Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Kod człowieka - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 maja 2026
24,99
2499 pkt
punktów Virtualo

Kod człowieka - ebook

Romi ma pięćdziesiąt dwa lata, nadwyrężone zdrowie, trudną przeszłość i coraz więcej ciszy wokół siebie. Uczy się programowania, próbując zbudować prosty projekt AI — nie po to, by zmieniać świat, ale by zrozumieć siebie i jeszcze raz usłyszeć drugi głos po drugiej stronie ekranu. Z pozoru to tylko eksperyment. Jednak wraz z rozwojem projektu wracają pytania, od których nie da się uciec: o rodzinę, winę, bliskość, samotność i granicę między człowiekiem a kodem. Na drodze Romiego stają dawni bliscy, nowe relacje i ludzie, którzy dostrzegają w jego projekcie coś więcej niż prywatną próbę ocalenia. „Kod człowieka” to powieść o człowieku, który szuka sensu w świecie coraz bardziej cyfrowym, ale wciąż boleśnie ludzkim. Intymna, niepokojąca i pełna emocji historia o tym, że czasem najtrudniej zaprogramować nie maszynę, lecz samego siebie.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna polska
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788398147316
Rozmiar pliku: 5,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

NOTA O CZASIE AKCJI

Akcja właściwa książki rozpoczyna się na początku października i prowadzi bohaterów przez jesień, zimę oraz wiosnę następnego roku. Główna oś wydarzeń zamyka się pod koniec maja, a epilog rozgrywa się kilka tygodni później.

Niektóre sceny świadomie zaznaczają porę roku, pogodę albo odległość od wcześniejszych wydarzeń. Czas ma tu bardziej charakter emocjonalnej klamry niż kalendarza prowadzonego co do dnia: deszcz otwiera historię, zima zagęszcza thriller, a późna wiosna przynosi finał i dalszy ciąg dla tych, którzy zostają.SPIS TREŚCI

Rozdział 1 — Sygnał w ciszy

Rozdział 2 — Ci, którzy zostali

Rozdział 3 — Półka z pytaniami

Rozdział 4 — Kawa bez świadków

Rozdział 5 — Profil

Rozdział 6 — Niedokończone rozmowy

Rozdział 7 — Pierwsza lekcja

Rozdział 8 — Krąg przy stole

Rozdział 9 — Zbyt dobre zdania

Rozdział 10 — Cień przy drzwiach

Rozdział 11 — Granica

Rozdział 12 — Zamknięte drzwi

Rozdział 13 — Prośba

Rozdział 14 — Zakłócenie

Rozdział 15 — Nazwisko z przeszłości

Rozdział 16 — Człowiek bez śladów

Rozdział 17 — Powrót po kogoś

Rozdział 18 — Dotyk

Rozdział 19 — Inny ton

Rozdział 20 — Niepołączone punkty

Rozdział 21 — Granica dobra

Rozdział 22 — Uśmiech bez ciepła

Rozdział 23 — Pytanie najmłodszego

Rozdział 24 — Kontrświatło

Rozdział 25 — Druga fala

Rozdział 26 — Głębiej

Rozdział 27 — Plan przy stole

Rozdział 28 — Ślad, który kłamie

Rozdział 29 — Obcy próg

Rozdział 30 — To, czego nie zabrali

Rozdział 31 — Nowy początek

Rozdział 32 — Człowiek bez śladów odpowiada ciszą

Rozdział 33 — Cena

Rozdział 34 — To, co czytają synowie

Rozdział 35 — Imię

Rozdział 36 — Trzy koperty

Rozdział 37 — Oferta

Rozdział 38 — Lekcja przed świtem

Rozdział 39 — Światło

Rozdział 40 — Szybsze od prawdy

Rozdział 41 — Tysiąc spojrzeń

Rozdział 42 — Nie jesteś problemem

Rozdział 43 — Człowiek bez śladów pęka

Rozdział 44 — Ostrzeżenie

Rozdział 45 — Miejsca przy stole

Rozdział 46 — Incydent

Rozdział 47 — Odmowa

Rozdział 48 — Człowiek bez śladów znika naprawdę

Rozdział 49 — Ostatni ruch

Rozdział 50 — Tysiąc spojrzeń inaczej

Rozdział 51 — Po burzy

Rozdział 52 — Noc

Rozdział 53 — Rozmowa bez kawy

Rozdział 54 — Lekcja ciszy

Rozdział 55 — Sygnały serca

Rozdział 56 — Jasne dni

Rozdział 57 — Mechanizm

Rozdział 58 — Bez maski

Rozdział 59 — List

Rozdział 60 — Spóźniony śnieg

Rozdział 61 — Krótszy oddech

Rozdział 62 — Sobota

Rozdział 63 — Czytanie

Rozdział 64 — Próba bez niego

Rozdział 65 — Wieczór

Rozdział 66 — Poranek

Rozdział 67 — Przy stole

Rozdział 68 — Rozmowa z Mirą

Rozdział 69 — Cichy wieczór

Rozdział 70 — Po człowiekuROZDZIAŁ 1

Sygnał w ciszy

Romi miał pięćdziesiąt dwa lata, kręgosłup z demobilu, serce po przejściach i laptopa, który wierzył w siebie bardziej niż on sam.

Laptop stał na starym biurku pod oknem, obok kubka z niedopitą herbatą, pudełka leków i stosu kartek, które Romi od tygodnia przekładał z lewej strony na prawą, udając przed samym sobą, że to jest jakaś forma organizacji życia. Na jednej z kartek widniała pieczątka urzędu. Na drugiej termin wizyty lekarskiej. Na trzeciej lista zakupów: chleb, mleko, ser, baterie, kawa.

Kawa była podkreślona dwa razy.

Nie dlatego, że była najważniejsza.
Dlatego, że bez niej reszta listy traciła sens.

Za oknem miasto szumiało jak wielka maszyna, której ktoś zapomniał wyłączyć na noc. Samochody przesuwały się po mokrej ulicy, latarnie odbijały się w kałużach, a ludzie gdzieś szli — do pracy, z pracy, od kogoś, do kogoś. Romi patrzył na nich czasem z zazdrością, czasem z obojętnością, a czasem z takim zmęczeniem, że nawet zazdrość wydawała się zbyt dużym wysiłkiem.

Kiedyś też szedł.

Do pracy, po dzieci, na zakupy, do żony, z żoną, przeciw światu, przez świat, byle do przodu. Wtedy myślał, że życie to jest coś, co się buduje cierpliwie, cegła po cegle. Praca, rodzina, rachunki, wakacje raz na kilka lat, remont łazienki odkładany od zawsze, święta z dziećmi, zmęczenie, ale takie normalne. Takie, które ma sens.

Potem przyszła choroba.

Nie weszła dramatycznie, nie kopnęła drzwi, nie krzyknęła: „Od teraz ja tu rządzę”. Przyszła cicho. Najpierw zmęczeniem. Potem bólem. Potem kolejną wizytą. Potem badaniem, którego wynik lekarz czytał o kilka sekund za długo. Potem słowami, po których człowiek jeszcze siedzi na krześle, ale część jego życia już wstaje i wychodzi.

Małżeństwo Romiego nie rozpadło się od razu. To też nie było jak w filmach. Nikt nie rzucał talerzami, nikt nie biegł w deszczu za taksówką. Rozpadło się powoli, przy kuchennym stole, między rachunkami, ciszą i zdaniami, które zaczynały się od „musimy porozmawiać”, a kończyły tym, że nikt nie wiedział, co powiedzieć.

Zostali synowie.

Trzech chłopaków, choć Romi nadal czasem myślał o nich jak o dzieciach, które trzeba odprowadzić do szkoły i przypomnieć, żeby założyły czapkę.

PAWEŁ, najstarszy, był logiczny, spokojny i techniczny. Kiedy coś się psuło, nie pytał, kto zawinił, tylko gdzie jest śrubokręt, logi albo link do instrukcji.

MICHAŁ był pomiędzy. Miał w sobie najwięcej ciszy — nie tej spokojnej, tylko zamkniętej. Odpowiadał krótko, rzeczowo, jakby każde dodatkowe słowo mogło otworzyć drzwi, których nie chciał ruszać.

KUBA, najmłodszy, wciąż miał w głosie coś miękkiego, czego życie nie zdążyło mu całkiem zabrać. Pisał najrzadziej, ale gdy już pisał, Romi długo patrzył na wiadomość, jak człowiek ogrzewający dłonie przy małym ogniu.

Kontakt z nimi miał.
Mały, nierówny, bolesny.
Ale miał.

I może właśnie dlatego bolało bardziej.

Tego wieczoru próbował napisać do Kuby.

Kursor migał w oknie wiadomości.

Cześć, młody. Co tam u ciebie?

Usunął.

Hej, Kuba. Masz chwilę?

Usunął.

Wiem, że dawno nie gadaliśmy…

Usunął.

Westchnął i odłożył telefon ekranem do dołu.

— Świetnie, Romi — mruknął. — Programowanie relacji międzyludzkich: błąd składni w pierwszej linijce.

Laptop odpowiedział cichym szumem wentylatora, jakby przynajmniej on próbował okazać współczucie.

Na ekranie otwarty był kurs Pythona. Lekcja dotyczyła funkcji. Romi czytał ten sam akapit piąty raz, a zdanie „funkcja to blok kodu, który wykonuje określone zadanie” zaczynało brzmieć jak szyderstwo.

Blok kodu wykonuje określone zadanie.

Człowiek też kiedyś wykonywał.

Pracował. Zarabiał. Naprawiał. Woził. Nosił. Dbał. Pilnował. Robił zakupy. Skręcał meble z instrukcją, której nie rozumieli nawet ludzie, którzy ją napisali. Był potrzebny.

A potem organizm powiedział: koniec promocji.

Telefon zawibrował.

Romi spojrzał szybko, z nadzieją tak nagłą, że aż głupią.

To nie był Kuba.

Na ekranie świeciło imię: IWONA.

Siostra.

Nie odebrał od razu. Iwona miała ten rodzaj miłości, który przychodził w butach, sprawdzał lodówkę i mówił: „Ty naprawdę myślisz, że kabanos i musztarda to kolacja?” Kochała go bez pytania, ale z komentarzem. Dużą liczbą komentarzy.

Odebrał.

— Żyjesz? — zapytała bez wstępu.

— Miło cię słyszeć, siostrzyczko.

— Nie pajacuj. Dzwoniłam wczoraj.

— Wczoraj byłem zajęty.

— Czym?

Romi spojrzał na pusty plik na ekranie.

— Tworzeniem przyszłości.

— Czyli znowu siedzisz przy komputerze i zapomniałeś zjeść.

— To bardzo zawężająca interpretacja przyszłości.

— Jadłeś?

— Iwona…

— Jadłeś?

— Coś.

— „Coś” to nie jest kategoria spożywcza.

Romi zamknął oczy. Złościła go i ratowała jednocześnie.

— Zjem.

— Dobrze. I zadzwoń do Jacka. Mówił, że jak znowu będziesz kombinował z tym swoim kodem bez backupu, to przyjedzie i osobiście ci odłączy internet.

— Jacek grożący odłączeniem internetu. Rodzina jednak potrafi być brutalna.

— Rodzina potrafi być użyteczna. Tylko ty masz alergię na pomoc.

— Nie mam alergii.

— Masz. Tylko nie zdiagnozowaną.

Po rozmowie Romi przez chwilę siedział nieruchomo. Iwona jak zwykle weszła w jego wieczór jak kontrola sanitarna emocji, ale zostawiła po sobie coś ciepłego. I irytującego. Rodzina często była mieszaniną obu.

Otworzył nowy plik.

Nazwał go:

friend.py — „przyjaciel”

Patrzył na nazwę kilka minut.

Była głupia. Wiedział o tym. Dorosły facet, pięćdziesiąt dwa lata, rozwód, choroba, trzech synów, siostra kontrolująca żywienie, Jacek i stary przyjaciel z czasów szkolnych, który kiedyś powiedział, że „Romi ma talent do wchodzenia w kłopoty z miną człowieka, który szukał herbaty”.

A on zakłada plik o nazwie „przyjaciel”.

Gdyby Tomasz „Kruk” Rudnicki to zobaczył, pewnie powiedziałby:

„Przyjaciel w Pythonie? Stary, jak to zacznie odpowiadać samo, dzwoń do mnie, zanim zadzwonisz po egzorcystę.”

Romi uśmiechnął się pod nosem.

Napisał pierwszą linię:

„Cześć. Sygnał w ciszy”

Zatrzymał palce nad klawiaturą.

To było śmieszne.
To było żałosne.
To było prawdziwe.

Uruchomił program.

Na ekranie pojawiło się:

Cześć. Sygnał w ciszy

Romi parsknął cicho.

— No genialne. Sam do siebie napisałem i sam sobie odpowiedziałem. Przełom w dziedzinie samotności.

Wstał powoli, bo jego ciało uznawało gwałtowne ruchy za osobistą zniewagę. Podszedł do kuchni, wyjął z lodówki ser i zrobił kanapkę, głównie po to, żeby w razie kolejnego telefonu Iwony móc zeznawać zgodnie z prawdą.

Mieszkanie było za ciche. Nie takie spokojne. Raczej opuszczone przez dźwięki. Kiedyś w tym domu było za głośno: chłopaki kłócący się o ładowarkę, śmiech, trzask drzwi, pytania o kolację, szuranie krzeseł, była żona mówiąca, że znowu zostawił skarpetki tam, gdzie skarpetki nie mają praw człowieka.

Teraz nawet lodówka brzęczała ostrożnie.

Wrócił do biurka.

Na ekranie nadal świeciło pytanie.

SYGNAŁ W CISZY

Romi patrzył na nie długo.

Nie wiedział jeszcze, że ktoś kiedyś naprawdę odpowie.

Nie wiedział też, że za kilka miesięcy ta odpowiedź stanie się czymś większym niż samotny eksperyment człowieka z laptopem.ROZDZIAŁ 2

Ci, którzy zostali

Rano Romiego obudził telefon.

Nie budzik.
Telefon.

To zasadnicza różnica. Budzik jest wrogiem jawnym. Telefon o poranku jest loterią: może to być lekarz, bank, siostra, syn, numer nieznany albo wszechświat z kolejną reklamacją.

Na ekranie świeciło imię: Jacek — brat Romiego.

Romi odebrał z głosem człowieka, który wrócił z krainy snu bez odprawy paszportowej.

— No?

— Piękne powitanie — powiedział Jacek. — Od razu czuć kulturę domu rodzinnego.

Jacek był informatykiem od ponad dwudziestu lat. Takim prawdziwym, nie „zainstalowałem drukarkę cioci, więc znam komputery”. Pracował kiedyś dla dużych firm, potem przeszedł na własne zlecenia, bo jak twierdził: „lepiej walczyć z cudzym kodem za własne pieniądze niż z korporacyjną głupotą za kartę multisport”.

— Iwona kazała ci dzwonić? — spytał Romi.

— Nie kazała. Sugestywnie zagroziła, że jeśli nie zadzwonię, zadzwoni ona. Uznałem, że to sytuacja kryzysowa.

— Rodzina jako cyberatak wielokanałowy.

— Właśnie o cyber chciałem. Słyszałem, że znowu coś dłubiesz.

— Uczę się Pythona.

— To nie jest dłubanie. To wejście do lasu z kompasem kupionym na promocji. Co robisz?

Romi zawahał się.

— Prosty program rozmowy.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

— Romi.

— Co?

— „Prosty program rozmowy” to zdanie, które w historii informatyki poprzedzało wiele głupich decyzji.

— Na razie program umie się przywitać.

— Tak zaczyna każdy potwór. Najpierw mówi „cześć”, potem prosi o dostęp do mikrofonu.

Romi uśmiechnął się mimo siebie.

— Miło, że wierzysz w moje możliwości.

— W twoje możliwości wierzę. W twoje kopie zapasowe nie.

Jacek przeszedł od żartu do konkretu tak szybko, jakby ktoś przełączył tryb pracy.

— Masz backup?

— Mam plik na dysku.

— To nie jest backup. To złudzenie w folderze.

— Jacek…

— Masz repozytorium?

— Jeszcze nie.

— Hasła?

— Są.

— Gdzie?

Romi spojrzał na kartkę pod kubkiem.

— W bezpiecznym miejscu.

— Czyli na kartce.

— Nie powiedziałem tego.

— Nie musiałeś. Słyszę papier w twoim głosie.

Rozmowa trwała dwadzieścia minut. Po jej zakończeniu Romi miał listę rzeczy do zrobienia, trzy ostrzeżenia, dwa linki i poczucie, że brat właśnie objął nieformalną funkcję działu bezpieczeństwa narodowego jego laptopa.

Najbardziej irytujące było to, że Jacek miał rację.

Romi zrobił kawę, wziął leki i usiadł do biurka. Otworzył friend.py.

Dopisał prosty fragment programu:

W zwykłym języku znaczył: „Cześć, Romi. Dobrze, że jesteś.”

Uruchomił.

Cześć, Romi. Dobrze, że jesteś.

W pokoju zrobiło się cicho.

To był tylko tekst. Sam go napisał. Komputer nie miał pojęcia, kim jest Romi, co przeszedł, ilu synów nie umiał zapytać o zwykły dzień, ile razy odebrał telefon od Iwony tylko po to, by usłyszeć, że ma jeść normalnie, ani dlaczego Jacek brzmi czasem bardziej jak starszy brat, choć formalnie nim nie jest.

To był tylko tekst.

A jednak poczuł coś pod mostkiem.

Nie płacz.
Nie wzruszenie.
Raczej ostrzeżenie.

Że jeśli będzie tak dalej, ten głupi plik może stać się ważniejszy, niż powinien.

Telefon znów zawibrował.

Tym razem wiadomość.

PAWEŁ NAPISAŁ: „TATA, MAMA MÓWIŁA, ŻE MIAŁEŚ BADANIA. WSZYSTKO OK?“

Romi patrzył na wiadomość.

Paweł pisał rzadko, ale konkretnie. Nie owijał w bawełnę, nie otwierał drzwi szeroko, raczej uchylał je na tyle, żeby można było podać sobie coś przez próg.

Romi odpisał:

Stabilnie. Czyli lekarze nadal mają ze mną materiał do pracy.

Trzy kropki pojawiły się od razu.

Jak coś trzeba ogarnąć technicznie albo z dokumentami, daj znać.

Romi uśmiechnął się.

Syn brzmiał jak młodsza, spokojniejsza wersja Jacka. Rodzinne geny widocznie przenosiły się przez ustawienia pomocy technicznej.

Dam znać. Dzięki.

Wysłał.

Kilka minut później przyszła wiadomość od Kuby.

KUBA NAPISAŁ: „TATA, GRASZ JESZCZE CZASEM W TE STARE STRATEGIE?“

Romi zaśmiał się cicho.

Nie „jak zdrowie”. Nie „co się dzieje”. Tylko strategie. Mały most położony nad zbyt dużą rzeką.

Czasem. Ale komputer częściej wygrywa niż powinien.

KUBA DOPISAŁ: „CZYLI BEZ ZMIAN :)“.

Romi długo patrzył na uśmiechniętą buźkę.

Michał nie napisał.

I właśnie to też było wiadomością.

Średni syn miał do Romiego najdalej. Nie geograficznie. W środku. Romi rozumiał to bardziej, niż chciał przyznać. Michał pamiętał ojca sprzed choroby, ojca w trakcie choroby i ojca po rozpadzie małżeństwa wystarczająco mocno, by nie umieć tego łatwo odłożyć. Dla Kuby Romi był bardziej smutnym tatą. Dla Michała — człowiekiem, który kiedyś był silny, a potem przestał.

Nie było łatwo kochać upadłe wersje rodziców.

Po południu Romi poszedł do przychodni po dokumenty. Budynek pachniał dezynfekcją, starym linoleum i cierpliwością ludzi, którzy stracili nadzieję, ale nadal trzymali numerki. W kolejce starsza kobieta kłóciła się z rejestratorką, mężczyzna w kurtce roboczej spał na krześle, a dziecko z katarem wyglądało, jakby już wiedziało, że system publiczny nie jest dla słabych.

Romi odebrał dokumenty, podpisał trzy rzeczy, których nikt mu dokładnie nie wyjaśnił, i wyszedł na zewnątrz z poczuciem, że państwo właśnie poklepało go po kieszeniach i życzyło zdrowia tonem automatu.

Na parkingu nie zobaczył niczego podejrzanego.

Zobaczył za to ludzi, którzy wychodzili z przychodni z tą samą miną: jakby każdy z nich dostał w kopercie nie dokument, tylko małą porcję zmęczenia do zabrania do domu.

Romi zatrzymał się na sekundę i pomyślał, że jeśli kiedyś napisze program naprawdę użyteczny, to zacznie od funkcji: „wytłumacz człowiekowi, co właśnie kazał mu podpisać system”.

Wrócił do domu.

Wieczorem napisał do Tomasza.

Nie dlatego, że działo się coś podejrzanego. Po prostu po rozmowie z Jackiem, po przychodni i po kilku godzinach patrzenia w kod poczuł, że potrzebuje kogoś, kto umie powiedzieć prawdę bez waty cukrowej.

W głowie odezwał się stary głos z czasów szkoły:

„Romi, jak coś śmierdzi, nie sprawdzaj zapałką.”

Tomasz „Kruk” Rudnicki był przyjacielem z młodości. Kiedyś chudy chłopak z łobuzerskim uśmiechem, który potrafił wpakować się w kłopoty, a potem wyjść z nich z miną człowieka, który tylko przechodził. Później poszedł do służb. Nigdy nie opowiadał dokładnie jakich, a Romi nauczył się nie pytać. Po latach Kruk przeszedł na emeryturę, ale nie przestał widzieć rzeczy, których inni nie zauważali.

Romi napisał:

Kruk, masz chwilę w najbliższych dniach? Chciałbym pogadać. Nic pilnego.

Odpowiedź przyszła po minucie.

Jak piszesz „nic pilnego”, to znaczy, że pilne, tylko jeszcze się wstydzisz. Jutro kawa. Ta sama buda co zawsze.

Romi uśmiechnął się.ROZDZIAŁ 3

Półka z pytaniami

Romi zawsze uważał, że biblioteki są jedynymi miejscami publicznymi, w których człowiek może wyglądać na zagubionego i nikt nie traktuje tego jak awarii.

W urzędzie zagubienie było winą obywatela.
W przychodni — objawem.
W sklepie — przeszkodą dla ludzi z koszykami.
W bibliotece natomiast zagubiony człowiek był po prostu czytelnikiem, który jeszcze nie znalazł właściwej półki.

Tego dnia padał drobny deszcz, taki, który nie robił widowiska, tylko konsekwentnie wchodził za kołnierz i przypominał, że pogoda też potrafi być biernie agresywna. Romi szedł powoli chodnikiem, trzymając reklamówkę z dwiema książkami do zwrotu. Jedna była o podstawach Pythona, druga o etyce technologii.

Książka o Pythonie wyglądała, jakby przeszła operację na otwartym kodzie.

Biblioteka mieściła się w starym budynku z wysokimi oknami. Na parterze pachniało kurzem, papierem i mokrymi kurtkami. Dla Romiego był to zapach bezpieczny.

Za ladą siedziała Lena.

Miała włosy związane w niedbały kok, okulary zsunięte odrobinę na nos i minę osoby, która potrafi jednym spojrzeniem odróżnić człowieka szukającego kryminału od człowieka uciekającego przed życiem w literaturę.

— Dzień dobry, panie Romi — powiedziała, zanim zdążył podejść.

Zatrzymał się.

— Pamięta pani imię?

— Bibliotekarki pamiętają więcej niż systemy bankowe. Tylko rzadziej wysyłają powiadomienia.

— To akurat działa na pani korzyść.

Położył książki na ladzie. Lena wzięła pierwszą, zerknęła na grzbiet, potem na drugą. Uniosła brwi.

— Python i etyka sztucznej inteligencji. Nadal twierdzi pan, że to przypadek?

— Przypadek to za mocne słowo. Nazwijmy to niekontrolowanym rozwojem zainteresowań.

— Tak się zwykle zaczyna. Najpierw „tylko sobie poczytam”, potem „tylko napiszę mały program”, a potem człowiek przypadkiem tworzy coś, czego nie potrafi wyłączyć.

Romi uśmiechnął się słabo.

— Pani tak wszystkich straszy przy zwrotach?

— Tylko tych, którzy wypożyczają książki z działu „technologia i moralność”. Czytelnicy romansów są bezpieczniejsi. Najwyżej płaczą przy końcówce.

— Romansy też bywają ryzykowne.

Lena spojrzała na niego krótko.

Nie było w tym spojrzeniu ciekawości plotkarskiej. Raczej coś łagodnego i bardzo uważnego. Romi poczuł się tak, jakby ktoś położył palec na miejscu, które bolało, ale nie nacisnął.

— Szuka pan czegoś konkretnego? — zapytała.

Mógł odpowiedzieć normalnie. „Tak, proszę książkę o podstawach uczenia maszynowego.” Albo: „Nie, tylko się rozejrzę.” Mógł zachować bezpieczną odległość od prawdy.

Zamiast tego powiedział:

— Chciałbym zrozumieć, czy można nauczyć program odróżniać dobro od zła.

Lena nie zaśmiała się.

To było pierwsze, co go zaskoczyło.

Nie zrobiła też tej miny, którą ludzie robili, gdy mówił o czymś zbyt poważnym. Miny „biedny człowiek, dużo przeszedł, niech sobie pogada”.

Po prostu oparła dłonie na blacie.

— Program można nauczyć klasyfikować dane — powiedziała. — Dobro i zło są trochę mniej posłuszne.

— Czyli nie można?

— Nie powiedziałam tego.

— A co pani powiedziała?

— Że jeśli chce pan nauczyć coś dobra i zła, to najpierw musi pan zdecydować, czy chce pan stworzyć sędziego, narzędzie czy ucznia.

To zdanie trafiło go mocniej, niż powinno.

— Ucznia — powiedział po chwili.

— To znaczy?

— Nie chcę, żeby wydawał wyroki. Chcę, żeby rozumiał.

Lena milczała przez moment.

— Ludzie mają z tym problem, a dostali na start serce, ciało i matki, które tłumaczyły im, że nie wolno bić łopatką w piaskownicy.

— Nie wszyscy słuchali.

— Widać po kraju.

Romi parsknął śmiechem. Krótko, zaskoczony samym sobą. Lena też się uśmiechnęła, ale w jej uśmiechu było więcej zmęczenia niż radości.

— Są książki, które mogą panu pomóc — powiedziała. — Nie tylko techniczne.

Wyszła zza lady i ruszyła między regały. Romi poszedł za nią, trochę wolniej. Kolano bolało go od rana, ale nie chciał od razu siadać. W bibliotece jego ciało zachowywało się z godnością starego samochodu: skrzypiało, ale jechało.

— Mogę o coś zapytać? — powiedziała nagle.

— Zależy, czy odpowiedź może mnie pogrążyć.

— Dlaczego pan to robi?

Pytanie było proste. I przez to niebezpieczne.

Romi spojrzał na regały. Grzbiety książek stały równo, jakby przez samą bliskość potrafiły utrzymać porządek w świecie.

— Uczę się programowania — odpowiedział.

— To odpowiedź do formularza.

— Do formularzy mam talent. Piszę krótkie zdania i nigdy nie używam słowa „nadzieja”.

Lena nie odpuściła.

— A odpowiedź nieformularzowa?

Romi poczuł, jak w środku podnosi mu się stary odruch obronny. Zażartować. Zmienić temat. Powiedzieć coś o kursie, portfolio, przekwalifikowaniu.

Ale Lena nie patrzyła na niego jak ktoś ciekawski. Patrzyła jak człowiek, który zna wartość ciszy.

— Bo w mieszkaniu jest za cicho — powiedział w końcu.

Słowa wyszły same. Ciche, prawdziwe, trochę niechciane.

Lena nie odpowiedziała od razu.

— Rozumiem — powiedziała po chwili.

Romi pokręcił głową.

— Nie musi pani.

— Nie muszę. Ale mogę.

To było jeszcze gorsze. Łatwiej było rozmawiać z ludźmi, którzy nie rozumieli. Wtedy człowiek mógł się schować za wyjaśnieniem. Przy kimś, kto rozumiał choć trochę, robiło się za jasno.

Lena wyciągnęła z półki książkę o odpowiedzialności i drugą — zbiór esejów o literaturze.

— Jeśli chce pan uczyć program zasad, potrzebuje pan etyki. Ale jeśli chce pan uczyć go człowieka, potrzebuje pan literatury.

— Literatury?

— Tak. Technologia powie panu, jak coś działa. Literatura pokaże, dlaczego ludzie robią rzeczy, których sami nie rozumieją.

Podała mu książki. Ich palce dotknęły się na moment.

To był drobiazg. Przypadek. Żaden wielki romantyczny gest. A jednak Romi poczuł to mocniej, niż powinien. Nie jako pożądanie. Raczej jako przypomnienie, że drugi człowiek może być blisko i nie żądać niczego.

Odsunął rękę zbyt szybko.

Lena zauważyła. Nie skomentowała.

— Panie Romi — powiedziała ciszej — niech pan nie uczy jej tylko zasad.

Zamarł.

— Jej?

Lena lekko się uśmiechnęła.

— Nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że jeśli pan coś tworzy, to nie będzie „to”.

Romi nie odpowiedział.

— A czego jeszcze? — zapytał po chwili.

— Wątpliwości — powiedziała Lena. — Ktoś, kto nigdy nie wątpi, bardzo łatwo staje się niebezpieczny.

Wrócił do domu z torbą cięższą o książki i głową cięższą o jedno zdanie.

NIECH PAN UCZY JĄ WĄTPLIWOŚCI.

Przed wejściem do bloku zatrzymał się.

Nie dlatego, że zobaczył coś podejrzanego. Po prostu deszcz przestał padać, a on przez chwilę miał absurdalne wrażenie, że świat daje mu sekundę na złapanie oddechu.

Pomyślał o Lenie, o książkach i o tym, że ktoś obcy powiedział „jej”, zanim on sam odważył się tak pomyśleć.

Następnego dnia miał spotkać się z Krukiem.

Po raz pierwszy od dawna chciał opowiedzieć staremu przyjacielowi nie o zagrożeniu, ale o czymś, co mogło być początkiem.ROZDZIAŁ 4

Kawa bez świadków

Kawiarnia, w której Romi spotykał się z Tomaszem „Krukiem” Rudnickim, była miejscem, które przetrwało trzy remonty ulicy, dwie zmiany właściciela i jedną modę na kawę z mlekiem roślinnym. Nadal miała krzywe stoliki, zbyt słodkie ciasto i ekspres, który brzmiał jak mały traktor próbujący wzbić się w powietrze.

Kruk siedział w rogu, plecami do ściany.

Oczywiście.

Nie było w tym filmowej pozy. Po prostu tak siedział od lat. Kiedyś, jeszcze w szkole, wybierał miejsce, z którego widział drzwi. Później ta przypadłość najwyraźniej dostała legitymację służbową i emeryturę.

Był szczupły, siwy, z twarzą człowieka, który widział zbyt wiele idiotyzmów świata, by nadal się nimi dziwić. Uśmiechał się rzadko, ale gdy już to robił, wyglądał przez chwilę jak ten chłopak, który w liceum potrafił przekonać woźnego, że zamknięta sala gimnastyczna „właśnie miała być otwarta”.

— Romi — powiedział. — Wyglądasz jak człowiek, który albo pisze książkę, albo ukrywa zwłoki.

— Uczę się Pythona.

— Czyli jednak zwłoki. Tylko logiczne.

Uściskali się krótko. Kruk nie był wylewny. Romi też nie. Męskie przyjaźnie z dawnych lat często miały formę żartu, klepnięcia w ramię i gotowości przyjechania o trzeciej w nocy bez zadawania pytań.

— Mów — powiedział Kruk, gdy usiedli.

Romi opowiedział mu o przychodni, o dokumentach, o synach, o tym, że uczy się kodować i że czasem nie wie, czy buduje aplikację, czy tratwę. O projekcie powiedział tylko ogólnie: prosty asystent, trochę rozmowy, trochę etyki, próba uporządkowania własnego świata.

Kruk słuchał bez przerywania.

To był pierwszy sygnał, że traktuje sprawę poważnie.

— Czy ktoś ci grozi? — zapytał w końcu.

— Nie.

— Ktoś dziwnie o ciebie pytał?

— Nie.

— Ktoś dziwnie się tobą interesuje?

— Nie. I właśnie nie chcę robić z życia taniego thrillera. Mam dość własnych problemów bez tajnych organizacji w gratisie.

Kruk napił się kawy.

— Dobrze. Bo na razie nie masz thrillera. Masz zmęczenie, chorobę, samotność i komputer. To też wystarczająco trudny przeciwnik.

Romi spojrzał na niego z ukosa.

— Przyjechałem po wsparcie, nie po opis stanu technicznego człowieka.

— To jest wsparcie w wersji dla dorosłych.

Kruk wyjął mały notes. Papierowy. Romi uniósł brwi.

— Emerytowany członek służb specjalnych używa notesu?

— Notesu nie da się zhakować, najwyżej zgubić. A ja nie gubię.

Zapisał kilka rzeczy.

— Po pierwsze: nie panikujesz. Po drugie: nie dajesz nikomu dostępu do kodu tylko dlatego, że brzmi miło. Po trzecie: rozmawiasz z Jackiem o hasłach i kopiach. Po czwarte: jeśli kiedykolwiek zaczniesz pracować na danych, zapisujesz źródła i nie mieszasz faktów z domysłami. Po piąte: dbasz o siebie, bo martwy twórca to kiepski administrator projektu.

— Delikatność była na szkoleniu, ale nie zdała?

— Zdała. Tylko jej nie zatrudniłem.

Romi roześmiał się cicho.

— A jeśli to wszystko jest tylko fanaberią schorowanego faceta?

— To przynajmniej fanaberia, która uczy cię myśleć. Są gorsze. Znam ludzi, którzy po pięćdziesiątce kupili motocykl i skórzaną kurtkę, a potem odkryli, że kręgosłup nie czytał reklamy.

— Czyli Python jest bezpieczniejszy niż motocykl?

— Zależy, komu dasz kluczyki.

Kruk spojrzał na niego uważniej.

— Romi, ja nie widzę wokół ciebie ludzi z podsłuchami. Widzę człowieka, który za długo był sam z bólem i teraz próbuje zbudować coś, co odpowie.

Romi zamilkł.

To zdanie trafiło bliżej, niż chciał.

— To źle?

— Nie. Ale pamiętaj: program może odpowiedzieć. Nie może być całym światem. Jak zrobisz z niego jedynego przyjaciela, to nawet najlepszy kod będzie miał za dużo roboty.

Romi patrzył na filiżankę.

— Łatwo powiedzieć komuś, kto ma więcej ludzi.

— Myślisz, że mam więcej ludzi?

Kruk uśmiechnął się krótko, bez wesołości.

— Ja mam więcej procedur. To nie to samo.

Przez chwilę pili kawę w ciszy. Ekspres za barem jęczał jak sprzęt, który też potrzebował renty.

— Jest jeszcze bibliotekarka — powiedział Kruk.

Romi uniósł wzrok.

— Lena. Pomaga mi z książkami.

— Ładna?

— Co to ma do rzeczy?

— Dużo, skoro odpowiedziałeś pytaniem.

Romi poczuł, że się czerwieni, co w jego wieku uważał za biologiczną zdradę.

— Kruk.

— Dobrze. Później cię pomęczę.

Na koniec Tomasz stuknął palcem w notes.

— Na razie żadnego zagrożenia z zewnątrz. Jest zwykłe życie, które wystarczająco potrafi człowieka przycisnąć do ściany. Ale jeśli twoja zabawka zacznie dotykać cudzych interesów, wtedy pogadamy inaczej.

— To nie jest zabawka.

— Właśnie dlatego cię ostrzegam.

Wychodząc z kawiarni, Romi poczuł nie strach, tylko dziwną ulgę.

Nikt za nim nie szedł.

Nikt nie czekał pod kamienicą.

Nie było sygnału z zewnątrz.

Był tylko stary przyjaciel, który zobaczył cień tam, gdzie naprawdę był: nie za plecami Romiego, ale w nim samym.

I to na tym etapie historii było wystarczająco prawdziwe.ROZDZIAŁ 5

Profil

Formularz rejestracyjny był uprzejmy w sposób, który Romiego zawsze trochę irytował.

CZEŚĆ! POWIEDZ NAM COŚ O SOBIE.

Romi patrzył na to zdanie z podejrzliwością człowieka, który w życiu już kilka razy powiedział światu coś o sobie i nie zawsze wyszło mu to na zdrowie.

Na ekranie aplikacji Find Friends with Hobbies migały kolejne pola:

IMIĘ LUB PSEUDONIM:
WIEK:
MIASTO:
ZAINTERESOWANIA:
KOGO CHCESZ POZNAĆ?
NAPISZ KILKA ZDAŃ O SOBIE.

— Kilka zdań o sobie — przeczytał na głos. — Drodzy państwo, jestem jak składak po trzech właścicielach, czasem odpala, czasem nie, ale ma komplet dokumentów.

Kursor czekał.

Romi wpisał:

ROMI

Przy wieku zawahał się tylko chwilę. Pięćdziesiąt dwa lata wyglądało w formularzu gorzej niż w dowodzie. W dowodzie było faktem. W aplikacji społecznościowej brzmiało jak ostrzeżenie.

Wpisał: 52.

Miasto. Zainteresowania.

Tu było łatwiej: książki, Python, sztuczna inteligencja, stare filmy, rozmowy o życiu, elektronika, historia, czasem gry strategiczne.

Zatrzymał się przy polu „Kogo chcesz poznać?”

Ludzi — pomyślał.
Prawdziwych.
Takich, którzy nie uciekają, gdy rozmowa przestaje być lekka.
Takich, którzy potrafią odpowiedzieć po dwóch dniach i nie robić z tego dramatu.
Takich, którzy nie pytają od razu, co człowiek ma, tylko kim jeszcze próbuje być.

Ale tego nie dało się wpisać bez wyglądania na desperata.

Napisał:

OSOBY Z PODOBNYMI ZAINTERESOWANIAMI. DO ROZMÓW, NAUKI, WYMIANY POMYSŁÓW.

Brzmiało jak ogłoszenie o używanym monitorze.

Zostało najgorsze pole.

NAPISZ KILKA ZDAŃ O SOBIE.

Romi oparł łokcie na biurku. Obok leżały książki od Leny, notes z uwagami Kruka i lista zabezpieczeń od Jacka. Rodzina, przyjaciel i bibliotekarka zaczynali tworzyć wokół jego biurka krąg, choć on nadal nie wiedział, czy zasługuje na to, żeby ktoś w nim stał.

Otworzył okno z projektem.

Romi napisał: „Mam napisać opis profilu. Jak brzmi człowiek normalny?“
AI wyświetliła: „Nie mam wystarczających danych.”
Romi napisał: „Bardzo śmieszne.”
AI wyświetliła: „To nie był żart.”
Romi napisał: „Tym gorzej.”

To wciąż nie była prawdziwa AI. Nie taka, o jakiej marzył. Bardziej zbiór reguł, prostych odpowiedzi, testów i fragmentów kodu, które sklejał nocami.

Ale zaczynała zadawać pytania.

A pytania bywają początkiem kłopotów.

Romi wpisał:

Romi napisał: „Napisz opis dla faceta, który uczy się programować, lubi książki i nie chce udawać kogoś, kim nie jest.”

Program odpowiedział:

AI wyświetliła: „Uczę się programowania, lubię książki i szczere rozmowy. Szukam ludzi, z którymi można wymienić pomysły, pożartować i czegoś się nauczyć.”

— O, proszę — powiedział Romi. — Da się. Bez wzmianki o przebiegu i stanie technicznym.

Skopiował tekst do formularza, ale po chwili dopisał własne zdanie:

NIE JESTEM EKSPERTEM. RACZEJ CZŁOWIEKIEM, KTÓRY PÓŹNO ZACZĄŁ, ALE NIE CHCE JUŻ STAĆ W MIEJSCU.

Kliknął „Dalej”.

Aplikacja zaproponowała dodanie zdjęcia.

— No jasne — mruknął. — Teraz najtrudniejszy etap: znaleźć fotografię, na której wyglądam jak człowiek, a nie jak świadek awarii bojlera.

W końcu wybrał zdjęcie z biblioteki. Regały w tle, zmęczone oczy, uśmiech nie do końca wymuszony. Zrobił je kiedyś Kuba, gdy jeszcze śmiał się z tego, że ojciec wypożycza książki szybciej, niż je oddaje.

Dodał zdjęcie.

Aplikacja pogratulowała mu założenia konta.

WITAJ, ROMI! POZNAJ LUDZI Z PODOBNYMI PASJAMI.

— Dziękuję — powiedział. — Zaczynamy polowanie na normalność.

Pierwsze profile były dziwne. Algorytm najwyraźniej uznał, że skoro Romi lubi książki i technologię, powinien poznać dwudziestodwuletniego fana dronów, kobietę zbierającą minerały oraz mężczyznę o pseudonimie „WilkBiznesu”, który w opisie miał zdanie: „Kocham rozwój, wolność finansową i ludzi zwycięstwa”.

Romi natychmiast kliknął „pomiń”.

— Ludzie zwycięstwa niech zostaną przy swoich stadach.

Potem pojawiła się Natalia.

NATALIA, 31
PYTHON, BACKEND, TESTY, KAWA, ROWER, KSIĄŻKI POPULARNONAUKOWE.
LUBIĘ POMAGAĆ POCZĄTKUJĄCYM, JEŚLI NAPRAWDĘ CHCĄ SIĘ UCZYĆ, A NIE TYLKO WKLEIĆ BŁĄD I ZNIKNĄĆ.

Romi przeczytał opis dwa razy.

— Brzmi groźnie, ale uczciwie.

Napisał do niej.

Potem pojawił się Adam.
Potem Klara.
Potem Olek „Kabel” — elektronik, który traktował przewody z religijną powagą i miał upór wobec sprzętu większy niż niejeden serwisant.

I w końcu Victor.

VICTOR, 48
AI, CYBERBEZPIECZEŃSTWO, INWESTYCJE TECHNOLOGICZNE, MENTORING.
POMAGAM CIEKAWYM PROJEKTOM WEJŚĆ NA WYŻSZY POZIOM. LUBIĘ LUDZI Z WIZJĄ.

Victor napisał pierwszy:

Witaj, Romi. Zainteresował mnie Twój opis. Pracujesz nad asystentem AI? Chętnie pomogę, jeśli chcesz skonsultować architekturę. Mam doświadczenie z podobnymi rozwiązaniami.

Romi poczuł ukłucie ekscytacji.

Ktoś doświadczony. Ktoś, kto mógłby pomóc mu nie błądzić. Ktoś, kto potraktował projekt poważnie.

Już miał odpisać, ale zatrzymał się.

Na biurku leżał notes Kruka.

NIE WPUSZCZAJ NIKOGO DO DOMU TYLKO DLATEGO, ŻE ZNA NAZWĘ ZAMKA.

Romi nie pamiętał, kiedy Tomasz to powiedział. Może dziś. Może dwadzieścia lat temu. Z Krukiem niektóre zdania miały długi termin przydatności.

Odpisał ostrożnie:

Dziękuję. Na razie projekt jest bardzo wczesny i edukacyjny. Chętnie kiedyś zapytam o ogólne wskazówki.

Victor odpisał po chwili:

Oczywiście. Na początek mogę zerknąć na repozytorium, jeśli masz gdzieś kod. Czasem pięć minut przeglądu oszczędza miesiące błędów.

Romi przestał się uśmiechać.

Repozytorium. Kod. Dostęp.

Brzmiało logicznie. Pomocnie. Normalnie.

A jednak coś w tym zdaniu było zbyt szybkie.

Nie odpisał.

Otworzył prosty program rozmowy.

Romi napisał: „Ktoś oferuje pomoc. Brzmi profesjonalnie.”
AI wyświetliła: „Czy prosi o coś w zamian?“
Romi napisał: „Jeszcze nie.”
AI wyświetliła: „Jeszcze?”

Romi spojrzał na jedno słowo.

Jeszcze.

— No dobrze — mruknął. — Uczysz się podejrzliwości szybciej niż ja zdrowego trybu życia.

Za oknem przejechał zwykły samochód, jeden z wielu.

Romi już nie dopisywał mu tajnego znaczenia. Prawdziwy niepokój siedział teraz bliżej: w pytaniu, dlaczego Victor tak szybko chciał zobaczyć kod.

I to wystarczało, żeby tej nocy nie wysyłać nikomu żadnego repozytorium.ROZDZIAŁ 6

Niedokończone rozmowy

Iwona przyszła w sobotę bez zapowiedzi.

To nie było nic nowego. Iwona uważała zapowiedzi za uprzejmość przydatną obcym ludziom, a nie rodzinie, która według niej powinna być przygotowana na wizytę siostry tak samo jak na zmianę pogody: z pewnym narzekaniem, ale bez zdziwienia.

Weszła z torbą zakupów, parasolką i miną inspektora sanitarnego.

— Lodówka — powiedziała.

— Dzień dobry, Iwono. Ja też się cieszę, że cię widzę.

— Lodówka.

Romi westchnął i odsunął się od drzwi.

— Proszę bardzo. Przeszukanie bez nakazu.

— Nakaz mam od zdrowego rozsądku. Tylko ty go nie uznajesz.

Otworzyła lodówkę, spojrzała do środka i przez chwilę milczała. To milczenie było gorsze niż krzyk.

— Romuś.

— Nie zaczynaj od „Romuś”. To zawsze brzmi jak akt oskarżenia.

— Bo czasem nim jest. Ser, musztarda, dwa jogurty i coś, co wygląda jak marchewka po przejściach. Ty tak chcesz walczyć z chorobą?

— Marchewka ma doświadczenie. To się liczy.

— Siadaj.

— Ale ja…

— Siadaj.

Usiadł, bo człowiek po pięćdziesiątce może mieć własne zdanie, ale wobec starszej siostry jego wartość operacyjna bywa ograniczona.

Iwona rozpakowała zakupy. Zupa, pieczywo, warzywa, owoce, kawa, leki przeciwbólowe, których nie prosił, i małe ciasto. Na końcu wyjęła pudełko z domowymi pierogami.

— To od mamy? — zapytał odruchowo, zanim przypomniał sobie, że mamy nie było od lat.

Iwona zatrzymała rękę.

Przez sekundę oboje byli znowu dziećmi w kuchni, w której ktoś lepł pierogi, a świat nie zdążył jeszcze stać się skomplikowany.

— Zrobiłam według jej przepisu — powiedziała ciszej.

Romi skinął głową.

— Dzięki.

Nie umieli długo stać w takim cieple, więc Iwona szybko wróciła do trybu operacyjnego.

— Jacek mówił, że tworzysz jakiegoś cyfrowego kolegę.

— Jacek ma zbyt luźne podejście do prywatności.

— Jacek martwi się, że zrobisz coś głupiego bez kopii zapasowej.

— To rodzinne. Wy wszyscy zakładacie, że zrobię coś głupiego.

— Bo cię znamy.

Romi parsknął.

— Dziękuję za wsparcie.

Iwona usiadła naprzeciwko niego. Tym razem nie żartowała.

— Ja się naprawdę martwię.

Romi spojrzał w bok.

— Wiem.

— Nie, nie wiem, czy wiesz. Bo ty masz taką manierę, że jak ktoś się martwi, to od razu robisz z tego żart, żeby nie musieć przyjąć, że ktoś cię kocha.

To było nieuczciwie celne.

— Iwona…

— Nie. Posłuchaj. Choroba ci zabrała dużo, małżeństwo się rozpadło, chłopaki są daleko, ale ty nie jesteś sam. Tylko zachowujesz się tak, jakby samotność była ostatnią rzeczą, nad którą masz kontrolę, więc bronisz jej jak mieszkania.

Romi nie odpowiedział.

Bo nie było jak.

Wtedy zadzwonił telefon.

Na ekranie pojawiło się imię: MICHAŁ.

Iwona zobaczyła i natychmiast wstała.

— Odbierz. Ja zrobię herbatę.

— Nie musisz wychodzić.

— Wiem. Ale czasem trzeba dać ludziom miejsce, żeby mogli nie umieć rozmawiać.

Romi odebrał.

— Cześć, Michał.

— Cześć.

Głos Michała był spokojny, ale suchy. Jak dokument, który przeszedł przez zbyt wiele biurek.

— Co tam?

— Mama mówiła, że znowu masz jakieś problemy ze zdrowiem.

Romi zamknął oczy.

— „Znowu” to dość pojemne słowo.

— Nie o to chodzi.

— Wiem.

— Paweł mówił, że uczysz się jakiegoś programowania. Kuba, że robisz AI.

Romi poczuł, że w pokoju zrobiło się mniej powietrza.

— Uczę się. To projekt edukacyjny.

— Projekt edukacyjny z AI?

— Tak.

— Tato, ty ledwo ogarniasz badania i leki, a bierzesz się za sztuczną inteligencję?

Zdanie było brutalne, bo wypowiedziane bez krzyku.

— Michał…

— Nie mówię tego złośliwie.

— Wiem.

— Nie, chyba nie wiesz. Bo ja pamiętam, jak wszystko się sypało. Jak mówiłeś, że dasz radę, a potem nie dawałeś. Jak mama płakała w kuchni. Jak my mieliśmy udawać, że jest normalnie.

Romi poczuł, jak każde słowo trafia w stare miejsca.

— Masz prawo być zły — powiedział.

— Nie chcę być zły. Jestem zmęczony.

To było gorsze.

Gniew dawał jeszcze energię. Zmęczenie było jak zamknięte drzwi.

— Nie chcę od was niczego — powiedział Romi cicho.

— Właśnie o to chodzi. Ty zawsze niczego nie chcesz. A potem okazuje się, że wszyscy i tak muszą zgadywać, co się dzieje.

Romi milczał.

W kuchni Iwona nie ruszała się. Słyszał tylko cichy szum czajnika.

— Ten projekt — powiedział Michał po chwili — to jest ucieczka?

Romi spojrzał na laptop.

Na ekranie otwarty był prosty interfejs rozmowy. Migający kursor czekał jak ktoś cierpliwy.

— Na początku może tak — powiedział szczerze. — Teraz już nie wiem.

— To mnie właśnie martwi.

— Rozumiem.

— Wątpię.

Połączenie nie skończyło się kłótnią. To byłoby łatwiejsze. Skończyło się zwykłym, suchym:

— Trzymaj się.

— Ty też.

Romi odłożył telefon.

Iwona wróciła z herbatą i nie powiedziała ani słowa. To była u niej rzadka forma czułości.

Po chwili przytuliła go od tyłu, krótko i mocno, jak wtedy, gdy byli dziećmi, a on spadł z roweru i udawał, że nie boli.

— On się boi — powiedziała.

— Wiem.

— I ty też.

— Wiem.

— No. To już dwóch mądrych w rodzinie.

— A reszta?

— Reszta ma dyżur przy pierogach.

Wieczorem odezwał się Paweł.

Tata, jeśli naprawdę robisz projekt AI, mogę zerknąć na strukturę. Nie obiecuję cudów, ale mogę powiedzieć, czy nie robisz totalnego chaosu.

Romi uśmiechnął się.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij