Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Le ka le ki - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
17 czerwca 2026
28,00
2800 pkt
punktów Virtualo

Le ka le ki - ebook

Czekałem na rozwój zdarzeń… z braku lepszego określenia: jak mysz pod miotłą. Chociaż moje ciało zostało rozerwane na strzępy, wciąż tliła się świadomość. Powoli zaczynała mi uwierać, mojemu duchowi zaczęły kleić się oczy. Myślę, więc jestem… majaczyło w ciemnościach. Sytuacja klarowała się sama – oto muszę przestać rozumować.
Fragment powieści

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna polska
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68768-37-4
Rozmiar pliku: 568 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Słońce zdaje się być rozlane, wszędzie też jest rozlane, a przecież nie wylało się do cna.

To bowiem rozlanie jest jego promieniowaniem¹.

#1

Nauczyłem się już odsiadywać czas w pociągach. Pięć godzin nie wydawało się większym nadwyrężeniem, chociaż odszczekam to zapewne za kilka miesięcy, gdy letnie powietrze duchotą opadnie na zatłoczone wagony. Czytałem książkę, słuchałem muzyki, wpatrywałem się w mijane obrazy za oknem – i tak w kółko. Czułem się bezpieczny w ogrzanym pociągu, pędzącym cicho i miarodajnie postukującym na torach, wypełnionym zmęczoną ciszą pasażerów. Mogłem odpocząć. „Gdy jestem w podróży, to nie jestem nigdzie”. Bezimienny pasażer w pociągu-widmo. W ruchu nie muszę się jeszcze martwić kłopotami czekającymi mnie na miejscu, ale _mogę_ to robić. Ten modalny przeskok mnie trochę odprężał. Medytuję, zdjąłem okulary.

Raz na kilka książek znajdzie się taka, która porusza we mnie głębsze struny. Muszę wtedy co rozdział odłożyć ją na bok i przez chwilę kontemplować z zamkniętymi oczami, przyswoić treść, dostroić własne emocje i postrzeganie. Moja pociągowa lektura okazała się taką pozycją. Jej słowa zapadły się w głębię mojej duszy jak kamień wrzucony do studni, wsłuchiwałem się w moment, gdy uderzy dna. Czułem się nieswojo, musiałem wielokrotnie czytać rozdziały na nowo. Odkrywałem na nowo to, co już o sobie wiedziałem, odkurzałem zakamarki umysłu. Derealizacja? Bardzo to niemądre, w końcu większość z nas przeżywa życie, nie utożsamiając się z nim zbytnio. Czy to ja jestem tam, w tamtym świecie ukrytym za papierem, czy jestem w pociągu i słucham chrapania współpasażerów? Z nawyku próbowałem odgarnąć włosy, moja ręka natrafiła na próżnię, zapomniałem, że wczoraj ściąłem się na krótko. Czułem wzrastający niepokój... Ach, to te _modalne_ kłopoty, te głupie, urojone sprawy czekające mnie na miejscu, ta ruchliwa śmierć. Gdy już zsiądę z żelaznego konia, one zmienią się w niepokojąco kanciastą deontologię. „Koniecznym jest, że...”. Póki co, mogę czytać i sapać do woli, pić herbatę z termosu i wgapiać w ciągnący się za oknem pejzaż łąk i pól, nieużytków i sosnowych monokultur. Sprawiać wrażenie, że jestem na tyle ważny, że jadę gdzieś, gdzie mnie chcą – że w moim życiu jest coś, do czego warto wracać. Nad mijaną właśnie łąką koniczyny unosiła się pajęczyna rannej mgiełki, stado saren pasło się przy lesie w oddali. Blade słońce wisiało jeszcze nisko na wschodzie, wahało się, stało w rozkroku. Sarny podnosiły łby i patrzyły na krótką wstęgę pociągu, niezaaferowane, tak samo jak ja patrzyłem na ich niknącą już w oddali grupkę. Podniosłem książkę, opuściłem książkę, jakbym salutował sytuacji. Muszę przestać uciekać od świata, to jest zły nawyk, nikomu nigdy nie pomógł i każdy wychodził ze swojego ukrycia z taką samą nauczką. To już nudne, oklepane, _to już było_. Jestem tutaj, jestem Sobą i nigdy nie będę nikim innym, muszę to zapamiętać. Zakuć, zdać, zapomnieć. Włosy odrosną, a jak nie, to też dobrze, to tylko ohydnie biologiczne włókienka. Odepchnąłem od siebie książkę ze strachem, że mnie pogrąży zupełnie w swojej obietnicy posiadania innej twarzy. Muszę się skupić na rzeczach namacalnych, bo inaczej...

* * *

Mam dość smutku. Wszystkie filmy, jakie oglądam, są smutne. Wszystkie książki są smutne. Przerażająco, koszmarnie nierealistyczne, smutne, smutne, smutne. I całe moje życie jest jedną wielką książką, filmem. Inaczej nie umiem na to patrzeć, wyobrażać sobie tego w inny sposób. Moja rzeczywistość jest tylko przerwą między jednym seansem a drugim i tylko dla tych seansów żyję, bo żyć naprawdę nie umiem. Gram samego siebie, jakby na koniec, gdy już umrę, miały przelecieć mi pod powiekami napisy końcowe. Ostatnia książka... Już na drugiej stronie znalazłem zdanie – „Szczęśliwy? Co za bzdura!”². I bardzo mnie to zafascynowało, bo ja to ja, to ja byłem tam, wcale nie tu, wcale nie we własnym ciele i świecie. Przyniosło mi to ulgę, ale po tej lekturze, nawet niekoniecznie wiedzieć dlaczego (śmieszne! – dobrze wiedziałem dlaczego; i wy, kochani moi, również wiecie), zacząłem coraz to bardziej intensywnie myśleć o śmierci. A gdy myślę o śmierci, chce mi się drzeć skórę z twarzy, chcę wypluć z siebie to, co śmiertelne i grać wiecznie jako aktor, jedyny aktor jednego dnia, jednej sceny, ale w kółko i w kółko, aż do...

Nie myśl o śmierci. Boję się jej chorobliwie, tak bardzo strasznie boję się pustki i niczego, niczego po drugiej stronie. Ale po tej stronie też niczego nie ma. Jedno życie, jedna świadomość, jedno ciało i imię to za mało. Pragnę wszystkiego. A myśli to jedyne, co mam, dlatego myślę i myślę, aż do momentu, gdy zaczynam paranoicznie chwytać się rzeczy wokół, tego, co już zrobiłem, SWOICH osiągnięć (?), mam ich tak mało, tak mało, że w końcu wycieńczony obracam się w proch, leżąc bez ruchu w ciemniejącym pokoju. A później wypożyczam następną smutną książkę i odnajduję w niej własne myśli, i wtedy wiem, że wszystko to już było, wszystko się już wydarzyło, a ja jestem kopią kopii kopii kopii i umrę jako kopia, nie jako ja sam, jako ksero, na które ledwo starczyło tuszu.

Dlaczego czytasz smutne książki? Bo pisali je smutni ludzie, ludzie tacy jak ja – pragnę ich bliskości. Mój sposób myślenia jest typowy dla słabeuszy, kto tak nie uważa, niech tego nie czyta. Jeszcze źle na was to wpłynie, ponieważ pragnienie nicości jest zaraźliwe.

Odpłynąłem od rzeczywistości, słuchając cichej muzyki (_Tomorrow is my turn_ Niny Simone) z zamkniętymi oczami. Byłem bardzo zmęczony i czułem, jak oczy zapadają mi się w czaszkę. Moje zmęczenie nie wynikało z nieprzespanych nocy ani z żadnego wcześniejszego wysiłku ciała – nie, ja byłem chronicznie senny jak Obłomow, równie apatyczny i pozbawiony inicjatywy. Wszystko w końcu można przełożyć na jutro, nawet _trzeba_, bo dziś jest tylko złudzeniem, mgnieniem oka – jutro rozciąga się w nieskończoność. Jutro jest rozpięte nad moim życiem jak żagiel Parmenidesa, rozszerza się jak fraktal – ale dzień wczorajszy znika w mojej pamięci równie szybko jak mijane lasy i pola. Nic nie warty i zatruty konfabulacją czas.

Przyśniło mi się wspomnienie dni letnich, które trawiłem na samotnym przesiadywaniu w kawalerce w Krakowie. Te trzy miesiące ścisnęły się w moim umyśle jak zgnieciona puszka. Skwarne dni lipca pozostawiły mnie oszołomionym, została ze mnie powłoka człowieka, zgrzana i zziajana, nie potrafiłem uciec od własnego zbolałego upałem ciała. Nie była to dla mnie niespodzianka – od dawna już przeczuwałem, że Słońce mi nie sprzyja. Słońce nie było moim sprzymierzeńcem. A przecież człowieka rodzi człowiek i Słońce. Człowiek jest wypadkową mroku i światła. Pękała mi głowa, gdy leżałem na starym materacu wypychającym żelazny szkielet łóżka w moim pokoju. Małej, studenckiej klitce. Zasunąłem kawał materiału, który służył mi za firanę. Słońce teraz prześwitywało przez niego, barwiąc powietrze w pokoju na mdły kolor przetartej czerwieni, roztaczając scenografię ubóstwa – chociaż nie byłem biednym człowiekiem. Wypełniało go swoim Bytem, cały świat stał się królestwem Słońca. Pękała mi głowa od zaduchu, temperatury i smrodu papierosów. Byłem w potrzasku, na pustej arenie cyrkowej.

Nie wiedziałem, po co mogę sięgnąć, by odgonić miażdżącą mnie samotność. Książka leżała na wpół otwarta, zdawała się być rekwizytem w mojej małej grze – _The Sun Also Rises_. Telefon, nagrzany od długotrwałego użytku, milczał. Oczy piekły mnie od ciągłego wpatrywania się w ekran, przez ostanie kilka godzin chłonąłem nimi przestwór Internetu. Źrenice zawęziły się do rozmiarów główki od szpilki. Siedziałem na zapadającym się łóżku, milczałem i ja. Na chwiejącym się, trójnogim stoliku nocnym powoli traciło gaz lekkie piwo owocowe, kupiłem kilka puszek, ale nie chciało mi się pić. Ściany pomalowane na piaskowy żółty kolor domykały się nad moją głową, otaczały mnie, słaniały się, grzebały mnie – tkwiłem pośrodku pustyni. Wszędzie kurz wirujący w snopach promieni.

Musiałem wyjść, opuścić duszny pokoik, musiałem wyjść i otrząsnąć się z katatonii. Wiedziałem, że to niezdrowe, pozwalać na osuwanie się w myśli o istnieniu, nie należało się nad tym zastanawiać zbyt długo. Niestety w moim życiu nie było nikogo, kto by mnie wyciągnął siłą z łóżka, musiałem więc się rozdwajać i sam grać własnego wybawcę. Trzeba się ruszyć, bo wyrok jeszcze nie nadszedł, chociaż to, jak spędzimy czas, zanim zapadnie zmrok, nie ma najmniejszego znaczenia. Ale ja byłem sam – samotnie ciężko jest walczyć ze Słońcem, z zakorzeniającą się w sercu czarną orchideą bólu. Telefon milczał, smutny mały prostokąt.

Opuściłem zatem mieszkanie i szedłem teraz, stawiając ciężkie kroki, w stronę bulwarów. Cień rzucany przez gałęzie kasztanowców osłaniał mnie i uspokajał. Ubrania zdawały się źle na mnie leżeć, za szerokie i wygniecione, czułem się jak łachmaniarz, jak ostatni śmieć – wokół ludzie, w grupkach dużych i małych, w parach, pojedynczy, mijali mnie, dążąc do czegoś za moimi plecami. Nie znałem ich, nikogo nie znałem, a oni mnie nie dostrzegali. Moje myśli były rozproszone, nie było mnie widać. Nad Wisłą tłumy, nie było ucieczki. Siedziałem na murku i wpatrywałem się – w coś. Każdy z przechodniów miał inną twarz, to wspaniałe – nie walczyłem z ludzkim uporem posiadania odmiennych twarzy. Nie potrafiłem do nich przeniknąć, odkodować Tajemnicy Życia, jaką w sobie noszą. Ja w środku nie miałem nic. Słońce wypaliło to ze mnie dawno temu.

Wróciłem, tocząc się powoli przez Planty. Nie byłem głodny ani spragniony, moje ciało zostało spacyfikowane. Nie miałem żadnych pragnień – to bardzo dobrze, gdyż pragnienia niszczą słabych ludzi. Słońce podstępem chce nam zaszczepić pragnienia w sercach. Chowałem się w cieniu. Byłem tylko ja i pustka w mojej duszy. Nie posiadałem niczego cennego – ani materialnego, ani niematerialnego – płynąłem przed siebie jak łódka z papieru. Takich jak ty, pomyślałem sobie, takich jak ty potrzebuje świat – jestem przestrogą, postrachem na życie. Każdy, kto zetknie się ze mną, zaczyna cenić to, co posiada. Dostrzega wartość w swoim istnieniu. Może jednak napiję się piwa, gdy już wrócę do pokoju – z czystego nawyku, z myślą, że tak na moim miejscu zrobiłby człowiek. Czy na moim miejscu człowiek napisałby również wiersz spływający z jego drżących dłoni jak słony pot? Cierpiałem pod słońcem jak w greckiej tragedii. Na kawałku papieru w kratkę skreśliłem kilka słów:

Suffering under the sun

Lion sun since the dawn, sun in the sign of Leo

Burn me out, burn me out of the mirror

And the puppet remains – the shell remains

In a lost paradise. I won’t see tomorrow

To orange blossom, to the scent of jasmine

This is not an earthly place, this place is from a dream

You will finally wake up, the sun owns this eon

The earth burns sometimes – from night to dawn.

Byłem przekonany, że _człowiek_ sam w sobie jest postacią fikcyjną. Prawdziwych ludzi widziałem dotychczas tylko na kartach książek lub na srebrnym ekranie, istoty, które odgrywają rolę ludzi – to przecież nie ludzie. Te formy życia, z którymi się mijam codziennie na wieczornym spacerze, ci chciwi, egoistyczni, aroganccy ignoranci. To nie byli ludzie, dobrzy ludzie – wciąż czekam, aż spotkam jednego z nich. Ale raczej mnie się to nie przydarzy. Ja nie mam szczęścia do ludzi. Jeśli gdzieś istnieją, nie mam do nich dostępu. Być może przeszedł kiedyś koło mnie człowiek, ale byłem zbyt zajęty oglądaniem twarzy, nie dostrzegłem go, szansa minęła. Jestem w potrzasku.

Musiałem sobie jakoś zapełnić czas aż do października, kiedy to zacznie się rok akademicki i rzucę się w wir pracy. Zawsze starałem się tak ułożyć sobie plan zajęć, aby jak najwięcej dnia spędzać na uczelni. Wtedy miałem poczucie, że gdzieś byłem, coś robiłem, kimś byłem – słowem, że _korzystam z życia_. Poza studiami nie mam nic. Przelotne znajomości, które nawiązuję, nie utrzymują się długo, ludzie szybko wyczuwają, że coś jest ze mną nie tak – nie posiadam _głębi_. Dlatego nieważne jak bardzo staram się wyjść na przyjaznego, otwartego, ciekawego, śmiesznego, oni zawsze czują, że nie jestem materiałem na towarzysza. Dogorywałem w samotności. Tak było już od najmłodszych lat, od pierwszych klas podstawówki. To musi oznaczać, że się taki urodziłem, albo stałem się takim, jaki jestem, w pierwszych latach życia. Wtedy tego nie rozumiałem i cierpiałem przez to, rozdzierało mnie to od środka – grałem tę samą rolę, co oni, rolę _człowieka_, ale nie dostawałem żadnych oklasków. Nawet dublerzy je otrzymywali, ja za to, chociaż korzystałem z tego samego scenariusza, co oni, byłem wykluczany. Wtedy tego nie rozumiałem, ale stopniowo zaczynałem się znieczulać na całą tę szaradę – bawcie się beze mnie. Teraz wiem już nieco więcej i czuję nieco mniej. Proporcje rozłożyły się po równo. Zrozumiałem siłę Konieczności. Konieczność jest równie silna jak Słońce, ale Konieczność niczego ode mnie nie wymaga. Ja również nie mogę wymagać niczego od niej – no jakże tak. Egzystowaliśmy w cichej harmonii – ja byłem nosicielem Konieczności, konieczność była napędem mojego serca. To, co kiedyś bolało, teraz pulsowało delikatnie, niemal przyjemnie.

Chcę, żebyście mieli jasny pogląd na sprawę. Żebyście od samego początku wiedzieli, kto jest narratorem i czego możecie się ode mnie spodziewać. Marnowanie czasu jest zbrodniczym przedsięwzięciem – nie marnujcie więc czasu na coś, co nie jest dla was. Zwracam się bezpośrednio do ciebie, Kaliko, jeśli czytasz te słowa – znam twój śmiechu warty nawyk czytania wszystkiego, co popadnie. Oczywiście to tylko zaklinanie deszczu, żeby nie padał, Słońca, żeby nie świeciło, Konieczności, żeby nie nadawała kształtów ludzkim twarzom. To tylko słowa.

Obudziła mnie pani konduktorka, ciągnąc za rękaw mojej koszuli. Wróciłem do teraźniejszości, do kwietniowego poranka w pociągu do Warszawy. Pokazałem bilet i legitymację studencką – skrzywiła się, więc i ja się skrzywiłem. Przez chwilę pomyślałem, że poprosi jeszcze o dowód osobisty, ale nic nie powiedziała, tylko zaczęła szturchać kolejną ofiarę. Po obudzeniu się natychmiast poczułem irytującą niewygodę. Nieważne, w którą stronę się obracałem na swoim miejscu, nie mogłem wrócić do poprzedniego stanu odprężenia. Było mi duszno, mężczyzna siedzący naprzeciwko przypatrywał mi się ukradkiem. Spojrzałem na swoje odbicie w oknie wagonu – ledwo widoczne, blade, nierealne. Moja twarz wyglądała jak wąska szrama. Reszta podróży obyła się bez przygód.

Leda już na mnie czekała, gotowa powitać mnie jak żołnierza wracającego z frontu. Poczęstowała mnie ciasteczkami, odmówiłem, gdy próbowała mi wcisnąć biszkopt w dłoń. Żołądek miałem ściśnięty i nie mogłem nic jeść. Wciąż nie otrząsnąłem się ze specyficznego uczucia zasiedzenia się we własnym ciele, które zawsze mnie łapie podczas dłuższych podróży pociągiem. Leda mnie rozumiała, zawinęła ciastka z powrotem w serwetkę, na później. Staliśmy przy ścianie podziemnego korytarza prowadzącego z peronów do dworca, pod zszarzałym szyldem obskurnej kawiarni. Wokół nas płynął strumień ludzkości spieszącej się na pociągi lub chcącej jak najszybciej wydostać się na powierzchnię. Turkotanie walizek na kółkach, pokrzykiwania i pogłosy rozgorączkowanych rozmów – cały ten niejednorodny hałas odbijał się od ścian tunelu, by uderzać nas ze wszystkich stron.

Przepychaliśmy się przez tłum, Leda na przodzie, ja za nią mocowałem się z wypchaną torbą podróżną, która mieściła wszystko, czego potrzebowałem, by przetrwać trzy dni w obcym miejscu. Przeszliśmy przez drzwi obrotowe odgradzające dworcowy tunel od wejścia na stację metra, zatrzymaliśmy się przy brudnym automacie, żebym mógł kupić całodniowy bilet na przejazdy komunikacją miejską. Czułem jej obecność przy mnie, oddychałem spokojniej.

Wsiedliśmy w metro i pojechaliśmy na Wierzbno, przystanek najbliższy osiedlu bloków, na którym Leda wynajmowała mieszkanie. Krótki spacer dobrze mi zrobił, chociaż pogoda była nieładna, szary masyw chmur na niebie zwiastował deszcz. Obracaliśmy się z czujnością na pasach, stawialiśmy długie kroki; oboje chcieliśmy wzbudzić w sobie energiczny nastrój. Jej mieszkanie, do którego wjechaliśmy windą, było takie, jak zapamiętałem – tymczasowe, niezorganizowane. Po drodze kupiliśmy w expressie cydr. Teraz Leda przyniosła dwie szklanki, rozmawialiśmy i piliśmy. Szybko poczułem znudzenie. Nie wiem, po co tutaj przyjechałem.

#2

To kłamstwo, bardzo dobrze wiedziałem, dlaczego tu jestem – Leda zaprosiła mnie do teatru. Osobiście nie obchodził mnie teatr, nie trawiłem performatywnej sztuki (i większości pozostałej sztuki również, ale obracając się w takich humanistycznych kręgach, nie mogłem pozostać zupełnie nieskrępowany w swoich opiniach; że też Bóg pokarał mnie takim wyzwolonym towarzystwem), ale przyjechałem tutaj dla samego _bycia gdzieś –_ teatr to tylko wymówka.

Zjedliśmy obiad w wietnamskiej knajpie, dwa razy zupa _pho_ plus zestaw sajgonek. Słuchałem jej słów i odpowiadałem na pytania, ona słuchała moich słów i odpowiadała na moje pytania. Opowiadała mi o perypetiach swoich znajomych ze studiów, bardzo nudno. Z mojego spojrzenia strzelał jednak promień ciekawości, laser wnikliwości – dawałem jej znać, że _mnie to interesuje._ Zadawałem pytania uzupełniające, wyrażałem aprobatę jej działań i miażdżyłem krytyką jej wrogów. Co chwilę odgarniała ręką kosmyki z czoła, później jednak dała za wygraną i szybko uplotła warkocz, związując włosy elastyczną kokardką. Tak się zabawialiśmy w kółko w pytania i odpowiedzi, potem wyszliśmy (z czystej próżności nie pozwoliłem jej zapłacić za siebie) na zawładnięty przez deszcz chodnik. Ona miała parasol, otworzyła i dała mi do trzymania, chwyciła mnie pod rękę. Takie gesty nic dla mnie nie znaczą, ale jej było miło, więc spacerowaliśmy tak powoli, kierując się do następnego przystanku naszej podróży – chciałem zobaczyć Starówkę. Nie, nie chciałem – ale czułem, że tak wypadało, wypadało _czegoś chcieć._ Potem pokazała mi, gdzie chodzi na zajęcia – nowoczesny budynek o typowej, przeszklonej architekturze akademickiej, blisko Biblioteki. Był otwarty, więc weszliśmy rozejrzeć się do środka – wszystko było bardzo piękne, lubiłem udawać zachwyt nad nowymi rzeczami. To było najprostsze, wystarczało pozwolić jej mówić, ona kierowała rozmową, ja tylko lekko naprowadzałem ją na tory, korygowałem. Deszcz przestał padać, nad drogą unosiła się para.

„Mamy jeszcze dwie godziny do rozpoczęcia spektaklu”.

„Chodźmy na drinka”.

Wypiliśmy _tequila sunrise_ – i podreptaliśmy w kierunku teatru.

Wiedziałem, że czegoś mi ubywa. Definitywnego elementu wypełnienia, który przejawiał się w sfałszowanym tonie bicia mojego serca. Wycięty z kartonu. Zawsze brakuje mi słów albo przychodzą mi na myśl takie, których później żałuję całymi miesiącami. Nie potrafię się wypowiadać publicznie – zawaliłem swoje wystąpienie. Nie mogę się z nimi równać. Po prostu nie mogę. Jestem obcym, zawsze obcym i niechcianym. Odpycham od siebie ludzi, jakbyśmy byli magnesami o przeciwnych biegunach. Nie rozumiem, dlaczego. Nie wiem, dlaczego nie dane mi doświadczyć ciepła i zabezpieczenia, które niosą ze sobą miłość i przyjaźń. Jestem puzzlem, który nigdzie nie pasuje, nie znam zasad gry ludzkości. Zmarnuje się moje serce, które zawsze chciało dobrze, zmarnuje się moja udręczona dusza. Co za marnotrawstwo serca. Gdyby tylko moje serce otrzymał ktoś inny, zrobiłby z niego większy użytek. To serce ściska się, gdy widzi ludzkie cierpienie, wyrywa się ku pomocy, bije szybciej, gdy dostrzega uśmiech na czyjejś twarzy, parę obejmujących się studentów na ławce, starszą panią karmiącą kaczki w parku. Moje biedne, umęczone serce, które mogłoby doprowadzić człowieka do wielkich rzeczy, powodowane empatią i bezwzględnym uwielbieniem piękna i dobra, łagodnością poranka nad łuną miasta, tańczącymi bywalcami letnich dyskotek, ciekawością małego dziecka. Boże, dlaczego obdarzyłeś mnie takim sercem, które zgnije we mnie i nie wyda owocu, które woła w ciemnościach? „Są nasiona, co nie wydają kwiatów, są kwiaty, co nie wydają owoców”³. Jestem niszczycielem nadziei własnego serca, jestem nienawiścią i goryczą, strachem i paranoją. Jestem dyszącym w chłodny wieczór pijakiem, zaplątanym we własne przywidzenia, przekonanym o własnym przekleństwie. Ludzie mnie zawiedli. Zawiedli mnie. Ale to ja zadałem ostateczny cios, gdy zawiodłem samego siebie. Mogłem tak wiele, tak wiele – przegrałem wszystko, teraz już za późno. Jestem głupszy niż myślałem, jestem głuchy i ślepy, jestem ignorantem. Jestem niską pokraką z cofniętym podbródkiem, łysiejącym zatraceńcem z dziurami w butach. Toczony śmiertelną chorobą, żałośnie kąsam innych po kostkach, a ci odtrącają mnie z odruchem obrzydzenia. Jestem nieproporcjonalnie zbudowany, mam piskliwy głos i małe dłonie. Ciężko na mnie patrzeć – odwracam wzrok od swojego odbicia. Nie wyróżniam się inteligencją, nie zachwycam błyskotliwym humorem. Nie mam żadnej cechy, która uczyniłaby mnie wartym uwagi. Mój mózg jest zatopiony w dymie i wspomnieniach, niezdolny analizować nic, oprócz źródła własnego bólu, by wkrótce stracić nawet ten punkt zaczepienia. Tracę czas na brednie. W takich warunkach, w takim ciernistym otoczeniu biło moje serce, szarpało się i naginało, pragnęło wolności. Gdybym mógł, oddałbym je – oddałbym po kolei wszystkie części mojego ciała, ponieważ jestem zmarnowaną materią. Głupcem i nihilistą. Dlaczego urodziłem się jako JA? Boże, dlaczego to na mnie musiało paść. Byłem kimś strasznym, byłem potworem w poprzednim życiu; innego wytłumaczenia nie ma. To jest moja pokuta, za cokolwiek, czego jestem winien. Chciałem tylko kochać i być kochanym. Pomagać ludziom, oddać się misji pogłębiania nauki, odkrywać nowe rozwiązania problemów, które nami targają, zbudować coś, coś dla innych. Chciałabym zrobić to wszystko, ale jestem niezdolny. W mojej głowie wciąż kołacze się to samo echo dawno temu wypowiedzianych słów – ode mnie do mnie, gdy wpatrywałem się w przechodniów, siedząc na ławce w parku. Obok mnie siedział mój brat. Promienie słońca odbijały się od jego jasnych włosów, okulary przeciwsłoneczne nadawały jego twarzy poważny wyraz. Opowiadał mi o czymś, co już dawno zostało zapomniane, unieważnione – ale wtedy, w tamtym momencie między mną a moim bratem zawiązała się długa rozmowa na temat tej pożartej przez czas błahostki. Rozmowa to niewłaściwe słowo. On mówił, ja słuchałem, zapatrzony w jego profil, musiałem podnosić głowę, żeby dostrzec jego twarz. Najbardziej niewiarygodną i trudną do przyjęcia prawdą stało się dla mnie to, że mamy takie samo pochodzenie. Jesteśmy zbudowani z takiej samej mieszanki genetycznej, a jednak nie moglibyśmy różnić się od siebie bardziej. Człowieka rodzi człowiek i Słońce, pisał Arystoteles – ale ja zrozumiałem, że się mylił, zapomniał o trzecim czynniku.

Było już szaro, ciemności zaległy nad Warszawą. Wzmagał się wiatr i naganiał złowrogie chmury, Ponury Pasterz, dziwne drżenie zalęgło się w moim sercu. Obejście teatru powitało nas przyćmionym światłem, przed drzwiami stali ludzie w długich płaszczach i palili. Miejscowe wybuchy śmiechu i kilka podniesionych głosów dobiegały do mnie jakby zza ciężkiej zasłony. Leda zaprowadziła mnie do szatni, znała już ten teatr, była tu kilka razy na innych spektaklach. Powiedziała mi poufnie, że stara się tutaj o pracę – tydzień temu znalazła ogłoszenie, że szukają pracowników do obsługi sali. Wyraziłem wiarę w jej szansę na zdobycie tej posady, życzyłem jej szczęścia. W głębi duszy wiedziałem jednak, że to tylko mrzonka dziewczyny ze wsi. Pani ubrana w białą koszulę powitała nas przy wejściu na salę, zapraszając gestem ręki. Wszedłem do środka, zagłębiłem się w ogłuszającą, jasną przestrzeń. Agorafobia. L’agorafobia. Leda promieniała w blasku ledów. Szybko znaleźliśmy zarezerwowane miejsca, usiadłem z ulgą. Ona mówiła coś do mnie, coś o spektaklu, jaki nas czeka – nowatorska, nowoczesna, burząca kanony sztuka, scenariusz oparty na... – błądziłem myślami, wodząc wzrokiem za blondwłosą dziewczyną biegającą w tę i we w tę po schodach między rzędami siedzeń. We włosy wpięte miała spinki z perełkami, na ustach ciemną szminkę, obcisła czarna sukienka lśniła sztucznym aksamitem. Przypominała Kaliko. Leda była wniebowzięta i cieszyłem się z jej powodu. Była mi droga, moja Leda, moja jedyna przyjaciółka.

Zadzwonił dzwonek, szum głosów zaczął milknąć.

„Zaraz się zacznie”.

Odprężyłem się w siedzeniu, przetarłem okulary rąbkiem koszuli. Niby-Kaliko zniknęła mi z oczu. Na scenę wszedł jeden z pracowników teatru i machał ręką w kierunku innych, wydając im jakieś polecenia. Ściany teatru, obite bordo materiałem, przyjmowały teraz więcej cienia niż światła. Obsługa sali chodziła wzdłuż sceny, uciszając ostatnich gadatliwych, wkrótce i oni zniknęli. Na widowni zapadła ciemność, zgasły ostatnie lampy, ludzkość wydała ostatni oddech, ostatnie suche kaszlnięcie. Leda ścisnęła delikatnie moją dłoń, nienawidziłem takich tkliwych, banalnych gestów. Czego się tak stresujesz? Przecież nie grasz w sztuce, będziesz mieć szczęście, jak ci pozwolą zamiatać salę po seansie. Tymczasem atmosfera faktycznie stała się ciężka, można powiedzieć, brzemienna oczekiwaniem. Zapadła głucha cisza, poczułem mrowienie na całym ciele, jak przed bitwą, jak przed pocałunkiem, jak przed skokiem, jak przed śmiercią. W napiętym stężeniu każde z nas spodziewało się czegoś innego – czegoś, co na moment oderwie nas od istnienia, czegoś nieistniejącego, iluzji życia, ratunku. Ciężka kurtyna rozsunęła się powoli jak otwierające się serce. Byłem gotowy.

#3

W liceum byłem bardzo głupi, bardzo samotny i bardzo naiwny. Jedyne, co dobrego wyniosłem z tego okresu, to znajomość z Kaliko. Pewnego dnia przysiadła się do mnie i zaczęła narzekać na naszego nauczyciela chemii. Nie miałem o nim żadnego zdania, ale przytakiwałem jej we wszystkim. Była kompletnie nieprzewidywalna, pokazywała mi rozmowy, jakie prowadziła z obrzydliwymi, napalonymi mężczyznami na Gadu-Gadu. Rozbawiała mnie jej nieoczywistość, mówiła niespodziewane, strasznie zabawne rzeczy. Bardzo dużo czytała i to nas łączyło. Prześcigaliśmy się w liczbie przeczytanych książek, nie minęło wiele czasu, nim zostałem w tyle. Nie obchodziła jej niczyja opinia. Nosiła wyraźny makijaż, podkreślała oczy dramatyczną kreską i poprawiała szminkę, opierają łokcie na ławce. Szybko się w niej zakochałem.

Pewnego razu... jakoś udało mi się dostać zaproszenie na imprezę. Niewiele pamiętam z tego okresu, nadużywałem alkoholu i cierpiałem na lęki, chwytałem się wszystkiego, co mogło mnie wydobyć z tego stanu inercji, wiele żałowałem. Ale na jednej z imprez...

Rozmawiałem z kimś na balkonie, pod nami osiem pięter. Mój rozmówca słuchał mnie tylko dlatego, że zataczał się od nadmiaru wódki, ja też byłem już wtedy bardzo pijany. Powiedziałem coś, co go musiało zdziwić, zmrużył oczy, jakby oślepiony został przez transcendentalne zrozumienie, poszukiwane od wieków przez każdego, kto miał większy współczynnik inteligencji od zarobionego wieśniaka. Przez chwilę panowała błoga cisza, sielska i anielska, gdy dokładnie analizował, przetwarzał i łączył wątki mojej wypowiedzi. Potem odrzekł mi coś w odpowiedzi i zaśmialiśmy się z tego czegoś. Gadu-gadu. Ścinało mnie lekko z nóg, kolory krótkofalowe i długofalowe wirowały mi przed oczami, uśmiechałem się szeroko, szczekałem śmiechem, chociaż wcale nie było mi wesoło. Poklepałem się po kieszeniach dżinsów, wyciągnąłem papierosy i odpaliłem jednego. Mój towarzysz niekontrolowanym ruchem rzucił się w moją stronę i, kiwając spazmatycznie głową, próbował mi niewerbalnie przekazać, że też chce zapalić. Wyciągnąłem kolejnego i delikatnie ułożyłem w jego rozchylonych ustach. Poślinił się cały.

„Ognia” – wycharczał.

Przez chwilę byłem blisko ataku paniki, gdy zapalniczka nie chciała odpalić, lecz nagle lichy płomyczek oświetlił nasze blade, spocone twarze. Dziewczyna, która nie była Kaliko, uchyliła drzwi i na balkon, na którym staliśmy, dobiegły ochrypłe krzyki, obrzydliwe śmiechy i pogłosy muzyki techno, którą gospodarz postanowił zaserwować swoim gościom. Wciągnąłem do płuc dym, zaciągnąłem się długo, aż mi mroczki przed oczami stanęły, byłem bardziej pijany, niż myślałem. Mój kolega stwierdził spokojnie, że „na coś trzeba umrzeć” i, waląc z całej siły w drzwi balkonu, przeszedł do mieszkania, powitany przez ryki pijanych imprezowiczów. Zostałem ja i nie-Kaliko.

„Dasz papierosa”.

Nie przejmując się odpowiednią fonetyką, jaką powinno mieć pytanie, dziewczyna postukała mnie w plecy. Słaniając się na nogach, ufnie oparła się o moje ramię. Czułem, jak robi mi się gorąco. Bez słowa otwarłem paczkę i jej podałem. Sam też wziąłem kolejnego. Przez chwilę mocowałem się, przeklinając, z zapalniczką, ona nachyliła się i osłoniła fajkę dłonią. Widziałem na jej twarzy ciężkie skupienie. Miała długie, różowe tipsy ozdobione konstelacją cekinów, nie mogłem oderwać od nich wzroku, poczułem, jak mi głowa pęka. Wydawało mi się, że dostrzegłem wśród nich gwiazdozbiór _Ursa Major._ Zapaliliśmy, nareszcie. Dmuchnęła mi dymem w twarz, co wywołało u mnie dreszcz niekłamanej przyjemności. Podeszła do barierki i nachyliła się, prawie zgięła w pół, a ja nie wiedziałem, co zrobić, ale nie mogłem oderwać od niej wzroku, ta sytuacja miała w sobie coś hipnotyzującego; zaciągnęła się, podnosząc do ust papierosa dłonią o różowych, iskrzących się w ciemnościach cekinami tipsach. Tysiące myśli stoczyło bitwę w mojej głowie, zachciało mi się głośno śmiać, bo wiecie, co sobie pomyślałem? Nic zdrożnego. Pomyślałem, jak prosto teraz byłoby ją zabić. Wychyla się za barierkę jak idiotka, wystarczy lekko ją popchnąć, roztrzaskałaby się na milion kawałków o maskę brudnego fiata, wgniotłaby ją strasznie, trochę szkoda auta, ale to w końcu śmierć, jej się wybacza roztrzaskane samochody. Och, to był plan idealny! Wystarczyłoby później powiedzieć, że biedna dziewczyna wychyliła się za bardzo i straciła równowagę, bo przecież w jej nietrzeźwość ludzie uwierzą prędzej niż w istnienie Boga. Piękne nawiązanie do mojej wcześniejszej obserwacji na temat ateizmu (bo z tamtym gnojkiem rozmawialiśmy o plusach i minusach nieistnienia Istoty Wyższej), pogratulowałem sobie w aerodynamicznym tunelu, między jednym odrzutowcem myśli a drugim. A może by tak zepchnąć ją, a potem skoczyć na główkę samemu? Poczułem ekscytację, mogłem wszystko, każda decyzja wydaje się dobra, gdy alkohol tłumi gorzki lęk przed pustką. Pozwolę jej jeszcze wypalić tego papierosa, a potem, a potem...

Zgasiła niedopałek.

Zrobiłem kilka kroczków w jej kierunku, krew zawrzała mi w żyłach, gdy skradałem się, by ją zabić. Myślę, że tak musi się czuć wolny człowiek, ta istota rzadka i dzisiaj już objęta ścisłą ochroną... Byłem tuż-tuż, byłem przy niej, czułem zapach potu pomieszany z silnymi perfumami, skądś znam ten zapach, nie, nie rozpraszaj się, tylko nie teraz, wiedziałem, że czuje na szyi mój gorący oddech, dyszałem ciężko, jak zaszczute zwierzę, wystarczyłoby tylko lekko popchnąć, od śmierci dzieliła ją dosłownie sekunda.

I wtedy ona odwróciła się i pocałowała mnie w usta. Całowaliśmy się tak z całą wieczność, wydaje mi się, że minęło co najmniej kilka eonów, ale przecież miałaś umrzeć, wyszeptałem do niej, gdy usiadła na barierce i, opierając się na moich barkach, całowała po szyi. Ja miałem dzisiaj umrzeć, szeptałem do niej, ale ona chciała tylko pocałunków, ścisnąłem ją za pośladki, ona nie rozumiała, że miała dzisiaj umrzeć. Owinęła się wokół mnie nogami jak boa dusiciel, ja wszczepiłem się w jej śmiertelne ciało jak w ostatni ratunek, mój ostatni ratunek. Tipsami wbiła się w moje ramię, ja się nie wyszarpnąłem, chociaż bolało, ona nie rozumiała. Było coś przeraźliwie ironicznego w tej chwili, ale nie wiedziałem co, nie dostrzegałem żadnej koneksji, chyba nie rozumiałem.

Nigdy później już nie widziałem tej dziewczyny, ale to, co między nami zaszło, przyniosło mi cenną nauczkę – nie czerpałem żadnej przyjemności z fizycznych zbliżeń. Czułem jedynie obrzydzenie i wyrzuty sumienia, czułem się słaby i wykorzystany – chciałem zasnąć i nigdy się nie wybudzić.

Mija mi życie przez palce, a ja wiem, że chociaż mogę szarpać się, ile chcę, mogę zabić ciebie i siebie, mogę wrzeszczeć i szlochać, to życie mija mi przez palce.

Ale to jej zawsze wypatrywałem w drzwiach szkolnych klas. Nie chcę, żebyście odnieśli mylne wrażenie, że łączyła nas bliska relacja – Kaliko traktowała mnie bez żadnych specjalnych przywilejów, dla każdego była jednakowo bezpośrednia i szczera. To ja sobie roiłem coś o bliższych z nią związkach, w gruncie rzeczy ten nasz fantomowy romans nigdy nie wychodził poza obręb mojej wyobraźni. Nie czyniłem żadnych kroków, aby pokazać jej swoje intencje, nigdy nie wykonałem w jej stronę żadnego gestu, który można by określić jako romantyczny. Mimo to chodziłem za nią krok w krok, uważając przy tym, by nie być natrętnym. Zapraszałem ją na spacery, do kawiarni, próbowałem do baru, ale Kaliko nie trawiła alkoholu. Czasem przyjmowała moje zaproszenia, czasem się wymawiała. Myśl o tym, że ktoś taki jak ona mógłby w ogóle rozważać związek z kimś takim jak, ja rozbawiała mnie. Nie – to właśnie magnetyzm tej niedostępności, tego wieczyście niezrealizowanego pragnienia tak mocno mnie z nią związał, na wieki wieków amen. Po latach (nasza znajomość utrzymywała się jeszcze po zakończeniu szkoły, ale kontakty mieliśmy sporadyczne) nawet moja miłość do niej ostygła, przerodziła się w coś na kształt marzenia, wspomnienia czegoś, co tak naprawdę nigdy się nie wydarzyło. Wyidealizowałem ją sobie, zrobiłem z niej boginię, lekarstwo na całe zło – chociaż wiedziałem, że to zwykła dziewczyna. Zwykła, niezwykła – nie mam tu na myśli nic obraźliwego, chodzi mi o rozmiary moich własnych oczekiwań w stosunku do prawdy. Miło było posiadać w życiu taki ideał – nawet jeśli fałszywy, to wciąż kojący serce. Kaliko była moją pierwszą nauczycielką w dziedzinie uczuć wyższych. Nauczyłem się je kontrolować, poddawać spokojnej analizie, kroić na kawałeczki i nie brać zbyt poważnie. Byłem doskonale dostosowany do roli, którą przyszło mi grać – pochmurnego, biernego człowieczyny, niewrażliwego ani na wielkie piękno, ani na wielką brzydotę. Ale Ona, Kaliko, wciąż była schowana w głębi mojego serca, jej obraz wciąż stawał mi przed oczami i czasami, czasami, żałowałem, że nie byłem bardziej impulsywny – bardziej młodzieńczy, porywczy, bezrefleksyjny. Jej długie płowe włosy, twarz w kształcie serca i jej kolczyki-kółka na długo pozostawały dla mnie koniecznymi warunkami atrakcyjności u kobiet. Byłem bezradny wobec jej władzy nade mną, ale jej dominium nigdy nie rozciągało się dalej i dłużej, niż trwał nasz bezpośredni kontakt. Mimowolnie przywodziła uśmiech na moją twarz, _never a frown with golden brown⁴._ Lecz gdy odchodziła ode mnie, pozostawała jedynie jej idea – z ideą żyło mi się lepiej i spokojniej. Byłem zupełnie świadomy rozdziału między jej cielesnym, żywym bytem a tym, co reprezentowała w mojej głowie. Kaliko była przeze mnie wybrana jako mentalna podstawa moich marzeń – jako moja muza, moja kochanka, moja towarzyszka. Dla niej pisałem wiersze i dla niej piszę ten pamiętnik, chociaż ona nigdy nie przeczyta wierszy, a jeśli chodzi o te słowa – być może, ale nie będzie wiedziała, że piszę to ja i piszę o niej – schowam się za pseudonimem. Jestem tchórzem, nie pragnę mieć nic swojego, żadnego dowodu na to, że kiedykolwiek istniałem. Ale chciałbym, żebyście usłyszeli, co mam do powiedzenia, nim nas wszystkich pochłonie mrok. Możecie zapomnieć – i zapomnicie, ale pozostanie wrażenie czegoś zawieszonego w powietrzu między nami – pytania – czy to wszystko było prawdziwe? Ja i Ty, Ja i Kaliko – to tylko westchnienie, wdech i wydech, to tylko miłość nigdy nieodwzajemniona, stara jak świat przypowieść. Pamiętam, jak wybrałem się z nią na wycieczkę rowerową. Gdy zatrzymywaliśmy się na postój, żeby napić się wody i pomyśleć nad naszą trasą, Kaliko tak niefortunnie zeszła ze swojego wpół zardzewiałego rometa, że potknęła się i wywróciła. Obtarła kolano i dłonie, oboje śmialiśmy się z jej niezdarności. Zwymyślała mnie za mój śmiech, ale sama parskała z zażenowania. Obmyłem jej dłonie wodą z butelki i usiedliśmy na ławce przy ścieżce rowerowej w parku krajobrazowym, który zwiedzaliśmy. Siedzieliśmy przez chwilę w ciszy, Kaliko zaczęła opowiadać jakąś historię o swoich znajomych, których ja nie znałem i nigdy nie poznam – nie przeszkadzało jej to wcale. Mówiła o nich tak, jakbym doskonale znał ich charaktery i mógł dorzucić swoje trzy grosze, komentując ich postępowanie. Urwała i wpatrywała się w moją bladą, spoconą twarz.

„Nigdy nie wiem, o czym tak naprawdę myślisz” – powiedziała.

Zaśmiałem się.

„Szukasz wiatru w polu. Nie myślę o niczym”.

W rzeczywistości myślałem o jej poranionych dłoniach i ich dotyku, chciałem je czuć na własnej twarzy. Zamiast tego odparłem coś na temat jej znajomych.

„Nie mam pojęcia, dlaczego się z nimi zadajesz”.

„Oni nie mają pojęcia, dlaczego zadaję się z tobą” – odburknęła.

I tak dalej, rozmowa toczyła się samorzutnie. Nigdy nie musiałem długo szukać słów, rozmawiając z Kaliko.

Za to Leda – od czego by tu zacząć... Leda nie była tak piękna jak Kaliko, chociaż – dla mnie nikt nie był tak piękny jak Kaliko. Nie miała puszystych włosów o barwie miodu. Nie miała szarych oczu o wielkich, czarnych źrenicach, jak po kuracji belladonną. Leda nie była piękna, ale robiła wszystko, co w jej mocy, by taką być. Farbowała włosy henną (uwielbiała „naturalne środki”) na głęboką, morską czerń i nosiła stonowane w barwach, ale pociągające swoim obcisłym krojem ubrania. Doceniałem jej starania, chociaż! Przecież wiedziałem, że nie stara się tak dla mnie. Podobnie jak z Kaliko, nie miałem żadnych intencji, aby romansować z Ledą, i _vice versa_ – za dużo o sobie wiedzieliśmy, aby się zakochać. Nie tolerowała biżuterii – „drażniła jej skórę”. Krzyżowało mi to plany, ponieważ nie mogłem jej kupować na urodziny żadnych wisiorków, bransoletek ani pierścionków, a czułem jakąś niewytłumaczalną męską potrzebę, żeby ją _oznaczyć_. Zaobrączkować jak ptaka, zaznaczyć swoją obecność w jej życiu – aby na słowa: „Piękny naszyjnik!”, odpowiadała: „Dzięki! To prezent urodzinowy, dostałam od...”. Za to Kaliko uwielbiała wszelkie akcesoria – nosiła po kilka pierścionków z kolorowymi kamieniami szlachetnymi, bransoletki z zawieszkami i różne długie kolczyki. Ale jej nie mogłem nic ofiarować – miała chłopaka, do niego należał ten obowiązek. Ja miałem obowiązek go skrycie nienawidzić.

Ceniłem relację z Ledą, ponieważ mogłem jej powiedzieć wszystko, bez żadnych obaw, że mnie osądzi. To jak wrzucanie kamieni do bezdennej studni – masz pewność, że nikt nigdy ich nie znajdzie i nie zbada. Leda studiowała w Warszawie i próbowała ułożyć sobie życie w tym zapomnianym przez Boga mieście, ale nie potrafiła się wpasować – należała do gatunku ludzi, którzy są wycofani i „stateczni” – jej miejsce było tam, skąd pochodziła i gdzie miała korzenie, w małej mieścinie na Śląsku. Potrafiła mówić po śląsku i po niemiecku, co to był za widok, gdy zaczynała szprechać! Zupełnie odmienny od Kaliko dukającej po francusku. Ja za to byłem jak puch mniszka lekarskiego porwany przez wiatr – nie obchodziło mnie, gdzie los mnie rzuci, biegałem z miejsca na miejsce – byłem wszędzie i nigdzie. Nie miałem domu i nigdy nie będzie dane mi go znaleźć. Dlatego najzupełniej mi wystarczała umiarkowana znajomość języka Anglosasów.

Oprócz relacji z Kaliko i Ledą żadna moja znajomość z przeszłości nie przetrwała próby czasu. Nigdy nie dochodziłem do porozumienia z chłopakami z klasy, zbytnio brzydziły mnie ich przekonania i czyny. Byłem ustawiony i zadomowiony w swojej samotności, przyjąłem ją jak ciepłą posadę w urzędzie. Od czasu do czasu spotykam się z Ledą czy Kaliko – nigdy z nimi obydwiema razem. One się nie znają i ma tak zostać, nie chcę aranżować żadnego wspólnego _soirèe_. Tworzą dwa odmienne światy, dwie galaktyki, które jedynie oddalają się od siebie w wiecznie rozrastającym się kosmosie.

#4

Twierdzę, że aby prawdziwie pokochać ludzkość, najpierw trzeba zabić własnych rodziców. Metaforycznie przeciąć nici Mojr. Mówię z autopsji. Odkąd ich zamordowałem, stałem się obywatelem świata. Każdy jest mi bratem, siostrą, ojcem i matką. Wobec każdego miałem takie same oczekiwania. Wydziedziczony, wyrzucony, wyzuty stałem nagi przed obliczem Boga. Mój Boże – ratuj nas, osamotnionych i straconych, ratuj wyrzutków.

To nie znaczy, że ich nie kocham. Moich rodziców. Oni po prostu nie zasługują, żeby tak ich torturować. Wyświadczyłem im akt miłosierdzia. Będzie mniej bolało, gdy odejdę. To dobrzy ludzie, nie mogę ich narazić na taki ból, jaki wnoszę do świata. Nieświadomie, jakbym miał to w naturze, jak odruchowe strzepywanie kurzu, jestem złym człowiekiem. Lepiej będzie dla wszystkich, gdy odejdę bezrodzinny, bezżenny, bezdzietny. Genetycznie autonomiczny. Wtedy mogę zająć się naprawianiem zła w świecie, studzeniem własnego i cudzego cierpienia. Muszę mieć obie ręce wolne, być nieskrępowany przywiązaniem. Więzi są napięte do granic wytrzymałości i zaczynają wrzynać się w ciało. Musiałem, musiałem, proszę, wierzcie mi. Zło się rozrasta z dnia na dzień, Boże, daj mi siłę woli potrzebną do bycia samotnym.

Wszystko, co tu piszę, jest głupim, fałszywym wyrzutem. Kaliko, nie traktuj tego poważnie. Przepraszam was wszystkich.

#5

Scenę oświetlił snop elektrycznego światła. Na deskach rozległy się głuche kroki, moim oczom ukazał się człowiek w przebraniu błazna. Gdy wchodził, zaśmiał się sztucznym rechotem. Stanął przed nami, przed publicznością, jego pociągłą twarz pokrywał sceniczny makijaż. Miał przesadnie podkrążone oczy i podkreślone kości policzkowe. Jego przebranie składało się z luźnego, jednoczęściowego kostiumu w żółto-czerwone romby. Na głowie miał czapeczkę z oślimi uszami i dzwoneczkami, które pobrzękiwały przy najmniejszym poruszeniu.

„Nadchodzi!” – zawodził przeciągle. – „Nadchodzi jaśnie panujący nad nami, nędznymi robaczkami i zaplutymi pchlarzami, aby pokazać nam doskonałość z Bożego nadania, aby splunąć na nas i kopnąć swoją błogosławioną stopą, o nas niegodnych ścierać kurz z jego pantofli!” – Tu zaśmiał się piskliwie. – „Uwierzyliście w to?” – Podskoczył wysoko w powietrze i zrobił piruet, lądując na jednej nodze. Uśmiech powoli zamierał na jego twarzy, zgasł jak lichy płomyk. „Nikt nie nadchodzi, głupcy. Czekacie na próżno. Czekacie na coś, co was natchnie do wielkich rzeczy, na coś, co rozświetli wasz dzień. Naczekacie się, moi drodzy. Ja już skończyłem: z czekaniem, z czasem, z nadzieją”. Zerwał z głowy czapkę, rozpiął swój kombinezon – pod spodem miał ciemny garnitur, czarny krawat, białą jak śnieg koszulę. Spojrzał na złoty zegarek, który nosił na nadgarstku lewej ręki, po chwili jednak strzepnął z obrzydzeniem dłonią jakiś niewidzialny okruch, odwrócił wzrok od zegarka. Rozpiął go i schował do kieszeni – niepotrzebny, niechciany. „Siła przyzwyczajenia” – wyjaśnił widowni i zszedł ze sceny.

Sam spojrzałem na swój cyfrowy zegarek – w teatralnej ciemności ledwo widziałem godzinę na cyferblacie, ale mrużąc oczy, odczytałem z trudem – 20:43. Kiedy to się skończy? Leda wpatrywała się nieruchomo przed siebie. Poczułem, że mam potrzebę się wysikać.

Ale wtedy, och, wtedy, czytelniku, nie uwierzysz, co się wydarzyło! Następny akt: na scenę wkroczył młody mężczyzna w niepozornym, codziennym ubraniu – koszula i dżinsy.

„Ja wiem, na co czekam” – powiedział. „Czekam na ciebie, kochanie”. Wyciągnął rękę w lewą stronę i stamtąd przybiegła do niego aktoreczka w sukience w kwiaty, z długimi włosami zebranymi w kucyk i objęła go w pasie.

„To historia o tobie”. Mężczyzna w koszuli wpatrywał się nieruchomym wzrokiem w moją twarz. „Musisz zmierzyć się z bolesną prawdą. Czy ci się to podoba, czy nie. Oni...” – przeciągnął ręką po sali – „...muszą wiedzieć, z kim mają do czynienia. Nie możesz ich dłużej okłamywać”.

„Nie chcemy, żebyś miał złudzenia” – kobieta w sukience zawtórowała mu. „To bardzo proste – teraz zobaczysz swoje odbicie w zwierciadle, taki, jaki jesteś naprawdę”.

„Możesz wstać i odejść, ale sztuka będzie trwała aż do końca. Zapłaciłeś za całość, nie opłaca ci się zamykać oczu i kulić się ze strachu. Czas to pieniądz”.

„Czas jest tylko walutą, której nie opłaca się wymieniać na nic innego”.

Wtedy poczułem, że zapadł wyrok. Byłem przykuty jak kajdanami do mojego miejsca, nie mogłem się ruszyć. Zaraz zobaczę wszystkie moje grzechy odegrane na scenie, a ze mną zobaczy je setka innych ludzi. Moich braci i sióstr. Dowiedzą się, poznają się na mnie. Nie! Leda nie może tego zobaczyć. Próbowałem zaprotestować, przerwać spektakl, ale z moich ust nie wydobył się żaden dźwięk. Czułem na sobie wzrok ludzkości, gorący jak strużka lawy, przypalający mnie do żywego mięsa. Musiałem stamtąd uciekać – nie było dokąd. Drzwi zostały zaryglowane. Mój bilet ciążył w kieszeni jak sztabka uranu.

------------------------------------------------------------------------

¹ M. Aureliusz, _Rozmyślania_, Tom VIII, tłum. M. Reiter, Gliwice 2022.

² R. Bradbury, _451 stopni Farenheita_, tłum. W. Szypuła, Warszawa 2018.

³ Konfucjusz, _Dialogi_, Rozdział IX, Wiersz 21, Biblioteka Filozofów, Warszawa 2021.

⁴ The Stranglers, _Golden Brown_, 1982.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij