Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Małżeństwo. Instrukcji brak. - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
2 września 2026
24,99
2499 pkt
punktów Virtualo

Małżeństwo. Instrukcji brak. - ebook

Małżeństwo po dwudziestu latach? Miłość nadal jest. Namiętność też. Tylko pomiędzy nimi są jeszcze dzieci, pranie, niedziałający internet, wieczna redukcja Marka i pytanie Zosi: „Ale ty mnie jeszcze kochasz?”. Anka i Marek kochają się, kłócą, dogryzają sobie i wychowują dwoje dzieci, które zdecydowanie słyszą więcej, niż powinny. On podziwia „seksowne bułeczki” żony, ona odsyła go ze wszystkimi dolegliwościami do lekarza na Kalinowej, a rodzinne spory często kończą się jednym argumentem: „Bo ja tak mówię”. „Małżeństwo. Instrukcji brak” to ciepła, bezczelna i bardzo życiowa komedia o rodzinie, w której nie wszystko działa idealnie. Ale działa. Bo na małżeństwo instrukcji nie ma. A nawet gdyby była, Marek i tak by jej nie przeczytał.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Komiks i Humor
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 1,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

INSTRUKCJI BRAK

Marek obudził się w sobotę o siódmej czterdzieści trzy i przez pierwszych kilka sekund nie wiedział, dlaczego.

Leżał nieruchomo, patrząc w sufit.

Budzik nie dzwonił. Nikt go nie wołał. Nic nie spadło. Nie było alarmu samochodowego, szczekającego psa ani sąsiada z wiertarką.

Cisza.

Najprawdziwsza cisza.

Marek zamknął oczy.

Sobota.

Piękne słowo.

Jedno z najpiękniejszych w języku polskim, zaraz po „urlop”, „promocja” i „dzieci nocują u dziadków”.

Odwrócił się na bok.

Anka spała.

Przynajmniej tak mu się wydawało.

Przesunął się odrobinę bliżej i położył jej rękę na biodrze.

— Nie.

Marek znieruchomiał.

— Przecież śpisz.

— Spałam.

— Nic nie zrobiłem.

— Właśnie zrobiłeś.

— Położyłem rękę na własnej żonie.

— O siódmej czterdzieści trzy.

Marek spojrzał na zegarek.

— Skąd wiesz, która jest?

— Bo pięć minut temu sprawdzałam.

— Czyli nie spałaś.

— Spałam.

— Jak można sprawdzić godzinę, śpiąc?

Anka nie otworzyła oczu.

— Można. Jak się ma dzieci.

To był argument trudny do podważenia.

Marek zabrał rękę.

— Dobra.

— Dziękuję.

— Nie ma za co.

— Wiem.

Odwrócił się na plecy.

Minęło może dziesięć sekund.

— Ale wieczorem?

Anka otworzyła jedno oko.

— Marek.

— Pytam organizacyjnie.

— Jest siódma rano.

— Dlatego pytam wcześniej. Żebyś potem nie mówiła, że niczego z tobą nie planuję.

Anka patrzyła na niego przez chwilę.

— Idź zrobić kawę.

— To jest „tak”?

— To jest „idź zrobić kawę”.

— Czyli negocjacje trwają.

— Marek…

— Już idę.

Wstał.

W wieku dwudziestu lat człowiek wyskakiwał z łóżka.

W wieku czterdziestu siedmiu najpierw siadał.

Potem chwilę siedział.

Następnie wykonywał bliżej nieokreślony ruch barkami, sprawdzając, czy wszystko znajduje się tam, gdzie znajdowało się wczoraj.

Dopiero później wstawał.

Marek właśnie znajdował się na etapie drugim, kiedy poczuł ukłucie w plecach.

— O.

Anka westchnęła.

— Co?

— Nic.

— To czemu jęczysz?

— Nie jęczę. Coś mnie złapało.

— Gdzie?

— W plecach.

— Idź do swojego lekarza rodzinnego na Kalinowej.

Marek odwrócił głowę.

— Ty jesteś lekarzem rodzinnym.

— Nie twoim.

— Ale możesz zobaczyć.

— Mogę też dalej spać.

— Tylko dotknij.

— Marek, jest sobota.

— Choroby nie mają weekendów.

— Kalinowa ma dyżur.

— Jesteś bez serca.

— Kardiolog jest na Mickiewicza.

Marek popatrzył na żonę.

— Bardzo śmieszne.

— Dziękuję.

— To nie był komplement.

— Tym bardziej dziękuję.

Poszedł do kuchni.

Mieszkanie nadal było podejrzanie ciche.

Kuba spał, co akurat nie było niczym niezwykłym. Szesnastoletni organizm Kuby miał własną strefę czasową. W dni szkolne budzik o siódmej rano był dla niego zbrodnią przeciwko ludzkości, natomiast w soboty godzina jedenasta trzydzieści stanowiła, jego zdaniem, rozsądny początek dnia.

Zosia również jeszcze nie dawała oznak życia.

To było dziwniejsze.

Dziewięcioletnia Zosia posiadała bowiem dwie podstawowe prędkości: szybko i jeszcze szybciej.

Marek wszedł do kuchni i włączył ekspres.

To był jego moment.

Kawa.

Cisza.

Sobota.

Nikt niczego od niego nie chciał.

Nikt nie pytał, gdzie są skarpetki, chociaż znajdowały się dokładnie tam, gdzie zawsze. Nikt nie potrzebował hasła do Wi-Fi. Nikt nie przypominał, że trzeba kupić mleko. Nikt nie informował go o projekcie szkolnym, który trzeba zrobić „na poniedziałek”, choć o jego istnieniu dziecko wiedziało od trzech tygodni.

Ekspres zaczął mielić ziarna.

Marek uśmiechnął się.

— Tato?

Zamknął oczy.

Oczywiście.

Odwrócił się.

W drzwiach stała Zosia. Rozczochrana, w piżamie, z jednym rękawem podciągniętym do łokcia.

— Co ty już robisz?

— Wstałam.

— Widzę. Pytam dlaczego.

— Nie chciało mi się spać.

— Jest ósma rano.

— No.

Dla Zosi najwyraźniej wyjaśniało to wszystko.

Podeszła do niego.

— Co robisz?

— Kawę.

— Mogę?

— Nie.

— Czemu?

— Bo masz dziewięć lat.

— I?

— I dzieci nie piją kawy.

— Julka piła.

— Julka ma dziewięć lat.

— No właśnie.

— To nie jest argument za kawą, tylko przeciwko rodzicom Julki.

Zosia zastanowiła się.

— Mogę piankę?

— Jaką piankę?

— Z mleka.

— Zosia, ja chcę tylko wypić kawę.

— To pij.

— Próbuję.

— Ja ci nie zabraniam.

Marek popatrzył na córkę.

Miała dziewięć lat, metr trzydzieści kilka wzrostu i niezwykły talent do prowadzenia rozmów, po których człowiek zaczynał się zastanawiać, czy przypadkiem sam nie jest idiotą.

— Dobra. Zrobię ci piankę.

— Kocham cię.

— Pięć sekund temu też mnie kochałaś?

— Tak.

— A gdybym nie zrobił pianki?

Zosia zastanowiła się chwilę.

— Też.

— Dziękuję.

— Tylko trochę mniej.

— Wiedziałem.

Z sypialni dobiegł głos Anki:

— Zosia!

— Co?!

— Nie drzyj się!

— DOBRZE!

Marek oparł dłonie o blat.

— To będzie piękny dzień.

Zosia wdrapała się na krzesło.

— Co będziemy dzisiaj robić?

To było pytanie, którego Marek się obawiał.

— Nic.

— Jak to nic?

— Normalnie. Nic. Jest sobota.

— Ale trzeba coś robić.

— Nie trzeba. Na tym polega sobota.

— Możemy pojechać na rowery.

— Możemy.

— Albo do kina.

— Możemy.

— Albo na basen.

— Możemy.

— To gdzie jedziemy?

— Nigdzie.

— Przecież powiedziałeś, że możemy.

— Teoretycznie.

— Co to znaczy teoretycznie?

— Że wszystkie te rzeczy są możliwe, ale niekoniecznie dzisiaj.

Zosia zmarszczyła brwi.

— Ty nie chcesz nigdzie jechać.

— Zaczynasz rozumieć.

Do kuchni weszła Anka.

Miała na sobie szlafrok i minę człowieka, który jeszcze nie zdecydował, czy świat zasługuje dziś na jego obecność.

— Zrobiłeś mi?

Marek spojrzał na ekspres.

Potem na swoją kawę.

Potem na żonę.

— Co?

— Kawę.

— Nie mówiłaś.

— Powiedziałam: „idź zrobić kawę”.

— To nie jest to samo co „zrób mi kawę”.

Anka otworzyła szafkę i wyjęła kubek.

— Jesteśmy małżeństwem osiemnaście lat.

— No.

— Naprawdę za każdym razem muszę ci tłumaczyć wszystko od początku?

— Lubię jasne komunikaty.

— Dobrze. Zrób mi kawę.

— Teraz rozumiem.

— Cieszę się.

— Z mlekiem?

Anka spojrzała na niego.

— Spierdalaj.

— Widzisz? I to jest jasny komunikat.

Zosia zachichotała.

— Mama powiedziała brzydkie słowo.

— Mama jest dorosła — powiedziała Anka.

— Tata też jest dorosły, a mówisz mu, żeby nie przeklinał.

— Bo tata nie zna umiaru.

Marek postawił jej kubek pod ekspresem.

— Tata jest ofiarą podwójnych standardów.

— Tata jest ofiarą własnego języka.

— Mogę powiedzieć „spierdalaj”? — zapytała Zosia.

— Nie — odpowiedzieli jednocześnie.

— A kiedy będę mogła?

— Jak będziesz miała osiemnaście lat — powiedział Marek.

Anka spojrzała na niego.

— Co?

— Co?

— Czyli w osiemnaste urodziny dajemy jej tort i pozwolenie na „spierdalaj”?

— Nie wiem. Nie przemyślałem regulaminu.

— To może nie ustanawiaj zasad.

— Dobra.

Zosia przyglądała im się z zainteresowaniem.

— A Kuba może?

— Nie — powiedziała Anka.

Z korytarza dobiegł zachrypnięty głos:

— Co ja mogę?

Cała trójka spojrzała w stronę drzwi.

Stał tam Kuba.

Włosy miał ułożone w sposób, którego nie byłby w stanie osiągnąć żaden fryzjer. T-shirt był pognieciony. Oczy ledwo otwarte.

Marek spojrzał na zegarek.

— Ósma siedemnaście.

Kuba zmrużył oczy.

— No?

— Ty żyjesz?

— Chyba.

— Co robisz o tej porze?

— Obudziliście mnie.

— My?

— Darliście się.

Anka wskazała Zosię.

— Ona.

Zosia natychmiast:

— Tata robił piankę.

Kuba patrzył na nich przez chwilę, jakby próbował zrozumieć, dlaczego informacja o piance wymagała jego obecności w świecie żywych.

— Mogę wrócić spać?

— Możesz — powiedział Marek.

— Nie możesz — powiedziała Anka.

Kuba zatrzymał się w półobrocie.

— To ustalcie i przyjdźcie do mnie z decyzją.

Ruszył do pokoju.

— Kuba — powiedziała Anka.

Stanął.

— Co?

— Jest ósma.

— Wiem.

— Może już nie śpij.

Kuba spojrzał na matkę z autentycznym zdumieniem.

— Dlaczego?

Anka przez chwilę nie odpowiedziała.

Marek upił łyk kawy.

To było dobre pytanie.

— Bo jest dzień — powiedziała w końcu.

— Ale sobota.

— I?

— Właśnie.

Marek skinął głową.

— Ma argument.

— Ty się nie wtrącaj.

— Ja tylko obiektywnie…

— Marek.

— Dobra.

Kuba zniknął w swoim pokoju.

Po chwili trzasnęły drzwi.

Anka popatrzyła na męża.

— Ty mu na wszystko pozwalasz.

— Przecież jest ósma rano.

— Za dwie godziny będzie dziesiąta.

— To dość częsta właściwość czasu.

Anka zmrużyła oczy.

— Chcesz dzisiaj przeżyć?

— Bardzo.

— To pij kawę.

Marek posłusznie napił się kawy.

Zosia siedziała na krześle i obserwowała ich oboje.

Nagle zsunęła się na podłogę, podeszła do Anki i przytuliła się do niej.

— Mamo?

— Mhm?

Zosia spojrzała w górę.

Wielkie oczy. Lekko wysunięta dolna warga.

Marek znał tę minę.

Anka też.

To była broń.

— Ale ty mnie jeszcze kochasz?

Anka spojrzała na córkę.

— Co zrobiłaś?

— Nic.

— Zosia.

— Naprawdę nic.

— To dlaczego pytasz?

— Bo chcę wiedzieć.

— Kocham.

— Bardzo?

— Bardzo.

— Najbardziej?

— Bardzo.

— Ale najbardziej?

Marek uniósł palec.

— Uważaj. Jest nas jeszcze trzech.

Zosia spojrzała na niego.

— Ciebie też kocham.

— Dziękuję za łaskę.

— A ty mnie?

— Nie wiem.

Oczy zrobiły się jeszcze większe.

Marek wytrzymał trzy sekundy.

— No dobra, kocham.

Zosia natychmiast się uśmiechnęła.

— To mogę dzisiaj spać u Julki?

Marek powoli odstawił kubek.

— A więc jednak.

— Co?

— Nic. Podziwiam warsztat.

Anka parsknęła śmiechem.

— Uczy się.

— Od kogo?

Anka napiła się kawy.

— Nie wiem.

Marek spojrzał na nią.

— Ty mnie też czasem pytasz, czy cię kocham, zanim powiesz, ile kosztowały buty.

— Przypadek.

— Oczywiście.

— Mogę? — przypomniała Zosia.

— Zapytamy mamę Julki.

— Teraz?

— Jest ósma dwadzieścia.

— No.

— Normalni ludzie śpią.

Z korytarza dobiegł głos Kuby:

— DZIĘKUJĘ!

Marek roześmiał się.

Anka pokręciła głową.

— On wszystko słyszy.

Marek zastygł na sekundę.

— Wszystko?

Anka spojrzała na niego.

— Co?

— Nic.

— Marek.

— Nic, nic.

— Co powiedziałeś rano?

— Absolutnie nic.

— Marek.

— Zrobić ci jeszcze kawę?

— Co powiedziałeś?

— Tato! — przerwała Zosia.

— Co?

— A pojedziemy dzisiaj na basen?

— Nie wiem.

— A na rowery?

— Zobaczymy.

— A do kina?

— Zosia…

— A mogę zaprosić Julkę?

— Zosia.

— A co będzie na obiad?

Marek zatrzymał się.

Spojrzał na Ankę.

Anka spojrzała na niego.

— O — powiedział. — To akurat bardzo dobre pytanie.

— Jest ósma dwadzieścia trzy — powiedziała.

— Ale trzeba zaplanować.

— Dopiero co twierdziłeś, że w sobotę niczego nie trzeba.

— Człowiek musi jeść.

— W lodówce jest jedzenie.

— Jakie?

— Różne.

— To znaczy?

— Otwórz i zobacz.

Marek otworzył lodówkę.

Patrzył przez chwilę.

— Nie ma nic.

Anka podeszła, zajrzała mu przez ramię.

— Jest pełna.

— Ale nie ma nic do jedzenia.

— Masz jajka, ser, szynkę, warzywa, jogurty…

— No właśnie.

— Co „no właśnie”?

— Składniki.

— Jedzenie składa się ze składników.

— Ja pytam o obiad.

— Jest ósma rano!

— Lubię wiedzieć, na czym stoję.

Anka zamknęła lodówkę.

— Na nogach.

— Bardzo śmieszne.

— Dziękuję.

Zosia podniosła rękę.

— Ja chcę pizzę.

Z pokoju Kuby:

— JA TEŻ!

Marek spojrzał na żonę.

— Demokracja.

— Nie.

— Trzy do jednego.

— Nie jesteśmy demokracją.

— A czym?

Anka wzięła kubek.

— Małżeństwem z dwójką dzieci.

— I jaki to ustrój?

Ruszyła w stronę sypialni.

— Dyktatura.

— Czyja?

Anka zatrzymała się w drzwiach i odwróciła.

— Naprawdę chcesz wiedzieć?

Marek zastanowił się.

— Nie.

— Mądrze.

Zniknęła w korytarzu.

Zosia podeszła do ojca.

— Tato?

— Co?

— Mama rządzi?

Marek zerknął w stronę korytarza.

Potem nachylił się do córki.

— Oficjalnie podejmujemy decyzje wspólnie.

— A nieoficjalnie?

— Też mama.

— SŁYSZĘ CIĘ! — dobiegło z sypialni.

Marek wyprostował się.

— Widzisz?

Zosia zachichotała.

Z pokoju Kuby ponownie dobiegł głos:

— Tato!

— CO?!

— Internet nie działa!

Marek zamknął oczy.

Była ósma dwadzieścia sześć.

Sobota dopiero się zaczynała.

Spojrzał na swoją kawę.

Była zimna.

Westchnął, wziął kubek i ruszył w stronę pokoju syna.

— Idę!

— Szybko!

— Kuba, przeżyjesz trzy minuty bez internetu!

— NIE WIESZ TEGO!

Zosia pobiegła za ojcem.

— Tato! Tato! A jak naprawisz internet, zrobisz mi jeszcze piankę?

— Nie.

— Ale ty mnie jeszcze kochasz?

Marek zatrzymał się.

Odwrócił do niej.

Oczy kota ze Shreka.

Westchnął.

— Tak.

— To zrobisz?

— Zrobię.

— Wiedziałam.

Pobiegła do kuchni.

Marek został na środku korytarza.

Z jednej strony syn bez internetu.

Z drugiej córka oczekująca pianki.

W sypialni żona, która chciała spać.

A gdzieś pomiędzy nimi on, czterdziestosiedmioletni mężczyzna, który jeszcze dziesięć minut temu był przekonany, że spędzi spokojny sobotni poranek przy kawie.

Uśmiechnął się pod nosem.

Instrukcji do tego wszystkiego rzeczywiście nikt mu nie dał.

I może dobrze.

Bo i tak pewnie by jej nie przeczytał.2

NIE BĘDZIE TWOJA KUPA RZĄDZIŁA MOIM ŻYCIEM.

— Wychodzimy za dziesięć minut!

Anka wypowiedziała te słowa o jedenastej siedemnaście.

Głośno.

Wyraźnie.

Stojąc na środku korytarza, żeby komunikat miał równe szanse dotarcia zarówno do pokoju Kuby, jak i do salonu, gdzie Marek siedział na kanapie z telefonem.

Z pokoju Kuby nie dobiegła żadna odpowiedź.

Z salonu również.

Anka odczekała trzy sekundy.

— Czy ktoś mnie w ogóle słyszał?!

— Tak! — odpowiedział Marek.

Kuba milczał.

— Kuba!

— No?!

— Wychodzimy za dziesięć minut!

— Wiem!

Anka zajrzała do salonu.

Marek siedział dokładnie tak samo jak przed chwilą.

— A ty?

Podniósł wzrok znad telefonu.

— Co ja?

— Jesteś gotowy?

Marek spojrzał na siebie.

Dżinsy. T-shirt. Skarpetki.

— Tak.

— Nie masz butów.

— Buty zakłada się przed wyjściem.

— No właśnie wychodzimy.

— Za dziesięć minut.

Anka przez chwilę patrzyła na niego bez słowa.

— Dobrze — powiedziała w końcu. — Ja tylko chcę zaznaczyć, że o jedenastej dwadzieścia siedem wychodzę.

— Dobrze.

— Bez względu na wszystko.

— Dobrze.

— Nie będę na nikogo czekała.

— Dobrze.

— Marek.

— Co?

— Ty mnie w ogóle słuchasz?

— Tak.

— Co powiedziałam?

Marek zastanowił się.

— Że wychodzimy za dziesięć minut.

— Wcześniej.

— Że nie będziesz czekała.

— Wcześniej.

— Nie wiem.

— Właśnie.

Anka wyszła.

Marek wrócił do telefonu.

W tej samej chwili do salonu wbiegła Zosia.

Była ubrana.

Miała buty.

Kurtkę.

Plecaczek.

I czapkę.

— Tato, jestem gotowa!

Marek spojrzał na nią.

— Widzę.

— Pierwsza!

— Gratuluję.

— Mama nie jest gotowa.

— Nie mów jej tego.

— Czemu?

— Bo chce jeszcze żyć.

Zosia usiadła obok niego.

Wytrzymała jedenaście sekund.

— To co robimy?

— Czekamy.

— Na co?

— Na wyjście.

— A kiedy wychodzimy?

— Za jakieś osiem minut.

— To długo.

— Nie.

— Długo.

— Zosia, osiem minut to nie jest długo.

— Dla mnie jest.

Wstała.

— Pójdę do Kuby.

— Nie przeszkadzaj mu.

— Czemu?

Marek pomyślał.

— Właściwie idź.

Zosia pobiegła.

Po chwili z pokoju syna dobiegło:

— WYJDŹ!

— TYLKO PATRZĘ!

— NIE PATRZ!

— W CO GRASZ?

— ZOSIA!

— CO?!

— TATO!

Marek westchnął.

— Zosia, zostaw Kubę!

— DOBRZE!

Po chwili wróciła do salonu.

— Kuba gra.

Marek spojrzał na zegarek.

— Wiem.

— Ale przecież wychodzimy.

— Wiem.

— Za siedem minut.

— Wiem.

— To czemu gra?

Marek spojrzał na córkę.

— Zosiu, są pytania, na które nauka nadal nie zna odpowiedzi.

— Jakie?

— Na przykład dlaczego twój brat zaczyna się szykować dopiero wtedy, kiedy wszyscy inni stoją już przy drzwiach.

— Mogę go zapytać.

— Nie.

— Czemu?

— Bo znowu będzie darł mordę.

Z pokoju:

— SŁYSZAŁEM!

— To dobrze! — odkrzyknął Marek. — Przy okazji wyłącz komputer!

— ZA CHWILĘ!

Marek uśmiechnął się.

— Widzisz?

Zosia skinęła głową.

— Drze mordę.

— Dokładnie.

Minęły trzy minuty.

Zosia zdjęła czapkę.

Potem kurtkę.

Następnie plecak.

Położyła wszystko na kanapie i gdzieś poszła.

Marek nadal siedział.

Anka pojawiła się w salonie.

— Czemu ty dalej siedzisz?

— Jestem gotowy.

— To załóż buty.

— Jeszcze cztery minuty.

— Ja pierdolę.

— Sama powiedziałaś za dziesięć.

— To było sześć minut temu.

— Czyli dobrze liczę.

Anka wskazała pokój Kuby.

— On dalej gra?

— Tak.

— I nic mu nie powiedziałeś?

— Powiedziałem.

— Co?

— Żeby wyłączył komputer.

— I?

— Powiedział „za chwilę”.

— I ty to zaakceptowałeś?

— Nie zaakceptowałem. Przyjąłem do wiadomości.

Anka zamknęła oczy.

— Czasem mam wrażenie, że mam troje dzieci.

— Ja przynajmniej sam się podcieram.

Anka otworzyła oczy.

— Gratuluję. Czterdzieści siedem lat i mamy sukces.

— Dziękuję.

— Za cztery minuty wychodzimy.

— Wiem.

— Idę się uczesać.

Marek spojrzał na nią.

— Po co?

Anka zatrzymała się.

— Co „po co”?

Marek natychmiast zrozumiał, że pytanie zostało źle sformułowane.

— Nic.

— Nie. Powiedziałeś. Po co mam się czesać?

— Nie powiedziałem, że masz się nie czesać.

— Powiedziałeś „po co”.

— W sensie… wyglądasz dobrze.

Anka zmrużyła oczy.

— Ratujesz się?

— Tak.

— Słabo.

— Ale próbuję.

— Doceniam.

Poszła do łazienki.

Marek spojrzał na zegarek.

Jedenaście dwadzieścia cztery.

— Kuba!

— CO?!

— Trzy minuty!

— WIEM!

Marek wstał.

Założył buty.

Wziął kluczyki.

— Zosia!

Cisza.

— Zosia!

— CO?!

Głos dochodził z jej pokoju.

— Wychodzimy!

— JUŻ!

Marek popatrzył na kanapę.

Kurtka Zosi.

Czapka Zosi.

Plecak Zosi.

Dziewięć minut wcześniej była pierwszą osobą gotową do wyjścia.

Teraz nie było jej w zasięgu wzroku.

Marek pokiwał głową.

— Oczywiście.

Jedenaście dwadzieścia siedem.

Anka wyszła z łazienki.

Uczesana.

— Idziemy.

Marek stał przy drzwiach.

— Jestem.

— Zosia!

— JUŻ IDĘ!

— Kuba!

Cisza.

Anka podeszła do drzwi jego pokoju.

Otworzyła.

Kuba siedział przed komputerem.

Słuchawki na uszach.

— Kuba.

Zero reakcji.

— Kuba!

Odwrócił się.

Zdjął jedną słuchawkę.

— Co?

— Wychodzimy.

— No wiem.

— Teraz.

— Dobra.

— Wyłącz komputer.

— Sekunda.

Anka patrzyła.

Kuba patrzył w monitor.

Kliknął coś.

Potem coś jeszcze.

— Kuba.

— No już.

— Co robisz?

— Kończę.

— Co kończysz?

— Grę.

— Mówiłam dziesięć minut temu.

— Nie mogłem wyjść w trakcie.

— To po co zaczynałeś?

Kuba spojrzał na matkę.

— Zacząłem wcześniej.

Anka przez chwilę przetwarzała odpowiedź.

— Wyłącz.

— No już wyłączam.

Klik.

Ekran zgasł.

Kuba zdjął słuchawki.

Przeciągnął się.

Wstał.

Powoli.

Bardzo powoli.

Marek obserwował go z korytarza.

— Chodź.

— No idę.

Kuba wyszedł z pokoju.

Nie miał skarpetek.

Anka spojrzała w dół.

— Gdzie masz skarpetki?

Kuba również spojrzał na swoje stopy, jakby ich brak był dla niego równie dużym zaskoczeniem.

— W pokoju.

— To czemu wyszedłeś bez skarpetek?

— Bo powiedziałaś, żebym wyszedł.

Marek odwrócił głowę, żeby ukryć uśmiech.

Anka zauważyła.

— Nie śmiej się.

— Nie śmieję się.

— Śmiejesz się.

— W środku.

— To śmiej się ciszej.

Kuba wrócił do pokoju.

Zosia pojawiła się w korytarzu.

Bez kurtki.

Bez czapki.

Bez plecaka.

Za to trzymała pluszową pandę.

— Mogę go wziąć?

— Nie — powiedziała Anka.

— Czemu?

— Bo jedziemy na zakupy.

— No właśnie.

— Co „no właśnie”?

— Będzie jej smutno samej.

— Panda zostaje.

Zosia przytuliła pluszaka.

Oczy zaczęły się powiększać.

Marek natychmiast odwrócił wzrok.

— Nie patrzę.

— Tato…

— Nie.

— Ale…

— Nie patrzę.

— Ale ty mnie jeszcze kochasz?

— Kocham. Panda zostaje.

Zosia spojrzała na matkę.

— Mamo?

— Na mnie to nie działa.

— Ale ty mnie jeszcze kochasz?

Anka westchnęła.

— Kocham.

— To mogę?

— Nie.

— To czemu mnie kochacie, jak nic nie mogę?

Marek spojrzał na żonę.

— Mocne.

— Nie pomagaj.

Zosia ze smutkiem odniosła pandę.

Kuba wyszedł z pokoju.

Miał skarpetki.

Sukces.

Podszedł do szafki z butami.

Anka zerknęła na zegarek.

— Jedenaście trzydzieści jeden.

— No już — powiedział Kuba.

Usiadł.

Założył jednego buta.

Potem drugiego.

Marek otworzył drzwi.

— Dobra. Wychodzimy.

Kuba nagle znieruchomiał.

— Czekaj.

Wszyscy spojrzeli na niego.

— Co? — zapytała Anka.

Kuba wstał.

— Muszę do toalety.

Cisza.

Marek zamknął drzwi.

Anka patrzyła na syna.

— Żartujesz.

— Nie.

— Kuba, przez ostatnie pół godziny siedziałeś przy komputerze.

— No.

— Mówiłam ci, że wychodzimy.

— No.

— I teraz musisz do toalety?

— No.

— Nie mogłeś wcześniej?

Kuba wzruszył ramionami.

— Wcześniej mi się nie chciało.

Ruszył w stronę łazienki.

Anka patrzyła za nim z niedowierzaniem.

— Szybko!

— No!

— Kuba, naprawdę szybko!

— Nie mam na to wpływu!

Drzwi łazienki się zamknęły.

Marek oparł się o ścianę.

Zosia wróciła.

— Czemu nie idziemy?

— Kuba robi kupę — powiedział Marek.

— Marek! — syknęła Anka.

— Co? Przecież robi.

Zosia podeszła do drzwi łazienki.

— Kuba!

— CO?!

— Robisz kupę?

— IDŹ SOBIE!

— Tata powiedział, że robisz!

— TATO!

— Zosia, zostaw go — powiedział Marek.

— Ale długo będzie?

— Nie wiem.

Z łazienki:

— SŁYSZĘ WAS!

Anka spojrzała na zegarek.

— Jedenaście trzydzieści trzy.

Marek wzruszył ramionami.

— Natura.

— Nie broń go.

— Nie bronię. Mówię tylko, że pewnych procesów nie da się przyspieszyć.

— Dało się je rozpocząć dziesięć minut wcześniej.

— Widocznie nie było gotowości systemowej.

Anka popatrzyła na niego.

— Zamknij się.

— Dobra.

Minęła minuta.

Potem druga.

Anka zaczęła chodzić po korytarzu.

— Kuba!

— NO?!

— Długo jeszcze?!

— NIE WIEM!

— Jak można nie wiedzieć?!

— NORMALNIE!

Marek spojrzał na żonę.

— Anka, daj chłopakowi spokój.

— Ty się nie odzywaj.

— Przecież…

— Marek.

— Dobra.

W końcu drzwi się otworzyły.

Kuba wyszedł.

— Możemy?

— No.

— Umyłeś ręce? — zapytała Anka.

Kuba zatrzymał się.

Spojrzał na matkę.

— Serio?

— Pytam.

— Mam szesnaście lat.

— To nie jest odpowiedź.

— Umyłem.

— Dobrze.

Marek ponownie otworzył drzwi.

— Teraz naprawdę wychodzimy.

— Czekaj — powiedziała Anka.

Marek powoli odwrócił głowę.

— Co?

— Muszę tylko włosy poprawić.

Marek spojrzał na nią.

— Teraz?

— Dwie minuty.

Poszła do łazienki.

Kuba popatrzył na ojca.

Ojciec popatrzył na Kubę.

— Nic nie mów — powiedział Marek.

— Nic nie mówię.

Zosia zaczęła zakładać kurtkę.

Po chwili Kuba zmarszczył brwi.

— Tato?

— Co?

— Chyba jeszcze muszę…

— Nie.

— Ale…

— Nie.

— Chciałem powiedzieć, że muszę wziąć telefon.

— A.

— Jest w pokoju.

— To idź.

Kuba poszedł.

Marek zamknął oczy.

— Ja pierdolę.

Zosia spojrzała na niego.

— Tata powiedział brzydkie słowo.

— Tata jest dorosły.

— Mama mówiła, że nie znasz umiaru.

— Mama dużo mówi.

Z łazienki:

— SŁYSZĘ!

— Wiem!

Marek spojrzał na zegarek.

Jedenaście trzydzieści siedem.

Drzwi łazienki nagle się otworzyły.

Anka stanęła w nich ze szczotką w ręku.

W tym samym momencie z pokoju wybiegł Kuba z telefonem.

Zatrzymał się.

Spojrzał na matkę.

Potem na łazienkę.

— Mamo.

— Co?

— Muszę jeszcze raz wejść.

Anka znieruchomiała.

— Po co?

— No…

— Kuba.

— No co?

— Dopiero byłeś.

— Wiem.

— To po co?

Kuba skrzywił się.

— Chyba nie skończyłem.

Marek zacisnął usta.

Anka patrzyła na syna.

— Mamo, serio, wpuść mnie.

— Dwie minuty.

— Ale ja nie wytrzymam.

— Kuba, czeszę włosy.

— MAMO.

— Co?!

— Wpuść mnie!

— Zaraz!

— Ale naprawdę muszę!

Anka odwróciła się do lustra i przeciągnęła szczotką po włosach.

— Mamo!

— Kuba!

— Nie wytrzymam!

Anka odwróciła głowę.

— NIE BĘDZIE TWOJA KUPA RZĄDZIŁA MOIM ŻYCIEM!

Cisza.

Absolutna.

Marek patrzył na żonę.

Kuba patrzył na matkę.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij