Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Luźny kontakt - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
18 marca 2026
4241 pkt
punktów Virtualo

Luźny kontakt - ebook

Wolf Haas, autor popularnej serii detektywistycznej, tym razem proponuje czytelnikom wyrafinowaną, lecz przystępną zabawę literacką: w lekkiej formie kryminału zawiera filozoficzną refleksję o naturze lektury, a także metaforyczną przypowieść o tym, jak poluzowują się nasze kontakty – z innymi, ze światem, z własnym ja.

Oto Franz Escher (nazwisko znaczące), trzydziestoletni mówca pogrzebowy, czeka w swoim wiedeńskim mieszkaniu na elektryka, który ma naprawić tytułowy luźny kontakt. Dla zabicia czasu układa puzzle i zagłębia się w powieść o skruszonym mafiosie Eliu Russo. Ów bohater dostaje od współwięźnia książkę, której bohaterem jest niejaki Franz Escher, czekający w swoim mieszkaniu na elektryka i czytający powieść o Eliu Russo. Światy dwóch bohaterów nie biegną równolegle, lecz się zapętlają, tworząc opowieść, która zachwyca precyzją konstrukcji i błyskotliwą grą z konwencją.

„Luźny kontakt”, będąc hołdem dla eksperymentów literackich Georges’a Pereca, Raymonda Queneau czy Itala Calvina, pozostaje przede wszystkim intrygującą i pełną humoru fabułą. Ta jedna z najoryginalnieszych książek 2025 roku w Niemczech i Austrii z miejsca stała się bestsellerem.

Kategoria: Literatura piękna obca
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68180-84-8
Rozmiar pliku: 691 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Franz Escher zdążył ułożyć puzzle, a elektryka ciągle nie było. Dla pewności sprawdził, czy nie wyłączył niechcący dzwonka. Nad domofonem znajdował się drążek garderoby, a kurtki i płaszcze zasłaniały czerwoną lampkę sygnalizującą wyciszenie dźwięku, dlatego bywało, że przez kilka dni zapominał o włączeniu dzwonka z powrotem. Za każdym razem, kiedy mu się to przydarzało, zastanawiał się, czy już zaczyna tracić pamięć. Ale z domofonem wszystko było w porządku – Escher tkwił jedynie w zwyczajnej pętli nieskończonego oczekiwania, w której umieszczają człowieka niepojawiający się fachowcy.

Escher nie był przesadnie niecierpliwym człowiekiem, ale nie lubił mieć zbyt dużo wolnego czasu, w takich chwilach zaczynał bowiem rozmyślać o życiu. Jego mózg zgłębiał wtedy nieistotne kwestie, jak ta, czy przebiegłoby ono inaczej, gdyby się inaczej nazywał. Tymczasem minęło ponad trzydzieści lat od chwili, kiedy dzięki nazwisku otrzymał prezent urodzinowy, który miał go zajmować przez resztę życia.

Na dziewiętnaste urodziny zaprosił parę osób. Swojego najlepszego kumpla Andiego, trzech kolegów ze szkoły, parę z sąsiedniego, wyjątkowo akustycznego mieszkania, bo wolał ich zaprosić, niż żeby mieli się potem skarżyć na hałas, a także swoją partnerkę z proseminarium, Danielę, wraz z jej czarującą współmieszkanką. Escher był dumny z tego, że kiedy zapraszał koleżankę z proseminarium, nie omieszkał niby od niechcenia rzucić w stronę jej milczącej przyjaciółki, żeby też wpadła, jeśli nie ma nic lepszego do roboty. Właściwie chodziło głównie o nią, ale trik z rzucaniem od niechcenia łagodził blamaż związany ze spodziewaną odprawą.

Kiedy ta niedostępna osoba rzeczywiście pojawiła się u niego w domu (tamtego wieczoru Escher dowiedział się, że nazywa się Martine przez „e”, bo jej matka jest Francuzką), wręczyła jubilatowi zapakowany w cienką bibułkę prezent.

Jeszcze po latach pamiętał tę sytuację dokładniej, niż by sobie życzył. Otwierał paczkę bardzo ostrożnie, żeby rozerwaniem pięknego papieru nie zdyskwalifikować się w oczach Martine jako nieczuły troglodyta, ale na tyle zdecydowanie, żeby zrobić na niej wrażenie dostatecznie energicznego. W końcu całą imprezę nakręcił wyłącznie dla niej. Podejście Eschera do najprostszych spraw tego świata było do tego stopnia zagmatwane, że już zorganizowanie małej uroczystości urodzinowej odczuwał jako „nakręcanie”. Tymczasem najbliższy kumpel Andi zapewniał go, że ta pół-Francuzka ma na niego ochotę. „Leci na ciebie”, mówił Andi. Jednak swoje szanse zaciągnięcia tego zachwycającego zjawiska do łóżka w wyniku perfekcyjnego zestrojenia alkoholu i udanych rozmów Escher oceniał na maksymalnie pięć procent.

Kiedy Escher za pomocą noża marki Stanley przeciął taśmę klejącą z chirurgiczną precyzją, nie drasnąwszy papieru, po czym ruchem zamaszystym, a zarazem nie nazbyt przywołującym na myśl torreadora, uwolnił prezent z opakowania, Andi wyszczerzył się do niego w zachwycie, wysyłając brwiami zachęcające sygnały i żarliwie kiwając głową. Według Andiego materializował się oto ostatni dowód, że nieśmiała Martine miała ochotę na Eschera. Po co inaczej wybrałaby tak fajny prezent? Także dla pozostałych gości urodzinowych sprawa była jasna. W końcu nie tylko Martine była wcielonym wdziękiem. Również Escher ze swoją postawną sylwetką robił wrażenie, a przydomka „Neandertalczyk”, który zawdzięczał zbyt szybkiemu wzrostowi, niedającym się okiełznać lokom i wysokim kościom policzkowym, już od lat nie słyszał. Nawet legendarną powolność Eschera mógł błędnie interpretować jako wnikliwość i rozwagę każdy, kto tylko znajdował się właśnie na śliskim gruncie postrzegania sterowanego hormonami.

– Puzzle! – powiedział z głupim wyrazem twarzy, gapiąc się z niedowierzeniem na pudełko wyłowione z papieru podarunkowego.

Nie miał do końca pewności, czy nie powinien czuć się wrobiony. Ostatecznie nie był już małym dzieckiem, czego w swoim mniemaniu wystarczająco dowiódł, obchodząc dziewiętnaste urodziny. Ale nie dał po sobie niczego poznać. Zdołał zachować się stosownie do powszechnie obowiązującego kodeksu zachowań przewidzianych przy odbiorze prezentu i nie ujawnił zawodu, lecz nadał swojemu okrzykowi nutkę radosnego zaskoczenia.

– Puzzle! Ej, _cool_!

Martine, która przejawiała skłonności do wstydzenia się za innych, miała nadzieję, że Escher zaraz się połapie, ale nie kontaktował. Widział rozczarowanie w jej oczach, jednak zwyczajnie niczego nie chwytał, za to dla pewności powtórzył jeszcze raz: „_Cool!_ Puzzle!”.

Generalnie nie był tak ograniczony. Przeciwnie. Na uniwerku wysiadywał na każdym seminarium teoretycznym i był postrachem swoich profesorów jako nieubłagany specjalista od dzielenia włosa na czworo. Kiedy jednak interesował się kobietą (jeszcze kilkadziesiąt lat później znał na pamięć numer telefonu komuny Martine) i chciał się pokazać z jak najlepszej strony, jego IQ spadało w bezdenną otchłań. Trzymał w ręku pudełko i niczego nie rozumiał. Jakkolwiek zaalarmowała go reakcja Andiego, rzucającego mu triumfalne, nieomal ekstatyczne spojrzenie, a jednocześnie szczerzącego zęby niczym życzliwy ludożerca. W końcu Andiemu skończyła się cierpliwość i postanowił pomóc przyjacielowi. Poirytowany nierozgarnięciem Eschera postukał palcem w dekiel kartonu ukazujący rysunek, który należało ułożyć.

– Escher! – zawołał. – Po prostu super. Escher!

Wtedy nareszcie i Escher zajarzył. Martine rzeczywiście zadała sobie trud, by znaleźć prezent pasujący do jego nazwiska. Puzzle słynnego mistrza iluzji optycznych, na którego obrazie w zdumiewający sposób rysują się nawzajem dwie ręce.

– Jak miło z twojej strony – powiedział Escher. – Tysiąc części! Gdzie ty to znalazłaś?

Żeby naprawić gafę, natychmiast wysypał puzzle na podłogę i zmusił gości, by razem złożyli wszystkie tysiąc kawałków. Ponieważ były to jego urodziny, wzięli udział w zabawie, ale nikt nie wykazywał przy tym tyle entuzjazmu co on. Uroczysty poczęstunek skarlał do bufetu samoobsługowego, a towarzyszyły mu co chwila wystosowywane przez gospodarza upomnienia, by imprezowicze nie pobrudzili puzzli umazanymi palcami. Escher tak się zagłębił w zabawę, że nie dostrzegł, jak płynie czas i pierwsi ziewający goście żegnają się o północy. Na koniec zostali już tylko Andi i Martine, którzy wraz z Escherem pełzali po podłodze między rozrzuconymi puzzlami.

Ale i tym ostatnim gościom Escher nie poświęcał zbyt wiele uwagi. Nie rejestrował, że Martine, klęcząc nad przybierającymi coraz bardziej konkretne kształty fragmentami obrazu, wyciąga się w stronę rozrzuconych kawałków w taki sposób, że jej i tak niedające się ukryć powaby wślizgują się pomiędzy podarunek a obdarowanego. Sposób, w jaki z drapieżnym wdziękiem zawisała nad powstającym obrazem, tylko zupełnie prostodusznemu człowiekowi przypominałby ćwiczenie jogi. Co jakiś czas muskała, zamiast powstających dopiero narysowanych dłoni, żywe, już nie za długie, lecz proporcjonalnie zbudowane palce jubilata, to podsuwając mu, to wyrywając z ręki puzzle. Ale wszystko to było na nic. Escher interesował się już tylko coraz bardziej kompletnym tekturowym obrazem z tysiąca części. Dwie dłonie rysujące się wzajemnie, szaleństwo w miarę nasilania konsumpcji alkoholu urastające do przeżycia metafizycznego.

W końcu rozczarowana Martine wyszła z Andim i Andi spytał go nazajutrz, czy dla ich przyjaźni fakt, że oboje wylądowali u niego, będzie problemem.

– No, wiesz – odparł Escher nieco strapiony. – Nie taki był właściwie plan.

Ponieważ jak większość ludzi nie chciał, ot tak, pozbawić się okazji, by poczuć się niesprawiedliwie potraktowanym.

Ale potem rozmyślił się i pokręcił głową:

– E tam. Cieszę się – powiedział. – Wyobraź sobie, o wpół do ósmej rano skończyłem puzzle. Od razu zamówiłem sobie te drugie.

– Jakie drugie?

– Te, co były na obrazku z tyłu pudełka. _Wieżę Babel_.

_Wieża Babel_ pozostała na wiele lat, mimo licznych nowych nabytków, jego faworytką i ustąpiła miejsca w gruncie rzeczy dopiero _Madonnie z długą szyją_.

Na oczekiwanie elektryka nie zmarnował jednak żadnej ze swoich głównych atrakcji. Ani _Madonny z długą szyją_, ani _Pogrzebu hrabiego Orgaza_, również _Ukrzyżowania i gloryfikacji dziesięciu tysięcy męczenników_, a już na pewno _Ścięcia św. Jana Chrzciciela_, ani tym bardziej _Autoportretu w sferycznym zwierciadle_. Trzeba, jak z ulubionymi piosenkami, uważać, żeby nie pomniejszać ich powabu częstym używaniem. Na parkiecie leżała złożona w całość _Wielka fala w Kanagawie_, którą pogardzał nie tyle z tego powodu, że zalała cały świat, stając się kiczem, co ze względu na fakt, że miała tylko pięćset części. Być może sięgnięcie po nią było też podświadomie sterowane tym, że _Wielka fala_ jakoś pasowała do elektryka, w końcu prąd w jego kraju nadal pochodził głównie z energii wodnej.

Ale teraz _Wielka fala_ leżała już gotowa, a elektryka nadal nie było. „W ciągu przedpołudnia” – do podania konkretnej pory wizyty kolegi wolano się nie zobowiązywać. Coś takiego oznaczało wielogodzinne czekanie, okraszane narastającą z minuty na minutę obawą, że ostatecznie czeka się na darmo, a fachowiec nie przyjdzie w ogóle. Żeby nie popaść w jeszcze większą niecierpliwość, Escher chwycił za książkę, którą zaczął wieczorem.

Już od dawna czytał wyłącznie jeden rodzaj książek, za to z namiętnością porównywalną chyba tylko z tą do układania puzzli. Książki o mafii: ʾndrànghecie, cosa nostrze, camorze. Dosłownie je pożerał. Non-fiction, powieści, studia historyczne, wszystko, co wpadło mu w ręce z tej dziedziny, połykał mniej lub bardziej bezkrytycznie. Osławione rodziny znał lepiej niż swoją własną, niezasługującą właściwie na tę nazwę. W nowej powieści chodziło o młodego obiecującego kryminalistę z Aspromonte, którego policja przekabaciła na świadka koronnego. Dwudziestu siedmiu wysokich rangą członków ʾndrànghety powędrowało wskutek jego zeznań na całe lata i dziesięciolecia za kratki. Policja obiecała w zamian objąć go programem ochrony świadków i dać mu nową tożsamość w obcym kraju.

Pierwszy rozdział, czytany przez Eschera przed snem, był wstrząsającą wyliczanką aktów przemocy, na których temat zeznawał świadek koronny. Od rozdziału drugiego Escher drżał o życie młodego więźnia. Miał na imię Elio, ale ponieważ tak pięknie wszystko wyśpiewał, gazety nazywały go Lucianem. Za cztery dni miał zostać wypuszczony z celi o najwyższym stopniu bezpieczeństwa i na zawsze wyrzec się swojego starego imienia. Nowe życie zorganizowano mu w Niemczech, taki był deal. Nagroda za zdradę.

Ale im bardziej realne stawało się nowe życie Elia, tym głębsze żywił przekonanie, że sprzątną go tuż przed wyjściem na wolność. Choć siedział w najbezpieczniejszej celi najbezpieczniejszego więzienia w kraju, spodziewał się gwarantowanej egzekucji. Wiedział, jak pracują. Mieli swoich ludzi wszędzie. W policji, więzieniu, sądzie. Było jasne, że w odwecie za wsypanie dwudziestu siedmiu bossów muszą go zlikwidować.

Nawet niemieckiemu dilerowi, którego sędzia śledczy wsadził mu do celi, żeby uczył się od niego swojego przyszłego języka, Elio nie ufał za grosz. Sven, ćpun o głosie ćpuna, był jedynym przyjacielem, jakiego miał. Co nie wykluczało, że ten może mu w nocy poderżnąć gardło. Sven trząsł się tak, że prawie nie mógł utrzymać łyżki, ale zdołałby mu, śpiącemu, wsadzić nóż w brzuch. Od kiedy termin wyjścia Elia na wolność stał się jawny, pozwalał on sobie na sen jedynie wtedy, kiedy nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że tabletka nasenna pogrążała jego kumpla z celi w najcięższym więziennym śnie. I nigdy, przenigdy Elio nie spał inaczej, niż prawą ręką ściskając schowaną w materacu szczoteczkę do zębów z wmontowaną w nią żyletką.

Sędzia śledczy sprzedał Eliowi fakt, że może uczyć się niemieckiego od ćpuna, jako przejaw opiekuńczości państwa i wielki przywilej. Przypuszczalnie miał nawet szczere intencje. Z biegiem lat śledczy zdobył zaufanie młodego świadka koronnego. Aż do procesu spełniał prawie każde życzenie Elia i szmuglował do celi wszystko, czego jego najważniejszy świadek tylko sobie zażyczył. Raz pokazał mu nawet zdjęcie swojej pomarańczowej Laverdy 750, którą posiadał od czasów studenckich spędzonych w Rzymie. Był to ten sam model, na jakim zastrzelono czekającego na zielone światło Dina, kuzyna Elia. Sędzia śledczy wiedział o motorach więcej, niż Elio się spodziewał. Młody więzień lubił te poufałe rozmowy, w czasie których mógł zapomnieć o innych sprawach. Kiedy jednak wszystkie zeznania świadka koronnego zostały udokumentowane przed sądem, zachowanie sędziego się zmieniło. Jego wizyty stały się rzadkie, a on sam zachowywał się chłodno wobec niepotrzebnego już świadka. W ostatnich dniach nie pokazał się już w ogóle. Dla Falconego będzie pewnie lepiej, kiedy stanę się trupem, pomyślał Elio.

To gazety nazwały sędziego śledczego na cześć słynnego sycylijskiego pogromcy mafii, tak jak piłkarzom nadawano nazwiska dawnych legend. Właściwie to nie tyle gazety nadały mu pseudonim, ile sami bossowie, do których te gazety należały. Rzekomy tytuł honorowy był niedwuznaczną groźbą. Niebawem każdy nazywał go już tylko Falcone, jak sycylijskiego bohatera narodowego, który w wielkim procesie w Palermo wydał setki wyroków skazujących, zanim Totò Riina wysadził jego i żonę oraz trzech ochroniarzy w powietrze.

Elio się przestraszył, bo od rozmyślania o powodach zmian w zachowaniu Falconego zapadł w krótką drzemkę. Skoncentrował się z powrotem na książce, która miała mu pomóc pozostać w stanie czujności tak długo, aż chrapanie Svena stanie się dostatecznie głośne. Książka była prezentem od Svena. Była po niemiecku i Elio odcyfrowywał ją strona po stronie za pomocą słownika, który przyniósł mu Falcone. Chodziło w niej o faceta, który nazywał się Escher, tak samo jak inny facet, który też nazywał się Escher. Escher czekał już pół dnia na elektryka. Próbując telefonicznie dowiedzieć się czegoś w firmie, wpadł w kolejkę oczekujących. Kiedy przysłuchiwał się muzyce w słuchawce i oswajał z ewentualnością, że będzie tak siedział przez resztę swojego życia, w drzwiach nareszcie zadźwięczał dzwonek.

– Elektro Janko – powiedział do domofonu mężczyzna z czapce z daszkiem.

Z powodu daszka kamera uchwyciła tylko fragment jego twarzy. Escher otworzył drzwi do mieszkania i czekał na gościa. Choć była winda, słyszał, jak tamten człapie po schodach. Kiedy ze spuszczoną głową dotarł do ostatnich stopni, Escher dostrzegł, że na niebieskiej czapce wyszyty ma na czerwono dwuwersowy napis „Elektro Janko”. Dwuwersowość dawała graficzną możliwość, by jednakowo brzmiące litery końcowe słów „Elektro” i „Janko” połączyć w jedno jedyne, obejmujące oba wersy „O”. W tym dużym okręgu umieszczono ponadto symbol błyskawicy, przez co zmaltretowana litera została kompletnie wessana przez obraz, a ludzkie oko było w stanie odczytać już tylko „Elektr Jank”.

Być może to właśnie dzięki tej nieudanej wyszywance twarz pod nią sprawiała wrażenie bardzo zrównoważonej. Krótka ciemna broda okalająca wyjątkowo bladą twarz i niezwykle piękne, ciemne oczy patrzące na Eschera poważnie przywodziły mu na myśl twarze pasterzy i świętych z paru obrazów, które posiadał w formie puzzli. W nienarzucający się sposób, a jednak z pewnością siebie gość powiedział:

– _Grüß Gott_. Elektro Janko. Ja w sprawie kontaktu.

Bez kurtuazyjnego pytania, czy zdejmować buty, po prostu to zrobił i poszedł za Escherem do kuchni. Wysłuchał, na czym polega jego zadanie. Gniazdko nad kuchenką miało poluzowany kontakt. Z czasem ceramiczna oprawka popękała na wiele części, a na koniec całkiem się pokruszyła. Escher już od lat żył z tą niebezpiecznie wyglądającą prowizorką i coraz bardziej mdlące uczucie towarzyszyło mu za każdym razem, kiedy wyciągał wtyczkę. I na tym właśnie polegał problem. Kilka razy w ciągu dnia musiał przełączać czajnik i automat do kawy, ponieważ było tylko jedno pojedyncze gniazdko. Ale dopiero kiedy na domiar złego doszedł jeszcze luźny kontakt, wezwał w końcu elektryka.

– To jest właściwie niebezpieczne czy tylko tak kryminalnie wygląda? – spytał Escher.

W odpowiedzi elektryk jedynie uniósł nieznacznie brwi. Escherowi zdało się, że wyczuł w bezsłownej odpowiedzi niejaki brak szacunku, tak jakby u klienta z takim gniazdkiem wszelkie wyjaśnienia były zbyteczne. Wiedział też jednak, że ma zbyt duże skłonności do czucia się lekceważonym, stara choroba, za którą sam sobą gardził. Dlatego wziął elektryka w obronę przed sobą samym. To po prostu typ introwertyczny. Twardo stojący na ziemi. Niedużo gadał, ale robił wszystko porządnie. Również ruchy, jakimi otworzył torbę z narzędziami, były z gatunku eleganckich, oszczędnych w formie. Escher go polubił. Gaduł nie znosił od zawsze.

Choć małomówność niekoniecznie szła w parze z byciem fachowcem, o czym Escher przekonał się całkiem niedawno. Tłusty człowiek z serwisu naprawiającego termy zawracał mu głowę prywatnymi opowieściami. Żona! Kochanka! Hahahaha! Na koniec wyczerpany pogawędką mówca ludowy zapomniał zabrać ze sobą wyskrobany z termy brud. Escher sam musiał wynieść na śmietnik zostawioną w wiadrze sadzę. Elektryk był innego kalibru. Promieniował cichą kompetencją. Jego wieku nie dawało się tak łatwo określić. Młodszy od Eschera, najwyraźniej miał już jednak za sobą niejedno.

– Pewnie koleżanka, z którą rozmawiałem przez telefon, już to panu mówiła – przerwał milczenie elektryka. – Potrzebuję nie tylko nowego gniazdka. Potrzebuję tu trzech gniazdek zamiast jednego.

Elektryk skinął głową i spytał Eschera, gdzie jest skrzynka z bezpiecznikami, ale jednocześnie wskazywał już ruchem głowy w stronę przedpokoju. Oczywiście wiedział z doświadczenia, gdzie zazwyczaj znajduje się skrzynka z bezpiecznikami. Prawdopodobnie już wchodząc, zlokalizował ją przy samych drzwiach, nad przykrywającymi domofon kurtkami. Escher zastanawiał się, czemu mimo to zapytał. Może uznawał to za rodzaj kurtuazji, może umiejętność poruszania się po cudzym mieszkaniu wydawała mu się oznaką zaborczości. W końcu nie był u siebie w domu. Po wyłączeniu bezpiecznika w przedpokoju elektryk usunął resztki starego gniazdka i wytłumaczył klientowi, że potrójne gniazdko może zamontować tylko natynkowo.

– Ładnie to nie będzie wyglądać – powiedział elektryk. – Ale inaczej musiałby pan wyskoczyć z trochę większej kasy.

– Nie przeszkadza mi to – odparł Escher. – Przeszkadza mi tylko ten luźny kontakt. I że ciągle muszę wyciągać wtyczkę. Albo czajnik jest włączony, albo ekspres. Zawsze się potrzebuje tego, co akurat nie jest włączone. A mam jeszcze toster.

Elektryk pokiwał głową i wziął się do pracy.

Żeby dać mu pracować w spokoju, Escher poszedł do dużego pokoju, ale drzwi do kuchni zostawił otwarte. Na podłodze leżała _Wielka fala_ Katsushiki Hokusaia. Od tego obrazu robił się agresywny. Raz przestudiował nawet napisaną po angielsku książkę _Waves. A Very Short Introduction_. Odtąd sporo rozumiał z fal, ale nadal nic z obrazu. Frustracja, że nie jest w stanie go pojąć, ponieważ pochodzi z innego świata, obróciła się w Escherze przeciwko samemu obrazowi. Wkładając _Falę_ z powrotem do pudełka, usłyszał, że obok elektryk odbiera telefon. Komórka nie zadzwoniła tak po prostu, zamiast tego rozległa się ściągnięta jako sygnał muzyka. Zanim Escher zdołał rozpoznać piosenkę, elektryk już mówił do rozmówcy:

– Tak, okej, w porządku. Rozumiem. Na razie.

Potem znowu nastała cisza. Escher położył się na kanapie i czytał dalej od miejsca, w którym przerwało mu pojawienie się elektryka.

O północy Elio pomyślał o tym, że do wyjścia na wolność zostały mu już tylko trzy dni. Sven spał głęboko, ale jeszcze niedostatecznie głęboko. Tuż po drugiej, kiedy Elio wreszcie zamierzał poddać się snowi, usłyszał kroki na więziennym korytarzu. Zesztywniał, jakby połknął lekarstwo pozorujące śmierć, którym sędzia śledczy interesował się szczególnie, bo to dzięki niemu boss bossów zdołał uciec z najlepiej strzeżonego ze wszystkich więzień. Otwieranie żelaznych drzwi było tak głośne, że niezmącone chrapanie Svena zdawało się kompletnie nieprawdopodobne. Prawa ręka Elia zacisnęła się wokół stopionej z żyletką szczoteczki do zębów. Do celi wszedł mężczyzna z twarzą ukrytą w kasku pełnotwarzowym.

Ćpun chrapał.

Elio próbował udawać śpiącego, ale był zbyt sparaliżowany, żeby choć raz zaczerpnąć powietrza.

Nocny gość podchodził powoli coraz bliżej i zatrzymał się przed jego pryczą. Biała głowa astronauty pochyliła się w ciemności nad twarzą Elia.

– Wstawaj, Elio – zaszeptał kask. – To ja.

Elio się wzdrygnął. Rozpoznał ten głos od pierwszego słowa. Co sędzia śledczy robił w środku nocy w jego celi?

– Falcone? – W normalnej sytuacji Elio nigdy by się nie ważył nazwać tak sędziego śledczego. – Co pan tu robi?

Falcone pożegnał się z nim już tydzień temu, wtedy też podał mu dzień, w którym Elio miał wyjść na wolność, by zacząć nowe życie pod zmienionym nazwiskiem. O czym Elio nie wiedział – ta fałszywa data była również jednym ze środków ostrożności podjętych wobec świadka koronnego. Tak samo jak samobójstwo Elia, które dozorcy zameldowali jeszcze tej nocy.

Pod pachą Falcone trzymał jeszcze jeden kask pełnotwarzowy.

– Nałóż to.

Wobec garstki wtajemniczonych w szczegóły operacji Falcone obstawał przy tym, żeby tego małego Elia, z którym zżył się z biegiem miesięcy i lat, osobiście zawieźć motorem na dworzec w Lamezii. Nikt inny nie miał poznać konkretnej pory. Falcone wiedział, że tylko w ten sposób zdoła wyciągnąć z więzienia żywego świadka.

Z kaskiem w ręku Elio wyszedł za sędzią śledczym z celi i za bramę więzienia. Przed bramą czekała pomarańczowa Laverda 750 Falconego. Dopiero kiedy poczuł pod podeszwami ulicę, a na skórze nocne powietrze, uwierzył, że to nie sen.

– Dokąd jedziemy? – spytał sędziego, wkładając kask.

– Najpierw na cmentarz – powiedział Falcone, nie odwracając się do Elia, który sadowił się za nim na motorze. Zapuścił silnik. Elio zdziwił się, że Laverda nie wyleciała w powietrze. Nikt nie ukrył ładunku wybuchowego, a maszyna zamruczała dobrodusznie. Choć sędzia ruszył łagodnie i rutynowo i nie przesadzał z prędkością, Elio trzymał się go kurczowo. Po latach więzienia nawet prędkość Vespy byłaby dla niego przesadna.

Na cmentarzu podeszli do niewielkiego grobu. Falcone oświetlał drogę latarką, by w końcu skierować światło na napis na nagrobku:

„Elio Russo 2.5.1981–11.6.2002”.

– Dziś jest 11 czerwca 2002 roku – zauważył Elio.

Falcone pokiwał głową.

– Zabiłeś się – powiedział.

– W jaki sposób?

– Nic ci do tego. Sprawa prywatna.

– Ale moja sprawa prywatna.

– Nie, ty jesteś Marko Steiner.

Niełatwo przyszło Eliowi pożegnać się ze swoim starym imieniem. Babka mawiała zawsze, że dostał je po bogu słońca Heliosie, bo słońce nigdy nie zachodzi. I choć zachodziło co wieczór, ta historia mu się podobała. Falcone wyłączył latarkę, ale nazwisko nadal było czytelne w świetle księżyca. Zdawało się, że także gwiazdy urosły w ciągu tych trzech lat więziennych. Nastała ta godzina przed świtem, w której upał dnia zdążył nieco zelżeć. Elio umarł, Marko Steiner żył.

Przez kilka chwil oba duchy cmentarne z kaskami pełnotwarzowymi na głowach stały jeszcze przed grobem, wpatrując się w napis. Potem się przeżegnały i wsiadły z powrotem na motor. Powoli Elio przyzwyczajał się do prędkości. Próbował rozpoznać na wyczucie mijane po ciemku zbudowane z kamienia wsie. To był pierwszy raz, kiedy jechał okolicą, której dotąd prawie nie opuszczał.

Na dworcu w Lamezii sędzia wręczył świadkowi koronnemu kopertę z jego nowymi papierami.

– Teraz jesteś półtora roku młodszy. Nadrobiłeś połowę czasu w pudle. – Sędzia śledczy się śmiał.

Marko zdjął kask i oddał go sędziemu.

– Życzę ci wszystkiego dobrego – powiedział Falcone. – Teraz zaczyna się twoje nowe życie. Dobry z ciebie chłopak.

Szybko objął swojego najlepszego świadka, którego przygnieciona kaskiem fryzura przypominała sierść nowo narodzonego cielęcia. Potem odjechał z głośnym warkotem.

W kopercie znajdowały się również bilety kolejowe. Pociąg miał odjechać o godzinie 5.55, ale o 6.16 nadal stał. Marko Steiner tylko czekał, aż ktoś wsiądzie i go zastrzeli. O 6.30 pociąg nadal nie ruszał z dworca. Marko przysłuchiwał się krokom i głosom dobiegającym z peronu i drzwiom zamykanym w innych wagonach. Czyjeś pospiesznie zbliżające się kroki dały się nagle słyszeć od tyłu. Jakiś chłopak przeszedł, nie zwracając na niego uwagi. Do 6.40 nadal nikt go nie zastrzelił. W końcu wrzaskliwy głos z głośnika powiedział coś niezrozumiałego, a zaraz potem pociąg ruszył z szarpnięciem.

Ledwie Marko zdołał się odrobinę odprężyć, do wagonu przyszedł konduktor i Marko sięgnął po kopertę od Falconego.

– Pan jest Marko Steiner?

Markowi zrobiło się gorąco, kiedy obcy konduktor, z nieomal fioletowym znamieniem pod lewym okiem, wymówił jego nowe nazwisko.

– Dlaczego? – odpowiedział pytaniem.

– Bilet jest wystawiony na to nazwisko.

– Tak, oczywiście – odparł Marko z ulgą.

– Tu pan nie może siedzieć, panie Steiner! Siedzi pan w pierwszej klasie!

– Nie zauważyłem.

– Nie zauważył pan? Musi się pan przesiąść do drugiej!

Marko wziął swój plecak i usiadł w prawie pustym wagonie drugiej klasy. Na chwilę się zdrzemnął, ale obudził go sprzedawca kawy wpatrujący się w niego zimnymi oczami żmii. W pierwszej chwili Elio wziął go za Fausta Grigoletta, ale przypomniał sobie, że na skutek jego zeznania Fausto dostał dożywocie. Fausto miał dwóch braci, którzy uniknęli aresztowania. Sprzedawca kawy nie zastrzelił go jednak, za to ucieszył się, że pasażer zamówił u niego doppio. Ponieważ Elio nie wiedział, jak uspokoić myśli, wyjął z plecaka książkę Svena i próbował czytać.

Z dużego pokoju Escher przysłuchiwał się odgłosom pracy elektryka. Przeszło mu przez myśl, że dla przyzwoitości powinien może pojawić się u niego na chwilę. Zanim to zrobił, ktoś zadzwonił do drzwi. Podszedł do domofonu i choć nikogo nie było widać na ekranie, Escher zawołał:

– Halo?

Prawdopodobnie był to kurier albo roznosiciel gazet, który zadzwonił po kolei do każdego i od dawna był już w budynku.

– Halo? – zawołał Escher jeszcze raz, patrząc w pusty ekran ukazujący osobliwy fragment ulicy. Zastanowił się, czy nie wyłączyć dzwonka, żeby nikt już nie przeszkadzał.

Czasem Escher naciskał ten niosący spokój przycisk _mute_ przez nieuwagę, kiedy właściwie zamierzał otworzyć drzwi. Zamiast na niebieski przycisk otwierający drzwi jego palec brał kurs na położony niżej biały guzik i wyłączał dzwonek. Brak brzęczenia i rozbłysk czerwonego światełka kontrolnego przycisku _mute_ sprawiały, że błąd zauważał najczęściej od razu. Te pomyłki wynikały nie tylko z życzenia, by zostawiono go w spokoju, ale też z wadliwej symboliki kolorystycznej włącznika. Cały domofon miał biały kolor, jedynie przycisk do otwierania był niebieski. Tak naprawdę łatwo więc było nacisnąć właściwy guzik. Projektant domofonu myślał sobie zapewne: proste jak obsługa cepa. Ten nieznany projektant został osobistym wrogiem Eschera. Jako że cała skrzyneczka była biała, niebieski przycisk do otwierania drzwi stanowił rzucający się w oczy wyjątek. Tę klarowność neutralizowała jednak inna cecha szczególna. Rozświetlanie się czerwonego punkciku podczas aktywacji białego przycisku do wyłączania dźwięku działało jak sygnał silniejszy niż błękit przycisku otwierającego drzwi. Podwójny wyjątek (niebieski przycisk otwierania, czerwono rozbłyskujący punkcik przycisku wyciszania) prowadził do tego, że teraz dopiero na dobre myliło się symbolikę kolorów. A przecież człowiek przy domofonie często się znajdował w stanie graniczącego z paniką pośpiechu. Żeby doręczyciel nie uciekł, trzeba było gonić do domofonu, tłumiąc strach, że w drzwiach czeka nieprzyjemna niespodzianka. W tej sytuacji niebieskie i czerwone punkty mogły zamienić się w duchowym okablowaniu kontaktami i w pośpiechu dopadało się przycisku wyciszającego, zamiast otworzyć drzwi.

Ale teraz wyłączenie dzwonka byłoby błędem. Elektryk prawdopodobnie musiał przynosić od czasu do czasu coś z samochodu, po powrocie dzwoniłby, a Escher by tego nie słyszał. Odwieszając słuchawkę, zaczepił spojrzeniem o otwartą skrzynkę z bezpiecznikami tuż nad domofonem. Wśród wielu czarnych przełączników bezpieczeństwa dwa się wyróżniały – zamiast do góry sterczały do dołu. Elektryk wcisnął je przedtem jednym _klik_, przerywając w ten sposób przepływ prądu.

Może Escher był jeszcze myślami przy dwóch przyciskach domofonu. A może spowodowała to ogólna potrzeba porządku albo niepokój jego palców, których gotowość do przyciśnięcia guzika otwierającego drzwi nie miała okazji się wykazać. Może jego przyzwyczajony do tysiąca części mózg wykonał po zaledwie pięciuset częściach _Wielkiej fali_ Hokusaia czynność zastępczą. Może zresztą mieszanka tych wszystkich czynników doprowadziła Eschera w tej chwili do bezmyślnego podniesienia obu przełączników do góry.

W tym samym momencie usłyszał ciche stuknięcie w kuchni. Ten lakoniczny odgłos wydał śrubokręt upadający na blat kuchenny. Głuchy łomot dotarł do uszu Eschera nie od razu, ale z niejakim opóźnieniem. Tyle potrzebowało ciało elektryka, by osunąć się na podłogę.

Choć widział na własne oczy, jak bezpieczniki wyskoczyły na powrót jeszcze przed łomotem, dla pewności wrócił do skrzynki, by się przekonać, czy rzeczywiście tak się stało. Nie chciał, żeby i jego kopnął prąd. Dopiero wtedy skierował uwagę na leżącego bez ruchu elektryka. Przy jego głowie zobaczył czapkę. Oczy pozbawione życia patrzyły sztywno z pięknej twarzy. Escher dopiero teraz sobie uświadomił, kogo mu ta twarz przypomina. Nie żadnego pasterza ani świętego, jak początkowo myślał, ale _Portret mężczyzny_ namalowany przez artystę Parmigianina i często już składany przez Eschera.

Próbę udzielenia pierwszej pomocy podjął bez większego przekonania. Nigdy nie był typem człowieka, który wierzy w umiejętność wskrzeszania zmarłych. Teraz, gdy usta przestały oddychać, krótka broda wydała mu się niczym doklejona. Escher przypomniał sobie kurs pierwszej pomocy robiony przy okazji prawa jazdy. Zapamiętał z niego głównie ostrzeżenie, żeby w czasie masażu serca uważać, aby nie złamać pacjentowi mostka i w ten sposób ostatecznie go nie wykończyć. Poza tym był przekonany, że elektryk już nie żyje. Złamanie mostka zmarłemu wydało mu się czynem okrutniejszym niż zabicie żywego, co było wszak przez niego niezamierzone i (abstrahując od lekkiego oporu bezpiecznika) dokonane niepostrzeżenie z daleka.

Po chwili zostawił ciało elektryka w spokoju i myślał o dalszych krokach. Gdzie zadzwonić? Pogotowie? Policja? Elektro Janko? Opowiedzieć, co się stało? Czy udawać wariata, żeby wina spadła na samego elektryka? Czy to do pomyślenia, żeby profesjonalny elektryk zapomniał wyłączyć bezpiecznik? Trudno było sobie to wyobrazić, ale w obliczu faktów również temu zaprzeczyć. Nikt nie będzie podejrzewał Eschera o ten niewytłumaczalny haniebny uczynek.

Jednak coś nie pozwalało mu także zrzucać winy za własną śmierć na elektryka. Mogło to być z powodów ubezpieczeniowych niekorzystne dla wdowy po nim. Obrączki na palcu nieboszczyka trudno było nie zauważyć. Escher się zastanawiał, jakie konsekwencje przyniosłoby mu pozostanie przy prawdzie. Przypuszczalnie wsadzono by go do psychiatryka. Faktu, że nie był do końca pewny, czy elektryk nie zawołał do niego, żeby na chwilę wcisnął bezpiecznik, użyto by przeciw niemu z całą pewnością.

Nie widział powodu, żeby ze względu na tragiczną pomyłkę wydawać się na pastwę machiny państwowej. Byłaby to okrutna kara za coś, czego nie popełnił z premedytacją. I nie przywróciłoby to elektryka do życia.

Nagłe drgnięcie wyrwało go z zamyślenia. Niczym zacinający się defibrylator zawibrowała komórka w kieszeni na piersi drelichowej kurtki, również z wyszytym napisem „Elektr Jank”. Ponieważ wibracjom nie towarzyszył żaden dźwięk, Escher założył, że przyszła tylko wiadomość tekstowa. Zmarłego wprawdzie nie przebudziła, ale dla Eschera stała się bodźcem do podniesienia się. Jakby miał za sobą godziny walki o przeżycie elektryka spędzone na podłodze, poczerniało mu na chwilę przed oczami. Wsparł się o parapet i przez moment wyglądał przez okno kuchenne.

_Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży._
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij