Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Matylda - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
3 czerwca 2026
2699 pkt
punktów Virtualo

Matylda - ebook

Pierwsze polskie wydanie w tłumaczeniu Anny Dzierzgowskiej.

Po raz pierwszy wydana w 1959 roku, choć napisana w latach 1819–1820, „Matylda" to jedno z najbardziej poruszających i intymnych dzieł Mary Shelley. To historia pełna pasji i mroku, podejmująca trudne i kontrowersyjne tematy. W centrum opowieści znajduje się młoda kobieta, której tożsamość i poczucie własnego „ja” kształtują się w zamkniętym, dusznym świecie rodzinnych zależności oraz społecznych oczekiwań. Uwięziona w „magicznym kręgu” konwencjonalnej kobiecości, bohaterka mierzy się z własnymi pragnieniami, poczuciem winy i dotkliwą samotnością.

Nastrojowe opisy natury i intensywne relacje między bohaterami przenoszą czytelnika w sam środek angielskiego romantyzmu, odsłaniając zarówno jego piękno, jak i niepokojącą, mroczną stronę.

Mary Shelley jest znakomitą rzemieślniczką i dzięki swojemu panowaniu nad pisarskim warsztatem dołącza do grona kobiet, które uczą nas, czym są literatura i duch inności.

— Anna Dzierzgowska

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna obca
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8441-422-4
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP

Mary Wollstonecraft Shelley, córka ludzi wybitnych, żona wybitnego człowieka, zapewniła sobie własne miejsce w historii i w literaturze, powołując do istnienia doktora Frankensteina i jego potwora (chociaż to, kto w tej historii jest potworem, pozostaje pytaniem otwartym). _Matylda_, niewielka gotycka nowela, którą trzymasz w rękach, ukazała się drukiem ponad sto lat po śmierci autorki. Miała zostać wydana znacznie wcześniej, jednak William Godwin, któremu córka przesłała rękopis, aby zadbał o jego opublikowanie, nie zaaprobował tekstu. Temat utworu – kazirodcza miłość ojca do córki – uznał za „niesmaczny i wstrętny”; podkreślał, że gdyby nowela miała się ukazać, wymagałaby wstępu, który chroniłby wrażliwość czytających.

Cóż, niniejszy wstęp opiera się na zupełnie innych założeniach.

W wielu opracowaniach na temat _Matyldy_ podkreślone zostają autobiograficzne wątki tego tekstu. Podobnie jak bohaterka i narratorka noweli, Mary Wollstonecraft Shelley miała nieprzeciętnie uzdolnioną matkę, której nigdy nie poznała. Mary Wollstonecraft, filozofka, pisarka, intelektualistka, autorka _Wołania o prawa kobiety_, pionierka anglosaskiego feminizmu, związała się z Williamem Godwinem, uważanym z kolei za jednego z ojców ruchu anarchistycznego. W wieku lat trzydziestu ośmiu urodziła córkę – również Mary, późniejszą Mary Shelley – i zmarła kilkanaście dni po porodzie. Podobnie jak Diana (matka bohaterki noweli), sama Mary Shelley była kształcona przede wszystkim przez ojca, stając się być może po trosze córką projektem. Z kolei w postaci Woodville’a, drugiego obok ojca Matyldy męskiego bohatera noweli, młodego, genialnego poety, dopatrywano się podobieństwa do Percy’ego Bysshe Shelleya, ucznia Godwine’a, męża Mary. _Matylda_ powstała prawdopodobnie w 1819 roku. Mary Shelley była wówczas w żałobie po stracie dwójki dzieci, a jej małżeństwo przeżywało kryzys. Nowela miałaby być owocem tego kryzysu i sposobem na jego przezwyciężenie.

Takie odczytanie ma jednak pewną wadę: sprowadzanie _Matyldy_ do powieści z kluczem może łatwo zaciemnić to, co w tym tekście jest prawdziwie fascynujące – literacki warsztat autorki, gotyckość noweli, jej osadzenie w romantycznej tradycji tego, co niesamowite, niedające się domknąć, zracjonalizować, w żaden sposób oswoić.

_Matylda_ wykorzystuje ramę listu spowiedzi. Narratorka-bohaterka na łożu śmierci pisze do przyjaciela, któremu obiecuje wreszcie opowiedzieć wszystko – całą swoją tragiczną historię, którą dotychczas ukrywała przed nim i przed całym światem. Mamy tu do czynienia z doskonale znanym zabiegiem literackim: forma wyznania, która obiecuje objawić jakąś osobistą „prawdę”, jest jednocześnie tą formą, w której zamiast wszechwiedzącego narratora, dostajemy narratorkę-bohaterkę, zamiast „zobiektywizowanej” narracji, opowieść tak subiektywną, jak to tylko możliwe. Jest to forma, która sugeruje „autentyczność” i „szczerość”, a jednocześnie stanowi doskonałe narzędzie konstruowania własnej podmiotowości, przejęcia kontroli nad narracją. I Mary Shelley po mistrzowsku korzysta z możliwości, jakie ta forma oferuje.

Cały tekst jest szeregiem zdań współrzędnie złożonych, łączonych spójnikami w rodzaju „i” albo „lecz”, średnikami, dwukropkami. Parataksa za parataksą, jak gdyby umierająca narratorka wyrzucała z siebie słowa niemal bez ładu. To język traumy, jak podkreślają komentatorki i komentatorzy, język nadmiaru, przesady, język, który nie umie się zatrzymać. I właśnie ta nadmiarowość i parataktyczność są jednymi z oznak znakomitego panowania autorki nad własnym pisarskim warsztatem: bo przecież to nie Mary Shelley jest zbolałym kobiecym podmiotem, wyrzucającym z siebie potok słów – ona ten podmiot stwarza. Stwarza go zresztą w dużej mierze z materii literackiej i z literackich odwołań, o czym przypomina samo imię bohaterki, zaczerpnięte z Dantego, a także liczne rozsiane w tekście cytaty.

_Matylda_ opowiada o kazirodczej miłości ojca do córki. Kazirodztwo jest jednym z tych tematów, z którymi eksperymentuje powieść gotycka, transgresywna z definicji. Już zdradzam za dużo, ale pokuszę się jeszcze o jedną uwagę. W _Matyldzie_ jednocześnie nie wydarza się nic i wydarza się coś, co zmienia wszystko. Tym czymś jest (znowu) wyznanie – wyznanie ojca, wyproszone (wymuszone?) przez córkę. Cała reszta – załamanie, ucieczka, śmierć, zwielokrotniona śmierć samej Matyldy (to, ile razy i na ile sposobów bohaterka umiera, zasługuje na osobną analizę) – to jedynie konsekwencja faktu, że padły słowa, które nie miały prawa paść.

Ojciec wypowiada zakazane słowa – i musi zmierzyć się z prawdą własnej zbrodni. Tu także mamy grę z toposem spowiedzi jako prawdy jako odsłonięcia. Jednocześnie cała opowieść Matyldy jest ciągiem niemal dokładnie tych samych słów. Język, jakim mówi o ojcu, nie jest językiem erotyki. Jest natomiast bezsprzecznie językiem namiętności. Więc za co właściwie narratorka karze samą siebie?

_Matylda_ nie jest lekturą ani łatwą, ani przyjemną. Inaczej niż jej matka, Mary Shelley nie pisze politycznego manifestu. Pisze za to coś, co niekoniecznie na poziomie treści, ale na pewno na poziomie formy jest głęboko feministyczne. Nie tylko dlatego, że bohaterką jest kobieta (choć to nie bez znaczenia), ani nawet nie dlatego, że kobieca podmiotka wypowiada tu samą siebie z całym bagażem emocji, w które wikła ją patriarchat. Przede wszystkim dlatego, że sama Mary Shelley jest znakomitą rzemieślniczką i dzięki swojemu panowaniu nad pisarskim warsztatem dołącza do tego grona kobiet, które, od Enheduanny po Marię Janion i jeszcze dalej, uczą nas, czym są literatura i duch inności.

Anna DzierzgowskaROZDZIAŁ PIERWSZY

Jest dopiero czwarta, ale mamy zimę i słońce zachodzi: na czystym, mroźnym niebie nie ma chmur, które rozpraszałyby jego ukośne promienie, ale powietrze ma lekko różowawą barwę, która odbija się w śniegu pokrywającym ziemię. Mieszkam w samotnym domku wśród ustronnych, rozległych wrzosowisk; nie docierają do mnie żadne odgłosy życia. Patrzę na bezludną równinę, całkiem pokrytą bielą, z wyjątkiem kilku czarnych placków, pozostawionych przez słońce w południe na szczycie ostrych, spiczastych pagórków, na które śnieg spadł, aby się zaraz ześlizgnąć, i leży teraz grubszą warstwą na ziemi; nieliczne ptaki dziobią stwardniały lód, który pokrywa kałuże – mróz trzyma już bowiem od dłuższego czasu.

Ogarnął mnie dziwny nastrój. Jestem sama – całkiem sama – na świecie, nieszczęścia jak plaga przetoczyły się nade mną i wyczerpały mnie; wiem, że wkrótce umrę, i jestem szczęśliwa – radosna – czuję mój puls, który bije szybko, kładę wychudłą dłoń na piersi, która płonie: mam w sobie drobnego, porywczego ducha, który właśnie iskrzy po raz ostatni. Nie zobaczę już śniegów kolejnej zimy – nie wierzę, że jeszcze kiedykolwiek poczuję ożywcze ciepło letniego słońca, i z tym przekonaniem zaczynam spisywać moje tragiczne dzieje. Być może lepiej by się stało, gdyby historia taka jak moja umarła wraz ze mną, wiedzie mnie jednak jakieś nieokreślone uczucie, a mój umysł i ciało są zbyt słabe, bym potrafiła oprzeć się najlżejszemu impulsowi. Póki życie we mnie było silne, sądziłam, że jest w mojej opowieści niedotykalna potworność, która sprawia, że nie można jej ubrać w słowa; a teraz, kiedy umieram, profanuję tę mistyczną grozę. Tak jakby do lasu Eumenid wstąpić mógł jedynie umierający – a Edyp właśnie umiera.

O czym piszę? Muszę zebrać myśli. Nie wiem, czy ktokolwiek przestudiuje te strony oprócz ciebie, przyjacielu, który otrzymasz je po mojej śmierci. Nie adresuję ich jedynie do ciebie, ponieważ przyjemność sprawi mi rozpamiętywanie naszej przyjaźni w taki sposób, który byłby zbyteczny, gdybyś jedynie ty miał czytać to, co napiszę. Powinnam zatem opowiedzieć swoją historię tak, jakbym pisała dla obcych. Często pytałeś mnie o powód, dla którego żyję samotnie, o moje łzy, a przede wszystkim o moje nieprzeniknione, nieuprzejme milczenie. Za życia nie miałam czelności odsłonić tajemnicy, którą ujawniam po śmierci. Inni lekką ręką odrzucą te strony, tobie, Woodvile’u, mój życzliwy, czuły przyjacielu, będą one drogie – cenna pamiątka po dziewczynie ze złamanym sercem, którą nawet na łożu śmierci rozgrzewa wdzięczność, jaką w niej wzbudziłeś: twoje łzy spłyną na słowa, opisujące moje nieszczęścia, wiem, że tak będzie – i póki jest jeszcze we mnie życie, dziękuję ci za to współczucie.

Ale dość już o tym. Zaczynam moją opowieść: to moje ostatnie zadanie i mam nadzieję, że sił mi wystarczy, by je wypełnić. Nie o zbrodniach piszę, moje błędy łatwo mogą zyskać przebaczenie, ponieważ nie wyrastają z niegodziwych motywów, lecz ze złego osądu, i wierzę, że niewielu powie, że potrafiliby, postępując inaczej lub dzięki wyższej mądrości, uniknąć tych nieszczęść, których jestem ofiarą. Moim losem kierowała konieczność, szkaradna konieczność. Wymagałoby rąk silniejszych niż moje, silniejszych, jak wierzę, niż jakiejkolwiek istoty ludzkiej, by zerwać gruby, nieustępliwy łańcuch, który uwiązał mnie, niegdyś oddychającą jedynie radością, zawsze pełną gorącej miłości i rozkoszującą się dobrem – z nędzą, która zakończyć się mogła, tak jak kończy się teraz, jedynie wraz ze śmiercią. Ale zapominam się, a moja historia wciąż czeka, by ją opowiedzieć. Zatrzymam się na chwilę, przetrę przyćmione oczy i spróbuję zamienić to obecne, niejasne, lecz ciężkie uczucie nieszczęścia na dotkliwsze emocje z przeszłości.

Urodziłam się w Anglii. Mój ojciec był człowiekiem o wysokiej pozycji społecznej: sam wcześnie stracił ojca i wychowywany był przez słabą matkę z całą pobłażliwością, jaką uważała za należną człowiekowi bogatemu, o szlachetnym pochodzeniu. Posłano go do Eton, a następnie do college’u; od dzieciństwa pozwalano mu swobodnie dysponować dużymi sumami pieniędzy, stąd cieszył się od najmłodszych lat niezależnością, którą chłopiec obdarzony takimi przywilejami zawsze nabywa w szkole publicznej.

W takich warunkach jego namiętności znalazły głęboki grunt, w którym mogły zapuścić korzenie i rozkwitnąć, czy to jako kwiaty, czy chwasty, zgodnie ze swoją naturą. Dzięki temu, że zawsze mógł działać samodzielnie, jego charakter szybko się ukształtował, wykazując na zewnątrz różnorodne cechy, w których bystry obserwator dostrzec mógł zalążki cnót i nieszczęść. Beztroska ekstrawagancja, która skłaniała go do trwonienia ogromnych sum na zaspokojenie chwilowych zachcianek, na pozór silnych i dlatego zaszczycanych przezeń mianem namiętności, często objawiała się bezgraniczną hojnością. Jednak nawet gdy gorliwie zajmował się potrzebami innych, jego własne zawsze były w pełni zaspokojone. Dawał pieniądze, lecz nie poświęcał niczego z tego, czego chciał dla siebie; miał dla innych czas, którego nie cenił, i uczucia, które tak czy owak pragnął rozbudzić.

Nie chcę przez to powiedzieć, że gdyby jego pragnienia i potrzeby innych okazały się sprzeczne, ujawniłby nieuzasadniony egoizm, rzecz w tym, że do takiej próby nigdy nie doszło. Wychowywał się w dobrobycie i korzystał ze wszystkich jego dobrodziejstw; wszyscy go kochali i chcieli zadowolić. Zawsze dbał o przyjemności swoich towarzyszy – ale to, co im sprawiało radość, bawiło i jego; a jeśli poświęcał uczuciom innych więcej uwagi, niż zazwyczaj to bywa u uczniów, to dlatego, że jego towarzyski charakter nigdy nie mógłby się rozwijać, gdyby każde czoło nie było tak wolne od trosk, jak jego własne.

W szkole rywalizacja i własne wrodzone zdolności zapewniły mu wysoką pozycję wśród rówieśników; w college’u odrzucił książki: wierzył, że powinien przyswoić sobie inne lekcje niż te, których one mogłyby mu udzielić. Miał teraz rozpocząć życie, a był jeszcze na tyle młody, by uważać naukę za szkolne kajdany, służące jedynie do trzymania niesfornych z dala od psot, ale pozbawione rzeczywistego związku z życiem – którego mądrość, czerpaną z jazdy konnej, gier itp. rozważał z o wiele głębszym zainteresowaniem. Szybko więc oddał się wszystkim studenckim szaleństwom, choć jego serce było zbyt dobrze uformowane, by ulec skażeniu – mogło być lekkie, ale nigdy zimne. Był szczerym i współczującym przyjacielem – ale nie spotkał nikogo, kto przewyższałby go lub był mu równy i mógł pomóc rozwinąć umysł lub skłonić go do poszukiwania świeżych źródeł idei po wyczerpaniu dawnych. Uważał, że przewyższa otaczających go ludzi szybkością osądu: jego talenty, pozycja i bogactwo czyniły go przywódcą w grupie i to stanowisko nie tylko piastował z zadowoleniem, ale i chwalił się nim, uważając je za jedyną możliwą ambicję godną jego uwagi.

_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij