Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Królika trzeba trzymać blisko - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
24 czerwca 2026
59,90
5990 pkt
punktów Virtualo

Królika trzeba trzymać blisko - ebook

Kiedy dziecka nie da się ochronić przed bólem, zostaje najtrudniejsze: nie odsunąć się ani na krok

Gdy czteroletnia Zosia trafia na oddział onkologiczny szpitala dziecięcego w Turynie, świat jej mamy kurczy się do jednego pokoju, jednego łóżka, jednego wyniku badań. Do szumu kroplówek, zapachu antyseptyków i czekania na lekarzy – oraz strachu, którego nie da się niczym okiełznać.

Obok nich jest różowy królik. Przytulanka, pacjent, powiernik. Ktoś, komu można pokazać, gdzie boli. Ktoś, kogo trzeba trzymać blisko, kiedy wszystko inne się sypie.

Agata Krasner pisze o chorobie dziecka bez udawania, że wszystko jest po coś, bez łatwych pocieszeń i bez patosu. Z troską, która nie chroni przed wycieńczeniem. Z humorem, który pojawia się tam, gdzie teoretycznie nie ma na niego miejsca. Z bezradnością matki, która nie musi być przez cały czas silna – ale nieustannie musi być obok.

Królika trzeba trzymać blisko to opowieść o  chorobie, rodzinie i lęku. Ale też o miłości, która rzadko objawia się przez wielkie słowa i heroiczne gesty. Zwykle wygląda jak podana o świcie strzykawka z lekiem. Jak nocna kołysanka. Jak kojący uścisk podczas pobierania krwi. Jak pluszowy królik przyciśnięty do piersi.

To książka dla wszystkich, którzy wiedzą, że najważniejsze rzeczy w życiu dzieją się po cichu. I że czasem największą odwagą jest po prostu zostać.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna polska
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68344-66-0
Rozmiar pliku: 2,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

POKÓJ Z WIDOKIEM NA NIEPOKÓJ

Kiedy białaczka wychodzi poza niebieski pokój w szpitalu dziecięcym w Turynie, staje się prawdziwsza. A ja nie chcę, żeby taka była. Jeżeli już musi istnieć, niech będzie. Ale tylko tu.

Wprowadzono nas na piąte piętro. Rozsunęły się drzwi. Weszłyśmy do innego świata. Ten świat pachniał chlorem. Był sterylnie czysty. Błękitny. Turkusowy. Długi korytarz jak z filmu science fiction. Dokładnie tak się czułam. Jak w filmie science fiction. Po lewej szpaler drzwi. Najpierw granatowe, potem niebieskie, turkusowe, zielone, żółte i jasnobeżowe. Po prawej gabinety. Lekarze, pielęgniarki, sale zabiegowe i konferencyjne. Pralnia. Na ścianach jakieś cytaty. Po włosku. Nie rozumiałam ani słowa. Pusto. Niekiedy korytarzem przemykał ktoś w białym kitlu. Miałam wrażenie, że lewituje. Unosi się tuż nad podłogą z wypolerowanego gumoleum. Leci. Jak anioł. Jak Bóg. Bo ci w kitlach to bogowie. Wiedziałam to już wtedy.

Było zimno. Ktoś ustawił klimatyzację kilka stopni za nisko. Żeby utrzymać chore dziecięce ciałka w jako takiej formie. Żeby matki się nie rozluźniały. Żeby nie spać. Żeby wiedzieć, że to nie sen.

Pokój. Nasz pokój. Przed drzwiami tabliczka. „Sofia 4 anni”. Zofia, cztery lata. „Co za bzdura, przecież ona ma dopiero trzy” – pomyślałam, kompletnie nie wiedząc, że jest dziewiętnasty dzień lutego i za szesnaście dni ona będzie miała cztery lata. Napisali tak, bo wiedzą, że będziemy tu za te szesnaście dni.

Rozsunęły się niebieskie drzwi. Drzwi do piekła. Drzwi do nieba. Łazienka, elektryczne łóżko z pilotem. Telewizor na ścianie. Rozkładana niebieska kanapa z zimnego skaju. Szafa. Długi stół. Półki. Kuchenka mikrofalowa. Lodówka. Piękny widok z okna.

Turyn. Pad. Mole Antonelliana. To było moje bezpieczne miejsce. Z dala od poprzedniego życia. To tu uciekłam. Teraz to pokój z widokiem na niepokój…

– Mamo! – krzyknęła Zosia przez sen. Wydawała się taka malutka, gdy leżała na wielkim szpitalnym łóżku. Niewidzialna. Przezroczysta. Niepasująca. Tylko jej różowy królik zdawał się na swoim miejscu. Na straży normalności.

– Tak? Jestem tutaj.

– Zaklej te drzwi! Zaklej je! Taśmą!

– Dlaczego?

– Żeby doktory tu nie przyszły…CZARNE DIAMENTY

W szpitalu spędziłyśmy kilka tygodni. Zaczęło się strachem, niedowierzaniem, buntem.

Po jakimś czasie udało nam się przyzwyczaić do szpitalnej rutyny. Od szóstej rano zaczynały się „czynności”: pobranie krwi, kroplówki, leki. Potem przychodziła pani ze śniadaniem: herbata, mleko, ciastka i kawa! Czarne kapsułki Lavazzy miały wartość czarnych diamentów. Kiedy dostałam dwie, czułam się, jakbym wygrała los na loterii. Powodowały we mnie przypływ szczęścia, nie tylko dlatego, że lubię kawę i dobrze mi się po niej myśli. Ten mały magiczny przedmiot był biletem. Biletem na wyjście z pokoju. Bo pokoju nie można było opuszczać bez powodu. Korytarz był pusty i miał być pusty. Musiało być czysto. Sterylnie. Ale z kapsułką kawy można było iść do kuchni. Tam było otwarte okno. W naszym pokoju było zamknięte. Na stałe. Nie dziwię się. Z pewnością wiele matek chciało chociaż raz z niego wyskoczyć. Ja chciałam. W kuchni wąchałam powietrze, wystawiając twarz za szybę jak pies podczas podróży autem. Tak pięknie pachniało. Życiem. Z kubkiem kawy szłam powoli do naszej sali. Niekiedy drzwi innych pokoi były uchylone. Zaglądałam wtedy przez szparę. Gdzieś tam matki krzątały się jak przed wigilijną kolacją. Poprawiały poduszki, naciągały prześcieradła. Ścierały kurz, którego nie było. Z przyzwyczajenia. Inne płakały do słuchawki telefonu. Czytały, modliły się, grały z dziećmi w gry. Wszystkie robiłyśmy to samo. Wszystkie byłyśmy takie same. Oddzielone ścianami. Przesuwanymi drzwiami. Zamglonymi spojrzeniami.

Powoli sącząc kawę, czekałam na kolejne procedury.

Pomiary ciśnienia, ważenie, sprzątanie, zmiana pościeli, wizyta lekarza, psychologa, fizjoterapeuty. Wszystko to było mi znane, bo w szpitalach spędziłam trochę czasu. Jednak jedna rzecz była nowa. Szacunek. Każdy lekarz traktował Zosię z cierpliwością, zrozumieniem, empatią. Nikt jej nie poganiał, nie naciskał, nie robił nic na siłę. Każdy starał się wytłumaczyć w przystępny dla niej sposób, co nastąpi, gdzie ją dotknie i w jakim celu. Pewnego dnia nasza lekarka, starsza Włoszka z nienagannym makijażem, przyszła w towarzystwie psychologa, aby wyjaśnić Zosi, na czym polega jej choroba. Rozrysowała, niczym trener drużyny piłkarskiej, wszystkich graczy – komórki krwi, zaznaczając te, którym pomyliła się ich rola. Potem wzięła Zosinego królika i zademonstrowała na nim, w jaki sposób będzie badać jej serduszko i gdzie zostanie jej wszczepione wkłucie centralne. Zosia słuchała z zaciekawieniem. Rozumiała. Ja też rozumiałam, obracając w ręce kolejną kapsułkę kawy.WŁOSY

We wtorki Zosia przyjmowała chemioterapię. Pewnego razu patrzyłam na nią, kiedy pielęgniarka podłączała jej do rurki buteleczkę z zawartością w kolorze oranżady. Zosia siedziała na łóżku z wyprostowanymi pleckami. Brzuszek jej urósł od sterydowego apetytu. Nóżki, jak u pająka, chudziutkie. Jedną rączką głaskała swojego różowego królika, a drugą wpychała sobie do buzi ziemniaczki. Ze smutną miną oglądała przygody ciekawskiej małpki. Podziwiałam jej włosy, które nigdy wcześniej nie były takie piękne. Tego dnia zdawały się świecić własnym światłem. Obraz, który wtedy oglądałam, był czarno-biały, a tylko jej włosy miały kolor. Złoty. Zwracały na siebie uwagę tak silnie, jakby wiedziały, że zaraz znikną. Jak supernowa, która najpiękniej świeci zaraz przed tym, jak staje się niewidoczna. Postanowiłam zachować trochę tego światła, zanim całkiem zgaśnie…

– Zosiu, będziemy musiały obciąć twoje włoski, tak bardzo króciutko.

– Dlaczego?

– Bo złe żołnierzyki je zepsuły. Kiedy dobre żołnierzyki wygrają, to odrosną mocne i długie. Będziesz wyglądać jak Roszpunka!

– Tak! Chcę być jak Roszpunka!

– I wiesz co, kupimy ci dużo śmiesznych, kolorowych czapek!

– Albo zdejmowane włoski, żeby nikt nie zobaczył, że moje są obcięte.LILKA

– Mamo, smucę się, jak patrzę na tę lalkę – powiedziała Zosia, spoglądając na piękną lalę, którą dostała wczoraj w prezencie od swojej doktorki na czwarte urodziny. Po tym, jak dzielnie przyjęła chemioterapię, dottoressa Matylda wręczyła jej lalkę: ubraną w zimową kurtkę plastikową dziewczynkę z blond lokami. – Smucę się, bo ta lalka przypomina mi Lilkę – dodała Zosia.

Lilka to jej przyjaciółka. Też ma blond loki i zimową kurtkę. Z pewnością ma też letnie sukienki, ale ostatni raz Zosia widziała ją w wiatrówce. Znają się od urodzenia. Bawiły się razem nieświadome swojego własnego istnienia, a co dopiero istnienia tej drugiej. Spędzały czas, jedząc piach z piaskownicy, oglądając przygody różowej świnki, biegając po sklepie z zabawkami. Lilka jest rezolutna, dojrzalsza od rówieśników, wychowana w domu pełnym kobiet. Ma pachnące Lenorem ubranka. Ma psy, koty, żółwie i konie. Dom jak dla lalek. Miękkie dywany i puszyste poduszki. Jest z kreskówki Disneya. Zosia też była. Teraz jest ze szpitala dziecięcego w Turynie. Wie, że jest chora. Wie, że Lilka jest daleko i nie chodzi tu o dzielące Polskę i Włochy kilometry. Jest świadoma tego, że tamta rzeczywistość jest tymczasowo niedostępna, ograniczona, zamrożona do odwołania. Zosia widzi, że zmienił się jej wygląd. Że wypadają włosy, chudną ręce i nogi, puchnie twarz i brzuch. Mimo że tęskni za najbliższymi, których tu z nami nie ma, nie chce z nikim rozmawiać. Wszystko odkłada na dzień, w którym dobre żołnierzyki wygrają ze złymi.PIANO, PIANO

Nigdy nie byłam cierpliwa. Zawsze dokądś się spieszyłam. Wszystko chciałam mieć wcześniej. Męża, co mnie będzie kochać aż do śmierci, dom, co pachnie dżemem malinowym, dorosłość, odpowiedzialność, cynizm i zgorzknienie. Podejmowanie szybkich decyzji zdawało się moją siłą. Tylko pozornie. To pochopnie zbudowane życie rozpadło się, jak gdyby było zrobione z piasku kinetycznego. Tego, co się nie klei i nie wysycha.

Teraz wiem, że pośpiech do niczego dobrego nie prowadzi. Szczególnie jeśli chodzi o chorowanie albo bycie jego towarzyszem. Chorowanie polega głównie na czekaniu. Tu nic nie dzieje się szybko. A jeżeli komuś się wydaje, że można coś raz dwa, naprędce albo już, to się rozczaruje. Nie można stąd uciec, obrazić się, zdezerterować. Trzeba się w tym chorowaniu zanurzyć. Zaakceptować je. Oswoić. Spacerować wolno i uważnie. Jak podczas wizyty w Luwrze. Niczego nie przegapić, obejrzeć wszystko starannie, systematycznie, drobiazgowo. Na oddziale dziennym musimy stawiać się kilka razy w tygodniu. Kiedy przychodzimy punktualnie o ósmej rano, czekamy. Najpierw na pielęgniarkę, potem na pobranie krwi, następnie na lekarza. Czekamy na zmianę opatrunku, na lekarstwa, na wyniki. Tak nam mija cały dzień. Na początku przebierałam nogami, wyglądałam zza drzwi, chodziłam po korytarzu. Byłam zirytowana. Czemu to tyle trwa?!

Dziś wiem, że najważniejsza jest cierpliwość. Na rzeczy ważne trzeba poczekać. Nie wypatruję, niczego się nie spodziewam. Siedzę cichutko na żółtym krześle w szpitalu dziecięcym w Turynie i coś sobie skrobię w notesie. Jeśli przyjdzie lekarz, to dobrze, jeśli nie, to poczekam dłużej… I tak miną nam tygodnie, miesiące, dwa lata. Dzień za dniem. Piano, piano.

Tylko w nocy muszę się spieszyć, spać szybko, żeby zdążyć rano na kolejne czekanie.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij