Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Książę Przesytu. Tom 4 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
4 września 2026
Audiobook
44,90 zł
3358 pkt
punktów Virtualo

Książę Przesytu. Tom 4 - ebook

Spoliczkowała go na ulicy. Teraz jest guwernantką w jego domu.

Tamtej nocy Temperance uciekała przez Londyn, ratując własne życie. Nie spodziewała się nikogo spotkać, a już na pewno nie lekkomyślnego księcia na koniu, który miał czelność ją pocałować, zanim zdążyła poznać jego imię. Nie omieszkała powiedzieć mu, co o tym sądzi. A potem uciekła.

Dwadzieścia siedem dni. Tyle musi pozostać w ukryciu. W Boże Narodzenie skończy dwadzieścia jeden lat, przejmie należny jej spadek i raz na zawsze uwolni się spod władzy macochy. Posada guwernantki trójki niesfornych podopiecznych pewnego księcia wydaje się idealnym rozwiązaniem.

Dopóki Temperance nie rozpoznaje mężczyzny, którego zdążyła już obrazić. Dwukrotnie.

Octavius Everard, książę Eccess, wie, że jego nowa guwernantka coś ukrywa. Sam ma tylko jedną zasadę dotyczącą guwernantek i łamie ją szybciej, niż zdąży nalać sobie drinka.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9789181531909
Rozmiar pliku: 2,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Epi­graf

Mą­dry, gdy pije, po­wi­nien się upić.

Upi­ciem chwilę są naj­słod­sze z młodu;

W mi­ło­ści, sła­wie, zło­cie, wi­nie sku­pić

Można na­dzieje lu­dzi i na­rodu…

Geo­rge Gor­don By­ron, Don Juan*

Niech to­ast wzniosą oczy twe,

a ja ci od­po­wiem oczyma;

lub zo­staw po­ca­łu­nek w szkle,

a ja nie będę szu­kać wina.

Ben Jon­son, To Ce­lia**

------------------------------------------------------------------------

1.

* Geo­rge Gor­don By­ron, Don Juan, tłum. Edward Po­rę­bo­wicz, War­szawa 1885, s. 136. Tekst do­stępny on­line w ser­wi­sie Po­lona: https://po­lona.pl/pre­view/9f93d676-9763-4fbd-a819-101f6f8026c0 .
2.

** tłum. wła­sne.Roz­dział 1

Lon­dyn, 20 li­sto­pada 1814 roku

Coś było nie tak. Lady Aga­tha Tem­pe­rance Hale wy­czuła to w chwili, gdy otwo­rzyła drzwi sa­lo­niku.

W nie­wiel­kim holu stał nie­zna­jomy. Był młody i ni­ski. Trzy­mał w rę­kach cy­lin­der, jakby cze­kał tu już od dłuż­szej chwili. Jego bla­do­ró­żowa cera, dwa wy­sta­jące przed­nie zęby i ner­wowy spo­sób, w jaki roz­glą­dał się na boki, spra­wiały, że przy­po­mi­nał szczura.

– Pro­szę wy­ba­czyć… – Skło­nił się na jej wi­dok. – Wy­gląda pani blado. Czy do­brze się pani czuje, panno…?

W ten uprzejmy spo­sób za­py­tał, jak się na­zywa, a strach prze­szył ją ni­czym ostrze. Tem­pe­rance wy­szła z sa­lo­niku do holu i skie­ro­wała się ku scho­dom.

– Flet­cher.

Mimo sza­leń­czo bi­ją­cego serca zmu­siła się do za­cho­wa­nia spo­koju. Świat znał ją jako lady Aga­thę Hale – tak ją przed­sta­wiano pod­czas przy­jęć kar­cia­nych i tak się do niej zwra­cano na ba­lach. Tylko papa znał dru­gie imię, które mama nadała jej na łożu śmierci… Tem­pe­rance, co zna­czy „umiar­ko­wa­nie” lub „wstrze­mięź­li­wość.” Tylko papa tak ją na­zy­wał, a po­nie­waż ko­chała go nad ży­cie, uwa­żała to za swoje praw­dziwe imię. Imię, któ­rego nie po­winna zdra­dzać.

Na­zwi­sko Flet­cher brzmiało obco na jej ję­zyku, lecz ten szczu­rzy nie­zna­jomy nie za­słu­gi­wał ani na po­zna­nie jej imie­nia, ani na choćby naj­mniej­szą wska­zówkę do­ty­czącą jej praw­dzi­wej toż­sa­mo­ści. Zwłasz­cza że agenci jej ma­co­chy mo­gli wciąż po­szu­ki­wać rze­komo Sza­lo­nej Dzie­dziczki, by wy­dać ją za okrut­nego lorda Bar­tho­lo­mewa Lang­stona – albo za­mknąć w za­kła­dzie dla obłą­ka­nych.

Męż­czy­zna naj­wy­raź­niej ocze­ki­wał ja­kie­goś wy­ja­śnie­nia, więc Tem­pe­rance do­dała:

– Je­stem nową to­wa­rzyszką pani Bar­ton.

Nie­zna­jomy po­now­nie się skło­nił.

– Ed­mund Sto­kes, do usług, pani. Je­stem kan­ce­li­stą syna pani Bar­ton. Pan Bar­ton po­pro­sił mnie, abym ode­brał do­ku­menty, które tu wczo­raj zo­sta­wił.

Tem­pe­rance uśmiech­nęła się sztywno. Czy wi­dział jej strach?

– Oczy­wi­ście. – Choć w jej gło­sie po­brzmie­wała uprzej­mość, cof­nęła się o jesz­cze je­den krok.

Małe oczka pana Sto­kesa omio­tły ją uważ­nie od stóp do głów.

– Pan Bar­ton ni­gdy o pani nie wspo­mi­nał.

Wszyst­kie in­stynkty krzy­czały, że grozi jej nie­bez­pie­czeń­stwo. Pan Sto­kes in­te­re­so­wał się nią zde­cy­do­wa­nie bar­dziej, niż wy­pa­dało ob­cemu męż­czyź­nie.

– Do­łą­czy­łam do pani Bar­ton do­piero w ze­szłym ty­go­dniu.

Tem­pe­rance cof­nęła się jesz­cze bli­żej scho­dów. Kostką wy­czuła pierw­szy sto­pień, nie za­mie­rza­jąc ani na chwilę od­wra­cać się do męż­czy­zny ple­cami. Kiedy zro­bił krok w jej stronę, serce omal nie wy­sko­czyło jej z piersi.

– Oba­wiam się, że nie czuję się naj­le­piej i mu­szę się po­ło­żyć – wy­mam­ro­tała.

– Oczy­wi­ście. Mam na­dzieję, że wkrótce się pani po­prawi.

Tem­pe­rance ski­nęła głową, od­wró­ciła się i ru­szyła po scho­dach tak spo­koj­nie, jak tylko po­tra­fiła. Do­piero gdy do­tarła na pół­pię­tro, obej­rzała się przez ra­mię. Pan Sto­kes na­dal ją ob­ser­wo­wał. Miał lekko prze­chy­loną głowę, a jego oczy zwę­ziły się w dwie wą­skie szparki. Kiedy po­spiesz­nie zmie­rzała do swo­jej sy­pialni, po­czuła to ca­łym swym je­ste­stwem: jej kry­jówka wła­śnie prze­stała być bez­pieczna.

Do końca dnia trwała przy oknie wy­cho­dzą­cym na ulicę. Pani Bar­ton za­pew­niała ją, że panu Sto­ke­sowi można ufać, po­nie­waż od dwóch lat pra­cuje w kan­ce­la­rii jej syna. Mimo to Tem­pe­rance wciąż była na­pięta jak struna. Jej ma­co­cha nie cof­nie się przed ni­czym, by prze­jąć spa­dek. Torba przy­go­to­wana na ucieczkę – z za­pa­sem ubrań, do­dat­kową parą bu­tów, cie­płą chu­stą, kil­koma mo­ne­tami oraz ka­wał­kiem chleba i sera – le­żała na łóżku. Tuż obok spo­czy­wała jej pe­lisa.

Sie­dząc na pa­ra­pe­cie, ob­ser­wo­wała nie­liczne po­wozy prze­jeż­dża­jące ulicą i prze­chod­niów spo­ra­dycz­nie prze­mie­rza­ją­cych tę skromną część mia­sta. Wkrótce po­po­łu­dnie ustą­piło miej­sca zmro­kowi, a prze­suwne okna ce­gla­nych do­mów przy Che­ap­side roz­bły­sły cie­płym świa­tłem.

Tego roku ostat­nia nie­dziela przed ad­wen­tem przy­pa­dała wy­jąt­kowo wcze­śnie. Była to już druga taka nie­dziela od śmierci jej papy, któ­rego pół­tora roku wcze­śniej za­brał udar. Tego dnia każda ro­dzina zbie­rała się ra­zem, by wy­mie­szać cia­sto na bo­żo­na­ro­dze­niowy pud­ding i wy­po­wie­dzieć ży­cze­nia na nad­cho­dzący rok. Papa za­wsze od­da­wał jej pierw­szeń­stwo przy mie­sza­niu. Za­my­kała wtedy oczy i ży­czyła so­bie no­wych ksią­żek, wię­cej czasu w jego la­bo­ra­to­rium oraz tego, by oj­ciec przez ko­lejny rok po­zo­stał zdrów.

Smu­tek prze­szył jej pierś ni­czym nóż. Osiem­na­ście mie­sięcy temu trzy­mała go za rękę, gdy jego pełne mi­ło­ści szare oczy spo­częły na niej po raz ostatni. Ból ni­gdy na­prawdę jej nie opu­ścił.

Tę­sk­niła za papą. Tę­sk­niła za świą­tecz­nymi przy­go­to­wa­niami w Au­ster Co­urt, które wła­śnie o tej po­rze za­czy­nał or­ga­ni­zo­wać. Tę­sk­niła za apa­ra­turą do swo­ich eks­pe­ry­men­tów z elek­trycz­no­ścią. Tę­sk­niła za swoją po­ko­jówką Mil­lie.

Tem­pe­rance ode­tchnęła z drże­niem, a na szy­bie osia­dła de­li­katna mgiełka. Wkrótce wróci do domu. Wróci do swo­ich do­świad­czeń, do Mil­lie, do wszyst­kiego, co przy­po­mi­nało jej uko­cha­nego ojca. Mu­siała się ukry­wać jesz­cze tylko do Bo­żego Na­ro­dze­nia, kiedy skoń­czy dwa­dzie­ścia je­den lat. Wów­czas ma­co­cha prze­sta­nie być jej prawną opie­kunką. Tem­pe­rance pod­pi­sze akt w kan­ce­la­rii pana Bar­tona i wej­dzie w po­sia­da­nie spadku po­zo­sta­wio­nego jej przez papę.

Ni­gdy wię­cej chłod­nego głosu lady Au­ster oznaj­mia­ją­cej, że jest „nie­zdolna do funk­cjo­no­wa­nia w to­wa­rzy­stwie”, twier­dzą­cej, że cierpi na „nie­zdrową fa­scy­na­cję elek­trycz­no­ścią” i „hi­ste­rię wy­wo­łaną nad­mierną lek­turą”. Ni­gdy wię­cej kłó­dek na drzwiach la­bo­ra­to­rium. Ni­gdy wię­cej lo­do­wa­tych dłoni Bar­tho­lo­mewa, lorda Lang­stona, za­ci­ska­ją­cych się na jej nad­garst­kach. Ni­gdy wię­cej szep­ta­nych gróźb o tym, na co mę­żom wolno so­bie po­zwa­lać wo­bec żon.

Wy­cią­gnęła z tego na­ukę. Przede wszyst­kim pra­gnęła nie­za­leż­no­ści i wol­no­ści. Ni­gdy nie wyj­dzie za mąż – ani za Lang­stona, ani za ko­go­kol­wiek in­nego.

Przy­szłość bę­dzie na­le­żeć wy­łącz­nie do niej.

Ko­la­cja upły­nęła spo­koj­nie i bez roz­mów. Pani Bar­ton już spała, gdy Tem­pe­rance wró­ciła na swoje miej­sce przy oknie. Wtedy zo­ba­czyła trzech męż­czyzn prze­cho­dzą­cych przez ulicę i kie­ru­ją­cych się w stronę domu pani Bar­ton. Żo­łą­dek ści­snął jej się ze stra­chu. To nie wró­żyło nic do­brego.

Tem­pe­rance wy­bie­gła na ko­ry­tarz, by pod­słu­chać, kim są przy­by­sze. Stam­tąd mo­gła spoj­rzeć w dół scho­dów, do holu, gdzie go­spo­dyni wła­śnie otwo­rzyła fron­towe drzwi.

– Czy lady Aga­tha Hale jest w domu? – za­py­tał je­den z trzech męż­czyzn. – Na­zy­wam się Finch.

Pan Finch był ni­skiego wzro­stu, a jego okrą­gła, nie­mal mat­czyna twarz spra­wiała za­ska­ku­jąco życz­liwe wra­że­nie. Dwu­rzę­dowy brą­zowy płaszcz z wełny opi­nał jego po­kaźny brzuch i sze­roką pierś. Trudno było oba­wiać się ko­goś o tak do­bro­dusz­nym wy­glą­dzie.

– Po­szu­kuję lady Aga­thy w imie­niu jej uko­cha­nej ma­co­chy – cią­gnął pan Finch. – Hra­biny Au­ster. Stan umy­słu jej pa­sier­bicy bu­dzi nie­po­kój za­równo u niej, jak i u jej le­ka­rza.

Tem­pe­rance po­czuła, jak jej serce za­miera.

Nikt nie wie­dział, że tu prze­bywa – poza pa­nem Bar­to­nem, jego matką i służbą. Pan Bar­ton był wier­nym radcą praw­nym jej ojca i chciał ją chro­nić. Co do tego nie miała naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści. Przez dwa ty­go­dnie, które spę­dziła w domu pani Bar­ton, nie po­ja­wił się tu ża­den gość. Nikt jej nie wi­dział, poza służbą… i pa­nem Sto­ke­sem wcze­śniej tego dnia.

Być może ni­gdy nie miała się prze­ko­nać, czy jej prze­czu­cie wzglę­dem pana Sto­kesa było trafne. Z pew­no­ścią jed­nak słusz­nie się nie­po­ko­iła. Ktoś przy­był tu­taj i szu­kał jej, uży­wa­jąc jej praw­dzi­wego na­zwi­ska…

Ist­niało tylko jedno wy­ja­śnie­nie.

Od­na­leźli ją. Przy­je­chali, by od­dać ją w ręce hra­biny Au­ster i Bar­tho­lo­mewa, zmu­sić do mał­żeń­stwa z nim, aby prze­jąć kon­trolę nad jej ma­jąt­kiem… A po­tem Bóg je­den ra­czy wie­dzieć, ile jesz­cze si­nia­ków po­kryje jej ciało.

A je­śli na­dal bę­dzie od­ma­wiać, za­mkną ją w Be­th­lem Royal Ho­spi­tal, zwa­nym Be­dlam.

W za­kła­dzie dla obłą­ka­nych.

Wszystko dla spadku war­tego trzy­dzie­ści ty­sięcy fun­tów.

Żo­łą­dek Tem­pe­rance ści­snął się bo­le­śnie. To był ko­niec.

Była w pu­łapce.

– Och, ja… ja… oba­wiam się, że za­szła po­myłka – wy­ją­kała go­spo­dyni. – Nie ma tu żad­nej ta­kiej damy. Do­bra­noc.

Pró­bo­wała za­mknąć drzwi, lecz za­nim zdą­żyła to zro­bić, wzrok pana Fin­cha po­wę­dro­wał ku scho­dom i na­po­tkał spoj­rze­nie Tem­pe­rance.

W tej sa­mej chwili z jego twa­rzy znik­nęła uprzejma, ser­deczna ma­ska, od­sła­nia­jąc praw­dzi­wego łowcę. Prze­ni­kliwe brą­zowe oczy. Zimne. In­te­li­gentne. Oczy psa tro­pią­cego.

Tem­pe­rance cof­nęła się chwiej­nie o krok.

Gdy go­spo­dyni usi­ło­wała za­trza­snąć drzwi, pan Finch pchnął skrzy­dło z taką siłą, że przy­gniótł ko­bietę do ściany. Za­dzi­wia­jąco szybki jak na swój ni­ski wzrost, już po chwili pę­dził po scho­dach, a jego dwaj to­wa­rzy­sze po­dą­żali tuż za nim.

Nie!

Tem­pe­rance rzu­ciła się bie­giem ko­ry­ta­rzem do swo­jej sy­pialni, po­rwała torbę przy­go­to­waną na ucieczkę i pe­lisę, po czym po­pę­dziła ku scho­dom dla służby. Le­d­wie czuła pod­łogę pod sto­pami. Le­d­wie sły­szała wła­sny ury­wany od­dech i tu­pot bu­tów trzech ści­ga­ją­cych ją męż­czyzn.

– Ko­niec ucieczki, lady Aga­tho!

Tem­pe­rance otwo­rzyła drzwi i rzu­ciła się w dół wą­skich ka­mien­nych scho­dów, z płu­cami ści­śnię­tymi pa­niką.

Od­dy­chaj. Po pro­stu od­dy­chaj. Od­dy­chaj… i bie­gnij.

Usi­ło­wała nie po­tknąć się na ko­lej­nym stop­niu, gdy ma­te­riał sukni plą­tał się wo­kół jej ko­stek. Nie­zgrab­nie na­rzu­cała na sie­bie pe­lisę. Do­piero wtedy miała wolne ręce, by unieść prze­klęte spód­nice. Jej prze­śla­dowcy byli szybsi, sil­niejsi i nie mu­sieli wal­czyć z war­stwami dam­skiego stroju. Tem­pe­rance pod­cią­gnęła spód­nice tak wy­soko, jak tylko się od­wa­żyła, i po­pę­dziła w dół scho­dów ile sił w no­gach.

– Lady Aga­tho! – do­bie­gło ją wo­ła­nie pana Fin­cha. – Pro­szę się za­trzy­mać!

Ani my­ślała.

Prze­mknęła ko­ry­ta­rzem służby i mi­nęła kuch­nię, gdzie ku­charka i po­my­waczka krzyk­nęły ze zdu­mie­nia. Na końcu przej­ścia szarp­nęła drzwi, wy­bie­gła na tylne po­dwó­rze, prze­mknęła przez furtkę i po­gnała ulicą w ciem­ność li­sto­pa­do­wej nocy.

Byli tuż za nią, lecz wciąż miała nie­wielką prze­wagę.

Na końcu ulicy obej­rzała się przez ra­mię. Trzy ma­sywne syl­wetki wy­pa­dły przez furtkę. Za­lała ją fala pa­nicz­nego stra­chu. Przy­spie­szyła. Skrę­ca­jąc za róg, omal nie po­śli­zgnęła się na ob­lo­dzo­nych ko­cich łbach, lecz roz­pacz­li­wym wy­sił­kiem od­zy­skała rów­no­wagę. Bie­gła da­lej. Płuca pa­liły ją ży­wym ogniem przy każ­dym łap­czy­wym od­de­chu, a w uszach dud­nił je­dy­nie sza­leń­czy rytm jej wła­snego serca.

Ulice mi­gały jej przed oczami, a za­bu­dowa zmie­niała się z każ­dym ko­lej­nym za­krę­tem, gdy pę­dziła przez Che­ap­side. Skromne fa­sady ustę­po­wały miej­sca bar­dziej ozdob­nym gzym­som i de­ko­ra­cjom. W oknach pa­liły się świa­tła, a za nimi za­pewne sie­działy szczę­śliwe ro­dziny. Ro­dziny ta­kie jak ta, którą utra­ciła.

Tem­pe­rance prze­bie­gała przez ko­lejne ulice, skrę­ca­jąc to w lewo, to w prawo, a po­tem znów w lewo przy każ­dym moż­li­wym rogu. Mu­siała zo­sta­wić pana Fin­cha i jego lu­dzi jak naj­da­lej za sobą, choć pierś bo­lała ją przy każ­dym od­de­chu, a nogi bła­gały o od­po­czy­nek.

Na szczę­ście o tak póź­nej po­rze i przy tak prze­ni­kli­wym chło­dzie ulice były nie­mal pu­ste. Mi­nęła je­dy­nie je­den po­wóz, któ­rego pa­sa­że­ro­wie pa­trzyli na nią z sze­roko otwar­tymi oczami. Spo­ra­dyczne świa­tło pa­da­jące z okien po­ma­gało jej od­na­leźć drogę, lecz poza tym pa­no­wały ta­kie ciem­no­ści, że czę­sto mu­siała zga­dy­wać, do­kąd bie­gnie.

Raz po raz oglą­dała się przez ra­mię, prze­ko­nana, że wi­dzi męż­czyzn wy­ła­nia­ją­cych się zza ko­lej­nych ro­gów, i zmu­szała wy­czer­pane ciało do dal­szego wy­siłku. Spód­nice i torba ją spo­wal­niały, po­liczki pło­nęły, gar­dło pie­kło od lo­do­wa­tego po­wie­trza, nogi od­ma­wiały po­słu­szeń­stwa – a mimo to brnęła na­przód.

Kiedy po dłu­giej, zda­ją­cej się nie mieć końca ucieczce wresz­cie się za­trzy­mała i obej­rzała się za sie­bie...

Nie było ich wi­dać.

Mimo to nie od­wa­żyła się uznać, że udało jej się ich zgu­bić.

Gdy od­zy­skała choć odro­binę ja­sno­ści umy­słu, ro­zej­rzała się wo­kół. Po obu stro­nach ulicy cią­gnęły się na­gie szkie­lety sze­re­go­wych do­mów w bu­do­wie. Wszę­dzie le­żały przy­kryte śnie­giem sterty ce­gieł i ziemi, de­ski oraz ka­mie­nie.

Gdzie ona wła­ści­wie była? Z pew­no­ścią nie w dziel­nicy, w któ­rej po­winna się zna­leźć córka hra­biego.

Zdła­wiw­szy na­ra­sta­jącą pa­nikę, szła da­lej. Co­raz czę­ściej śli­zgała się na bło­cie i lo­dzie, bo zmę­cze­nie cią­żyło jej w każ­dym mię­śniu. Była spra­gniona i spo­cona, choć lo­do­waty wiatr bez­li­to­śnie ci­skał jej w twarz płat­kami śniegu.

Do­tarła do końca dłu­giej ulicy peł­nej nie­do­koń­czo­nych do­mów. Nie mo­gła wie­dzieć, co czeka za ro­giem.

Świat eks­plo­do­wał.

W niebo wy­strze­liły roz­bły­ski zło­tego, błę­kit­nego, ró­żo­wego i po­ma­rań­czo­wego świa­tła, prze­ci­na­jąc po­wie­trze i wpa­da­jąc przez po­zba­wione szyb okna, pu­ste fra­mugi drzwi oraz nie­ukoń­czone ce­glane fa­sady no­wych bu­dyn­ków.

Tem­pe­rance za­chwiała się i omal nie upa­dła na ko­lana. Fa­jer­werki?

Tę­tent ga­lo­pu­ją­cych ko­pyt. Krzyki męż­czyzn. Tak wła­śnie wy­obra­żała so­bie wojnę.

Co tu się, na Boga, działo?

Od­zy­skała rów­no­wagę i znie­ru­cho­miała. Od­dech ugrzązł jej w gar­dle, gdy go­rącz­kowo prze­no­siła wzrok mię­dzy ciem­nymi za­ka­mar­kami, w któ­rych mo­gli się kryć jej prze­śla­dowcy, a eks­plo­zjami świa­tła roz­świe­tla­ją­cymi noc wo­kół niej. Co było groź­niej­sze – męż­czyźni ści­ga­jący ją uli­cami Lon­dynu czy na­głe roz­bły­ski fa­jer­wer­ków wy­bu­cha­ją­cych w ciem­no­ści?

Z kłę­bów dymu i ognia wy­rwał się ga­lo­pem ogromny koń. Jeź­dziec po­chy­lał się ni­sko nad jego kasz­ta­no­wym grzbie­tem, a poły płasz­cza po­wie­wały za nim ni­czym skrzy­dła. W jed­nej dłoni trzy­mał rzym­ską świecę, z któ­rej try­skały złote iskry. Twarz skry­wał ka­pe­lusz jeź­dziecki, a cie­nie cał­ko­wi­cie po­chła­niały jego rysy.

Tem­pe­rance po­winna była ucie­kać. Ale nie miała już sił. Jej ciało zdrę­twiało, a stopy zda­wały się przy­ro­śnięte do ziemi.

Za­raz umrze.

W ostat­niej chwili męż­czy­zna szarp­nął wo­dze, a ogromny wa­łach sta­nął dęba. Jeź­dziec utrzy­mał się jed­nak w sio­dle. Obok nich prze­mknęło na ko­niach pię­ciu męż­czyzn, je­den za dru­gim. Każdy trzy­mał wła­sny fa­jer­werk i wy­krzy­ki­wał coś gło­śno, nie­mal dziko. Te­raz wielki koń wy­da­wał się bar­dziej prze­ra­żony niż wcze­śniej. Po­now­nie wspiął się na tylne nogi, wy­trzesz­cza­jąc oczy, a jego tylne nogi roz­je­chały się na lo­dzie. Ru­nął na bok, przy­gnia­ta­jąc jeźdźca.

I na­gle wszystko uci­chło.

Przez chwilę Tem­pe­rance nie mo­gła po­ru­szyć na­wet pal­cem. Jej ciało było jak wy­kuta z lodu rzeźba. Ja­kimś cu­dem nie zgi­nęła.

Ale jeź­dziec i kasz­ta­no­waty koń mo­gli nie mieć tyle szczę­ścia.

Nogi zwie­rzę­cia le­żały pod dziw­nym ką­tem, a jego głowa gwał­tow­nie się uno­siła. Białka oczu były wy­raź­nie wi­doczne, noz­drza sze­roko roz­warte, a wo­kół wę­dzi­dła po­ja­wiła się piana. Wa­łach pry­chał gwał­tow­nie, wy­rzu­ca­jąc z sie­bie ury­wane, roz­pacz­liwe od­de­chy.

Męż­czy­zna zo­stał wy­rzu­cony z sio­dła na bok. Jedna noga utkwiła pod ko­niem, za­pewne za­plą­tana w strze­mię. Tu­łów miał nie­na­tu­ral­nie skrę­cony, a ru­do­brą­zowy płaszcz pod­wi­nął się aż do pasa i na­siąkł bło­tem oraz śnie­giem. Mru­gał szybko, wy­raź­nie oszo­ło­miony. Jęk­nął coś pod no­sem, może prze­kleń­stwo, nie do­sły­szała.

Para uno­siła się z jego ust i z ciała ogrom­nego ko­nia, ra­zem two­rzyli bez­ładną stertę.

Tem­pe­rance się ro­zej­rzała. Ulica była pu­sta.

– Za­mie­rza mi pani po­móc czy nie? – ode­zwał się na­gle jeź­dziec.

Od­chrząk­nęła, otrzą­sa­jąc się z resz­tek szoku.

– O-o-czy­wi­ście. – Pa­dła obok niego na ko­lana, a serce tłu­kło się w jej piersi jak osza­lałe. – Czy czuje pan nogę?

– Tak – od­parł, krzy­wiąc się przy pró­bie po­ru­sze­nia nią. – Ale nie mogę… nie mogę jej uwol­nić.

Ruch jeźdźca naj­wy­raź­niej spło­szył ko­nia. Zwie­rzę prych­nęło i roz­pacz­li­wie pró­bo­wało się pod­nieść, prze­bie­ra­jąc ko­py­tami. Tem­pe­rance cof­nęła się, żeby zro­bić mu miej­sce. Ko­lana drżały jej ze stra­chu przed tak ogrom­nym stwo­rze­niem. Na­gle koń w jed­nym nie­zgrab­nym, gwał­tow­nym ru­chu sta­nął na nogi. Za­chwiał się, po czym po­mknął przed sie­bie. Tem­pe­rance pa­trzyła, jak ga­lo­puje ulicą. Ja­kieś trzy­dzie­ści jar­dów da­lej wo­kół świa­teł zgro­ma­dziło się kilku męż­czyzn – za­pewne tam koń­czył się wy­ścig.

Od­wró­ciła się z po­wro­tem do le­żą­cego męż­czy­zny.

Te­raz mo­gła przyj­rzeć mu się do­kład­niej. Miał za­pewne nie­wiele po­nad trzy­dzie­ści lat, może nieco mniej. Spod gę­stych ru­da­wo­brą­zo­wych brwi pa­trzyły na nią brą­zowe oczy. Ka­pe­lusz z bo­bro­wego filcu le­żał kilka stóp da­lej w bło­cie. Płaszcz pod­wi­nął mu się aż do pasa, od­sła­nia­jąc po­tężne uda opięte ja­snymi bry­cze­sami z je­le­niej skóry oraz wy­so­kie, lśniące czarne buty.

Tem­pe­rance wstrzy­mała od­dech. Nie po­tra­fiła od­wró­cić wzroku od znie­wa­la­ją­cego jeźdźca. Rzeź­bione rysy twa­rzy pod roz­wia­nymi ko­smy­kami wło­sów w ko­lo­rze ciem­nego miodu. Wy­so­kie ko­ści po­licz­kowe. Mocno za­ry­so­wana szczęka. Pełne, zmy­słowe usta… Zda­wał się męż­czy­zną, któ­rzy przy­wykł się­gać po to, co czego pra­gnął. W mroku jego oczy wy­da­wały się nie­mal czarne. Błysz­czało w nich coś nie­bez­piecz­nego, coś, co wy­wo­łało w jej wnę­trzu nie­zro­zu­miałe drże­nie. Był w nich głód, su­rowy, nie­skry­wany, nie­mal pier­wotny.

– Czy za­mie­rza mi pani po­móc wstać, czy zo­stawi mnie tu­taj, bym bo­ha­ter­sko sko­nał w bło­cie, nie­ko­chany i nie­opła­kany? – burk­nął.

Tem­pe­rance prze­łknęła ślinę. Och, był nie­bez­pieczny. I ku­szący. Jak ina­czej wy­ja­śnić to, że od do­brych dzie­się­ciu mi­nut nie mo­gła prze­stać się w niego wpa­try­wać?

Ale czy po­winna mu po­móc? Z jed­nej strony dla mło­dej, nie­za­męż­nej ko­biety do­ty­ka­nie ob­cego męż­czy­zny w miej­scu pu­blicz­nym było nie do po­my­śle­nia. Z dru­giej ta jedna za­sada do­brego wy­cho­wa­nia zda­wała się błaha wo­bec znacz­nie po­waż­niej­szego uchy­bie­nia, ja­kim było sa­motne prze­by­wa­nie mło­dej nie­za­męż­nej ko­biety na ulicy po zmroku.

A poza tym nie mo­gła zo­sta­wić ran­nego czło­wieka bez po­mocy.

– Oczy­wi­ście – po­wie­działa uprzej­mie. Ostroż­nie od­sta­wiła torbę z rze­czami na chod­nik i wy­cią­gnęła do niego rękę.

Tem­pe­rance nie miała na so­bie rę­ka­wi­czek ani czepka, na­wet szala. Pa­da­jący śnieg kłuł jej nagą skórę ni­czym ty­siące igieł. Kiedy męż­czy­zna ujął jej dłoń w swoją odzianą w rę­ka­wiczkę, uczu­cie lo­do­wa­tego chłodu na­gle ustą­piło miej­sca go­rącu. Po­czuła mięk­kość je­le­niej skóry, za­pach no­wego nu­buku. W sła­bym świe­tle do­strze­gła sy­gnet ozdo­biony her­bem ro­do­wym. Przed­sta­wiał dzika.

Po karku prze­biegł jej dreszcz. Był ary­sto­kratą. Ja­kie było praw­do­po­do­bień­stwo, że ją roz­po­zna? Nie przy­po­mi­nała so­bie, by spo­tkała go pod­czas swo­jego pierw­szego i je­dy­nego se­zonu to­wa­rzy­skiego po­nad dwa lata temu, lecz w bar­dziej kon­wen­cjo­nal­nych oko­licz­no­ściach wy­glą­dałby z pew­no­ścią znacz­nie bar­dziej dys­tyn­go­wa­nie.

Męż­czy­zna skrzy­wił się z bólu. Tem­pe­rance od­ru­chowo uklę­kła obok niego, wsu­nęła jedno ra­mię pod jego pa­chę, a drugą dłoń oparła na jego ple­cach. Przy jego po­mocy unio­sła go do po­zy­cji sie­dzą­cej, po czym prze­su­nęła się na bok i nad­sta­wiła mu ra­mię, by mógł wstać.

Do­piero te­raz uświa­do­miła so­bie, o ile jest od niej wyż­szy. Był zresztą nie tylko wyż­szy, lecz także znacz­nie szer­szy w ra­mio­nach i bar­dziej umię­śniony. Po raz pierw­szy w ży­ciu męż­czy­zna opie­rał się o nią ca­łym cię­ża­rem ciała. Po­wi­nien jej cią­żyć, a jed­nak wy­dał się za­ska­ku­jąco przy­jemny.

– Niech to dia­bli, wła­śnie kosz­to­wała mnie pani for­tunę – mruk­nął, gdy pro­wa­dziła go, wy­raź­nie uty­ka­ją­cego na jedną nogę, ku ścia­nie naj­bliż­szego domu.

Do­piero gdy zła­pała od­dech, do­tarło do niej z całą mocą, że wy­czuwa od niego silną woń al­ko­holu.

Na chwilę za­bra­kło jej słów. Jak śmiał ją o coś ta­kiego oskar­żać? I to jesz­cze bę­dąc pod wpły­wem trunku!

– Ja pana kosz­to­wa­łam? – obu­rzyła się. – Prze­cież to pan omal mnie nie za­bił! Pan i pań­ski koń!

Po­czu­cie winy i strach bły­ska­wicz­nie ustą­piły miej­sca gnie­wowi. Być może spra­wiła to ucieczka przed pa­nem Fin­chem. A może na­gro­ma­dzone przez ostat­nie dwa ty­go­dnie na­pię­cie i nie­po­kój. Albo bez­sil­ność i upo­ko­rze­nia, któ­rych do­świad­czała przez ostat­nie mie­siące po śmierci papy. Zdrada je­dy­nej ro­dziny, jaka jej po­zo­stała – ma­co­chy i jej sio­strzeńca, lorda Bar­tho­lo­mewa Lang­stona.

Pchana wście­kło­ścią, wska­zała ręką ulicę.

– Co to za ab­surd? Fa­jer­werki? Wy­ścigi? W środku nocy i w peł­nym ga­lo­pie? Po co? Dla pie­nię­dzy?

– Męż­czy­zna musi cza­sem po­czuć, że żyje – burk­nął. – To miał być mój ostat­nia sza­leń­cza przy­goda. Moja ulu­biona roz­rywka. A więc, moja droga, jest mi pani coś winna.

Cóż za bez­gra­niczna bez­czel­ność!

– Je­stem panu coś winna? To nie­do­rzeczne! Musi pan być pi­jany!

– Być może. Ale to jedna z przy­jem­no­ści ży­cia. Po­dob­nie jak to…

Po­chwy­cił ją w ra­miona i za­nim zdą­żyła za­pro­te­sto­wać, po­ca­ło­wał.

Może spra­wiło to jego sze­ro­kie ciało, które oto­czyło ją cie­płem i po­czu­ciem bez­pie­czeń­stwa, od­gra­dza­jąc od ca­łego świata. Tem­pe­rance ule­gła grze­chowi jego mięk­kich ust i nie ode­pchnęła go od razu.

Przez dłuż­szą chwilę przy­ci­skał usta do jej ust. Pach­niał skórą, mo­krą wełną, ko­niem, drze­wem san­da­ło­wym, wa­ni­lią i dro­gim al­ko­ho­lem – za­pa­chami do­brze jej zna­nymi, a jed­nak te­raz prze­mie­nio­nymi w coś zu­peł­nie no­wego. Smak jego ust prze­szył ją dresz­czem ra­do­ści i roz­ko­szy, który do­tarł aż do szpiku ko­ści.

Kiedy wresz­cie zna­la­zła w so­bie siłę, by oprzeć dło­nie o jego pierś i od­su­nąć go od sie­bie, dy­szała ciężko. On rów­nież.

Jego ciemne spoj­rze­nie spo­czy­wało na jej ustach, a na przy­stoj­nej twa­rzy błą­kał się pe­łen uzna­nia uśmiech.

– Jak pan śmiał?! – za­wo­łała Tem­pe­rance, czu­jąc, jak po­liczki płoną jej ży­wym ogniem.

Męż­czy­zna par­sk­nął śmie­chem.

– To tylko nie­wielka za­płata za ból i cier­pie­nie, któ­rego mi pani przy­spo­rzyła. Mu­szę przy­znać, że cał­kiem sa­tys­fak­cjo­nu­jąca za­płata.

– Nie po­wi­nien pan tak mó­wić. Za­cho­wuje się pan w spo­sób zu­peł­nie nie­godny dżen­tel­mena!

– Czy ma już pani plany na dzi­siej­szy wie­czór? – za­py­tał nie­zna­jomy, cał­ko­wi­cie igno­ru­jąc jej słowa.

– Słu­cham?

– Młoda, piękna ko­bieta sama w środku nocy w Cler­ken­well. Bez czepka, bez rę­ka­wi­czek… bez przy­zwo­itki. – Uśmiech­nął się sze­roko. – Jest pani ulicz­nicą, prawda?

Krew za­sty­gła Tem­pe­rance w ży­łach.

To bez­czelne przy­pusz­cze­nie ode­brało jej resztki tchu. Wście­kłość ude­rzyła w nią ni­czym wez­brana fala i za­nim zdą­żyła się opa­no­wać, jej ręka wy­strze­liła w górę i…

Spo­licz­ko­wała go.

Głowa nie­zna­jo­mego od­sko­czyła w bok, a dłoń Tem­pe­rance za­pie­kła ży­wym ogniem. Jego skóra była go­rąca, twarda i gładka, z le­d­wie wy­czu­wal­nym śla­dem za­ro­stu. Nie po­winna była pa­lić jej aż tak mocno.

– Nie je­stem żadną ulicz­nicą! – wy­krzyk­nęła, a obu­rze­nie pul­so­wało w każ­dej kro­pli jej krwi. – A pan… pan… Jest pan czło­wie­kiem zu­peł­nie nie­li­czą­cym się z kon­se­kwen­cjami! Ob­raża pan ko­biety, na­raża wszyst­kich wo­kół i sa­mego sie­bie! Jest ciemno, czuć od pana al­ko­hol, omal nie za­bił pan mnie i tego pięk­nego zwie­rzę­cia! A mo­gło być jesz­cze go­rzej, pa­nie nik­czem­niku. Co by było, gdyby na pań­skiej dro­dze zna­la­zło się dziecko albo star­sza osoba? Pę­dzi pan uli­cami jak czło­wiek ucie­ka­jący… przed czym? Przed du­chami? Wspo­mnie­niami? A może jest pan tak śmier­tel­nie znu­dzony swoim bo­ga­tym, pu­stym ży­ciem, że nie po­trafi ustać spo­koj­nie choćby przez chwilę?

Męż­czy­zna gwał­tow­nie od­chy­lił głowę, jakby spo­licz­ko­wała go po raz drugi. Uśmiech znik­nął z jego twa­rzy. Za cza­ru­jącą ma­ską uwo­dzi­ciela i roz­pust­nika kryło się coś zu­peł­nie in­nego. Praw­dziwy ból.

A za­raz po­tem gniew.

Nik­czem­nik, jak go na­zwała, otwo­rzył usta, naj­wy­raź­niej go­tów od­po­wie­dzieć ciętą ri­po­stą, lecz za­nim zdą­żył wy­do­być z sie­bie choć słowo, za jej ple­cami roz­legł się od­głos kro­ków.

O nie!

Tem­pe­rance od­wró­ciła się gwał­tow­nie. Strach po­now­nie ści­snął jej serce i spa­ra­li­żo­wał nie­mal wszyst­kie mię­śnie. Była pewna, że od­na­leźli ją trzej prze­śla­dowcy. Ale to był tylko je­den męż­czy­zna. Je­den z to­wa­rzy­szy nie­zna­jo­mego biegł w ich stronę. Poły ja­sno­sza­rego płasz­cza fur­ko­tały za nim na wie­trze, a jedną ręką przy­trzy­my­wał ka­pe­lusz jeź­dziecki.

A Tem­pe­rance nie mo­gła so­bie po­zwo­lić na ry­zyko.

Co, je­śli tam­ten męż­czy­zna ją roz­po­zna? Cały Lon­dyn wie­dział o po­szu­ki­wa­niach Sza­lo­nej Dzie­dziczki, a za jej od­na­le­zie­nie obie­cano po­kaźną na­grodę.

A je­śli obaj uznali ją za ulicz­nicę? Co wtedy? Czy ten bru­tal mógłby pró­bo­wać zmu­sić ją, by po­je­chała z nimi?

Nie. Mu­siała uciec, za­nim ko­lejna osoba spró­buje prze­jąć kon­trolę nad jej lo­sem.

Tem­pe­rance chwy­ciła torbę i po­spiesz­nie skrę­ciła w ciemną uliczkę.

– Pro­szę za­cze­kać! – do­bie­gło ją wo­ła­nie pierw­szego męż­czy­zny. – Do­kąd pani idzie? Pro­szę chwilę po­cze­kać!

Zi­gno­ro­wała go. Obo­lałe nogi od­ma­wiały po­słu­szeń­stwa przy każ­dym kroku, lecz zmu­szała się do dal­szego biegu. Skrę­cała raz w lewo, raz w prawo, klu­cząc noc­nymi za­uł­kami, byle tylko zgu­bić po­ścig.

Do­kąd wła­ści­wie miała się udać? Miała przy so­bie za­le­d­wie kilka mo­net. Za mało, by utrzy­mać się przez cały mie­siąc.

W pa­mięci na­gle po­ja­wiło się wspo­mnie­nie. Czy nie czy­tała nie­dawno w ga­ze­tach o przy­tułku dla ko­biet w Whi­te­cha­pel?

Whi­te­cha­pel…

Dziel­nica pełna prze­stęp­ców, ta­jem­nic i nie­bez­pie­czeństw. Miej­sce kłamstw i de­spe­ra­cji. Miej­sce, do któ­rego córka hra­biego i dzie­dziczka po­kaź­nego ma­jątku pod żad­nym po­zo­rem nie po­winna się za­pusz­czać.

A za­tem wła­śnie tam mu­siała się ukryć.Roz­dział 6

Tem­pe­rance wpa­dła do ga­bi­netu księ­cia, ciężko dy­sząc. Prze­szu­kała, jak jej się zda­wało, każdy po­kój w roz­le­głej lon­dyń­skiej re­zy­den­cji i już kilka mi­nut temu stra­ciła z oczu za­równo Jego Ksią­żęcą Mość, jak i Ja­mesa. Wresz­cie zna­la­zła jed­nego z nich… lecz nie tego, któ­rego miała na­dzieję od­na­leźć.

Całe ciało mro­wiło ją tak, jakby zo­stała po­cięta mnó­stwem drob­nych ostrzy wsku­tek kilku wstrzą­sów, któ­rych do­świad­czyła w sa­lo­nie.

Pierw­szy prze­żyła, gdy do­tarło do niej, że już wcze­śniej po­znała Ar­chi­balda, księ­cia Enve­igh. Zo­stali so­bie przed­sta­wieni w Al­mack’s, a póź­niej tań­czyli ra­zem pod­czas wiej­skiego kon­tre­dansa na balu wy­da­nym przez księżną Ash­ton. Był jed­nym z nie­licz­nych dżen­tel­me­nów, któ­rzy oka­zy­wali szczere za­in­te­re­so­wa­nie jej roz­wa­ża­niami o fi­lo­zo­fii przy­rody, za­miast uzna­wać je za coś nie­sto­sow­nego. Na szczę­ście nie wspo­mniał ani o tańcu, ani o jej za­in­te­re­so­wa­niu na­uką, mo­gła więc je­dy­nie mieć na­dzieję, że ani jej nie pa­mięta, ani nie roz­po­znał.

Dru­gim wstrzą­sem oka­zał się wi­dok Ja­mesa mie­rzą­cego z na­ła­do­wa­nego pi­sto­letu naj­pierw do niej, a po­tem do So­phie. Zmro­ziło jej krew w ży­łach, wszyst­kie mię­śnie ze­sztyw­niały, a od­dech ugrzązł gdzieś po­mię­dzy gar­dłem a płu­cami. Do­sko­nale znała to uczu­cie – ta­kie samo, ja­kie bu­dziły w niej palce Bar­tho­lo­mewa bo­le­śnie za­ci­ska­jące się na jej nad­garstku.

Trze­cim wstrzą­sem był gniewny wy­buch księ­cia Ec­cess. Przez ostatni ty­dzień ob­ser­wo­wała, jak usi­łuje od­zy­skać rów­no­wagę i jak z dnia na dzień ga­śnie w nim po­czu­cie hu­moru, które tak ją urze­kło pod­czas ich pierw­szego spo­tka­nia. Po­cząt­kowo wy­dał jej się bły­sko­tliwy, skryty i opa­no­wany. Jako gu­wer­nantka jego pod­opiecz­nych po­znała jed­nak czło­wieka zgorzk­nia­łego, zdy­stan­so­wa­nego i chłod­nego. Ale to, co zo­ba­czyła dziś, wy­kra­czało da­leko poza tę me­lan­cho­lię. Być może miała ra­cję… ucie­kał przed wła­snymi de­mo­nami. Czy w końcu go do­pa­dły?

A jed­nak Tem­pe­rance nie mo­gła za­prze­czyć, że od­po­wie­dzial­ność za Ja­mesa spo­czy­wała na niej. Książę pod­dał ją pró­bie, chcąc się prze­ko­nać, czy dzieci po­tra­fią za­cho­wy­wać się od­po­wied­nio w to­wa­rzy­stwie, a Ja­mes wy­raź­nie tej pró­bie nie spro­stał. Go­niła za nimi, roz­pacz­li­wie pra­gnąc na­pra­wić to, co ze­psuła.

A to, co zo­ba­czyła w ga­bi­ne­cie, spra­wiło, że ogar­nęło ją jesz­cze więk­sze przy­gnę­bie­nie.

Książę Ec­cess prze­trzą­sał jedną z szu­flad biurka. Po chwili wy­cią­gnął bu­telkę cze­goś, co wy­glą­dało na ko­niak, i zna­lazł kor­ko­ciąg. Za­miast zmie­rzyć się z tym, co go drę­czyło, po raz ko­lejny szu­kał uko­je­nia w al­ko­holu. Po ty­go­dniu spę­dzo­nym z dziećmi wie­działa już, jak bar­dzo ko­chają swo­jego opie­kuna i jak chęt­nie go na­śla­dują, zwłasz­cza Ja­mes.

– Wa­sza Ksią­żęca Mość, my­śla­łam, że prze­stał pan pić – po­wie­działa.

Książę gwał­tow­nie od­wró­cił głowę w jej stronę, a na jego twa­rzy ma­lo­wało się po­czu­cie winy czło­wieka przy­ła­pa­nego na go­rą­cym uczynku.

Kiedy ru­szyła w jego kie­runku, książę za­czął się co­fać ni­czym skar­cone dziecko. Ustę­po­wał krok za kro­kiem, aż oparł się o ścianę, która od­cięła mu drogę od­wrotu, a mimo to Tem­pe­rance na­dal szła na­przód, wy­cią­ga­jąc rękę po bu­telkę.

– Pro­szę mi ją od­dać.

Książę zmru­żył oczy.

– Panno Fields, za­po­mina się pani. Je­stem pani pra­co­dawcą.

I oto zna­lazł się za­le­d­wie krok od niej. Gdy Tem­pe­rance się­gnęła po bu­telkę, jej dłoń na­po­tkała pustkę. Książę rzu­cił się w prze­ciwną stronę, a ona ru­szyła za nim.

Krą­żyli po ga­bi­ne­cie ni­czym dzieci ba­wiące się w berka. Dłu­gie, cięż­kie spód­nice plą­tały się wo­kół ko­stek Tem­pe­rance, utrud­nia­jąc każdy krok. Mimo wzro­stu i po­staw­nej syl­wetki książę był szybki, po­ru­szał się z nie­mal zwie­rzęcą gra­cją, taką samą, jaką do­strze­gła, gdy do­sia­dał kasz­ta­no­wego ko­nia.

Ale kiedy Tem­pe­rance okrą­żyła biurko, jego noga za­ha­czyła o me­bel i książę się po­tknął – a to wy­star­czyło. Chwy­ciła chłodną szyjkę bu­telki, sama zdu­miona, że udało jej się prze­chy­trzyć ko­goś tak sil­nego i zwin­nego, i jed­nym szarp­nię­ciem wy­rwała mu ją z rąk.

– Pro­szę mi ją od­dać, panno Fields – wark­nął książę.

Przy­ci­ska­jąc bu­telkę do piersi, od­wró­ciła się na pię­cie i umknęła. Spód­nice za­sze­le­ściły wo­kół jej nóg, gdy prze­mknęła mię­dzy me­blami, wy­mi­ja­jąc krze­sła i sto­liki.

Sły­szała za sobą cięż­kie kroki; nie­mal czuła cie­pło jego ciała. Serce wa­liło jej o że­bra, gdy na­gle czy­jaś dłoń za­ci­snęła się na jej łok­ciu i ob­ró­ciła ją gwał­tow­nie.

Tem­pe­rance po­spiesz­nie scho­wała bu­telkę za plecy.

Książę Ec­cess gó­ro­wał nad nią ni­czym góra – rów­nie za­pie­ra­jący dech w pier­siach, co bu­dzący lęk. Na­pie­rał na nią, aż, co­fa­jąc się, oparła się ple­cami o twardy re­gał z książ­kami. Książę po­chy­lał się nad nią, co naj­mniej o głowę wyż­szy, ni­czym dra­pież­nik, który wresz­cie do­padł swoją zdo­bycz. Jego spoj­rze­nie było dzi­kie; oczy mie­niły się od­cie­niami brązu nie­mal prze­cho­dzą­cego w czerń, błysz­czały in­ten­syw­no­ścią, gło­dem i pra­gnie­niem, które już wcze­śniej w nim do­strze­gła.

Choć przy­pie­rał ją do kąta, Octa­vius trzy­mał ręce opusz­czone wzdłuż ciała i nie wy­ko­nał na­wet naj­mniej­szego ru­chu w stronę bu­telki, którą Tem­pe­rance ści­skała za ple­cami. A prze­cież jego dłu­gie ra­miona po­zwo­li­łyby mu bez trudu wy­rwać ją jej z rąk. Za­miast tego stał przed nią, a jego spo­kój bu­dził w niej to samo po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, któ­rego do­znała w jego ra­mio­nach tam­tej ciem­nej nocy, gdy spo­tkali się po raz pierw­szy.

Tem­pe­rance sta­rała się nie my­śleć. Pro­blem po­le­gał na tym, że wtedy za­czy­nała czuć, a na to zde­cy­do­wa­nie nie po­winna so­bie po­zwa­lać. Po­chy­lił się bli­żej, wcią­gnęła w płuca jego cu­downy, mę­ski za­pach – skóry, drzewa san­da­ło­wego i wa­ni­lii. Jego usta zbli­żały się co­raz bar­dziej, a ona przy­po­mniała so­bie ich miękki, zmy­słowy do­tyk na swo­ich war­gach. Bra­ko­wało jej tchu. Cała jej uwaga, całe jej je­ste­stwo sku­piło się na ustach.

Nie mo­gła jed­nak ulec tym pra­gnie­niom. Nie po raz drugi. Obie­cała so­bie, że nie po­zwoli mu prze­kro­czyć tej gra­nicy.

Gdy jego twarz była już tak bli­sko, Tem­pe­rance za ple­cami mo­co­wała się z kor­kiem. Na chwilę przed tym, jak ich usta miały się ze­tknąć, wy­cią­gnęła go z szyjki bu­telki, od­wró­ciła na­czy­nie do góry dnem i wy­lała jego za­war­tość pro­sto na pod­łogę.

Po­kój wy­peł­nił plusk al­ko­holu wsią­ka­ją­cego w dy­wan oraz ostry za­pach dro­giego ko­niaku.

Książę Ec­cess wy­dał z sie­bie gar­dłowy po­mruk i rzu­cił się, by ode­brać jej bu­telkę, pró­bu­jąc oca­lić choć ostat­nie kro­ple trunku, lecz było już za późno.

Do­piero wtedy cof­nął się o krok, a jego twarz przy­brała wy­raz de­spe­rac­kiej fu­rii.

– Czy ma pani po­ję­cie, jak cenny był ten ko­niak? – wy­buch­nął. – Mu­sia­łem prze­my­cić go z Fran­cji za po­śred­nic­twem kilku kom­plet­nie nie­wia­ry­god­nych lu­dzi, ry­zy­ku­jąc wła­sną re­pu­ta­cję, a pani wy­lewa go na pod­łogę, jakby to były po­myje?

– Pań­ski pod­opieczny przed chwilą wy­ce­lo­wał na­ła­do­waną broń w So­phie – od­cięła się Tem­pe­rance, a jej dło­nie drżały. – Po­nie­waż na­uczył się od pana, że kiedy sprawy się kom­pli­kują, dzia­łamy, nie za­sta­na­wia­jąc się nad tym, kto może ucier­pieć. Pan pę­dzi uli­cami z fa­jer­wer­kami, on wy­ma­chuje pi­sto­le­tami wśród dzieci. Staje się taki jak pan, Wa­sza Ksią­żęca Mość!

Spo­dzie­wała się, że za­cznie się spie­rać, lecz on za­milkł, po czym spu­ścił głowę i ski­nął nią po­woli.

– Wiem.

Ta na­gła ule­głość, cał­ko­wity brak oporu, były w ja­kiś spo­sób bar­dziej roz­bra­ja­jące niż ja­ka­kol­wiek kłót­nia.

Książę Ec­cess po­trzą­snął głową, a gdy po­now­nie pod­niósł wzrok, w jego oczach cza­iło się coś na kształt na­wie­dza­ją­cego go wspo­mnie­nia.

– To po pro­stu… ta prze­klęta pora roku. Boże Na­ro­dze­nie… To… Nie po­tra­fię…

Tem­pe­rance zmarsz­czyła brwi. Nie­na­wi­dził świąt? Dla­czego? Co ta­kiego go spo­tkało?

– Nie po­trafi pan czego?

Książę Ec­cess wziął długi, po­wolny od­dech.

– Ma pani ra­cję, panno Fields. Mu­szę za­cho­wać trzeź­wość. To moja wina, że Ja­mes spra­wia kło­poty. Stra­cił ro­dzi­ców, a ja, za­miast oto­czyć go opieką, któ­rej tak bar­dzo po­trze­buje, ja… ja ucie­ka­łem w al­ko­hol za każ­dym ra­zem, gdy ży­cie sta­wało się zbyt trudne. Do dia­bła, on roz­pacz­li­wie po­trze­buje ko­goś, na kim może po­le­gać.

Przez chwilę Tem­pe­rance nie była w sta­nie wy­do­być z sie­bie ani słowa. Spo­dzie­wała się, że wszyst­kiemu za­prze­czy, że na­dal bę­dzie się ukry­wał i ucie­kał od rze­czy­wi­sto­ści. Tym­cza­sem wy­ka­zał się nie­zwy­kłą świa­do­mo­ścią wła­snych sła­bo­ści, a sza­cu­nek, który w niej wzbu­dził, roz­lał się cie­płem po jej piersi.

– Już od­mie­niła pani te dzieci – cią­gnął. – Przed chwilą wy­rwała mi pani z rąk bu­telkę ko­niaku. Na­wet moi naj­bliżsi przy­ja­ciele by się na to nie od­wa­żyli… Pro­szę mi po­móc, panno Fields. Niech mnie pani trzyma z dala od al­ko­holu. By­łem prze­ko­nany, że je­stem wy­star­cza­jąco silny, by się oprzeć, ale nie do­ce­ni­łem świąt.

Wciąż nad nią gó­ro­wał, przy­stojny i onie­śmie­la­jący, a świa­do­mość, że ten po­tężny męż­czy­zna prosi ją o po­moc, przy­zna­jąc się do wła­snej sła­bo­ści i bez­bron­no­ści, wy­da­wała się wręcz nie­re­alna. Tem­pe­rance wie­działa, że po­wie­rzono jej coś nie­zwy­kle cen­nego.

Czy była w sta­nie mu po­móc? Czy mo­gła zło­żyć taką obiet­nicę? Co wła­ści­wie wie­działa o uzdra­wia­niu po­ra­nio­nych męż­czyzn? Była prze­cież Sza­loną Dzie­dziczką – ko­bietą ucie­ka­jącą z za­kładu dla obłą­ka­nych, ży­jącą wśród kłamstw, ukry­wa­jącą na­wet wła­sną toż­sa­mość, opła­ku­jącą ojca i ży­cie, które, jak są­dziła, miało ją cze­kać. Jak ktoś tak głę­boko skrzyw­dzony mógł po­móc ule­czyć dru­giego czło­wieka?

A jed­nak ból księ­cia Ec­cess po­ru­szał w niej coś głę­boko ukry­tego, czego nie po­tra­fiła zi­gno­ro­wać.

– Po­mogę panu – szep­nęła.

W jego spoj­rze­niu zmie­szały się ulga, wdzięcz­ność i cień prze­moż­nego pra­gnie­nia.

– Panno Fields – wy­szep­tał ochry­płym gło­sem, na­pię­tym od le­d­wie po­wstrzy­my­wa­nego po­żą­da­nia. – Nie ma pani po­ję­cia, co pani ze mną robi.

Za­nim Tem­pe­rance zdą­żyła od­po­wie­dzieć, za­nim w ogóle zdo­łała ze­brać my­śli, jego dło­nie ujęły jej twarz, a usta wpiły się w jej wargi. To nie był już ten śmiały po­ca­łu­nek z ich pierw­szego spo­tka­nia. To była czy­sta, ni­czym nie­skrę­po­wana żą­dza.

Siła tego po­ca­łunku przy­ci­snęła Tem­pe­rance do re­gału. Książki po­sy­pały się na pod­łogę, gdy książę na­parł na nią swym cia­łem. Był na­tar­czywy, za­chłanny. Wes­tchnęła przy jego ustach i roz­chy­liła wargi, nie­zdolna oprzeć się wzbie­ra­ją­cej fali po­żą­da­nia, która prze­szy­wała całe jej ciało. Za­mie­rzała go ode­pchnąć, lecz za­miast tego za­ci­snęła dło­nie na po­łach jego sur­duta i przy­cią­gnęła go bli­żej, otwie­ra­jąc się przed nim bez reszty. Sma­ko­wał pra­gnie­niem tak nie­okieł­za­nym, że aż krę­ciło jej się od niego w gło­wie.

– Do­prawdy… – jęk­nął przy jej ustach. – Nie po­wi­nie­nem…

Ale książę Ec­cess nie prze­stał. Jego dło­nie zsu­nęły się na jej ta­lię, palce za­ci­snęły się na ma­te­riale sukni, gdy lekko uniósł ją ku gó­rze, przy­ci­ska­jąc Tem­pe­rance moc­niej do re­gału. Cię­żar jego ciała wię­ził ją w miej­scu, a ona czuła twar­dość jego torsu i szyb­kie, mocne ude­rze­nia jego serca.

I po­do­bało jej się to.

Gdy jego wargi po­wę­dro­wały ku jej szyi, Tem­pe­rance bez­wied­nie od­chy­liła głowę, a z jej ust wy­do­było się ci­che wes­tchnie­nie, ja­kiego ni­gdy wcze­śniej nie sły­szała. Zu­peł­nie za­tra­ciła się w tej chwili. Jego usta mu­skały wraż­liwą skórę pod jej uchem, a dło­nie błą­dziły po jej ple­cach z le­d­wie ha­mo­waną na­mięt­no­ścią.

– Cu­downa – wy­szep­tał chra­pli­wie przy jej szyi, a jego od­dech był go­rący i nie­równy. – Każ­dego dnia, gdy na pa­nią pa­trzę… umie­ram z tę­sk­noty…

Drżące dło­nie Tem­pe­rance po­wę­dro­wały na jego pierś. Przez ak­sa­mit ka­mi­zelki czuła szyb­kie bi­cie jego serca. Chciała go do­tknąć, po­trze­bo­wała po­czuć go bar­dziej, lecz to­nęła w na­tłoku wra­żeń, przy­tło­czona gwał­tow­no­ścią jego pra­gnie­nia.

Książę znów od­na­lazł jej usta. Ten po­ca­łu­nek był głęb­szy i bar­dziej za­chłanny niż po­przed­nie. Jedna z jego dłoni wplo­tła się w jej włosy, roz­luź­nia­jąc sta­ran­nie upięty kok, druga zaś spo­częła na jej ple­cach tuż nad ta­lią, przy­cią­ga­jąc ją jesz­cze bli­żej.

– Musi mnie pani po­wstrzy­mać – wy­mru­czał przy jej ustach.

Ale Tem­pe­rance nie po­tra­fiła zna­leźć słów. Nie była zdolna my­śleć o ni­czym poza ogniem, który roz­lał się w jej ży­łach. A kiedy nie ode­pchnęła księ­cia, kiedy pod­da­nie się wy­da­wało się tak przy­jemne, ta­kie ku­szące…

Roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi.

Od­sko­czyli od sie­bie jak opa­rzeni, oboje ciężko od­dy­cha­jąc. Tem­pe­rance na­tych­miast unio­sła dło­nie do wło­sów, pró­bu­jąc do­pro­wa­dzić do po­rządku zbu­rzoną fry­zurę, pod­czas gdy Octa­vius sta­nął przed nią od­ru­chowo, nie­mal osła­nia­jąc ją wła­snym cia­łem. Jego ra­miona były na­pięte jak struny.

Drzwi się otwo­rzyły i książę Enve­igh wy­chy­lił głowę, pró­bu­jąc zaj­rzeć po­nad ra­mie­niem księ­cia Ec­cess. Spo­glą­dał to na przy­ja­ciela, to na gu­wer­nantkę, a czoło marsz­czyło się co­raz bar­dziej. Ką­ciki ust za­ci­snęły, zdra­dza­jąc nie­po­kój… i coś jesz­cze. Coś mrocz­niej­szym. Coś, co do złu­dze­nia przy­po­mi­nało za­zdrość.

– Zna­leź­li­śmy Ja­mesa – po­wie­dział. – Twój pod­opieczny jest bez­pieczny.

Ra­miona księ­cia Ec­cess się roz­luź­niły, jakby spadł z nich ogromny cię­żar.

Od­dech Tem­pe­rance rów­nież po­woli wra­cał do normy, choć wargi wciąż ją mro­wiły, a całe ciało drżało od emo­cji.

Chle­bo­dawca po­słał jej spoj­rze­nie tak in­ten­sywne, że aż ugięły się pod nią ko­lana – obiet­nicę do­koń­cze­nia tej roz­mowy, która po­now­nie roz­nie­ciła w niej ogień. Szybko od­wró­ciła wzrok, czu­jąc su­chość w ustach.

W żo­łądku już za­czy­nało ją kłuć po­czu­cie winy. Za­cho­wała się nie­roz­waż­nie. Po­winna była go po­wstrzy­mać.

Nie­ważne. Mu­siała ukry­wać się jesz­cze tylko przez trzy ty­go­dnie. Do­tąd była tu bez­pieczna… Na­wet książę Enve­igh jej nie roz­po­znał. Wy­star­czyło za­cho­wać ostroż­ność i nie ulec po­ku­sie, którą sta­no­wił książę Ec­cess.

Choć po tym, co wła­śnie mię­dzy nimi za­szło, Tem­pe­rance nie była już pewna, czy sama ostroż­ność wy­star­czy.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij