Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Korp Me Tender - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
9 września 2026
50,00 zł
5000 pkt
punktów Virtualo

Korp Me Tender - ebook

Korporacja. Deadline’y. Spotkania, które mogły być mailem. I ludzie, którzy próbują przy tym nie zwariować. „Korp Me Tender” to pełna ironii opowieść o codzienności w świecie korporacji – absurdach, ambicjach, sukcesach i małych zawodowych katastrofach. Jeśli pracujesz w korpo, znajdziesz tu siebie. Jeśli nie – poznasz prawdę, której nikt Ci nie powiedział.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Komiks i Humor
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 658 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Alis Verne

KORP ME TENDER

Korporacja: miejsce, w którym dusza umiera zgodnie z procedurą

Nota od autorki

Ta książka to głos tych, którzy już się nie uśmiechają – bo są za bardzo zmęczeni. To krzyk tych, którzy nie krzyczą – bo w open space nie wypada. To opowieść, którą korporacje chciałyby zakopać na dnie zespołowego SharePointa.

Prawdziwa historia dziewczyny, która przeszła pełen cykl korpo–życia – od zapału juniora, przez wypalenie liderki, aż po ucieczkę z płonącego open space'u.

Napisałam tę książkę, bo miałam dość słodko–pierdzących historii o rozwoju osobistym w korporacjach. Nikt nie mówi głośno, jak naprawdę wygląda droga na szczyt w Excelowym piekle. Zbyt wiele razy słyszałam „wow, powinnaś to spisać”, gdy opowiadałam znajomym o tym, co się dzieje u mnie w pracy.

Więc spisałam.

Bez ściemy. Bez eufemizmów. Bez PR– owych wstawek o „zmianie mindsetu”.

Jeśli:

…to ta książka jest dla was.

To opowieść o pracy, która miała być szansą, a stała się pułapką. O awansie, który kosztował mnie zdrowie, spokój i związek. O sukcesie, który okazał się luksusowym więzieniem.

To nie jest poradnik sukcesu. To nekrolog dla zdrowia psychicznego, pisanego na tle KPI, feedbacków i bullshit meetingów.

Ta książka nie zbawi świata.

Nie wpłynie na architekturę korpo–relacji.

I nie zburzy systemu.

Mam jednak szczerą nadzieję, że stanie się drogowskazem, podporą, ciekawym doświadczeniem – że znajdziesz w niej to, czego najbardziej teraz potrzebujesz.

Oderwanie się od utartych schematów i podzielenie prawdziwymi doświadczeniami, wymaga ode mnie zachowania anonimowości.

Podkreślam, że to nie strach.

To nie wstyd.

To obawa przed złamaniem NDA, nie pozwala mi ujawnić się.

Promocja na szczyt gówna

Ten świat zabija we mnie miłość do życia. Dzień po dniu. Małymi dawkami. Jakby ktoś systematycznie spuszczał ze mnie tlen, zostawiając ciało w trybie przetrwania.

Z zewnątrz moje życie wygląda jak sukces. Ładna pensja, tytuł managerski, praca zdalna z widokiem na drzewa i kawa z ekspresu, który pewnie kosztował więcej niż roczne zakupy mojej babci. Tyle, że to tylko opakowanie. Przeklejona etykieta "well–being" na puszce pełnej stresu, wypalenia i ludzi, którzy nie wiedzą, co robią – albo udają, że wiedzą.

Nie mogę nawet zaszczekać głośniej, bo od razu jestem “trudna” , “nieprofesjonalna” , “niekonstruktywna” . Więc szczekam tu – w tekście, który może wreszcie powie na głos to, co cisnę w sobie od miesięcy. To jest opowieść o tym, jak wygląda awans, który nie był nagrodą, tylko karą. I o tym, jak się tonie, kiedy nie umiesz jeszcze pływać, a ktoś wrzucił cię na pełne korpo–morze bez koła ratunkowego. Jednocześnie to mój osobisty manifest, skierowany do wypalonych trzydziestolatków, którzy mieli “mieć wszystko”, a dostali przepracowanie, ciągły stres, L4 i zespoły bez ludzi.

Mam nadzieję, że moja historia będzie jak ostry cios w żebra – dokładnie taka literatura jest dziś potrzebna, bo zbyt wielu ludzi wciąż żyje w micie “kariery jako spełnienia”.

Zawsze mnie dziwiło, gdy ludzie sukcesu mówili, że na szczycie jest samotnie. Myślałam, że to kokieteria. Teraz wiem, że to fakt. Nie jestem na żadnym szczycie. Ja jestem na pierdolonym dachu z eternitu, który się zapada.

I jestem na nim sama.

Wkurwia mnie to stanowisko.

Nie chciałam być managerką. Nie byłam gotowa. Ale nikt inny nie chciał. A że byłam „ogarnięta”, „ambitna”, „zorientowana na cel” – jeb, awans.

Zespół?

A co to za zespół, jeśli połowa odeszła, a reszta ma wyjebane? Jeśli zamiast pracy jest L4, jeśli klient dzwoni, a ludzie chowają się za Teamsowym „nieobecny”? Jeśli zespół trzeba trzymać za rączkę, a ja nie mam już wolnej ręki, bo drugą trzymam nad klawiaturą, odpisując na milion maili dziennie?

W zespole mamy jeszcze jednego managera. Teoretycznie. Facet po czterdziestce, z akcentem, który brzmi jak Eastern Europe CEO of Chaos. Człowiek ASAP. Wszystko „na już”, wszystko „ważne”. Ale jak przychodzi co do czego i gdy już wszystko naokoło się zesra, to trzeba mu podcierać dupę i tłumaczyć, że Excel się nie gryzie, tylko klika.

Szefowa – moja jedyna podpórka – odeszła. Koleżanka, najlepsza specjalistka – też. Z pięciu zostało nas troje. Człowieka ASAP nawet nie liczę. A robota? No jasne, że została. Nawet się rozrosła, bo przecież „zmiana to szansa”.

Jasne, że była szansa – na zawał.

Bo kiedy na spotkaniu z dyrektorem słyszysz, że nie stać nas nawet na zatrudnienie nowych ludzi, a nasze własne pensje wiszą pod znakiem zapytania – zaczynasz się zastanawiać, po co właściwie jeszcze tu siedzisz. Do rocznego celu zespołu brakuje sześciocyfrowej sumy, której obecne marże nie mają najmniejszych szans wygenerować.

A jakby tego było mało – rozliczenia z bieżącymi klientami to burdel na kółkach, zapierdalający wprost pod bramę piekła, czyli Urzędu Skarbowego. Puste faktury, błędne koszty, brak faktur, korekty korekt. Wszystko na opak. Wszystko spóźnione. A komunikacja? Jakbyśmy wszyscy grali w głuchy telefon – tyle, że na końcu tej zabawy nie ma śmiechu, tylko jest kontrola podatkowa.

Nie miałam nawet dwóch pełnych tygodni na przejęcie jej obowiązków. A mówimy tu o kobiecie z potężnym doświadczeniem managerskim. Ogarniała firmy, ludzi, kryzysy i ego większe niż budżety. Była jak kotwica na tym chaotycznym statku – spokojna, konkretna, wspierająca. Przy niej nauczyłam się więcej niż przez wszystkie poprzednie lata razem wzięte.

A potem po prostu... jej zabrakło.

Pierwsze spotkanie z klientem bez niej to był czysty kabaret. Dobrze, że nie wyłączyłam kamery – przynajmniej wyglądałam jak ktoś, kto wie, co robi. W środku byłam jednym wielkim „kurwa co teraz” .

Potem przyszły spotkania z Globalem – bo przecież to międzynarodowa agencja, więc trzeba się pokazać. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że to właśnie moja szefowa chodziła tam wcześniej zamiast dyrektora. Dlaczego? Bo on nie czuł się zbyt pewnie w rozmowach po angielsku.

Super. Świetnie. Teraz, po jej odejściu, pałeczka trafiła do mnie.

Włączyłam się w to spotkanie, udając skupienie i notując jakieś pierdoły, żeby wyglądać na zaangażowaną. Prawda była taka, że nie zrozumiałam kompletnie nic. Mówili szybko, branżowym slangiem, rzucając skrótami, których wcześniej nigdy w życiu nie słyszałam. Głowa mi pulsowała, serce waliło, a mój mózg w trybie paniki próbował złapać choć jedno sensowne zdanie, które mogłabym potem powtórzyć na swoim podwórku.

Co ja tu, kurwa, robię?

Jakim cudem ktoś uznał, że to jest dobra decyzja?

Że dam sobie radę?

Że wystarczy „się ogarnąć”?

S pojrzałam w małe prostokąty ekranów, pełne ludzi z całego świata, którzy byli zbyt zajęci, żeby dostrzec, że właśnie siedzi przed nimi dziewczyna, która pierwszy raz w życiu naprawdę nie wie, co dalej.

Od razu przypomniała mi się moja pierwsza prezentacja po angielsku – jeszcze jako junior specjalista. Klient z Czech, ważna agencja, a ja w garsonce z Zary i z duszą na ramieniu. Pięknie się przywitałam, elegancko zapowiedziałam, o czym będę mówić… i przewinęłam slajd.

A wtedy – jeb.

Zapomniałam absolutnie każde słowo po angielsku, jakie znałam. Jakby mi ktoś mózg wyłączył. Język nagle zrobił się jak z plasteliny. Zaczęłam się jąkać jak prezydent Duda na wiecu bez kartki.

Aj, aj, aj...

Pamiętam, jak po tym spotkaniu weszłam do łazienki, spojrzałam w lustro i pomyślałam: „dobra, teraz już tylko może być lepiej”.

A potem wróciłam na Teamsa, odpaliłam Global call i przekonałam się, że... no niekoniecznie.

Mimo wszystko, wierzyłam, że damy radę. Że zespołowo to ogarniemy. Że może nie będzie łatwo, ale jakoś to rozkminimy – razem, ramię w ramię, jak dzielna drużyna korpo–hobbitów na misji do pieprzonego Mordoru.

Tyle że zespołowo to my się tylko wspólnie jebaliśmy. Jak stado dzików wpuszczonych do labiryntu zbudowanego z procedur, KPI–ów i idiotycznych narzędzi, z których każde "zwiększa efektywność", a w rzeczywistości zwiększa tylko liczbę kliknięć, frustracji i niezamkniętych kart w przeglądarce.

Jeden system do zgłaszania tasków. Drugi do mierzenia czasu. Trzeci do statusowania. Czwarty do raportowania. A piąty – tylko po to, żeby udowodnić, że nic nie robimy wystarczająco dobrze. Każde narzędzie jak osobny język obcy – i żadnego nie znałeś biegle. A kiedy już myślałeś, że coś zrozumiałeś, wchodził update i wszystko srało się od nowa.

Próbowaliśmy grać w drużynie, tylko że każdy biegał w innym kierunku, z innym briefem, innym klientem i inną definicją słowa priorytet . Zespół? Raczej zbieranina ludzi na skraju załamania, którzy udają, że ogarniają, żeby nie wypaść z gry.

W tej "wspólnej odpowiedzialności" nie było żadnego wspólnego. Było za to dużo odpowiedzialności – zrzucanej, przerzucanej, przeklejanej i wklejanej w Excela, żeby potem nikt nie mógł powiedzieć, że to jego wina.

Jako pierwszy poważny projekt, który przypadł mi na klatę w nowej roli, był audyt konta sprzedażowego dla jednego z naszych największych klientów. Tego samego, który od czterech lat briefuje nas jak do współpracy, ale za każdym razem znika bez słowa – jak typowy typ z Tindera, który po trzech randkach zaczyna „mieć dużo na głowie”.

Z tą różnicą, że tym razem przynajmniej chciał zapłacić za audyt. Co było absolutną nowością, bo wcześniej robiliśmy to za darmochę, z nadzieją, że kiedyś się „zwróci”. Tak, jasne. Jakbyśmy byli organizacją charytatywną specjalizującą się w darmowych analizach dla niezdecydowanych korpo–księżniczek.

Do brzegu.

Klient przesłał raporty. Zaczęłam działać. Wiedziałam, że sama tego nie uciągnę – miałam przecież swoich klientów, klientów po mojej byłej szefowej, a do tego zespół, który wymagał więcej troski niż przedszkolna grupa Motylki. Na szczęście Adam – mój dyrektor – od początku stawał po mojej stronie. Powiedział jasno: „Nie możesz robić tego sama, bo się zaorasz”. I miał rację.

Więc podeszłam do tego książkowo.

Delegowanie, rozpiska, agenda, szablon prezentacji. Wszystko pięknie podane jak na tacy. Zorganizowałam spotkanie, przegadaliśmy, kto robi co, kiedy i dlaczego.

I oczywiście – poszło się jebać.

Na drugi dzień po spotkaniu Łukasz – nasz Specjalista – poszedł na L4. Już chyba piąty raz w tym kwartale. Tym razem wzięło go dokładnie wtedy, kiedy najbardziej go potrzebowaliśmy.

Przypadek?

Nie sądzę.

Zostały dwa tygodnie do deadline'u.

Tydzień z tego Łukasz leżał w domu, a my zostaliśmy w trzy osoby. Renata, nasza Senior Specjalistka, doświadczona bardziej niż Photoshop u influencerek, przygotowała slajdy, które wyglądały jakby robił je Junior po pierwszym tygodniu onboardingu.

Każda czcionka z innej parafii, tabele bez ładu i składu, przypisy do rzeczy, które nie istniały. Mięsa – zero.

Wniosków – zero.

Za to było dużo kolorów.

Pięknie.

Jakby ktoś zrobił audyt na bazie tęczowych markerów z Rossmanna.

A Radek – nasz manager–z–problemem – zadeklarował, że zrobi 5 slajdów.

Pięć.

Z siedemdziesięciu.

I przez dwa tygodnie tylko o tym mówił. "Zaraz siądę", "już mam pomysł", "na wieczór coś podeślę". W końcu podesłał swoje wypociny 4 godziny po ostatecznym terminie i 10 minut przed końcem dnia pracy. Czyli klasyka jego stylu – zero presji, tylko chaos i spóźnione wrzutki.

Kiedy Łukasz wrócił z L4, dołożył swoje dwa slajdy do tej tęczowej tragedii, którą zrobiła Renata. Ja z kolei siadłam i zrobiłam to, czego nie zrobił nikt – ogarnęłam wszystko. Przebudowałam całość, dodałam konkret, mięcho, liczby, wnioski, które faktycznie coś mówiły. I tak, ledwo, ale zdążyliśmy.

Udało się wysłać.

Chwała mi za to.

Została już tylko prezentacja. Czyli wielka premiera w teatrze absurdu.

Sama sobie zgotowałam ten los.

Tak mówią. Bo przecież mogłam odmówić. Powiedzieć: dziękuję, ale nie teraz, to za dużo, nie dam rady. Tylko jak? Kiedy cała firma patrzyła. Kiedy HR już drukowało list z gratulacjami na śliskim, kredowym papierze, jakby to było wyróżnienie, a nie wyrok. Kiedy dyrektor stał obok mnie, dumny, że „taka młoda, a już tak ogarnia” , a ja w tym samym czasie chciałam tylko, żeby ktoś – ktokolwiek – zauważył, że krztuszę się własnymi obowiązkami.

Że tonę.

Ale nie. Wszyscy widzieli we mnie potencjał . Wiesz, to słowo, które brzmi jak komplement, a w praktyce oznacza tylko, że teraz będzie się od ciebie wymagać więcej – za tyle samo.

Dostałam gratulacje. I smycz.

Z napisem future leader.

I to nie była ładna, korporacyjna smycz na identyfikator. To była smycz z kolczatką, zaciągnięta na szyi, która zaciskała się z każdym dniem. Z każdym call’em. Z każdą nieprzespaną nocą.

Pierwszy call z zespołem. Jeszcze w starym składzie. Jeszcze z moją szefową – tą, która wiedziała, co robi, która znała każdego z nas lepiej, niż my sami siebie. To ona prowadziła to spotkanie. W stylu, który uwielbiałam – konkretnie, rzeczowo, a jednocześnie z czułością dla ludzi.

Dyrektor też był. Opowiadał o zachodzących zmianach, trochę kwieciście, jakby to była naturalna ewolucja, nie desperacka łatanina po jej wypowiedzeniu. Wspomniał, że decyzja została podjęta, że nowym managerem zostanę ja. Szefowa dodała kilka ciepłych słów – że jestem świetnie przygotowana, że rozumiem klientów, że umiem pracować z ludźmi. Uśmiechałam się. Z zewnątrz wyglądało to pewnie jak scena z firmowego success story.

Zespół przyjął to z ulgą. Serio. Widziałam to. Bo w gruncie rzeczy bali się tylko jednego – że wróci Radek albo że ktoś z zewnątrz rozwali wszystko, co udało się zbudować za kadencji mojej szefowej.

Radek był legendą.

Negatywną.

Pisał MAILE DRUKOWANYMI LITERAMI, jakby miał osobisty problem z klawiszem shift. Przeklinał w komunikacji pisemnej i ustnej. Wysyłał elaboraty o długości "Władcy Pierścieni" o drugiej w nocy. I nie, nikt z HR nic z tym nie zrobił. Rok chaosu. Rok micromanagementu w stylu: "dlaczego jeszcze tego nie zrobiłeś?" , kiedy dopiero co powiedział ci, co masz zrobić. A potem wielki reset i wejście mojej szefowej, która to wszystko odratowała.

Więc tak – w tamtym momencie wyglądało to obiecująco. Trochę jak happy end. Tylko że to nie był koniec. To był początek. Prawdziwego bagna.

Bo potem ona odeszła. A ja zostałam sama – z zespołem, który znałam na wylot, ale który teraz musiałam prowadzić. Z ludźmi, z którymi jeszcze niedawno piłam kawkę i narzekałam na wszystko po kolei, a którzy teraz patrzyli na mnie nie jak na koleżankę z zespołu, tylko menedżerkę.

Nie było w tym złej woli. Naprawdę nie. To są porządni ludzie. Ale mają swoje słabości – jeden wiecznie przeciąga rzeczy na ostatnią chwilę, druga działa, jakby się dopiero uczyła zawodu, mimo że ma więcej lat w branży niż ja życia zawodowego. A my byliśmy understaffed do granic absurdu.

Na spotkaniach z nowymi klientami, kiedy musiałam się przedstawiać, język sam chciał powiedzieć „Senior Specialist” . Bo jeszcze nie czułam, że zasługuję na to „Manager” . Nie czułam, że nim jestem. Może nadal nie czuję. Bo jak możesz być managerem, kiedy toniesz i nikt nie rzuca ci koła ratunkowego?

Rok wcześniej byłam jeszcze tą, co ogarnia kampanie, klepie prezentacje i łata błędy po innych. Tą, co potrafi w Excele, zna klientów na wylot i nigdy nie zapomni dodać załącznika do maila. Wtedy, dokładnie rok temu, awansowałam na Senior Specjalistkę. Mówiąc po ludzku – twarda sztuka na pierwszej linii frontu.

A teraz? Managerka.

Brzmi dumnie, nie?

Z zewnątrz wyglądało to jak sukces – uściski, gratulacje. Prawie mogli mi wypiekać ciasto na korytarzu z napisem "Gratulacje, Liderko!" .
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij