-
nowość
Między nami pada deszcz - ebook
Między nami pada deszcz - ebook
Górny Śląsk, wrzesień 2004 roku. Konrad Szostak, za namową przyjaciółki, zostaje dziennikarzem w nieistniejącej już tyskiej gazecie, gdzie płaci mu się za wymyślanie sensacyjno-fantastycznych historii o lokalnym kolorycie. Problem w tym, że Konrad nie wie, jak przełamać niemoc twórczą. Wracając po latach do Tychów, nie potrafi też przestać myśleć o dziewczynie, która zniknęła z jego życia pięć lat wcześniej i której twarz dostrzega nagle w kimś jeszcze. "Między nami pada deszcz" to gorzko-zabawna opowieść o mężczyźnie, który ucieka przed dorosłością w alkohol, fikcję i nieodpowiednie kobiety, oraz o górnośląskich miastach podtapianych jesiennymi ulewami.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna polska |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 613 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Późnym latem dwa tysiące czwartego roku, w moim stosunkowo spokojnym i przewidywalnym życiu, zaczęły zachodzić pewne zmiany.
Ledwie kilkanaście lat minęło od upadku komunizmu, a Kraj krzątał się już po podwórku Unii Europejskiej. Ludzie do samego końca zdawali się temu nie dowierzać, jakby niepewni, czy nie wkręca się ich czasem w kolejny, starannie zaplanowany żart. A śmiano się przecież coraz mniej. Ostatni lewicowy rząd dogorywał w ławach Sejmu RP. Mijały czasy przaśnych, rozpitych do czerwoności twarzy, niemieckich gwiazd pop z nienagannymi, amerykańskimi akcentami oraz udanych filmów historycznych. Natura nie lubi jednak próżni. W miejsce starego nadchodziło nowe albo stare ucharakteryzowane na nowe. Nowe gwiazdy pop, ekranu i raczkującego internetu. Nawet Krzysztof Krawczyk powrócił z niebytu, wyczuwając nosem dobrą koniunkturę.
Właśnie w takich czasach, wraz z ostatnim dniem sierpnia, odszedłem z pracy, w której spędziłem ostatnie osiem lat życia. Trzy miesiące wcześniej, jednej z tych bezsennych nocy, kiedy człowiek robi sobie w głowie rachunek sumienia z codzienności, zrozumiałem, że jeśli niedługo czegoś nie zmienię, to prawdopodobnie ugrzęznę w agencji do samej emerytury. Nie miałem wtedy na oku żadnej innej oferty pracy, nie byłem skłócony z kierownictwem czy współpracownikami. Po prostu zrodziło się we mnie pewne szczególne przekonanie, że koniecznie należy przenieść swoje życie na inne tory. Nie odczuwałem w związku z nim żadnej wątpliwości czy strachu przed przyszłością. Teraz gdy o tym myślę, wydaje mi się, że w ogóle rzadko zdarzało mi się jakoś dogłębnie analizować możliwe konsekwencje swoich decyzji.
Pracowałem wtedy jako raczej podrzędny grafik w lokalnej, katowickiej agencji reklamowej. Była to stabilna, nie najgorzej opłacana posada i znajomi raczej mi jej zazdrościli. Kiedy dochodziło do sytuacji, w której musiałem już kogoś poinformować, że rzucam pracę i na dodatek nie czeka na mnie żaden inny pracodawca, patrzano na mnie tym specyficznym wzrokiem, w którym troska miesza się z niedowierzaniem. Zupełnie jakby ludzie z miejsca nabierali podejrzeń, że zmagam się z ciężką depresją albo zapadłem na jakąś nieuleczalną chorobę. Oczywiście, nic z tego nie było prawdą.
Przez ostatnie lata zdołałem zaoszczędzić nieco pieniędzy, na których wydanie i tak nie miałem żadnego ekscytującego pomysłu. Nie byłem typem osoby, która każdy kolejny urlop wypełnia sobie podróżami do egzotycznych krajów albo spłaca równocześnie kilka kredytów. Prowadziłem skromne życie w stolicy Górnego Śląska. Bez żony, dzieci, ani żadnych skonkretyzowanych planów na dalszą przyszłość.
Pomysły takie jak ten o nagłym rzuceniu pracy zwykle rozmywają się gdzieś pod przymkniętymi powiekami, przepadają w odmętach głębokiego snu i nazajutrz człowiekowi pozostaje już po nich tylko uśmiech politowania. Jednak tamtej nocy, owa konkretna chęć towarzyszyła mi do samego rana, w ciągu kolejnego kwartału utwierdzając się w mojej głowie, tak jak korzenie epipremnum zagnieżdżają się w glebie ciasnej, parapetowej doniczki.
Minęły trzy miesiące okresu wypowiedzenia, minęły dziwne spojrzenia, natrętne pytania oraz nieliczne próby przemówienia mi do rozsądku, w których przodowali, jakże by inaczej, moi rodzice. Zostawiłem za sobą spory kawałek wcześniejszego życia, właściwie nie odczuwając z tego powodu żadnego żalu.
Pierwsze dni września spędziłem na odpoczynku.
Zazwyczaj przesiadywałem wtedy do późna przed komputerem, sącząc powoli piwo i słuchając muzyki. Budziłem się nieco przed południem, a potem wychodziłem na zakupy, albo, jeśli sprzyjała pogoda, wyciągałem z piwnicy rower i jeździłem po okolicach, dzień w dzień zapuszczając się w miejsca, których jakoś niedane mi było do tej pory odwiedzić.
Jako że zbliżała się powoli jesień, słońce coraz rzadziej wyglądało zza chmur i pod wieczór robiło się już nieco zimniej, co w pewnym stopniu sprzyjało takiemu mało wydajnemu trybowi życia.
Drugiego tygodnia mojego bezrobocia, wczesnym poniedziałkowym popołudniem, odezwał się domowy telefon.
Wstałem kilka godzin wcześniej, sprawdziłem w sieci wiadomości, a potem zjadłem lekkie śniadanie. Ledwie wszedłem pod prysznic, kiedy usłyszałem dochodzący z salonu dzwonek połączenia. Zastygłem na moment w bezruchu, ze wzrokiem utkwionym w mydelniczce, ale ostatecznie postanowiłem zignorować telefon. Wydawało mi się wątpliwe, żeby ktoś miał mi do przekazania o tej porze jakąś szczególnie ważną informację.
Telefon dzwonił przez pół minuty, a potem zamilkł i więcej się nie odezwał. Skończyłem się myć i starannie wytarłem ciało ręcznikiem. Stanąłem przed lustrem, ścierając zeń dłonią wilgoć, po czym zabrałem się za czyszczenie zębów.
Blada cera – to od pracy przy komputerze. Sine cienie pod głęboko osadzonymi oczami – to po matce. Trochę zbyt chuda twarz – zwykła drwina genetyki. Wyplułem pianę, przepłukałem gardło, zakaszlałem i narzuciłem na siebie bawełnianą koszulę.
Jakby w obawie, że zbliżanie się do aparatu może ponownie zbudzić go do życia, przez pewien czas przekonywałem samego siebie, że zupełnie nie interesuje mnie, kto dzwonił. Oczywiście, długo w taki sposób żyć się nie da.
Na wyświetlaczu widniał numer Nadii – zasadniczo jedynej koleżanki ze studiów, z którą wciąż utrzymywałem kontakt. Wpatrywałem się przez moment w znajomy ciąg liczb, a potem westchnąłem i wcisnąłem przycisk połączenia zwrotnego.
– Konrad, czy naprawdę tak trudno jest odebrać, kiedy ktoś dzwoni? – przywitała mnie nieco zirytowanym głosem.
– Przecież oddzwaniam.
– Zawsze oddzwaniasz, ale nigdy nie odbierasz. Wiesz, jak takie coś irytuje ludzi?
