-
nowość
-
promocja
Kauri - ebook
Kauri - ebook
Powieść inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, które miały miejsce w 1761 roku. Francuski statek wiozący niewolników rozbił się na Oceanie Indyjskim. Ocalali marynarze i niewolnicy żyli razem na wyspie o powierzchni 1 km2. W książce tej postaci i wydarzenia autentyczne mieszają się z fikcyjnymi. Narracja swobodnie przemieszcza się w czasie i w przestrzeni, kreśląc obraz awanturniczych czasów, w których ludzkie życie nie było warte zbyt wiele. Kauri jest próbą opisu przypadkowości determinującej losy grup i jednostek. Mikrohistorią dziejącą się na marginesie historii – tak zwanej – powszechnej, która wcale nie jest powszechna, a jedynie kulturowo zawłaszczona. Mikrohistorią, w której nic nie wydaje się prawdopodobne, poza krzywdą, ta jest realna.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna polska |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8442-028-7 |
| Rozmiar pliku: | 8,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Stara mruczała piosenkę, której słowa już nic nie znaczyły, były z innego świata, wspomnienie z dzieciństwa, tak wiele razy przywoływane na jawie i w snach, że zatraciło pierwotne znaczenie i stało się głęboką częścią tożsamości, ukrytym kluczykiem, ruchem w trzewiach, jeśli pojawiał się impuls. Słowa, melodia wypływające z mgły jestestwa, emocje, zmysły, nostalgia przychodzące wraz z piosenką. Oto stara znów była małą dziewczynką, której matka śpiewała i plotła warkocze, a morze mamrotało mantry, modlitewne młynki wiatru.
Stara robiła z czasem, co chciała, rozciągała klejące się ciasto, jeśli zapragnęła być dziewczynką, z warkoczami sterczącymi jak cierniste krzewy, mogła. Albo mogła być tą młodą kobietą, zupełnie nagą, jeśli nie liczyć koralików z porcelanek, i wracał marynarz, którego pewnego dnia morze wyrzuciło na brzeg, jak wcześniej wyrzucało rozgwiazdy, i jego chciwość, właściwa dla młodości, dla mężczyzn, dla ciała, dłonie, usta, zachłanne, nieustępliwe, jak pies, który zeżre wszystko, choćby później miał się pochorować. Albo mogła skoczyć do przodu i zobaczyć statki wycieczkowe, z których starzy ludzie wysypywali się jak ziarna z dziurawego worka, a kominy wypluwały kłęby ropnego dymu. Czas, przepływający po dłoni z delikatnością śliskiego gada, podsuwał obrazy, które zmiękczały jej, pomarszczone ze starości, serce.
Do starej mówili „Eve”, choć wcale nie miała tak na imię, dopiero kiedy wymusili, by przyjęła boga, zmienili jej imię. Modliła się do ich boga, klękała, kreśliła znak krzyża z oddaniem neofitki, ale był to tylko palimpsest: bóg pod bogiem, jak przerabiany wielokrotnie obraz, którego pierwotna forma zatraca się w coraz to nowych odsłonach. Z biegiem lat nie była pewna, który bóg był który, przenikali przez siebie, czarny zakładał maskę białego, a biały czarnego, i pieśni, które chwaliły jednego, chwaliły też drugiego. Machała ręką, jakby odganiała natrętne muszki, tak odganiała wątpliwości: lepiej mieć dwóch bogów niż żadnego.
Czasem przychodzili do niej i pytali o wyspę. Wszyscy na Mauritiusie słyszeli ich historię. Opowieści krążyły od drzwi do drzwi. Lata wcześniej każdy miał własną opinię, jak na targu, bulgoczący gulasz, wszyscy chcieli zobaczyć kobiety, które, jak pisano w gazetach, przeżyły wbrew prawdopodobieństwu, i wibrowało pytanie, które pismacy rzucali, jakby sypali płatki róż na procesji: czy jadły ludzkie mięso? Dziennikarze odwiedzali ją, niczym królową, i stara (wtedy jeszcze młoda), niczym królowa (albo jej wyobrażenie o królowej) uśmiechała się do dziennikarzy, demonstrując pożółkłe zęby. Zawsze miała wrażenie, że dziennikarze nie otrzymali tego, po co przyszli; nie potrafiła powiedzieć, jak przeżyły, stało się samo, przez piętnaście lat podtrzymywały płomień, paląc resztki statku pozostawione na plaży, drewno, które przynosiły fale, i lepiły czas jak anachoreci, ucząc się jego plastyczności, by palcem wskazującym kręcić miesiącami, latami, które wiatr zabierał albo przynosił, a te momenty, które stara wolała zapomnieć, wrzucała w ogień, niczym sosnowe gałęzie, i niechciany czas wypalał się, puszczając snopy iskier. Po kilku dniach zainteresowanie ustało, inne dramaty przysypały historię starej. Wyrwana kartka z kalendarza. Było, minęło. Choć historia, raz podrzucona, odnajdywała ujścia jak kropelki wilgoci, i stara widziała białych polityków, w grymasach epizodystów, opowiadających jej historię, jakby już nie należała do niej, tylko do nich, jakby jej historię można było przekazywać z rąk do rąk jak monetę i szastać nią dla wzmocnienia argumentacji, której nikt ze starą nie uzgadniał. Nawet to jej ukradli, ukradli jej dzieciństwo, młodość i dojrzałość, a na końcu ukradli jej historię – i pora zakręcić czasem, bo niektórych myśli lepiej nie myśleć.
Gubernator wyzwolił siedem kobiet i dziecko. Stały w wielkim pokoju, po raz pierwszy w sukienkach, ciała swędziały, i drapały się jak trędowate, mimo że już wygolono im głowy, łona, pachy, pozbyto się wszy. Gubernator, o którym mówiono, że potrafił przemawiać godzinami, nie powiedział ani słowa, tylko przeczytał urzędową formułę, bo, jak myślała stara, tak bywa z ludźmi, którzy mówią za dużo: pewnego dnia przestają mówić, jakby powiedzieli już wszystko, i odtąd uparcie milczą, bo mówili tylko dlatego, żeby nie słuchać innych, i pewnego dnia milkną z tego samego powodu. Stara nie mogła wiedzieć, że gubernator przez lata twierdził, że niewolnicy na wyspie nie żyją, i teraz usiłował rozpoznać w twarzach dworzan, czy któryś ma ochotę mu o tym przypomnieć, co pozwoliłoby rozładować gniew i wysłać nieszczęśnika do latarni morskiej, gdzie za jedyne towarzystwo miałby rybitwy, lecz żaden nie zgłupiał do reszty i ich miny pozostały marsowe.
Od gubernatora zabrano je do biskupa, który musiał mieć skłonność do dramatyzmu, więc ubierał purpurową sutannę nawet na pomniejsze okazje i kreślił znak krzyża zamaszyście, jakby wymierzał policzki, i stara nie mogła oderwać wzroku od jego pięknych ust: drżących, delikatnych, a kiedy je zaciskał, zapadały się do środka, jakby znikały. Kazano im klęknąć i żadna nie wiedziała, jak się klęka w kościele, więc siadały na piętach, a żołnierz, który im towarzyszył, odkąd wylądowały na Mauritiusie, podnosił je, żeby nie siedziały, jednak była miękkość w ich kręgosłupach, która nie pozwalała utrzymać pionu, i gdy tylko puszczał, opadały na pięty, jakby w kościach zapisano pogaństwo. Biskup wilgotnym palcem muskał czoła. Wtedy powiedzieli, że będzie miała na imię „Eve”. Nigdy nie uwierzyła.
Teraz, dekady później, stara urabia ciasto czasu: zamacza dłonie w wodzie, częściej jest dzieckiem niż staruszką, ugniata mąkę, drożdże, czas lepi się, kształtuje, kręci w kulę, wałkuje w placek, wewnętrzne drżenie, mimo wieku, gdy wraca na plażę, gdzie marynarz kładł się na niej, łuk kręgosłupa, dłoń zakrywająca usta, białka oczu jak perły we wnętrzu małża, skurcz za skurczem, drżenie nóg epileptyka, krzyk, którego nie można pomylić z innym krzykiem. Krzyk, po którym nikt nie przybiega na ratunek. I marynarz szeptał to słowo, którego nie znała wcześniej, którego nie miała się od kogo nauczyć, ale coś w niej, coś pierwotniejszego niż język, dobrze rozumiało. Miesiące skondensowane w jeden przeskok koła zębatego, lata zebrane w kroplę, życie między wdechem a wydechem. Oto stara rodzi dziecko, tym razem bez krzyku, sama na plaży, tylko morze, niema akuszerka, zagląda w jej rozwarte uda, czarne chmury mrugają magnezją, stara przegryza pępowinę, osesek ssie pierś. Stara maca maciupki mięsień – chłopiec. Gdy biali odpłynęli, zostało ich ponad pięćdziesiąt osób, a kiedy wrócili, było siedem kobiet i dziecko (niczym poczęte jak w starych opowieściach – marynarze dwa razy obeszli wyspę, szukając mężczyzn, żadnych nie znaleźli – i może dlatego nie dotykali kobiet, nie wiedząc, do czego są zdolne; jeśli potrafiły począć dziecko bez mężczyzny, mogły umieć inne rzeczy; na Mauritiusie przyszli do starej czarni, mówiąc, że dziecko, poczęte przez czarną kobietę, bez ojca, jest czarnym mesjaszem, lecz kiedy odkryli, że dziecko nie ma takiej skóry, jak oczekiwali, stracili zainteresowanie, niektórzy czuli się oszukani i pluli starej pod nogi, jakby to ona była winna ich błędnych wyobrażeń).
Noce jak spadanie w przepaść. Dni jak wata niespokojnego snu. Stara odtwarza historię wyspy raz za razem, niczym młoda wdowa rozpamiętująca wesele. Wydarzenia splatają się w warkocz, nie mają początku ani końca – czas można wypluć jak gorzką flegmę.
Zacznijmy jeszcze raz.
Stara miała na imię Semiavou. Teraz, siedząc przed chatą, tuż przy plaży, mrucząc piosenkę z dzieciństwa i żując tytoń, od którego powypadały jej resztki zębów, widziała siebie jako dziewczynkę. Dziecko w malgaskiej wiosce, ze sprężynkami włosów, w których ptaki mogłyby mościć gniazda. Słyszała głosy z konchy – uwięzione w koralu, nim jeszcze powstały lądy, nim ziemia rozwarła się, jak rozrywa się ciało, i wyszły zwierzęta i ludzie. Matka martwiła się, widząc dziecko nieruchome jak posąg, zapatrzone w morze, które potrafiło marszczyć się i gniewać, by nazajutrz być gładkie jak prawdziwe niewiniątko. Morze – skąd bogowie przynosili ludziom dary, oczekując od czasu do czasu, by ich także obdarowano: łodzie rybackie, wypływające w bezchmurne poranki, nie wracały; niebo zapadało się pod ołowiem i zanim rybacy zwinęli sieci, fale rzucały czółnami – łupinami orzechów.
Dziewczynka mówiła, że morze z nią rozmawia i matka martwiła się, bo każda matka martwi się, jeśli jej dziecko rozmawia z muszlami. Matka pytała: co powiedziało morze?, lecz dziewczynka wiedziała, że matka jej nie wierzy, morze szepnęło: niech to będzie nasza tajemnica. Po zmroku, gdy dziewczynka zasypiała na macie, matka rozmawiała z ojcem. Rozłożyste palmy kołysały się uginane wiatrem; ojca bardziej martwili biali krążący po okolicy. Mówili znanym językiem, lecz inaczej: z „r” brzmiącym jak szlifowanie szabli, i nikt na Madagaskarze nie mówił w ten sposób, jakby to „r” odróżniało ich bardziej niż kolor skóry.
Przyszli, kiedy ojciec wypłynął w morze; zabrali dziewczynkę i matkę. Dwóch białych i tuzin czarnych. Podeszli pod chatę i kazali im wyjść. Matka szepnęła: nie bój się, więc Semiavou się nie bała. Jeden z czarnych zapytał, czy muszą je wiązać, a matka zapewniła, że nie. Jechały wozem całą noc i dzień, i jeszcze jedną noc, i Semiavou myślała, że wkrótce pojawi się ojciec, gdyż małe dziewczynki wierzą, że ojcowie mogą pokonać zbrojne straże. Ale ojciec nie pojawił się; i przez pierwsze dwa dni nie jadły ani nie piły, aż dano im chleb i wodę. Nigdy nie były tak daleko od domu; i myślały, że są już we Francji, ale były w porcie na północy, gdzie słońce świeciło tak samo i tak samo szumiało morze, a nocą tliły się gwiazdy rozsypane wokoło księżyca – wielkiego jak ludzka głowa. W takie noce, myślała Semiavou, i myślała stara, gwiazdy są bliskie i moglibyśmy ściągać je jak owoce z drzewa.
Nigdy nie widziały tylu ludzi: tragarzy lśniących od potu, kobiet z koszami warzyw i owoców, marynarzy chwiejnych, jakby wciąż walczyli z przechyłami, i europejskich handlarzy, uwikłanych w rachunki, krążących, w czarnych kapeluszach wokoło skrzyń, worków, beczek, i dyktujących liczby przerażonym akolitom, których dłonie drżały niczym w febrze, a kiedy mijało się dwóch handlarzy, wymieniali spojrzenia jadowitych żmij, upudrowane uprzejmością, za którą czaiły się mordercze ambicje, rozpisane w załadunkowych kwitach, i małpek – portowych złodziei, grasujących wokoło cukru i świecidełek, oraz kilku wojskowych, opartych o karabiny, udręczonych upałem, rumem, malarią, syfilisem będącym, zdaniem wielu, karą za ich rozwiązłe życie, mimo żon pozostawionych w domach.
Semiavou zapytała matkę, czy ojciec je znajdzie, i wtedy matka, która usiłowała być dzielna, rozpłakała się. Tej nocy kazali im wejść do wielkiego magazynu, gdzie czekali pozostali, leżący na resztkach siana, i polne myszki nie mogły odzyskać orientacji, szukając wyniesionych stogów, i przerażone pierzchały, docierając do stóp niewolników. Matka rozmawiała z kobietami mówiącymi jak ona po malgasku i śmiały się, jakby nie zostały schwytane w niewolę, tylko jakby były grupą kobiet cieszących się towarzystwem, życiem, swobodą – a mężczyźni patrzyli w napięciu, bo nie mogli uwierzyć, że w okolicznościach, w których się znaleźli, kobiety pozostały wesołe. Były to kobiety z południa, gdzie wiały wieczne wiatry i gdzie na bagnach mieszkały węże mogące połknąć człowieka w całości. Jeden z mężczyzn chodził od ściany do ściany, mówiąc, że jeśli wsiądą na statek, zginą. Pozostali zastygli niczym mnisi kontemplujący macki podsycanego przez wyobraźnię lęku. Mężczyzna, który nie zamierzał, jak twierdził, dać się zarżnąć jak cielę, miał na imię Gren; Semiavou myślała (albo myślała stara, bo czas zwinął wszystko w jedną myśl), że strach Grena był taki sam jak pozostałych, a odgrażał się, by go przypadkiem nie dostrzec. Ktoś powiedział: zginiemy tak czy inaczej. Był jeszcze chłopiec, młodszy od Semiavou, o imieniu Nahery. Dzieci patrzyły na siebie, aż usypiały w objęciach matek, bo dzieci, w przeciwieństwie do dorosłych, usypiają niezależnie od przykrości.
Stara żyła niczym pustelnica w chacie przy plaży. Jadała wyłącznie placki z manioku fermentującego w beczce. Karmiła psy wędrujące po plaży, które znikały i nie było ich dzień lub dwa, choć zawsze wracały, jakby stara przyciągała chore psy, i wtedy myła ich rany, zgadując z zaschniętej krwi, jakie zło zdarzyło się tym razem. Co jakiś czas przychodził syn, już w średnim wieku, niedoszły mesjasz, coraz bardziej zgorzkniały, zawieszony w życiu mieszańca: ani białego, ani czarnego. Nie wiedziała, gdzie mieszkał ani gdzie pracował, nigdy nie pytała, pojawiał się i znikał tak samo jak psy. Nie rozmawiali – odpluwali tytoń, zapatrzeni w skorupy pięt. Zastanawiała się, czy znają jeszcze ten sam język, czy przypadkiem nie zatraciła tej zdolności i potrafi już rozmawiać wyłącznie z psami, lecz nigdy nie odważyła się odezwać: nabrać powietrza, otworzyć usta, ukształtować język, wydać dźwięk. Poza nim nikt jej nie odwiedzał, jakby była czymś, co się zdarzyło, jak zdarzają się źdźbła trawy albo muchy. Ale miała coś jeszcze: mogła przeżywać życie wciąż od nowa i od nowa, skakać po planszy, jakby to ona ustalała zasady.
Nazajutrz zaprowadzono ich na statek i matka szeptała jej słowa, których nie rozumiała. Marynarze wspinali się po wantach jak goryle, i niczego nie pragnęła tak bardzo, jak wspiąć się na szczyt masztu. Zamknięto ich pod pokładem, niczym w brzuchu wielkiej ryby, i tylko kiedy otwierano właz, widzieli światło, aż stracili rachubę, czy jest dzień, czy noc. Statkiem bujało i ich oddechy zrównały się z oddechem morza, a ciała dostosowały, jakby chodzenie nie było ich naturalnym ruchem, tylko kołysanie, i w rytm tego kołysania uderzali piętami o pokład, i echo tych uderzeń stało się czymś stałym, jak tykanie zegara. Morze mruczało, Semiavou zasypiała i kiedy budziła się, znów chciała się bawić. Z Naherym chowali się za skrzyniami, workami, beczkami albo przez szparę obserwowali nogi marynarzy. Przytykała oko i ziarnka piasku drżały jak membrana. Wiatr pieścił źrenice. Światło skrzyło w krysztale. Morze szeptało: twoja historia dopiero się zaczyna, najdroższa. Jeden z marynarzy straszył ich, udając potwora, do której to roli, pomarszczony jak nosorożec, był predysponowany.