Księga łabędzi - ebook
Hipnotyczna powieść jednej z najważniejszych pisarek współczesnych.
Australia, niedaleka przyszłość. Ludność aborygeńska wciąż żyje głównie na kontrolowanym przez rząd wycinku Terytorium Północnego, a środowisko naturalne uległo nieodwracalnym spustoszeniom z powodu zmiany klimatycznej. Pochodząca z wysiedlonej społeczności Oblivia, niema nastolatka, ofiara gwałtu grupowego z rąk nawąchanych benzyny nastolatków, mieszka w jednej z niezliczonych rdzewiejących łodzi na bagnie, które miejscowi dzielą z tysiącami czarnych łabędzi, zmuszonych do przeniesienia się tu z innych części kraju. Opowieść prowadzi nas przez życie Oblivii, aż po małżeństwo z Warrenem Finchem, pierwszym aborygeńskim prezydentem Australii, i wyniesienie do godności pierwszej damy, uwięzionej w podtopionym, osuwającym się w bezprawie mieście na południu kraju.
Księga Łabędzi łączy w sobie wszystkie najlepsze cechy pisarstwa Alexis Wright: głębokie zrozumienie rzeczywistości, w której zmuszona jest funkcjonować ludność aborygeńska, dziką energię i humor, niosące nadzieję nawet w najmroczniejszych chwilach, i wreszcie – doskonale skonstruowaną opowieść, czerpiącą z mitów, legend i baśni, w której oprócz Oblivii Ethylene przewija się cały korowód niezwykłych postaci, takich jak ciocia Bella Donna, Kapitan Zatoki, Czerwona, Mechanik, gadająca małpa o imieniu Rigoletto, trójka dżinnów z doktoratami, i wiecznie obecne w tle, prowadzące nas przez całą historię, łabędzie.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna obca |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368295559 |
| Rozmiar pliku: | 1,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Na poddaszu mojego mózgu mieszka sobie w domku dla lalek dziki wirus. Na rześkim niebie bez końca migoczą nad księżycowo wyboistym ogrodem drobniuteńkie gwiazdy. Obłąkany wirus siedzi sobie na kanapie, jednym okiem łypie zawsze na podwórko, wypatruje intruzów. Zalegający na progu stos nakazów eksmisji w niczym mu nie przeszkadza. Wirus myśli, że jest ostatnim czystej krwi osobnikiem swojego gatunku, jaki w całej krainie pozostał przy życiu. Wszystko inne to mieszańce. Funta kłaków! Nawet nieruchomości jedno z drugim nie ma. Nie do wiary, że mózg naprawdę może się dać wciągnąć w rzyganie złymi wspomnieniami na piękne, spieczone słońcem równiny.
Wewnątrz domeczku wirus produkuje arsenał bardzo niebezpiecznych pomysłów, a jeśli zobaczy gdzieś łopoczącą na wietrze białą flagę, bierze bazookę i przez okno wystrzeliwuje rakiety do mieszkania, w kosmos, na pole, czy jak kto tam sobie nazywa życie. Najbardziej niepokojące w tej fenestralnej palbie jest pytanie, co nam zostanie na koniec i które rozbryzgi różnych prawd, niosących opowieść o łabędziu z kością, przetrwają na tej ziemi.
No więc mój mózg jest równie przeżarty co porzucony gdzieś w krzakach stary, rozwalony Commodore. Jakoś tam sobie radzę. Brnę przez gruzowisko. Proszę bardzo! Oto ja – zygzaczkiem, wężykiem po gorącym asfalcie, na którym nigdy nie ustaje ruch. Oto ja – uciekam przed jazgotem helikopterów, rozcinających gęste, burzowoszare kłęby dymu. Wreszcie rozpoznaję niosący się z oddali monotonny głos. Zbliża się.
_Oblivio!_ Nieziemski głos starej kobiety od łabędzi wyrywa się z gruntu pod moimi stopami, choć ona przecież od lat nie żyje. Tyle czasu minęło, a biała baba dalej woła mnie po imieniu! _Gdzie ta moja mała aborygeńska znajda?_ Imienia brak. Mudunyi? Oficjalnie: Oblivion Ethyl(ene). _Co ty, dziewucho, wyprawiasz?_ – pyta. _Co jak co, ale wychodzić tak do ludzi to ja cię nie uczyłam_. Mierzy mnie surowym wzrokiem. Skórę i kości. Włosy zgolone na gładko nożem tuż przy czaszce. Jestem spalona na tę samą barwę co suche błoto. Biała przygląda się spierzchniętej ziemi. _Nie spodziewałam się, że kiedyś tu wrócisz_ – dodaje. Duch twierdzi, że nadal widzi w niej dziecko, które wydobył kiedyś z wnętrzności starego eukaliptusa, wyglądającego, jakby miał z tysiąc lat. Tylko że to nie jest miejsce dla duchów przybywających skądinąd, wirus bez przerwy szczeka jak stróżujący pies. _Uuba, bubla, bubla!_ Duch starej baby płoszy się jak kocur, co daje ze strachu drapaka – tak ją przeraził zwyrodniały rechot wirusa, niosący się po przypalonym krajobrazie. Mało jej z tego pietra nie wywróci na lewą stronę. Zdążyła jeszcze rzucić parę słów na do widzenia, _Ja wiem, kim ty jesteś_, i już, jak nie czmychnie przez równinę, chwila moment i znika za horyzontem.
Jak się chce takiego wirusa z głowy eksmitować, to nie można pukać do drzwi jego staroświeckiego domku na prerii, kiedy operuje się wyłącznie przebrzmiałym myśleniem, bo on na takie stukanie po prostu nie zareaguje, nie wyjdzie na próg, nie łypnie w słoneczny blask, nie pogada o niczym jak równy z równym, a już tym bardziej nie zacznie wokół ciebie, człowieku, skakać niby jakiś Chubby Checker dla ubogich, stawać na rzęsach i na czym tam jeszcze. Na gościnność też nie ma co liczyć – nawet w najupalniejsze lato – choćby się nie wiem ile stukało, wołało, że cukierek albo psikus, ceremonialnie składało dary na progu czy wpadało w histerię, że nikt nam nie otwiera.
Mogę udowodnić, że mam tego wirusa. Zachowałam wymiętoszony świstek z wynikami badań lekarskich, przeprowadzonych przez największych specjalistów medycyny i nauki. Wszyscy oznajmili, że mam mózg zupełnie wyjątkowy. Znachorzy, też ci z najlepszych na świecie, orzekli, że taki wirus to nie żaden cud, tylko taki biedny, zagubiony i wchłonięty duch, jeden z tych, co dużo rozmyślają o sprawach, które zaszły gdzie indziej na naszej planecie – tyle rozmyślał, że mi się zaplątał w głowie. Lecz podobnie jak nie mogą nic poradzić, kiedy człowiek za dużo wchłonie domowego rumu, kartoniaka czy innego _kamukamu_, tak i w moim przypadku nie ich rolą jest mnie leczyć – tak mi powiedzieli.
Wirus to nostalgia za tym, co zagraniczne, wyjaśnili, albo, jak to mówią Francuzi, _nostalgie de la boue_; choroba wyrosła z kierowania każdej kropli energii w wyobrażony, idealny świat, w którym dźwięczą pieśni o solidarności, jak _We Shall Overcome_. Mój wirus śpiewa głosem niezwykłym, mocno zaciąga, jak Australijczyk cierpiący na syndrom wiecznej izolacji – całe serce sobie wyśpiewuje o krykiecie czy futbolu bez jednej myśli w głowie, jak Harry Belafonte w tej piosence o bananach. No cóż, nic w tym złego. Zdzierał sobie stęsknione gardło ku wszechświatowi innych wirusów, żyjących w zanieczyszczonych mikroskopijnych miastach gdzieś na bagnach mojego umysłu.
Ten skrajnie przegrany, niezadowolony z przymusowego pobytu w cudzym mózgu, zachowywał się tak, jakby wjechał nowiutkim Ferrari prosto w najgorsze slumsy na osyfiałej pustyni w jednym z najsamotniejszych miejsc na świecie i został nagle zmuszony, by całą swoją wysoką kulturę upchnąć w jakiejś szopie. Lekarze uznali to za wyjątkowe zjawisko, za absolutny cud, że nikt poza mną nie skończył z wirusem takim jak ten szajbus, który mi się zaplątał we łbie – a wiedzieli, że tak jest, bo przebadali tysiące wszelkiej maści fundamentalistów. Stwierdzili, że te badania to marnowanie środków publicznych, i na potwierdzenie swojego stanowiska napili się wody z bagna.
Po odkryciu, jak wyrwać się z rzeczywistego wymiaru tego miejsca, tworzyłam sobie iluzoryczne przedwieczne ojczyzny, do których mogłam się zakradać i niszczyć rozległe tereny należące do posiadłości wirusa. Jego domek otaczają teraz górzyste obce kraje, przyduszające jego równiny długim cieniem, a między górami rozlewają się pustynie, po których tułały się miliony spragnionych wędrowców, nad wybrzeżami zaś kotłują się morza, szarpane falami tak wściekłymi, jakby je wzbijał jakiś King Kong, falami jak monstra ryczące tuż u progu. Bez żadnego oporu, nic w ogóle, stałam się cyganką, uzależnioną od podróży w te odległe mirażowe ojczyzny, tylko po to, by zwabić wirusa, ukrytego gdzieś na jego własnym zatłoczonym globie, i przekonać go, by otworzył drzwi. Jakby mnie kto pytał – właśnie tam się to zaczyna. Oto wyprawa po suwerenną władzę nad moim własnym mózgiem.
Ściemniam więc w broszurkach, które wysyłam wirusowi, wyjaśniam w nich, że muszę koniecznie przyjechać z wizytą, że łączą mnie z tymi kontynentami świata mojej wyobraźni więzy krwi, warte, by za nie umierać, i drzewo genealogiczne, rosnące w snach o odległych krainach. To fakt, dodaję, moja ojczyzna rozrosła się tak bardzo, że ciągłe podróże ku jej coraz dalej wysuniętym granicom są koszmarem. Jestem jak Święty Mikołaj, przemierzający niebiosa w jedną noc _mungamba_ pod miliardowy nowy adres, no i po co? Żeby dostarczyć samą siebie, te dobra, których odbiorca może sobie życzy, a może nie. Wirusa zaintrygowała moja wizja przynależenia wszędzie; zapytał, po co podejmuję te wyprawy, zagarniające jeszcze więcej miejsc, od których w jego małym światku robi się już naprawdę tłoczno. Wyjaśniam, że zaczynam podróże lokalnie, płynę przez żółte wody powodziowe, które rozlewają się w jeszcze większe akweny wewnątrz lądu, aż docieram do aluwialnej równiny, karmiącej cieniste ogrody, gdzie mieszkańcy mnie nie znają i chcą wiedzieć, po co do nich przybyłam. Zawsze ruszam dalej.
I tak to podróżuję, napędzana ciekawością, co to znaczy mieć ojczyznę, wędrować dalej w głąb obcych krain, pełnych świętego pyłu i sadów rodzących drogocenne owoce, malutkie i dojrzałe na słońcu, krainy to na wpół zniszczone przez wojnę, to znowu chlaśnięte w twarz brutalnym głodem. Lecz mimo to miejscowi, nawet gdy im niosę w dom podarki, znajdują obok głodu i zmęczenia odwagę, by przepędzić nieznajomą ze swojego raju, i nic ich nie obchodzi, jak daleką drogę przebyła. Liczy się tylko to, że nie jest jedną z nich.
Mówię wirusowi, że jak w domu czułam się raczej w muskającym mi twarz chłodnym powiewie spod łagodnych skrzydeł dzikiego łabędzia, szybującego w wielkiej migracji przez kontynenty nad ośnieżonymi szczytami, niż na tych upiornych rozległych terenach nieopisanej urody, która nie dała mi nigdy żadnej radości. Muszę iść dalej, aż dotrę do tego ostatniego miejsca pod suchym nimbusem z kurzu, gdzie dawno temu czułam, że do czegoś przynależę.
Wirus myśli, że chcę tego, czego on chce – ukryć się w najciemniejszym zakątku jego różowego jak landrynka łóżka, gdzie śpi i śni głęboko w moim chorym umyśle.O ŹRÓDŁACH
Cytaty umieszczone w książce pochodzą z następujących źródeł:
1 _Czarny dziki łabędź, kiedy uwięziony…_ – Robert Adamson, _After William Blake_;
2 _I gęgot słyszę, gdy przewodnik stada…_ – A.B. „Banjo” Paterson, _Black Swans_;
3 _Śnieg, mgła, odciski palców…_ – Bari Károly, _Winter Diary_ (w: _Leopard V: An Island of Sound. Hungarian Poetry and Fiction before and beyond the Iron Curtain_);
4 _Skrzydła bijące jak dzwon pod obłokiem…_ – W.B. Yeats, _Dzikie łabędzie w Coole_, tłum. Ludmiła Marjańska;
5 _Na wodzie, gładkiej aż do skał krawędzi…_; _I, zataczając krzykliwe spirale, odfrunęły…_ – W.B. Yeats, _Dzikie łabędzie w Coole_, tłum. Ludmiła Marjańska;
6 _Rycerz Lohengrin przybył w łodzi…_ – Richard Wagner, _Lohengrin_, Akt 1;Z prozy współczesnej w ArtRage do tej pory ukazały się:
- Verena Kessler _Duchy z miasteczka Demmin_
w tłumaczeniu Małgorzaty Gralińskiej
- Victoria Kielland _Moi mężczyźni_
w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej
- Nona Fernández _Strefa mroku_
w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej
- Aleksandra Pakieła _Oto ciało moje_
- Margaryta Jakowenko _Przemieszczenie_
w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej
- Charles Yu _Ucieczka z Chinatown_
w tłumaczeniu Agi Zano
- Andrea Abreu _Ośli brzuch_
w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej
- Linn Strømsborg _Nigdy, nigdy, nigdy_
w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej
- Mohamed Mbougar Sarr _Bractwo_
w tłumaczeniu Jacka Giszczaka
- Claudia Salazar Jiménez _Krew o świcie_
w tłumaczeniu Tomasza Pindla
- Jessica Au _Mógłby spaść śnieg
_w tłumaczeniu Agi Zano
- Kjersti Anfinnsen _Chwile wieczności
_w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej
- Jonas Eika _Po słońcu
_w tłumaczeniu Macieja Bobuli
- Aleksandra Tarnowska _Wniebogłos_
- Nick Cave _Gdy oślica ujrzała anioła_
w tłumaczeniu Jerzego Łozińskiego
- Sebastian Barry _Tysiąc księżyców
_w tłumaczeniu Krzysztofa Cieślika
- Adda Djørup _Kot Bułhakowa
_w tłumaczeniu Zuzanny Zywert
- Michał Michalski _Gruby_
- Linn Strømsborg _Kurwa, kurwa, kurwa_
w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej
- Santiago Roncagliolo _Noc szpilek_
w tłumaczeniu Tomasza Pindla
- Cristina Morales _Lektura uproszczona_
w tłumaczeniu Katarzyny Okrasko i Agaty Ostrowskiej
- Sebastian Barry _Po stronie Kanaanu_
w tłumaczeniu Katarzyny Makaruk
- Merethe Lindstrøm _Dni w historii ciszy_
w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej
- Marta Hermanowicz _Koniec_
- Aki Ollikainen _Sielanka_
w tłumaczeniu Justyny Polanowskiej
- Chiang-Sheng Kuo _Stroiciel fortepianów_
w tłumaczeniu Katarzyny Sarek
- Jarek Skurzyński _Zły syn_
- Sebastian Barry _Czas starego Boga_
w tłumaczeniu Agi Zano
- Arturo Pérez-Reverte _Szachownica flamandzka_
w tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego
- Michał Trusewicz _Plemię_
- Oliver Lovrenski _Jak byliśmy młodsi
_w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej
- Juan Cárdenas _Diabeł z prowincji
_w tłumaczeniu Katarzyny Okrasko
- Maren Uthaug _11%_
w tłumaczeniu Joanny Cymbrykiewicz
- Brenda Navarro _Prochy w ustach_
w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej
- Karina Sawaryna _Wynik negatywny
_w tłumaczeniu Katarzyny Fiszer
- Arturo Pérez-Reverte _Ostatnia zagadka_
w tłumaczeniu Katarzyny Okrasko
- Sebastian Barry _Tak daleko od domu
_w tłumaczeniu Tomasza S. Gałązki
- Louise Erdrich _Rzeka Czerwona
_w tłumaczeniu Agnieszki Walulik
- John Darnielle _Wilk w białej furgonetce
_w tłumaczeniu Agi Zano
- Natalka Suszczyńska _Wygoda_
- Sebastian Barry _Tymczasowy dżentelmen
_w tłumaczeniu Agnieszki Walulik