Lekcja miłości - ebook
Wznowienie powieści, której papierowa premiera miała miejsce 23 lata temu (wydania drukowane 2003 i 2005). Szkolna miłość w czasach młodości rodziców pokolenia Z. Zbuntowany uczeń sławnego krakowskiego liceum zwanego Kuźnią zakochuje się z wzajemnością w swej nauczycielce polskiego. Ponieważ ona ma ambicje polityczne, a on niebezpiecznie flirtuje z osiedlowym gangiem i grupą miejscowych narkomanów, romans zmierza ku dramatycznemu finałowi. W tle Polska lat transformacji ustrojowej z jej patologiami.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna polska |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398015608 |
| Rozmiar pliku: | 466 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
PIĘKNI SIEDEMNASTOLETNI
Nawet po latach, kiedy wspomnienie Nataszy coraz bardziej zacierało się w pamięci, ta jedna scena wciąż powracała, zjawiając się przed oczami w chwilach najmniej spodziewanych. Jacek Ładny widział wtedy bardzo wyraźnie, jak Natasza zeskakuje nago z tapczanu i biegnie na balkon, zasłaniając sobie rękami piersi i łono, choć on patrzył na nią od tyłu.
Zachowywała się tak za każdym razem, kiedy na dole zatrzymywał się samochód. Bała się, że to może wracać jej mąż. Jacek Ładny miał wtedy niecałe siedemnaście lat i jej strach śmieszył go. Ale miał też swoją dobrą stronę, bo Natasza była wstydliwa i tylko w takich chwilach pozwalała mu się cała oglądać. Kiedy poprzedniego wieczoru zdecydowała się wreszcie przy nim rozebrać, zrobiła to pod kołdrą, a i potem zakrywała się choćby prześcieradłem. Jedynie w przerażeniu zapominała o wstydzie. A kiedy mijało, bo to znów nie był mąż, z westchnieniem ulgi opuszczała bezsilnie ramiona. I przez tych kilka chwil, zanim wróciła pod kołdrę, mógł widzieć jej nieosłonięte niczym ciało.
Natasza była skromną, nieśmiałą trzydziestolatką, jakby przekonaną o tym, że zostając nauczycielką rosyjskiego w zawodówce, osiągnęła szczyt swoich możliwości. Takie przynajmniej sprawiała wrażenie, z rezygnacją przyjmując do wiadomości, że przyszli tokarze i mechanicy samochodowi nigdy nie opanują nawet obowiązkowego wiersza _Prazdnik Maja_, więc jej naprawdę rozległa znajomość rosyjskiej literatury pozostanie na zawsze bezużyteczna, a miłość do wierszy Achmatowej i Błoka będzie się wydawać jedynie śmiesznym dziwactwem.
Toteż kiedy w klasie pojawił się wyrzucony z technikum za alkoholowe wybryki Jacek Ładny, przeżyła jedno z najprzyjemniejszych zaskoczeń swego życia, mimo że w pierwszej chwili poczuła do chłopaka odruchową niechęć. Nosił długie włosy, co wówczas uchodziło za prowokację obyczajową. To jeszcze mogłaby mu darować, bo wyglądał w nich całkiem przystojnie. Ale równocześnie zdawał sobie najwyraźniej sprawę ze swojej urody i w jego odętych, przez cały czas jakby skrzywionych wargach czaiło się takie poczucie wyższości, takie lekceważenie całego świata, że nawet przy innych uczniach nie potrafiła powstrzymać się od okazania mu antypatii. Poczuła chęć, by mu dokuczyć. Z chłopakami z zawodówki udawało się to bez trudu. Ich znajomość rosyjskiego była żenująca. Kompromitowali się sami, żałośnie dukając najprostsze teksty, co wywoływało niesłychaną wesołość innych, takich samych nieuków.
– To może nasz niedoszły technik powie nam coś po rosyjsku? Cokolwiek. Wiem, że to niełatwe. Ale my tu jesteśmy wyrozumiali.
Nowy wstał i z głupią miną rozglądał się po suficie.
– Śmiało – zachęciła go z obłudną słodyczą. – Pomożemy.
Zawodówka tradycyjnie była wrogo nastawiona do uczniów z technikum, więc od razu zaczęły się śmiechy. Jednak szybko ucichły, kiedy Ładny zaczął skandować rwane frazy Majakowskiego.
U mienia w dusze ni odnogo siedogo wołosa,
i stariczeskoj nieżnosti niet w niej!
Mir ogromiw moszczju gołosa,
idu – krasiwyj
siemnadcatilietnij…
W miarę jak mówił, w oczach Nataszy rósł zachwyt, jakby całe jej dotychczasowe szare życie nagle zyskało sens. Ten nowy miał nie tylko całkiem poprawny rosyjski akcent, ale przede wszystkim piękny i zadziwiająco mocny u tak młodego chłopca głos, który wprawił ją w drżenie.
Jeszcze tego samego dnia po lekcjach pozwoliła Jackowi Ładnemu odprowadzić się do domu. Spytał, czy może ponieść jej teczkę. Musiała docenić to poświęcenie. Nie było tajemnicą, że wszyscy uczniowie naśmiewają się z jej teczki. Godziła się na to z rezygnacją, ale także z pogardą dla okrucieństwa szczeniaków. Nie zamieniła jej na damską torbę. Przezwiska _Russkaja_ i _Sowietskaja Żenszczina_ musiały ją boleć jeszcze bardziej. Mimo to nie reagowała na nie gniewem. Jakby rozumiała, że choćby nie wiadomo jak się starała, zawsze będzie dla nich wrogiem. Szkolnym okupantem. Nie tylko uczyła znienawidzonego języka, ale w dodatku była żoną partyjnego karierowicza, który właśnie niedawno został sekretarzem w komitecie.
Nowy uczeń jakby zupełnie się tym nie przejmował. Niósł jej wyśmiewaną teczkę na ramieniu, z nonszalancją chuligana, nie zwracając uwagi na szydercze spojrzenia kolegów.
– Nie boisz się, że nazwą cię lizusem? – spytała zdziwiona.
– Mogą mi… – powstrzymał się. – Przepraszam, pani profesorko.
Zaśmiała się.
– Nie przepraszaj. Też chciałabym tak umieć.
– Co w tym trudnego?
– Może dla ciebie nic. Dla mnie to bardzo trudne.
Teraz już wyraźnie intrygował ją ten chłopak, obnoszący tanią imitację dżinsów niby prawdziwe wranglery i co chwila odgarniający wolną ręką opadające na oczy włosy. Musiało tak być, skoro w parku zaproponowała, żeby na chwilę usiedli na ławce. Chwila przedłużyła się do ponad dwóch godzin.
– Pani nie jest Rosjanką, prawda? – zaczął od zasadniczej sprawy.
– Skąd wiesz?
– Chyba pani nie sądzi, że jestem jak te wszystkie ćwoki? Domyślam się, co pani robiła w Rosji. Jestem po pani stronie.
– Czy wiesz, że ty pierwszy mi to powiedziałeś? – wzruszyła się.
I nagle coś się w niej otworzyło. Nigdy wcześniej nikomu nie opowiadała szczerze o sobie. Milczenie wpoił jej ojciec, przedwojenny nauczyciel, którego ominął Katyń, ale nie zesłanie. Kiedy wrócili do Polski, długo po wojnie, miała dziesięć lat. Jedno z najważniejszych przykazań brzmiało: O Syberii nie rozmawiamy z nikim. Dla własnego bezpieczeństwa. I dla uspokojenia dusz. Nawet w domu rodzice unikali przy niej tego tematu. Z czasem obrazy tajgi, zamarzniętej rzeki, drzew pękających od mrozu, wspomnienie komarów, tnących niemiłosiernie przez całe krótkie lato, zaczęły blednąć w pamięci dziecka. Podobnie jak pogardliwe krzyki miejscowych rówieśników, kiedy jej ojciec i podobni mu łachmaniarze wracali z pracy: _Smotritie! Idut polskije pany_.
Wszystko to zostało wyparte przez pierwsze wrażenia z Polski, które obudziły w niej poczucie dławiącej niesprawiedliwości. Przez całą długą drogę rodzice opowiadali tylko o tej Polsce, aż zaczęła ją sobie wyobrażać jako raj. Wreszcie nikt nie będzie traktował jej z pogardą tylko dlatego, że jest Polką. Na brudnym, zadymionym dworcu w Tarnowie, dokąd zostali skierowani, nastąpiło przykre przebudzenie. Ledwo wysiedli z wagonu, obcy tu i zagubieni, przywitał ją wrzask jakiegoś niedorostka: Ruskie przyjechały!
Te słowa dźwięczały jej w uszach przez lata. Nie mogła się od nich uwolnić. Ale nigdy nikomu się do tego nie przyznała. Dopiero teraz. A kiedy już zaczęła opowiadać, nie mogła przestać. Wylewała z siebie żale, nagromadzone przez całe życie. Mówiła o tym, jak nienawidziła swego pochodzenia. Jak było jej wstyd za ojca, który po przyjeździe do Polski chodził w ruskiej czapce. Kiedy wrócili, była mroźna zima, a ojciec przywiózł sobie karakułową uszankę, która gdzieś tam, w dalekiej teraz Rosji, musiała uchodzić za szczyt elegancji. W Tarnowie łobuzy biegały za nim, wołając: Ty, Ruski, daj kopiejku!
Jeszcze teraz czerwieniła się na to wspomnienie.
– No i widzisz, nigdy nie pozbyłam się piętna Ruskiej. Taki już mój los.
Na filologię rosyjską poszła jakby trochę z przekory, ale również dlatego, że naprawdę kochała rosyjską literaturę. W odróżnieniu od męża, którego nie kochała nigdy. Tak przynajmniej twierdziła. Łączyła ich tylko wspólnota losów. Oboje nosili kostiumy, których w głębi dusz nienawidzili. Co prawda, ona robiła to wbrew woli, a on drogę partyjnej kariery wybrał sam. Jednak w pewnym okresie życia bardzo jej odpowiadał jego cynizm, kiedy na obozach dla młodych komunistów wyśpiewywał wraz z kolegami:
A kiedy rano nie chce ci się podnieść dupska
Przypomnij sobie jak walczyła Nadia Krupska…
A kiedy wskoczy ci do łóżka dziewczyna
Ty jej namiętnie szeptaj słowa Lenina…
Jakby dawał do zrozumienia, że ich życie jest tylko teatrem, w którym grają, żeby jakoś żyć, a naprawdę są inni, lepsi. Dopiero po ślubie odkryła, że popełniła błąd. Mąż nie był lepszy. Okazał się kłamcą nie tylko w sprawach ideologii. Na szczęście, coraz mniej bywał w domu. Robił w partii karierę, co polegało głównie na nieustannych posiedzeniach, kursokonferencjach i wyjazdach w teren, do zakładów pracy i na wieś. Kończyły się one niezmiennie ostrymi pijatykami. Mąż pogrążał się w alkoholizmie, od czasu do czasu zaliczając przypadkowe kontakty z przypadkowymi towarzyszkami z socjalistycznych związków młodzieży. Do domu przywozili go w środku nocy kierowcy z komitetu. Albo w ogóle nie wracał. Nie skarżyła się na swój los. Mogła do późna czytać książki i słuchać ulubionej muzyki. Przynajmniej nigdy jej nie bił. Najwyżej bełkotał, zanim zapadł w nieświadomość: Polityczna robota wymaga poświęceń, a co myślisz!
Natasza opamiętała się dopiero wówczas, gdy nadszedł wczesny październikowy zmierzch i w parku zapaliły się latarnie.
– Boże, ale się zasiedzieliśmy. I po co ja ci to wszystko opowiadam? Tylko cię zanudzam.
Ręka Jacka Ładnego podpełzła po oparciu ławki, choć jeszcze nie dotknęła pleców nauczycielki.
– Wcale mnie pani nie zanudza – powiedział. – Lubię słuchać. Bardziej niż gadać.
– Ale w ten sposób ty wiesz już o mnie prawie wszystko, a ja o tobie nic. Nie bawię się tak – udała nadąsaną dziewczynkę.
– Nie wie pani, że jestem nieukiem i chuliganem?
– Robisz wszystko, żeby cię za takiego uważali. Dlaczego?
– A ja wiem? Może się maskuję, tak jak pani.
W tym momencie jego ręka lekko, jakby przypadkiem, oparła się na jej ramieniu. Na chwilę oboje znieruchomieli, a potem rusycystka przysunęła się do swego ucznia.
– Jakoś chłodno się zrobiło, nie uważasz? – spytała, jakby chciała usprawiedliwić swój ruch.
Ładny przycisnął ją śmielej, a kiedy nie poczuł oporu, pochylił się nad jej twarzą. Głowa nauczycielki opadła do tyłu, opierając się na jego ramieniu. Z początku całowała się nieśmiało, jakby trochę nieporadnie. Potem objęła go za szyję i zaczęła robić to mocniej. Choć piętnaście lat przed upadkiem komunizmu publiczne pieszczoty nie były jeszcze czymś powszechnym, nie zwracali uwagi na przechodniów. Nauczycielka opamiętała się dopiero w chwili, kiedy wolna ręka Ładnego znalazła się pod jej płaszczem i zaczęła wpełzać pod sweter. Wtedy nagle wyzwoliła się z jego objęć, przesunęła dłońmi po twarzy, jakby chciała coś z niej zetrzeć.
– Boże, co ja robię – powiedziała półgłosem.
Poderwała się z ławki, chwyciła swoją teczkę.
– Było bardzo miło, naprawdę. Już nie pamiętam, kiedy ostatni raz siedziałam z kimś w parku. – Pochyliła się i pocałowała go szybko w policzek. – Ale nie odprowadzaj mnie już dalej. Proszę.
Patrzył więc za nią, jak odchodziła, niewysoka, czarnowłosa, w krótkim płaszczyku, ze swoją śmieszną teczką. Gdyby nie bał się wygłupić, pobiegłby za nią. Poza tym pomyślał, że jeśli tego nie zrobi, ona szybciej zmięknie, następnym razem będzie mógł posunąć się dalej.
I tak się stało. Nazajutrz na lekcji unikała co prawda jego wzroku, ale trzy dni później znów pozwoliła mu się odprowadzić. Tym razem pod samą bramę. Sama wciągnęła go za załom muru. Pocałowała krótko i mocno, a potem uciekła. Stukot jej obcasów już dawno ucichł w ciemnym pasażu, a on wciąż stał na chodniku i nie mógł się na nic zdecydować. Wreszcie ruszył za nią, ale kiedy na liście lokatorów przeczytał nazwisko jej męża, zrezygnował.
Po tygodniu zaprosiła go sama. Mąż wyjechał na szkolenie w Komitecie Centralnym. Ładny spodziewał się po tej wizycie bardzo wiele, ale się zawiódł. We własnym mieszkaniu Natasza była spięta i czujna, nie pozwoliła mu nawet na tyle, co na ławce w parku. Nie wiedział, jak przełamać jej opór. Podejmował kolejne próby, a ona pozostawała niewzruszona. Chciała tylko rozmawiać i słuchać muzyki. Wreszcie spróbował znów przemówić do niej słowami Majakowskiego, co tak obiecująco zakończyło się za pierwszym razem.
Marija !
Poet soniety pojet Tianie,
a ja –
wies’ iz miasa,
cziełowiek wies’ –
tieło twoje prosto proszu,
kak prosiat christijanie –
„chlieb nasz nasuszcznyj
dażd’ nam dnies’”.
Marija – daj!…
Marija –
nie choczesz’?
Nie choczesz’!
Ale i to nie poskutkowało. Natasza pogłaskała go delikatnie po ręce i powiedziała:
– Jacek, to nieważne, czy ja chcę, czy nie chcę. Nie możemy.
– Dlaczego? Bo jestem gówniarzem?
– Mam męża.
– Twój mąż woli partię. I wódkę.
Milczała. Znów przysunął się do niej bliżej na kanapie, a ona i tym razem pilnowała, żeby nie pozwolił sobie na zbyt wiele. Wreszcie przesiadła się na fotel.
– Miałem rację – powiedział. – Nie chcesz.
– To nie takie proste. Jakoś to życie sobie ułożyłam. Nie mam siły wszystkiego rozwalać.
– Żal ci tego mieszkanka, na które on ma przydział? Tego fiata, na który dostał talon z komitetu? To ci wystarcza?
– To nie jest do pogardzenia, Jacek. Wiele ludzi w Polsce tego nie ma.
– Obojętne, z kim?
– Nie jest najgorszy. Nie bije mnie. Na dom daje. Jeździmy na wczasy do Bułgarii. Czego mogę chcieć więcej?
– Kpisz sobie ze mnie?
– Nie. Takie jest życie. Kiedyś sam się przekonasz.
Obraził się.
– A jednak traktujesz mnie jak gówniarza.
Mimo wszystko zaprosiła go ponownie. Tym razem na spotkanie przyszedł z podarunkiem. Kupił jej płytę Wysockiego. Uwielbiała go. Z trudem maskowała wzruszenie i zmieszanie.
– Co ty wyprawiasz? Stać cię na takie prezenty?
– Nie martw się. Nikogo nie okradłem. Zaoszczędziłem na obiadach.
– Zwariowałeś. Nie mogę tego przyjąć.
– Nie? W takim razie…
Chwycił płytę w obie dłonie i zrobił ruch, jakby chciał przełamać ją na pół. Rzuciła się ku niemu z przerażeniem w oczach.
– Nie, nie!
– Więc bierzesz?
– Biorę, biorę.
Sam położył płytę na talerzu patefonu i nastawił piosenkę, która była właściwym prezentem. A raczej sygnałem.
Zdies’ łapy u jeliej drożat na wiesu
Zdies’ pticy szczebiecziut triewożno
Żiwiosz w zakołdowannom dikom liesu
Otkuda ujti niewozmożno…
Potem długo przekonywał ją, że powinna z tego zaklętego lasu uciec właśnie z nim. I stał się cud. Co nie udało się Majakowskiemu, tego dokonał Wysocki. Wprawdzie tego wieczoru pieścili się jeszcze w ubraniach, ale nazajutrz wreszcie się zdecydowała. Wypiła pół butelki wina na odwagę, pościeliła tapczan, zgasiła górne światło, puściła płytę i pozwoliła, żeby przy nocnej lampce rozebrał ją do majtek i biustonosza. Potem wskoczyła pod kołdrę i tam szybko zrzuciła resztę. On rozebrał się na jej oczach. Czerwieniła się, ale patrzyła na niego łapczywie.
– Zachowujesz się, jakby to był twój pierwszy raz – powiedział, żeby ukryć własne zdenerwowanie.
– Bo jest. Pierwszy raz zdradzam męża. A ty? Miałeś już kobietę?
Miał wcześniej tylko jedną, a teraz za mało pewności, jak mu pójdzie. Poruszył więc lekceważąco ramionami.
– A czy to ważne?
– Nie. Nieważne – szepnęła i przywarła do niego całym ciałem. Potem poprosiła: – Pomału. Nie śpiesz się.
Starał się. Była spięta i skrępowana. Kiedy próbował zrzucić kołdrę, z uporem naciągała ją z powrotem na ich ciała. Powoli jednak otwierała się, zaczynała reagować na jego dość proste pieszczoty i odpowiadać mu tym samym. I zapewne jeszcze przed północą dotarliby do mety, gdyby nie samochody. Rzadko przejeżdżały pod oknem, ale każdy z nich powodował, że Natasza sztywniała i zamierała w oczekiwaniu. A kiedy któryś z nich hamował, nie umiała powstrzymać się przed panicznym biegiem na balkon. I potem wszystko trzeba było zaczynać od nowa.
Wreszcie, już niemal nad ranem, przerwa między kolejnymi samochodami była na tyle długa, że ich ciała w końcu połączyły się. Coraz trudniej było mu powstrzymywać się, ale ona znów szeptała:
– Pomału, proszę.
I trwało jeszcze długo, zanim zaczęła szybciej oddychać i powtarzać:
– O mój mały. Kochany.
I wtedy usłyszeli ten ostatni samochód. Głośniejszy niż poprzednie. Zatrzymujący się pod samym oknem. Próbował powstrzymać ją i dokończyć, ale nie dał rady. Wyrwała się spod niego i jeszcze raz pobiegła na balkon. Tym razem, kiedy się odwróciła, nie zobaczył na jej twarzy ulgi, tylko jeszcze większą panikę. Wróciła do tapczanu przerażonym truchtem.
– To on! – zawołała szeptem. – Uciekaj.
Było to zbyt nieprawdopodobne, żeby uwierzył. Pomyślał, że skorzystała z okazji, żeby się go pozbyć. Akurat w takiej chwili.
– Nie wygłupiaj się – powiedział ze złością.
Chwyciła go za rękę, siłą wyciągnęła z pościeli i nagiego wypchnęła na schody, w ostatnim momencie wciskając ubranie i buty.
– Na górę – szepnęła jeszcze.
Został sam w ciemności, oszołomiony i wściekły. W tej samej chwili na dole otworzyły się drzwi wejściowe i na klatce schodowej zapaliło się światło. Nie czekał dłużej. Wbiegł na palcach na ostatnie piętro. Było mu zimno. Zaczął dygotać, wychylając się ostrożnie przez poręcz. W dole zobaczył wchodzącego po schodach mężczyznę w długim prochowcu i kapeluszu. Rzeczywiście wszedł do mieszkania Nataszy, otworzywszy drzwi kluczem. Światło zgasło.
Jacek Ładny czuł się jak obity. Ubrał się w ciemności i zszedł ostrożnie na parter, trzymając się poręczy. Ranek był bardzo chłodny. Na stancję miał kilka kilometrów, ale nawet długi marsz go nie rozgrzał.
Jeszcze tego samego dnia upił się po raz kolejny i zrobił w szkole awanturę. Tym razem wyrzucili go nieodwołalnie. Nigdy więcej nie zobaczył Nataszy.
Im był starszy, tym częściej w długowłosych kilkunastolatkach dostrzegał siebie sprzed lat. Nieodmiennie przypominała mu się wtedy ta ostatnia noc z Nataszą i myślał z żalem, że nawet się z nią nie pożegnał. Kiedy przypadkiem spotykał na ulicy takiego chłopaka, zdarzało mu się iść za nim, niemal śledzić go, odgadywać, kim jest, co robi, z kim się spotyka, czy miał już kobietę i w jakich okolicznościach to się stało. Kilka razy został zauważony i wtedy robiło się nieprzyjemnie. Mimo to było mu trudno się powstrzymać i za jakiś czas sytuacja się powtarzała.
Długo trwało, zanim uporządkował swoje życie. Dużo później niż rówieśnicy ukończył studia i osiadł w Krakowie, gdzie kolega, któremu się tymczasem powiodło, załatwił mu pracę w _Gazecie Krakowskiej_. Tak więc podglądanie cudzych losów stało się w końcu dla Jacka Ładnego sposobem zarabiania na chleb. Bywało jednak, że nadal robił to całkiem bezinteresownie, z dziwnej potrzeby, której nie umiałby dokładnie nazwać.
Kubę Mazurka poznał już w innej epoce. Od przygody z Nataszą minęło ponad dwadzieścia lat. Dobiegał końca wiek XX i całe tysiąclecie. Świat dookoła zmienił się nie do poznania. Czasami zdawało się Ładnemu, że Kuba w wieku siedemnastu lat jest zupełnie inny niż on kiedyś, że inaczej myśli, odmienne ma problemy i radości, o co innego chodzi mu w życiu. A czasami, że nie różnią się niczym.2.
ZE STARYMI MA SIĘ PRZERĄBANE
_(pisze Kuba Mazurek)_
Z moimi starymi było tak, że jak tylko ojciec pojechał na zarobek do Rajchu, matka od razu znalazła sobie nowego frajera. Co się dziwić, miała wprawę. Aż mnie to zaczynało nudzić. Ten nowy był dokładnie w takim samym stylu, jak jego poprzednicy. Jeszcze jeden niewydarzony artysta. Paradował w skórzanej kurtce i czarnym podkoszulku, a siwe włosy z boków czaszki, bo na środku już ich prawie nie miał, wiązał w kucyk. Wyglądał jak stary debil i nie wiem, jak matka mogła tego nie dostrzegać. Uważał się za prawdziwego reżysera i to rozumiem, bo co mu pozostało. Ale moja matka też widziała w nim drugiego Wajdę i to mi się już nie mieści w głowie, że można być aż tak zaślepioną.
To, co pan Dulemba nazywał Teatrem Nieobojętnym, było żałosną objazdową trupą, odgrywającą szmirowate spektakle o narkomanach. Niby działali przy Pałacu Młodzieży, ale te swoje przedstawienia dawali głównie w szkołach i ośrodkach kultury za pieniądze rządu i jakichś antynarkomańskich fundacji. Jasne, że nikt nie zapłaciłby pięciu złotych z własnej kieszeni, żeby obejrzeć coś tak beznadziejnego. Ale na te ściemy pędzono przeważnie całe klasy w ramach zajęć wychowawczych, więc ludzie woleli to niż chemię, a tym bardziej katechezę. I potem przedłużali w nieskończoność tak zwaną dyskusję, żeby zarwać kolejną lekcję.
Wiem, bo sam przez to przeszedłem. Żelazna Dziewica, nasza wychowawczyni, realizując ustawę o przeciwdziałaniu narkomanii, też zaprowadziła nas kiedyś do Teatru Nieobojętnego na ten rekord świata kiczu pod tytułem _Złoty strzał_. Autorstwa i w reżyserii pana Dulemby, frajera mojej starszej.
Było to naprawdę ciężkie doświadczenie. Zmusiłem się, bo nie chciałem przyznać się sam przed sobą, że wymiękam. Spektakl opowiadał, jak panienka zakochuje się w ćpunie i postanawia wyciągnąć go z nałogu. Oczywiście, nie wyciąga go, za to wciąga się sama. Potem on zakochuje się w innej lalce, która go totalnie olewa, i idzie na leczenie, żeby sobie u niej zasłużyć. Ale ta druga olewa go nadal, więc on zaczyna od nowa szukać tej pierwszej, która tymczasem stoczyła się na samo dno i dogorywa w jakiejś melinie. On szuka i szuka, co służy do pokazania serii obrazków ze strasznego życia ćpunów. Kiedy ją w końcu znajduje, ona właśnie dała sobie złoty strzał. Poznaje go w ostatnim błysku świadomości i wyznaje, że nigdy nie przestała go kochać. On leci na pogotowie, bo w melinie nie ma telefonu. Kiedy wraca, ona jest już sztywna. On tuli jej trupa w ramionach, płacze i postanawia studiować resocjalizację, żeby resztę życia poświęcić wyciąganiu ćpunów z nałogu. Koniec.
I co miałem powiedzieć, kiedy matka spytała mnie wieczorem, jak podobało mi się przedstawienie? Pewnie, że mogłem ją zbyć jakimś bzdetem. Jak ją znam, to by ją zadowoliło. Taką politykę prorodzinną uprawiałem zazwyczaj. Tylko że nagle przestało mi się chcieć.
„Przecież sama wiesz.” – Zmusiłem się, żeby patrzeć jej prosto w oczy. – „Żenada.”
Byłem nieludzki? Fakt, wiedziałem, że robię jej przykrość. A ona może robiła mi przyjemność, zadając się z tym Dulembą?
„Ostatnio ciągle wszystko i wszystkich krytykujesz” – powiedziała z wyrzutem.
„Nie wszystko, tylko pana Dulembę i jego koszmarne sztuczydło.”
„Od kiedy jesteś takim znawcą teatru? Marian Dulemba to bardzo zdolny reżyser.”
„Zdolnym to można być, kiedy się ma dwadzieścia lat.”
„Nie przebił się, bo nigdy nie był w układach. Ani za komuny, ani teraz.”
Próbowała mnie zmiękczyć. Chciała, żebym powoli, powoli przyzwyczajał się do obecności pana Dulemby w jej życiu. Takie rzeczy trzeba przecinać.
„Może nie wiem, jakim jest reżyserem, ale na pewno jest grafomanem. Mógłby sobie przynajmniej sam nie pisać scenariuszy.”
„Znalazł się krytyk” – powiedziała moja matka i na tym skończyła się nasza rodzinna rozmowa przy kolacji.
Nie wiem, dlaczego Dulemba nie wziął jakiegoś porządnego cudzego tekstu, tylko upierał się przy własnoręcznym pisaniu. Zdaje mi się, że nie tylko dla pieniędzy, choć to też musiało mieć znaczenie. Jednak przede wszystkim chyba zdawało mu się, że ma do powiedzenia bardzo dużo rzeczy, szalenie ważnych dla świata. Kiedy skończyło się przedstawienie, wyszedł na scenę, żeby poprowadzić dyskusję. Zamiast stanąć jak człowiek, usiadł na proscenium, żeby nam pokazać, jakim jest luzakiem. I zaczął tak ściemniać, że normalnie opad szczeny:
„Nie będę pytał, czy się wam podobało. Bo tu nie o to chodzi. Ale jeśli po tym, co dziś zobaczyliście, choć jedna osoba spośród was powstrzyma się w krytycznej chwili i nie sięgnie po narkotyk, to nasza praca ma sens.”
Taki szit mógłby wciskać smarkaczom z podstawówki. Może niektóre by się przejęły. Bo na pewno nie wszystkie. Tylko że to był spektakl dla liceów. Obok mnie siedział Robert Kajzer. Widziałem, jak uśmiecha się ironicznie i kiwa z politowaniem głową. Wiedziałem, że gdyby mu się chciało odezwać, zrobiłby z Dulemby umysłową miazgę, ale mu nie zależało. Od razu wyrwało się paru cwaniaczków z głupimi pytaniami, których celem było tylko opóźnienie powrotu do szkoły. I facet sam zaczął się kompromitować. Traktował swoją rolę bardzo poważnie i nie umiał pohamować gniewu, kiedy się zorientował, że robią sobie z niego jaja.
„Wydaje wam się, że to są żarty? Zapamiętajcie, że każdy, kto podsunie drugiemu narkotyk, choćby skręta czy tabletkę ecstasy, jest potencjalnym zabójcą.”
To już wywołało jawny śmiech, bo na sali było przynajmniej ze trzydziestu takich potencjalnych zabójców. Ten Dulemba był naprawdę beznadziejny. I właśnie kogoś takiego musiała sobie upatrzyć moja matka.
„Zrozumiał to bohater naszego spektaklu. A wy? Spójrzcie na siebie. Może jeszcze czas się cofnąć, zanim przyczynicie się do czyjegoś nieszczęścia.”
Gdyby pan Dulemba wiedział, co ja o nim wtedy myślałem, dopiero by się zdziwił. Bo gdybym ja miał ochotę zaćpać, to wyłącznie z jego powodu. A dokładnie dlatego, że moja starsza dawała się posuwać takiemu kretynowi. Może bym i zaćpał, gdyby nie to, że po prostu miałem totalną blokadę. Wszystko, na co umiałem się zdobyć, to parę razy pociągnąć skręta. I szlaban. Czy ktoś by uwierzył, że nawet nigdy w życiu nie połknąłem tabletki?
Co tu gadać, pękałem. Było mi nawet wstyd przed kolesiami, ale nic nie mogłem poradzić. Gdybym kiedykolwiek dał sobie w żyłę, przyczynić się do tego mógłby tylko pan Dulemba. On jeden na całym świecie wystarczająco mnie wkurzał. Jasne, to tylko takie gadanie. Musiałbym być skończonym dupkiem, gdybym z powodu kogoś takiego, jak najnowszy frajer mojej matki, spaprał sobie młode życie. To nie było żadne rozwiązanie. Przynajmniej dla mnie. Znalazłem lepsze.
Julka Dulemba była fajnym dzieciakiem i naprawdę nie zasłużyła sobie na takiego ojca. Ale cóż, takie jest życie. Co winna jest mała żabka, rozjechana na szosie przez tira? Nic, prawda? Julka chodziła jeszcze do podstawówki i ledwo co zaczynała rozglądać się po świecie. Jeszcze prawie nic nie kumała. Trochę było mi jej żal, ale nie miałem wyjścia. Żabek na szosie też było mi szkoda. I co z tego?
Wiedziałem, że matka najczęściej umawia się z Dulembą na pieprzonko z rana, jeszcze przed otwarciem Pałacu Młodzieży. Coraz częściej musiała wcześniej wyjść, żeby wszystko przygotować przed zajęciami. Naprawdę myślała, że w to wierzę? Nigdy nie zdradziłem się przed nią, że wiem, więc może zdawało jej się, że jestem taki naiwny. A ja wiedziałem wszystko. Gdybym chciał, mógłbym zaczaić się w rekwizytorni i nakryć pana Dulembę na mojej matce. Tylko co potem? Zabić go? A bawić się w podglądacza nie miałem najmniejszej ochoty. Wystarczyło mi, że doskonale potrafiłem wyobrazić ich sobie na tej wąskiej, zakurzonej kanapce, na której konała nieszczęsna ćpunka w _Złotym strzale_ .
Julka chodziła do prywatnej szkoły obok Plant. Była to buda, gdzie nauczano po francusku, w języku bohemy, a ona przecież urodziła się w rodzinie artystów, to gdzie miała chodzić, biedaczka. Czekałem na ławce za krzakiem, aż wyjdzie po lekcjach. Koniec października przyniósł piękną pogodę, prawdziwe babie lato. W taki dzień wszyscy powinni się kochać i robić sobie dobrze. Niestety, życie nie jest ideałem. Zobaczyłem ją, a ona mnie nie. Złapałem jakiegoś dzieciaka, który też przed chwilą wybiegł z budynku.
„Ty, koleś, masz tu piątkę i oddaj ten list tej panience z długimi włosami, no, tej jasnej. Jak zapyta, to powiedz, że ci dała jakaś kobieta. Tylko nie nawal, bo cię znajdę i wydrę ci tę kasę z gardła.”
„Czy ja wyglądam na debila?” – spytał szczeniak i poleciał w podskokach.
Następnego dnia od rana czekałem w bramie naprzeciwko Pałacu Młodzieży. Nie byłem pewny, czy mój plan wypali. W liście napisałem:
_Jeśli chcesz wiedzieć, co twój tata robi z rana, ukryj się jutro przed 9.00 w rekwizytorni. Życzliwa przyjaciółka._
Tekst ułożyłem z liter wyciętych z _Gazety Krakowskiej_. Zachowałem się jak w jakimś durnym filmie, ale to mnie bawiło. Dopiero później zacząłem się zastanawiać, czy panienka się złapie, czy nie powinienem napisać dosłownie, o co chodzi. Z drugiej strony, właśnie to mogłoby ją przerazić. A tak mogła pomyśleć, że to nic takiego strasznego, że jej tata na przykład od rana pije wódkę z kolegami.
Wszystko się udało. Najpierw przyszła moja matka. Bałem się, czy Julka zdąży przed swoim ojcem. Zdążyła. Prawie biegła od tramwaju, oglądając się ukradkiem, jakby to ją ktoś gonił. Weszła bez przeszkód. O tej porze czynna już była kryta pływalnia i pojawienie się młodej panienki nie mogło wzbudzić podejrzeń portiera, nawet gdyby go cokolwiek obchodziło. Wreszcie zobaczyłem, jak zza rogu wyjeżdża stary, poobijany garbus Dulemby. Oczywiście stać go było na nowy samochód. To był taki szpan. Artystyczny. Przejechał przed bramą Pałacu i skręcił w lewo. Wiedziałem, że zaparkuje kawałek dalej i wejdzie od tyłu, przez kotłownię. Ludzie, którzy konspirują, robią z siebie idiotów.
Mogłem już nie czekać, ale coś mnie trzymało w bramie. Trochę się przestraszyłem, że będzie afera, jeśli Julka za mocno przeżyje. Na przykład wyjdzie na dach i skoczy. I znajdą przy niej mój list. Bałem się niepotrzebnie. Po półgodzinie wybiegła, zaryczana, przez główną bramę. Dulemba się nie pokazał. To mogło tylko znaczyć, że zakochani byli tak zajęci sobą, że nawet nie zauważyli świadka.
Druga część planu poszła tak samo gładko. Jeszcze tego samego dnia zaczepiłem w szkole Michała Skalskiego z trzeciej C, zwanego Rwaczem. Nie bez racji. Lubił młode mięsko. Słyszałem, że już kiedyś, na jakiejś dyskotece, dobierał się do Julki, ale poniósł haniebną klęskę.
„Wiesz co? Czemu jesteś taki nieczuły?” – spytałem. – „Ta mała Dulemba na ciebie leci. Nie chcesz pozbawić jej cnotki?”
Popatrzył na mnie podejrzliwie.
„Co ty bredzisz? Próbowałem ją wyrwać, ale to zakonnica.”
„Ślepy jesteś. Ona jest zielona, peszy się. Ale po nocach jęczy za tobą. Nie wiem, może potrzeba jej dopingu. Nawet do mnie robiła jakieś aluzje, tylko wiesz, ja się w to nie bawię.”
Rwacz wzruszył ramionami, ale dobrze widziałem, że moje ziarno padło na jego glebę, jak zwykł mawiać Libertowicz, nasz historyk i były dyrektor. Na żniwa nie musiałem długo czekać. W następną sobotę zajrzałem do Technolandu, właściwie bez wiary, że coś mogło się już wydarzyć. Wydawało mi się, że jest na to za wcześnie. Źle myślałem. Rwacz, kiedy już złapał trop, był jak wilk. Obserwowałem ich z daleka i nie miałem wątpliwości, że Julka jest zgubiona. Pozwalała mu się jawnie obmacywać. Kiedy wychodzili, długo przed końcem dyskoteki, co miało swoją wymowę, robiła wrażenie naćpanej jak miś koala. Wyszedłem za nimi popatrzeć. No jasne, wsiadła do żółtego cinquecento sport, które Rwacz dostał niedawno od ojca. To działało!
Potem poszło już z górki. Rwacz przeleciał ją jeszcze parę razy i pogonił, jak to miał w zwyczaju. Na facecie, tym albo innym, Julce jeszcze specjalnie nie zależało. Ale w ćpanie zdążyła się przy Rwaczu wciągnąć. Zaczęła gwałtownie szukać nowego źródła. I znalazła.
Parę tygodni temu spotkałem ją przypadkiem w okolicach dobrze znanej młodym ćpunkom kamienicy przy Plantach. W oficynie jest melina, gdzie odchodzi wymiana towar za towar. Młode mięsko za porcję dowolnych dragów. Może z wyjątkiem kompotu. Nie ten poziom. To lokal dla lepszej młodzieży, dysponującej kaską. Albo świeżym ciałkiem. Stary kompociarz, zostanie stamtąd spuszczony z połamanymi kończynami. Ale drzwi są zawsze otwarte dla chętnych uczennic, które zamiast siedzieć w szkole na nudnych lekcjach, wolą się fajnie zabawić.
Julka wytoczyła się stamtąd w towarzystwie dwóch innych naćpanych gówniar. Właśnie przed chwilą zrobiły dobrze kolesiom za działkę, byłem tego pewny na bank. A kilka następnych działek dostały do rozprowadzenia. Dosłownie wpadła na mnie. Kiedy mnie poznała, w jej wzroku zobaczyłem nienawiść.
„O, cześć!” – zawołałem wesoło. – „Co tu robisz?”
„Bo co, doniesiesz ojcu?” – spytała wojowniczo, bez cienia strachu.
Biła od niej taka agresja. A przecież jeszcze niedawno Julka Dulemba była potulnym, nieśmiałym dziewczątkiem. Dokonałem cudu. Dzień był jasny jak rzadko, słońce dawało po oczach, aż bolało. I dobrze widziałem źrenice Julki, mimo tej jasności wielkie jak spodki. Była naspidowana jak rakieta. Mógłbym się założyć, że dostała kreskę na odwagę, zanim wyszła z towarem na miasto. A więc wszystko potoczyło się tak, jak chciałem. Poszedłem za nimi w bezpiecznej odległości. Z klientkami spotkały się na Plantach przy fontannie. Znów kilka działek browna poszło do ludzi.
A ten głupi stary Dulemba jeszcze niczego nie przeczuwa. Wciąż jest tak zajęty moją matką, że nie widzi, co się dzieje w jego własnym domu. Wcale mnie to nie martwi. Tym bardziej szokujące będzie przebudzenie. Czekam na to cierpliwie.4.
ŻELAZNA DZIEWICA. CO ZA KSYWKA!
_(pisze Kuba Mazurek_)
Żelazna Dziewica. Co za ksywka! Człowiek od razu zaczyna główkować, skąd się wzięła. Bo wystarczy popatrzeć na profesorkę Justynę Barską, naszą panią od polaka, żeby zrozumieć, że tym, co ją tak nazwali, wcale nie chodziło o zespół Iron Maiden. No i dobrze. Nigdy nie przepadałem za tą kapelą. Muzyka jak muzyka, czasem da się posłuchać. Ale te ich trupie gadżety, ten horror dla wieśniaków. Koszmar. No więc lepiej, że ta nasza Żelazna Dziewica jest w całkiem innym typie urody.
Zostaje drugie skojarzenie, nie wiem czy lepsze. Z dziewicą norymberską. No, z tą żelazną panną, w której zamykano heretyków i podejrzanych o czary. Z wierzchu piękną, a w środku nabijaną żelaznymi gwoździami, żeby poczuli przedsmak rozkoszy prawdziwie piekielnych. Trzeba przyznać, że tu się otwiera naprawdę duże pole dla wyobraźni. Trochę strach, ale równocześnie kusi. Takie właśnie miałem uczucia, kiedy mnie przenosili do trzeciej A, pod opiekę pani Barskiej.
Nawiasem mówiąc, nie da się ukryć, że trzecia A to kupa niezłych snobów. Kiedy się trochę rozejrzałem, byłem dość przerażony, w co ja się dałem wrobić. Aż się tu roi od aparatów, jakich na mat–fizie w ogóle się nie spotykało. Na przykład kolesie z odbiciem politycznym. Istne zoo. Są popieprzeni guevaryści, którzy co rano witają się słowami: _Socialismo o muerte! Hasta la victoria siempre!_ I chyba jeszcze bardziej popieprzeni narodowcy. Oczywiście nie jakieś prymitywy z ogolonymi łbami, jak w zawodówkach w Nowej Hucie, tylko inteligentni chłopcy, którzy za dziadków mają profesorów. Znają na pamięć Dmowskiego, biegają na zbiórki Młodzieży Wszechpolskiej czy czegoś w tym rodzaju. I głoszą, że Unia Europejska wprowadzi w Polsce niewolę gorszą od moskiewskiej.
Czułem, że nie będzie mi lekko, bo towarzystwo nie dość, że miało narąbane w głowach, to jeszcze nosiło się z wysoka. Na początku bardzo mi brakowało Roberta Kajzera i innych fajnych, konkretnych chłopaków z mat–fizu. Ale, jak to mówią, dostałem propozycję nie do odrzucenia. Albo trzecia A, czyli humana, albo w ogóle pożegnałbym się z Kuźnią. A raczej Kuźnia pożegnałaby się ze mną. Uznali, że do mat–fizu jestem za głupi. Zresztą, powiem wam w tajemnicy, że mieli full racji. Co ja robiłem na tym mat–fizie, to ja sam nie wiem. I w ogóle jak udało mi się zdać egzamin.
Bez ściemy, to akurat wiem. Po prostu się zawziąłem. Byłem gotów na wiele, żeby tylko zrobić matce na złość. Biedaczka, naprawdę starała się rozwijać we mnie tak zwane talenty. Nawet jeśli sama się mną nie zajmowała, pochłonięta kolejnymi nieudanymi artystami swego życia, pchała mnie do różnych zespołów i kółek. A to plastycznych, a to recytatorskich, a to teatralnych. Tylko do muzyki miałem drewniane ucho. Była niepocieszona. Musiała się z tym w końcu pogodzić, bo jakie miała wyjście. Kiedy w Pałacu Młodzieży utworzono zespół nowoczesnego tańca, moja starsza nie wytrzymała i zapisała mnie. Było to okropne, ale wtedy jeszcze nie przychodziło mi do głowy, że mógłbym się matce sprzeciwić. Uratował mnie ojciec. Akurat wpadł na parę dni do domu z jednego ze swych kolejnych wyjazdów. Podsłuchałem ich wieczorną rozmowę w kuchni.
„Nie wydaje ci się, że przesadzasz z tym robieniem z niego artysty?”
„Kuba ma talent. Ma wiele talentów.”
„Nigdy w to nie wątpiłem. Ale brakuje mu siły i charakteru, żeby sobie radzić w tym całym artystycznym bagnie.”
„To tylko tobie się wydaje, że to bagno. Nie znosisz wszystkiego, co cię przerasta.”
„Mówię ci, że zrobisz mu krzywdę.”
„Koniecznie chcesz, żeby był taki jak ty” – powiedziała matka. – „On taki nie jest.”
„Pomału się z tym godzę” – zamruczał mój starszy. – „Już jest wystarczająco słaby. Nie widzę powodu, żebyś jeszcze zrobiła z niego pedzia.”
Dość uważał na słownictwo i słowo pedał nie przeszłoby mu przez gardło. Był niedzisiejszy. Nie przyjmował do wiadomości, że czasy się zmieniły i teraz nazywa się ich gejami, czyli wesołymi. Albo kochającymi inaczej. Ojciec mógł pogodzić się ze smutnym faktem, że nie zostanę inżynierem budowlanym i sportowcem, ale załamałby się, gdybym zaczął się zadawać z pedziami.
O dziwo, w tym przypadku matka uległa. Może ojcu naprawdę udało się ją przestraszyć? Wszystko jedno, ważne, że już nie musiałem zostać następcą Béjarta. Nigdy chyba się nie domyślił, jak bardzo byłem mu za to wdzięczny. Tak bardzo, że zawziąłem się i zdałem na ten mat–fiz. Na przekór matce. Dla niego. Może nawet przez jakiś czas zdawało mi się, że jednak wykształcę się na tego inżyniera budowlanego. Ale na jak długo można się zawziąć? Matma nadal mnie nie lubiła. Z wzajemnością. Pierwszą klasę jeszcze jakoś przemęczyłem. W drugiej zaczęły się jaja. Najgorsze przejścia miałem z fizą, której uczyła Cabanowa zwana Piranią. Na domiar nieszczęścia, to właśnie ona była na mat–fizie moją wychowawczynią. Jeśli w ogóle można tak określić osobę jej gatunku.
W tym przypadku fizyczne podobieństwo do ryby _serrasalmus piraya_ z podrzędu kąsaczy idealnie odpowiadało charakterowi pani Caban. Kiedy jej podpadłem, większość ludzi patrzyła na mnie ze współczuciem, jakbym już był martwy. Caban była znana z tego, że jak już poczuła krew nieszczęśnika, nie spoczęła, dopóki nie obgryzła go do gołych kości. Mnie też zjadłaby po kawałku, gdyby nie dyrektor Libertowicz. Wybronił mnie osobiście. Załatwił sprawę w kuratorium i uprosił Żelazną Dziewicę, żeby zechciała wziąć mnie do swojej klasy i nie ustawiła się do mnie wrogo od razu na wejściu.
Ratunek przyszedł dosłownie w ostatniej chwili, tuż przed trzęsieniem ziemi, jakie nastąpiło w szkole po wakacjach. Jeszcze w czerwcu nikt się nie spodziewał, że Cabanowa, ten tępy babsztyl, już niedługo zostanie dyrektorką w miejsce Libertowicza, który próbował wpuścić trochę świeżego powietrza do zatęchłego wnętrza naszej sławnej Kuźni. Nie znacie, jak to mówią, dnia ani godziny.
Niektórzy starzy próbowali protestować, ale szybko wymiękli. Cabanową przepychał słynny katolicki radny Psota. Wszyscy wiedzieli, że facet ma mocne wejścia w Kościele. Był już nawet jakimś ministrem czy kimś takim. Dopóki nie palnął z trybuny sejmowej, że AIDS to kara boska dla pedałów. Poszło to w telewizorze i cały świat lał po nogach z naszego pradawnego Krakowa, który chyba na wieki pozostanie pradawny. Po tej żenadzie Psota nie nadawał się już na ministra. Nawet katolickiego. Ale w Krakowie się nadał na wiceprezydenta. Nic dziwnego, że dla kogoś takiego Libertowicz był agentem diabła, bo pozwalał, żeby w sławnej Kuźni panienki malowały włosy, a faceci nosili kolczyki. No to mu pokazali, kto tu rządzi.
A więc moja przyszłość dalej wygląda niepewnie. Przestałem mieć do czynienia z Piranią na co dzień, ale wciąż ma nade mną władzę. No i nadal mnie nie znosi. Na pewno mi u niej nie pomogło, że przestałem chodzić na lekcje religii, kiedy zmienili nam katechetę na tępego buraka, który może by się nadał na wiejskiego proboszcza, ale nie na wykładowcę w Kuźni. Nie chodzi o kryzys wiary czy coś w tym rodzaju. Znam kolesi, którzy naprawdę mają taki kryzys, a na religię biegają dla świętego spokoju. Ja myślę, że chyba jest ktoś, gdzieś, no, jakiś pauer. A Jezus jest naprawdę spoko. Co nie znaczy, że miałem się potulnie godzić na to, żeby się na mnie wyżywał jakiś matoł, umysłowe zero. Kłopot w tym, że od Piranii nie mogę się równie łatwo uwolnić.
Teraz więc wszystko zależy od mojej nowej wychowawczyni. A Barskiej też nie potrafię do końca rozgryźć. Nawet pomijając jej osławione żelazne dziewictwo, to ludzie różnie o niej mówią. Że zadziera nosa. I że jeśli chodzi o jej ukochanego polaka, to nie zna się na żartach. Katuje wszystkich lekturami spoza programu, Szymborską, Miłoszem czy Herlingiem–Grudzińskim. Zmusza nas także, żebyśmy podzielali jej zachwyty, na przykład Jackiem Kaczmarskim, bardem Solidarności. I że jeśli ktoś nieostrożnie pokaże, że olewa jej idoli, to ona też potrafi się zawziąć. Nie gorzej niż Pirania. Podobno paru gości załatwiła na amen. Muszę sprawdzić, czy to prawda.
Jeden plus, że przynajmniej można patrzeć na nią bez obrzydzenia. Powiedzmy otwarcie, jest po prostu super laską, każdy musi to przyznać. I co z tego, że stara? Jeszcze tego nie widać, przynajmniej z wierzchu. Ona sama dobrze o tym wie, bo pilnuje się, żeby wyglądać oficjalnie, nosi różne żakiety i tak dalej. Kiedy się zapomni i przyjdzie w sukience, wszystkie chłopaki się napalają.
Na razie nie mogę na nią narzekać. Od początku starała się być dla mnie w porządku. Nie dawała mi do zrozumienia, że jestem wrzodem, który wyrósł na dupie jej wspaniałej klasy. Od pierwszego dnia próbowała mnie zintegrować. I szczerze mówiąc, nie miałem nic przeciw temu, żeby mnie integrowała. Już po pierwszej godzinie wychowawczej poprosiła, żebym został po lekcjach.
Zauważyłem, że moi nowi koledzy zaraz zaczęli robić porozumiewawcze miny i głupie gesty. Największy klasowy grubas, którego nazywali Dżemojadem, pokazał taki ruch, jakby łapał panienkę od spodu, i jeszcze poruszał dużym palcem. Szczerze mówiąc, może też jestem niedzisiejszy, ale nie lubię, kiedy faceci tak się zachowują. Wzruszyłem ramionami i stuknąłem się w czoło. To go tylko jeszcze bardziej rozbawiło i zaczął całym ramieniem naśladować tłok parowy.
Sądziłem, że Barska nie zdaje sobie sprawy, co uczniowie pokazują sobie za jej plecami. Ale chyba była wszystkiego świadoma.
„To nie jest łatwe, prawda?” – spytała, kiedy zamknąłem drzwi za tą bandą zgrywusów.
„Co?” – spytałem ostrożnie.
„Dostosować się do nich.”