-
nowość
-
promocja
Lewy bilet - ebook
Lewy bilet - ebook
Dziewiąta i być może ostatnia powieść Thomasa Pynchona to porywające i przezabawne, lecz niepokojąco przy tym współczesne studium USA i Europy u zarania ery totalitaryzmu.
Jazz, gangsterzy, szpiedzy – i rosnące szeregi brunatnych koszul. Rok 1932, nad świat nadciąga złowróżbny cień. Kończy się era amerykańskiej prohibicji, szaleje wielki kryzys. Młody Hicks McTaggart, niegdyś osiłek i łamistrajk, zapalony tancerz, a dziś prywatny detektyw z Milwaukee, dostaje w firmie nowe, podejrzane zlecenie i bilet w jedną stronę – za Atlantyk, gdzie ma odnaleźć zbiegłą dziedziczkę fortuny zbitej na serach twardych. Prowadzona w maniakalnym tempie akcja, która przenosi czytelnika z Milwaukee i Chicago do Budapesztu i ostępów Siedmiogrodu, to wirujący karnawał, pełen zdarzeń paranormalnych i postaci, przy których bledną sylwetki bohaterów z Jamesa Bonda. Dodatkowe atrakcje, takie jak przemytnicza łódź podwodna z cesarsko-królewskiej floty wojennej, czy wyścigi węgierskich i sowieckich motocyklistów to jednak tylko tło wielkiego fresku najnowszej historii, tej z pierwszych stron gazet, jak i tej zawsze starannie ukrytej przed wzrokiem postronnych.
Lewy bilet Thomasa Pynchona po mistrzowsku udaje wypełniony ekscentrycznymi przygodami (i dancingowymi piosenkami!) czarny kryminał z epoki, lecz w istocie prowokuje swoich czytelników do konfrontacji z naszym dniem dzisiejszym. Tak jak bohaterowie tej powieści, żyjemy pośród bezliku narzucanych z zewnątrz sensów, sprzecznych i być może nieprawdziwych. Zamiast im ufać, możemy jednak – niczym oni – wybrać chaos, anarchię, próbę wyjścia z mrocznych zakamarków Systemu. Tam, gdzie być może czeka światło.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna obca |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788384320877 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
ŁODZIĄ PODWODNĄ DO TRANSYLWANII, CZYLI OD TŁUMACZA
Wręczając dziś Czytelniczkom i Czytelnikom _Lewy bilet_ Thomasa Pynchona w moim przekładzie, do przyjętych w takich okolicznościach życzeń przyjemnej lektury chciałbym dodać kilka uwag, by nie powiedzieć: przestróg.
Zacznę od szczegółu być może błahego, ale rzucającego światło na zamiar artystyczny amerykańskiego autora. Otóż w powieści Pynchona – obok całej ogromnej menażerii osób i rekwizytów – występuje „austro-węgierska łódź podwodna U-13”. I słyszę już kwaśne uwagi purystów i znawców militariów, że przecież hola, tłumaczu, mówi się prawidłowo nie „łódź”, lecz „okręt podwodny”!
Autorzy takich uwag mają rację, ale też błądzą. Okręty podwodne to jednostki realne, takie ze sterem i śrubą, a tylko niekiedy mityczne, jak sowiecki atomowy „Czerwony Październik” u Toma Clancy’ego czy nasz tajemniczo zaginiony ORP „Orzeł”. Z kolei „łódź podwodna” dzisiaj należy do krainy fantazji, jak „Nautilus” dowodzony przez kapitana Nemo u Juliusza Verne’a czy Żółta Łódź Podwodna z albumu (i filmu animowanego) The Beatles.
„Okręt” to jednym słowem zimny konkret – a z kolei pynchonowska łódź podwodna U-13 to podobne zwierzę, co jednorożec. Wprawdzie istnieje, lecz trochę (albo mocno) inaczej niż w potocznym rozumieniu. Co nie oznacza, że za U-13 i jednorożcami nie tęsknimy. Tę obserwację można rozszerzyć na całą resztę autorskiego świata w _Lewym bilecie_. Pynchon, wydaje mi się, wcale w tej powieści nie próbuje dokonać pastiszu amerykańskiego (oraz wschodnioeuropejskiego) międzywojnia z jego kryminałami noir, czarno-białym kinem i wiernie odtworzonymi kostiumami z epoki. Uniwersum _Lewego biletu_ to symulakrum, kopia bez oryginału, czyli świat, jaki tylko „mógłby był być” – ale historycznie nie istniał w żadnym z potocznych znaczeń. Zupełnie tak jak „Nautilus” i Żółta Łódź Podwodna, U-13 nie jest okrętem wojennym z nitowanego metalu, lecz widmową łódką utkaną z tęsknoty za tym, co trwa w nas jedynie jako marzenie.
Co dość oczywiste, lecz warte powtórzenia, _Lewy bilet_ nie jest dziełem realizmu (który sam jest przecież jedną z literackich konwencji), lecz satyrą menippejską. Cóż to za zwierzę? Dosłownie: to starożytny gatunek literacki wywodzący się od cynika Menipposa z Gadary, charakteryzujący się swobodną formą oraz kpiącym podejściem do treści filozoficznych i obyczajowych, forma literacka łącząca elementy fantastyczne z groteską i krytykująca wady i postawy ludzkie, ukazując je w krzywym zwierciadle. Gatunek ten, którego współczesnym przykładem jest choćby _Mistrz i Małgorzata_ Bułhakowa, piętrzy nadzwyczajne, bluźniercze, wręcz nieprawdopodobne sytuacje (diabeł w komunistycznej Moskwie? U-13 w jeziorze Michigan?) po to, aby przetestować idee i prawdy, które na co dzień uważamy za niewzruszone.
Czyżby więc Thomas Pynchon stworzył kolejną powieść może i wielką, lecz „niepoważną”? Peregrynacje amerykańskiego prostaczka po faszyzującej się Europie lat 1932 i 1933 mogą sprawiać wrażenie „komiksu prozą” – jak mówiono o _Tęczy grawitacji_ tegoż autora – jednak w lekturze okazują się równie błahe, a zarazem równie śmiertelnie poważne jak wędrówka Don Kichota z La Manchy po hiszpańskich zadupiach. Śmiejemy się wesoło, lecz śmiech zaraz więźnie nam w gardłach, gdy dociera do nas, że Don Kichot, moskiewska Małgorzata czy – u Pynchona – zabłąkany w Transylwanii Hicks McTaggart z Milwaukee – to my, każdy i każda z nas.
Co nie oznacza, że znając już menippejski klucz do tej powieści, mamy przed sobą lekturę miłą i bezproblemową. Cóż bowiem mamy począć z tasiemcowymi zdaniami, każde na pół stronicy _Lewego biletu_? Co z rozkrzewiającymi się we wciąż bardziej fantastyczne formy dialogami bohaterów? Co z natłokiem realiów i rekwizytów, których drobiazgowe opisy (obuwnicza maszyna rentgenowska!, czteroosobowy motocykl ławka _Made in Czechoslovakia_!) mogą być równie dobrze prawdziwe, jak zmyślone (ale są, o dziwo, prawdziwe). Co z obfitością wątków parapsychologicznych, którymi tak gardzimy jako czytelnicy trzeźwi i racjonalni? Lecz mimo to zachęcam: śmiało się zanurzajmy (jak U-13?) w ten pynchonowski lunapark, być może czyniąc tak po raz ostatni, biorąc pod uwagę, że autor, wielki czarodziej prozy, dobiega dziś dziewięćdziesiątki.
Jako tłumacz winien jestem też Czytelniczkom i Czytelnikom kilka słów o sztuczkach warsztatu. Zastąpienie oryginalnego tytułu (_Shadow Ticket_) innym biletem, bo „lewym”, nie było chyba przesadną herezją. _Shadow ticket_ to w slangu agentów biur podróży bilet otwarty na próbę, zaklepany, lecz oficjalnie jeszcze nieistniejący – trochę podobnie jak u Pynchona mroczniejąca historia świata, która dopiero nastąpi albo nastąpić może, razem z drugą wojną światową, Zagładą, totalitaryzmem i erą atomową. Ale też Hicks McTaggart na kartach tej powieści naprawdę otrzymuje podejrzany bilet, do kompletu z szemranym zleceniem detektywistycznym. Pokrewnym problemem były tak zwane „americana”, czyli szczegółowe realia świata USA sprzed prawie stu lat. Wszędzie tam, gdzie autor po prostu rzuca hasło dla swoich rodaków jako tako jeszcze zrozumiałe (_soda fountain_), tłumacz musiał dodać nieco wyjaśniającej treści albo – rzadziej – sięgnąć po słowo z polskiego lamusa („sodowiarnia”). Proza musi się jednak obyć bez przypisów końcowych, taką już mam zasadę. Uważałem też, że po polsku powieść ta nie powinna być aż do takiego stopnia tajemnym rebusem, „węgierską krzyżówką” tak czule w niej opisywaną. Bilet, jaki trzymamy oto w ręku, jest może lewy, ale powinien mimo wszystko dokądś Czytelnika dowieźć.
A język _Biletu_? Ów miszmasz międzywojennych gwar, rejestrów slangu, klasowych dialektów? Mimo gangsterskiej tematyki _Lewego biletu_ niezbyt pomocni okazali się tu dla tłumacza mistrzowie dialogu z przedwojnia: Wiech Wiechecki, Mniszkówna czy Dołęga-Mostowicz. Za bardzo wszystko to polskie, zbyt archaiczne, podczas gdy _Lewy bilet_ to wbrew pozorom rzecz nader współczesna. Za to ciekawy drogowskaz ustawił tłumaczowi Leopold Tyrmand i jego łotrzykowska powieść _Zły_. Warszawa ze stronic _Złego_, wraz z językiem tyrmandowskich bohaterów, jest podobną fantasmagorią: nie zwierciadlanym odbiciem, lecz riffem i jazzową improwizacją na temat miasta trochę realnego, a trochę ze snu. Czy i na ile taki wzorzec pomógł polskiemu przekładowi, to już ocenią Czytelnicy.
I wreszcie – piosenki! Tych jest w _Lewym bilecie_ mnóstwo, jak zwykle u Pynchona: dansingowe ballady, ogniste pieśni miłosne, rumby, pijackie przyśpiewki i co tylko chcecie. A kiedy akcja powieści splątuje się do niemożliwości i nie wiadomo już, kto tutaj jest kim i za czym tak gna, nagle w gęstej prozie Pynchona, niczym polana leśna, otwiera się wolny przestwór, a w nim – kolejna piosenka! Ta bowiem jest, jak wiemy, dobra na wszystko, nawet na ponurą przyszłość majaczącą bohaterom _Lewego biletu_. I może nawet będzie lekiem także na nasze dzisiejsze lęki, paranoje i mentalny chaos świtających już przed nami kolejnych lat trzydziestych.
Warszawa, czerwiec 20261
Gdy w mieście kroi się rozróba, zwykle nadciąga linią kolejową North Shore. I nie ma przebacz, bo kawałek w dół mapy jeziora Michigan, w pobliskim Chicago, sprawy idą już na ostro, zmiana wisi w powietrzu, lada dzień zniosą tę całą prohibicję, Wielki Al już garuje w federalnej ciupie w Atlancie, problemy mafijnej Rodziny piętrzą się i iskrzą, cóż więc dziwnego, że każdy, kto musi nagle prysnąć na pewien czas z wielkiego miasta, dyma prosto w te strony, do Milwaukee, gdzie w kronice policyjnej gazety piszą głównie o tym, że ktoś komuś gwizdnął rybę albo dwie.
Jak dzień długi i szeroki Hicks McTaggart kopytkował po całej Trzeciej Dzielnicy, mając na oku taką dwójkę zamiejscowych turystów, obu w kapeluszach borsalino i czarnych paltach z wielbłądziej wełny, i idąc za nimi trasą od macierzystego biura przy 22. Ulicy i Alei Wabash na południe, wzdłuż nadbrzeżnej promenady, przy czym można się założyć, że obaj goście przyjechali zadbać o to, czym w Milwaukee nie miał kto się zająć, odkąd dziesięć lat wcześniej Vito Guardalabene cisnął karty na stół i zmył się stąd na dobre, co jednak nie zmienia faktu, iż następca Vito, niejaki Pete Guardalabene, ma na dzielnicy nadal poważanie jako tutejszy szef szefów, na fotkach w ilustrowanej prasie szczerzy zęby podczas wystawnych włoskich wesel, i tak dalej.
Zabijając czas w zaułku na tyłach Bella Palermo, knajpy Pasqualego, Hicks pasie zmysły barowym hałasem, ktoś komuś namolnie nawija tam makaron na uszy, wszędzie aromat sosu do spaghetti i czosnku z patelni, białe płaty sfinciuni bagherese pieką się nad ogniem z oliwkowych drew, człowiek z miejsca robi się od tego głodny, a tu klops, do wypłaty daleko, więc na południową szamę Hicks ma ze sobą jedynie termos z kawą i maślankowy zawijany pączek, upchany w jednej z kieszeni, ale w której?
Huk eksplozji, gdy już dociera do zaułka, wydaje się nieść aż zza rzeki, z okolic bliżej jeziora. Widelce i kieliszki zamierają w przestworze między ustami i brzegiem obrusa, jak gdyby wszyscy obecni czcili rzecz minutą ciszy, ale nikt jakoś nie okazuje zaskoczenia.
Gdy jednak chwilę później goście lokalu wysypują się na ulicę, dla wszystkich nadal liczy się jedynie ten temat.
– Człowiek chce tylko odrobiny ciszy i spokoju, a tu bach, masz tobie…
– Zaczyna się, zaraz się tutaj zrobi drugie Chicago.
Ludzie spoglądają po sobie znacząco, jak gdyby łączyła ich wspólna tajemnica. Nie to, że wiedzą, co jest grane, i nie żeby to było dla nich bez znaczenia, ale jedno jest pewne, ktoś tutaj rozkręcił oto w mieście grubszą aferę.
Przez kilka następnych godzin, do chwili, kiedy smutne bliźniaki wsiadają wreszcie w powrotny pociąg, Hicks poznaje co najmniej kilka rozbieżnych wersji zdarzenia, bowiem może tu chodzić o gangsterską zazdrość o pewną damę albo może o napad na skład nielegalnej gorzały, wiecznie ta sama śpiewka, z której nie wynika nic pożytecznego, podobnie mówi się przy kontuarze drogerii i sklepu żelaznego, w przybytku pod wspólnym szyldem znanym jako Oriental Drugs, będącym sercem i duszą Wschodniej Dzielnicy, gdzie Hicks ma najlepsze źródło wiarygodnych plotek w całym Milwaukee i przy okazji strzela sobie czasem lunch w tych rzadkich chwilach, kiedy jest przy forsie, bo gdy z kolei nie miał centa w kieszeni, walił prosto do Oazy Herr Otto, alkoholowej meliny udającej przyuliczny Imbisswagen, gdzie karta napitków zawiera wszystko, od nielegalnej wódy, jeszcze gorącej z destylatora, do szmuglowanych przez granicę flaszek markowego dobra, i ślepy traf chce, że właśnie do kuchennych drzwi Oazy dociera Hicks akurat w chwili, w której połowica Otta, Hildegarda, zaczyna taszczyć w stronę sali barowej wielką tacę darmowych przekąsek, toteż kiedy inni biesiadnicy usiłują za to i owo złapać Hildegardę, Hicksowi, wciąż rozpłomienionemu wspomnieniem sycylijskich pyszności u Pasqualego, udaje się zacharapcić z jej tacy dość żarcia, by przez co najmniej parę następnych godzin móc zapomnieć o głodzie.
***
Niewiele później, już w progach agencji detektywistycznej Unamalgamated Ops, Hicks natyka się na swego szefa, Boynta Crosstowna, który czeka w progu, butami wystukując nerwowe synkopy w rytmie na osiem.
– Komunikat nadzwyczajny! – Z tymi słowy Boynt łapie Hicksa za krawat i udaje, że go ciągnie tak przez całą długość biura do swojego gabinetu. – Błagam dosłownie o minutkę twego cennego czasu.
Wobec tak ostrego sarkazmu Hicks usiłuje zachować służbową powściągliwość, więc tylko pyta:
– Dobrze się domyślam, że nic nie słyszałeś, wiesz, tak w porze lunchu…
– Czasem trafi nam się zwykły ananas, ale czasem zamiast ananasa granat ręczny, więc daj sobie na razie spokój z tamtym zgromadzeniem izby handlowej z Santa Flavii, zrób mi z tego notatkę i kwita, kończymy z drobnicą, bo właśnie dostałem nowe zlecenie, nie powiem, bajeczne, toteż nadstaw uszu, chłopie, bo odtąd będziemy brodzić w szmalu… – I tak dalej.
– Ty, Boynt, jak się tak nakręcisz, to lepiej wtedy w ogóle nie przychodź do biura, co?
– Jasne, jasne, ale posłuchaj, to nie są żadne sny o niebieskich migdałach w odtrutce na wielki kryzys, ręczę ci, będzie z tego gruba kasa, widziałem na własne oczy!
Boynt tak już ma, że wszystkie jego obiecane fortuny okazują się nieczytelnym wekslem nabazgranym na zawilgłej, barowej serwetce, Hicks jednak usilnie próbuje wymazać sobie z twarzy wyraz powątpiewania.
– Ale tym razem naprawdę jedzie do nas mnóstwo kapusty, forsa na stół, jak okiem sięgnąć będzie zielono, łapiesz? Zielono jak w Wisconsin, zanim wyrąbano wszystkie lasy, tak będzie zielono albo jeszcze bardziej.
– A to pech, materac mam już tak napchany forsą, powyżej dopuszczalnej nośności normalnie, że z każdego boku wyłażą mi banknoty, więc rozumiesz, będę miał z tego tylko nowy kłopot.
– Zawsze brałeś za niskie stawki. – Boynt kręci głową. – Nawet jeszcze przed krachem byłeś jak ta panna, co na stojaka za piątaka. – Po czym naciska guzik interkomu i zleca: – Thessalio, czy byłaby pani łaskawa przynieść nam teczkę wiadomej sprawy?
– Łatwo ci mówić, mieszkasz sobie w dzianym Shorewood wśród innych tłustych kotów, nie mam racji? – Boynt doigrał się od personelu całej chmary tego typu szpil, wbijanych mu jak na rozpędzonej taśmie do nakłuwania lalek voodoo i niezwalniającej choć na moment, a zaczęło się tak dziać w jego agencji od dnia, kiedy to stronka z jego nader prywatnego archiwum w tajemniczy sposób sama złożyła się w papierowy samolocik i pofrunęła do sali z biurowym powielaczem, toteż nim się kto spostrzegł, cały zespół miał sposobność zapoznać się z jej treścią, w tym dowiedzieć, że roczne dochody Boynta wynoszą grubo ponad dziesięć patyków, do tego jeszcze zyski z udziałów w innych przedsięwzięciach na tyle licznych, że można by je długo wymieniać, a i tak do końca byłoby daleko.
Thessalia Wayward wkracza żwawo do gabinetu, niosąc pokaźnych rozmiarów teczkę do akt, którą Boynt otwiera z aktorskim zacięciem. Hicks od razu rozpoznaje znajomy wycinek z miejskiego brukowca.
– Cóż to znowu, nasz poczciwiec Bruno był łaskaw powrócić? – pyta, odnosząc się do osoby ze zdjęcia, którą jest nikt inny jak Bruno Airmont, miejscowy multimilioner, w kręgach mleczarsko-serowarskich zwany dziś Alem Capone Serów Twardych Na Wygnaniu, a jest tak, odkąd Bruno w środku nocy, raptem parę lat wcześniej, zmył się z Milwaukee, unosząc ze sobą kufer gotówki. – Podobno zażywa teraz wypoczynku na hamaku… – Hicks udaje, że sobie to dopiero przypomina. – Gdzieś w tropikach czy znów na dalekich wyspach, ale których konkretnie, diabeł wie, no i że buja się tak i całymi dniami tylko żłopie wykwintne koktajle prosto z wiadra. No to co z nim, nie służy mu emeryturka, zaczął się niespokojnie wiercić czy jak?
– Prawdę mówiąc, to bardziej niż Airmonta ta sprawa dotyczy jego córki, Daphne Airmont. Osoby, o którą, jeśli wierzyć moim źródłom, miałeś już okazję się otrzeć?
– Dawno i nieprawda. – Hicks wygrzebuje paczkę szlugów z kieszeni koszuli, montuje sobie papierosa w paszczy, przypala… – Właśnie, co tam u niej słychać?
– Wygląda na to, że twoja dawna flama też dała stąd dyla. W towarzystwie klarnecisty z big-bandu.
– Ta zawsze coś wymyśli. Ostatnie, co o niej słyszałem, to to, że się podobno zaręczyła. Z jakimś bubkiem z North Shore, z gościa jest podobno niezły pies na chicagowskie rozrywki.
– Jakbyś zgadł, dopiero co miałem telefon właśnie od rzeczonego żonkosia. To pan G. Rodney Flaunch, owszem, z tych Flaunchów z Glencoe. Zgłosił się w imieniu szeregu innych ważnych osób, otóż chcą oni skorzystać z naszych usług i chyba nie muszę ci przypominać, że dla takiego towarzystwa wysokość naszej stawki godzinowej nie ma szczególnego znaczenia.
– A robota by polegała na tym, że…?
– Że powinniśmy ustalić miejsce pobytu panny Airmont, czyli to, dokąd faktycznie zwiała, elegancko jej wyperswadować romansowanie z klarnecistą i ciupasem ją tutaj sprowadzić. Proste jak odbiór paczki wraz z dostawą.
– Pyszny ubaw będzie miał ten, co weźmie tę robotę. I żałuję bardzo, ale jak może, Boynt, pamiętasz, majtkowe śledztwa nigdy jakoś nie były moją specjalnością…
Hicks, gdy dopiero stawiał pierwsze kroki w fachu prywatnego detektywa, prędko dostrzegł, jak nieprzeliczone są, w samych tylko hrabstwach Milwaukee i Waukesha, stada przyszłych rozwódek, z których każda hoduje w sobie tę samą, ryzykowną skłonność, bowiem wysiadując nad prawnie zabronionymi trunkami, potrafi mu wyznać wszystkie najintymniejsze szczegóły swego miłosnego uwikłania, traktując Hicksa trochę jak niezbyt kosztownego adwokata, na dobitkę takiego o twardych pięściach, co siłą rzeczy wnet prowadziło ich dwoje wprost w romans, dla Hicksa będący jednak za każdym razem grubą niespodzianką, toteż nic dziwnego, że Hicks z ulgą, czym prędzej oddał małżeńskie śledztwa w ręce prężnych agencyjnych juniorów, takich jak Zbig Dubinsky, dla którego wynalazek zamka błyskawicznego w rozporku jest szczytowym osiągnięciem cywilizacji i który umie cierpliwie wysłuchać każdej łzawej damskiej opowiastki, pod warunkiem oczywiście, że szanse na to, iż ktoś wywlecze mu potem całą taką nie do końca czystą sprawę, będą się wydawać nikłe.
Boynt swoim zwyczajem puszcza słowa Hicksa mimo uszu i ciągnie:
– Pomijając oczywiście sprawę twoich prywatnych kontaktów z naszą figurantką… Przepraszam, hola, co ma oznaczać ta mina?
– Niby moja? To wyraz najwyższego skupienia. Nie tak?
– Przeciwnie. Ja z twojej miny wyczytuję słowa „ten stary dureń Boynt”, z domieszką hipokryzji. Kimże ty jesteś, Hicks, że strugasz takiego prawiczka? Ty, z twoją olśniewającą, by nie rzec wręcz upiorną, przeszłością?
– Jeszcze jeden argument, że to ktoś inny powinien…
Zza drzwi gabinetu dobiega rumor, po czym do środka wpada bez uprzedzenia któż, jeśli nie Skeet Wheeler, młodzian szczuplutki niczym pięściarz wagi muszej, jak zwykle w kapelutku z wąskim rondem na głowie, Thessalia gna za nim, usiłując go schwycić obiema garściami, co Skeetowi skądinąd najwyraźniej się chyba podoba.
– Hixie! Ratuj nas, zrób coś! – woła młody od progu. – Słyszałeś tamto coś, co nie?
– Ma się rozumieć, całe miasto chyba słyszało. Co to było właściwie? – Bo jeśli ktoś tutaj przynosi zawsze dobry cynk, to właśnie Skeet Wheeler.
– Walnęli bombą w bimbrowóz Sztywnego Keegana. Ktoś wturlał mu bombę wprost pod koła, wszystko poszło w piz…
– Słownictwo! – karcąco mruczy rozeźlony Boynt.
– Ale co ze Sztywnym, cały?
– Nic nie wiem, wszyscy nabrali wody w usta. Może prysnął z miasta, znaczy, jeśli z tego wyszedł żywy, ale na stówę się tym nikomu nie pochwalił.
Hicks znał Sztywnego Keegana, czy przynajmniej trzymał dlań w myślach osobną teczkę, już od początków kariery tamtego: najpierw czyny chuligańskie, a z czasem szpiclowanie dla Komendy Miejskiej Policji w Milwaukee, przy czym Sztywny nigdy się nie drożył, dając się wynajmować dosłownie za czapkę gruszek, i to marnych ulęgałek, nie żadnej wykwintnej odmiany, jak klapsa czy konferencja. W świetle zasad obowiązujących w tych czasach i w tutejszym światku kryminalna kartoteka Sztywnego zasadniczo kwalifikowała go jako przestępcę, ale też nie było w niej nic szczególnie rażącego, oprócz może kilku trącących paranoją złych decyzji, w tym owej pierwszej, po której trafił do gliniarskiego rejestru. A stało się to tak, że w trakcie kolejnej przemytniczej rajzy, pewnie przez chroniczne niedospanie, Sztywny ujrzał naraz w lusterku wstecznym gęstniejące stado radiowozów, przy czym nawet gdyby faktycznie tak było, być może gliniarze wcale nie mieli zamiaru go stopować albo wręcz w ogóle nie zwracali na niego uwagi, lecz gdy tak jechał i nawet już się zbliżał do Waukesha, ostatecznie puściły mu nerwy, więc z przygodnego telefonu, sam z siebie, zadzwonił na policję, pokornie prosząc, by ktoś zechciał tu podjechać i go aresztować, bo dosyć już tej udręki.
– Nie zmyślam, to była blacharnia z drogówki, słowo daję, cały pułk radiowozów, goniły mnie na bombach, z syrenami, tak było, jak Boga kocham…
– Oczywiście, panie Keegan, rozumiemy, co pan czuje. Ale teraz proszę się uspokoić, odetchnąć sobie, a my już podejmiemy kroki.
W przekonaniu, że w jego lusterku wstecznym zamieszkało coś trefnego, Sztywny, który odtąd ilekroć w nie zerkał, miał kolejne nieproszone zwidy, wnet przehandlował dawną, starą landarę na furgon, klasyczny REO Speed Wagon już ze zwyczajnym lusterkiem, a wóz ów wkrótce dołączył jako stały element kawalkady gruchotów tnących dal pomiędzy Milwaukee, Detroit i Toledo, każdy z typowym ładunkiem półlitrówek, których kwadratowe przekroje pozwalały ich upchać jak najwięcej w ograniczonej przestrzeni bagażowej, przy czym szmuglerzy kupowali towar w Kanadzie po dwa dolce za flaszkę, a po tej stronie granicy odsprzedawali go detalistom po siódemkę za sztukę, detaliści zaś rozcieńczali zawartość w proporcji dwa albo i trzy do jednego. Szlak powrotny z Toledo pozwalał często Sztywnemu brać ładunek powrotny w postaci obłożonej lodem sterty okoni z jeziora Erie, które w restauracyjnych przybytkach Milwaukee figurowały potem w menu jako „Okoń z jeziora Michigan”, oczywista ściema, bo przecież w ostatnich latach wytrzebiono tutejszego okonia już zasadniczo do czysta.
– Ta jego fura – podejmuje Skeet smętnym tonem – z tylu go już dymów wykaraskała… Sztywny ochrzcił ją swoim małym ulicznym frachtowcem, co nie? A tu bęc, została tylko kupa pogiętej blachy, co jej nawet na złomie nie zechcą.
– Ej, chłopak, robisz się sentymentalny, lepiej pilnuj własnego nosa, łapiesz?
Boynt tymczasem, dokończywszy już wizji lokalnej, tyczącej podłych manier małego Skeeta, zauważa:
– Niech wam wreszcie zaświta we łbach, że wciąż mamy wielki kryzys, firmy nie stać na nadmiar takich robótek pro bono, puszczałem wam przecież okólnik w tej sprawie, a tobie, Hicks, pamiętam, wręczałem go osobiście. – Po czym Boynt dźwiga teczkę z dossier zbiegłej dziedziczki fortuny serów twardych, okładką łagodnie stuka Hicksa po ciemieniu, a następnie kładzie przed nim dokumenty i na powrót znika w swoim gabinecie, zaznaczając: – Hicks, jak tylko to wszystko przejrzysz, daj mi znać, co myślisz. – I chociaż Boynt nie trzaska za sobą drzwiami, to po sposobie, w jaki je zamyka, da się poznać, że sprawa nie jest mu do końca obojętna.
– Aż mu dym poszedł z uszu, dobrze mówię, Hicks? Wpierniczyłem się wam w coś ważnego?
– Nic tak znów pilnego. O, masz nowy sikor?
– Prawdziwy Hamilton. Do tego świeci w ciemnościach.
– Wykwinty towar, Skeet, nie powiem.
– A co ja poradzę, że moja mała tak się napala na mnie? Ciągle prezenty, żeby mi tylko pokazać.
– Mowa. – Ale Hicks i tak wie swoje, bo młody mógł równie dobrze gwizdnąć ten zegarek denatowi wytaczającemu się z jakiejś speluny, wiadomo, różnie to bywa z naszym Skeetem, więc zamiast drążyć temat, Hicks uśmiecha się tylko promiennie. Skeet należy do nowego pokolenia grandziarzy, młodych nie ciekawią już staroświeckie cebule w kieszeniach roztargnionych starych dziadów, dla nich godniejszym wyzwaniem jest w biały dzień, cichcem zdjąć komuś czasomierz wprost z przegubu, przy takiej akcji każda skomplikowana zapinka czy dodatkowa zapadka mogą człowieka okraść z niezbędnego ułamka sekundy, a wtedy klapa.
Skeet przypala sobie połówkę cygara, która mimo upływu czasu jakoś nie chce maleć, a jest to najczarniejszy z czarnych kopciuchów Italo, twardy jak kamień i jeśli go co rusz nie rozdmuchiwać, z miejsca gaśnie, ale ze zgaszonym też przecież można chodzić, na moment nie wyciągając go z gęby, bo taki szyk.
– Okej, tylko teraz jak to rozkminić? – Po tych słowach Skeet nie wiedzieć skąd wyciąga na wierzch krótkolufy rewolwer, trzydziestkędwójkę, i udaje, że sprawdza, czy w bębenku są naboje.
– Skeet, na litość boską!
– Fajowska armata, co? Młodzieżowa.
– Postrzelałeś już sobie chociaż z tego?
– Puknąłem sobie parę razy na śmietnisku. Ale czuwaj, wiaro, przyjdzie czas, że o moich wyczynach przeczytasz na pierwszej stronie „Milwaukee Journal”.
Hicks też sobie niegdyś pozwalał na taką nawijkę, w szkole średniej. Na jakieś półtorej minuty przeskakuje wspomnieniami do tamtych dni, przygląda się tamtemu chłopięcemu sobie.
– Ale, ale, Skeet, wróćmy do naszej bomby. Masz już jakieś wnioski?
– Ludzie gadali, że to numer mocno w stylu Trzeciej Dzielnicy.
– Hola, młody. – Hicks prostuje ostrzegawczo palec. – Skoro nadal chcesz być detektywem, gdy dorośniesz, najważniejsza rzecz to pamiętać, żeby myśleć szeroko. Może dla blacharni z komendy miejskiej i innych takich bomba zawsze oznacza, że to robota Włochów, i nie przekonasz ich, że jest inaczej, ale mówimy o prawdziwym życiu, a w nim bombiarze grasują w dowolnej dzielnicy, znajdziesz ich nawet wśród Niemców czy Polaków. Dlatego weź pod lupę co innego: co z kasą u Sztywnego, co ze znajomkami, ile forsy nasz Sztywny wisi i komu albo może czy prowadza się po cichu na ksiuty z panną jakiegoś ważniaka?
– O amory dorosłych lepiej pytaj pismaków z gazet, ci mają wszystko przewąchane. Wszędzie się kręcą, pierwsi wszystko wiedzą, nie?
Bo chociaż mały Skeet nie jest zagorzałym czytelnikiem prasy, bacznie śledzi doniesienia o wojnach gangów, na modłę dzieciaków, których pasjonują pucharowe turnieje baseballa, ba, w portfelu nosi nawet wycięte z „Journala” zdjęcie Ala Capone z nakreśloną, przez samego Skeeta czy może kogoś jeszcze innego, dedykacją „Od Padrone dla małego Skeeta, który nauczył mnie wszystkiego, co ważne w naszym fachu, z powinszowaniami i _tanti auguri_, Twój na wieki, Al”.
Wieści o bieżących wydarzeniach czerpie jednak Skeet, trzymając ucho przy kratce radioodbiornika i gadając co dzień z młodzieżowym podziemiem – włóczykijami, dzieciakami na gigancie, obszczymurkami, gazeciarzami z rogów ulic i przystanków tramwajowych – którzy wszyscy także czujnie nastawiają w eter swoje prywatne anteny.
– Patrzę, co robi taki Mussolini – peroruje tonem wyjaśnienia Skeet. – Najmłodsi donoszą co tylko trzeba starszakom, ci znowu dają cynk mnie, a ja niosę to, co usłyszałem, do ciebie, i tak dalej, aż do samego czubka piramidy.
– Hmm… Ale kto tu miałby być naszym Mussolinim? Pete Guardalabene?
– Sam dobrze wiesz. Pete to zwykły średniak w Rodzinie, tak samo jak Joe Vallone. Obaj to tylko chłopcy na posyłki, jak wszyscy z naszej dzielni, a prawdziwych szefów szukaj w Chicago, to oni pociągają u nas za sznurki.
Hicks i Skeet znają się od dobrych paru lat, jeszcze z czasów, kiedy przez miasto cyklicznie przetaczały się fale napadów na banki i eksplozji granatów F-2, na strzępy szarpiąc nerwy cywilnej ludności. Hicks próbował właśnie wściubić nos w niedawny napad na bank przy Wisconsin Avenue, dostał to zlecenie od klienta, którego rachunek bankowy nagle rozpłynął się w powietrzu, czy wskutek napadu, czy też może zassany cichcem do torebki jego lepszej połowy, wówczas już prawie rozwódki.
Hicks stoi więc w bankowej hali, jeszcze rozgląda się za kimś, kogo można by pociągnąć za język, gdy wtem po wnętrzu roznosi się huk, a ludzie rozbiegają się we wszystkie strony, wrzeszcząc: „Znowu napad!” albo: „Ratuj się, kto może!”, i tak dalej. Hicks zaszywa się w kąciku, w miejscu, gdzie zgodnie z rozkładem sali nikt nie powinien go niepokoić, i czeka, co dalej. Ani widu jednak Sycylijczyków wymachujących obrzynami, w powietrzu nie czuć smrodu prochu, strażacy też nie nadciągają, okrwawionych trupów również brak. Hicks kuka tu i tam… I nadal czeka. A wtedy właśnie zza donicy ze sztuczną palmą wyskakuje drobniutki, ale żwawy urwis z kieszenią pełną gumowych balonów i sporym zapasem szpilek krawieckich. Na oczach zdumionego Hicksa chłopaczek ukradkiem nadyma kolejny balonik, zawiązuje jego szyjkę na supeł i już wypatruje nowych potencjalnych ofiar, lecz nagle zauważa bacznie go śledzącego Hicksa.
– Upss…
– Kuchnia, mały, jeszcze ci mało atrakcji w tym mieście?
– Proszę pana, tylko niech mnie pan nie wyda. No, proszę, zlituj się pan nad dzieckiem…
– No, jasne, dzieciom możesz wciskać taki kit. Wynocha stąd, ale już!
– Ocalił mnie pan – wzdycha chłopak. – No, uratował od warsztatów w poprawczaku w Green Bay czy od jeszcze gorszych spraw, proszę pana.
– Już cię tu nie ma! Wypier-papier, cziko!
– Może pan nie spłaca swoich długów, ale nie wszyscy są tacy, bo ja na przykład mam swój honor!
I tak od tamtej pory Skeet co i rusz wynurza się z ruchomych odmętów miasta, cichaczem i bez uprzedzenia, krok po kroku odkrywając się jako przyszły czeladnik Hicksa w detektywistycznym fachu, pełen gorliwości, a może wręcz okazujący zaczątki talentu, choć nadal bez krztyny pojęcia, co może go napotkać tuż za kolejnym rogiem, dość na tym, że chłopak pragnie, jak Pan Bóg na niebie, w przyszłości zostać detektywem. Ale, zaznacza Skeet prędko, nie takim pospolitym tajniakiem jak Hicks, o nie.
– Mnie się marzy elegancka robota, chcę być jak tamten cały Sherlock Holmes, w ten deseń.
– Toś sobie wymyślił.
– Ale co, jeśli to nie robota zawodowców – kombinuje teraz Skeet. – Niby ta bomba pod autem to czyja? Amatorów?
– Tak szczerze, to amatorów mam gdzieś. – Hicks wzrusza ramionami. – Z amatorami żadna frajda, bo i kasa marna, i babeczki mają drugiej kategorii, za to roboty z nimi po pas, a potem co z tego masz, człowieku.
– Ale pomijając to wszystko…
– Zapamiętaj sobie, młody, masz sięgać, jak się tylko da najwyżej. Zawsze i bez wyjątku. Słuchasz mnie czy nie? Robota ma być klasa! Gruba forsa, wielkie bomby, ryzyko też ma być, i kwita!
– Ładny z ciebie, Hixie, przewodnik przez pola minowe dojrzewania, oj, ładny!
Hicks po cichu się domyśla, że jego Skeet musiał być jednym z tych niemowlęcych prezentów gwiazdkowych, podrzucanych do policyjnej budki z sianem w nadziei, że trafi się uczciwy znalazca. Takich budek Komenda Miejska Policji poustawiała mnóstwo w całym Milwaukee po to, aby każdy patrolujący ulice stójkowy miał gdzie się schronić przed mrozem na parę minut – i ani chwili dłużej, chyba że ktoś lubi zostać wyrwany z drzemki terkotaniem telefonu od dyżurnego, którego trzymają się kiepskie żarty, ot, w środku nocy zakraść się człowiekowi do łba i uderzyć w gong. Drewniane budki wartownicze po to wysypywano sianem, by gliniarz z patrolu mógł sobie ogrzać zziębnięte platfusy na tyle, by kopniakiem sprawnie wywalić kolejne drzwi przy interwencji, toteż przybytki żywo przypominały ludziom żłobek w Betlejem – do tego stopnia, że kiedy naprawdę zaczął tu hulać kryzys, nierzadko w Boże Narodzenie zrozpaczeni rodzice porzucali noworodki nie na schodach kościołów, lecz właśnie w owych policyjnych budkach, pełnych siana. Każda budka stawała się więc bożonarodzeniową szopką, w której zamiast wołów i osłów tkwili gliniarze.
Tak oto Skeet stopniowo posiadł wiedzę o świecie pod ulicznymi latarniami i o tym, ile – albo jak niewiele – można oczekiwać pociechy u ich światła – w odbiciach w taflach sklepowych witryn, w półcieniach słupów na krańcówkach linii trolejbusowych gdzieś u skraju przedmieść jeszcze bez urzędowej nazwy – u światła nawiedzającego połacie chodnika w porze zamykania sklepów, kiedy dziewczęta wysypują się oszołomione i rozszczebiotane przez drzwi, a dym ich papierosów, nuta perfum płyną we wciąż gęstszym poblasku nocnych ulic, tak przesyconych życiem, i to życiem, w które Skeet, w swoim pojęciu, nie znał sposobu, aby w nie kiedykolwiek jeszcze wniknąć… Takim był więc jego, i Milwaukee, _Bildungsroman_, miejscowi znają takie słowo.
Skeet kicał zatem w ślad za matką od jednego z jej przelotnych związków do następnego, gdyż matka, owszem, chociaż matkowała jemu, jak umiała, słabo radziła sobie z doborem partnerów, co miewało nieoczekiwane skutki, przeważnie fatalne, choć i tutaj bywały wyjątki.
– Ej, co tak śmierdzi? Jakaś guma się pali? Kto nastawił piekarnik na trzysta siedemdziesiąt pięć stopni?
– A bo ja ciągle widzę, Piącha, że ci marnie idzie w kręgle, za słabo posyłasz kulę po łuku, więc…
– Naprawdę to zrobiłeś, gnojku? Moja kula!
– Ja tylko chciałem ci ją porządnie odczyścić – próbuje się tłumaczyć Skeet, patrząc, jak Piącha szarpnięciem otwiera drzwiczki piekarnika, zza których kłębami bucha dym z cuchnącej, teraz już jajowatej, byłej kuli do kręgli. – Ojej, to ja, niby ja tak narobiłem?
W takich chwilach przeciętny mieszkaniec Milwaukee z miejsca wyszarpuje z kieszeni rewolwer, by porachować się z dzieciakiem, w dodatku mając pewność, że każda bez wyjątku ława przysięgłych uzna, że taki mord to uzasadnione ze wszech miar zabójstwo w afekcie. Piącha jednak postanowił wyciągnąć z tego naukę dla Skeeta.
– Pamiętaj, pierwsza rzecz, jakiej się uczymy w tym mieście, jaka jest? Taka, że przenigdy nie umieszczamy kuli do kręgli w piekarniku rozgrzanym powyżej stu stopni! Ktoś w ogóle kiedyś zadbał o twoje wychowanie, mały? – Maminy konkubent po aktorsku wskazuje ruchem podbródka kluchę, która do niedawna była lśniącą kulą z mineralitu. – Zrobiona dla mnie na specjalne zamówienie, młody, dwie dychy za nią musiałem dać, czyli połowę całej twojej doli za ustawianie kręgli, bo od tej pory będziesz robił na kręgielni jako ustawiacz, pięć centów za każdą pełną grę. I ciesz się, że nie jesteśmy w Cleveland, tam dzieciakom płacą marne cztery centy.
Tak oto zaczęła się dla Skeeta kariera ustawiacza kręgli i już wkrótce jego talent stał się legendarny w całym mieście. Mały twardziel Skeet miał w sobie skrzynię biegów o niezliczonych przełożeniach, a do tego raz-dwa wyuczył się, jak się należy poruszać w jednym z najtrudniejszych kręglowych pejzaży w skali globu. A że Piącha zdążył się tymczasem odmeldować z ich domostwa, w którego progach wnet stanął inny, kolejny przyjaciel rodziny, o znacznie jednak mniej opiekuńczym usposobieniu, wzdychająca do siebie parka wnet się przeprowadziła do Shorewood, małego Skeeta zostawiając na pastwę losu – i całe szczęście.
Dzięki nowo pozyskanej sławie ustawiacza Skeet był wręcz rozchwytywany przez organizatorów całonocnych turniejów kręglarskich, właściciele kręgielni ufnie powierzali mu klucze, żeby im zamykał budę po godzinach, mało tego, Skeet dorobił się nawet własnej grupki małych pomocników. Napiwki turlały się ku niemu ogromną lawiną, i to dosłownie, bo przyjęło się wpychać zrolowane banknoty dolarowe w otwory w kuli, te na kciuk i palce, po czym łagodnie, z szacunkiem wręcz, podtaczano tak nafaszerowaną kulę w stronę małego ustawiacza. Już wkrótce Skeet zajął się też przyjmowaniem zakładów wśród kręglarzy, ale też wśród ludzi z miasta, a że kwota stąd płynących zarobków rosła w sposób imponujący, Skeet, zamiast głupio forsę inwestować na giełdzie, trzymał mamonę w skrytce bankowej w Northern Trust.
***
Dosłownie w chwili, kiedy Hicks wkręca papier z formularzem pomiędzy wałki maszyny do pisania Underwood, znowu wyrasta przy nim Boynt, z czemuś niezadowoloną miną.
– Otwierasz jednak to zlecenie, mogłem się domyślić.
– Piasek złotonośny, nie zlecenie – odszczekuje się Hicks. – Sam zobaczysz.
– Tia… – Boynt robi minę, jakby się litował nad biedną małą rybką Hicksem, co ma chyba jego podwładnego zmotywować, ale bez skutku. – Czy muszę ci w kółko powtarzać, co się dzieje, kiedy nasza krzywa wydajności choćby drgnie w dół, tam gdzie masz na mapie Illinois? Nasi szefowie z miejsca nasyłają na nas chronometrażystów, mierzą i ważą każdy nasz najmniejszy ruch. Tego ci się zachciało? Ma się w naszym spokojnym biurze zaroić od nadgorliwych okularników, czy tak?
– Wyluzuj, Boynt, może po prostu nie będę tego oficjalnie raportował, na lewy bilet to się spisze…
– Hicks! Znasz mnie, jestem twardzielem i rzadko okazuję litość. Ale na ciebie patrzę teraz z politowaniem. Ci wszyscy twoi nibyklienci, każdy wiecznie na skraju nędzy, ogłupiały do cna, ale do ciebie zawsze trafia jak po sznurku. Czy ty sobie zdajesz sprawę, czemu tak jest? Jasne, zdajesz sobie, co nie, Hicks?
– Bo jest prohibicja? – wypala Hicks na oślep. Boynt całe zło świata składa przecież na karb prohibicji.
– Bo jesteś frajerem! Certyfikowanym frajerem z papierami od Komisji do spraw Debilizmu! Chyba ci już to mówiłem, nie pamiętam.
– Ale dosłownie mi tak mówiłeś, chwila?
– Dosłownie frajerem, robionym w balona przez każdą kwilącą istotkę, każde załzawione, zaszczane biedactwo, jakie się tu do ciebie wciśnie, oczywiście nie mając zamiaru ci zapłacić w terminie, czy ba!, w ogóle zapłacić! Gdzieżby znowu, kto by się tam przejmował ponagleniami do zapłaty, skoro je przysyła taki beznadziejny frajer?
– Chcesz powiedzieć, że znowu mi polecisz po premii rocznej?
– Aha. I jeszcze jedno: co do tej bomby, zanim wystukasz to swoje zlecenie. Tak się jakoś składa, że dopiero co miałem telefony z ubezpieczalni, z Badger All-Risk Fiduciary Life i z naszej filii Teutonia Society, no i zgadnij. Obie firmy chcą, żebyśmy się zajęli śledztwem w sprawie tego wybuchu, a czemu? A temu, że podejrzewają się o niego wzajemnie, przedziwna historia, nie uważasz?
– No proszę, szefie! Nie mówiłem?
– Jakoś sobie nie przypominam, żebyś mówił. Pewnie przez roztargnienie. – Po czym Boynt kieruje kroki ku szufladzie biurka, w której, gdyby się to działo w Chicago, czekałaby nań butelka oryginalnej Old Log Cabin, ale tu, w Milwaukee, będzie to już prędzej winiak marki Korbel, toteż ten właśnie trunek Boynt stawia sobie na biurku, w zamyśleniu przez chwilę przygląda się butelce… – E, nie. Za wcześnie! – Po czym upycha flaszkę z powrotem do szuflady.2
Miejsca przestępstwa, jak się okazuje, trzeba szukać w Drugiej Dzielnicy, tej na południe od centrum Milwaukee. Jeszcze czuć tutaj smród wybuchu. Pośrodku gwiaździstej czarnej plamy po eksplozji spoczywa to, co pozostało z REO Speed Wagonu, fury Sztywnego. Po całej jezdni walają się okopcone resztki auta, a całe tuziny śledczych przechadzają się pośród nich, od niechcenia, ale nie bez celu, wśród nich widać nawet paru gości z patrolu saperskiego policji. Stąd:
– Hicks, nie gadaj, też cię tu przysłali? Chryste, wszystkie robactwo przylazło do głupiego wybuchu.
– A kto jeszcze oprócz mnie?
– Jacyś federalni, pierwszy raz ich widzę na oczy.
– Nie ci z brygady prohibicji?
– Z gęby mi pasują już prędzej na szmuglerów, tylko garnitury mają gorsze.
Skeetowi, który przypałętał się tu w ślad za Hicksem, udaje się pośród blach wypatrzyć kulkę od łożyska, więc ukradkiem chowa ją sobie do kieszeni.
– Po coś ją wziął, może to dowód rzeczowy.
– Do gry w kulki, co nie? Dzieciaki mi wybulą za taką nawet dziesięć centów. Choćby latynoskie fetniaki w Chicago, za byle gie płacą jak za zboże. A coś ty myślał, że się może zabujałem w tej kulce?
W dzielnicowym komisariacie policji, jednej z tych dziwacznych, typowych dla środkowych Stanów budowli z mnóstwem iglic i wieżyczek, wzniesionej z kamienia i cegły w szeregu odcieni naraz, od kremowego po bordo, w gabinecie kapitana na pięterku, gdy obecni podają sobie z rąk do rąk butlę ginu Mistletoe, padają słowa:
– Głowę daję, że to był WYWŁOMAP.
Co rymuje się ze słowem automat.
– Że jak?
– WYraźnie WŁOska MAchina Piekielna.
– Hej, który tam włączył radio? Znowu jakieś akordeony puszczają, ludzie, to mi brzmi prawie jak _Way Marie_…
– A jeśli nawet? Makaroniarze tak lubią, co nie? Zakarbujcie sobie, ta sama nacja wynalazła pulpety, mięsne kulki, nie? Do tego jeszcze piłki do _bocce_, dosłownie lubią wszystko, co się turla, u nich to po prostu instynkt.
– I właśnie w tym tkwi szkopuł. – Bombiarz z patrolu kiwnięciem głowy potwierdza rzecz. – Nie zgadza mi się sposób podłożenia. Typowe włoskie bum makarony podkładają zawczasu, z opóźniaczem, z zapalnikiem kwasowym, ten robi sobie kap-kap, kwas firmy Ingersoll za parę dolców wolno przeżera blachę i w końcu zwiera styki. A nie żeby ktoś sobie ręcznie turlał zapaloną bombą po jezdni jak po torze w naszej kręgielni Bensingera, po co i na co? Kula ci podskoczy na byle kamyczku i już chybiłeś, bracie, ja mówię, to nie strzelająca paczka, co ją komuś zostawiasz pod drzwiami, _capisce_? Jak chcesz takie coś wtoczyć pod furgon? Do tego trzeba jakiegoś ulicznego geniusza, takiego, co czyta ci asfalt jak trawę na polu golfowym.
– Zgoda. Chyba że mamy przed sobą precyzyjnie, po zegarmistrzowsku wykonaną, samonaprowadzającą się machinę piekielną, może nawet z małym żyroskopem w środku.
– Masz łeb! Ale skoro tak, pod taką atrakcją mogą się podpisać jedynie nasze szwabskie dzieciaki, ci wszyscy młodzi szturmowcy.
– Ja to widzę jeszcze inaczej, łapiecie, po mojemu ktoś musiał sobie zadać sporo fatygi specjalnie po to, żeby robota wyglądała na włoską.
– Ej, kto nam tu wpuścił filozofa?
Ich gadka nieodwołalnie zmierza pod prąd czasu, do 1917 roku, kiedy to bomba wybuchła w komendzie miejskiej, dosłownie w centrum Milwaukee.
– Tamta włoska futbolówka w komendzie, Jezus Maria. Myślałby kto, że gmach to najbezpieczniejsze miejsce w całym Milwaukee, nikt cię tam nie dopadnie. Komenda policji jest jak tron Boży, żaden bombiarz nie odważy się wślizgnąć. A tu proszę…
– Też pamiętam, to było zaraz po apelu, ja już mam wychodzić na patrol, aż tu huk, istne piekło się porobiło. Lecę jak poparzony z powrotem, lampy zgasły, wszyscy wrzeszczą jeden przez drugiego… Mówię wam, masakra, krew i dym wszędzie… A najgorsze, że sami się tak urządziliśmy, bo to nie dla nas miała być ta bomba, cywile ją znaleźli podrzuconą pod którymś kościółkiem w Trzeciej Dzielnicy, makaroniarskie porachunki, nie nasza broszka, no ale przynieśli to cacko do nas, a sierżant w dyżurce, zamiast wrzasnąć na tych nibyznalazców, żeby się zabierali do diabła razem z paczką, wykombinował sobie, że może ktoś od nas powinien w tym czymś podłubać, no to sobie zanieśli bombeczkę do sali odpraw, a dalej to już…
– Ja po tamtym długo rozkminiałem, czy w ogóle chcę zostać w robocie, ludzka rzecz, nie? A gdyby tak wcześniej cisnąć papierami, zająć się czymś bezpieczniejszym.
– I w tym cały kram, ja mówię. Dzisiaj już nikt nie wie, co będzie bezpieczne, a co nie.
Hicks musiał chyba zrobić dziwną minę.
– Co się tak lampisz, Hicks? Twój Wujcio Lewak na pewno już ci ze sto razy opowiadał naszą historię z bombą, jasne, niby co cię obchodzą byle gliniarskie sprawy, tylko że wiesz, bywają przypadki, co to ich nie możemy wyjawiać cywilom, bez wyjątków. Wszystko, cośmy sobie podsłuchali w magistracie, albo na odwrót, o czym żeśmy absolutnie nie słyszeli, to tak ma być i basta. Masz przed sobą Wydział Policji z Milwaukee, WPM. Bo od tamtego paskudnego dnia do tych spraw dopuszcza się tylko nas, gliniarzy, i nikogo więcej. Kropka. To jak, Pana Boga też nie dopuścimy? Możliwe. Znajdą się argumenty za i przeciw.
– Akurat miałem was o to zapytać – przytakuje grzecznie Hicks.
***
Nie ograniczając się do handlu napojami gazowanymi, a także, już pod ladą, spirytusem aptecznym, Bagieta Hivnak ustnie kolportuje ciekawe ogłoszenia drobne, z takich, jakie nieczęsto znajdziecie na szpaltach „Milwaukee Journal”. Hicks przeciska się przez grupkę strażników prohibicji ściągających swój cotygodniowy haracz w postaci kartonowych pudeł pełnych, na pierwszy rzut oka, lodów w waflowych rożkach i staje w aptecznych progach Ideal Pharmacy akurat w spokojniejszej porze, kiedy zdążyły rozejść się lunchowe tłumy, a dzieciaki jeszcze się nie wysypują ze szkół. Na pełnym światła parterze, wśród przyjemnie chemicznych zapachów i w bezliku barwnych butli z syropami, przy ladzie, na której chromowany dystrybutor sodówki w długiej serii lustrzanych odbić zanika ku nieskończoności, Hicks zostaje sam na sam z Bagietą, który kiwa się za kontuarem, usilnie próbując nie ulecieć do krainy snów.
Bagieciak postarzał się przez długie lata prohibicji, lecz jakimś cudem zachował w sobie coś z tamtego, przez nos gadającego, przedwojennego wyrostka, jakim był, kiedy dopiero zaczynał swój sodówkowy interes.
– Jeszcze ze trzydzieści lat temu dzieciaki miały tutaj wstęp wzbroniony, na same słowa „sodowiarnia” wszystkie matki w mieście dostawały palpitacji, dla nich to brzmiało gorzej niż melina palaczy opium. – Tak też było, całą długą ladę lokalu obsiadali koksiarze, śniegojady, potrafili tkwić tak całymi dniami, kosztując wszystkich specjalności zakładu, bowiem głównym składnikiem napojów gazowanych była wówczas kokaina, a podobnych lokali istniała w Milwaukee cała chmara i musieli się tu dopiero zwalić smutni panowie od Żywności i Leków, by żarty się skończyły, ich nalot był jak pierwsza zajawka wprowadzonej później prohibicji. – No i tak, teraz mam tu zdrowy handelek, przyjazny rodzinie, więc kapota. Chciałeś wielkiego kryzysu, to masz.
Hicks wślizguje się na wysoki stołek barowy, udając, że studiuje menu na ścianie przed sobą.
– Namówię się na… banana na lodach, dowolne smaki, oprócz ananasowego. Bo nagle mam takie jakieś uczulenie na ananasy. Od wczoraj. Zbyt podobne do ręcznych granatów.
Weteran gazowanego interesu sztywnieje nagle, po czym zaczyna się ich zwyczajowy fokstrot w rytmie ple-ple-ple, lecz już po półtora taktu Hicks wygrzebuje banknot dwudolarowy i usiłując zapomnieć o wszystkim, co mógłby nabyć za tę forsę, na przykład obiady przez cały tydzień, podziwia cudowne zniknięcie papierka, dokonujące się, zanim Bagieta w ogóle dotknął banknotu. Czysta magia.
– To jak, dalej chcesz te lody z bananem? Wtedy jeszcze pięćdziesiąt centów się należy.
– Może lepiej po prostu psiknij mi sodowej, jakoś tak nagle muszę uważać na budżet.
– I całe szczęście, bo co tu gadać, w ogóle nikt nic nie wie, też wtedy słyszałem, jak walnęło, ale z mojego zakątka kto by się połapał, co to było i gdzie. O międzyrasowych układankach wiesz więcej ode mnie, ale powiem ci jedno: tym razem to nie były żadne makaroniarskie fajerwerki, te pod furgonem. Może więc dla odmiany sobie kukniesz na te swoje spokojne, rdzennie amerykańskie rewiry.
– Niby jak to?
– Kiedy człowiek cały dzień sobie tkwi przy lodach, wyrabia się w nim taka, nazwijmy to, filozofia. Bo tak: masz tu stan z dwoma milionami dojnych krówek, jakaś część tego strumienia mleka idzie na lody, takie zwyczajne pięć centów za rożek, tak było od zawsze, nie? Ale co się okazuje, mleko mleku nierówne. To, co je pijesz, butelkowane, będzie zawsze droższe od mleka, co to z niego robią masło, ser, no i właśnie lody. System podwójnych cen, tak się to fachowo nazywa. Dobra, ale w dzisiejszych czasach powstały różne tam ich bolszewickie zrzeszenia farmerów, ci znowu domagają się jednolitej ceny, a dla mnie to oznacza tyle, że każda kulka lodów podrożeje o siedemdziesiąt albo i osiemdziesiąt procent, więc od słowa do słowa, zaraz będziemy płacić za rożek nie pięć centów, a dziesięć, ten deser lodowo-bananowy, coś go sobie upatrzył, też pójdzie w górę, będzie kosztował trzydzieści, czterdzieści, pięćdziesiąt centów, i tak bez końca. A kogo niby dzisiaj stać na takie podwyżki?
– Gruba sprawa, Bagieta, nie powiem.
– Po mojemu będzie z tego wojna domowa.
– Wojna o lody w rożku?
– Wystarczy jedna iskierka i wszystko wybuchnie. Tu naprawdę niewiele trzeba. Mleko to ulubiony napój Amerykanów, zgoda? Jeszcze bardziej niż piwo, nawet tu, w Milwaukee. Jak mi nie wierzysz, zapytaj swoich kumpli z Yankee Hill. Albo wytrop Bruno Airmonta, co to się gdzieś tam ukrywa.
Znów ten Bruno.
– Ale powaga?
– Myślisz, że niby czemu dał nogę akurat wtedy? Może ktoś mu dał cynk, że ten pociąg już pędzi prosto na nas, a my tu wszyscy w błogiej drzemce. Jesteś prywatnym detektywem, nie? Co się szczerzysz? Masz iść za tym tropem.4
W kolejny wieczór istotnie, wspomniany Wujaszek Lewak wita siostrzeńca z ganku żywym, lecz czujnym spojrzeniem, podobny w tym do kryminalisty, który przesyła koledze po fachu tajny znak rozpoznawczy.
Po chwili, już w kuchni, Hicks dowiaduje się od Cioci Peonii, że coś jest na rzeczy, bo jej Detlef, stąd od zawsze ksywa „Lewak”, ostatnimi czasy ukradkiem wraca do domu bardzo późną porą, za całe nędzne alibi podając, że nie wypadało mu za wcześnie się pożegnać z koleżeństwem z kręgielni, różne tam ligowe sprawy, ale dziwna rzecz, wcale nie zionie od niego piwskiem, choć faktycznie wydaje się trochę nieprzytomny i widać po nim pożałowania godne ożywienie, skutkiem czego niełatwo go nakłonić, by mówił trochę ciszej i nie przyskakiwał gniewnie do czuwających jeszcze domowników, wypytujących go, gdzie też się podziewał i dlaczego, czyżby więc chciał ich zastraszyć?
– Ale specjalnie dla ciebie, Hicks, mój stary postanowił dzisiaj osobiście coś dla nas upichcić.
– Częstuj się, dołóż sobie – nakłania Hicksa Wujaszek Lewak z drugiego krańca stołu, sam pochłaniając trzecią już, jeśli nie czwartą dokładkę i bezlitośnie dźgając widelcem kiszoną kapustę. – To taka sama zapiekanka niespodzianka, co tak ci smakowała ostatnim razem. – W którym to daniu Hicks, owszem, wywęsza ostrą paprykę, smak ananasa z puszki oraz czuje na języku nie do końca znajome części wieprzowej anatomii, całość w specjalnej marynacie z prywatnego przepisu Wujaszka Lewaka, podstawą jest domowego wyrobu piwo warzone w fajansowych kotłach warsztaciku położonego jak raz naprzeciwko knajpy The Viaduct.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji