Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Magik - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
19 listopada 2014
E-book: EPUB,
29,90 zł
Audiobook
34,99 zł
Produkt chwilowo niedostępny

Magik - ebook

"Niesamowita historia. Gratuluję wyobraźni...".   BOGUSŁAW LINDA

„Tak rzadko dostajemy opowieść. Narrację idącą z punktu A do punktu B.  

Powoli, uważnie, ale bez niepotrzebnych zakrętów. Magda Parys ma dar filmowego wręcz prowadzenia scen przy jednoczesnym patrzeniu w oczy swoich bohaterów. Czy wytrzymają to, co zaplanowała dla nich autorka?  Czy nadal zostaną przy tym ludźmi? Wydaje się, że Parys chce, podobnie jak Andre Malraux, którego słowa przytacza "odnaleźć człowieka wszędzie tam, gdzie znaleźliśmy to, co go miażdży".  SYLWIA CHUTNIK

MAGIK to nowa powieść autorki Tunelu, świetnie przyjętego debiutu z 2011 roku. Powieść obyczajowa z wątkiem sensacyjnym, historia ucieczek z komunistycznego "raju", zabójstw na granicy, znikających akt Stasi i tajemnic z przeszłości, które mogą zburzyć spokój nowych niemieckich elit polityczno-gospodarczych...

MAGIK to pierwsza część trylogii berlińskiej. Berlin, rok 2011. W opuszczonej, zamieszkanej nielegalnie przez Romów kamienicy, policja odnajduje zmasakrowane zwłoki pracownika Urzędu Do Spraw Akt Stasi. W tym samym czasie w Sofii, w tajemniczych okolicznościach ginie niemiecki dziennikarz i fotoreporter - Gerhard Samuel. Dochodzenie przejmuje Policja Federalna oraz służby specjalne. Szybko okazuje się, że jedynym celem ich pracy jest wyłącznie zatuszowanie sprawy i "zneutralizowanie" niewygodnych świadków.

Komisarz Kowalski zostaje odsunięty od śledztwa a następnie zawieszony czasowo w pracy w policji pod pretekstem pijaństwa i niesubordynacji. Prowadzić będzie jednak dochodzenie na własną rękę. Pomaga mu w tym pasierbica Samuela, znana niemiecka dziennikarka telewizyjna, Dagmara Bosch.

Odkrywają, że zamordowani - urzędnik i dziennikarz - zbierali materiały, dotyczące przeszłości czołowego polityka zjednoczonych Niemiec...

Oficjalne śledztwo wykazuje, że polityk jest od dłuższego czasu szantażowany. Kim jest ta trzecia osoba, która zna kompromitujące karty..?

Wiele postaci z MAGIKA istniało naprawdę. Niektóre będą tę książkę czytać...

Magdalena Parys urodziła się w Gdańsku. Jako dziecko wyemigrowała z rodziną do Berlina Zachodniego. Absolwentka pedagogiki i polonistyki na Uniwersytecie Humboldtów. Przez kilka lat zajmowała się pracą naukową z dziedziny studiów porównawczych, którą zarzuciła na rzecz pisania. Współpracowała m. in. z Gazetą Wyborczą, Dialogiem, Pograniczami, Zwierciadłem i Kurierem Szczecińskim. Jej debiutancka powieść „Tunel” z 2011 roku otrzymała w Austrii literacką nagrodę Złotej Sowy. Autorka mieszka w Berlinie z rodziną.

Kategoria: Literatura piękna
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-7943-977-5
Rozmiar pliku: 5,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRELUDIUM

Walili w niego kolbami, kopali w brzuch i po twarzy. Widziałem jego otwarte, ale już dziwnie zamglone oczy i wymiotowałem. Wiedziałem, że zaraz podejdą do mnie. Nie czułem strachu, lecz dziwną ospałość w oczekiwaniu na ostatni cios. Już jeden oprawca się odwracał, zgniatane liście pachniały mocniej, widziałem wielkie buty zmierzające w moją stronę. Nie miały daleko, może dwa metry. Kopnęły mnie w twarz. Poczułem słodkość w ustach. Postrzelona noga przestała boleć. To prawda, że nowy ból wypiera stary.

– Zobacz, to ścierwo rzyga – krzyknęły gdzieś nade mną buty do czarnej kolby, która tłukła dziwnie zesztywniałe ciało Boszewskiego.

Kolba zbliżyła się do mnie.

– Wyjąłeś papiery? – zapytała.

– Nie!

– To wyjmij, bo się pobrudzą!

– Brzydzę się, on jest porzygany!

Kolba się zamachnęła i potem była już tylko ciemność.

Znów ten sen, podczas którego opowiadał komuś śmierć.

Frank Derbach usiadł na łóżku. Rozejrzał się. Z szarości wyłoniły się nieznane kontury i bezosobowe przedmioty. Wstał. Zasłał łóżko. Lubił porządek. Dodawał mu pewności siebie, czegoś, czego zawsze mu brakowało. Wygładził niesforny brzeg kołdry i z obrzydzeniem pomyślał, że w tym łóżku, pozornie czystym, przed nim spało już wiele ludzi.

Zapalił lampkę i podszedł do niedużego okna.

Wczesny ranek, może szósta, może jeszcze nie. Na szarym podwórku usłyszał miauczenie kota i grzmot metalowej klapy kubła na śmieci. Hotelowa kucharka wrzucała wypełnione odpadami worki. Dzień, jakich wiele w każdym mieście.

Ktoś zapukał do drzwi. Frank Derbach nie powiedział proszę, nie drgnął, może tylko się zdziwił, że ktoś, na kogo czekał, zjawia się już teraz.

– To ty? – spytał cicho przez drzwi.

– A kto? – odparł niecierpliwy kobiecy głos.

Otworzył drzwi i wpuścił ją do środka.

Obserwował uważnie, jak pewnym krokiem podchodzi do okna w nie swoim pokoju, zasłania je roletą, siada na jedynym fotelu i mówi:

– Słucham.

– To będzie interes twojego życia.

– Zobaczymy – mówi kobieta bez uśmiechu.ROZDZIAŁ I

Powszechnie uznawano, że miasto jest bardzo zdrowe. Niewiele zarazków potrafiło tu przetrwać_._

Terry Pratchett,

_Trzy wiedźmy_

(tłum. Piotr W. Cholewa)

Gerhard wyłączył komórkę. Frank Derbach dzwonił już trzeci raz, był bardzo zdenerwowany, chciał się spotkać natychmiast. Gerhard obiecał mu, że jak tylko załatwi swoje sprawy, przyjedzie do niego do hotelu.

– Nie, lepiej nie w hotelu.

– Czemu nie?

– Bo nie.

– Piłeś?

– Nie.

Umówili się w końcu w lokalu blisko hotelu, w którym zatrzymał się Gerhard.

– Będziesz na pewno? – naciskał Derbach.

– Będę – powiedział nieco poirytowany ponaglaniem Gerhard.

– Czekam. – Frank Derbach rozłączył się.

Taksówka przemieszczała się powoli w sznurze przedpołudniowego korka. Gerhard spoglądał na szare, szerokie ulice. Sofia przypominała mu Warszawę z lat dziewięćdziesiątych. Najpierw piękne hotele, potem banki, na końcu apteki, a reszta potem. Kiedyś. Po pewnym czasie siedział na twardym krześle w urzędzie i czekał, aż urzędniczka umaluje usta, wykona kilka telefonów i wreszcie spojrzy na niego. Pomieszczenie było poczekalnią, a zarazem biurem obsługi interesantów.

Urzędniczka była miła, ale szybko się zorientował, że udziela mu tylko zdawkowych, nic nieznaczących odpowiedzi. Powiedział w końcu wprost, o co mu chodzi.

– Polak, inżynier z Wrocławia, Piotr Boszewski. Zaginął w Bułgarii w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym roku. Nikt nie wie, co się z nim stało. Pojechał na… – zawahał się, jakiego słowa użyć: _holiday_ czy _vacation_ – na urlop z żoną i nie wrócił.

– To chyba trzeba szukać w polskich archiwach. – Urzędniczka wzruszyła ramionami.

– A ja myślę, że tutaj. Wiem, że tutaj – poprawił się.

– Tyle ludzi ginęło – westchnęła. – Niemców, Bułgarów, Polaków też.

– Mnie chodzi o tego jednego Polaka.

– Dlaczego pan sądzi, że ten Polak zginął u nas? – Przetarła okulary i popatrzyła na Gerharda zmęczonymi, krótkowzrocznymi oczami.

Gerhard pokazał jej zdjęcie.

– Co to jest? Skąd pan to ma? – Patrzyła na nie z niedowierzaniem.

Naprawdę liczyła, że poda nazwisko, adres, zawód?

Stary człowiek, który dał mu to zdjęcie i przetłumaczył tekst na niemiecki, Burkhard Seidel, od wielu lat prowadził prywatne archiwum, zbierał dokumenty, zdjęcia, nagrania i udostępniał je zainteresowanym. W 1985 roku dwóch jego synów zginęło podczas próby ucieczki przez bułgarską granicę ku wolności. Nigdy nie znaleźli się winni, ojciec nie usłyszał wyrazów żalu.

Dziś archiwum Seidla nie jest tajemnicą. Wszyscy, którzy chcieli to wiedzieć, mogli bez trudu sprawdzić, że w Lipsku mieszka człowiek, który zebrał więcej materiałów dotyczących niewyjaśnionych zaginięć na bułgarskiej granicy niż wszystkie ministerstwa i archiwa razem wzięte.

Mógł powiedzieć, skąd ma zdjęcie.

Mógł, ale nie chciał.

Seidel mówił, że zdjęcie zostało wykonane w konkretnym miejscu na granicy bułgarsko-greckiej, gdzie odnaleziono zwłoki Polaka, prawdopodobnie Piotra Boszewskiego. Niestety, nazwisko na odwrocie było nieczytelne. Dało się odczytać tylko wyblakłą literę „B”, co było dalej, nie wiadomo, może „a”, może „o”, może „c”. Seidel sugerował, że chodzi o nazwisko Boszewski. Na odwrocie znajdował się jeszcze numer, którego znaczenie mieli poznać dopiero po kilku miesiącach dzięki pomocy Franka.

– Ma pan więcej takich zdjęć?

Spod niebieskich powiek wpatrywały się w niego uważne oczy, niesforne jasne loczki okalały pulchną twarz, jeszcze wydawało mu się to wszystko zabawne.

– Nie mam – skłamał.

Spojrzała na odwrotną stronę zdjęcia i wygładziła je, raz, drugi. Trzeci.

– Wie pan, co to jest? – Wskazała pożółkłe miejsce, na którym widniały jakieś cyfry i rozmazany tekst napisany cyrylicą. Jak dotąd ona zadała mu więcej pytań niż on jej.

– Nie mam pojęcia – skłamał znowu.

Urzędniczka przyglądała mu się przez dłuższą chwilę. Chciała jeszcze o coś zapytać, ale słysząc, że otwierają się drzwi, wyprostowała się i poprawiła okulary na nosie.

Wysoka kobieta, która stanęła w drzwiach, spojrzała najpierw na Gerharda, potem na koleżankę. Było w niej coś z rzymskiej rzeźby. Miała piękne oczy. Szczerze pożałował, że nie z nią rozmawia. Uśmiechnął się. Odwzajemniła uśmiech i podeszła do biurka.

– Ekaterina Koneszowa. – Podała mu rękę. – Pan przyjechał do nas z Niemiec? – Spojrzała na koleżankę. – Radzisz sobie?

– Tak, tak. Wszystko w porządku. Rozmawiamy. – Ręce urzędniczki szybko zakryły zdjęcie, co Gerhard zauważył.

– Pomyślałam, że potrzebujesz pomocy – zwróciła się do niej Ekaterina Koneszowa i przywołała ręką człowieka w mundurze, który stał już w drzwiach.

Ciemnowłosa uśmiechnęła się, skinęła Gerhardowi na do widzenia i wyszła. Urzędniczka także. Tymczasem mundurowy zbliżył się, wymamrotał jakieś nazwisko, stopień i podał Gerhardowi rękę.

– Co my tu mamy? – powiedział po angielsku i zagłębił wzrok w zdjęciu, po czym sięgnął po leżące przed Gerhardem na biurku dokumenty i zaczął je przeglądać.

Wysłuchał uważnie historii, którą Gerhard opowiadał już po raz drugi tego dnia. Tym razem znacznie lepiej mu szło, właśnie wspominał, że inżynier i że zaginął, że _holiday_…

Oficer zmarszczył czoło.

– Tutaj niczego pan nie znajdzie – odezwał się nienagannym niemieckim. – Poza tym potrzebna jest zgoda krewnych ofiary, musi być notarialnie uwierzytelniona, przetłumaczona na bułgarski i powtórnie uwierzytelniona. Tak mówi ustawa. – Rozłożył ręce.

– Mam oświadczenia.

– Ale nieuwierzytelnione w Bułgarii. Poza tym…

– Gdzie mogę je uwierzytelnić? – przerwał mu Gerhard.

– Proszę pana. – Wojskowy usiadł na biurku, przy którym siedział Gerhard. – Będę z panem szczery. Nawet jeśli przyniesie mi tu pan górę zaświadczeń, będzie pan mógł zajrzeć zaledwie do dwóch kartonów. To wszystko, co mamy. Ale od razu mówię, nie znajdzie pan tam dokumentów, których szuka.

– Gdzie je więc znajdę?

– Tam, gdzie ani pan, ani ja nie mamy wstępu. W archiwach Ministerstwa Obrony, w tajnych dokumentach służb wojskowych.

Gerhard udał zdumienie.

– A swoją drogą, skąd przyszło panu do głowy, że to właśnie jest Boszewski? – spytał mundurowy, przyglądając się Gerhardowi z wytężoną uwagą.

– A skąd pan wie, że są jakieś tajne dokumenty dotyczące właśnie Boszewskiego? – odpowiedział pytaniem Gerhard.

– Większość informacji dotyczących zabitych podczas ucieczki znajduje się właśnie tam. My tu nic nie mamy. – Mundurowy się uśmiechnął, pokazując zaskakująco białe zęby. – W naszym archiwum nie ma żadnych danych o tym człowieku – powtórzył z naciskiem.

– To ciekawe – zauważył Gerhard. – Czyli potwierdza pan, że ofiara na zdjęciu to osoba zabita podczas ucieczki?

– Przypuszczam, domyślam się, nie wiem. Sam pan zresztą o tym mówił.

– Nic takiego nie mówiłem…

– Pozwoli pan zatem, że zatrzymamy zdjęcie, aby to wykluczyć lub potwierdzić? – I uprzedzając dalsze pytania, wstał i podał Gerhardowi rękę. – Odezwiemy się listownie. Przykro mi. Niepotrzebnie się pan do nas fatygował.

– Wolałbym zachować to zdjęcie – odparł Gerhard.

– Proszę mi zaufać – oficer ściszył głos.

Po tym dziwnym oświadczeniu Gerhard chciał jeszcze coś powiedzieć, ale oficer odwrócił się od niego i ruszył do wyjścia. W drzwiach zatrzymał się, podszedł znów do Gerharda i przybierając obojętny wyraz twarzy, zapytał jakby mimochodem:

– Skąd ma pan to zdjęcie?

– Znalazłem – powiedział Gerhard.

Gerhard leżał w hotelowym łóżku; czuł nieostre objawy choroby wieńcowej. Nie lekceważył jej i po raz pierwszy od lat myślał, że powinien bardziej o siebie zadbać. Przez chwilę zastanawiał się, czy wziął tabletki. Wziął, zawsze brał, wszystko jak zawsze. A jednak przyspieszone bicie serca i objawy podwyższonego ciśnienia zaniepokoiły go. Starał się oddychać spokojnie i myśleć o rzeczach przyjemnych. Po kwadransie jednak wstał i wyciągnął z saszetki tabletkę, którą zażywał bardzo rzadko, tylko w sytuacjach wyjątkowych. Ostatni raz wziął ją tydzień temu. W dniu, w którym Kryschtyna bez słowa wyszła z domu.

Tabletka zadziałała bardzo szybko. Sam nie wiedział, kiedy zasnął. Obudził się po godzinie, spocony, z przykrym uczuciem niepokoju.

Gerhard, z wykształcenia fotograf i politolog, z zawodu fotoreporter, nigdy nie lekceważył przeczuć, wszystkich tych negatywnych lub pozytywnych sygnałów, pojawiających się niezależnie od tego, czy miał ochotę wykonywać dane zlecenie, czy nie. Jeśli intuicja mówiła mu „nie”, nawet w ostatniej chwili potrafił się wycofać z projektu i nikt i nic nie było w stanie przekonać go do zmiany decyzji. W rezultacie często wycofywał się z zadań trudnych i z czasem stał się specjalistą od spraw bieżących i niepozornych.

Najprawdopodobniej dlatego jego wystawy chętnie otwierali prezydenci i ambasadorowie preferujący sztukę daleką od polityki i ciemnych kart historii. I pewnie dlatego Dagmara i Kryschtyna uznawały je za nudne. Dagmara głośno i otwarcie, a Kryschtyna po swojemu, nic nie mówiąc. Dagmara zarzucała mu nawet, że jest fotografem, który ciekawie opowiada o niczym.

Dagmara jest zbyt młoda, zbyt… Jaka jest Dagmara? Dagmara jest jak jej matka, Kryschia, idealistka. Westchnął. Oderwał myśli od Kryschtyny.

Odeszła, nie ma jej.

Nie będzie teraz o tym myślał.

Nie rozumiała go.

Sam siebie nie rozumiał.

Po co tu przyjechał? Od miesiąca ani on, ani Seidel nie mieli już wątpliwości, że Boszewski zginął na bułgarskiej granicy. Po ostatnim spotkaniu, w którym uczestniczył także Frank, Gerhard postanowił jednak sprawdzić to osobiście. Choć wszystko wydawało się jasne. Akt zgonu, wyniki sekcji zwłok, zdjęcia. Kilkustronicowy dokument w języku bułgarskim. Wydano go w Sofii i opatrzono tym samym numerem, który widniał na odwrocie zdjęcia, tego samego, które dostarczył im Frank i które Gerhard rano pokazywał w urzędzie, i które zatrzymał oficer. Gerhard nie potrzebował potwierdzenia, że na tym zdjęciu jest Boszewski – a jednak dziś w urzędzie otrzymał je. Na szczęście w domu miał jeszcze dwa zdjęcia. Niesłychane, jak w tym kraju załatwia się sprawy. Seidel miał we wszystkim rację, kiedy go ostrzegał.

Po co więc tu przyjechał?

Dopiero teraz otwarcie przyznał przed samym sobą, że wyjeżdżając, miał dwa cele: sprawdzić, czy Frank Derbach mówił prawdę, i odsunąć w czasie rozmowę z Dagmarą.

Teraz nie było już nic do zrobienia. Musi napisać do Dagmary. Winien to jest Kryschtynie. Nie powinien zrzucać na nią ciężaru rozmowy z córką. Wyciągnął z kieszeni telefon. Nałożył okulary. Znów dzwonił Frank Derbach. Co za uparciuch. Widocznie bardzo mu zależy.

Wyjął niewielki zeszyt. Zaczął pisać, skreślił i znów zaczął. Zaczerpnął powietrza jak przed startem w długim biegu, po czym napisał drukowanymi literami: _do wiadomości Dagmary._ Skreślił, podarł kartkę i spróbował jeszcze raz:

_Droga Daguschiu!_

_Przez wszystkie te lata nie miałem odwagi powiedzieć Ci, że znałem Twojego ojca, jeszcze zanim poznałem Twoją mamę. Nigdy nie nadarzyła się ku temu właściwa okazja. Nieraz próbowałem Ci o wszystkim powiedzieć, ale zawsze coś działało na przekór. Chyba strach. Bałem się do tego przyznać. Każdy moment wydawał mi się nieodpowiedni. Im więcej czasu mijało, tym było trudniej._

_Jest mi niewypowiedzianie przykro, że dowiadujesz się o tym po latach i do tego listownie, ale w tej chwili nie mogę nawet zadzwonić. Uwierz mi, wolałbym Ci o tym wszystkim opowiedzieć osobiście. Nie wiem, jak sprawy potoczą się dalej i kiedy się zobaczymy. Nic się nie denerwuj. Wytłumaczę Ci wszystko dokładnie po powrocie._

_Pamiętasz, ostatnio kręciłem film o teatrze dla dzieci. Założycielem tego teatrzyku jest Burkhard Seidel, stary człowiek, który połowę życia poświęcił kukiełkom, a kiedy przeszedł na emeryturę, zajął się kompletowaniem pewnego archiwum. Mnie nie interesowały jego kukiełki, tylko właśnie to archiwum. Zaprzyjaźniłem się z nim, film o kukiełkach powstawał pół roku, bo wciąż rozmawialiśmy o czymś innym. Opowiedział mi historię swoich synów, zastrzelonych podczas próby ucieczki przez granicę bułgarsko-grecką. Nigdy nie poznał dokładnych okoliczności śmierci synów, choć niejednokrotnie jeździł z małżonką do Bułgarii, poruszył ówczesne niebo i ziemię, narażając się reżimowi i wiele ryzykując. Przez wiele lat zebrał spore archiwum dokumentujące wydarzenia na granicy bułgarsko-greckiej i bułgarsko-tureckiej. Pokazywał mi to wszystko. W jego materiałach natrafiłem na ślad Twojego ojca. W rezultacie mojego, nazwijmy to, prywatnego śledztwa uzyskałem wstrząsające informacje._

_Jedno mogę z całą stanowczością stwierdzić już teraz, otóż rozwikłałem zagadkę zaginięcia Twojego ojca. Wiem, że to sporo szokujących informacji naraz, ale musisz się o tym dowiedzieć._

_Daguschiu, ciężko mi o tym pisać: Twój ojciec, mąż Twojej mamy, mój przyjaciel, został podstępnie zwabiony na granicę i tam zabity._

Był to bezsprzecznie najstraszliwszy list, jaki kiedykolwiek napisał.

Poczuł pod powiekami łzy bezsilności i wstydu. Wstydu z powodu ukrywania przez tyle lat prawdy.

Prawda, że nie mógł do Dagmary zadzwonić, ale prawdą jest również, że gdyby mógł, nie uczyniłby tego, nie miał siły. Odebrała mu je rozmowa z Kryschtyną. Odważył się, powiedział jej, że zanim poznał ją, znał jej pierwszego męża, że…

Powiedział Kryschtynie prawie wszystko.

Na co liczył po latach?

Na zrozumienie?

Patrząc potem na zgarbione plecy Kryschtyny, kiedy szła powoli do drzwi, zrozumiał, że popełnił w życiu dwa straszne błędy. Pierwszy – gdy nie powiedział prawdy, i drugi teraz, kiedy ją wreszcie powiedział. Jakby jakieś tektoniczne przesunięcie przeniosło ówczesnego Gerharda w miejsce tego dzisiejszego, złośliwie podmieniając zdania, czas i jego starego na młodego, młodego na starego. Był głupcem. Głupiec brzmi lepiej niż tchórz.

Czas kończyć.

Przez chwilę zastanawiał się, jakich użyć słów, żeby Dagmarę uspokoić, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Spojrzał na zegarek. Było już po drugiej. Spóźni się na spotkanie z Frankiem Derbachem.

Frank mieszkał i pracował w Berlinie, ostatnio wziął jednak długi bezpłatny urlop i od tygodnia przebywał w Sofii. Przebąkiwał nawet, że zamierza zwolnić się z pracy, bo wszystko, co miał w niej do załatwienia, już załatwił. To był cały Frank, dwadzieścia lat przepracował w Urzędzie do spraw Materiałów Stasi i traktował to jak sprawę do załatwienia. Wciąż miał pełno spraw. Gerhard znał go już długo i często odnosił wrażenie, że Frank ma jeszcze kilka innych istnień, jakby było jeszcze parę innych jego wcieleń, ale wolał o tym teraz nie myśleć. Niemniej jednak w życiu Franka Derbacha musiało się aktualnie dziać coś dziwnego i nad wyraz ważnego, bo przestał nawet pić. Przeprowadzał „własne śledztwo”, jak to nazywał, i podobno przy okazji natknął się na materiały, które jak twierdził, mogłyby się przydać także Gerhardowi, ale Gerhard nie potrzebował już niczego. Wszystko miał. Zamierzał spotkać się z Frankiem głównie dlatego, że namawiał go do tego Seidel, którego cenił i szanował.

Seidel uważał wyjazd Gerharda do Sofii za bezsensowny i starał się go od niego odwieść.

– Nie rozumiem, po co pan tam w ogóle jedzie – dziwił się. – Ale skoro tak, to niech się pan tam spotka z naszym Frankiem. Podobno odkrył coś niezwykłego. – Uśmiechnął się i przez chwilę zastanawiał nad właściwym doborem słów. – Wspominał, że chciałby panu coś pokazać, nie mam pojęcia, co znów wymyślił.

Gerhard spojrzał na niego z zainteresowaniem.

– Tak, tak, wiem, co pan o nim myśli – kontynuował Seidel, choć Gerhard od pewnego czasu wcale nie myślał o Franku tak, jak mógłby to przypuszczać jego rozmówca. – To wariat i jak każdy wariat niecierpliwy, ale sam pan wie, jak to jest z wariatami. Zawsze jest jeden procent niepewności, że nimi nie są.

Stary dobry Seidel był cierpliwym człowiekiem, wierzył w ludzi bezwarunkowo, nawet w błaznów i w fanatyków, a za takiego właśnie, nieszkodliwego fanatyka, uważał Franka. Odczuwał wobec niego jakąś szczególnie życzliwą pobłażliwość, choć teorie spiskowe Franka nawet jego potrafiły czasem wyprowadzić z równowagi. Według Seidla nie ma ludzi złych. Gerhard szczerze go podziwiał za tę nadludzką wyrozumiałość, za to bezgraniczne rozumienie wszystkich i wszystkiego. W jego archiwum od ponad dwudziestu lat wisiał nad wejściem cytat, który Seidel sam wygrawerował w drewnie:

_Humanizm to nie znaczy mówić:_

_Zrobiłem to, czego żadne zwierzę by nie zrobiło,_

_to znaczy mówić:_

_Odrzuciliśmy to, czego chciało w nas zwierzę,_

_i chcemy odnaleźć człowieka wszędzie tam,_

_gdzie znaleźliśmy to,_

_co go miażdży._

_André Malraux_

– Im mniej nienawiści, tym więcej zdrowia, panie Gerhardzie – mawiał. A po chwili dodawał w zadumie: – To nie znaczy, że śmierć bliskich nie boli. Boli tak samo, tylko trochę szlachetniej. – Na jego twarzy ukazywało się coś na kształt uśmiechu. Gerhard nie potrafił się zdobyć nawet na sztuczny grymas.

Zamknął drzwi.

Były cienkie, słyszał, jak dzwoni telefon, pewnie ktoś z recepcji. Wciąż chcą mu tu sprzątać pokój. Mimo że był spóźniony, postanowił pójść okrężną drogą. Przeszedł przez niewielki bazar, gdzie handlowano przyprawami i dziwnymi owocami, których jeszcze nigdy nie widział. Postanowił, że wróci tu jeszcze dzisiaj z aparatem. Przeszedł przez ulicę i niespiesznie zbliżał się do niewielkiej kawiarni na rogu. Pomimo spalin czuł wiosnę, pierwszy raz w tym roku; było bardzo ciepło.

Od lokalu dzieliło go najwyżej dwieście metrów, kiedy nagle w drzwiach dojrzał jakieś zamieszanie. W pierwszej chwili pomyślał, że to niemożliwe, ale tak, wzrok go nie mylił. Dwóch mężczyzn, trzymając Franka pod ręce, prowadziło go wprost do samochodu, który parkował na chodniku. Frank szamotał się i krzyczał, nogami ledwo dotykał ziemi. Po chwili zniknął w samochodzie, który natychmiast odjechał. Wszystko trwało nie więcej niż dziesięć sekund.

Świeciło słońce, na ulicy było głośno, tłoczno, ludzie wysypywali się ze sklepów, spieszyli za swoimi sprawami. Wyglądało na to, że nikt nic nie widział, nie słyszał. Tylko Gerhard długo wpatrywał się w miejsce, gdzie przed chwilą stało czarne bmw. Nie miał pojęcia, co robić. W drodze do hotelu rozważał wszystkie możliwości. Zadzwonić na policję? Skontaktować z ambasadą? Co robić?

Kiedy wszedł do hotelu, w recepcji natychmiast poinformowano go, że ktoś zostawił dla niego przesyłkę. Gerhard był jeszcze zbyt zajęty myślami o tym, co zdarzyło się przed chwilą, i w pierwszej chwili nie zrozumiał, o co chodzi.

– Co to jest? – spytał, unosząc wzrok na wysokiego Bułgara.

– Przesyłka dla pana – powtórzył recepcjonista, obdarzając Gerharda profesjonalnym uśmiechem.

– Od kogo?

– Trudno mi powiedzieć. Ktoś przyniósł z informacją, że to dla pana.

– Kto?

– Jakiś chłopak – odparł spokojnie recepcjonista i wykonał jakiś nieokreślony gest dłonią.

Gerhard rozejrzał się po holu hotelowym. Oprócz starszego małżeństwa nie dostrzegł nikogo. Oparł się o kontuar i spojrzał recepcjoniście prosto w oczy.

– Nie spodziewam się żadnej przesyłki.

Młody człowiek wytrzymał jego wzrok. Był to barczysty, olbrzymi Bułgar o łagodnym spojrzeniu. Pracował w hotelu od dwóch lat i zamierzał zajść bardzo wysoko. Kierownictwo już trzeci raz z rzędu przyznało mu plakietkę „pracownik miesiąca”, niestety, nie wiązało się to z żadną gratyfikacją finansową. Nie przeszkadzało to jednak w niczym „pracownikowi miesiąca” Radostinowi Petrowowi, który celebrował każdy dzień swojej pracy, ani przez chwilę nie marząc o żadnej innej. Dziecko chłopa ze skalistych gór nie myśli o banialukach, kiedy uśmiecha się do niego szczęście. Swoją przyszłość Radostin wiązał z pracą w hotelu, kilka lat temu skończył szkołę hotelarską, co kosztowało rodzinę majątek, przed tygodniem wrócił ze szkolenia w Dubaju, które organizowała renomowana sieć hotelowa. Jego życie układało się według boskiego planu, czegóż chcieć więcej.

Uśmiechnął się uspokajająco do gościa i zapytał:

– Rozumiem pana, czy życzy pan sobie, abyśmy się tym zajęli?

Gerhard spojrzał na niego nieprzytomnym wzrokiem.

– Nie, nie. Dziękuję. Kiedy to było?

– Przed godziną. Dzwoniliśmy do pana kilka razy.

– Proszę przebukować mój bilet powrotny na dzisiaj.

– Oczywiście. Zaraz się tym zajmiemy.

– Najlepiej na najbliższy lot – dodał Gerhard zaniepokojony faktem, że drży mu głos.

– Zrobimy, co w naszej mocy.

Ledwo przekroczył próg pokoju, recepcjonista zadzwonił z informacją, że bardzo mu przykro, ale na dzisiejszy lot nie ma już ani jednego wolnego miejsca. Może być jutro z samego rana. Czy panu to odpowiada? Czy przebukować bilet? Gerhard odparł, że nie ma takiej potrzeby, bo właśnie ten lot ma wykupiony. Podziękował i odłożył słuchawkę.

Chodził po pokoju jak tygrys w klatce i patrzył na dużą szarą kopertę.

Siadał.

Znów wstawał.

Znów chodził.

Po godzinie ją otworzył. Natychmiast rozpoznał pismo Franka i szybko zgniótł kartkę. Przez chwilę rozważał, czy zadzwonić do Seidla, czy lepiej do przyjaciela, wysokiego rangą urzędnika policyjnego z Berlina, ale przewidywał ich reakcję. Przyjaciel nic mu tu nie pomoże, a Seidel niepotrzebnie się zdenerwuje.

Położył się na łóżku i czekał. Czas mijał. Nic podejrzanego się nie działo. Wyciągnął z kieszeni pogniecioną kartkę, wygładził i przeczytał jeszcze raz:

_Nikt nie wie, że ci to przesyłam. Jestem śledzony. Nie przychodź na spotkanie. Resztę przeczytaj, dopiero jak zrobisz odbitki z kliszy i ułożysz według instrukcji._

W kopercie rzeczywiście znajdowała się klisza, przy niej jakieś chyba wskazówki na kartce, mała biała koperta i lekko pożółkły skoroszyt. Szósty zmysł podpowiadał mu, że to, przed czym uciekał przez całe życie, właśnie go dopadło. Bezgraniczny strach czaił się w każdym kącie, chyba zatem najwyższy czas, aby się z nim zmierzyć.

Taksówka zawiozła go do centrum handlowego. W dużym sklepie, w którym dominowała czerwień i który na całym świecie wygląda tak samo, nabył telefon komórkowy na kartę i papier fotograficzny. W drogerii kupił środki czystości, nożyczki, sznurek i gumowe rękawiczki. Piętro niżej w aptece zdziwionej aptekarce napisał na kartce: Na2S2O3.

Wytrzeszczyła oczy.

– Ile pan tego chce? – spytała po angielsku.

– Trzy kilo – zażartował.

Na koniec kupił jeszcze dwie sałatki w plastikowych miskach. Jedną zjadł, drugą wyrzucił. W hotelu wymył dokładnie miski po sałatkach i natychmiast przystąpił do pracy. Do jednej wlał roztwór tiosiarczanu sodu, do drugiej wodę.

Przymknął drzwi do łazienki i zgasił światło. Dobrych kilka godzin zajęło mu wywołanie i utrwalanie zdjęć, a potem suszenie ich na sznurku. W sumie pięćdziesiąt zdjęć. Niewyraźne, zamazane. Oglądał je dokładnie, czując rosnące zniechęcenie.

Co to ma być?

Przystąpił do ostatniej fazy: zachowując kolejność według numerów podanych przez Franka w instrukcji, ułożył zdjęcia w pięciu pionowych kolumnach bardzo blisko siebie. Po godzinie bolał go kark i oczy.

Zdjęcia jeszcze schły.

Patrzył, patrzył i nic.

Jakieś zarysy postaci. I co z tego?

Pomyślał, że to przez panujący w pokoju półmrok. Wstał i zapalił lampkę. Na zdjęcia padła smuga światła. Początkowo nie zobaczył nic szczególnego, dopiero kiedy się oddalił i obejrzał zdjęcia z różnych stron, obraz zmroził mu krew w żyłach. Otworzył kopertę, przeczytał kilka krótkich zdań i aż ukląkł z wrażenia.

Otworzył okno.

Zgiełk milionowego miasta spotęgował mętlik w jego głowie. Czuł się jak rozbitek na otwartym morzu, który płynie na kłodzie, nie pamiętając, jak się na niej znalazł.

Jednym energicznym ruchem otworzył barek. Pił duszkiem, jak wytrawny pijak, którym nigdy nie był. Nie poczuł się ani trochę lepiej. Szybkim krokiem przemierzył pokój. Ledwo zdążył do łazienki. Wypełniał ją jeszcze ostry zapach sody.

Wymiotował.

Dopiero po dłuższej chwili włożył głowę pod zimny strumień wody, wciąż mając pod powiekami obraz, który dopiero co ułożył. Wysoki mężczyzna z pistoletem w dłoni, ubrany po cywilnemu, w otoczeniu żołnierzy. U jego stóp – zmasakrowane ciało. Gerhard nie miał cienia wątpliwości, że są to zwłoki. Jakość zdjęć nie była najlepsza – wyróżniała się, jakby specjalnie wyeksponowana, twarz mężczyzny trzymającego w ręce pistolet.

Lakoniczna informacja w kopercie brzmiała:

_Z pewnością rozpoznajesz postać na zdjęciu. To Christian Schlangenberger. Ma na sumieniu wielu ludzi. Jest odpowiedzialny za śmierć Boszewskiego i innych opozycjonistów z Europy Wschodniej. Teraz otwórz skoroszyt…_

Gerhard niejednokrotnie widział Schlangenbergera na plakatach wyborczych i w programach telewizyjnych. Nie było chyba nikogo w Niemczech, kto by go nie znał. Christian Schlangenberger od lat należał do elity politycznej zjednoczonych Niemiec.

Gerhard usiadł na muszli klozetowej. Wytarł łysą głowę ręcznikiem i rozejrzał się bezradnie.

I co teraz? Ostatni raz czuł się tak w 1968 roku. Uczestniczył wtedy mimowolnie w studenckich zamieszkach. Unikał chaosu, problemów i zgromadzeń. Był jednak fotografem. Ówczesny Gerhard to Gerhard młody, świeżo upieczony fotoreporter z prasy Springera z frontu antystudenckiego, anty 68 , antywszystkiemu, co burzy święty spokój. Niestety, była demo, zatem i on musiał na demo. Zanim się obejrzał, dostał pałą od buraka w burej kurtce. Rozcięta brew, rozerwany sweter, a przecież bronił tylko swego aparatu. Nikt mu nie będzie niszczył aparatu! Złudzenia szybko poszły się jebać, jak mówił jego przyjaciel – student, potem wróg, potem znów kolega – w siną dal zatem poszły złudzenia, do wyboru zostało: skierować aparat na bitych studentów lub bijących buraków bądź tuż obok, na studenta w fontannie krwi i liczne twarze jego oprawców, otaczających go ścisłym kordonem. Po co? Nikt nie wiedział. Wtedy po raz pierwszy zdał się na swój zawodowy instynkt, nie myślał, po prostu robił, co zawsze chciał robić. Następnego dnia w całym kraju można było oglądać zdjęcia z tego zdarzenia, w gazetach Springera gdzieś na samym końcu rozkładówki, u nie-Springera na czołówce. Ten student akurat przeżył, zginął inny. Długa to historia i zawiła, nowy rozdział Niemiec. Dla samego Gerharda fotoreportera demo pozostałaby bez większego znaczenia, gdyby nie fakt, że to on wykonał właśnie TO słynne zdjęcie. Wiele lat później „Spiegel” wpisał Gerharda, fotoreportera, na listę „Najodważniejsi, rok 68”. Gerhard znał odważniejszych, ale prezent od losu przyjął. „Lis” – mówiono o Gerhardzie – „fotograf lis”, „przemytnik ulicznych faktów”.

– Idź się jebać – podsumował to przyjaciel student, dziś policjant na wysokim stanowisku, jak dotąd bez nagród, od czasu zajść w 68 roku kulejący lekko na prawą nogę.

Tyle zdjęć Gerhard później zrobi, tyle się napracuje, ale odznaczenie od szóstego z rzędu prezydenta Bundesrepublik Deutschland, Richarda Karla Freiherra von Weizsäckera, przyjmie znów za tamte zdjęcia i za odwagę w 68 roku. Stał, co prawda, Gerhard na baczność z miną poważną, kiedy mu prezydent odznaczenie wpinał, ale kiedy dziś to wspomina, minę ma nietęgą. Jakoś nie do końca czuł przekonanie, że na nie zasłużył.

Gerhard, lis i bohater, po godzinie zdecydował się zrobić to, co potrafił najlepiej. Wyjął z torby aparat i zaczął tworzyć dokładne kopie wszystkich części układanki.

Skończywszy, wziął skoroszyt z wyblakłym napisem „Boszewski” i zaczął czytać. Obaj z Seidlem słyszeli już wiele od Franka, ale nie za bardzo w to, co im mówił, wierzyli.

– Boże święty! – powiedział na głos, kiedy skończył. Przez chwilę zastanawiał się, czy zmienić list do Dagmary, czy zaczynać nowy do przyjaciela z policji, czy pisać oba. Ale czas uciekał. Godzinę zajęło mu kompletowanie materiału i odpowiednie zabezpieczenie go. Usiadł przy biurku i spojrzał na zegarek.

_Bardzo proszę nikomu o tym nie mów. Jeszcze nie. Dajmy sobie wszyscy czas. Sprawa jest poważniejsza, niż zakładałem. Musimy być bardzo ostrożni!_

_Zaufaj mi i bądź rozsądna._

Strach przed rozmową z Dagmarą zniknął. Wyparły go inne sprawy. Musiał dokończyć to, co zaczął, i nie miał prawa nikogo narażać.

Po krótkim wahaniu dopisał jeszcze:

_PS_

_Wybacz mi._

Postawił kropkę, wielką jak guzik, i złożył kartkę na pół, i jeszcze raz na pół, i na pół, aż zrobiła się bardzo mała. Szybko ją wygładził. Doszedł do wniosku, że na dalsze listy nie ma już czasu.

Długo szorował środkiem czyszczącym wannę i umywalkę w łazience. Opróżnił kosz na śmieci. Wciągnął głęboko powietrze i popatrzył w lustro. Dostrzegł na nosie cienką, ledwo widoczną linię, chyba jej wczoraj nie miał. Wziął prysznic, ubrał się i skropił perfumami. Wydało mu się, że ta ostatnia czynność przybliżyła go trochę do normalności. Bo jego życie nagle zaszalało. Wyciągnął komórkę na kartę, której zamierzał użyć jeden jedyny raz.

Właśnie teraz.

Zadzwonił.

Seidel odebrał natychmiast, jakby podejrzewając, kto może się kryć pod nieznanym numerem. W kilku zdaniach opowiedział Seidlowi o porwaniu Franka, o przesyłce i o tym, kim jest człowiek na zdjęciu.

Jego rozmówca milczał. Odezwał się dopiero po dłuższej chwili. Głos miał zmieniony, ale to był Seidel.

– Jest pan pewien, że to był Frank?

– Widziałem na własne oczy!

– Musi pan natychmiast wracać!

– Mam Franka tak zostawić?

– Jemu już pan nie pomoże!

– Ale…

– Niech pan wraca! Słyszy pan?! – Seidel nigdy nie podnosił głosu. Teraz cały czas mówił podniesionym tonem. Gerhard zrozumiał, że czuł się za niego i Franka odpowiedzialny. – Jest pan pewien, że to Schlangenberger? – zapytał jeszcze na koniec.

– Najzupełniej. Jego twarz jest bardzo wyraźna.

– To by znaczyło, że Frank miał we wszystkim rację! – jęknął Seidel.

– Niech się pan skontaktuje z Tschapieskim i o wszystkim mu opowie! – powiedział szybko Gerhard.

– Z kim?

– Z Tschapieskim!

– Dobrze, dobrze, niech pan tylko wraca! – zakończył nerwowo Seidel i rozłączył się.

Gerhard wysłał Seidlowi SMS z numerem Tschapieskiego i poczuł, że na placu boju pozostał sam. Bardzo samotny.

Spakował swoje rzeczy do torby podróżnej, wszystko inne do dwóch czerwonych reklamówek. Rozejrzał się ostatni raz po pokoju i wyszedł. Była godzina dwudziesta druga, ale postanowił, że noc spędzi na lotnisku. Zjechał windą na dół do restauracji i bocznymi drzwiami wyszedł na hotelowe podwórze. Poszukał wzrokiem śmietnika i wrzucił do niego obie reklamówki. Zrezygnował z windy i wchodząc po schodach, rozejrzał się uważnie po foyer. Miał świetny widok na recepcję, hol – i jeszcze nie najgorszy wzrok. W rogu za marmurową kolumną siedziała kobieta, którą już znał. Zawrócił i wsiadł do windy ze świadomością, że czas nie jest jego sprzymierzeńcem. Wysiadł. W recepcji poprosił, aby wezwano dla niego taksówkę. Recepcjonista odparł, że jeśli zależy mu na czasie, to w uliczce obok jest postój taksówek, ale jeśli sobie życzy, to oczywiście zaraz się tym zajmie.

– Zależy mi na czasie – odparł Gerhard.

Uregulował rachunek, podpisał co trzeba, po czym uniósł głowę, spojrzał w oczy wielkiego jak góra Radostina Petrowa i niespodziewanie podał mu rękę.

Młody człowiek wyczuł w dłoni zwitek banknotów i oblał go zimny pot.

– Proszę udawać, że pan się ze mną żegna – powiedział do niego Gerhard powoli, bardzo spokojnie, z szerokim uśmiechem na twarzy, wciąż trzymając jego wielką dłoń w swojej.

– A teraz niech pan słucha! Za balustradą siedzi kobieta. Kiedy wyjdę, zapyta o mnie, proszę powiedzieć, że wychodziłem z hotelu tylko raz – rano. Dobrze? Musi pan zrobić dla mnie coś jeszcze. – Gerhard nadal potrząsał ciężką ręką recepcjonisty i wciąż mówił.

Młody człowiek, podobnie jak Gerhard, cały czas uśmiechał się przyjaźnie, szeroko. Wszystko razem trwało nie dłużej niż kilkanaście sekund, ale obu wydawało się wiecznością.

Gerhard skręcił w boczną uliczkę. Rzeczywiście postój taksówek był niedaleko, ale on szedł coraz wolniej. Dopiero teraz uświadomił sobie, że od wczoraj bolała go ręka. Torba nie była duża i na kółkach, ale mimo to bardzo mu ciążyła.

Zatrzymał się w końcu, rozejrzał lekko zaniepokojony, i wyciągnął bułgarską komórkę, której zamierzał użyć tylko raz, ale teraz musiał skontaktować się z kimś jeszcze. Szybko wystukał znany na pamięć numer. Od kilku godzin powtarzał go w myślach jak mantrę.

– Tschapieski! – odezwał się niemal natychmiast baryton w słuchawce.

– To ja! – wyrzucił szybko Gerhard, czując coraz większą duszność.

– Czemu dzwonisz na ten numer? Wiesz przecież, że to…

– Mam problemy, Waldemar – przerwał mu Gerhard i przyspieszył kroku, bo wydało mu się, że ktoś za nim idzie.

Na dworze było coraz bardziej gorąco, przynajmniej takie miał wrażenie. Nagle wyminęli go jacyś młodzi ludzie, roześmiani, szczęśliwi. Zastanowił się, jaki to dzień dzisiaj, chyba piątek. Weszli do hotelowej restauracji. Dochodziła z niej muzyka, rozpoznał _Kołysankę Rosemary_. Odetchnął z ulgą i zwolnił, ale po chwili znów usłyszał za sobą miarowe kroki.

– Nie rozumiem cię, mów głośniej! – niecierpliwił się głos po drugiej stronie.

– Kłopoty mam – wycharczał Gerhard do słuchawki. – Kłopoty!

– Co ty mówisz? Gdzie jesteś? – dobiegł ze słuchawki pełen niepokoju głos.

– Jestem w Bu, je… jestem w Buł… – Gerhard czuł się coraz słabiej, nagle poczuł przeszywający ból w piersiach, zrobił jeszcze parę kroków, szarpnął mocno za krawat. – Skontaktuj się… skontaktuj się z Seidlem!

Upadł.

Ze słuchawki dochodził zaniepokojony głos.

– Z kim?! Co ty mówisz?!

– Z Seidlem! – wykrztusił.

– Gerhard! Gerhard!

Słyszał Tschapieskiego jeszcze przez chwilę… i czyjeś zbliżające się kroki. Chciał krzyknąć, ale z gardła wydobyło się tylko niewyraźne rzężenie. Wysunął rękę do przodu i ostatnim wysiłkiem pchnął telefon do studzienki. Dobiegł go cichy plusk. Nie mógł złapać oddechu, jakby płonął od wewnątrz.

Płonę – myślał rozpaczliwie.

Po chwili ktoś się nad nim pochylił i zbadał puls. Ktoś inny przeszukał jego torbę, obmacał kieszenie.

– Gdzie telefon? – zapytał człowiek w ciemnej kurtce.

– Tu, w marynarce! – odparł drugi, tak samo ubrany, i wyciągnął z niej niemiecką komórkę Gerharda. Gerhard nic już o tym nie wiedział, jego oczy patrzyły nieruchomo.

Nie żył.

Ekaterina Koneszowa chowała w torebce służbową legitymację. Recepcjonista patrzył na nią, rozważając wszystkie zasady, których uczył się na pamięć podczas szkolenia. Postanowił zastosować się do punktu numer 12 (zapewnienie maksymalnego bezpieczeństwa gościom), który błyskawicznie zaadaptował do aktualnych potrzeb.

– Otrzymał jakąś przesyłkę… – mówiła Ekaterina Koneszowa.

– Owszem. Około godziny szesnastej.

– Wychodził?

– Raz. Rano.

Kobieta przyglądała mu się uważnie.

– Chciał przebukować bilet – dodał pospiesznie.

– Przebukował?

– Nie.

– Chcę obejrzeć jego pokój.

– Oczywiście.

Radostin Petrow przywołał hotelowego boya, ale kobieta zatrzymała go wzrokiem.

– Poradzę sobie sama.

– Oczywiście – powtórzył i poprowadził ją do windy.

Nagły, niespodziewany przeciąg rozwiał jej długie włosy, miękka tkanina uwydatniła jej zgrabną sylwetkę. Wychodzący z windy mężczyzna uśmiechnął się uwodzicielsko. Nie zwróciła na niego uwagi.

Wysiadła na trzecim piętrze i szybko odnalazła pokój. Wsunęła kartę i zapaliła światło. Zwykły hotelowy nieład, pachniało perfumami. Usłyszała nadjeżdżającą karetkę i wyjrzała przez okno. Na rogu ruchliwej ulicy zbierała się grupka ludzi. Wystarczy trochę ciepła i wyłażą pod osłoną nocy jak karaluchy ze wszystkich śmierdzących szpar – pomyślała z niechęcią.

Nałożyła rękawiczki, po kolei otwierała szafy, szuflady. Na koniec zajrzała do kosza na śmieci. Niczego nie znalazła. Zadzwonił telefon. Odebrała natychmiast. Słuchała przez dłuższą chwilę w skupieniu.

– Jesteś pewien? Aparat jest?

– Jest!

– Telefon?

– Też!

Rozłączyła się i podeszła do okna. Miała dużo szczęścia, wszystko poszło zgodnie z planem, nawet lepiej. Coraz większy tłum zbierał się przed hotelem w rogu ulicy, podjeżdżała kolejna karetka. Niczego nie była w stanie stąd dojrzeć, będzie musiała dobrze to rozegrać tam na dole z policją i z pogotowiem. Opuściła pokój, miała już wszystko. A jednak zanim wyszła, podeszła jeszcze raz do recepcji.

– Jak często sprzątacie tu pokoje?

– Według życzenia gości, ale normalnie dwa razy dziennie. To pięciogwiazdkowy hotel. – W głosie recepcjonisty wyczuła dumę.

– A pokój, w którym byłam? – spytała nieco ściszonym głosem, starając się nie patrzeć w kamerę dyskretnie umieszczoną po prawej stronie.

– Musiałbym sprawdzić.

Ekaterina Koneszowa zawahała się, ale pomyślała, że to już nie jej sprawa. Zrobiła prawie wszystko, co do niej należało. Jak zawsze.

Kiedy wyszła, recepcjonista otarł krople potu z wysokiego czoła i rozejrzał się po dużym foyer. Przy hotelowym barze za wysokimi palmami tłoczyli się angielscy i niemieccy goście. Wszyscy wpatrywali się w ekran wielkiego telewizora i przekrzykiwali się wzajemnie. Sądząc po głosach, niektórzy byli już pijani. Mecz wygrywali Niemcy. Poza szalejącymi kibicami w foyer nie było nikogo.

To dobry dzień dla nas – pomyślał recepcjonista o sobie i koledze za barem. Znał niemieckich gości, kiedy byli w dobrych humorach, ich szczodrość nie miała granic.

Odsunął się od kamer. Dopiero kiedy zyskał pewność, że żadna z nich nie może go uchwycić, wyciągnął z kieszeni pieniądze. Wpatrywał się w nie przez dłuższą chwilę. Osiem różowo-fioletowych banknotów, piękne, szlachetne kolory. Tyle pieniędzy. Dużo pieniędzy. Dlaczego aż tyle?

Bał się.

Był młody, ale wiedział, że policyjna legitymacja Ekateriny, nazwiska, niestety, nie zapamiętał, nie znaczy nic dobrego. Bał się, ponieważ nie wiedział, jak ma postąpić, bał się tym bardziej, że był niewinny. Kto jednak jest zamieszany w cokolwiek i jest niewinny, jest winny, ponieważ jest zamieszany, tyle zdążył się nauczyć w tym kraju przez ostatnie lata. Zastanawiał się, czy nie powinien opowiedzieć o wszystkim kierownictwu hotelu. Cokolwiek by myślał, zawsze dochodził do jednego: jest niewinny, ale jest zamieszany, a więc jest winny. Nikomu nie może nic powiedzieć.

Na zewnątrz przed hotelem powstał jakiś tumult, ale młody recepcjonista nie zwracał na nic uwagi. Myślał wyłącznie o pieniądzach i o tym, jaki punkt hotelowego kodeksu złamał. A potem już tylko o tym, że pomoże siostrze sfinansować studia, okaże się odpowiedzialnym bratem, godnym Petrowem, godnym dziedzicem swego nazwiska. Najpierw jednak poradzi się ojca.

Zjechał windą na dół do restauracji i wyszedł na hotelowe podwórze. Z zaplecza hotelowej restauracji dochodziła melodia _Kołysanki Rosemary_ i słodko tęskny głos Mii Farrow.

Radostin Petrow spojrzał w głąb podwórza i na hotelowe okna. Na klapie śmietnika siedział mały wróbel i wpatrywał się w niego uważnie. Na szczęście pojemniki znajdowały się pod zadaszeniem, po którym wiło się dzikie wino, obok rosła rozłożysta akacja. Nic nie miało rozpraszać uwagi pięciogwiazdkowych gości, gorszyć widokiem, zniechęcać zapachem. Chwycił jakiś worek, który stał przy drzwiach, i ruszył do śmietnika, będzie wyglądało, jakby wyrzucał śmieci. Otworzył śmierdzącą klapę, zaskrzypiała. Śmieszna i dziwna, taka czarna, pięciogwiazdkowa klapa, bardziej cuchnąca niż ta najstarsza na wsi u ojca, i on śmieszny, że po śmietnikach grzebie. Śmietnik stary, hotel nowy, a on jak śmieciarz. Takie czasy, czasy jak zawsze. Wyciągnął z wnętrza dwie czerwone reklamówki i zajrzał do środka.

Głos Mii Farrow nie milkł, jakby się zacięła płyta, od ulicy dochodził sygnał karetek i policji. Olbrzymi mężczyzna nic nie słyszał. Otrzymał zadanie, za jego wykonanie sfinansuje siostrze studia. Tyle już wiedział, ojca nie będzie się radził. Klient mówił, że musi się spieszyć, będzie się więc spieszył.

Kiedy wychodził z hotelu, banknoty w kieszeni już dawno przestały parzyć. Uśmiechał się chytrze. Wróżka wywróżyła mu, że zrobi niebawem niezły interes, i to nie jeden.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij