-
nowość
Książę Przesytu. Tom 4 - ebook
Książę Przesytu. Tom 4 - ebook
Spoliczkowała go na ulicy. Teraz jest guwernantką w jego domu.
Tamtej nocy Temperance uciekała przez Londyn, ratując własne życie. Nie spodziewała się nikogo spotkać, a już na pewno nie lekkomyślnego księcia na koniu, który miał czelność ją pocałować, zanim zdążyła poznać jego imię. Nie omieszkała powiedzieć mu, co o tym sądzi. A potem uciekła.
Dwadzieścia siedem dni. Tyle musi pozostać w ukryciu. W Boże Narodzenie skończy dwadzieścia jeden lat, przejmie należny jej spadek i raz na zawsze uwolni się spod władzy macochy. Posada guwernantki trójki niesfornych podopiecznych pewnego księcia wydaje się idealnym rozwiązaniem.
Dopóki Temperance nie rozpoznaje mężczyzny, którego zdążyła już obrazić. Dwukrotnie.
Octavius Everard, książę Eccess, wie, że jego nowa guwernantka coś ukrywa. Sam ma tylko jedną zasadę dotyczącą guwernantek i łamie ją szybciej, niż zdąży nalać sobie drinka.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9789181531909 |
| Rozmiar pliku: | 2,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Mądry, gdy pije, powinien się upić.
Upiciem chwilę są najsłodsze z młodu;
W miłości, sławie, złocie, winie skupić
Można nadzieje ludzi i narodu…
George Gordon Byron, Don Juan*
Niech toast wzniosą oczy twe,
a ja ci odpowiem oczyma;
lub zostaw pocałunek w szkle,
a ja nie będę szukać wina.
Ben Jonson, To Celia**
------------------------------------------------------------------------
1.
* George Gordon Byron, Don Juan, tłum. Edward Porębowicz, Warszawa 1885, s. 136. Tekst dostępny online w serwisie Polona: https://polona.pl/preview/9f93d676-9763-4fbd-a819-101f6f8026c0 .
2.
** tłum. własne.Rozdział 1
Londyn, 20 listopada 1814 roku
Coś było nie tak. Lady Agatha Temperance Hale wyczuła to w chwili, gdy otworzyła drzwi saloniku.
W niewielkim holu stał nieznajomy. Był młody i niski. Trzymał w rękach cylinder, jakby czekał tu już od dłuższej chwili. Jego bladoróżowa cera, dwa wystające przednie zęby i nerwowy sposób, w jaki rozglądał się na boki, sprawiały, że przypominał szczura.
– Proszę wybaczyć… – Skłonił się na jej widok. – Wygląda pani blado. Czy dobrze się pani czuje, panno…?
W ten uprzejmy sposób zapytał, jak się nazywa, a strach przeszył ją niczym ostrze. Temperance wyszła z saloniku do holu i skierowała się ku schodom.
– Fletcher.
Mimo szaleńczo bijącego serca zmusiła się do zachowania spokoju. Świat znał ją jako lady Agathę Hale – tak ją przedstawiano podczas przyjęć karcianych i tak się do niej zwracano na balach. Tylko papa znał drugie imię, które mama nadała jej na łożu śmierci… Temperance, co znaczy „umiarkowanie” lub „wstrzemięźliwość.” Tylko papa tak ją nazywał, a ponieważ kochała go nad życie, uważała to za swoje prawdziwe imię. Imię, którego nie powinna zdradzać.
Nazwisko Fletcher brzmiało obco na jej języku, lecz ten szczurzy nieznajomy nie zasługiwał ani na poznanie jej imienia, ani na choćby najmniejszą wskazówkę dotyczącą jej prawdziwej tożsamości. Zwłaszcza że agenci jej macochy mogli wciąż poszukiwać rzekomo Szalonej Dziedziczki, by wydać ją za okrutnego lorda Bartholomewa Langstona – albo zamknąć w zakładzie dla obłąkanych.
Mężczyzna najwyraźniej oczekiwał jakiegoś wyjaśnienia, więc Temperance dodała:
– Jestem nową towarzyszką pani Barton.
Nieznajomy ponownie się skłonił.
– Edmund Stokes, do usług, pani. Jestem kancelistą syna pani Barton. Pan Barton poprosił mnie, abym odebrał dokumenty, które tu wczoraj zostawił.
Temperance uśmiechnęła się sztywno. Czy widział jej strach?
– Oczywiście. – Choć w jej głosie pobrzmiewała uprzejmość, cofnęła się o jeszcze jeden krok.
Małe oczka pana Stokesa omiotły ją uważnie od stóp do głów.
– Pan Barton nigdy o pani nie wspominał.
Wszystkie instynkty krzyczały, że grozi jej niebezpieczeństwo. Pan Stokes interesował się nią zdecydowanie bardziej, niż wypadało obcemu mężczyźnie.
– Dołączyłam do pani Barton dopiero w zeszłym tygodniu.
Temperance cofnęła się jeszcze bliżej schodów. Kostką wyczuła pierwszy stopień, nie zamierzając ani na chwilę odwracać się do mężczyzny plecami. Kiedy zrobił krok w jej stronę, serce omal nie wyskoczyło jej z piersi.
– Obawiam się, że nie czuję się najlepiej i muszę się położyć – wymamrotała.
– Oczywiście. Mam nadzieję, że wkrótce się pani poprawi.
Temperance skinęła głową, odwróciła się i ruszyła po schodach tak spokojnie, jak tylko potrafiła. Dopiero gdy dotarła na półpiętro, obejrzała się przez ramię. Pan Stokes nadal ją obserwował. Miał lekko przechyloną głowę, a jego oczy zwęziły się w dwie wąskie szparki. Kiedy pospiesznie zmierzała do swojej sypialni, poczuła to całym swym jestestwem: jej kryjówka właśnie przestała być bezpieczna.
Do końca dnia trwała przy oknie wychodzącym na ulicę. Pani Barton zapewniała ją, że panu Stokesowi można ufać, ponieważ od dwóch lat pracuje w kancelarii jej syna. Mimo to Temperance wciąż była napięta jak struna. Jej macocha nie cofnie się przed niczym, by przejąć spadek. Torba przygotowana na ucieczkę – z zapasem ubrań, dodatkową parą butów, ciepłą chustą, kilkoma monetami oraz kawałkiem chleba i sera – leżała na łóżku. Tuż obok spoczywała jej pelisa.
Siedząc na parapecie, obserwowała nieliczne powozy przejeżdżające ulicą i przechodniów sporadycznie przemierzających tę skromną część miasta. Wkrótce popołudnie ustąpiło miejsca zmrokowi, a przesuwne okna ceglanych domów przy Cheapside rozbłysły ciepłym światłem.
Tego roku ostatnia niedziela przed adwentem przypadała wyjątkowo wcześnie. Była to już druga taka niedziela od śmierci jej papy, którego półtora roku wcześniej zabrał udar. Tego dnia każda rodzina zbierała się razem, by wymieszać ciasto na bożonarodzeniowy pudding i wypowiedzieć życzenia na nadchodzący rok. Papa zawsze oddawał jej pierwszeństwo przy mieszaniu. Zamykała wtedy oczy i życzyła sobie nowych książek, więcej czasu w jego laboratorium oraz tego, by ojciec przez kolejny rok pozostał zdrów.
Smutek przeszył jej pierś niczym nóż. Osiemnaście miesięcy temu trzymała go za rękę, gdy jego pełne miłości szare oczy spoczęły na niej po raz ostatni. Ból nigdy naprawdę jej nie opuścił.
Tęskniła za papą. Tęskniła za świątecznymi przygotowaniami w Auster Court, które właśnie o tej porze zaczynał organizować. Tęskniła za aparaturą do swoich eksperymentów z elektrycznością. Tęskniła za swoją pokojówką Millie.
Temperance odetchnęła z drżeniem, a na szybie osiadła delikatna mgiełka. Wkrótce wróci do domu. Wróci do swoich doświadczeń, do Millie, do wszystkiego, co przypominało jej ukochanego ojca. Musiała się ukrywać jeszcze tylko do Bożego Narodzenia, kiedy skończy dwadzieścia jeden lat. Wówczas macocha przestanie być jej prawną opiekunką. Temperance podpisze akt w kancelarii pana Bartona i wejdzie w posiadanie spadku pozostawionego jej przez papę.
Nigdy więcej chłodnego głosu lady Auster oznajmiającej, że jest „niezdolna do funkcjonowania w towarzystwie”, twierdzącej, że cierpi na „niezdrową fascynację elektrycznością” i „histerię wywołaną nadmierną lekturą”. Nigdy więcej kłódek na drzwiach laboratorium. Nigdy więcej lodowatych dłoni Bartholomewa, lorda Langstona, zaciskających się na jej nadgarstkach. Nigdy więcej szeptanych gróźb o tym, na co mężom wolno sobie pozwalać wobec żon.
Wyciągnęła z tego naukę. Przede wszystkim pragnęła niezależności i wolności. Nigdy nie wyjdzie za mąż – ani za Langstona, ani za kogokolwiek innego.
Przyszłość będzie należeć wyłącznie do niej.
Kolacja upłynęła spokojnie i bez rozmów. Pani Barton już spała, gdy Temperance wróciła na swoje miejsce przy oknie. Wtedy zobaczyła trzech mężczyzn przechodzących przez ulicę i kierujących się w stronę domu pani Barton. Żołądek ścisnął jej się ze strachu. To nie wróżyło nic dobrego.
Temperance wybiegła na korytarz, by podsłuchać, kim są przybysze. Stamtąd mogła spojrzeć w dół schodów, do holu, gdzie gospodyni właśnie otworzyła frontowe drzwi.
– Czy lady Agatha Hale jest w domu? – zapytał jeden z trzech mężczyzn. – Nazywam się Finch.
Pan Finch był niskiego wzrostu, a jego okrągła, niemal matczyna twarz sprawiała zaskakująco życzliwe wrażenie. Dwurzędowy brązowy płaszcz z wełny opinał jego pokaźny brzuch i szeroką pierś. Trudno było obawiać się kogoś o tak dobrodusznym wyglądzie.
– Poszukuję lady Agathy w imieniu jej ukochanej macochy – ciągnął pan Finch. – Hrabiny Auster. Stan umysłu jej pasierbicy budzi niepokój zarówno u niej, jak i u jej lekarza.
Temperance poczuła, jak jej serce zamiera.
Nikt nie wiedział, że tu przebywa – poza panem Bartonem, jego matką i służbą. Pan Barton był wiernym radcą prawnym jej ojca i chciał ją chronić. Co do tego nie miała najmniejszych wątpliwości. Przez dwa tygodnie, które spędziła w domu pani Barton, nie pojawił się tu żaden gość. Nikt jej nie widział, poza służbą… i panem Stokesem wcześniej tego dnia.
Być może nigdy nie miała się przekonać, czy jej przeczucie względem pana Stokesa było trafne. Z pewnością jednak słusznie się niepokoiła. Ktoś przybył tutaj i szukał jej, używając jej prawdziwego nazwiska…
Istniało tylko jedno wyjaśnienie.
Odnaleźli ją. Przyjechali, by oddać ją w ręce hrabiny Auster i Bartholomewa, zmusić do małżeństwa z nim, aby przejąć kontrolę nad jej majątkiem… A potem Bóg jeden raczy wiedzieć, ile jeszcze siniaków pokryje jej ciało.
A jeśli nadal będzie odmawiać, zamkną ją w Bethlem Royal Hospital, zwanym Bedlam.
W zakładzie dla obłąkanych.
Wszystko dla spadku wartego trzydzieści tysięcy funtów.
Żołądek Temperance ścisnął się boleśnie. To był koniec.
Była w pułapce.
– Och, ja… ja… obawiam się, że zaszła pomyłka – wyjąkała gospodyni. – Nie ma tu żadnej takiej damy. Dobranoc.
Próbowała zamknąć drzwi, lecz zanim zdążyła to zrobić, wzrok pana Fincha powędrował ku schodom i napotkał spojrzenie Temperance.
W tej samej chwili z jego twarzy zniknęła uprzejma, serdeczna maska, odsłaniając prawdziwego łowcę. Przenikliwe brązowe oczy. Zimne. Inteligentne. Oczy psa tropiącego.
Temperance cofnęła się chwiejnie o krok.
Gdy gospodyni usiłowała zatrzasnąć drzwi, pan Finch pchnął skrzydło z taką siłą, że przygniótł kobietę do ściany. Zadziwiająco szybki jak na swój niski wzrost, już po chwili pędził po schodach, a jego dwaj towarzysze podążali tuż za nim.
Nie!
Temperance rzuciła się biegiem korytarzem do swojej sypialni, porwała torbę przygotowaną na ucieczkę i pelisę, po czym popędziła ku schodom dla służby. Ledwie czuła podłogę pod stopami. Ledwie słyszała własny urywany oddech i tupot butów trzech ścigających ją mężczyzn.
– Koniec ucieczki, lady Agatho!
Temperance otworzyła drzwi i rzuciła się w dół wąskich kamiennych schodów, z płucami ściśniętymi paniką.
Oddychaj. Po prostu oddychaj. Oddychaj… i biegnij.
Usiłowała nie potknąć się na kolejnym stopniu, gdy materiał sukni plątał się wokół jej kostek. Niezgrabnie narzucała na siebie pelisę. Dopiero wtedy miała wolne ręce, by unieść przeklęte spódnice. Jej prześladowcy byli szybsi, silniejsi i nie musieli walczyć z warstwami damskiego stroju. Temperance podciągnęła spódnice tak wysoko, jak tylko się odważyła, i popędziła w dół schodów ile sił w nogach.
– Lady Agatho! – dobiegło ją wołanie pana Fincha. – Proszę się zatrzymać!
Ani myślała.
Przemknęła korytarzem służby i minęła kuchnię, gdzie kucharka i pomywaczka krzyknęły ze zdumienia. Na końcu przejścia szarpnęła drzwi, wybiegła na tylne podwórze, przemknęła przez furtkę i pognała ulicą w ciemność listopadowej nocy.
Byli tuż za nią, lecz wciąż miała niewielką przewagę.
Na końcu ulicy obejrzała się przez ramię. Trzy masywne sylwetki wypadły przez furtkę. Zalała ją fala panicznego strachu. Przyspieszyła. Skręcając za róg, omal nie poślizgnęła się na oblodzonych kocich łbach, lecz rozpaczliwym wysiłkiem odzyskała równowagę. Biegła dalej. Płuca paliły ją żywym ogniem przy każdym łapczywym oddechu, a w uszach dudnił jedynie szaleńczy rytm jej własnego serca.
Ulice migały jej przed oczami, a zabudowa zmieniała się z każdym kolejnym zakrętem, gdy pędziła przez Cheapside. Skromne fasady ustępowały miejsca bardziej ozdobnym gzymsom i dekoracjom. W oknach paliły się światła, a za nimi zapewne siedziały szczęśliwe rodziny. Rodziny takie jak ta, którą utraciła.
Temperance przebiegała przez kolejne ulice, skręcając to w lewo, to w prawo, a potem znów w lewo przy każdym możliwym rogu. Musiała zostawić pana Fincha i jego ludzi jak najdalej za sobą, choć pierś bolała ją przy każdym oddechu, a nogi błagały o odpoczynek.
Na szczęście o tak późnej porze i przy tak przenikliwym chłodzie ulice były niemal puste. Minęła jedynie jeden powóz, którego pasażerowie patrzyli na nią z szeroko otwartymi oczami. Sporadyczne światło padające z okien pomagało jej odnaleźć drogę, lecz poza tym panowały takie ciemności, że często musiała zgadywać, dokąd biegnie.
Raz po raz oglądała się przez ramię, przekonana, że widzi mężczyzn wyłaniających się zza kolejnych rogów, i zmuszała wyczerpane ciało do dalszego wysiłku. Spódnice i torba ją spowalniały, policzki płonęły, gardło piekło od lodowatego powietrza, nogi odmawiały posłuszeństwa – a mimo to brnęła naprzód.
Kiedy po długiej, zdającej się nie mieć końca ucieczce wreszcie się zatrzymała i obejrzała się za siebie...
Nie było ich widać.
Mimo to nie odważyła się uznać, że udało jej się ich zgubić.
Gdy odzyskała choć odrobinę jasności umysłu, rozejrzała się wokół. Po obu stronach ulicy ciągnęły się nagie szkielety szeregowych domów w budowie. Wszędzie leżały przykryte śniegiem sterty cegieł i ziemi, deski oraz kamienie.
Gdzie ona właściwie była? Z pewnością nie w dzielnicy, w której powinna się znaleźć córka hrabiego.
Zdławiwszy narastającą panikę, szła dalej. Coraz częściej ślizgała się na błocie i lodzie, bo zmęczenie ciążyło jej w każdym mięśniu. Była spragniona i spocona, choć lodowaty wiatr bezlitośnie ciskał jej w twarz płatkami śniegu.
Dotarła do końca długiej ulicy pełnej niedokończonych domów. Nie mogła wiedzieć, co czeka za rogiem.
Świat eksplodował.
W niebo wystrzeliły rozbłyski złotego, błękitnego, różowego i pomarańczowego światła, przecinając powietrze i wpadając przez pozbawione szyb okna, puste framugi drzwi oraz nieukończone ceglane fasady nowych budynków.
Temperance zachwiała się i omal nie upadła na kolana. Fajerwerki?
Tętent galopujących kopyt. Krzyki mężczyzn. Tak właśnie wyobrażała sobie wojnę.
Co tu się, na Boga, działo?
Odzyskała równowagę i znieruchomiała. Oddech ugrzązł jej w gardle, gdy gorączkowo przenosiła wzrok między ciemnymi zakamarkami, w których mogli się kryć jej prześladowcy, a eksplozjami światła rozświetlającymi noc wokół niej. Co było groźniejsze – mężczyźni ścigający ją ulicami Londynu czy nagłe rozbłyski fajerwerków wybuchających w ciemności?
Z kłębów dymu i ognia wyrwał się galopem ogromny koń. Jeździec pochylał się nisko nad jego kasztanowym grzbietem, a poły płaszcza powiewały za nim niczym skrzydła. W jednej dłoni trzymał rzymską świecę, z której tryskały złote iskry. Twarz skrywał kapelusz jeździecki, a cienie całkowicie pochłaniały jego rysy.
Temperance powinna była uciekać. Ale nie miała już sił. Jej ciało zdrętwiało, a stopy zdawały się przyrośnięte do ziemi.
Zaraz umrze.
W ostatniej chwili mężczyzna szarpnął wodze, a ogromny wałach stanął dęba. Jeździec utrzymał się jednak w siodle. Obok nich przemknęło na koniach pięciu mężczyzn, jeden za drugim. Każdy trzymał własny fajerwerk i wykrzykiwał coś głośno, niemal dziko. Teraz wielki koń wydawał się bardziej przerażony niż wcześniej. Ponownie wspiął się na tylne nogi, wytrzeszczając oczy, a jego tylne nogi rozjechały się na lodzie. Runął na bok, przygniatając jeźdźca.
I nagle wszystko ucichło.
Przez chwilę Temperance nie mogła poruszyć nawet palcem. Jej ciało było jak wykuta z lodu rzeźba. Jakimś cudem nie zginęła.
Ale jeździec i kasztanowaty koń mogli nie mieć tyle szczęścia.
Nogi zwierzęcia leżały pod dziwnym kątem, a jego głowa gwałtownie się unosiła. Białka oczu były wyraźnie widoczne, nozdrza szeroko rozwarte, a wokół wędzidła pojawiła się piana. Wałach prychał gwałtownie, wyrzucając z siebie urywane, rozpaczliwe oddechy.
Mężczyzna został wyrzucony z siodła na bok. Jedna noga utkwiła pod koniem, zapewne zaplątana w strzemię. Tułów miał nienaturalnie skręcony, a rudobrązowy płaszcz podwinął się aż do pasa i nasiąkł błotem oraz śniegiem. Mrugał szybko, wyraźnie oszołomiony. Jęknął coś pod nosem, może przekleństwo, nie dosłyszała.
Para unosiła się z jego ust i z ciała ogromnego konia, razem tworzyli bezładną stertę.
Temperance się rozejrzała. Ulica była pusta.
– Zamierza mi pani pomóc czy nie? – odezwał się nagle jeździec.
Odchrząknęła, otrząsając się z resztek szoku.
– O-o-czywiście. – Padła obok niego na kolana, a serce tłukło się w jej piersi jak oszalałe. – Czy czuje pan nogę?
– Tak – odparł, krzywiąc się przy próbie poruszenia nią. – Ale nie mogę… nie mogę jej uwolnić.
Ruch jeźdźca najwyraźniej spłoszył konia. Zwierzę prychnęło i rozpaczliwie próbowało się podnieść, przebierając kopytami. Temperance cofnęła się, żeby zrobić mu miejsce. Kolana drżały jej ze strachu przed tak ogromnym stworzeniem. Nagle koń w jednym niezgrabnym, gwałtownym ruchu stanął na nogi. Zachwiał się, po czym pomknął przed siebie. Temperance patrzyła, jak galopuje ulicą. Jakieś trzydzieści jardów dalej wokół świateł zgromadziło się kilku mężczyzn – zapewne tam kończył się wyścig.
Odwróciła się z powrotem do leżącego mężczyzny.
Teraz mogła przyjrzeć mu się dokładniej. Miał zapewne niewiele ponad trzydzieści lat, może nieco mniej. Spod gęstych rudawobrązowych brwi patrzyły na nią brązowe oczy. Kapelusz z bobrowego filcu leżał kilka stóp dalej w błocie. Płaszcz podwinął mu się aż do pasa, odsłaniając potężne uda opięte jasnymi bryczesami z jeleniej skóry oraz wysokie, lśniące czarne buty.
Temperance wstrzymała oddech. Nie potrafiła odwrócić wzroku od zniewalającego jeźdźca. Rzeźbione rysy twarzy pod rozwianymi kosmykami włosów w kolorze ciemnego miodu. Wysokie kości policzkowe. Mocno zarysowana szczęka. Pełne, zmysłowe usta… Zdawał się mężczyzną, którzy przywykł sięgać po to, co czego pragnął. W mroku jego oczy wydawały się niemal czarne. Błyszczało w nich coś niebezpiecznego, coś, co wywołało w jej wnętrzu niezrozumiałe drżenie. Był w nich głód, surowy, nieskrywany, niemal pierwotny.
– Czy zamierza mi pani pomóc wstać, czy zostawi mnie tutaj, bym bohatersko skonał w błocie, niekochany i nieopłakany? – burknął.
Temperance przełknęła ślinę. Och, był niebezpieczny. I kuszący. Jak inaczej wyjaśnić to, że od dobrych dziesięciu minut nie mogła przestać się w niego wpatrywać?
Ale czy powinna mu pomóc? Z jednej strony dla młodej, niezamężnej kobiety dotykanie obcego mężczyzny w miejscu publicznym było nie do pomyślenia. Z drugiej ta jedna zasada dobrego wychowania zdawała się błaha wobec znacznie poważniejszego uchybienia, jakim było samotne przebywanie młodej niezamężnej kobiety na ulicy po zmroku.
A poza tym nie mogła zostawić rannego człowieka bez pomocy.
– Oczywiście – powiedziała uprzejmie. Ostrożnie odstawiła torbę z rzeczami na chodnik i wyciągnęła do niego rękę.
Temperance nie miała na sobie rękawiczek ani czepka, nawet szala. Padający śnieg kłuł jej nagą skórę niczym tysiące igieł. Kiedy mężczyzna ujął jej dłoń w swoją odzianą w rękawiczkę, uczucie lodowatego chłodu nagle ustąpiło miejsca gorącu. Poczuła miękkość jeleniej skóry, zapach nowego nubuku. W słabym świetle dostrzegła sygnet ozdobiony herbem rodowym. Przedstawiał dzika.
Po karku przebiegł jej dreszcz. Był arystokratą. Jakie było prawdopodobieństwo, że ją rozpozna? Nie przypominała sobie, by spotkała go podczas swojego pierwszego i jedynego sezonu towarzyskiego ponad dwa lata temu, lecz w bardziej konwencjonalnych okolicznościach wyglądałby z pewnością znacznie bardziej dystyngowanie.
Mężczyzna skrzywił się z bólu. Temperance odruchowo uklękła obok niego, wsunęła jedno ramię pod jego pachę, a drugą dłoń oparła na jego plecach. Przy jego pomocy uniosła go do pozycji siedzącej, po czym przesunęła się na bok i nadstawiła mu ramię, by mógł wstać.
Dopiero teraz uświadomiła sobie, o ile jest od niej wyższy. Był zresztą nie tylko wyższy, lecz także znacznie szerszy w ramionach i bardziej umięśniony. Po raz pierwszy w życiu mężczyzna opierał się o nią całym ciężarem ciała. Powinien jej ciążyć, a jednak wydał się zaskakująco przyjemny.
– Niech to diabli, właśnie kosztowała mnie pani fortunę – mruknął, gdy prowadziła go, wyraźnie utykającego na jedną nogę, ku ścianie najbliższego domu.
Dopiero gdy złapała oddech, dotarło do niej z całą mocą, że wyczuwa od niego silną woń alkoholu.
Na chwilę zabrakło jej słów. Jak śmiał ją o coś takiego oskarżać? I to jeszcze będąc pod wpływem trunku!
– Ja pana kosztowałam? – oburzyła się. – Przecież to pan omal mnie nie zabił! Pan i pański koń!
Poczucie winy i strach błyskawicznie ustąpiły miejsca gniewowi. Być może sprawiła to ucieczka przed panem Finchem. A może nagromadzone przez ostatnie dwa tygodnie napięcie i niepokój. Albo bezsilność i upokorzenia, których doświadczała przez ostatnie miesiące po śmierci papy. Zdrada jedynej rodziny, jaka jej pozostała – macochy i jej siostrzeńca, lorda Bartholomewa Langstona.
Pchana wściekłością, wskazała ręką ulicę.
– Co to za absurd? Fajerwerki? Wyścigi? W środku nocy i w pełnym galopie? Po co? Dla pieniędzy?
– Mężczyzna musi czasem poczuć, że żyje – burknął. – To miał być mój ostatnia szaleńcza przygoda. Moja ulubiona rozrywka. A więc, moja droga, jest mi pani coś winna.
Cóż za bezgraniczna bezczelność!
– Jestem panu coś winna? To niedorzeczne! Musi pan być pijany!
– Być może. Ale to jedna z przyjemności życia. Podobnie jak to…
Pochwycił ją w ramiona i zanim zdążyła zaprotestować, pocałował.
Może sprawiło to jego szerokie ciało, które otoczyło ją ciepłem i poczuciem bezpieczeństwa, odgradzając od całego świata. Temperance uległa grzechowi jego miękkich ust i nie odepchnęła go od razu.
Przez dłuższą chwilę przyciskał usta do jej ust. Pachniał skórą, mokrą wełną, koniem, drzewem sandałowym, wanilią i drogim alkoholem – zapachami dobrze jej znanymi, a jednak teraz przemienionymi w coś zupełnie nowego. Smak jego ust przeszył ją dreszczem radości i rozkoszy, który dotarł aż do szpiku kości.
Kiedy wreszcie znalazła w sobie siłę, by oprzeć dłonie o jego pierś i odsunąć go od siebie, dyszała ciężko. On również.
Jego ciemne spojrzenie spoczywało na jej ustach, a na przystojnej twarzy błąkał się pełen uznania uśmiech.
– Jak pan śmiał?! – zawołała Temperance, czując, jak policzki płoną jej żywym ogniem.
Mężczyzna parsknął śmiechem.
– To tylko niewielka zapłata za ból i cierpienie, którego mi pani przysporzyła. Muszę przyznać, że całkiem satysfakcjonująca zapłata.
– Nie powinien pan tak mówić. Zachowuje się pan w sposób zupełnie niegodny dżentelmena!
– Czy ma już pani plany na dzisiejszy wieczór? – zapytał nieznajomy, całkowicie ignorując jej słowa.
– Słucham?
– Młoda, piękna kobieta sama w środku nocy w Clerkenwell. Bez czepka, bez rękawiczek… bez przyzwoitki. – Uśmiechnął się szeroko. – Jest pani ulicznicą, prawda?
Krew zastygła Temperance w żyłach.
To bezczelne przypuszczenie odebrało jej resztki tchu. Wściekłość uderzyła w nią niczym wezbrana fala i zanim zdążyła się opanować, jej ręka wystrzeliła w górę i…
Spoliczkowała go.
Głowa nieznajomego odskoczyła w bok, a dłoń Temperance zapiekła żywym ogniem. Jego skóra była gorąca, twarda i gładka, z ledwie wyczuwalnym śladem zarostu. Nie powinna była palić jej aż tak mocno.
– Nie jestem żadną ulicznicą! – wykrzyknęła, a oburzenie pulsowało w każdej kropli jej krwi. – A pan… pan… Jest pan człowiekiem zupełnie nieliczącym się z konsekwencjami! Obraża pan kobiety, naraża wszystkich wokół i samego siebie! Jest ciemno, czuć od pana alkohol, omal nie zabił pan mnie i tego pięknego zwierzęcia! A mogło być jeszcze gorzej, panie nikczemniku. Co by było, gdyby na pańskiej drodze znalazło się dziecko albo starsza osoba? Pędzi pan ulicami jak człowiek uciekający… przed czym? Przed duchami? Wspomnieniami? A może jest pan tak śmiertelnie znudzony swoim bogatym, pustym życiem, że nie potrafi ustać spokojnie choćby przez chwilę?
Mężczyzna gwałtownie odchylił głowę, jakby spoliczkowała go po raz drugi. Uśmiech zniknął z jego twarzy. Za czarującą maską uwodziciela i rozpustnika kryło się coś zupełnie innego. Prawdziwy ból.
A zaraz potem gniew.
Nikczemnik, jak go nazwała, otworzył usta, najwyraźniej gotów odpowiedzieć ciętą ripostą, lecz zanim zdążył wydobyć z siebie choć słowo, za jej plecami rozległ się odgłos kroków.
O nie!
Temperance odwróciła się gwałtownie. Strach ponownie ścisnął jej serce i sparaliżował niemal wszystkie mięśnie. Była pewna, że odnaleźli ją trzej prześladowcy. Ale to był tylko jeden mężczyzna. Jeden z towarzyszy nieznajomego biegł w ich stronę. Poły jasnoszarego płaszcza furkotały za nim na wietrze, a jedną ręką przytrzymywał kapelusz jeździecki.
A Temperance nie mogła sobie pozwolić na ryzyko.
Co, jeśli tamten mężczyzna ją rozpozna? Cały Londyn wiedział o poszukiwaniach Szalonej Dziedziczki, a za jej odnalezienie obiecano pokaźną nagrodę.
A jeśli obaj uznali ją za ulicznicę? Co wtedy? Czy ten brutal mógłby próbować zmusić ją, by pojechała z nimi?
Nie. Musiała uciec, zanim kolejna osoba spróbuje przejąć kontrolę nad jej losem.
Temperance chwyciła torbę i pospiesznie skręciła w ciemną uliczkę.
– Proszę zaczekać! – dobiegło ją wołanie pierwszego mężczyzny. – Dokąd pani idzie? Proszę chwilę poczekać!
Zignorowała go. Obolałe nogi odmawiały posłuszeństwa przy każdym kroku, lecz zmuszała się do dalszego biegu. Skręcała raz w lewo, raz w prawo, klucząc nocnymi zaułkami, byle tylko zgubić pościg.
Dokąd właściwie miała się udać? Miała przy sobie zaledwie kilka monet. Za mało, by utrzymać się przez cały miesiąc.
W pamięci nagle pojawiło się wspomnienie. Czy nie czytała niedawno w gazetach o przytułku dla kobiet w Whitechapel?
Whitechapel…
Dzielnica pełna przestępców, tajemnic i niebezpieczeństw. Miejsce kłamstw i desperacji. Miejsce, do którego córka hrabiego i dziedziczka pokaźnego majątku pod żadnym pozorem nie powinna się zapuszczać.
A zatem właśnie tam musiała się ukryć.Rozdział 6
Temperance wpadła do gabinetu księcia, ciężko dysząc. Przeszukała, jak jej się zdawało, każdy pokój w rozległej londyńskiej rezydencji i już kilka minut temu straciła z oczu zarówno Jego Książęcą Mość, jak i Jamesa. Wreszcie znalazła jednego z nich… lecz nie tego, którego miała nadzieję odnaleźć.
Całe ciało mrowiło ją tak, jakby została pocięta mnóstwem drobnych ostrzy wskutek kilku wstrząsów, których doświadczyła w salonie.
Pierwszy przeżyła, gdy dotarło do niej, że już wcześniej poznała Archibalda, księcia Enveigh. Zostali sobie przedstawieni w Almack’s, a później tańczyli razem podczas wiejskiego kontredansa na balu wydanym przez księżną Ashton. Był jednym z nielicznych dżentelmenów, którzy okazywali szczere zainteresowanie jej rozważaniami o filozofii przyrody, zamiast uznawać je za coś niestosownego. Na szczęście nie wspomniał ani o tańcu, ani o jej zainteresowaniu nauką, mogła więc jedynie mieć nadzieję, że ani jej nie pamięta, ani nie rozpoznał.
Drugim wstrząsem okazał się widok Jamesa mierzącego z naładowanego pistoletu najpierw do niej, a potem do Sophie. Zmroziło jej krew w żyłach, wszystkie mięśnie zesztywniały, a oddech ugrzązł gdzieś pomiędzy gardłem a płucami. Doskonale znała to uczucie – takie samo, jakie budziły w niej palce Bartholomewa boleśnie zaciskające się na jej nadgarstku.
Trzecim wstrząsem był gniewny wybuch księcia Eccess. Przez ostatni tydzień obserwowała, jak usiłuje odzyskać równowagę i jak z dnia na dzień gaśnie w nim poczucie humoru, które tak ją urzekło podczas ich pierwszego spotkania. Początkowo wydał jej się błyskotliwy, skryty i opanowany. Jako guwernantka jego podopiecznych poznała jednak człowieka zgorzkniałego, zdystansowanego i chłodnego. Ale to, co zobaczyła dziś, wykraczało daleko poza tę melancholię. Być może miała rację… uciekał przed własnymi demonami. Czy w końcu go dopadły?
A jednak Temperance nie mogła zaprzeczyć, że odpowiedzialność za Jamesa spoczywała na niej. Książę poddał ją próbie, chcąc się przekonać, czy dzieci potrafią zachowywać się odpowiednio w towarzystwie, a James wyraźnie tej próbie nie sprostał. Goniła za nimi, rozpaczliwie pragnąc naprawić to, co zepsuła.
A to, co zobaczyła w gabinecie, sprawiło, że ogarnęło ją jeszcze większe przygnębienie.
Książę Eccess przetrząsał jedną z szuflad biurka. Po chwili wyciągnął butelkę czegoś, co wyglądało na koniak, i znalazł korkociąg. Zamiast zmierzyć się z tym, co go dręczyło, po raz kolejny szukał ukojenia w alkoholu. Po tygodniu spędzonym z dziećmi wiedziała już, jak bardzo kochają swojego opiekuna i jak chętnie go naśladują, zwłaszcza James.
– Wasza Książęca Mość, myślałam, że przestał pan pić – powiedziała.
Książę gwałtownie odwrócił głowę w jej stronę, a na jego twarzy malowało się poczucie winy człowieka przyłapanego na gorącym uczynku.
Kiedy ruszyła w jego kierunku, książę zaczął się cofać niczym skarcone dziecko. Ustępował krok za krokiem, aż oparł się o ścianę, która odcięła mu drogę odwrotu, a mimo to Temperance nadal szła naprzód, wyciągając rękę po butelkę.
– Proszę mi ją oddać.
Książę zmrużył oczy.
– Panno Fields, zapomina się pani. Jestem pani pracodawcą.
I oto znalazł się zaledwie krok od niej. Gdy Temperance sięgnęła po butelkę, jej dłoń napotkała pustkę. Książę rzucił się w przeciwną stronę, a ona ruszyła za nim.
Krążyli po gabinecie niczym dzieci bawiące się w berka. Długie, ciężkie spódnice plątały się wokół kostek Temperance, utrudniając każdy krok. Mimo wzrostu i postawnej sylwetki książę był szybki, poruszał się z niemal zwierzęcą gracją, taką samą, jaką dostrzegła, gdy dosiadał kasztanowego konia.
Ale kiedy Temperance okrążyła biurko, jego noga zahaczyła o mebel i książę się potknął – a to wystarczyło. Chwyciła chłodną szyjkę butelki, sama zdumiona, że udało jej się przechytrzyć kogoś tak silnego i zwinnego, i jednym szarpnięciem wyrwała mu ją z rąk.
– Proszę mi ją oddać, panno Fields – warknął książę.
Przyciskając butelkę do piersi, odwróciła się na pięcie i umknęła. Spódnice zaszeleściły wokół jej nóg, gdy przemknęła między meblami, wymijając krzesła i stoliki.
Słyszała za sobą ciężkie kroki; niemal czuła ciepło jego ciała. Serce waliło jej o żebra, gdy nagle czyjaś dłoń zacisnęła się na jej łokciu i obróciła ją gwałtownie.
Temperance pospiesznie schowała butelkę za plecy.
Książę Eccess górował nad nią niczym góra – równie zapierający dech w piersiach, co budzący lęk. Napierał na nią, aż, cofając się, oparła się plecami o twardy regał z książkami. Książę pochylał się nad nią, co najmniej o głowę wyższy, niczym drapieżnik, który wreszcie dopadł swoją zdobycz. Jego spojrzenie było dzikie; oczy mieniły się odcieniami brązu niemal przechodzącego w czerń, błyszczały intensywnością, głodem i pragnieniem, które już wcześniej w nim dostrzegła.
Choć przypierał ją do kąta, Octavius trzymał ręce opuszczone wzdłuż ciała i nie wykonał nawet najmniejszego ruchu w stronę butelki, którą Temperance ściskała za plecami. A przecież jego długie ramiona pozwoliłyby mu bez trudu wyrwać ją jej z rąk. Zamiast tego stał przed nią, a jego spokój budził w niej to samo poczucie bezpieczeństwa, którego doznała w jego ramionach tamtej ciemnej nocy, gdy spotkali się po raz pierwszy.
Temperance starała się nie myśleć. Problem polegał na tym, że wtedy zaczynała czuć, a na to zdecydowanie nie powinna sobie pozwalać. Pochylił się bliżej, wciągnęła w płuca jego cudowny, męski zapach – skóry, drzewa sandałowego i wanilii. Jego usta zbliżały się coraz bardziej, a ona przypomniała sobie ich miękki, zmysłowy dotyk na swoich wargach. Brakowało jej tchu. Cała jej uwaga, całe jej jestestwo skupiło się na ustach.
Nie mogła jednak ulec tym pragnieniom. Nie po raz drugi. Obiecała sobie, że nie pozwoli mu przekroczyć tej granicy.
Gdy jego twarz była już tak blisko, Temperance za plecami mocowała się z korkiem. Na chwilę przed tym, jak ich usta miały się zetknąć, wyciągnęła go z szyjki butelki, odwróciła naczynie do góry dnem i wylała jego zawartość prosto na podłogę.
Pokój wypełnił plusk alkoholu wsiąkającego w dywan oraz ostry zapach drogiego koniaku.
Książę Eccess wydał z siebie gardłowy pomruk i rzucił się, by odebrać jej butelkę, próbując ocalić choć ostatnie krople trunku, lecz było już za późno.
Dopiero wtedy cofnął się o krok, a jego twarz przybrała wyraz desperackiej furii.
– Czy ma pani pojęcie, jak cenny był ten koniak? – wybuchnął. – Musiałem przemycić go z Francji za pośrednictwem kilku kompletnie niewiarygodnych ludzi, ryzykując własną reputację, a pani wylewa go na podłogę, jakby to były pomyje?
– Pański podopieczny przed chwilą wycelował naładowaną broń w Sophie – odcięła się Temperance, a jej dłonie drżały. – Ponieważ nauczył się od pana, że kiedy sprawy się komplikują, działamy, nie zastanawiając się nad tym, kto może ucierpieć. Pan pędzi ulicami z fajerwerkami, on wymachuje pistoletami wśród dzieci. Staje się taki jak pan, Wasza Książęca Mość!
Spodziewała się, że zacznie się spierać, lecz on zamilkł, po czym spuścił głowę i skinął nią powoli.
– Wiem.
Ta nagła uległość, całkowity brak oporu, były w jakiś sposób bardziej rozbrajające niż jakakolwiek kłótnia.
Książę Eccess potrząsnął głową, a gdy ponownie podniósł wzrok, w jego oczach czaiło się coś na kształt nawiedzającego go wspomnienia.
– To po prostu… ta przeklęta pora roku. Boże Narodzenie… To… Nie potrafię…
Temperance zmarszczyła brwi. Nienawidził świąt? Dlaczego? Co takiego go spotkało?
– Nie potrafi pan czego?
Książę Eccess wziął długi, powolny oddech.
– Ma pani rację, panno Fields. Muszę zachować trzeźwość. To moja wina, że James sprawia kłopoty. Stracił rodziców, a ja, zamiast otoczyć go opieką, której tak bardzo potrzebuje, ja… ja uciekałem w alkohol za każdym razem, gdy życie stawało się zbyt trudne. Do diabła, on rozpaczliwie potrzebuje kogoś, na kim może polegać.
Przez chwilę Temperance nie była w stanie wydobyć z siebie ani słowa. Spodziewała się, że wszystkiemu zaprzeczy, że nadal będzie się ukrywał i uciekał od rzeczywistości. Tymczasem wykazał się niezwykłą świadomością własnych słabości, a szacunek, który w niej wzbudził, rozlał się ciepłem po jej piersi.
– Już odmieniła pani te dzieci – ciągnął. – Przed chwilą wyrwała mi pani z rąk butelkę koniaku. Nawet moi najbliżsi przyjaciele by się na to nie odważyli… Proszę mi pomóc, panno Fields. Niech mnie pani trzyma z dala od alkoholu. Byłem przekonany, że jestem wystarczająco silny, by się oprzeć, ale nie doceniłem świąt.
Wciąż nad nią górował, przystojny i onieśmielający, a świadomość, że ten potężny mężczyzna prosi ją o pomoc, przyznając się do własnej słabości i bezbronności, wydawała się wręcz nierealna. Temperance wiedziała, że powierzono jej coś niezwykle cennego.
Czy była w stanie mu pomóc? Czy mogła złożyć taką obietnicę? Co właściwie wiedziała o uzdrawianiu poranionych mężczyzn? Była przecież Szaloną Dziedziczką – kobietą uciekającą z zakładu dla obłąkanych, żyjącą wśród kłamstw, ukrywającą nawet własną tożsamość, opłakującą ojca i życie, które, jak sądziła, miało ją czekać. Jak ktoś tak głęboko skrzywdzony mógł pomóc uleczyć drugiego człowieka?
A jednak ból księcia Eccess poruszał w niej coś głęboko ukrytego, czego nie potrafiła zignorować.
– Pomogę panu – szepnęła.
W jego spojrzeniu zmieszały się ulga, wdzięczność i cień przemożnego pragnienia.
– Panno Fields – wyszeptał ochrypłym głosem, napiętym od ledwie powstrzymywanego pożądania. – Nie ma pani pojęcia, co pani ze mną robi.
Zanim Temperance zdążyła odpowiedzieć, zanim w ogóle zdołała zebrać myśli, jego dłonie ujęły jej twarz, a usta wpiły się w jej wargi. To nie był już ten śmiały pocałunek z ich pierwszego spotkania. To była czysta, niczym nieskrępowana żądza.
Siła tego pocałunku przycisnęła Temperance do regału. Książki posypały się na podłogę, gdy książę naparł na nią swym ciałem. Był natarczywy, zachłanny. Westchnęła przy jego ustach i rozchyliła wargi, niezdolna oprzeć się wzbierającej fali pożądania, która przeszywała całe jej ciało. Zamierzała go odepchnąć, lecz zamiast tego zacisnęła dłonie na połach jego surduta i przyciągnęła go bliżej, otwierając się przed nim bez reszty. Smakował pragnieniem tak nieokiełzanym, że aż kręciło jej się od niego w głowie.
– Doprawdy… – jęknął przy jej ustach. – Nie powinienem…
Ale książę Eccess nie przestał. Jego dłonie zsunęły się na jej talię, palce zacisnęły się na materiale sukni, gdy lekko uniósł ją ku górze, przyciskając Temperance mocniej do regału. Ciężar jego ciała więził ją w miejscu, a ona czuła twardość jego torsu i szybkie, mocne uderzenia jego serca.
I podobało jej się to.
Gdy jego wargi powędrowały ku jej szyi, Temperance bezwiednie odchyliła głowę, a z jej ust wydobyło się ciche westchnienie, jakiego nigdy wcześniej nie słyszała. Zupełnie zatraciła się w tej chwili. Jego usta muskały wrażliwą skórę pod jej uchem, a dłonie błądziły po jej plecach z ledwie hamowaną namiętnością.
– Cudowna – wyszeptał chrapliwie przy jej szyi, a jego oddech był gorący i nierówny. – Każdego dnia, gdy na panią patrzę… umieram z tęsknoty…
Drżące dłonie Temperance powędrowały na jego pierś. Przez aksamit kamizelki czuła szybkie bicie jego serca. Chciała go dotknąć, potrzebowała poczuć go bardziej, lecz tonęła w natłoku wrażeń, przytłoczona gwałtownością jego pragnienia.
Książę znów odnalazł jej usta. Ten pocałunek był głębszy i bardziej zachłanny niż poprzednie. Jedna z jego dłoni wplotła się w jej włosy, rozluźniając starannie upięty kok, druga zaś spoczęła na jej plecach tuż nad talią, przyciągając ją jeszcze bliżej.
– Musi mnie pani powstrzymać – wymruczał przy jej ustach.
Ale Temperance nie potrafiła znaleźć słów. Nie była zdolna myśleć o niczym poza ogniem, który rozlał się w jej żyłach. A kiedy nie odepchnęła księcia, kiedy poddanie się wydawało się tak przyjemne, takie kuszące…
Rozległo się pukanie do drzwi.
Odskoczyli od siebie jak oparzeni, oboje ciężko oddychając. Temperance natychmiast uniosła dłonie do włosów, próbując doprowadzić do porządku zburzoną fryzurę, podczas gdy Octavius stanął przed nią odruchowo, niemal osłaniając ją własnym ciałem. Jego ramiona były napięte jak struny.
Drzwi się otworzyły i książę Enveigh wychylił głowę, próbując zajrzeć ponad ramieniem księcia Eccess. Spoglądał to na przyjaciela, to na guwernantkę, a czoło marszczyło się coraz bardziej. Kąciki ust zacisnęły, zdradzając niepokój… i coś jeszcze. Coś mroczniejszym. Coś, co do złudzenia przypominało zazdrość.
– Znaleźliśmy Jamesa – powiedział. – Twój podopieczny jest bezpieczny.
Ramiona księcia Eccess się rozluźniły, jakby spadł z nich ogromny ciężar.
Oddech Temperance również powoli wracał do normy, choć wargi wciąż ją mrowiły, a całe ciało drżało od emocji.
Chlebodawca posłał jej spojrzenie tak intensywne, że aż ugięły się pod nią kolana – obietnicę dokończenia tej rozmowy, która ponownie roznieciła w niej ogień. Szybko odwróciła wzrok, czując suchość w ustach.
W żołądku już zaczynało ją kłuć poczucie winy. Zachowała się nierozważnie. Powinna była go powstrzymać.
Nieważne. Musiała ukrywać się jeszcze tylko przez trzy tygodnie. Dotąd była tu bezpieczna… Nawet książę Enveigh jej nie rozpoznał. Wystarczyło zachować ostrożność i nie ulec pokusie, którą stanowił książę Eccess.
Choć po tym, co właśnie między nimi zaszło, Temperance nie była już pewna, czy sama ostrożność wystarczy.