-
nowość
Książę Gniewu. Tom 1 - ebook
Książę Gniewu. Tom 1 - ebook
Piękność poskramia bestię, gdy małżeństwo z rozsądku przeradza się w uczucie, którego żadne z nich się nie spodziewało.
Dorian, książę Rath, skrywa mroczną tajemnicę, od lat niedającą mu spokoju. Trawiony gniewem i poczuciem winy, gotów jest ponieść każdą karę, by odkupić swoje grzechy. Nawet poślubić zupełnie mu obcą młodszą siostrę swojej ofiary, by ocalić jej rodzinę przed ruiną.
Przysięga, że nigdy jej nie dotknie. Ma chronić niewinną kobietę przed własnym zepsuciem i mrocznymi pragnieniami. Dziewczyna musi jednak zostać u jego boku przez rok i podporządkować się surowym zasadom księcia.
Patience Rose, utalentowana botaniczka, wnosi do ponurego świata Doriana światło, nieobecne tam od dawna. Jej pogoda ducha, szczerość i naturalny urok powoli kruszą mur, który zbudował wokół siebie książę. Ona łamie wszystkie jego zasady. On próbuje ją za to karać… lecz Patience wcale nie boi się konsekwencji.
Miłość zaczyna leczyć duszę Ratha i przemieniać jego mroczną rezydencję w prawdziwy dom. Jest jednak coś, co wciąż stoi między nimi: przerażająca tajemnica z przeszłości, która może zaprowadzić księcia na szubienicę. A Patience zrobi wszystko, by odkryć prawdę.
„Książę Gniewu” to pierwszy tom intrygującej serii „Siedmiu Książąt Grzechu", pełnej namiętności, tajemnic i mrocznych sekretów.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9789180989589 |
| Rozmiar pliku: | 3,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
„Kochałem ją wbrew rozsądkowi z utratą spokoju duszy, szczęścia, mimo beznadziejności, opanowującej mnie czasami”.
Charles Dickens*
„Ale za wszystkie te występki jestem odpowiedzialny przed Bogiem i tylko przed Bogiem”.
autor nieznany**
------------------------------------------------------------------------
1.
* Charles Dickens, Wielkie nadzieje, przeł. Antoni Mazanowski, Warszawa 1918, s. 22.
2.
** Cytat błędnie przypisywany Fiodorowi Dostojewskiemu.Rozdział 1
Rath Hall, marzec 1814 roku
Krew skapywała na żwirową ścieżkę, znacząc ją ciemnymi plamami, gdy Dorian Perrin, książę Rath, wkraczał w kolejny dzień udręki. U jego boku kroczył wilczarz irlandzki, Tytan. Ich kroki rozcinały swym szelestem ciszę rodowej posiadłości. Pośród gęstej mgły majaczyły czarne, bezlistne drzewa, wyciągając ku niemu cienkie, ostre jak szpony gałęzie, a chłód wilgotnego powietrza przenikał materiał koszuli, dosięgając rozpalonej, wilgotnej od potu skóry księcia.
Dobrze. Zasłużył na każdy ból.
Rozharatane knykcie lewej dłoni Doriana krwawiły obficie, prawa zaś pozostawała w rękawiczce, skrywającej blizny będące nieustannym przypomnieniem pojedynku, który go prześladował – dowodem najstraszliwszego czynu, jakiego kiedykolwiek się dopuścił. Zdejmował rękawiczkę tylko na treningi bokserskie, tak jak tego ranka. Dwanaście lat niemal bez kontaktu z powietrzem nie przysłużyło się pokrytej bliznami skórze.
Tytan uparcie próbował zlizywać krew z odsłoniętych knykci Doriana swym różowym językiem. Szorstka, siwa sierść psa sprężyście uginała się pod dłonią księcia, gdy bezwiednie głaskał czworonożnego przyjaciela. Jedno z oczu wilczarza było mlecznobiałe, drugie czarne i błyszczące. Sięgał Dorianowi do pasa, a jego długie, ostre kły budziły niepokój nawet wśród lokajów.
Na przyciętym trawniku stajenny trzymał Erebusa, masywnego czarnego konia pełnej krwi angielskiej. Ogier prychał i rozkopywał darń w niecierpliwym oczekiwaniu. Dorian położył prawą dłoń na szyi zwierzęcia, czując krew sączącą się spod skóry rękawiczki.
– Dorianie, najdroższy – odezwał się zza jego pleców wysoki, kobiecy głos.
Książę odwrócił się, szybko splatając ręce za plecami.
Lady Buchanan, siostra zmarłej matki, stała przed nim wraz z jego siostrą, Chastity.
Ciemne mury Rath Hall wyłoniły się z mgły za nimi – trzy piętra zwietrzałego kamienia, porośniętego mchem i porostami. Wysokie, ostrołukowe okna ze szprosami, wypełnione ołowianymi witrażami, przecinały fasadę. Wieżyczki flankowały bryłę budowli. Ich iglice rozpływały się we mgle.
– Ciociu – rzekł na powitanie. – Siostro.
Poranny chłód wbijał się w skórę jak igły. Czoło Doriana było zimne i lepkie, a wilgotne od wysiłku włosy przykleiły się do skroni. Ten ból i dyskomfort nie wystarczały jednak, by uciszyć drzemiącą w nim bestię.
W szarych, życzliwych i przenikliwych oczach ciotki dostrzegł troskę.
– Czy zjesz z nami śniadanie? Przyjechałam tylko na jeden dzień.
Jego ciotka – dama po sześćdziesiątce, wciąż preferująca suknie z dopasowanymi gorsetami i pełnymi spódnicami, modne w poprzedniej epoce – przybyła wczoraj i zatrzymała się na noc w drodze do Londynu, gdzie za kilka tygodni miał rozpocząć się sezon. Rath Hall leżało zaledwie godzinę drogi od stolicy, na tyle blisko, by łączyć urok wsi z wygodą metropolii.
Tytan usiadł przy butach Doriana i wydał z siebie zniecierpliwione skomlenie.
Chastity, siostra księcia – błyskotliwa i szczęśliwie niezamężna – miała dwadzieścia osiem lat, cztery mniej niż on. Była równie ciemnowłosa co brat, zza okularów spoglądały uderzająco błękitne oczy. Od innych książęcych sióstr różniła się prostotą stroju: nosiła skromną szarą suknię, współgrającą z imieniem oznaczającym czystość i niewinność. Włosy upinała w ciasny, praktyczny kok.
– Sądziłem, że zechcesz zjeść śniadanie w swojej sypialni – skłamał. – A Chastity wie, że co rano wybieram się na przejażdżkę.
Poczuł, jak krew kapie mu z dłoni prosto na trawę za plecami. Spojrzenie Chastity ześlizgnęło się po jego sylwetce, zatrzymało na karmazynowych kroplach, a potem podążyło ich śladem z darni na żwirową ścieżkę.
Zbladła.
– Dorianie, jesteś ranny! – wykrzyknęła, ruszając ku niemu.
Cofnął się, uderzając plecami w bok konia, lecz Chastity nie zwolniła. Minęła stajennego i chwyciła Doriana za lewą rękę, nim zdołał ją powstrzymać. Wciągnęła powietrze z przerażeniem, dostrzegłszy krwawe rozcięcia na jego knykciach.
Książę skrzywił się, słysząc okrzyk strachu z ust ciotki. Powinien był zabandażować palce. Albo odjechać wcześniej.
– Co ty zrobiłeś? – zapytała Chastity stanowczo.
Dorian zazgrzytał zębami.
– Przesadziłem z boksem, to wszystko. Nie ma potrzeby się nade mną rozczulać.
Tego ranka przez wiele godzin wbijał pięści w wysłużoną skórę worka treningowego. Każdy cios sięgał aż do kości. Pot na górnej wardze miał słony smak, a metaliczny zapach krwi przynosił satysfakcję. Ciągły ból prawej dłoni ustąpił miejsca nagłym, słodkim katuszom.
Ciotka pospieszyła w jego stronę, szeleszcząc spódnicami.
– Jestem tu tylko na jedną noc, a ty robisz coś takiego? Rozbijasz sobie ręce do krwi?
Dłoń w rękawiczce była śliska i gorąca, pulsowała bólem. Oddychał ciężko, jakby walczył o każdy haust powietrza.
– Nie miałam pojęcia, że robisz takie rzeczy – ciągnęła. – Chastity, wiedziałaś o tym?
Młoda kobieta pokręciła głową.
– Wiedziałam tylko, że trenuje rankami. Nie miałam świadomości, do czego się posuwa… Dorianie, dlaczego przynajmniej tego nie opatrzyłeś?
Przełknął ślinę. Prawda była parszywa – chciał czuć więcej bólu. Każda kropla krwi miała go przybliżyć do odkupienia.
– Nic mi nie jest. – Wyrwał dłoń z uścisku Chastity.
– Przyniosę kosz z opatrunkami – powiedziała stanowczo. – Mam środek antyseptyczny… Rany trzeba natychmiast oczyścić, żeby nie doszło do martwicy.
Martwica…
O tak. Wiedział, jak groźna bywa – i jak widok jego krwi działa na siostrę. Już raz prawie go straciła. To dlatego tak bardzo zaangażowała się w studia medyczne.
Oczy lady Buchanan wypełniły się łzami.
– Spójrz na siebie: ukrywasz się przed rodziną, karzesz własne ciało, izolujesz się. Dlaczego to robisz?
Dorian spojrzał ciotce w oczy i zacisnął szczękę. Jak miałby opisać demony, które go nawiedzały? Poczucie winy, które nieustannie toczyło jego duszę?
– Jest mi dobrze tak, jak jest, ciociu – wycedził. – Nie potrzebuję salonowych rozrywek ani rodzinnych zobowiązań.
Pokręciła głową.
– Mój drogi. Powinieneś czerpać radość z życia: znaleźć kochającą żonę, założyć rodzinę, przeżyć swoje najszczęśliwsze lata.
Odwrócił się, napinając ramiona. Te słowa boleśnie go uderzyły. Żona? Rodzina? Szczęście? Brzmiały jak coś nieosiągalnego. Jak on, z rękami splamionymi krwią i sercem pociemniałym z wściekłości, miałby zasłużyć na takie błogosławieństwa?
– Nie wiesz, o czym mówisz – mruknął szorstko.
Wzrok Chastity spoczął na jego prawej dłoni w rękawiczce.
– Ledwo możesz nią pisać, a mimo to katujesz ją do krwi? Wygląda to tak, jakbyś się za coś karał.
Dorian gwałtownie uniósł głowę.
– Zajmij się swoimi sprawami, Chastity.
Łzy napłynęły jej do oczu, lecz wyprostowała ramiona. Zrobiło mu się wstyd. Był dla niej zbyt oschły. Gniew ustąpił miejsca dręczącemu poczuciu winy.
– Nie burcz na siostrę – napomniała księcia stanowczo ciotka. – Mówię całkiem poważnie. Musisz się ożenić i postarać o dziedzica. To nie tylko twój obowiązek jako księcia, ale również coś, co mogłoby ci przynieść ulgę. Miłość potrafi uzdrawiać, siostrzeńcze. Jeśli nie ta do żony, to choćby do własnego dziecka.
Wydał z siebie niskie warknięcie.
– Nie warcz na mnie – skarciła go. – Nie jesteś lwem. I wiesz, że mam rację.
– Ciociu, naprawdę…
– Wiem, że powtarzam to od lat, ale kto ma to robić, skoro twoi rodzice nie żyją? Wiesz, że twoja matka, moja droga siostra, powiedziałaby to samo. A twoje dzieci byłyby dla mnie jak wnuki.
Westchnął przeciągle, z całych sił powstrzymując kolejne warknięcie.
– Ciociu, mówiłem już wiele razy: nie chcę się żenić. Nie chcę mieć dzieci.
Zbliżyła się powoli, a jej duże, zaszklone łzami oczy przywodziły na myśl żałosne spojrzenie porzuconego kocięcia. Ujęła go lekko za ramię.
– Malutka wnuczka albo wnuk bardzo by mnie uszczęśliwili, najdroższy. Kto wie, ile jeszcze lat zostało mi na tym świecie? Chciałabym spędzić je na kołysaniu niemowlęcia i zabawie z nim.
Niech to diabli…
Znała jedyną drogę do jego serca – litość. Od lat zajmowała w nim miejsce matki. Prawdziwa odeszła, gdy miał dwanaście lat, a wcześniej przez długi czas w ogóle jej nie widywał – ojciec odesłał ją, by „zrobić z przyszłego księcia mężczyznę, a nie rozkapryszonego bachora”.
Całe swoje – jakkolwiek wątpliwe – człowieczeństwo zawdzięczał ciotce.
Dla tych dwóch kobiet gotów był przenosić góry.
– Zastanowię się nad tym – mruknął.
Ciotka uśmiechnęła się z ulgą.
– Tylko o to proszę. Nie będziemy ci przeszkadzać w ćwiczeniach. Dosiądź swego piekielnego rumaka.
– A co z twoimi dłońmi? – zapytała Chastity.
– Nazywa się Erebus – burknął, wciąż nieco przytłoczony własną słabością wobec emocjonalnych zabiegów ciotki. – A z dłońmi wszystko w porządku.
Siostra i ciotka odwróciły się i ruszyły ku domostwu. Bezradność i cierpienie malujące się na twarzy Chastity były dla niego nie do zniesienia. Lecz własnymi ranami się nie przejmował. Jeśli miałby umrzeć z powodu zakażenia, tym lepiej – jego udręka wreszcie by się skończyła.
Wskoczył na grzbiet Erebusa, a stajenny odsunął się posłusznie. Jedno ciche cmoknięcie wystarczyło. Koń puścił się galopem. Tytan ruszył za nimi, jego masywne łapy poruszały się miarowo.
Mknął przez spowitą mgłą okolicę, z palącym ogniem w mięśniach, unosząc się lekko w strzemionach, gdy jego biodra poddawały się rytmowi końskiego biegu. Ciemne sylwetki sękatych drzew majaczyły w mlecznej mgle – stare i martwe, jak jego dusza. Rozkoszował się ostrym powietrzem smagającym jego skórę. Prędkością. Wolnością. Dziką ucieczką.
Gniew Doriana płonął, gdy pędził przed siebie, szukając ukojenia w wyczerpującym wysiłku. Lecz bez względu na to, jak daleko i jak szybko gnał, nie był w stanie uciec przed tym, co nosił w głowie… od tego, co nigdy go nie opuszczało.
Od żywego wspomnienia dnia, kiedy w porywie wściekłości pozbawił życia pana Johna Rose’a podczas pojedynku…
Od podejrzenia, że John uszkodził jego pistolet.
Od uspokajających słów sekundantów – jego i Johna – że nie dostrzegli żadnych nieprawidłowości.
A potem była już tylko eksplozja w jego dłoni.
Gniew pochłonął go z niewyobrażalną siłą.
Walka… strzał z pistoletu Johna… ciało opadające na Doriana.
Martwe.
Gdy w końcu wrócił do Rath Hall i zsiadł z konia przy stawie na tyłach ogrodu, ubranie miał przesiąknięte potem. Ciężki oddech mieszał się z zimnym, wilgotnym powietrzem. Tytan również dyszał, krążąc przy brzegu stawu, z nosem w przerośniętej trawie.
Ból mięśni przyniósł niemal ulgę. Tego właśnie chciał. Umysł jednak pozostawał niespokojny, nawiedzany wspomnieniami fatalnego poranka sprzed dwunastu lat, gdy stał się mordercą. Choć był marzec, a woda nadal lodowata, Dorian zdjął buty, przebiegł kilka kroków i zanurzył się w mętnej toni stawu.
Szok przeszył go na wskroś, lecz przyjął go z satysfakcją. Lodowaty uścisk wody otulił ciało. Odrętwienie wpełzło w żyły. Każdy ruch był walką z nieubłaganym ciężarem przeszłości. Ciemna, mulista woda przesłoniła mu widok. Płynął dalej, kończyny stawały się coraz cięższe, klatka piersiowa napinała się boleśnie. Czy kiedykolwiek uda mu się wyrwać z tego mroku? Czy zazna wolności? Serce ciążyło mu od żalu i winy.
Lodowata woda przylgnęła do jego skóry jak całun, gdy wywlókł się na błotnisty brzeg. Upadł, z trudem łapiąc oddech. Pierś unosiła się i opadała gwałtownie.
Mrugnął, strząsając wodę z oczu, i dostrzegł w oddali ruch – dwóch jeźdźców, których rozpoznał natychmiast, nawet przez mgłę. Ci książęta byli jego najbliższymi sojusznikami. łączyły ich wspólne grzechy i tajemnice. Podniósł się powoli, a woda spływała z niego strugami, tworząc kałuże u stóp. Jeźdźcy podjechali i zatrzymali się naprzeciw niego.
– Tu jesteś, Dorianie – zawołał Lucien, książę Luhst, zeskakując z konia i z rozbawieniem przyglądając się przemoczonemu przyjacielowi. Złote włosy harmonizowały z żółtymi zdobieniami jego płaszcza, na którym widniał rodowy herb z wytwornym jeleniem.
– Widzę, że oddajesz się swoim starym nawykom. Dosyć tego. Przyjechaliśmy zabrać cię z powrotem do miasta. Twoja nieobecność została zauważona.
Obok Luciena zsiadł z konia również Constantine Buccleigh, książę Pryde, wysoki i dumny. Ubrany był w indygo, a wilk w herbie świadczył o jego zaciekłej lojalności i honorze. Niewiele się zmienił przez ostatnie dwanaście lat – może tylko stał się chłodniejszy, nosząc dumę jak zbroję. Od tamtego strasznego poranka był jednak jednym z najbliższych Dorianowi przyjaciół.
– Gdzie jest pozostała czwórka? – zapytał Dorian.
Miał na myśli resztę ich bractwa – Siedmiu Książąt Grzechu, jak żartobliwie się nazywali, bo zdawali się uosabiać siedem grzechów głównych. Nawet ich nazwiska brzmiały jak przewiny: Rath – gniew, Luhst – rozpusta, Pryde – pycha, Enveigh – zazdrość, Irreverence – próżniactwo, Eccess – przesyt i Fortyne – chciwość.
– Czekają w Elizjum – odparł Pryde.
Tytan, skomląc radośnie, pobiegł w ich stronę. Przerażająca bestia zniknęła. Piekielny pies Doriana zmienił się w rozentuzjazmowanego szczeniaka, machającego kudłatym, długim jak miotła ogonem i liżącego dłonie książąt. Twarz Pryde’a rozjaśnił szeroki uśmiech – wyniosły arystokrata ustąpił miejsca chłopcu, który wreszcie mógł pobawić się z pupilem. Opadł na kolana i podrapał Tytana po długim brzuchu, a pies przewrócił się na grzbiet, rozpływając się w czystej błogości.
– Jedźmy do miasta – powiedział Lucien. – Oby demony, które w nas drzemią, dały się choć na chwilę udobruchać.
Odstawili konie do stajni, po czym ruszyli w głąb Rath Hall, przechodząc przez okazałe, spowite półmrokiem korytarze. Z ciemnych płócien obserwowały ich surowe oblicza przodków Doriana. W salach stały wysokie greckie posągi, a na kredensach piętrzyły się statuetki, wazy i relikwie z całego świata – skarby, z których jego ojciec był niezmiernie dumny.
Książęta podążyli za Dorianem do jego sypialni. Służący Howe zerknął na dłoń swego pana. Rana była świeża, choć krwawienie ustało.
– Sam to opatrzę – zastrzegł Dorian.
Nie pozwolił lokajowi obejrzeć blizn na prawej ręce. Wszedł do garderoby, zdjął rękawicę i przyjął każde ostry ukłucie bólu. Zmył krew w miednicy, osuszył skórę i naciągnął świeżą skórzaną rękawicę.
Gdy wrócił do pokoju, kamerdyner Popwell nalewał Luhstowi i Pryde’owi trunki. Wnętrze wypełniały brzęk szlachetnego kryształu i ciężki aromat starej brandy.
– Czy lady Chastity jest w domu? – zapytał Lucien, wyglądając przez okno.
Dorian, Chastity i Lucien dorastali razem, dlatego pytał o nią przy każdej wizycie. Dorian ufał mu jak bratu po tym wszystkim, co przeszli, lecz wiedział też, że to niepoprawny uwodziciel.
– Jest. Pewnie je teraz śniadanie z naszą ciotką.
– Lucienie, wiesz, że możesz mieć dosłownie każdą kobietę na świecie oprócz lady Chastity Perrin? – wtrącił Pryde.
– Wie – uciął Dorian, posyłając Lucienowi ostrzegawcze, ponure spojrzenie.
Ten, nietypowo dla siebie, wyglądał na speszonego.
– To musi być dla ciebie męka – dodał Pryde.
– A co z twoją ciotką? – Lucien wyraźnie zmienił temat. – Znowu mówiła o małżeństwie?
Dorian westchnął, zapominając na chwilę o przeszłości.
– Tak, wciąż ma nadzieję. Zrobiłbym wiele, by ją uszczęśliwić. Gdybym tylko potrafił pogodzić to z własnymi pragnieniami.
Zamilkł, napotykając pełne zrozumienia spojrzenia przyjaciół. Wszyscy znali ciężar rodzinnych obowiązków i społecznych oczekiwań, jakie niosły za sobą ich tytuły – i trud buntu wobec tychże powinności.
– Skoro mowa o pragnieniach – odezwał się Lucien – słyszałem, że w nadchodzącym sezonie miasto będzie pełne uroczych młodych dam. Może któraś roztopi lód serca Ratha?
Pryde parsknął śmiechem, lecz Dorian milczał, gdy Howe naciągał na niego świeżą koszulę. Nie potrafił wyrzucić z głowy prośby ciotki. Pragnął dać jej szczęście, lecz wizja żony u boku wciąż wydawała mu się niewyobrażalna – sama myśl o konieczności jej poszukiwania była dla niego nie do zniesienia.
Zmroziła go sama perspektywa tych potwornych bali, na których obsiadłyby go rozentuzjazmowane debiutantki w towarzystwie rozemocjonowanych matek. Dreszcz przebiegł mu po plecach. Howe na moment przerwał wiązanie kołnierzyka i wymruczał przeprosiny.
– To nie twoja wina, Howe – mruknął Dorian. – Nie musisz przepraszać.
– Czy wiesz, kogo widziałem w mieście zeszłej nocy? – Pryde zmienił temat, ku wielkiej uldze Doriana. – Pana George’a Rose’a.
Rose…
Dorian znieruchomiał. Knykcie mu pobielały, gdy ścisnął krawędź stołu. Miał wrażenie, że lodowata dłoń wbiła mu się w pierś i ścisnęła serce.
– Doprawdy? – wydusił z siebie.
Howe dopinał ostatni guzik kamizelki, nieświadom burzy wstrząsającej jego panem.
– Tak – ciągnął Pryde, nie dostrzegając napięcia Doriana. – Biedak próbuje sprzedać wszystko, by spłacić rosnące długi. Wygląda na to, że kształcenie Johna w Oksfordzie do reszty wyczerpały ich marne środki i są teraz bez grosza przy duszy.
Dorian zacisnął szczękę. Poczucie winy gryzło go od środka jak wygłodniała bestia.
– Dlaczego zostali z niczym? – zapytał przez spierzchnięte usta.
– Ponieważ wszyscy wierzą, że John sam odebrał sobie życie – odparł Pryde. – Plotki obróciły się przeciw rodzinie Rose’ów. Dawni znajomi odsunęli się, bojąc się skojarzeń ze zszarganym nazwiskiem. Sześć córek nie miało widoków na zamążpójście, a utrzymanie dużej posiadłości przy malejących dochodach całkiem ich pogrążyło. John był ostatnią nadzieją na poprawę losu. Teraz ledwo wiążą koniec z końcem.
– Sześć córek… – powtórzył Dorian.
Twarze przyjaciół falowały mu przed oczami, a w głowie kłębiły się myśli.
– Doprawdy, pech – mruknął Lucien, nie spuszczając z niego wzroku.
– Próbowałem pomóc – dodał Pryde. – Dałem panu Rose’owi wizytówkę księcia Fortyne’a. Mają się dziś spotkać.
Dorian spojrzał na Pryde’a, gdy Howe poprawiał mu krawat.
– Znasz Fortyne’a. Wykupi posiadłość za bezcen, przywróci jej dawną świetność i zacznie na niej zarabiać.
– Pan Rose znalazł się w rozpaczliwym położeniu – odparł Pryde. – Chce sprzedać jak najszybciej, byle uniknąć więzienia dla dłużników. Każda suma będzie lepsza niż żadna.
Więzienie dla dłużników. A co z sześcioma młodymi kobietami i ich matką? Bez pieniędzy i koneksji – przytułek, nędza. Dłoń Doriana zapulsowała bólem – blizny, rozerwane ścięgna, świeże rany… Gniew eksplodował, a zaraz potem spadło na niego miażdżące poczucie winy za zniszczone życie.
Nie jedno – osiem kolejnych. Sześć sióstr i dwoje rodziców.
Czy mógł mieć na sumieniu jeszcze osiem istnień? Przypomniał sobie błagalny wyraz twarzy ciotki, nadzieję i łzy, gdy mówiła o wnukach.
Niech to diabli.
Pan Rose miał sześć niezamężnych córek i dług, który rozpaczliwie próbował spłacić.
– Być może… da się to rozwiązać inaczej – powiedział Dorian, sam nie wierząc we własne słowa.
– Inaczej? – Pryde uniósł brew.
Dorian zaklął pod nosem. Pewna możliwość krążyła mu z uporem po głowie. Szaleństwo – a jednak, jeśli rodzina się zgodzi, wystarczyłby rok u boku jednej z sióstr Johna. Spłaciłby długi. Dla dobra ciotki udawałby małżeństwo. Nie dotknąłby dziewczyny, nie rościłby sobie praw, które przysługiwałyby mu jako mężowi. Po roku, gdy nie pojawiłoby się dziecko, orzekliby, że młoda kobieta jest bezpłodna – i tyle. Ciotka, przy odrobinie szczęścia, dałaby mu spokój i przeniosła swe nadzieje na Chastity.
Czy oszalał, czy to miało sens?
– Tak – powiedział wreszcie, patrząc kolejno na przyjaciół.
Walczył z natłokiem myśli. Poślubienie siostry swojej ofiary oznaczało związanie się z rodziną, którą skrzywdził najbardziej. Zwątpienie i lęk ścisnęły go w gardle. Czy naprawdę tak rozpaczliwie pragnął zdjąć z duszy to przekleństwo?
Wiedział jednak, że bliżej zadośćuczynienia za grzechy już być nie mógł.
Knykcie paliły, ból narastał w rytm przyspieszającego pulsu. Zrobiłby to nie dla siebie, lecz dla honoru, dla pokuty, dla próby odkupienia choć ułamka krzywd.
Zaczerpnął powietrza.
– Poślubię jedną z córek pana Rose’a. I spłacę jego długi.
– Nigdy nawet nie spotkałeś żadnej z nich! – wykrzyknął Pryde. – Chcesz się oświadczyć, nie widząc panny młodej? I jak wybierzesz jedną z sześciu?
– To bez znaczenia. Wybiorę najmłodszą, jeśli jest w odpowiednim wieku, będzie najbardziej skora do współpracy, wolna od romantycznych zobowiązań. Ile ma lat?
– Osiemnaście – odparł Luhst. Zdawał się zawsze dysponować wyczerpującymi wiadomościami o każdej wolnej damie w Londynie.
– W takim razie się nada.
– Jesteś pewien, Dorianie? – zapytał cicho Lucien. – To decyzja, która zmieni bieg twojego życia.
– Wiem – odrzekł. – Tylko tak mogę udobruchać ciotkę i pomóc rodzinie człowieka, którego pozbawiłem życia.
– Zastanów się jeszcze – poprosił Pryde. – Pomyśl o reputacji. Rodzinę Rose’ów od lat otacza skandal.
– Z mojego powodu.
– A co z nami? Pomogliśmy ci zatuszować morderstwo.
– Nigdy was nie zdradzę. Macie moją lojalność aż po grób.
– Jak zdołasz spojrzeć jej w oczy i być przy niej sobą? – nie dawał za wygraną Pryde. – A jeśli się zakochasz? Albo ona w tobie? Pomyślałeś o tym?
– Nie, Constantine. Nie spodziewam się, by kiedykolwiek chciała się do mnie zbliżyć. Nie ma człowieka mniej godnego miłości niż ja.
Howe pomógł mu wsunąć ramiona w rękawy czarnego płaszcza z herbem Rath – lwem w płomieniach. Dorian spojrzał w lustro. Lokaj omiótł szczotką jego barki i karmazynową kamizelkę.
– Ale… – zaczął Pryde.
Dorian się wyprostował i uniósł podbródek. W spojrzeniu miał surową determinację. Przyjmie to wyzwanie, choćby miało go zniszczyć.
– Byłeś tam – powiedział cicho. – Wiesz, co zrobiłem. Wiesz, że muszę odkupić swe winy. Zabierz mnie do pana Rose’a.Rozdział 2
– Kim oni są? – wyszeptał ktoś ze zgromadzonych.
Kobieta ukradkiem zerknęła przez ramię, podczas gdy pastor wygłaszał niedzielne kazanie.
Pannę Patience Rose przeszedł dreszcz, mimo porannego słońca wpadającego przez niewielkie okna kościoła w Harringer. Siedziała przed nią cała kongregacja. Między nimi a jej rodziną pozostały dwie puste ławki.
– Niesławna rodzina Rose’ów – rozległ się głośny szept innej kobiety. – Ich syn odebrał sobie życie.
Matka nagle zbladła – musiała to usłyszeć. Patience ścisnęła jej dłoń. Pozostałe pięć sióstr siedziało w tej samej ławce, ściśnięte jak ogórki w słoiku, starając się zająć jak najmniej miejsca w kościele.
To było ich stałe miejsce od dwunastu lat.
– Och… – szepnęła pierwsza kobieta i posłała rodzinie Rose’ów spojrzenie pełne ciekawości i pozornej troski. – Jakie to okropne. Co za skandal!
– O tak – przytaknęła druga. – To bardzo nieprzyjemna sprawa. Był ich ostatnią nadzieją na poprawę losu. Teraz pan Rose jest na skraju ruiny, próbuje sprzedać swój majątek w Londynie. Niewiele zresztą warty.
Mama się wierciła, oczy miała zaczerwienione od łez, a usta ściągnięte w wąską linię. Patience – ucieleśnienie cierpliwości zapisanej w imieniu – położyła głowę na ramieniu matki i pogładziła ją po dłoni.
Na szczęście nabożeństwo zakończyło się po kilku minutach i kobiety z rodziny Rose’ów jako pierwsze poderwały się z ławki, by wyjść. Gdy Patience szła za siostrami i matką, głosy wiernych, szelest ubrań i szuranie stóp po wypolerowanym kamieniu odbijały się w świątyni głośnym echem. Pani Rose była wyraźnie zdenerwowana. Jedną rękawiczką zasłaniała drugą, by ukryć łatę i gruby szew po starannej naprawie wykonanej przez Anne, siostrę Patience – rodzinną hafciarkę i krawcową.
Kiedy wyszły na świeże, marcowe powietrze, dziewczyna westchnęła z ulgą i już miała ruszyć polną ścieżką w stronę Rose Cottage, gdy ku jej zaskoczeniu matka powiedziała:
– Zostańmy jeszcze chwilę.
To było do niej zupełnie niepodobne – to wiercenie się, ten napięty uśmiech, tak bardzo niepasujący do wyrazu wielkich, zmartwionych oczu.
– Jesteś pewna, mamo? – zapytała Patience.
– Wszyscy zaraz wyjdą – zauważyła Anne, spoglądając na surowy kamienny kościół otoczony zadbanymi krzewami i przystrzyżonym trawnikiem.
Wzrok mamy powędrował ku drzwiom, skąd dobiegały coraz głośniejsze rozmowy wiernych.
– Rzeczywiście – przyznała.
Zeszły na bok żwirowej ścieżki.
– Mam pomysł, który może pomóc tacie. Pozytywne myśli, prawda, dziewczęta? Skoro on jest w Londynie, ja spróbuję zrobić, co w mojej mocy. Nie zaszkodzi, czyż nie?
– To zależy – odparła najstarsza z sióstr, dwudziestoośmioletnia Emily.
– Przekonasz się – powiedziała mama, posyłając jej uśmiech tak wymuszony, że Patience przebiegł dreszcz.
Wszystkie siostry niemal jednocześnie przybrały podobne miny.
Wierni jeden po drugim opuszczali kościół. Zamożniejsi parafianie, ubrani w najlepsze niedzielne jedwabie i aksamity, wychodzili z dostojną powagą, a prostszy lud wioski podążał za nimi. Dzierżawcy i okoliczni rolnicy mieli na sobie mocne, szorstkie, lecz czyste ubrania. Wśród nich mieszali się piekarze, krawcy i rzemieślnicy w nieco lepszych, praktycznych strojach.
Gdy mijali rodzinę Rose’ów, rozmowy na chwilę milkły, a kroki zwalniały. Ledwie dostrzegalnymi, subtelnymi skrętami i nerwowymi spojrzeniami na boki zwiększali dystans między sobą a Rose’ami, pilnując, by dzieliło ich co najmniej kilka kroków – jakby powietrze wokół kobiet było skażone skandalem.
W końcu z kościoła wyszła lady Justina Fitzroy, markiza de Virtoux, w towarzystwie syna.
Patience skubała brzeg swojej sukni. Markiza była wysoką, piękną kobietą o szerokich ramionach. Miała w sobie królewską wyniosłość i chłód. Włożyła nowoczesną suknię z wysokim stanem – dość niezwykłą jak na kobietę w jej wieku, które zwykle trzymały się fasonów noszonych w młodości, z dopasowaną talią i rozłożystą spódnicą. Lady de Virtoux była patronką parafii w Harringer i właścicielką pobliskiej posiadłości, w której czasem spędzała zimę. Zbliżający się sezon zamierzała, jak co roku, spędzić w Londynie.
Jej syn nosił zaszczytny tytuł wicehrabiego Mique, odziedziczony po ojcu. Był mężczyzną po czterdziestce, dobrze zbudowanym, o przystojnych, ostrych rysach twarzy, mocnym nosie i kwadratowej szczęce. Wąsko osadzone zielone oczy i bujna grzywa falowanych czarnych włosów nadawały mu surowy wygląd.
Lady de Virtoux rzuciła mamie, Patience i jej siostrom spojrzenie pełne zdziwienia i odrazy, po czym odwróciła wzrok i ruszyła w przeciwnym kierunku, szepcząc coś do wicehrabiego.
Patience przygryzła wargę. Żałowała, że nie opuściły kościoła wcześniej, jak robiły to od lat w każdą niedzielę, zanim ich obecność zdążyła urazić tych, którzy nie mieli w swoich rodzinach żadnych tajemnic ani skandali.
Dłonie mamy drżały, gdy splatała je nerwowo. Wciągnęła głęboko powietrze, jakby dodawała sobie odwagi, i ruszyła prosto w stronę markizy.
– Mamo! – syknęła Patience, a Anne wyciągnęła rękę, jakby chciała zatrzymać matkę.
To było jak patrzenie na nieuchronny wypadek, którego nie sposób powstrzymać.
– Lady de Virtoux – powiedziała mama, dygając. – Lordzie Mique. – Skłoniła się również przed młodzieńcem.
Oboje spojrzeli na nią z wyrazem czystej grozy i cofnęli się o krok.
– Proszę wybaczyć – rzuciła markiza, odwracając się plecami do mamy, gotowa odejść.
– Proszę! – zawołała mama. – Nie podeszłabym, gdybym nie była w rozpaczliwej sytuacji. Zajmę państwu tylko chwilę.
Patience i jej siostry wymieniły spojrzenia. Anne miała łzy w oczach, policzki płonęły jej ze wstydu.
– Co ona robi? – szepnęła Emily. – Czy nie widzi, że jej obecność nie jest pożądana?
– Powstrzymaj łzy, Anne – wyszeptała Beatrice. – Weź się w garść. Nie potrzebujemy kolejnego upokorzenia. Uśmiechnijcie się wszystkie. Jak zawsze.
Patience z przerażeniem patrzyła, jak usta sióstr rozciągają się w nienaturalnych uśmiechach, jakby wyrysowanych dziecięcą ręką – smutne oczy i cienkie wargi wykrzywione w grymasie.
W tej chwili z kościoła wyszedł proboszcz parafii, pastor Menon – niski mężczyzna po pięćdziesiątce, o jajowatej głowie i wydatnym brzuchu. Na jego twarzy gościł szeroki uśmiech, który zniknął, gdy dostrzegł panią Rose i markizę.
Zmarszczył brwi, a lady de Virtoux ciężko westchnęła.
– No cóż, po niedzielnym nabożeństwie należy okazać cnotę i miłosierdzie – powiedziała chłodno. – Czego pani ode mnie oczekuje, pani Rose?
Ukorzona kobieta oblizała suche, blade wargi. Dłonie wciąż jej drżały.
– Dziękuję. Jest pani bardzo łaskawa, lady de Virtoux.
Wicehrabia Mique stał z uniesionym podbródkiem, trzymając chusteczkę tak, jakby był gotów natychmiast zasłonić nią nos przed nieistniejącym zapachem.
– Chodzi o majątek mojego męża. O nasz dom. Rose Cottage i pięć należących do niego gospodarstw. Nie przyszłabym z tą prośbą, gdyby sytuacja nie była tak rozpaczliwa. Mój mąż jest teraz w Londynie i próbuje sprzedać wszystko, by spłacić długi. Większość z nich wobec państwa rodziny, oczywiście. Jest pani znana z wielkiego miłosierdzia. Proszę, niech pani poprosi męża, by wycofał nakaz capias ad satisfaciendum wobec nas.
Capias ad satisfaciendum – nakaz aresztowania dłużnika – był środkiem prawnym, na mocy którego wierzyciel mógł doprowadzić do uwięzienia dłużnika do czasu spłaty należności.
Górna warga lady de Virtoux uniosła się w wyrazie niesmaku.
– Sąd dał panu Rose’owi czas na uregulowanie należności i uważam, że został potraktowany aż nadto sprawiedliwie.
– Owszem. Jeśli jednak nie znajdzie nabywcy albo nie zdoła zebrać całej kwoty, trafi do więzienia dla dłużników. Proszę, lady de Virtoux, za chwilę stracimy dom. Proszę nie odbierać naszym dzieciom ojca… Straciliśmy już syna…
Ku przerażeniu wszystkich zgromadzonych pani Rose cicho zaszlochała przed kościołem. Nie miała chusteczki, a lord Mique z pewnością nie zamierzał zaoferować swojej, więc otarła łzy palcami w rękawiczce.
Wspomnienie samobójstwa Johna sprawiło, że wokół zapadła ciężka cisza. Zaraz potem przez tłum przebiegł szept – mieszanina litości i pogardy. Spojrzenia wędrowały między panią Rose a wyniosłą damą, spragnione widowiska. Niektórzy się odwracali, a ich wyprostowane, napięte ciała i cienkie linie ust mówiły wszystko o ich dezaprobacie.
Anne mocno uścisnęła dłoń Patience.
Wyraz twarzy markizy był otwarcie szyderczy, gdy spojrzała na żonę dłużnika z góry.
– Śmie pani zwracać się do mnie z tak bezczelną prośbą? Finansowa hańba pani rodziny jest powszechnie znana, a pani ma czelność szukać u mnie pomocy? – Jej głos wprost ociekał pogardą.
Twarz pani Rose pobladła.
– Proszę, lady de Virtoux, błagam… Mój mąż może umrzeć w więzieniu dla dłużników, a wtedy moim córkom i mnie pozostanie żebrać na ulicy.
– Trzeba było pomyśleć o tym wcześniej, zanim zaczęliście pożyczać pieniądze na prawo i lewo – oświadczyła markiza. – Poza tym jako kobieta powinna pani znać swoje miejsce, a nie wtrącać się do męskich interesów. Niech pani nie waży się więcej do mnie zwracać. Nie życzę sobie być kojarzona z takim upadkiem.
Patience wystąpiła naprzód i delikatnie położyła dłoń na ramieniu matki. Bez mrugnięcia okiem odwzajemniła lodowate spojrzenie wielkiej damy. Nie pozwoli, by okrucieństwo tej kobiety złamało ducha jej rodziny. Znajdą sposób – tego nauczyli ją mama i tata.
– Proszę wybaczyć mamie, lady de Virtoux – powiedziała, odciągając szlochającą matkę. – Nie będziemy już pani niepokoić. I proszę być spokojną, poradzimy sobie.
Pod ciężarem spojrzeń i szeptów odeszły ubitą drogą w stronę Rose Cottage. Powrót pieszo miał im zająć co najmniej godzinę, ale ruch dobrze zrobi mamie – pozwoli oderwać myśli od upokarzającej sceny, nacieszyć się słońcem i skupić się na pozytywach.
Poza tym Patience nie mogła się doczekać powrotu do swoich róż.
Rzeczywiście, gdy wracały, mama się uspokoiła i nawet zdołała przywołać na twarz swój zwykły uśmiech.
– Mamo – odezwała się Patience mniej więcej w połowie drogi, kiedy doznała nagłego olśnienia – a gdybyśmy użyły lawendy i płatków róż z mojego ogrodu, żeby zrobić saszetki zapachowe? Mogłybyśmy sprzedać je na targu i zarobić parę groszy, zanim tata wróci.
– Wspaniały pomysł, kochanie! – ucieszyła się mama. – Wreszcie twoje róże będą się mogły na coś przydać. Zostały ci jeszcze suszone kwiaty z zeszłego roku?
– Z pewnością.
– Wiem, gdzie są – wtrąciła Anne. – Poszukam.
Anne była najlepszą przyjaciółką Patience – nie tylko dlatego, że były najbliższe sobie wiekiem. Obie skrycie kochały naukę: Anne pasjonowała się matematyką, Patience botaniką, choć nie mogły dzielić się swoimi zainteresowaniami z nikim poza sobą nawzajem.
– Ale, Patience – odezwała się Emily – kto by chciał od nas cokolwiek kupić?
Pytanie zawisło w ciszy nad siedmioma kobietami.
– Ktoś może – odparła Patience, choć bez wielkiego przekonania. – Spróbować warto.
Pół godziny później, gdy Anne poszła szukać suszonych płatków róż i lawendy, Patience udała się do ogrodu, by przyciąć swoje autorskie krzyżówki. Uklękła przy krzewie, wciągając w płuca powietrze niosące obietnicę wiosny.
Miała na sobie jasnozieloną suknię, której lata świetności dawno minęły. Dół był ubrudzony, a żółty fartuch szpeciło co najmniej pięć łat. Grzbietem nadgarstka Odsuwała kosmyki jasnych włosów wymykające się spod wysłużonego słomkowego kapelusza. Wolała pracować gołymi rękami, choć odbijało się to na ich stanie – miała odciski i zadrapania, a pod paznokciami ziemię, której nie potrafiła usunąć, choćby szorowała je godzinami.
Ponieważ w domu nie było służby, każda z sióstr odpowiadała za swoją część gospodarstwa. Patience przypadł ogród warzywny ciągnący się za domem. O tej porze roku niewiele dało się uprawiać poza groszkiem i rzodkiewką. W piwnicy zostało jeszcze trochę zeszłorocznych, pomarszczonych warzyw korzeniowych i ziemniaków, lecz nie wystarczą już na długo.
Oddawanie się botanicznym projektom – takim jak krzyżowanie róż – było niepraktyczne, więc musiała się spieszyć, zanim mama lub któraś z sióstr, poza Anne, ją przyłapie.
Palcami badała krzew, wyszukując martwe lub chore po zimie pędy. Większość rośliny była jeszcze naga, w fazie spoczynku, ale na końcach gałązek pęczniały już drobne, czerwonawe pąki liści – pierwsze oznaki nowego wzrostu. Krzew był wzniesiony i silny, z mniejszą liczbą kolców niż u typowej róży galijskiej, co ułatwiało pielęgnację. Choć nie miał jeszcze kwiatów, Patience potrafiła je sobie wyobrazić.
Reszta ogrodu kwitła. Patience naprawdę uwielbiała zajmować się roślinami – obserwować, jak rosną marchew, kapusta i pasternak, szukać sposobów na walkę ze szkodnikami, ulepszać receptury nawozów, obmyślać metody na zwiększenie plonów. Wszystko rozkwitało pod jej opieką.
Ogródek warzywny i sad z jabłoniami i gruszami były w doskonałym stanie, gotowe na nowe zasiewy, nawożenie, pielęgnację i zbiory.
Kilka metrów dalej stała maleńka Rose Cottage. W przeciwieństwie do sadu i ogrodu warzywnego dom nie był wcale zadbany – od lat popadał w ruinę. Biała farba na framugach okien i krzywych okiennicach dawno się złuszczyła. Cegły kruszały. Jeden narożnik dachu się zapadł i przeciekał tak bardzo, że na ścianach i suficie pojawiła się pleśń. Kilka szyb od dawna było wybitych i zastąpionych deskami.
Gdyby tylko John żył… Skończyłby Oksford, zostałby prawnikiem w Londynie i wspierałby ojca – kontaktami, pieniędzmi. Może pomógłby też niektórym z sióstr dobrze wyjść za mąż…
– Patience, tu jesteś! – zawołała Anne, podbiegając do niej. Złote loki, typowe dla Rose’ów, podskakiwały przy każdym kroku. – Tata wrócił z Londynu! Rozpaczliwie cię szuka.
– Nie powiedziałaś im, że jestem przy różach? – jęknęła Patience. – Nie chcę, żeby wiedzieli, że wciąż się nimi zajmuję.
– Moja zapracowana ogrodniczka – droczyła się Anne, siadając obok siostry na ziemi. – Ale to chyba nie o róże chodzi.
– Wrócił wcześniej. – Patience otrzepała dłonie z ziemi. – Mówił, czy udało mu się sprzedać posiadłość? – Ścisnęło ją w piersi na myśl o opuszczeniu jedynego domu, jaki znała przez osiemnaście lat. Jej róże. Jej warzywa. Jej sad.
– Nie – odparła Anne, pomagając jej wstać. – Wszędzie cię szuka, jakby ktoś go gonił.
Patience uniosła brwi.
– Czego mógłby ode mnie chcieć? – Była wdzięczna, że jest najmłodsza, bez perspektyw i oczekiwań. Mogła uprawiać ogród, czytać i prowadzić swoje małe badania. – Myślisz, że znalazł sposób, by poprawić naszą sytuację i uniknąć więzienia dla dłużników?
Anne cicho zachichotała.
– Jesteś niepoprawną optymistką, siostrzyczko.
Patience się uśmiechnęła.
– Czyż nie wszystkie takie jesteśmy?
Spokój ogrodu zakłóciły nagłe szybkie, ciężkie kroki na żwirze. Patience podniosła głowę, a serce przyspieszyło, kiedy usłyszała znajome głosy rodziców.
– Patience! Patience! – wołała mama, unosząc w biegu spódnicę. – Gdzie jesteś, nasza marzycielko?
– Wróciłem z nowiną, która odmieni nasze życie na zawsze! – krzyczał tata, a jego głos niósł się po całym obejściu.
Patience i Anne wymieniły zaskoczone spojrzenie. Poderwały się na nogi, zaciekawione i zaniepokojone. Gdy pospieszyły w stronę domu, Patience dostrzegła cztery pozostałe siostry podążające za rodzicami.
Ojciec, niski mężczyzna o falujących, siwych włosach do ramion, oddychał ciężko. Miał okrągłą twarz i duże niebieskie oczy. Ubrany był w znoszony, zabrudzony beżowy płaszcz i bryczesy.
– Jest! – Mama wskazała na Patience, łapiąc oddech. – Oto ona, panie Rose!
– Ach, Patience, chodź tutaj! – zawołał ojciec, zatrzymując się i chwytając za okrągły brzuch. Twarz miał zaczerwienioną z emocji. – Dziewczęta, zbierzcie się.
Siostry wymieniły niespokojne spojrzenia, a entuzjazm matki przygasł pod ciężarem napięcia, które zawisło w powietrzu.
– Mówiłem wam – ciągnął ojciec, unosząc ręce – żeby nigdy nie tracić nadziei. Nawet w najczarniejszej godzinie.
– Czy ta godzina minęła, tato? – zapytała Emily. – Znalazłeś kupca?
– Nie. Stało się coś lepszego!
Przygasły wzrok ojca spoczął na Patience, a na jego twarzy pojawił się niemal obłąkany uśmiech, który wzbudził w dziewczynie niepokój.
– Patience, moja droga – oznajmił – wychodzisz za mąż za księcia!
Zapadła ogłuszająca cisza. Patience poczuła, jakby ktoś uderzył ją w pierś i pozbawił tchu. Siostry wpatrywały się w nią z niedowierzaniem. W ich oczach dostrzegła szok i coś jeszcze… zazdrość.
– Ja? Za księcia? – wydusiła z ledwością Patience.
– Owszem – potwierdził ojciec z dumą. – Książę Rath poprosił o twoją rękę, a ja przyjąłem jego propozycję w twoim imieniu. To małżeństwo ocali naszą rodzinę od nędzy.
Brudna dłoń Patience zacisnęła się na fartuchu. Czuła, że ziemia usuwa się jej spod stóp. Słyszała słowa ojca, lecz nie potrafiła ich pojąć. Jak książę mógł chcieć właśnie ją? Nigdy nie bywała w towarzystwie. Nikt z wyższych sfer nawet nie wiedział o jej istnieniu.
– Dlaczego ja? – zapytała drżącym głosem. – Mam pięć starszych i bardziej utalentowanych sióstr!
Spojrzała na Anne, która uśmiechnęła się pokrzepiająco.
– Książę poprosił o najmłodszą – wyjaśnił ojciec – bo uznał, że najmniej prawdopodobne jest, byś była uwikłana w romanse albo miała adoratorów. Zdawał się też poruszony tym, co słyszał o twojej łagodnej naturze.
Słowa zawisły w powietrzu, a ogród zawirował Patience przed oczami. Mrugała szybko, szukając oparcia – znalazła je w ramieniu Anne, mocnym i pewnym. Gdy próbowała coś powiedzieć, z jej ust wydobył się jedynie szept:
– K… książę?
– To niesprawiedliwe! – oburzyła się Beatrice. – Emily i ja bywałyśmy już w towarzystwie! Starsze siostry powinny wychodzić za mąż przed najmłodszą!
– Zgadzam się – przytaknęła Patience. – Może książę chciałby zobaczyć obrazy Emily… albo posłuchać śpiewu Beatrice? Zmieniłby zdanie!
Clarice prychnęła.
– Czy nie dość, że straciłyśmy brata?
Na wzmiankę o Johnie Patience drgnęła. Serce znów ścisnął jej dobrze znany ból.
– A teraz mamy jeszcze znosić kolejne upokorzenie, bo pominięto nas przy zamążpójściu? – wtrąciła Frances.
– Kochane – odezwała się mama – nie ulegajcie mrocznym emocjom. Zazdrość… tak was nie wychowaliśmy. Pamiętajcie o koszyku. Zamknijcie to wszystko w środku.
– Dobrze powiedziane, najdroższa – przytaknął ojciec. – Książę był nieugięty. Sam byłem tak samo zdumiony jak wy. Poprosił o rękę najmłodszej… Spłaci moje długi zaraz po ślubie, dzięki czemu nie trafię do więzienia dla dłużników, nie będziemy musieli sprzedawać domu ani wyjeżdżać. Ale postawił też warunki.
Patience przełknęła ślinę. W wyobraźni widziała, jak jej róże usychają bez opieki, jak więdną groszek i rzodkiewki. Nigdy nie dokończy swojej pracy. Krzyżówka róży, której nawet nie nadała jeszcze nazwy, umrze razem z jej marzeniami.
– Po roku małżeństwa książę przekaże nam posiadłość, która zapewni stały dochód – ciągnął ojciec. – Jednak przez ten czas musisz z nim pozostać. Jeśli odejdziesz, umowa przestaje obowiązywać.
Patience zalała fala rozpaczy. Zrozumiała, jak wielkiej ofiary się od niej wymaga. Marzenia o badaniach botanicznych i ukończeniu pracy wymykały się jej z rąk.
Nie chciała tego. Nigdy nie chciała wychodzić za mąż – a już na pewno nie za księcia. Co, jeśli był stary, lubieżny i okrutny, a ona miała być tylko środkiem do celu?
Mama położyła dłoń na ramieniu córki i spojrzała na nią błagalnie wielkimi, brązowymi oczami.
– Taka jest rola kobiety, kochanie – powiedziała cicho. – Po to rodzimy się dziewczętami. By zawrzeć korzystne małżeństwo: dla siebie i dla rodziny. Odkąd nie ma Johna, niewiele może nas uratować. To jedyna szansa.
Ciężar oczekiwań przygniatał Patience z coraz większą siłą. Wiedziała jednak, że nie może pozwolić, by pochłonęła ją rozpacz. Zawsze była optymistką – teraz bardziej niż kiedykolwiek musiała się tego trzymać.
– Dobrze – odparła, czując łzy pod powiekami. – Wyjdę za księcia Rath.
Mama zapiszczała z radości, tacie wyrwał się okrzyk szczęścia. Siostry znów zaczęły się spierać, a Anne spojrzała na Patience z troską.
Jej dotychczasowe życie dobiegło końca – i nie było już odwrotu.