-
nowość
-
promocja
Kwiaty Sajgonu - ebook
Kwiaty Sajgonu - ebook
Kolejna na polskim rynku powieść autorki znakomicie przyjętej książki „Góry śpiewają”.
Międzynarodowy bestseller uhonorowany nagrodą She Reads w kategorii „najlepsza powieść historyczna”.
Książka roku wg „Star Tribune”, „Los Angeles Times”, „Cosmopolitan”, „Reader’s Digest”, „The Chicago Review of Books”, „Library Journal”, „Ms. Magazine”, Good Morning America, Amazon, BookPage, Book Riot, The Buzz Magazines, Apple Books i BookBub.
Jeden z najbardziej wyczekiwanych tytułów wg „Sydney Morning Herald”, „Salon”, „nb. magazine” i She Reads.
Poruszająca i trzymająca w napięciu saga rodzinna, pełna tajemnic i ukrytych traum. Opowieść o wszechogarniającej mocy przebaczenia, której akcja rozgrywa się podczas amerykańskiej wojny i we współczesnym Wietnamie.
W 1969 roku siostry Trang i Quỳnh, desperacko pragnące pomóc rodzicom spłacić długi, opuszczają swoją wioskę i zostają dziewczynami do towarzystwa – w sajgońskich barach piją i flirtują z amerykańskimi żołnierzami w zamian za pieniądze. W miarę jak wojna zbliża się do miasta, niewinna Trang rzuca się w wir romansu z młodym i przystojnym amerykańskim pilotem, Danem. Kilkadziesiąt lat później Dan wraca do Wietnamu wraz z żoną Lindą. Ma nadzieję, że znajdzie sposób, by wyleczyć się z zespołu stresu pourazowego. Jeszcze nie wie, że przyjdzie mu też rozliczyć się z ukrytymi tu tajemnicami przeszłości.
W tym samym czasie Phong – syn amerykańskiego żołnierza i Wietnamki – szuka sposobu, by odnaleźć swoich rodziców i opuścić Wietnam. Porzucony, dorastał w sierocińcu, gdzie nazywano go „pyłem życia”, „czarnym amerykańskim imperialistą” i „dzieckiem wroga”. Marzy o lepszej przyszłości dla siebie i swojej rodziny w Stanach Zjednoczonych.
Przeszłość i teraźniejszość zbiegają się, gdy po latach los łączy bohaterów i zmusza ich, by stawili czoła decyzjom podjętym w czasie wojny. Decyzjom, których skutki nie dają im innego wyboru, niż pogodzić się z przeszłością i znaleźć wspólną płaszczyznę porozumienia – ponad podziałami rasowymi, pokoleniowymi, kulturowymi i językowymi.
Pełna napięcia, poetycka powieść, idealna dla czytelników powieści „Pachinko” Min Jin Lee lub „Powrotu do domu” Yaa Gyasi. Opowiada niezapomnianą i pasjonującą historię o tym, jak ci, którzy odziedziczyli traumę, na nowo definiują swoje przeznaczenie – poprzez miłość, stopniowo nabywaną mądrość, odwagę i współczucie.
Nguyễn Phan Quế Mai jest jedną z najbardziej wyjątkowych pisarek naszych czasów. Tworzy fabuły, które pod względem rozmachu i mistrzostwa przypominają dzieła Dickensa, jednocześnie odważnie zgłębiając złożone emocjonalne wyzwania związane z życiem we współczesnym świecie pełnym niepokoju i nieustannych przemian.
Natalie Jenner, autorka międzynarodowego bestsellera „Towarzystwo Jane Austen”
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna obca |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8439-271-3 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Bo świat ma więcej niż cztery strony...
A najważniejszej nie widać.
Kryje się za ludzkimi historiami.
PIĄTA STRONA ŚWIATA to seria powieści, które pokazują świat przez pryzmat ludzkich losów, nierozerwalnie związanych z korzeniami bohaterów i ich miejscem na mapie.
To śmiałe literackie głosy, wypowiadające się w sprawach ważnych, znanych i nieznanych, dalekich i bliskich. Podróże do krajów, w których rozgrywają się ludzkie tragedie, rodzą nadzieje, gdzie bohaterowie walczą o swoje miejsce na ziemi.
To historie, które pozwalają lepiej zrozumieć świat i jego różne oblicza.
W serii:
Caro De Robertis
CANTORAS
BOGOWIE TANGA
PERŁA
NIEWIDOCZNA GÓRA
Nazanine Hozar
ARIA
Barbara Kingsolver
ODYSEJA
Andrea Levy
WYSEPKA
M.L. Stedman
ŚWIATŁO MIĘDZY OCEANAMI
Nguyễn Phan Quế Mai
GÓRY ŚPIEWAJĄDZIECKO WROGA
Hồ Chí Minh, 2016
– Życie jest łodzią – powiedziała kiedyś Phongowi Nhã, katolicka zakonnica, która go wychowywała. – Kiedy odrywasz się od swojej pierwszej kotwicy, matczynego łona, porywają cię niespodziewane prądy. Jeśli potrafisz wypełnić łódź wystarczającą dawką nadziei, współczucia, ciekawości i wiary w siebie, uda ci się przetrwać wszystkie sztormy życia.
Czekając w konsulacie amerykańskim, Phong czuł w dłoniach ciężar nadziei: wniosków o wizę dla siebie, swojej żony Bình, syna Tàia i córki Diễm.
Wokół niego w kolejkach i na krzesłach inni Wietnamczycy czekali na rozmowę z urzędnikami wizowymi, siedzącymi przy kontuarze za szybą. Niejeden spoglądał ciekawie w jego kierunku i Phong czuł na sobie ich palące spojrzenia. Wyobrażał sobie, jak szepczą: „mieszaniec”. Od kiedy pamiętał, nazywano go pyłem życia, bękartem, czarnym amerykańskim imperialistą, dzieckiem wroga. Dawniej obrzucano go tymi etykietami z taką zaciekłością, że wryły się w niego głęboko i nie potrafił ich wyprzeć z pamięci. W dzieciństwie mieszkał z siostrą Nhã w Nowej Strefie Gospodarczej Lâm Đồng. Któregoś dnia napełnił wielkie wiadro wodą z mydłem, wszedł do środka i zaczął szorować skórę drapiącą gąbką z trukwy, żeby zmyć z siebie czarny kolor. Kiedy znalazła go siostra Nhã, z różnych miejsc na jego ciele leciała krew. Nie mógł zrozumieć, dlaczego musiał się urodzić Amerazjatą.
– Nie martw się. Bądź pewny siebie, a wszystko będzie dobrze, _anh_ – szepnęła Bình, wyciągając rękę, i pogłaskała go szorstką dłonią po ramieniu.
Phong skinął głową, uśmiechnął się nerwowo i ścisnął jej palce. Ta dłoń gotowała dla niego, prała mu ubrania i pomagała łatać poszarpane strzępy życia. Podtrzymywała go, nosiła jego dzieci, tańczyła z nimi, zbierała plony na polu ryżowym. Kochał tę dłoń, kochał jej odciski, kochał każdą cząstkę Bình. Obiecał jej, że zabierze ich do Ameryki, i musi spełnić obietnicę. Zabierze ją jak najdalej od wysypiska śmieci, na którym pracowała, zbierając plastik, papier i metal.
Pomachali do niego Tài i Diễm, którzy siedzieli obok Bình. Chociaż mieli dopiero dwanaście i czternaście lat, byli już prawie tego samego wzrostu co matka. Oboje odziedziczyli po niej wielkie oczy i promienny uśmiech, a po nim kolor skóry i kręcone włosy.
– Pamiętajcie, że jesteście piękni – przypomniał im, kiedy szykowali się do pięciogodzinnej podróży autobusem, żeby tu przyjechać.
Powtarzał im to nieustannie, ponieważ wiedział, jak często ludzie patrzą na nich z pogardą. Prawie wszyscy Wietnamczycy preferują jasną skórę.
Tài wrócił do czytania książki. Wykrzywione okulary zsuwały mu się z nosa – metalowe oprawki ledwo się trzymały, sklejone kawałkami taśmy. Phong odnotował w pamięci, żeby ponownie porozmawiać z sąsiadami i zaproponować wyższą stawkę za dzierżawienie ich pola. Na Nowy Rok posadziłby fasolę mung i po żniwach kupiłby synowi nowe okulary, a córce sukienkę. Diễm nosiła stare ubrania po bracie, ale spodnie zrobiły się za krótkie i spod nogawek wystawały kostki.
Przed Phongiem amerykańska urzędniczka wizowa wręczyła właśnie młodej kobiecie niebieski dokument. Doskonale znał ten kolor – oznaczał odmowę. Kiedy kobieta odchodziła od okienka, poczuł wzbierającą panikę.
Usiłował odtworzyć w pamięci wszystko, co ćwiczyli z rodziną. Nauczył się wszystkich prawidłowych odpowiedzi niczym stolarz rzeźbiący w drewnie ptaki i kwiaty, ale teraz miał w głowie pustkę.
– Numer czterdzieści pięć, stanowisko trzecie – rozległo się w głośniku.
– To my – powiedziała Bình.
Idąc z żoną i dziećmi w stronę okienka, Phong nakazał sobie spokój. Dopóki jest przy nim rodzina, nie da się zastraszyć. Będzie walczył, żeby dać Bình, Tàiowi i Diễm szansę na lepsze życie.
Skinął urzędniczce głową, ale kobieta nie odpowiedziała na powitanie. Wyglądała identycznie jak aktorki z amerykańskich filmów: jasne włosy, biała skóra, wysoki grzbiet nosa. Patrzyła w monitor komputera i nie zwracała na niego uwagi. Zerknął na urządzenie, zastanawiając się, jakie skrywa tajemnice. Kiedy pojadą do Ameryki, będzie pracował dzień i noc, żeby kupić takie dzieciom. Tài i Diễm zabrali go kiedyś do miasta, do kafejki internetowej, i pokazali mu, jak działa komputer. Powiedzieli, że może kiedyś będzie wysyłał przez internet wiadomości swoim rodzicom. Ale czy naprawdę doczeka takiej szansy? Nie miał pojęcia, czy jego rodzice w ogóle żyją.
Urzędniczka odwróciła się do niego.
– _Gút mó-ninh_ – powiedział.
Miał nadzieję, że prawidłowo wymówił _good morning_. Wiele lat temu nauczył się trochę podstawowych słów po angielsku, ale znajomość języka wyparowała niczym krople deszczu w czasie suszy.
– _Chào bà_ – dodał, by kobieta nie pomyślała, że posługuje się płynnie jej językiem.
– _Cho xem hộ chiếu_ – odparła.
Mówiła dobrze po wietnamsku, ale Phonga zaniepokoił jej północny akcent. Przypominał mu komunistycznych urzędników, którzy trzydzieści lat temu bili go w obozach reedukacyjnych w dalekich górach.
Ostrożnie wyjął z teczki paszporty i włożył je do pojemnika pod szybą. Żeby je wyrobić, a następnie wypełnić i złożyć wniosek o wizę, oddali agentowi wizowemu, Quangowi, wszystkie swoje oszczędności. Quang przekonywał ich, że w Ameryce nie będą się musieli martwić o pieniądze: miesięczny zasiłek od rządu pozwala na przeżycie.
Kobieta zaczęła przeglądać dokumenty i wpisywać coś na komputerze. Potem obróciła się i kogoś zawołała. Po chwili zjawiła się młoda Wietnamka i wymieniły po angielsku kilka zdań. Phong nadstawiał uszu, ale dźwięki były śliskimi rybami, które przemykały tak błyskawicznie, że nie udało mu się żadnej uchwycić.
– Co się dzieje? – spytała szeptem Bình.
Położył dłoń na jej plecach, żeby ją trochę uspokoić. Wiedział, jak bardzo się denerwowała tą rozmową. Uparła się, żeby przyjechali z rodzinnego miasta, Bạc Liêu, dzień wcześniej i czekali przed konsulatem od czwartej rano.
Wietnamka podniosła na niego wzrok.
– Wujku Nguyễn Tấn Phong, składasz wniosek o wizę na mocy Ustawy o powrocie Amerazjatów do domu?
Jak miło ze strony urzędniczki, że zwróciła się do niego pełnym szacunku tytułem i wymieniła nazwę programu. „Powrót do domu”! Te słowa brzmiały jak świętość. Ich dźwięk drżał mu w piersi. Phong miał prawo wrócić do domu. Do ojczyzny. Poczuł piekące ciepło w oczach. I jak to miło, że kobieta nazwała Amerazjatów _trẻ lai_. Phong zawsze czuł się nieswojo, kiedy ludzie mówili na niego _con lai_, ponieważ _con_ znaczy „dziecko”, „mały” albo „zwierzę”. Nie był zwierzęciem.
– Tak, proszę pani – odparł.
– Porozmawia z panem inny urzędnik. W tamtym pokoju. – Wskazała na prawo. – Pana bliscy powinni usiąść i poczekać na zewnątrz.
Bình pochyliła się bliżej do szyby.
– Mąż nie umie czytać. Czy mogłabym mu towarzyszyć?
– Będę obecna przy rozmowie, żeby mu pomóc – oznajmiła kobieta, odchodząc.
Przestronny, oświetlony jarzeniówkami pokój nie miał okien i Phongowi zrobiło się żal ludzi, którzy musieli tu pracować. Jego dom był skromny, ale nigdy nie brakowało w nim świeżego powietrza. Przez okrągły rok wpadało do środka przez otwarte okna, niosło zapach kwiatów i śpiew ptaków.
Osobą, której współczuł Phong, okazał się siedzący za prostokątnym brązowym biurkiem pulchny biały mężczyzna, ubrany w niebieską koszulę i krawat tego samego koloru.
Kobieta stanęła przy biurku, a Phong usiadł na krześle naprzeciwko. Na ścianie po prawej stronie wisiał duży portret pana Obamy. Kilka lat temu do domu wpadli Tài i Diễm, wołając, żeby z nimi poszedł. Pobiegli do sąsiadów, stanęli przy płocie i przez otwarte okno patrzyli na telewizor, w którym informowano, że pan Obama został wybrany pierwszym czarnym prezydentem Stanów Zjednoczonych.
– Ameryka jest narodem imigrantów – mówił pan Obama, a ludzie wokół niego wiwatowali.
Phong od wielu lat pragnął wyjechać do Ameryki, ale od tej chwili ta myśl stała się jego życiową misją. Kraj głosujący na czarnego prezydenta musi być lepszy niż ten, w którym czarnych ludzi nazywano _mọi –_ „dzikusami” albo „barbarzyńcami”. Pewien właściciel straganu z jedzeniem wybuchnął śmiechem, kiedy Phong przyszedł prosić go o pracę pomywacza.
– Spójrz na swoją skórę – rzucił szyderczo. – Wystraszyłbyś mi tylko klientów. Powiedzieliby, że naczynia będą przez ciebie jeszcze brudniejsze.
Urzędnik za biurkiem wziął do ręki jego paszport.
– Nguyen Tan Phong – przeczytał.
Pominął wszystkie wznoszące się i opadające tony w imieniu i nazwisku Phonga, tak że kiedy je wymówił, znaczyły: „rozproszony podmuch wiatru”, a nie „siła tysięcy podmuchów wiatru”, tak jak chciała siostra Nhã, kiedy nadawała mu imię.
Phong podniósł się z krzesła, a kiedy mężczyzna zaczął coś do niego mówić, znowu próbował uchwycić słowa, ale i tym razem dźwięki przed nim uleciały.
– Proszę podnieść dłoń i przysiąc, że jest pan osobą pochodzenia amerykańskiego i że nie będzie pan kłamał – przetłumaczyła Wietnamka.
Agent Quang przygotował go na to. Phong uniósł dłoń.
– Przysięgam, że jestem _trẻ lai_. Przysięgam, że nie kłamię i że wszystko, co dzisiaj powiem, jest prawdą.
– Skąd pan wie na pewno, że jest pan Amerazjatą? – zapytał mężczyzna, a kobieta przetłumaczyła.
– Z powodu mojej skóry, proszę pana… Od maleńkości nazywano mnie Czarnym Amerykaninem.
– Może pan być z pochodzenia Khmerem.
– Nie, proszę pana. Matki Khmerów nie mają powodu, żeby porzucać dzieci, a ja… wychowałem się w sierocińcu.
– Czy ma pan dowód na to, że jest dzieckiem żołnierza Stanów Zjednoczonych?
– Nie wiem, kim byli moi rodzice, proszę pana. Jestem Amerazjatą, proszę pana. Khmerowie są niscy. Ja mam metr osiemdziesiąt. A moja broda… Khmerowie nie mają takich bród.
Dotknął gęstych włosów biegnących od uszu do brody i porastających prawie całe policzki. Chociaż swędziało czasem nieznośnie, Quang nalegał, żeby Phong zapuszczał brodę co najmniej przez dwa tygodnie przed wizytą w konsulacie.
– Czy ubiegał się pan już wcześniej o wizę imigracyjną za pośrednictwem naszego konsulatu?
Phong zamrugał. Do diabła. Quang zapewniał go, że urzędnicy nie będą drążyć tej sprawy.
– Czy ubiegał się pan już wcześniej o wizę imigracyjną do Stanów Zjednoczonych? – powtórzył pytanie urzędnik.
– Ja… nie pamiętam.
Phong ścisnął w dłoniach teczkę z dokumentami. Dłonie zwilgotniały mu od potu.
– Nie pamięta pan? – Biały mężczyzna pokręcił głową. – Wobec tego odświeżę panu pamięć. Na wniosku wizowym twierdzi pan, że jest to pańskie pierwsze podanie, tymczasem… mam tu pana poprzedni wniosek. – Pokazał dokument.
Phonga przebiegł po plecach lodowaty dreszcz. Papier pożółkł, ale bez trudu dało się rozpoznać młodego mężczyznę na zdjęciu dołączonym do formularza. To był on, z czasów, kiedy sądził, że znalazł sobie dobrą rodzinę. Pełen entuzjazmu i nadziei. Kiedy pan Khuất robił to zdjęcie, Phong wytarł z policzka łzę szczęścia.
– To pana wcześniejszy wniosek o wizę, prawda? – zapytał biały mężczyzna.
Phong wytarł o spodnie spocone dłonie.
– Tak, proszę pana… To było dawno temu.
– Ponad dwadzieścia lat. Proszę mi powiedzieć: dlaczego nie przyznano panu wtedy wizy?
Przyglądał się gładkiemu i błyszczącemu jak lustro blatowi biurka. Rzemieślnik, który wyprodukował ten mebel, wykonał dobrą robotę. Gdyby Phongowi pozwolono wyjechać do Ameryki, udoskonaliłby swój stolarski fach. Za miesięczny zasiłek kupowałby różne gatunki drewna potrzebne do produkcji pięknych mebli, a za zarobione pieniądze wysłałby dzieci do najlepszych szkół. Uwielbiał zapach świeżo ściętego drzewa oraz uczucie, że coś osiągnął. Słyszał, że w Ameryce ludzie mogą osiągnąć wszystko, co sobie wymarzą.
Jeśli jednak wyjawi prawdę, nigdy nie uda mu się wyjechać do krainy marzeń.
– Nie wiem, dlaczego nie dostałem wizy, proszę pana, chyba… chyba nie miałem niezbędnych papierów.
Mężczyzna pokręcił głową.
– W tamtych czasach nie wymagaliśmy wielu papierów. Wizy imigracyjne przyznawano Amerazjatom na podstawie ich wyglądu. Rysy twarzy powinny wystarczyć, żeby dostał pan wizę. Proszę mi powiedzieć, jaki był prawdziwy powód.
Phongowi zaschło w gardle. Najchętniej wyrwałby mężczyźnie z ręki pożółkły papier i podarł go na strzępy. Podarł oszustwo wypisane ręką Khuấta.
Urzędnik zmarszczył brwi.
– Może pan nie zdawać sobie sprawy, że o tym wiemy… ale według naszych danych próbował pan zabrać ze sobą obcych ludzi, twierdząc, że są pańską rodziną.
Te słowa przygwoździły go do ziemi. Nie mógł się ruszyć. Nie mógł podnieść głowy.
– Wujku Phong, musisz coś powiedzieć – odezwała się Wietnamka. – Musisz się wytłumaczyć.
Phong przycisnął do piersi teczkę z dokumentami. Kłuła go w sercu tęsknota za żoną i dziećmi. Musi walczyć o prawo zawiezienia ich do Ameryki.
– Jestem analfabetą, proszę pana. Dokumenty przygotowali mi Khuấtowie. Obiecali mi pomóc w Ameryce, jeśli ich ze sobą zabiorę. Byłem młody i głupi, ale w tamtych czasach wielu Amerazjatów robiło tak samo.
Poczuł w gardle rosnącą gulę.
– Próbując zabrać ze sobą obcych ludzi, nadużył pan dobrej woli naszego rządu. Złamał pan prawo. – Mężczyzna patrzył mu w oczy. – Żebyśmy ponownie rozważyli pański wniosek o wizę, musi nam pan przedstawić niezbity dowód swojego pochodzenia. Nie wystarczą rysy twarzy.
– Dowód? Jaki dowód, proszę pana?
– Dowód, że jest pan w istocie synem amerykańskiego żołnierza. Na przykład kartotekę służby wojskowej pańskiego ojca oraz wyniki testu DNA.
– DNA? – powtórzył Phong.
Słowo nie brzmiało jak wietnamskie. Może kobieta niewłaściwie je przetłumaczyła?
– Istnieją badania genetyczne nazywane testem DNA – wyjaśniła. – Mogą wskazać pana biologicznych rodziców.
Phong rozmawiał z wieloma ludźmi o poszukiwaniu rodziców, ale nikt mu dotąd nie wspomniał o testach DNA. Już miał zapytać, gdzie mógłby zrobić taki test, kiedy mężczyzna dodał:
– Jeśli ma pan amerykańskiego ojca, musi go pan odnaleźć, a następnie razem z nim przedstawić wyniki DNA, żeby wykazać pokrewieństwo.
– Mówi pan, że muszę najpierw odnaleźć swojego ojca? Jeśli pozwolicie mi pojechać do Ameryki, będę mógł go odszukać.
Wiedział, że to wielki kraj, ale słyszał też, że w Ameryce wszystko jest możliwe.
Urzędnik sięgnął po niebieski arkusz.
– Proszę pana… moje dzieci nie mają w szkole żadnych przyjaciół – dodał Phong. – Koledzy z sąsiedztwa nie chcą z nimi rozmawiać. Nie mają tutaj szans. Proszę…
Pokazał mężczyźnie zdjęcie Tàia i Diễm, zrobione przed wejściem do ich domu. Uśmiechali się na nim nieśmiało, pochyleni do siebie głowami. Nie było to całkiem prawdą, że nie mieli żadnych kolegów, ale musiał coś zrobić, żeby jego prośba zabrzmiała bardziej przekonująco.
Mężczyzna zignorował fotografię, wziął do ręki niebieski dokument, podpisał go i położył przed nim na stole. Patrząc na niezliczone wydrukowane słowa, Phong skrzywił się i odwrócił wzrok. Siostra Nhã próbowała go nauczyć czytać, ale pismo budziło w nim lęk. Zamknął oczy, pokręcił głową i oddał dokument kobiecie.
– Proszę, co tu jest napisane?
Kobieta odchrząknęła.
– „Konsulat Stanów Zjednoczonych w Hồ Chí Minh z przykrością informuje, że po przeprowadzeniu osobistej rozmowy kwalifikacyjnej Pana wniosek o przyjęcie do programu dla Amerazjatów nie spełnił kryteriów wyszczególnionych w sekcji 584 ustawy publicznej 100-202, zmienionej przez ustawę publiczną 101-167, ustawę publiczną 101-513 oraz ustawę publiczną 101-649, znaną jako Ustawa o powrocie Amerazjatów do domu. Jeśli w przyszłości będzie Pan mógł przedstawić nowe dowody na poparcie swojej prośby o przyznanie statusu Amerazjaty, Pana wniosek zostanie ponownie rozpatrzony. Aby otrzymać wizę Amerazjaty, należy udowodnić urzędnikowi konsulatu, że Pana ojcem był żołnierz Stanów Zjednoczonych. Mieszane pochodzenie samo w sobie nie wystarcza do przyznania powyższych uprawnień”.
Oddała mu dokument.
– Fakt, że złożył pan fałszywe podanie, może pana na zawsze zdyskwalifikować w tej kwestii – oznajmił mężczyzna. – Nie wiem, jakie ma pan szanse… ale jeśli zdobędzie pan dowód, proszę go nam przysłać. Do widzenia.
Do widzenia? Nie, jeszcze nie. Phong zrobił krok naprzód.
– Proszę pana, ja bardzo przepraszam, że popełniłem błąd, jestem teraz innym człowiekiem…
Mężczyzna podniósł dłoń.
– Kiedy będzie miał pan dowód, proszę go do nas przysłać. Do widzenia – powtórzył.POWRÓT DO KRAINY STRACHU
Hồ Chí Minh, 2016
– Proszę państwa, rozpoczynamy lądowanie. Proszę zapiąć pasy i wsunąć bagaż podręczny pod siedzenie z przodu albo do schowka nad fotelem.
Dan wziął głęboki oddech i przycisnął nos do zimnej szyby, żeby popatrzeć w dół.
– Widzisz coś? – spytała Linda, zaglądając mu przez ramię.
– Za dużo chmur.
Odchylił się na oparcie, żeby mogła wyjrzeć przez okno.
– Zaraz będziemy na miejscu. – Uśmiechnęła się i ścisnęła go za rękę.
Skinął głową i pocałował ją we włosy. Ich brzoskwiniowy zapach podnosił go na duchu. Nie dałby rady zrobić tego bez niej. Przysięgał sobie, że nigdy więcej tu nie wróci.
Z hukiem silników samolot przedzierał się przez grubą warstwę chmur. Linda przerzucała błyszczące kartki „Heritage”, magazynu wietnamskich linii lotniczych. Oglądała zdjęcia pięknych willi wzniesionych pośród bujnej zieleni na szczycie wzgórza, otoczonych białymi, piaszczystymi plażami i błękitnym morzem. Oboje dorastali w małych ciasnych mieszkaniach i Dan doskonale rozumiał jej fascynację. To właśnie dlatego została agentką nieruchomości. Zamiast jednak ulec pogoni za pieniądzem, angażowała się w projekty mające na celu finansowanie zaliczek na nowy dom lub wynajdywanie mieszkań i domów za przystępny czynsz. Dla weteranów – z Wietnamu, Afganistanu, Iraku.
– Tak wielu z tych ludzi jest bezdomnych – powiedziała kiedyś.
Dan ją za to kochał.
Za oknami samolot nadal spowijały chmury. Gęstniały i napierały. Ciemność poruszyła coś, co tkwiło w nim głęboko ukryte. Dawny strach. Jego ciało stężało. Spojrzał w kierunku wyjścia awaryjnego. Dwa kroki. Jeden skok.
Podczas odprawy na lotnisku podszedł do pracownika wpuszczającego pasażerów na pokład.
– Przepraszam, potrzebuję miejsca przy wyjściu awaryjnym.
– Słucham?
Pokazał swoją legitymację weterana. Mimo to mężczyzna pokręcił głową.
– Wszystkie miejsca przy wyjściach awaryjnych są zajęte.
Dan nachylił się do niego i wycedził przez zaciśnięte zęby:
– Niech pan posłucha: albo usiądę przy wyjściu, albo nie polecę w ogóle.
Cieszył się teraz, że udało mu się wywalczyć odpowiednie miejsce i miał wyjście awaryjne przed sobą, a nie za plecami.
Nabrał powietrza w płuca, żeby się uspokoić. Po kilku chwilach zrozumiał, jakie to było niemądre – ta cała scena, którą urządził z powodu wyjścia awaryjnego. Dlaczego wiecznie odgrywa stereotypowego weterana z zaburzeniami psychicznymi? Co właściwie zamierzał zrobić? Rzucić się do drzwi i wyskoczyć w powietrzu?
Właśnie nakładał słuchawki, żeby posłuchać uspokajającej muzyki, gdy nagle samolot zanurkował w dół. Wśród pasażerów rozszedł się szmer. Dan uderzył głową o oparcie i zacisnął dłonie na poręczach. Miał wrażenie, jakby fotel pod nim zniknął. Zalała go fala gorąca, Airbus tracił wysokość. Za szybko. Z ogłuszającym dudnieniem samolot podskakiwał w turbulencjach, aż dygotała kabina.
Kapitan przez głośniki nakazał pasażerom zapięcie pasów.
Maszyną nadal gwałtownie rzucało.
Dan czuł w środku, jak od dawna uśpiony strach zwija się i rozwija niczym wąż.
Zamknął oczy i nagle znowu siedział w kabinie wojskowego śmigłowca, a chmury za oknem zamieniały się w baldachim wietnamskich drzew. Wirowały za szybami jak oszalałe.
– Niecałe pół metra dla wirnika po prawej! – krzyczał w słuchawkach Hardesty.
W poszyciu błyskał ogień z AK-47. Rappa odpowiedział swoim M-60. Odrzut wstrząsał jego barkami. Na kadłubie brzęczały pociski z kałasznikowa. Kula wyryła otwór w pleksiglasowej szybie tuż nad głową Dana.
– Ostrzeliwują nas! Na dziewiątej! Silny ostrzał! Na dziewiątej! Na północnym obrzeżu! – wrzasnął McNair do VHF wysokim, histerycznym głosem, który nagle zmiękł.
– Dan? – Czyjaś dłoń poklepała go po policzku. – W porządku?
Otworzył oczy. Pasażerowie śmiali się z ulgą. Turbulencje się skończyły. Dan zamrugał, ze złości i wstydu zapiekły go policzki.
Potrząsnął głową, żeby odgonić sprzed oczu obrazy załogi śmigłowca. Ale wszyscy oni żyli w jego umyśle: strzelec pokładowy przy drzwiach, Ed Rappa, żegnający się znakiem krzyża i całujący ziemię po każdej misji; dowódca oddziału, Neil Hardesty, żujący gumę z otwartymi ustami; drugi pilot, Reggie McNair, sprawdzający swoje szczęśliwe dziurawe skarpety, które zawsze wkładał na misje. Chciałby im powiedzieć, jak bardzo mu przykro.
Czemu zginęli, a on przeżył? Od czterdziestu siedmiu lat zadawał sobie to samo pytanie niezliczoną ilość razy.
– Hej… potrzebujesz tabletek?
Na czole Lindy pogłębiły się wiecznie obecne bruzdy. W ciągu czterdziestu pięciu lat ich małżeństwa Dan przyczynił się do wielu zmarszczek widocznych na jej twarzy. Napady gniewu, które szybko zamieniały się w niekontrolowany szloch. Zaniki pamięci. Koszmary senne. Upiory wojny.
– Nie trzeba, dziękuję.
Do oczu nabiegły mu łzy. Otoczył Lindę ramieniem, przyciągnął ją do siebie. Była jego opoką.
– Mam je tutaj, gdybyś ich potrzebował. – Wskazała swoją torebkę leżącą na podłodze pod fotelem.
Skinął głową i spojrzał z upragnieniem przez okno, żeby zobaczyć ziemię. Niczego na świecie nie pragnął bardziej, niż wysiąść z tego samolotu. Kiedyś, dawno temu, uwielbiał dreszczyk latania, poczucie nieskrępowanej wolności i możliwości bez granic.
W wieku dziewiętnastu lat wstąpił do wojska i złożył podanie o przyjęcie na pilota, chociaż nie wierzył, że ma na to szanse. Wielu jego przyjaciół przeszło już pobór albo dostało wezwanie, więc było tylko kwestią czasu, kiedy i na niego przyjdzie pora. Wymyślił sobie, że jeśli wstąpi do wojska, będzie mógł podróżować, a po odbytej służbie pójdzie na studia. Kiedy dostał zawiadomienie, że ma się przygotować na ośmiotygodniowe szkolenie podstawowe, potem miesiąc zaawansowanego dla piechoty, po którym zostanie wysłany na dziewięć miesięcy szkolenia lotniczego, zaczął krzyczeć z radości tak głośno, że mama upuściła durszlak z makaronem na obiad. Spytała, co się stało, a on przeczytał jej list. Wyjaśnił, że przeszedł wiele testów sprawdzających predyspozycje do latania i ku własnemu zdumieniu je zdał. Oficer rekrutacyjny przyznał, że armia pilnie potrzebuje w Wietnamie pilotów śmigłowców, ale Dan sądził, że będzie wielu lepszych od niego.
Mama nie chciała, żeby jechał na wojnę, powiedziała, że może tam zginąć, ale on odparł, żeby się nie martwiła, bo Bóg go ochroni. Jak wielu dziewiętnastolatków miał się za niezwyciężonego. Wystarczył miesiąc w Wietnamie, żeby się pozbył złudzeń. Kiedy skończył służbę, miał zaledwie dwadzieścia trzy lata, ale czuł się jak sześćdziesięciolatek. Obcowanie ze śmiercią odarło go z młodości.
W głośniku rozległ się komunikat. Kobiecy głos mówił po wietnamsku. Dan zamknął oczy, skupiając uwagę na wznoszących się i opadających frazach. Tak lirycznych, że brzmiały jak piosenka. Jak kołysanki, które śpiewała mu Kim.
Coś zabrzmiało znajomo. _Xin vui lòng_. Czy to znaczy „proszę”? Przed wyjazdem próbował odświeżyć znajomość języka, ale efekt był mizerny.
Linda odpięła torbę, wyjęła słoiczek z kremem i wsmarowała go w twarz. Pomalowała usta różową szminką, swoim ulubionym kolorem. W tym roku kończyła sześćdziesiąt sześć lat, ale za każdym razem, gdy na nią patrzył, nadal widział kobietę, w której się zakochał. Chodzili razem do liceum i zwrócił na nią uwagę w trzeciej klasie. Do dziś pamiętał, jak biegała po boisku do koszykówki z twarzą poczerwieniałą z determinacji, pamiętał jej śniade nogi szybujące w powietrzu, gdy wyskakiwała do piłki. Cieszył się, że w tej samej drużynie grała jego młodsza siostra, Marianne. Mógł chodzić na mecze Marianne i obserwować Lindę.
– Dość tego – rzuciła żona kilkanaście miesięcy temu, kiedy się rozpłakał, oglądając w wiadomościach relacje z wojny w Iraku i Afganistanie. – Szczerze mówiąc, powinnam to była powiedzieć już wiele lat temu. – Pokazała mu czek z prowizją za sprzedaż jakiegoś mieszkania. – Chcę, żebyśmy za te pieniądze polecieli tam i raz na zawsze rozprawili się z twoimi problemami.
„Powinnam to była powiedzieć już wiele lat temu”. Nie musiała dodawać, że ta podróż zadecyduje o tym, czy ich małżeństwo przetrwa – Dan wyczuł to w jej głosie. Linda zasługiwała na szczęście, ale wiedział, że powrót do Wietnamu oznacza prawdziwe piekło. Ożyją wszystkie złe wspomnienia. Mimo to był jej to winien, musi zmierzyć się ze swoimi demonami. Zaręczyli się, zanim wyjechał do Wietnamu, i Linda czekała na niego do momentu, aż wrócił. A potem wytrwała przy nim czterdzieści pięć lat, pomimo wszystkiego, co przeszli. Ale co by było, gdyby poznała prawdę o Wietnamie? O Kim?
Wyjął z jej torebki paszport i drżącymi palcami zaczął przerzucać kartki.
– Gdzie ona jest, do diabła?
– Co?
– Wiza.
Linda pokazała mu stronę z błyszczącą czerwoną pieczęcią.
– Tu jest, widzisz? Wszystko z nią w porządku.
Dan pokręcił głową. Wietnam rozstrajał go tak, że nie potrafił nad tym zapanować.
– Och, o mało nie zapomniałam.
Puściła do niego oczko i wyjęła z portmonetki dwudziestodolarowy banknot. Wsuwając go między kartki paszportu, wyjaśniła, że poradzili jej to znajomi Wietnamczycy, Duy i Như. Dawno nie byli w Wietnamie, bo, jak powiedzieli, komuniści odebrali im ojczyznę, ale widocznie swoje wiedzieli.
Chodzili razem z Lindą do kościoła, który zbierał koce, ubrania, zabawki i jedzenie dla wietnamskich uchodźców, kiedy pod koniec lat siedemdziesiątych przypłynęli do Stanów jako „ludzie z łodzi”. W każdą niedzielę spotykała się z nimi na mszy; Dan natomiast od dawna nie bywał w kościele. Od czasów Wietnamu uważał, że Bóg ma niewielką władzę nad światem, który tak bardzo uwielbia wojnę.
Chociaż Dan kochał żonę z całego serca, zastanawiał się, czy nie popełnił błędu, zabierając ją ze sobą w tę podróż. Rok temu Bill i Doug proponowali mu, żeby poleciał z nimi. Ale nie mógł. Teraz zdał sobie sprawę, że może lepiej było wrócić do tego kraju z dawnymi towarzyszami broni. Oni rozumieli, co Dan czuje, czego się boi. Kiedy teraz podchodzili z Lindą do lądowania, stwierdził, że nie przygotował się należycie do tej wyprawy. Odwiedził bibliotekę publiczną w Seattle i pobliską księgarnię i naznosił do domu sterty tomów napisanych przez wietnamskich autorów. Przez wiele lat czytał książki amerykańskich żołnierzy, aby zrozumieć to, czego doświadczał, i utwierdzić się w przekonaniu, że nie był w tym osamotniony. Ale dopiero wietnamska literatura otworzyła mu oczy. Największe wrażenie zrobił na nim _Smutek wojny_ Bảo Ninha, jego dawnego wroga. Czytając tę powieść, miał wrażenie, jakby patrzył w krzywe zwierciadło. Bez najmniejszego trudu mógł się wcielić w postać weterana z Wietnamu Północnego, Kiêna. Tytuł książki mówił sam za siebie. Kiedy opowiedział o niej znajomym z armii, zdziwili się, że wybiera książki napisane przez kogoś, kto kiedyś próbował go zabić. I kogo on sam starał się unicestwić. Lecz Dan pragnął zrozumieć ludzi, których w czasie wojny jego rodacy pozbawili ludzkich cech. Szukając ich człowieczeństwa, starał się odzyskać swoje.
W ciągu kilku pierwszych lat po jego powrocie z Wietnamu Linda próbowała go wypytywać o to, co widział i jak było na wojnie. Odpowiadał, że nie chce o tym rozmawiać. Potem, pewnej nocy w 1983 roku, przyśniło mu się, że atakują go ludzie Wietkongu. Skoczyło na niego kilku żołnierzy. Szamotał się z jednym, zaczął go dusić, dopóki nie usłyszał charczącej i kaszlącej Lindy. Obudził się z dłońmi zaciśniętymi na szyi własnej żony.
Odeszłaby od niego, gdyby następnego dnia z samego rana nie zadzwonił do psychiatry, żeby się umówić na wizytę. Aż do tego momentu nie chciał się na to zgodzić. Bał się, że zdiagnozują u niego zaburzenia psychiczne, przez które utraci wiele uprawnień, łącznie z prawem jazdy. Doktor Barnes zwrócił uwagę, że nie jest jedynym weteranem z podobnymi problemami, i zaproponował mu udział w czymś, co nazywał tajemniczo Grupą 031. Nazwa miała zapewnić uczestnikom anonimowość. Dan cieszył się z tego enigmatycznego określenia, ponieważ nie zamierzał nikomu mówić o tym, że chodzi na grupową terapię stresu pourazowego. Tam poznał Billy’ego i Douga. Po wielu wizytach u lekarzy i spotkaniach w Grupie 031 poczuł się lepiej, mimo to przez wiele lat Linda nie chciała z nim spać w jednym łóżku.
Podczas wspólnej sesji z doktorem Barnesem poznała kilka szczegółów z jego wojennych przeżyć, ale nadal nie wiedziała o najważniejszych. O Kim. O zabitych członkach załogi. O dzieciach w szkole, których krew na jego oczach wsiąkała w ziemię. W lepsze dni potrafił nawet przekonać siebie, że żadna z tych rzeczy się nie wydarzyła.
Niedawno na spotkaniach grupy wsparcia dla żon weteranów Linda poznała doktor Edith Hoh, której mąż również służył w Wietnamie. Nazywała ją Doktor E i nalegała, żeby spotkali się z nią przed wylotem. W czasie wizyty Hoh stanowczo zachęcała ich do tej wyprawy. Powiedziała, że razem z mężem pojechali do Wietnamu kilka lat temu i znacząco im to pomogło. Zaproponowała, żeby porozmawiali o swoich uczuciach i oczekiwaniach wobec tej podróży. Poradziła, żeby po przyjeździe dali sobie czas na oswojenie się z emocjami i nie robili niczego na siłę, zwłaszcza na początku. Zapisała im na wizytówce swój numer domowy.
– W razie kryzysu dzwońcie do mnie bez względu na godzinę.
Samolot szybko zniżał lot i kiedy wyłonili się z pułapu chmur, Dan spojrzał w dół. Pola ryżowe. Minęło całe życie, a te pola nie straciły swojego szmaragdowego koloru. Nadal połyskiwały jak noże, kiedy słońce uderzyło w tę szachownicę podmokłych luster. A rzeki pełznące przez tę zieleń nadal wyglądały jak jadowite węże.
Zza jego pleców wyjrzała Linda.
– Och, jak tu pięknie.
Stopniowo w polu widzenia pojawił się Sajgon, obecnie przemianowany na Hồ Chí Minh. Dawna, znajoma linia horyzontu miasta stała się całkiem obca; przerywały ją wieżowce błyszczącego szkła, a widok z lotu ptaka przecinały szerokie, zakorkowane ulice.
– Spójrz tylko na te wysokościowce. – W głosie Lindy brzmiał zachwyt.
Miał ochotę opowiedzieć jej o słupach dymu, które kiedyś wznosiły się stąd w niebo, o świszczących rakietach nadlatujących nad miasto, o flarach rozświetlających noc, o żebrakach ulicznych bez rąk i nóg, ale bał się przywoływać te wspomnienia.
Rozglądał się, szukając lotniska Tân Sơn Nhứt, nazywanego teraz Tân Sơn Nhất. Tutaj właśnie stacjonował. Początkowo przydzielano mu tylko wypady z celebrytami i innymi grubymi rybami na coś, co trudno nazwać inaczej niż loty widokowe.
– Wielu zostaje wezwanych, ale wybrani tylko nieliczni, żołnierzu – powiedział mu starszy sierżant. – Ukończyłeś szkolenie na pierwszym miejscu i dobrze wychodzisz na zdjęciach, a oni takich lubią. Więc bądź wdzięczny losowi.
Kiedyś wiózł nawet słynnego hollywoodzkiego aktora do bazy artyleryjskiej. Jego dowódca i pozostali członkowie załogi byli zachwyceni, ale dla Dana obecność aktora wizytującego jednostkę wojskową nasiliła tylko dziwne wrażenie, jakby brał udział w filmie wojennym, a nie prawdziwej wojnie. Oczywiście cieszył się, że nie wysyłają go na front, ale miał też wyrzuty sumienia i korciło go, żeby sprawdzić się w ogniu walki. Uważał, że na tym polega sens obecności w Wietnamie.
W końcu przydzielono go do plutonu śmigłowców transportowych. Pilotował helikopter Bell UH-1D/H – czyli popularnego Hueya – i brał udział zarówno w natarciach, jak i misjach transportowych: przewoził dostawy żywności, amunicji i żywych żołnierzy na front, a czasami rannych i martwych żołnierzy z rejonów walk. Nie miał pojęcia, do jakiego stopnia te misje na zawsze odmienią jego życie.
Przed jego oczami rozciągało się lotnisko Tân Sơn Nhất. Wyglądało obco i kamień spadł mu z serca. Wszystko się tu zmieniło. Niepotrzebnie się martwił. Był teraz zwykłym turystą, ślamazarnym Amerykaninem z saszetką u pasa i żoną pstrykającą zdjęcia uchwytem do selfie. Nikt nie musi wiedzieć, że jest weteranem wojennym.
Patrzył, jak stewardesa siedząca naprzeciwko niego pochyla się i poprawia swoją _áo dài_, __ i znowu __ zalała go fala wspomnień. Kim często nosiła taką sukienkę – z miękkiej tkaniny spływającej do kolan, z wysoką stójką wokół szyi. Pewnego dnia wiele lat temu leżał na łóżku i podziwiał, jak w białej _áo dài_ szykowała się na buddyjską ceremonię w pobliskiej pagodzie. Przeprowadzili się właśnie do mieszkania, które dla niej wynajął. Stała przy oknie, a jej dłoń z grzebieniem spływała po rzece włosów. Zdumiewał się ironią goszczącego go kraju: jego pięknem i gracją pośród rozgrywającej się grozy.
– Hura, jesteśmy na miejscu! – oznajmiła Linda, kiedy kołujący samolot w końcu się zatrzymał.
Dan ścisnął czoło. Starał się wymazać Kim ze swojego życia. Spalił wszystkie jej zdjęcia. Usiłował przekonać siebie, że była tylko snem, duchem. Ale we wspomnieniach pozostała uparcie prawdziwa, a teraz wychodziła mu naprzeciw w mieście, w którym się poznali.
Znów zobaczył jej piękną osiemnastoletnią twarz. Jej brązowe oczy. Jej łzy.