Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Mario i czarodziej. Pan i pies - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
24 marca 2026
3024 pkt
punktów Virtualo

Mario i czarodziej. Pan i pies - ebook

Mario i czarodziej

Już od pierwszego słowa czuć podrażnienie, znużenie, i jakiś niemiły fluid w powietrzu. Czuć zgiełk i natłok włoskiej plaży, jej hałaśliwość, zarozumiałość, wymuszoność, jej fałszywą bigoterię i krzykliwość szowinistycznego frazesu patriotycznego…

Nieprzyjemne przygody nad morzem, gdzie rzekomo obrażono „publiczną moralność”, przykre perypetie w hotelu służalczym wobec tubylczej arystokracji sprawiają, że od początku czekamy na to coś, co się musi wydarzyć – czekamy na czarnoksiężnika - kalekiego hipnotyzera, który w sposób brutalny przejmuje kontrolę nad wolą publiczności… kim jest, demagogiem, dyktatorem? Czy to Benito?

Jedno z najważniejszych dzieł politycznych Tomasza Manna, będące ostrzeżeniem przed narodzinami faszyzmu i manipulacją masami.

Koniecznie do przeczytanie w naszych czasach, znowu niestety aktualne!

 

Pan i pies - napisany przez autora jeszcze przed zakończeniem I wojny światowej - interpretowany bywa jako literacka ucieczka od traum i okrucieństw minionego czasu - w stronę prywatności, natury, podstawowych wartości ludzkich, w stronę łagodnego nastroju, miłości, czułości, dobroci, spokoju i refleksji.

Sam autor pisze o swoim dziele tak:

W poniższym tekście mowa jest wyłącznie o moim psie Bauszanie, o czym lojalnie i zawczasu każdego wyraźnie uprzedzam, aby nikt nie mógł później wnosić skarg z powodu zawiedzionych oczekiwań; niechaj każdy, kogo zajmowanie się tak błahym przedmiotem godzi w jego intelektualną godność, natychmiast odłoży te karty na bok [...]. Nie zostaną tu bowiem poruszone żadne wyższe problemy moralne ani poddane analizie znaczące charaktery, nie wspominając już o tym, by kwestia społeczna miała zostać przybliżona do swojego rozwiązania.

Bez względu na to jak odczytamy ten tekst – to bez wątpienia najwyższy kunszt literatury światowej.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna obca
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8241-374-8
Rozmiar pliku: 2,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

MARIO
I CZARODZIEJ

TRAGICZNE WYDARZENIE WAKACYJNE

PRZEKŁAD
MARCELI TARNOWSKI

.

Wspomnienie Torre di Venere jest atmosferycznie niemiłe. Gniew, rozdrażnienie, naprężenie od początku wisiały w powietrzu, a na koniec nastąpił wstrząs z owym okropnym Cipollą¹, w którego osobie niejako ucieleśniły się i groźnie skupiły wszystkie charakterystycznie złośliwe pierwiastki nastroju, i to w sposób złowieszczy i niezmiernie dobitny.

Że przy przeraźliwym zakończeniu (zakończeniu, jak nam się później wydawało, z góry przeznaczonym i leżącym już w istocie rzeczy) obecne były i dzieci – był to smutny i wypływający z nieporozumienia błąd, spowodowany przez fałszywą zapowiedź tego osobliwego człowieka. Na szczęście nie zrozumiały one, gdzie kończyło się widowisko, a zaczynała katastrofa, i utrzymano je w błogim przeświadczeniu, że wszystko to było tylko przedstawieniem.

Torre oddalone jest o jakieś piętnaście kilometrów od Portoclemente, jednej z najulubieńszych miejscowości letniskowych nad Morzem Tyrreńskim, po miejsku eleganckiej i miesiącami przepełnionej, z pstrokatą ulicą hoteli i bazarów prowadzącą ku morzu, z szeroką plażą, pokrytą daszkami, namiotami i brązowymi ludźmi, z hałaśliwymi lokalami rozrywkowymi.

Plaża, obramowana piniowymi laskami, na które z niewielkiej odległości spoglądają góry, rozciąga swoje gościnne przestrzenie pokryte drobniutkim piaskiem wzdłuż całego tego wybrzeża. Nic więc dziwnego, że nieco dalej rozłożyła się już wcześniej cichsza konkurencja: Torre di Venere, gdzie od dawna zresztą daremnie się rozglądać za wieżą, której ta miejscowość zawdzięcza swoją nazwę, jest jako miejsce pobytu przyjezdnych jakby filią sąsiedniego, wielkiego uzdrowiska i przez szereg lat było idyllą dla nielicznych, ucieczką dla zwolenników niezmąconego przez gwar świata żywiołu.

Ale jak się to zwykle dzieje z takimi miejscami, spokój dawno już musiał się wynieść nieco dalej wzdłuż wybrzeża, do Marina Petriera i Bóg wie dokąd jeszcze; świat – wiadoma to rzecz – szuka go i wygania go przez to samo, iż pędzi ku niemu ze śmieszną tęsknotą, łudząc się, że mógłby go poślubić i że gdzie jest spokój, mógłby być i on; co więcej, rozbiwszy gdzieś swoje namioty jarmarczne, gotów jest wierzyć, że spokój jeszcze tam jest.

W ten sposób Torre, chociaż ciągle spokojniejsze i skromniejsze niż Portoclemente, zostało zaludnione licznie przez Włochów i cudzoziemców.

Nie jedzie się już do światowego uzdrowiska – chociaż nie jedzie się o tyle tylko, że pozostaje ono nadal hałaśliwym i przepełnionym uzdrowiskiem; jedzie się w sąsiedztwo, do Torre, jest to nawet elegantsze, a przy tym jest tańsze, zaś siła przyciągająca tych zalet trwa nadal, chociaż same zalety dawno już nie istnieją.

Torre otrzymało Grand Hotel; powstało mnóstwo pensjonatów, wykwintniejszych i skromniejszych. Właściciele i dzierżawcy domków letniskowych i ogrodów z laskami piniowymi nad morzem bynajmniej nie zaznają już na plaży spokoju; w lipcu, sierpniu obraz tej plaży niczym już nie różni się od Portoclemente: roi się na niej od wrzaskliwych, kłócących się, wykrzykujących radośnie kąpielowiczów, którym piekące bezlitośnie słońce zdziera skórę z karków; na migoczącym błękicie wody chyboczą się płaskie, jaskrawo pomalowane czółna, wypełnione dziećmi, których głośne imiona, wyrzucane z piersi czuwających matek, w zachrypłej troskliwości wypełniają powietrze; zaś przekupnie ostryg, napojów chłodzących, kwiatów, koralowych ozdób i _cornetti al burro_², depcząc po stosach ciał leżących ludzi, zachwalają swój towar, zawsze zachrypłym i donośnym głosem Południa.

Tak wyglądała plaża w Torre, kiedy przybyliśmy – dość ładnie, ale uważaliśmy jednak, że przyjechaliśmy za wcześnie.

Była połowa sierpnia, sezon włoski znajdował się jeszcze w pełni rozkwitu; dla cudzoziemców nie jest to właściwa chwila, aby należycie ocenić uroki miejscowości.

Co za tłok po południu w ogrodowych kawiarniach na promenadzie plażowej, na przykład w „Esquisito”, gdzie jadaliśmy i gdzie usługiwał nam Mario, ten sam Mario, o którym niebawem będę opowiadał! Z ledwością można znaleźć stolik, a orkiestry, nie chcąc o sobie nawzajem nic wiedzieć, w zamieszaniu grają jedna przez drugą.

Nawiasem mówiąc, właśnie po południu przybywają tu codziennie tłumy ludzi z Portoclemente; gdyż oczywiście Torre jest ulubionym celem wycieczek niespokojnych gości owego miejsca rozrywkowego, a dzięki pędzącym w tę i tamtą stronę Fiatom wawrzynowe i oleandrowe zarośla na skraju łączącej dwie miejscowości szosy pokryte są na cal grubości białym kurzem; to widok osobliwy, ale odrażający.

Naprawdę, powinno się jechać do Torre di Venere we wrześniu, gdy uzdrowisko opróżnia się z wielkiej publiczności, albo w maju, zanim ciepłota morza osiągnęła stopień, który kusi mieszkańca Południa do zanurzenia się w wodzie.

Przed sezonem i po sezonie również nie jest tam nigdy pusto, ale nastrój bywa wtedy cichszy i mniej narodowy. Pod płóciennymi zasłonami i w jadalniach pensjonatów panuje język angielski, niemiecki, francuski, podczas gdy cudzoziemiec jeszcze we wrześniu zastaje przynajmniej Grand Hotel, gdzie zatrzymaliśmy się z braku osobistych adresów, tak dalece w rękach florenckiego i rzymskiego towarzystwa, że czuje się izolowany i może się samemu sobie wydać chwilami gościem drugiego rzędu.

To doświadczenie poczyniliśmy z niejakim rozgoryczeniem w wieczór naszego przybycia, kiedy zeszliśmy do jadalni na obiad i kiedy kelner wyznaczył nam stolik. Stolikowi temu nic nie można było zarzucić, ale nas kusił widok przyległej oszklonej werandy, wychodzącej na morze i tak wielkiej jak nasza sala; weranda ta nie była w pełni zajęta, a na stolikach paliły się lampki z czerwonymi abażurami.

Dzieci z zachwytem pokazywały sobie te wspaniałości, oznajmiliśmy więc po prostu swoją decyzję jadania na werandzie; jak się okazało, był to przejaw nieświadomości, gdyż z zakłopotaną nieco uprzejmością dano nam do zrozumienia, że to kuszące miejsce zarezerwowane jest „dla naszych klientów”, „_ai nostri clienti_”. Dla naszych klientów? Ależ to przecież my. Nie byliśmy przechodniami ani jednodniowymi motylami, lecz mieszkańcami hotelu na trzy czy cztery tygodnie, pensjonariuszami.

------------------------------------------------------------------------

ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI

------------------------------------------------------------------------_...Ustaliłem tytuł_ Królewska Wysokość _dla nowej książki, którą od lat już pragnąłem napisać. Występują w niej: książę, miliarder, szofer, rasowy pies, obłąkana hrabina, romantyczny nauczyciel i osobliwego rodzaju księżniczka – co w sumie budzi, oczywiście, ciekawość. Mnie samemu wydaje się to wszystko czasem tak nowe i piękne, że śmieję się w duchu – a czasem znów tak niedorzeczne, że kładę się na kanapie i zdaje mi się, że umieram..._

Thomas Mann

Przepiękna, wręcz baśniowa przypowieść o królewskim synu, którego najważniejszym zadaniem jest być. Istnieć wysoko, w niedostępnych pałacach, w nieskazitelnej postawie i się podobać. Tak przecież żył jego ojciec i dziad.

Tymczasem zmieniają się czasy, a kraj biednieje...
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij