Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Mgły Tangeru - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
17 lipca 2019
29,99 zł
2999 pkt
punktów Virtualo

Mgły Tangeru - ebook

Przelotny romans. Magiczne miasto. Tajemnica, którą porwał wiatr.

W grudniu 1951 roku Paul Dingle zaginął bez śladu w tangerskim porcie. Ponad 60 lat później, Flora Gascón podejrzewa, że był to ten sam człowiek, w którym zakochała się podczas przelotnego romansu w Madrycie. Wspólnym mianownikiem są Mgły Tangeru, powieść, która leżała na nocnym stoliku Paula.

Flora wyrusza do Tangeru, by odnaleźć autorkę książki, jedyną osobę, która może wyjaśnić jej, kim był jej kochanek i jak może go odnaleźć. Kobieta szybko orientuje się, że sama musi dopisać zakończenie tej historii. Wyprawa staje się podróżą w głąb siebie i pozwala odkryć Florze, kim tak naprawdę jest.

Miłość i tajemnica w mieście o fascynującej przeszłości.

Cristina López Barrio urodzona w Madrycie prawniczka, która porzuciła karierę na rzecz pisania. Za swoją debiutancką powieść zdobyła nagrodę Villa de Pozuelo de Alarcón, za drugą powieść Ogród wiecznej wiosny otrzymała tytuł literackiego odkrycia roku. Mgły Tangeru znalazły się w finale Premio Planeta 2017.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8143-121-7
Rozmiar pliku: 2,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

„Jeśli wyruszasz w podróż do Itaki,

pragnij tego, by długie było wędrowanie,

pełne przygód, pełne doświadczeń.

Lajstrygonów, Cyklopów, gniewnego Posejdona

nie obawiaj się. Nic takiego

na twojej drodze nie stanie, jeśli myślą

trwasz na wyżynach, jeśli tylko wyborne

uczucia dotykają twego ducha i ciała.

Itaka dała ci tę piękną podróż.

Bez Itaki nie wyruszyłbyś w drogę.

Niczego więcej już ci dać nie może.

A jeśli ją znajdujesz ubogą, Itaka cię nie oszukała.

Gdy się stałeś tak mądry, po tylu doświadczeniach,

już zrozumiałeś, co znaczą Itaki”.

Konstandinos Petru Kawafis, Itaka

„Większość ludzi prowadzi życie w cichej rozpaczy”.

Henry David Thoreau, Walden, czyli życie w lesie

„Życie staje przed sztuką ze zwierciadłem…”

Oscar Wilde, Zanik kłamstwaWiatr

Wiatr hula po Madrycie. Uderza w budynki, świszcze w oknach, kruszy gzymsy i z huraganową mocą wygina gałęzie drzew. Podwiewa płaszcze przechodniów, zanurza ich w wirze suchych liści, papierów i kurzu; ciągnie ich za włosy, plącze i unosi kosmyki. Wśród morza tańczących po madryckich ulicach wzburzonych włosów wyróżniają się te ogniste, przemierzające właśnie Plaza del Ángel. Flora idzie na spotkanie. Stawia kroki z trudem, przyciska do siebie torebkę, obejmuje się ramionami. Skąd wziął się ten piekielny wiatr, i to właśnie dzisiaj, myśli, przygryzając dolną wargę, i natychmiast tego żałuje; właśnie zjadła czerwoną, dobraną pod kolor włosów szminkę. Kilka metrów dalej znajduje się kawiarnia Central, w której ma się spotkać ze swoim kochankiem. Przychodzi piętnaście minut przed czasem, ze ściśniętym żołądkiem.

Flora otwiera drzwi kawiarni nie jak Flora Gascón, która tego ranka przetłumaczyła na angielski sekrety obsługi miksera, ale jak kobieta, która po pracy poszła na zakupy i zaopatrzyła się w biustonosz i koronkowe figi koloru fioletowego. Wybór stolika zajmuje jej kilka minut. Obserwuje wolne miejsca i szuka jak najbardziej ustronnego, jak najbardziej odpowiadającego jej wyobrażeniom o ponownym spotkaniu z Paulem. Ostatecznie wybiera oddalony od wejścia stolik przy ścianie, do którego nie dochodzi szum wiatru. Zamawia piwo; jest za piętnaście siódma i uważa, że jeszcze za wcześnie na coś mocniejszego. Poprawia szminkę. Do piwa dostaje talerzyk bakalii, których nie tyka, choć od wczorajszego wieczora niemal nic nie jadła. Jej frykasami były chudy rosołek i plasterki szynki z indyka, ale dzięki temu udało się jej zrzucić pół kilo. Położyła telefon na stole. Do siódmej brakuje jeszcze dwunastu minut. Tym razem powiedziała mężowi, że prześpi się u jednej ze szkolnych koleżanek, którą spotkała na piątkowej kolacji. Byłyśmy bardzo dobrymi przyjaciółkami w dzieciństwie i chciałybyśmy spotkać się ponownie, tym razem sam na sam. Taka noc będzie idealna, żeby nadrobić zaległości. „Długie wyjaśnienia mogą być podejrzane”, Flora powie później Deidé. „W co tym razem pogrywasz, Florciu?” „Chyba zobaczył malinkę na szyi, a przecież tak starałam się ją czymś zakryć”. „Spytaj samą siebie, kochanieńka, czy aby na pewno tak bardzo nie chciałaś, by ją zobaczył…”

W kawiarni Central króluje łagodne światło. Lokal zdaje się bezpiecznym azylem. Koncert jazzowy zaczyna się dopiero za kilka godzin. W powietrzu unosi się zapach kawy i oparów mleka. Flora czyta wiadomość od Paula:

Floro z bajki, śpij dziś ze mną w hotelu… Obudźmy się razem…

Nie powiedziała mu, że ma męża, on o to nie pytał, ale Flora czuje, że się tego domyśla. A może nie?

Floro, wymkniesz się dzisiaj, żeby spędzić wspólnie czas?

Wymknąć się? Wypija łyk piwa, dwa. Jest mężatką od dziewięciu lat, od trzech nie nosi obrączki, a jej mąż nigdy nie spytał dlaczego. Miała już gotową odpowiedź: nie włożę jej, dopóki nie poczuję jej na nowo; odpowiedź zgniła już od środka. Zapaliłaby, ale jak tu opuścić stolik i wyjść na wichurę, zresztą już samo odpalenie papierosa byłoby heroicznym wyczynem.

Za dziesięć siódma, zamyka oczy, bierze głęboki wdech. Nie lubi wychodzić z domu bez książki, którą właśnie czyta, czuje się wtedy osierocona, ale torebka, którą wybrała do seksownego zestawu spódnica plus szeroki sweter, jest zbyt mała. Teraz nawet nie byłabym w stanie czytać, pociesza się.

Do siódmej brakuje siedmiu minut, wykręca dłonie. Kolejny łyk piwa, które ledwo mieści się w żołądku.

Będzie na czas? Kiedy drzwi kawiarni otwierają się i do środka wpada powiew wiatru, Flora odczekuje kilka sekund, by sprawdzić, czy to on. Patrzy z ukosa. Udaje, że bawi się piwem. Za pięć siódma. Mrowienie stóp i dłoni. W głowie pojawia się obraz męża siedzącego przed telewizorem przez całe sobotnie popołudnie. „Telewizja jest jak wielki cycek”, mówi Deidé, kiedy Flora się skarży. „Ssiemy i ssiemy, co tylko nam da, i nażeramy się tak, że już nic nam więcej nie potrzeba”.

Jeszcze cztery minuty do siódmej. Zaczyna się pocić. Wzięła ze sobą wisiorek Paula, ale teraz nie wie, czy powinna mu go oddać. Mało prawdopodobne, by sądził, że to ona go ma. Pewnie myśli, że go zgubił. Ale kim jest Alisha? A jeśli on też jest żonaty? Nosił tylko srebrny pierścień z szarym kamieniem. Co tak naprawdę wie o Paulu? Czym się zajmuje? Za dwie siódma… Piwo. Więcej piwa. Jasne. Flora pogrąża się w marzeniach. Spija saharyjskie wydmy, o których mówił Paul. Wyobraża sobie, jak siedzą we dwójkę na grzbiecie wielbłąda, ona ubrana w szaty Salome, on, jak mówi Deidé, to Lawrence z Arabii, z błękitnymi, świdrującymi oczami spozierającymi zza chusty. Flora uśmiecha się. Wyobraża sobie, jak leży w pełnej daktyli i miękkich liści oazie pod ciężarem Paula, otulona morskim zapachem, który w niewytłumaczalny sposób wydziela jego tors. Potem wraca do hotelu przy Gran Vía, do czerwonych ścian, gdzie dwa dni wcześniej zacałowywali się na śmierć.

Punkt siódma. Słychać, jak wiatr uderza w oddzielające wejście od sali przepierzenie, światła na ulicy i w kawiarni gasną. Nikt się nie rusza. Tylko szmer zakłóca panującą wokół ciemność. Kelner zapala świeczkę na barze, drzwi nagle otwierają się w akompaniamencie ryku wiatru, ale nikt nie wchodzi. Kawiarnię wypełnia woń wilgoci. Jeden z klientów wstaje i z trudem zamyka drzwi. Flora wzdryga się, dostaje gęsiej skórki.

Siódma piętnaście, światła ulicznych lamp oraz kawiarnianych żyrandoli ponownie się zapaliły. Flora zamówiła jeszcze jedno piwo. Ani śladu Paula. Sprawdza, czy nie ma nowych wiadomości, zastanawia się, czy do niego zadzwonić, jeszcze za wcześnie, może po prostu jest spóźnialski, mówi sobie, wkładając do ust pierwszą garść bakalii, po której przychodzą kolejne, aż w końcu o siódmej trzydzieści talerzyk jest pusty, a do kawiarni wchodzi ciężarna kobieta. Flora przewraca oczami, jej puls przyspiesza. Floro, nie zostało ci zbyt wiele czasu na zostanie matką. Piwo przypomina klepsydrę. Bąbelki są niczym ziarenka piasku, odliczające czas jej przekleństwa. Patrzy na swój brzuch, uwypuklony przez słodką rozpustę, której oddaje się w chwilach desperacji. Jest pusty jak u Yermy z dramatu Lorki, myśli, opustoszały w oczekiwaniu na życie, które ma jej dać nieodpowiedni mężczyzna. Łzy stają jej w oczach, spływają na stolik, a ona pije, by zagłuszyć smutek. Kelner przynosi jej jeszcze jeden talerz bakalii, a ona z wdzięczności pakuje do ust garść gorzkich migdałów.

O ósmej dzwoni do Paula. Telefon jest wyłączony lub poza zasięgiem. Sprawdza ostatnią wiadomość, jaką wysłał do niej o szóstej trzydzieści:

Jestem zdany na łaskę wiatru, moja droga Floro z bajki, ale idę Cię szukać…

Prosi o rachunek, ale płaci dopiero po upływie kolejnych dwudziestu minut. W tym czasie czeka i czeka, zwracając uwagę na każdego, kto wchodzi w poszukiwaniu schronienia. Wychodzi o wpół do dziewiątej. Madryt wita ją huraganowym uderzeniem, a może to z jej piersi wieje smutkiem. Spaceruje po ulicach, paląc papierosa, szuka kierunku, w którym mogłaby pójść. Ma wrażenie, że nieliczne samochody drżą tak samo jak ona, że drzewa podszeptują pytania, które zadaje sobie w głowie. Jeszcze raz dzwoni do Paula, bez skutku. „Kolejny dupek, kochanieńka, który cię rozpalił i wystawił do wiatru. Wracaj do domu i zapomnij o nim”, wyraźnie słyszy słowa Deidé, ale nie czuje się na siłach, by do niej zadzwonić. Zatrzymuje się na światłach. Na jednej z fasad wyróżnia się billboard jakiegoś klubu, niebieskie litery zapalają się i gasną. Przypomina sobie neon hotelu przy Gran Vía, po przebudzeniu z miłosnego uniesienia, i kieruje się w tamtą stronę.

* * *

– Dobry wieczór – duka Flora.

Hotelowy hol jest pusty i tylko recepcjonista patrzy na nią uważnie: rozmazana czerwona szminka, zaczerwienione oczy.

– Wynajęła tu pani pokój?

– Chciałam spytać o jednego z waszych gości. Ma na imię Paul.

– Paul… A nazwisko, proszę pani?

– Nie wiem. – Flora wykręca sobie ręce.

– To może zna pani chociaż numer pokoju? – Mężczyzna patrzy na nią nieufnie.

Cisza. Flora usilnie próbuje odnaleźć go w pamięci.

– Na drzwiach naklejone były trzy złote cyfry. – Niemal natychmiast czuje, że robi z siebie pośmiewisko.

– Jak w wielu hotelach, proszę pani. Ma pani może więcej informacji na temat gościa?

– Niebieskie oczy, ciemne włosy… – jąka się. – Chcę tylko wiedzieć, czy nadal tu mieszka.

– Nie mogę pani pomóc.

– Piątek wieczorem… nie pamięta mnie pan? Przyszłam tu z nim. – Głos się jej łamie, próbuje powstrzymać szloch.

Recepcjonista patrzy na nią z pogardą.

– To zależy od godziny, ja kończę o jedenastej. Jeśli już, to pewnie widział panią mój kolega, drugi recepcjonista.

– Więc pana tutaj nie było…

– Jeśli przyszła pani po jedenastej, to nie.

– W takim razie spytam jego.

– Proszę bardzo, ale jeśli nie ma pani więcej informacji…

– Mówi pan, że zaczyna o jedenastej?

– Tak jest – potwierdza mężczyzna, patrząc na zegarek i unosząc brwi.

– Przyjdę więc później.

Flora odchodzi od kontuaru, w głowie kłębi się wiele myśli. Wychodzi na zewnątrz. Pali, ale robi się jej niedobrze. Spaceruje wzdłuż Gran Vía w stronę Plaza de Callao, uliczne billboardy są niczym zjawy. Ponownie wyciąga telefon – ani śladu Paula. Sprawdza WhatsAppa – jest niedostępny. Dzwoni do niego – odzywa się tylko mechaniczny głos sekretarki. Przeczesuje włosy ręką i przetrząsa wspomnienia. Nie może sobie przypomnieć numeru pokoju. Widzi jedynie twarz Paula, jego czarny płaszcz, jego pieszczące jej szyję palce, gdy otwiera drzwi. Przechodzi koło kawiarni i postanawia wypić coś ciepłego w oczekiwaniu na jedenastą. Gdybym tylko miała przy sobie książkę, od razu czułabym się lepiej, myśli. Nagle nawiedza ją obraz książki Paula, która leżała na hotelowym biurku. Mgły Tangeru, mówi na głos. Autor? To była kobieta, nie słyszała o niej wcześniej. Nur, Bella Nur. Flora zmienia kierunek, zostawia w tyle kawiarnię i idzie w stronę wciąż jeszcze otwartej księgarni, znajdującej się w jednym z domów handlowych.

– To nowość, wyszła w ubiegłym miesiącu – mówi sprzedawczyni, sprawdzając tytuł w systemie. – Zaraz ją pani przyniosę.

Kiedy Flora wraca na Gran Vía z książką Paula w siatce, czuje, jak targający Madrytem wiatr uspokaja się. Niebo staje się kryształowe. Telefon dzwoni, a serce zaczyna bić jak szalone. To jej matka. Zapala papierosa i odbiera.

– Gdzie jesteś, Floro? Słyszę hałas.

– Przy Gran Vía.

– Zwieje cię przy takiej pogodzie.

– Nie martw się, mamo, z moją wagą to niemożliwe.

– Co też opowiadasz.

Flora zaciąga się głęboko i wypuszcza dym.

– Palisz?

– Nie, mamo.

– Mówiłaś, że już rzuciłaś. To twoje życie, ale pamiętaj, że twoje płuca mogą tego nie wytrzymać i się pochorujesz.

Flora powstrzymuje się od kaszlu.

– No i to fatalnie wpływa na płodność, córeczko. W ten sposób niczego nie osiągniemy. Wiesz przecież, że tylko ty możesz mi dać wnuki.

– Wiem, mamo. – Odsuwa telefon i zaciąga się raz jeszcze.

Flora jest jedynaczką od trzeciego roku życia, kiedy to jej starsza siostra zmarła na zapalenie opon mózgowych. Prawie jej nie pamięta. Była podobna do matki, miała jasnokasztanowe włosy i brązowe oczy, jako pierworodna nosiła jej imię. Dobrze to wie, bo wychowała się otoczona zdjęciami zmarłej dziewczynki. Zawsze było ich więcej niż fotografii tej żywej, dziewczynki z przeklętymi włosami. Włosami winnymi wszystkich wybryków, wszystkich uchybień, choć wcale nie było ich znów tak dużo. Jej siostra nie popełniłaby żadnego.

– A test owulacyjny?

– Muszę go wykonać jutro, mamo.

– No to nie pal przynajmniej do tej pory. A tak w ogóle, to co robisz w Madrycie przy takiej pogodzie?

– Muszę kończyć, mamo, wchodzę do restauracji.

Rozłącza się.

Już prawie wpół do dziesiątej. Ma jeszcze sporo czasu, zanim będzie mogła wrócić do hotelu. Nie chce znowu spotkać recepcjonisty, który wziął ją za wariatkę.

Szuka schronienia w przyległej do domu towarowego kawiarni. Chce najpierw dotknąć okładki, z namaszczeniem otworzyć książkę, powąchać ją; tak właśnie wita książki w swoim życiu, tak stają się jego częścią. Po co ją kupiła? Co chce osiągnąć, czytając tę samą powieść co Paul? Czy nie jest to jakiś absurdalny sposób na zbliżenie się do niego? Musi go poznać, musi znaleźć odpowiedź, jeśli on sam nie chce jej udzielić. Nie może znieść myśli o powrocie do domu, do swojego zwykłego życia, o puszczeniu go w niepamięć. Musi wiedzieć, dlaczego nie przyszedł na spotkanie. Zamawia zupę krem z warzyw i pogrąża się w lekturze.

* * *

Flora kieruje się w stronę hotelu, przyciskając książkę do piersi niczym tarczę. Ma nieobecny wzrok.

Recepcjonista z nocnej zmiany znowu uderza kciukami w nowego iPhone’a. Gdy zauważa nadchodzącą Florę, chowa go pod kontuar.

– Szuka pani pokoju?

– Czy pracował pan w ten piątek po jedenastej?

– Tak jest, proszę pani.

– Pamięta mnie pan? Przyszłam tu z mężczyzną, jednym z hotelowych gości, koło pierwszej w nocy, potem wyszłam sama około wpół do czwartej.

Chłopak przygląda się Florze. Ona czerwieni się. Patrzy na niego błagalnie.

– Nie przypominam sobie. Byli państwo w recepcji?

– On miał klucz do pokoju.

– Zgubiła pani klucz?

– Chciałabym wiedzieć, czy nadal tu mieszka.

Chłopak zaczyna przyglądać się jej z zainteresowaniem.

– Proszę podać numer.

– Numer… – powtarza cicho. – Pozłacane cyfry…

– Słucham?

– Nie pamiętam numeru.

Recepcjonista zauważa, że Flora przygryza dolną wargę.

– Pokój jest na nazwisko pani czy pani przyjaciela?

– Na jego.

– Proszę podać nazwisko.

Flora czuje wewnętrzny ucisk. Puls szaleje, krew buzuje w całym ciele. Spróbuję, myśli, nie mam nic do stracenia. Otwiera książkę na zaznaczonej stronie i szuka wzrokiem konkretnej linijki.

– Dingle – duka. – Paul Dingle.

– Chwileczkę. – Chłopak sprawnie wstukuje dane.

Flora krąży między końcami kontuaru, cały czas przygryzając wargę.

– Jest. Dingle, Paul. Pokój sto szesnaście. Ale zwolnił go dziś po południu. Nie ma już go w hotelu.

Flora patrzy nieobecnym wzrokiem. Na jej piersi osiada lodowata mgła.Mgły Tangeru

rozdział I

24 grudnia 1967 r.

Dziś przypada rocznica zniknięcia mojego kochanka. Już od szesnastu lat każdego 24 grudnia powracam do portu w Tangerze, gdzie widziałam go po raz ostatni. Moje stopy zbliżają się do krawędzi molo, chcą wyskoczyć, jak tej nocy, gdy go straciłam. Wbijam wzrok w horyzont, w to ogromne, utworzone przez wody Cieśniny Gibraltarskiej lustro i stoję tak godzinami, przywołując w pamięci to, co się nam przydarzyło.

Tamtej fatalnej nocy 1951 roku huraganowy wiatr szalał nad miastem i nad morzem już od wczesnych godzin popołudniowych. Przybrał na mocy wraz z nadejściem zmierzchu i przyniósł ze sobą gęstą, gorzką mgłę, która pożerała wszystko, co stawało jej na drodze. Widziałam, jak mój ukochany wchodzi w nią, widziałam, jak wichura wciąga jego sylwetkę i prowadzi ją ku przepaści.

Dwa lata wcześniej, na tym samym molo, podszedł do mnie Matías Sotelo, mój powiernik. Zarządzałam małym, znanym z nocnych przyjęć hotelem w medynie i równocześnie zajmowałam się kontrabandą tytoniu. Towarzyszący Matíasowi mężczyzna był wysoki, o długich kościach, miał ciemne, proste, opadające na czoło włosy i niebieskie, nieodgadnione oczy. Dopiero co zszedł z płynącego z Malezji frachtowca. Pachniał morskim potem i smołą. Wyciągnął opaloną rękę, na jednym z palców miał srebrny pierścień z szarym kamieniem, i przedstawił się:

– Paul, Paul Dingle.

Miał francuski akcent, ale mówił płynnie po hiszpańsku, o czym wspomniał mi wcześniej Matías. Był ubrany z właściwą życiu na głębokich wodach skromnością, ale jego prezencja i maniery szybko zdradzały pochodzenie, które miałam niebawem odkryć.

Po jego utracie rzuciłabym się do cieśniny, lecz inne wydarzenia z mojego życia, a przede wszystkim obietnica, jaką złożyłam sobie w dzieciństwie, uniemożliwiły mi to. Oto moja historia.

Nazywam się Marina Iwanowna. Moi rodzice kochali się miłością zakazaną. Przez to mieszkaliśmy we francuskim domku na przedmieściach Tangeru, o szarawej fasadzie i kamiennym ganku, z ogrodem, w którym bugenwille rosły tak jak ja, na wolności. Zesłanie to zawdzięczaliśmy rodzinie mojej matki – było jednym z warunków, jakie musiała spełnić, by nadal pozostać w rodzinie. Ochrzciła się, by poślubić mojego ojca, rosyjskiego chrześcijanina obrządku prawosławnego, który przybył do miasta w 1905 roku z zamiarem krótkiego pobytu w Tangerze. Nie mógł przypuszczać, że to właśnie w tym mieście zakończy swój żywot. Zaniepokojony rewolucyjnymi zamieszkami w ojczyźnie, wykorzystał okazję do podróży w celu rozwinięcia interesu polegającego na handlu jedwabiem i dziełami sztuki. Pochodził z wysoko postawionej mieszczańskiej rodziny moskiewskiej, skoligaconej od strony ojca ze szlachtą. Oni również nie kwapili się do zaakceptowania jego małżeństwa z Żydówką sefardyjską o spokojnych oczach, jaką była moja matka, i to nawet po jej konwersji.

Zamieszkanie w owym domu było pierwszą próbą miłości mojego ojca do mojej matki: nie był przyzwyczajony do wypełniania rozkazów i charakteryzował się, jak to ona określała żartobliwie, stepowym poczuciem honoru; druga, ostateczna próba miała nastąpić po jej śmierci. Odmówił jej pochówku, tak prawosławnego, jak i żydowskiego. Zamówił kryształowy sarkofag i postawił go w salonie, otaczając narcyzami i różami. Stracił zmysły do tego stopnia, że doszedł do przekonania, że jeśli będzie wystarczająco gorliwie prosił Boga, ten uchroni ciało jego żony od rozkładu. Czuwaliśmy przy niej dzień i noc na pokrytych czerwonym atłasem klęcznikach, a ja, pięcioletnia dziewczynka, płakałam bezgłośnie. Moi rodzice rozmawiali między sobą po francusku, ale matka modliła się po hiszpańsku, w języku, który wyssałam z jej mlekiem i dzięki któremu poznałam świat. Choć początkowo ustalili, że wychowają mnie w wierze ojca, matka po kryjomu wprowadzała mnie w meandry judaizmu. Miałam również piastunkę z Rifu, Ankarę, która usypiała mnie, szepcząc mi do snu sury z Koranu. Dzięki temu mogłam pytać wszystkich znanych mi bogów, jak to możliwe, że kilka tygodni wcześniej spacerowałam po medynie, trzymając matkę za rękę; za tę samą rękę, która teraz, zimna i sztywna, nieuchronnie ulegała rozkładowi pod wpływem majowego słońca. Jak to możliwe, że nie mogłam słyszeć jej głosu, rozweselającego jej spotkania z żydowskimi przyjaciółkami, na które tak lubiłam z nią chodzić. Zbierały się na zapleczu sklepu andaluzyjskiej modystki, piły czekoladę i rozmawiały, podczas gdy ja plątałam się we wstążkach, przystrajałam w tiule i jedwabne kwiaty z ich nowych kapeluszy, a moja matka się śmiała. Zamówiła słomiany kapelusz z atłasową wstążką do jej kostiumu pasterki. Był rok 1913 i miał odbyć się bal maskowy z okazji wielkiego otwarcia Teatru Cervantesa. Matka pozwoliła mi patrzyć, jak przebiera się na przyjęcie. Ubrała się w białą, sięgającą do połowy łydki sukienkę przewiązaną różowym paseczkiem, w ręku dzierżyła drewniany pastorał i towarzyszyła jej żywa gęś, którą niespodziewanie przyniósł ojciec, a która chodziła za nią krok w krok. W tej właśnie białej sukience zaczęła się jej niedola. Wróciła do domu z plamą krwi na piersi, zwiastunem ostrej gruźlicy, która miała wpędzić ją do grobu.

Rodzice mojej matki przyszli po jej ciało, straszyli mojego ojca, że jeśli nie przestanie dopuszczać się świętokradztwa, zamkną go w domu wariatów, a mnie zabiorą. Poprosił ich, by dali mu jeszcze jeden dzień. Kilka godzin później do domu przybył człowiek, który zaczął malować usłane kwiatami ciało matki. Następnie mój ojciec czuwał przy niej w samotności przez całą noc. O świcie zniknęła z naszego życia na zawsze. Ankara, ze łzami w oczach, spakowała moje walizki, zamknęła dom, zamieniając go w pokrytą prześcieradłami zjawę, i wyruszyliśmy w podróż do Moskwy. Po miesiącu, kiedy już wprowadziliśmy się do smutnego domiszcza należącego do rodziny mojego ojca, niejaki monsieur Conrad przysłał do nas z Paryża skrzynię w kształcie trumny. W środku znajdowała się wykonana przez jakiegoś mistrza rzemieślnika woskowa figura mojej matki. Ojciec położył ją w swojej sypialni na pokrytym adamaszkiem łożu i znów oddał się szaleństwu wiecznego czuwania. Zabronił mi wstępu do pokoju, a nawet zbliżania się do niego, i przekazał mnie w ręce szarej opiekunki, która za każdym razem, gdy mnie myła lub przebierała, cedziła przez zęby: „Żydówka”.

Mieszkałam w Rosji aż do 1917 roku. Moskwę ogarnęła chaotyczna krwawa rewolucja. Rodzina mojego ojca znalazła się w niebezpieczeństwie, więc musieliśmy uciekać.

Błagałam ojca byśmy wrócili do Tangeru, miasta, w którym urodziłam się ja i moja matka, gdzie byliśmy szczęśliwi, do francuskiego domku, który po niej odziedziczyłam. Na kilka dni przed podróżą jacyś mężczyźni przyszli do domu, by spakować woskowe ciało mojej matki. Nigdy nie dowiedziałam się, jak w tych niespokojnych czasach udało się ojcu zorganizować jego wysyłkę do Tangeru; przybyło tam kilka dni po nas. Od tamtego momentu ojciec zaczął przygotowywać się do wyjazdu z entuzjazmem; wszak nie uciekał przed śmiercią z rąk rewolucjonistów, a wyruszał w podróż ku ponownemu spotkaniu z ukochaną.

Opuściliśmy Moskwę z końcem listopada, w południe. Śnieg padał przez całą noc i pola okryły się białym płaszczem. Ojciec kierował sankami, uderzając grzbiety psów, a ja zobaczyłam w oddali na poboczu jakiś kształt, który zaburzał dziewiczą doskonałość śniegu.

– Zatrzymaj się, ojcze – poprosiłam.

– Nie ma czasu na sentymenty, Marino.

– Tylko na chwilę.

Popatrzył na mnie z niechęcią i zgodził się. Zeszłam z sanek, okryta grubym kożuchem z zakrywającym część twarzy kapturem, i zbliżyłam się do tobołka, który zwrócił moją uwagę. Był to leżący twarzą do ziemi chłopiec, mógł mieć jakieś dwanaście czy trzynaście lat, był niewiele starszy ode mnie. Myślałam, że nie żyje, ale kiedy śnieg zaskrzypiał pod moimi stopami, odwrócił powoli twarz w moją stronę. Patrzył na mnie zielonymi oczami, zaskoczony nieuchronnością swojego przetrąconego losu. Uśmiechnęłam się do niego. Samotność płynęła strumieniami z jego krwistych ust. Kucnęłam przy nim i uchyliłam poły płaszcza, by go okryć, gdy nagle usłyszałam kroki ojca, który rozkazywał mi wrócić. Chłopiec chciał się podnieść, w prawej dłoni trzymał niewielki sierp, ale brakło mu sił, upadł, opluwając mnie wcześniej. Zostawił na mojej sukience nieszczęsną plamę. A w ojcu jakby obudziły się najbardziej bolesne wspomnienia, zaczął kopać chłopca, aż ten przestał się ruszać, a potem popchnął jego ciało z górki. Zalana łzami pobiegłam w stronę turlającego się ciała.

– Ojcze, ja go chciałam uratować, był tylko dzieckiem, jak ja.

– Był zagrożeniem – odpowiedział i skierował się ku sankom. – Jedziemy! – krzyknął. – Może ich tu być więcej.

Dobiegłam do chłopca. Jego otwarte oczy patrzyły w niebo. Jego rozpostarte na śniegu ramiona sprawiały, że wyglądał jak zdjęty z krzyża Chrystus. Stałam przy nim przez chwilę, wsłuchując się w ciszę, tak jak przed laty wsłuchiwałam się w ciszę matki. Następnie, ciągle na niego patrząc, odmówiłam po modlitwie z każdej znanej mi religii. I tam, patrząc śmierci prosto w oczy, przysięgłam, że nigdy nie odbiorę żadnego życia, nawet własnego, ponieważ życie to największa świętość i nic nie usprawiedliwia zabijania.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij