redakcji „Różowych Okularów”, sytuacja wokół jego czupryny i tak zdąży się siłą rzeczy pogorszyć. Mimo to był podrażniony – skoro nie mógł zachować elegancji przez cały dzień, chciał ją mieć przynajmniej na starcie.
Aby zażegnać ów czysto psychologiczny kryzys, poprawił fryzurę po raz ostatni i, wciąż patrząc sobie w oczy, położył lusterko taflą do dołu.
Ponownie wziąwszy kubek w dłoń, ruszył w stronę salonu, gdzie znajdowało się wyjście na balkon. Jego mieszkanie reprezentowało klasyczny trzypokojowy układ rodem ze środkowego PRL-u: osobna kuchnia, klaustrofobiczne pomieszczenie z muszlą klozetową oddzielone ścianką od łazienki z małą wanną, całkiem pojemny salon, dwa mniejsze pokoje i zabetonowana do połowy wysokości loggia, którą zawsze mianował w myślach balkonem, bo w nazwie „loggia” było coś, co z niejasnych dla niego powodów obrzydzało go.
Wystrój tego lokum był skromny, a sporą jego część stanowiły meble i przedmioty należące do właściciela, bo Nikodem mieszkanie jedynie wynajmował. Płacił za nie stosunkowo niski, ale mimo to stanowiący grubo ponad połowę jego miesięcznych wydatków czynsz, który na dodatek spoczywał wyłącznie na jego barkach, bo mimo „dysponowania” trzema potencjalnymi sypialniami był jedynym lokatorem.
Jako że mieszkał na najwyższym, jedenastym piętrze budynku, wychodząc na balkon widział całą południową część wrocławskiego Kozanowa. Flora i fauna budziły się do życia po zimowej apokalipsie, toteż atmosfera przepełniona była słodyczą i przyjemnością, a słońce, choć chowało się jeszcze za plecami Nikodema, dawało znać o swej obecności, dotykając promieniami okolicznych bloków. Do wyjścia pozostawało dziesięć minut, a letnia kawa z każdym powolnym łykiem smakowała coraz lepiej.
– Nosz kurwa, pojebało cię, stary?! – doszedł go nagle żeński krzyk z mieszkania poniżej, gdzie najwyraźniej sąsiedzi pozostawili uchylone okna.
– Jak ja cię zaraz _pojebię_, to... – odpowiedział głos męski, ale Nikodem nie usłyszał końcówki zdania, bo na wysokości wyrazów mających zawierać groźbę zamykał już za sobą balkonowe drzwi. Nie przeklął pod nosem, nie pokręcił głową – jedynie zmrużył lekko oczy, ubolewając niewerbalnie nad zmąconą chwilą.
Wrócił do kuchni, wylał reszki kawy do zlewu i starannie umył kubek, nucąc przy tym nieśmiało niesprecyzowaną melodię. Naczynie odłożył na obdrapaną metalową suszarkę, uprzednio wytrąciwszy z niego kilka kropel wody. Z odpływu biło mocnym, chemicznym zapachem.
Nie chcąc już wyszukiwać sobie zajęć, a jednocześnie nie mając ochoty na bierne siedzenie przy stole, Walczak uznał, że wyjdzie jednak wcześniej. Chwycił z wieszaka płaszcz, zarzucił go na białą koszulę, wzuł buty i po chwili był już na klatce.
Schodzenie po schodach co prawda dawało mu przyjemność, jednak sprawiało, że mocno się pocił, a że chciał uniknąć zarówno tego, jak i przypadkowego kontaktu z innymi mieszkańcami bloku, wcisnął guzik wołający windę. Ta wgramoliła się niemrawo do góry, skrzecząc przy tym podczas hamowania.
Na żadnym z pośrednich pięter nie wsiadały inne osoby, co delikatnie go zadowoliło.
Po wyjściu z budynku zauważył kątem oka zgniecioną puszkę po Pepsi, opartą przez kogoś z premedytacją o ścianę. Przykucnął na chwilę, poszukał odpowiedniego kadru, zrobił zdjęcie telefonem. Potem odwrócił się i zaczął iść w stronę nadodrzańskich wałów. Zanim uszedł sto kroków, zdążył uporać się z rozplątaniem dokanałowych słuchawek, w których po chwili zabrzmiał Ludwig van Beethoven.
II
Biuro „Różowych Okularów” znajdowało się niedaleko Hali Targowej, w proszącej się o remont elewacji kamienicy, gdzie było jedynym lokalem wykorzystywanym w celach innych niż stricte mieszkaniowe. Nikodem z wyświechtanej klawiatury domofonu wybrał jedynkę i cierpliwie odczekał pięć rund standardowego sygnału. Wreszcie głośnik zatrzeszczał, lecz nie wydobyły się z niego żadne dźwięki przypominające słowa.
– Nikodem Walczak – młody mężczyzna zaanonsował się, mając nadzieję, że problem z komunikacją jest jednostronny. Odgłos otwieranego elektrycznie zamka kazał mu przypuszczać, że miał rację.
Przeskanował wzrokiem dostępne na parterze opcje i pozwolił sobie wkroczyć przez uchylone drzwi do lokalu numer jeden.
Przedpokój wyglądał bałaganiarsko; zupełnie tak, jakby ktoś chciał się wprowadzić – lub wyprowadzić – ale nie miał czasu na odpowiednie rozmieszczenie bibelotów, więc zniósł je pracowicie do mieszkania i zostawił w najwygodniejszym miejscu. Ściany były zredukowane tak dalece, jak pozwalała konstrukcja budynku. Po lewej stronie znajdowała się część socjalna, czyli połączona kuchnia i niewielkich rozmiarów pokój. Po prawej zaś, w przestrzeni przypominającej faktyczne biuro, krzątała się różowowłosa dwudziestokilkulatka w glanach.
– Hej, hej – powiedziała przez ramię. – Rozbierz się i zrób sobie coś do picia, zaraz przyjdę.
Nikodem posłusznie zdjął płaszcz i zagrzał sobie wodę w potwornie żółtym ze starości czajniku elektrycznym. Nie zdążył upić dwóch łyków, a dziewczyna kroczyła już radośnie w jego stronę.
– Heeej – powtórzyła, wyciągając rękę zwieńczoną bardzo długimi czarnymi paznokciami. – Aga.
– Nikodem – uścisnął jej wątłą dłoń i skinął głową. – Reszty jeszcze nie ma?
– Nie, nie – machnęła, odwracając się do blatu i chwytając za czajnik. – Nie chcę ci zaszczepiać złych nawyków, ale szef zawsze się spóźnia co najmniej godzinę, więc wszyscy to sobie wykorzystują, żeby przyjść chwilę później.
– Ty nie wykorzystujesz – zauważył, czym wprawił ją w widoczne zakłopotanie.
– Ja jestem frajerką – zaśmiała się, wzruszając ramionami. Z grzeczności odwzajemnił uśmiech.
Kuchnia wcale nie była przestrzenią wolną od pracy. Na blacie i stole walały się niezliczone notatki, przedruki, ręczne zapiski niemożliwe do odczytania – materiały te dotyczyły głównie plotek i wszelkiej maści celebrytów.
– Za nową robotę – Aga wyrwała Nikodema z oględzin, podnosząc kubek z miętą. Stuknęli się i znów wymienili uśmiechy, choć tym razem wyraz okrągłej twarzy dziewczyny niezbyt udolnie skrywał w sobie smutek. Pomilczeli przez dobrą minutę, wsłuchując się w szum przejeżdżających w pobliżu samochodów.
– Co robiłeś wcześniej? – spytała, opierając się lędźwiami o blat.
– Różne rzeczy – odparł uprzejmie.
– A ostatnia praca? – ponagliła go, dobrze widząc brak chęci do rozmowy w tym temacie, a jednocześnie nie mogąc oprzeć się zaspokojeniu ciekawości.
– Magazynier.
– A po czym jesteś? W sensie, po jakich studiach... czy tam szkole? – asekuracyjną wstawkę o szkole udało jej się dodać w ostatniej chwili. Zbyt mocno przyzwyczaiła się, że _wszyscy_ byli teraz po _jakichś_ studiach.
– Filozofia.
Dziewczyna, co lekko go zdziwiło, przytaknęła tylko ze zrozumieniem.
– Ciężko o robotę... w zawodzie?
– Nie szukam. Zresztą, chyba bym nie znalazł.
Kolejnych kilka chwil milczenia.
– Ja jestem po germanistyce.
Nikodem ożywił się nieco na te słowa.
– To musiały być bardzo ciekawe studia.
Aga parsknęła i pokręciła głową. Pomalowane oczy przymknęły się jak spłoszone.
– Nie wiem, czy teraz ironizujesz, czy mówisz serio.
– Dlaczego miałbym ironizować?
Odeszła od blatu i skierowała się w stronę przestrzeni biurowej. Buty gotowe do zmiażdżenia komuś głowy sunęły po wykładzinie z zaskakującą lekkością. Ktoś za oknem kaszlał przeraźliwie.
– Germanistyka... Chodź, coś ci pokażę... – machnęła do Nikodema nie odwracając się. – Germanistyka to bardzo nudna rzecz. To znaczy, mi się podobało, nawet się jarałam. Ale ostatecznie każdy temat można ludziom zohydzić, jeśli magluje się go wystarczająco mocno, prawda?
Wskazała mu miejsce przy, jak mniemał, jego komputerze. Monitor miał wyraźną rysę w prawym górnym rogu. Aga pochyliła się nad biurkiem i zaczęła przetykać kolejne słowa instrukcjami wskazującymi, co Nikodem ma wpisywać i klikać.
– Na germie jest bardzo dużo czytania, głównie rzeczy, których... Imię, nazwisko, małpka, różowe okulary bez polskich znaków, kropka PL, a hasło to okulary, małpka, 1-2-3-4... Głównie rzeczy, których nie chce ci się czytać, bo nie są jakieś szczególnie dobre, a ich wartość jest czysto dydaktyczna... Trzeba chwilę poczekać, bo na początku zamula... Na drugim roku już masz serdecznie dość tej zabawy, a kiedy wreszcie się doczłapiesz do dyplomu... Teraz Firefox... To okazuje się, że na stanowisko urzędasa są lepsi od ciebie, a tłumacze nie są już tak potrzebni, skoro jest generatywna AI i inne wynalazki.
– Wolny rynek nie ma na to zapotrzebowania? Jakiś biznes czy coś?
– Pomijając próg wejścia i konieczność posiadania doświadczenia, a tego ostatniego znowu nie zdobędziesz, jak nikt cię nie zatrudni – tu Aga ubarwiła wyliczankę komicznym machaniem głową – to trzeba też mieć odpowiedni dryg, a ja mam chyba głównie dryg do... nie wiem, do samego języka i kultury? Do takiego typowo akademickiego zacięcia? Tu zjedź i kliknij sekcję „statystyki”... Nauczycielką natomiast nie chciałam nigdy być, bo nie czuję za bardzo dzieci. Więc szukam innych zajęć. Teraz posortuj po największej liczbie odsłon.
Nikodem wykonał ostatnie polecenie, a na szczyt – wcześniej sortowanej chronologicznie – listy artykułów w panelu redaktorskim wskoczył ten zatytułowany „SZOK! Patrycja Godziela pokazała się na kolacji BEZ MAJTEK, ale za to Z NOWYM CHŁOPAKIEM!”. Obok tytułu wpisana była ksywa autorki: „aga.dg”.
– Najczęściej czytany artykuł na portalu – puknęła z dumą w monitor wierzchem otwartej dłoni. – Widzisz, jakie rzeczy się potrafi po germanistyce?
– Od czego jest „dg”? – Nikodem spytał momentalnie.
– Death Grips. Lubię ich słuchać.
– To jakiś zespół?
Dziewczyna pacnęła go lekko w ramię.
– Co ty, nie znasz Death Grips? Czego słuchasz?
– Beethovena, Dvořáka...
Odczekała chwilę.
– Poważnie?
– Czemu miałbym żartować?
– Nie, nic – spłoszyła się, bojąc się urazić nowego kolegę. – Tylko się zdziwiłam. Nie przepadasz za współczesną muzyką?
– Nie mam zdania, po prostu słucham innej – uśmiechnął się serdecznie. – Gratuluję artykułu.
Aga przekrzywiła lekko głowę i przymrużyła oko, wreszcie skrzyżowała uzbrojone w bransolety ręce na piersi.
– Przyrzeknij, że sobie ze mnie nie kpisz.
– Oczywiście, że nie kpię – zapewnił. – Najlepiej ze wszystkich wykonałaś swoją pracę. Dwieście tysięcy odsłon to jest świetny wynik.
– Niestety nadal nie przekłada się to na przesadnie dużo forsy... – odparła ze znużeniem i westchnęła. W tej samej chwili unifon dał znać, że ktoś wchodzi na klatkę. Aga położyła Nikodemowi rękę na ramieniu i ściszyła głos.
– Ostatnia rzecz! – syknęła niemal szeptem. – Śmieciówka czy UoP?
– Co?
– Jaką Maciek dał ci umowę?
– Zlecenie.
Teatralnie odetchnęła z ulgą.
– No, już się bałam. Ja o UoP walczę od pół roku. Gdybym się dowiedziała, że dał ci na wejściu... Hej, Macieju! – wyprostowała się nagle i zaczęła krzyczeć w stronę wchodzącego przez drzwi faceta. Początkowy entuzjazm była w stanie udawać przez kolejnych pięć sekund.
III
– Przede wszystkim... – Maciej Kowalski, brodaty czterdziestolatek, mówił do nich ich dwójki jak do zgromadzenia, choć z oczywistych względów zwracał się do Agi – Przede wszystkim, to gdzie są, do chuja, Nahorska i Młody? Zaraz będzie piętnaście po dziewiątej.
Aga wzruszyła ramionami.
– Ja im nie ustalam harmonogramu i ich nie pilnuję. Dorośli są.
– Zaraz będą, kurwa, dorośli i bezrobotni. To się często zdarza?
– Nikogo nie pilnuję – powtórzyła.
– A ujebać z pensji mam tobie, czy im?
Dziewczyna zachwiała się mentalnie jak bokser trafiony niespodziewanym ciosem. Nie oczekiwała od przełożonego choćby fundamentalnej przyzwoitości, a i tak czasem był w stanie ją negatywnie zaskoczyć – jak teraz, gdy nawet nie próbował się hamować podczas pierwszych minut Nikodema. Z jednej strony zbierało jej się w takich chwilach na wymioty, z drugiej zaś przypominała sobie wtedy, że pomimo bycia od dawna wystawionymi na skrajnie toksyczne środowisko pracy, jej ciało i umysł nadal reagują refluksem na niski poziom moralnych standardów. To ją w pewnym sensie pocieszało: skóra mogła zgrubieć, wszystko inne nadal było plastyczne.
– Robisz nam wspaniałą reklamę przed nowym pracownikiem, szefie – z ostatniego słowa jad sączył się jak z gąbki.
– Nie bądź taka mądra – Kowalski urwał dyskusję w staroszkolnym stylu i zaczął przetrząsać sporą kupkę papierów. Klął przy tym pod nosem, oskarżając cały świat o niemożność znalezienia tego, czego szukał. Celuloza szeleściła i świszczała, przerzucana nerwowo z jednego miejsca w drugie. Najwyraźniej żadna kartka nie spełniała kryteriów wyszukiwania, bo proces został szybko skwitowany cichym: „a, w dupie z tym”.
– Jak ty tam masz...? – naczelny zwrócił się tym razem konkretnie do Nikodema, który wyrecytował swoje nazwisko.
– Słuchaj, Nikodem. Gadaliśmy już ze sobą, więc mniej więcej wiem, kim jesteś i czego chcesz. To teraz ci powiem konkretnie, czego ja chcę od ciebie. Prawda jest taka, że robimy tutaj gówno.
Aga dyskretnie przewróciła oczami.
– Żerujemy na najniższych instynktach – kontynuował Kowalski. – Ma się klikać, ma się udostępniać. Tak długo, jak będziesz robił liczby i unikał pozwów, nic więcej mnie nie obchodzi. Karuzela ma zapierdalać.
Nikodem zachował poważną, pełną zaciekawienia minę i nie skomentował tych słów w żaden sposób. Podczas krótkiej rozmowy kwalifikacyjnej słyszał z ust Kowalskiego o wiele więcej dyplomacji.
– Newsy bierzemy z innych stronek, bo nie mamy swoich ludzi w terenie. Zresztą, jak widzisz po korytarzu, zaraz nie będziemy nawet mieli swojego biura w terenie, bo za dwa tygodnie kończy nam się najem i przechodzimy na pełną pracę zdalną. Ogólnie, tak jak ci mówiłem przy rekrutacji, jest trochę chujnia, bo nie przynosimy zysków. Także możesz iść po bandzie... Co ty, kurwa, robisz?
Walczak podniósł wzrok znad małego notatnika, który niepostrzeżenie pojawił się w jego dłoni.
– Robię notatki.
– Po chuj notatki?
– Żeby zebrać wytyczne i przemyślenia.
Szef patrzył na niego przez dłuższą chwilę jak na idiotę. W końcu skrzywił twarz w grymasie i spojrzał na Agę.
– I co on tam pisze? Że trzeba kraść newsy i że nie robimy pieniędzy? On jakiś pierdolnięty jest?
Aga obdarzyła Macieja pogardliwym spojrzeniem i ponownie, tym razem bez dyskrecji, przewróciła oczami. Nikodem postanowił sam stanąć we własnej obronie.
– Notuję rzeczy, które mi się mogą przydać w pracy – powiedział spokojnie. – Chcę ją wykonać jak najrzetelniej. Chyba za to mi będziesz płacił?
W ciszy oplatającej pomieszczenie słychać było pobzykiwanie żółtej żarówki. Maciej rozłożył ręce i znów spojrzał na Agę.
– Wzorowy pracownik – powiedział z rezygnacją, tak jakby przegrał wielogodzinną kłótnię z kimś po stokroć bardziej upartym. – No dobra, tak długo, jak będą z tego wyświetlenia, to możesz sobie nawet gołe babki szkicować w tym notesie – tu ponownie odwrócił się do Nikodema. – Aga ci wszystko pokaże od początku do końca. Ja mam teraz swoją robotę – zakończył wywód i usiadł do biurka w kącie pokoju, tym razem biorąc na tapet inną papierową wieżę.
Dziewczyna po tej tyradzie wyglądała na pozbawioną resztek chęci do życia. Skinieniem zaprosiła Nikodema z powrotem do komputera i wprowadziła go w tajniki systemu do publikacji oraz mediów społecznościowych „Różowych Okularów”, na które należało wrzucać nowopowstałe artykuły. Wymieniła kilka tanich chwytów mających zwiększyć klikalność, które Nikodem skrzętnie notował. Zachowywała przy tym pełen profesjonalizm i chłód, nie pozwalając sobie na żaden zbędny żart czy komentarz.
Kwadrans później do biura przyszły dwie kolejne osoby, które zesztywniały jak posągi, zorientowawszy się, że szef jest już w pracy.
– Bezpłatna sobota – Maciej rzucił do nich, nie odrywając wzroku od ekranu. – I przywitajcie się z nowym kolegą.
IV
Po paru godzinach szef musiał wyjść, co oznajmił pasywno-agresywnie za pomocą wiązanki wulgaryzmów. Nahorska i „Młody”, który później okazał się być Sebastianem, w końcu mieli szansę, aby porozmawiać z nowym nabytkiem firmy. Spotkanie integracyjne odbyło się w kuchni przy czajniku.
– Kim jesteś z wykształcenia? – dopytywał Sebastian, gdy wszyscy zaparzyli sobie po kubku kawy i zasiedli przy plastikowym stole.
– Filozofem.
Ola Nahorska, farbowana blondynka żująca teatralnie gumę, wypuściła głośno powietrze nosem.
– Wyuczony zawód: bezrobotny – powiedziała, cytując, jak się zdawało Nikodemowi, jakiś popularny żart internetowy. Nie poruszyło go to w najmniejszym stopniu.
– Nie żałujesz decyzji? – niezręcznie spytał Sebastian, słusznie wyczuwając, że dobrze byłoby zrównoważyć nieokrzesanie koleżanki, lecz nie potrafiąc tego zrobić w sposób kompetentny.
– Wręcz przeciwnie – chłopak odrzekł pogodnie. – To była najlepsza decyzja w moim życiu. Niesamowicie ciekawe studia.
– Kto jest twoim ulubionym filozofem? – spytała z kolei Nahorska.
– Hegel. Georg Wilhelm Friedrich Hegel – zadeklamował trochę zbyt snobistycznie.
Nikt nie wiedział za bardzo, jak ciągnąć tę rozmowę. W normalnej sytuacji zadania podjęłaby się Aga, ale nadal przytłaczał ją poranny głaz chamstwa i bezpośredniości, który zafundował im Maciej, toteż nie miała baterii na moderację dyskusji.
– Ja – zaczął Sebastian, gładząc się po łysej głowie – jestem po technikum rolniczym, a Ola po zarządzaniu. W sumie to dosyć śmieszne, że germanistka, rolnik, filozof i laska po zarządzaniu spotkali się, żeby robić gówno-gazetę internetową – Sebastian zaczął się śmiać, patrząc po twarzach pozostałych pracowników i szukając w nich odwzajemnienia wesołego nastroju. Po chwili tego emocjonalnego szantażu cała trójka uniosła kąciki ust, ale Młodemu zdawało się, że tylko Nikodem zrobił to choćby w najmniejszym stopniu szczerze.
– Faktycznie, zabawne – nowy nabytek firmy wziął głęboki łyk kawy. – Ale dziwi mnie, że nazywasz to słowem na „g”. Po co się tak... przepraszam, ale na szybko nie znajduję lepszego słowa... po co się tak kundlić?
Aga odłożyła uporczywie trzymany w dłoniach kubek na stół, a w jej oczach błysnęło coś na kształt nadziei, choć nikt z obecnych nie zwrócił na to najmniejszej uwagi.
– Nooo – Sebastian bardzo nieudolnie próbował wybrnąć. – To taka... Taki szmatławiec trochę, no nie? Mieszkamy w takim fajnym kraju, w takich warunkach, i zamiast robić coś wzniosłego, albo chociaż przydatnego, to piszemy o głupotach...
– Te „głupoty” przynoszą pieniądze i są czytane przez tysiące ludzi – zauważył Nikodem.
– Co ci się najbardziej podoba w tym twoim Hegelu... czy tam Heglu? – stanowczo urwała im nagle Ola Nahorska, na którą wszyscy w ułamku sekundy skierowali spojrzenia.
– Uważam – Nikodem odpowiadał z ociąganiem – że najlepiej ze wszystkich filozofów zdiagnozował naturę człowieka. I do dzisiaj jest podstawą wielu szkół myślenia, nierzadko fundamentalnie ze sobą sprzecznych.
– Napisał o tym jakieś książki?
Tu Nikodem wymienił kilka najbardziej znanych tytułów z taką lekkością, jakby był nieświadomy ich skrajnej niszowości w społeczeństwie.
– To musi być mega nudne do czytania, co nie? – Ola wyjęła gumę z ust i położyła przed sobą.
– Wręcz przeciwnie – chłopak otulił dłońmi swój kubek; wyglądało to tak, jakby lekko się zawstydził, ale momentalnie podniósł dumnie głowę i spojrzał zuchwale na rozmówczynię. – To jest... W sumie powiedziałbym, że to jest najciekawsza rzecz na świecie.
– Wolisz to od oglądania filmów w kinie?
– Nie oglądam filmów w kinie.
– Wolisz to od bzykania, ministrancie? – drążyła dalej, ewidentnie pijąc do jego koszuli, będącej jedynym przejawem elegancji w ich gronie.
– Nie bądź wredna – Aga rzuciła bez namysłu, chcąc powstrzymać Nikodema przed odpowiedzią prowokującą kolejne docinki. Ten uniósł dłoń w pokojowym geście.
– Nic nie szkodzi – powiedział.
– Ona sobie z ciebie kpi.
Dziewczyny popatrzyły na siebie. Wzrok dumnej degeneratki spotkał się ze spojrzeniem osoby, która walczy o resztki zasad tak długo, że nie ma już siły na nic innego.
– Jeśli ktoś mnie o coś pyta, czuję się zobligowany zakładać, że nie ma złych zamiarów – odparł Walczak, lecz mimo to wstał od stołu, uprzejmie skinął głową i poszedł do komputera.
Ola, Sebastian i Aga patrzyli po sobie, odczuwając skrępowanie tym nagłym bezpardonowym gestem. Nikodem w końcu wyczuł ich zmieszanie, więc wychylił głowę znad ekranu.
– Przepraszam, ale wracam do pracy – powiedział lekko zakłopotany swoją bezpośredniością. – Chciałem dzisiaj napisać choćby jeden artykuł.
Na koniec posłał im szeroki, przyjazny uśmiech i skupił się na monitorze, od którego nie odrywał wzroku przez kolejne dwie godziny.Rozdział 2
Ekran laptopa rozbłysnął. Za minutę mieli zacząć wychodzić do ringu dwaj najważniejsi zawodnicy wieczoru.
W zasadzie równie dobrze mogli wejść za sekundę, albo już dawno być na placu boju – Nikodem oglądał bowiem z odtworzenia rewanżową walkę Riddicka Bowe z Evanderem Holyfieldem. Słynny pojedynek, podczas którego – o czym Walczak doskonale wiedział, bo widział tę walkę kilkanaście razy – na ringu wylądował paralotniarz szukający sławy. Facet dostał w trąbę od zgromadzonych kibiców i żartowano później, że został jedynym człowiekiem znokautowanym tego wieczoru w Caesars Palace.
Logo Coca-Coli na szlafroku bokserskim Evandera Holyfielda niosło w sobie tony nostalgii, choć w rzeczywistości było przecież tym samym logotypem tej samej megakorporacji produkującej ten sam niezbyt zdrowy napój. A jednak, otoczony anturażem spłaszczonego do mono komentarza oraz drgającego lekko obrazu zgrywanego oryginalnie z telewizora na VHS, potem zaś z VHS na cyfrę, znak towarowy obiecywał, że w przeszłości istniał jakiś inny, lepszy od ówczesnej rzeczywistości świat. Łatwo można było się na to nabrać.
Walczak widział te wszystkie iluzje umysłu. I nabierał się. Dobrowolnie.
Tunelem tymczasem kroczył już Riddick Bowe. Towarzyszył mu utwór „We Will Rock You”. Śmiesznie się patrzyło na wielkie skupienie i rozgrzewkowe ciosy słane w powietrze, wiedząc, że mężczyzna utrwalony na cyfrowej kopii po raz kolejny zmierza ku nieuniknionej, choć minimalnej porażce na punkty.
Nikodem włączył ten pojedynek jako część rytuału powtarzanego co najmniej raz w tygodniu. Lubił oglądać boks z odtworzenia – stare walki, tak romantyzowane przez współczesność, stymulowały go z różnych względów. Poza tym przypatrywanie się procesowi, gdy znał już jego rezultat, sprawiało mu przyjemność. Fakt, że przeważnie zajadał się przy tym jabłecznikiem z rzemieślniczej cukierni, tylko tę przyjemność potęgował.
Choć nie chciał tego robić, wyobrażał sobie co chwila nagłówek, który pojawiłby się w „Różowych Okularach” na temat spektaklu, który oglądał.
„RIDDICK BOWE zaliczył NAJDŁUŻSZĄ przerwę od boksu w karierze. Po tej PORAŻCE czas na JESZCZE DŁUŻSZĄ?”.
Kamera trzęsła się, próbując śledzić zawodnika w drodze na ring.
We will, we will rock you!
A może „RIDDICK BOWE po długiej przerwie BIJE SIĘ jak ZARDZEWIAŁY?”.
„BOWE wchodzi na RING i ewidentnie BOWE-i się przeciwnika”? Nie, to zbyt pokrętne. Granica między sprawnym fikołkiem językowym a niezręczną wywrotką była cienka.
Michael Buffer ze swą nienaganną fryzurą i jeszcze bardziej nienagannym głosem zaczął wymieniać nudne fakty o organizatorach i pobocznych uczestnikach, budując napięcie przed tradycyjnym wykrzyczeniem nazwisk dwóch głównych aktorów.
Grzmoty i hałas. Któryś z sąsiadów zaczął wiercić w ścianie.
– Jest dziewiętnasta trzydzieści! – Nikodem krzyknął bardziej do siebie. Chwycił leżące obok słuchawki, które nawet na maksymalnej głośności nie tłumiły irytujących dźwięków.
Przeszło mu przez myśl, że gdyby było nieco wcześniej, mógłby spożytkować czas na podróż w Miejsce, Którego Cudownych Właściwości Starał Się Nie Nadużywać. Był przekonany, że znów dopisałoby mu szczęście. Niestety, nieubłagane wskazówki zegarka sugerowały, że musiałby wynaleźć jednocześnie i teleportację, i krótkodystansowy wehikuł czasu.
Może to i lepiej. Nic na siłę. Żeby na jednorękim bandycie wypadły same siódemki, Nikodem musiał intuicyjnie czuć, że to się stanie, że Opatrzność zerka na niego przychylnie – na tym opierała się cała jego wiara dotycząca Miejsca, Którego Cudownych Właściwości Starał Się Nie Nadużywać.
Zawodnicy zaczęli agresywnie.
Z podobną agresją Walczak wcisnął spację i zatrzymał transmisję.
W kuchni trzymał kilka paczek jednorazowych zatyczek do uszu – zrobił teraz użytek z jednej z nich. Aby jeszcze bardziej wyeliminować hałas, zaczął mówić na głos:
– Starszy o pięć lat Holyfield nie zaliczy początków tej walki do udanych, gdyż przegrał pierwsze trzy rundy. Dał jednak radę powrócić z dalekiej podróży i odzyskać inicjatywę, doprowadzając do remisu na półmetku dwunastorundowego pojedynku. Wtedy to, podczas siódmego starcia, w liny ringu niespodziewanie wleciał James Miller, paralotniarz chcący skraść dla siebie kilka chwil widowiska. To doprowadziło do ponad dwudziestu minut przerwy. Dłuższa pauza nie wytrąciła Evandera Holyfielda z równowagi, gdyż urodzony w Alabamie bokser kontrolował resztę starcia i mimo desperackich ataków przeciwnika utrzymał prowadzenie do samego końca.
Wiercenie ustało.
– Holyfield mógł równie dobrze przyjechać na tę walkę prosto z domu spokojnej starości. Przepierdolił... Nie – Walczak porządnie skarcił się w myślach. – Przerżnął koncertowo pierwsze trzy rundy i wydawało się, że w kolejnych wyprowadzą mu na ring balkonik. A jednak jego przeciwnik pokazał później tak skrajną niekompetencję, że już na wysokości szóstego starcia podarował mu remis na kartach sędziowskich. Byłoby to najżałośniejszym wydarzeniem wieczoru, ale wtedy na scenie pojawił się James Miller...
Gdyby świat był nieco bardziej komiksowy, nad głową Nikodema wyskoczyłaby właśnie świecąca żarówka. Truchtem wrócił do salonu, chwycił laptopa, przewinął walkę do momentu, gdy paralotniarz ląduje na ringu. Zapętlił sobie te kilka minut, gdy komentatorzy omawiają zdarzenie, a wściekły tłum szarpie i bije pragnącego poklasku szaleńca. Na lewą stronę ekranu wskoczyło okienko z walką, na prawą – Wikipedia, artykuł o lotniku. Okazało się, że Miller wiele lat później popełnił samobójstwo, zostawiając żonę i nienarodzone dziecko. Jednym z powodów tak radykalnej decyzji była sytuacja zdrowotna, skutkująca niemożnością dalszego uprawiania w przestworzach ukochanego sportu. Walczak chwycił notes i zaczął pisać:
ZABIŁ SIĘ, bo nie mógł LATAĆ. Zostawił CIĘŻARNĄ ŻONĘ.
Nie UWIERZYSZ, co on ZROBIŁ podczas WALKI BOKSERSKIEJ. Potem się ZABIŁ!
Od bycia ATENCJUSZEM do SAMOBÓJSTWA. Jak TCHÓRZ osierocił NIENARODZONE DZIECKO!
Czujesz się ŻAŁOSNY? Ten facet ZABIŁ SIĘ, mimo że jego ŻONA była W CIĄŻY! Nie uwierzysz, jaki miał POWÓD...
OSIEROCIŁ NIENARODZONE DZIECKO, bo nie mógł LATAĆ NA PARALOTNI. Niedojrzałość czy GŁUPOTA?
PIERDOLONY DEBIL SIĘ POWIESIŁ, A ŻONA Z DZIECKIEM ZOSTAŁA SAMA.
ŻAŁOSNY PIES SIĘ ZABIŁ, BO NIE MÓGŁ LATAĆ NA SWOJEJ DEBILNEJ PARALOTNI. NIE POMYŚLAŁ O ŻONIE I DZIECKU.
SZKODA, ŻE GO NIE ZAJEBALI, JAK LĄDOWAŁ NA RINGU – ŚMIEĆ JEBANY. BARDZIEJ SKURWIEL, CZY JEDNAK CWEL?
Rysik ołówka ukruszył się. Walczak odetchnął i zaczął studiować spisane nagłówki. Po kilku minutach kartka zamieniła się w stertę skreśleń, poprawek i adnotacji dotyczących potencjalnych miniaturek artykułów. Był średnio zadowolony z rezultatów, choć poczuł, że posunął się do przodu.
Po wykonanej pracy chłopak puścił pojedynek bokserski od początku, tym razem nie przerywając go ani na moment. Sensacji nie było – Riddick Bowe po raz milionowy przegrał tę walkę, przygryzł wargi i pozostało mu tylko przyglądanie się, jak starszy kolega wpada w objęcia swojego narożnika.
Walczak tymczasem wstał z łóżka i zaczął robić pompki. Po sześciu padł na twarz. Kwaśno-skórzany zapach starej podłogowej klepki przyprawił go o mdłości.Rozdział 3
I
Wałem i chodnikiem przy Osobowickiej jechało wyjątkowo wielu rowerzystów – nie byli to coroczni pionierzy, wyskakujący w rękawiczkach i puchówkach na przekór okrutnej pogodzie, a pierwszy prawdziwie obfity rzut osób, które na pełnym komforcie postanowiły rozpocząć sezon. Ostatnie podrygi zimna oficjalnie zginęły, a nawet gdyby wróciły ze zdwojoną siłą, nikt nie miał zamiaru chować dwóch kółek do piwnicy. Na początku wiosny zawsze następuje moment przełamania, po którym nawet pięć stopni jest dla wszystkich znacznie cieplejsze i mniej dokuczliwe od dokładnie takiej samej temperatury jeszcze kilka dni temu.
Były, rzecz jasna, osoby, które nie przepadały za rowerzystami i uważały ich za mącicieli medytacyjnej aury spaceru. Jeden z takich ludzi wracał właśnie z biura do mieszkania, słuchając kompozycji Niccolò Paganiniego i co kilkadziesiąt sekund zerkając z irytacją przez ramię, aby upewnić się, czy za chwilę nie wyminie go amator pedałowania.
Dziś minął pełny tydzień roboczy.
Idąc nad rzeką, Nikodem myślał o słowach, którymi na odchodne potraktował go szef. Bardzo wulgarnie dał Walczakowi do zrozumienia, że pisze za mało, a to, co pisze, nie robi odpowiednich liczb. Pokusił się nawet o groźbę, mówiąc, że posada chłopaka wisi na włosku, a przy takiej wydajności powinien wręcz kazać mu pracować w sobotę razem z Olą i Młodym (którzy, czego Nikodem był w pełni świadomy, przez cały tydzień fantazjowali „ukradkiem” o możliwościach zrobienia Maciejowi na złość i sposobach uniknięcia weekendowej roboty).
Walczak, mimo że groźba nadgodzin formalnie nie została spełniona, planował poświęcić najbliższe dwa dni na zajęcia stricte związane z „Różowymi Okularami”.
Wróciwszy do domu, od razu usiadł przy biurku i zaczął notować w trzecim już zeszyciku – dwa pierwsze zapisał w trakcie ostatnich dni. Włączył przestarzałego laptopa, którego wiatraki zaczęły pracować na pełnych obrotach, gdy Nikodem pootwierał w przeglądarce dziesiątki kart ze stronami plotkarskimi podobnymi do „Różowych Okularów”. Do późnego wieczora pisał, rysował, planował i żył wyłącznie o kawie i Haydnie sączącym się z głośników dostojnie wyglądającej wieży stereo stojącej na szafce za nim. Komputer, drogi sprzęt do odtwarzania muzyki – w ten ostatni wliczała się również niemała kolekcja płyt CD – oraz sterta książek przykrytych kocem były w zasadzie jedynymi przedmiotami w ascetycznym mieszkaniu należącymi do Nikodema.
Cyfrowy zegar w rogu ekranu wybijał drugą. Samotny lokator chciał położyć się spać, lecz zbyt mocno doskwierał mu głód. Zaspokoił go resztkami garmażerii, które znalazł w zamrażarce. Konsumpcję tych specjałów wyrzucał sobie potem przez kolejną godzinę, w trakcie której nie mógł usnąć.
Rano postanowił, że pójdzie do sklepu po porządne śniadanie. Dopiero zaopatrzony w bułki, sery, wędliny i warzywa rzucił się ponownie w wir pracy. Miał już z grubsza zaplanowany szkielet prezentacji, którą chciał w poniedziałek uraczyć koleżanki i kolegów – trzeba było to wszystko jeszcze poobwieszać solidną dawką merytorycznego mięsa. Na tym zeszła mu sobota i niedziela.
W poniedziałek przybył do biura o siódmej rano, tym samym sposobem, co zawsze. Oznaczało to, że nad Odrą musiał iść w dużej mierze po ciemku, oświetlając sobie drogę wątłym światłem z latarki telefonu. Mimo dominującej ciemności, po drodze spostrzegł w wysokiej trawie przy wałach plastikową butelkę z etykietą upstrzoną japońskim alfabetem. Przestawił ją delikatnie, złamał kilka źdźbeł i zrobił zdjęcie.
II
Gdy Maciej Kowalski w końcu przybył do pracy – spóźniony o godzinę i dziesięć minut – wszystko czekało przygotowane. Do jednego z komputerów Nikodem podłączył czterdziestocalowy telewizor z poprzepalanymi pikselami, którego szef nie zdążył jeszcze wywieźć. Ekran świecił nieprzyjemną niebieskawą czernią, szczególnie dostrzegalną przy zgaszonym teraz świetle.
– A co tu się znowu odpierdala? – redaktor naczelny spytał od progu. – Wy macie pracować, a nie szykować się, kurwa, do oglądania „Shreka”!
Trójka jego pracowników siedziała przodem do telewizora – wszyscy natychmiast odwrócili się i zaczęli z niepokojem zerkać na Kowalskiego. Wymienili z nim spojrzenia sugerujące, że nic, co wydarzy się w najbliższych minutach, nie było w najmniejszym stopniu ich pomysłem.
– Cześć, Macieju – Nikodem ujawnił się, wołając z kuchni.
– Chodź tu, kurwa, natychmiast – szef syknął chłodno, jak patologiczny rodzic chcący skarcić dziecko i mający świadomość, że na wystrzały energii przyjdzie jeszcze pora podczas egzekwowania kary. – To jest twoja sprawka? Nie napisałeś nic wartościowego i jeszcze mi rozpierdalasz biuro jakimś cyrkiem?
– Daj mi kwadrans – uspokoił go Nikodem. – Kwadrans i jeśli będziesz chciał mnie wyrzucić, to zrzekam się pensji za przepracowane godziny.
Maciej uspokoił się nieco i delikatnie zaintrygowany – choć jednak przede wszystkim zdrowo wkurwiony – zaczął zdejmować kurtkę.
– Pięć minut – powiedział.
Walczak gestem poprosił go, by usiadł. Podszedł do komputera, oparł się o biurko i rozpoczął pokaz slajdów z PowerPointa. Każdy z nich zawierał surowe, zdawkowe informacje. Przerzucając kolejne strony prezentacji, Nikodem mówił, a nikt z obecnych nie przeszkodził mu w tym ani na moment.
– Przez weekend pozwoliłem sobie przeanalizować rynek portali pokroju naszych „Różowych Okularów”. Przede wszystkim, jesteśmy zbyt łagodni i rzeczowi w nagłówkach. Dobry nagłówek to taki, który wywołuje w czytelniku zarazem wścibską ciekawość, jak i obrzydzenie połączone z poczuciem wyższości. Te dwie rzeczy sprawiają, że ktoś klika w link. Nagłówek Agi o majtkach Patrycji Godzieli był niezły, bo zawierał w sobie odrobinę świadomego absurdu, ale można by go podrasować... Bez urazy, Aga, bo uważam, że zrobiłaś super robotę.
Na ekranie pojawił się przekreślony nagłówek oryginalny:
SZOK! Patrycja Godziela pokazała się na kolacji BEZ MAJTEK, ale za to Z NOWYM CHŁOPAKIEM!
Pod nim zaś widniał napis:
SZOK! Godziela pokazała się BEZ MAJTEK, ale za to Z NOWYM CHŁOPAKIEM! Jak jej nie wstyd?!