– Brałem prysznic – odparłem. Nie wydawało mi się, żeby poza Nadią ludzie w ogóle przykładali uwagę do podobnych rzeczy. Ja, w każdym razie, tego nie robiłem. – Ale dobrze już, co się dzieje?
W słuchawce zaszumiało westchnienie.
– Nie znalazłeś jeszcze żadnej pracy, prawda?
– Jezu – jęknąłem. – Przecież zwolniłem się dopiero tydzień temu. Nie bój się, na razie nie głoduję.
– Właśnie, że się boję. Pracowałeś kiedyś w redakcji, prawda?
– Redakcji?
– Chodzi mi o gazetę, dla której pisałeś.
Zamilkłem na moment, zdziwiony, że w ogóle o tym pamięta. Lata temu, żeby dorobić na studiach, parałem się najróżniejszymi, dorywczymi zajęciami, w tym również pisaniem, ale zdecydowanie nie można było nazwać tego prawdziwą pracą.
– Nic mi o tym nie wiadomo – odparłem z udawaną powagą, choć wiedziałem, że Nadia nie da się tak łatwo zbyć.
Zaśmiała się.
– Wyobraź sobie, że kolega Rafała pracuje w redakcji jednej z lokalnych gazet. Jeden z ich pracowników odszedł chyba na emeryturę i szukają kogoś na jego miejsce. Co prawda, na niepełny etat, ale kto wie, jak później się ułoży.
– Nadia – powiedziałem szybko, by uciąć jej słowotok. – Dziękuję, że się starasz, ale wątpię, czy nadaję się do takich rzeczy. Poza tym, ja naprawdę w tej chwili nie szukam pracy. Nie wiem, czemu nikt mnie nie słucha, kiedy o tym mówię.
– Ale przecież nic ci się nie stanie, jeśli do nich zadzwonisz, prawda? To żaden wysiłek, a może akurat by ci się tam spodobało.
– Nadia...
– Super – tym razem to ona nie dała mi dojść do słowa. – Człowiek się martwi o ciebie, pyta po ludziach o robotę, a tobie się nawet nie chce wykonać jednego, głupiego telefonu.
Wbiłem zrezygnowany wzrok w sufit.
– Ta manipulacja nie pozostanie zapomniana.
Zaśmiała się raz jeszcze, po czym podyktowała mi numer telefonu, a ja zapisałem go na marginesie gazetki jednego z marketów. W końcu, jeśli miałbym o nim zapomnieć, byłaby to przynajmniej jakaś wymówka.
Rozmawialiśmy jeszcze przez dwie, trzy minuty, po czym się pożegnaliśmy. Odłożyłem słuchawkę, mierząc ją ponurym spojrzeniem. Jednak telefon nie był niczemu winien.
Nadia przebywała od kilku tygodni na ciążowym zwolnieniu lekarskim. Jej mąż pracował w tygodniu do późna, toteż wraz z postępującą ciążą stawała się coraz częstszym elementem mojego codziennego życia. Dzwoniła do mnie o najróżniejszych porach, czasem nawet wpadała bez zapowiedzi, wypełniając to ciche mieszkanie własną niepohamowaną energią. Nie chciałbym być źle zrozumiany, lubiłem ją i zawsze dobrze mi się z nią przebywało, ale ostatnio odnosiłem wrażenie, że jest jej wokół mnie zbyt dużo.
Przebrałem się i wyszedłem na miasto kupić coś do jedzenia. Wstąpiłem też do księgarni niedaleko rynku, porozglądać się za czymś do poczytania. Kiedy wróciłem do domu, było już wpół do trzeciej. Ugotowałem ryż z warzywami konserwowanymi i sosem pomidorowym, a potem usiadłem na kanapie i jadłem niespiesznie, przeglądając kupiony w Empiku National Geographic oraz słuchając „Wild mood swings” The Cure.
Nieco po siedemnastej wyszedłem pojeździć na rowerze. Jak zawsze ruszyłem na południe, w stronę parku przy muchowieckim aeroklubie, zostawiając za plecami nieprzyjazne dla rowerów zabudowania starego miasta. Chmury, jakby dopasowując się do daty w kalendarzu, zaczęły barwić się szybko na niemal jednolity, jasny popiel. Lekki, chłodny wiatr potrząsał wyblakłymi, wrześniowymi liśćmi przydrożnych kasztanów, musztrując je przed nieuchronnie nadciągającą jesienią.
Wkrótce pociemniało i z nieba lunął gęsty, zimny deszcz. Schowałem się pod daszkiem wiaty dla spacerowiczów i czekając, aż opady nieco się przerzedzą, podśpiewywałem pod nosem „Strange attraction”, naśladując manierę głosu Roberta Smitha. Gdzieś na wschodzie zagrzmiał pierwszy piorun.
Zakląłem pod nosem. Widocznie zbliżała się jedna z tych spóźnionych, letnich burz. Po chwili namysłu wsiadłem na rower, a potem kuląc się pod naporem opadów, pojechałem do domu.
Kiedy dotarłem do mieszkania, zdjąłem mokre, zabłocone ciuchy i wrzuciłem je do pralki. Opłukałem się pod prysznicem, narzuciłem na siebie świeże ubranie, po czym położyłem się na sofie. Przyglądając się ulewie omiatającej za oknem okoliczne drzewa, poczułem, jak spływa na mnie senność.
Przez kolejne trzy dni niemal nie wychodziłem z domu. Deszcz, jakby rozochocony minioną burzą, lał codziennie, z niewielkimi przerwami, od rana do wieczora, czasem również po zmierzchu. Chcąc nie chcąc, coraz mocniej zaczynał dokuczać mi brak aktywności fizycznej. Na samą myśl o wybraniu się na siłownię ogarniało mnie zniechęcenie, zacząłem więc ćwiczyć trochę w domu, ale to jednak nie było to samo, co ruch na świeżym powietrzu.
Wtedy też, ciemnego czwartkowego popołudnia, gdy rozciągałem się w próbie odgonienia bólu pleców, mój wzrok spoczął na komodzie. „Pustka”, przemknęło mi przez myśl. „Dużo pustki”. Ludzie stawiali w takich miejscach wazony z pelargoniami, lampki pokojowe, albo ramki ze zdjęciami bliskich. U mnie była to tylko leżąca przy krawędzi mebla gazetka reklamowa pobliskiego marketu. Przestałem ćwiczyć i chwyciłem ją w dłoń. Na marginesie widniał nagryzmolony kilka dni wcześniej numer telefonu. Nadia dzwoniła od czasu do czasu i przypominała mi o nim, i choć zapewniałem ją, że wkrótce tam zadzwonię, to jednak na co dzień zupełnie o tym nie myślałem.
Opuściłem dłoń z gazetką, ale jej nie odłożyłem. Podszedłem do okna i przez kilka minut wpatrywałem się w podwórko pokryte czarnymi plamami kałuż. Wielkie ciemnoszare krople, raz po raz wstrząsały ich lustrami. Tak jak wczoraj i przedwczoraj. Było to pewnie niemądre – pozwalać pogodzie decydować o takich sprawach, ale tknęła mnie nagle myśl, że może rzeczywiście powinienem tam zadzwonić. W końcu, jak wielki był to wysiłek? Z ociąganiem podszedłem do telefonu. Wystukałem numer i czekając na połączenie, rzuciłem gazetkę do kosza. „Jeśli nie odbiorą, to trudno”, pomyślałem.
Po czterech sygnałach, w słuchawce rozległ się kobiecy głos. Wydawało się, że przerwałem komuś posiłek.
– Redakcja, w czym mogę pomóc?
– Dzień dobry, moje nazwisko Konrad Szostak – przywitałem się. Pomyślałem równocześnie, że poza kilkoma ogólnikami, nie mam właściwie żadnych informacji dotyczących miejsca, do którego dzwonię. – Przepraszam, mógłbym spytać, do redakcji jakiej gazety się dodzwoniłem?
Zdawało się, że kobieta przełyka jedzenie, a potem bierze głęboki oddech.
– Dzwoni pan gdzieś i pyta, co to za miejsce – stwierdziła. – To skąd pan wziął nasz numer?
Zamilkłem. Nie dlatego, że pytanie wydało mi się nieuprzejme, ale pomyślałem, że rzeczywiście źle się do tego zabrałem.
– Widzi pani – powiedziałem, starannie dobierając słowa. – Pracuje u państwa mój dalszy znajomy. Dowiedziałem się od niego, że poszukują państwo pracownika, niestety nie dopytałem…
– A o kogo chodzi konkretnie? – weszła mi w słowo.
Podrapałem się po głowie. Ta rozmowa miała być łatwa, bo w końcu nie zależało mi na pracy, ale nagle znalazłem się w sytuacji, w której musiałem się tłumaczyć. Niespecjalnie mi się to uśmiechało.
– No dobrze, może nieprecyzyjnie się wyraziłem, chodziło mi o znajomego moich znajomych. Nie pamiętam, niestety, jego imienia, ani nazwiska. Ani nawet, zdaje się, rozmiaru buta – dodałem głupio, sam nie wiem po co.
– Pan jest trochę taki żartowniś, tak?
„Jezu”, pomyślałem, zamykając oczy i wzdychając.
– Wie pani co? Nieważne.
„Miłego dnia”, chciałem dodać, ale nie dała mi dokończyć.
– Niech pan czeka. Przekieruję do naczelnego.
W słuchawce coś trzasnęło, zgrzytnęło i po chwili w uchu zadźwięczał mi inny, tym razem męski, głos.
– Damian Błanik, w czym mogę pomóc?
– Dzień dobry, dzwonię w sprawie pracy, moje nazwisko Konrad...
– Miło mi, miło – rzucił, wchodząc mi w słowo. – Pan może z Tychów?
– Prawdę mówiąc, z Katowic – odparłem. – Ale znam trochę Tychy. Tyle że byłem przekonany...
– Rozumiem. Zna się pan może na stronach internetowych?
– Stronach internetowych? – powtórzyłem. – Przepraszam, nie wiem, może źle mnie poinformowano, ale sądziłem, że szukają państwo pracownika trochę innego typu.
– Owszem, szukamy dziennikarza, ale rozumie pan, nie tylko dziennikarza. Albo inaczej – bardziej wszechstronnego dziennikarza. Wszystko ostatnimi czasy mocno się zmienia, rozumie pan. Internet, aktywna reklama, wychodzenie do ludzi i tym podobne. Po głosie poznaję, że jest pan dość młody. Mam rację? Więc coś niecoś o stronach internetowych wiedzieć pewnie pan wie.
– Coś niecoś to bardzo ogólne stwierdzenie.
Westchnięcie.
– Chodzi mi o to, czy byłby pan w stanie, poza wypełnianiem swoich podstawowych obowiązków, prowadzić naszą stronę internetową?
– Tak, myślę, że byłbym w stanie – odparłem po namyśle. W poprzedniej pracy, siłą rzeczy, musiałem przyswoić trochę wiedzy z zakresu budowania stron, więc moderacja nie powinna była sprawić mi zbyt wielu trudności. Jeśli, oczywiście, w grę wchodziła sama moderacja.
– Świetnie. Dałby pan radę przyjechać do nas jutro na rozmowę? Powiedzmy o dziesiątej?
„Jutro o dziesiątej”, powtórzyłem w myślach. „W Tychach”. Nie sądziłem, że to wszystko potoczy się tak szybko. Jednak Nadia miała chyba rację. Co mi szkodziło?
– Tak, myślę, że nie będzie to problemem.
– Bardzo dobrze. Już podaję panu adres. Albo wie pan co – powiedział szybko, jakby coś przyszło mu do głowy – mam jutro trochę spraw do załatwienia na mieście. Wie pan, gdzie jest u nas Park Łabędzi?
– Park Łabędzi? – Zmarszczyłem brwi. – Obok Szpitala Wojewódzkiego, prawda?
– Tak, obok szpitala i kościoła Krzysztofa. Spotkamy się na parkingu przed bramą. A teraz przepraszam, mam kilka pilnych spraw. Do zobaczenia jutro – skończył i nie czekając na moją reakcję, rozłączył się.
Odłożyłem słuchawkę i przez kilka chwil stałem, wpatrując się w aparat. „Spotkamy się na parkingu”, powtórzyłem w myślach. „No dobrze”. Zaparzyłem herbatę, po czym usiadłem przed komputerem. Kolejne pół godziny straciłem na wyszukiwaniu informacji o redakcjach tyskich gazet, ale żadna nie miała siedziby w pobliżu Parku Łabędzi.
„No, przynajmniej coś się dzieje”, pomyślałem nie bez ironii, wstając od komputera. Ubrałem się w kurtkę i z kapturem na głowie wyskoczyłem do pobliskiego sklepiku. Na dworze lało jak z cebra. Woda przelewała się z zatkanych studzienek kanalizacyjnych, tworząc dzikie, brudne potoki. Przez nieuwagę wlazłem w jeden z nich i całkowicie przemokły mi buty, więc resztę dnia spędziłem, grzejąc się przy farelce i grając na komputerze w Heroesów.
Choć w tamtych czasach dorośli ludzie raczej nie chwalili się w towarzystwie zamiłowaniem do gier wideo, ja nigdy nie ukrywałem, że przedkładam tę rozrywkę nad ślęczenie przed telewizorem. Przedłużające się partie w strategiczne turówki pokroju Cywilizacji, Panzer General czy Age of Wonders, zwłaszcza w takie nieprzyjemne, jesienne popołudnia, miały na mnie niemal terapeutyczny wpływ. Było coś uspokajającego w niespiesznym budowaniu imperium, planowaniu posunięć w historycznych bataliach czy odkrywaniu zakątków kolejnych, przepełnionych magią krain. Bez presji rozgrywki w czasie rzeczywistym, bez oglądania się na innych graczy.
Jednak z Heroesami wiązał się pewien problem, którego natury nie potrafiłem wtedy jeszcze zrozumieć. Po spokojnym, wyważonym początku kampanii, za każdym razem docierałem do momentu, w którym dostęp do dalszych, istotnych fabularnie obszarów mapy zagradzały mi na tyle liczebne zgrupowania przeciwnika, że walka z nimi przypominała uderzanie głową w ścianę. Choćbym wracał do gry ze świeżym pomysłem obejścia trudności, czy wydawałoby się przemyślanym planem na ponowne rozpoczęcie misji, wszystko kończyło się zawsze w ten sam, dramatyczny sposób. Nieraz zastanawiałem się, czy inni ludzie miewali z tą grą takie same problemy. Czy była to pospolita rzecz? Nie wiem, jakoś ciężko było mi w to uwierzyć. To raczej ja, wciąż nie do końca świadomy drobnych niuansów rządzących mechaniką gry, popełniałem jakiś podstawowy, dla innych graczy trywialny błąd. Mimo wszystko wzbraniałem się, jak mogłem, przed zaglądaniem do poradników i próbowałem dalej.
Położyłem się spać około północy, ale przyzwyczajony już do późnego zasypiania, przez długi czas nie mogłem zmrużyć oka. Rozmowa, którą przeprowadziłem wcześniej tego dnia, sprawiła, że przypomniałem sobie nagle o kimś, o kim nie myślałem już od naprawdę długiego czasu – o dziewczynie, z którą rozstałem się ponad pięć lat temu. Mieszkała wtedy w Tychach – mieście, które miałem jutro odwiedzić. Wiedziałem, że powinienem wytrząsnąć z głowy te wspomnienia, bo inaczej nie dadzą mi zasnąć, jednak nie zrobiłem tego. Myśli same wypłynęły na wierzch i podążyły w znanym tylko sobie kierunku, zupełnie jak brudna woda, w którą wlazłem wcześniej tego dnia na ulicy.POWRÓT
Alarm zbudził mnie równo o siódmej rano. Po krótkim śnie, na dodatek przerywanym częstymi pobudkami, czułem się zmęczony, jakby w nocy jakaś złośliwa zmora ukradkiem zasysała ze mnie siły życiowe. Przez kilka chwil rozważałem, czy nie rzucić tego wszystkiego w diabły i zrezygnować z wyjazdu do Tychów, jednak w końcu stłumiłem w sobie te myśli i zwlokłem się z łóżka.
Wziąłem szybki, gorący prysznic, a potem podreptałem do kuchni. Usiadłem przy stole i z głową wspartą na dłoni przeżułem niesmaczną, wczorajszą kanapkę. Kiedy skończyłem, włożyłem brudny talerz do zlewu i wylałem niedopitą herbatę. W przedpokoju włożyłem na siebie kolejno koszulę, czarne spodnie, brązową, bawełnianą marynarkę oraz proste, zamszowe buty. Nigdy nie przepadałem za zbyt wyszukanymi strojami, zwłaszcza jeśli czekała mnie przeprawa komunikacją miejską.
Ledwie wyszedłem z klatki schodowej, obróciłem się na pięcie i wróciłem do mieszkania. Wyglądało na to, że bez parasola się nie obejdzie. Na zewnątrz siąpił lekki, ledwie zauważalny deszcz, ale było dość chłodno, może około piętnastu stopni, i dało się wyczuć rześkie, zwiastujące jesień powietrze. Pomyślałem, że mógłbym nawet polubić taką pogodę, gdyby tylko nie utrzymywała się przez cały tydzień.
Jako że mieszkałem stosunkowo blisko głównego dworca, postanowiłem się przespacerować. Ruszyłem wzdłuż Francuskiej, koło bramy cmentarnej skręcając na Jagiellońską. Idąc nieśpiesznie ku placowi Miarki, a potem dalej, do dworca, wodziłem wzrokiem po ładnych, ale zaniedbanych kamienicach, zastanawiając się, jak bardzo niedorzecznym wydałby się dawnym mieszkańcom Katowic fakt, że dzieciaki, przesiadujące jak dawniej pod kinem Kammerlichtspiele, w ogóle zdają się nie znać ni słowa po niemiecku. Trochę nieobecne oczy mijanych przechodniów zdawały się sugerować, że nie tylko mnie pogoda wpędza w podobnie jałowe myśli.
Katowice deszczową porą potrafiły być dość przygnębiającym miejscem. Oczywiście, w pierwszych latach dwudziestego pierwszego wieku większość polskich miast stała wciąż jedną nogą w swej depresyjnej, komunistycznej przeszłości, jednak tutejsze śródmieście, a zwłaszcza jego obszary pozbawione miejskiej zieleni, zdawały się wręcz emanować szaroburymi barwami. To nawet dość zabawne, że kiedy człowiek próbował sobie przypomnieć jakieś wydarzenie bądź miejsce widziane przed laty, Miasto zawsze kuliło się w nim pod grubą warstwą chmur.
Niecałą godzinę później wysiadałem już na dworcu kolejowym w Tychach. Podążyłem śladem tłumu na przystanek autobusowy, gdzie wcisnąłem się w zapchany do granic wytrzymałości trolejbus i z głową przyciśniętą do przeszklonych drzwi przyglądałem się miejscom, których nie widziałem od dobrych kilku lat. Wydawało się, że tu też, ostatnimi czasy, niewiele się zmieniło, zupełnie jakby cały Górny Śląsk czekał wciąż na jakiś znak, sygnał, by nagle zrzucić z siebie przeszłość i zacząć się gwałtownie unowocześniać.
Pod Szpital Wojewódzki, do którego przylegał Park Łabędzi, dotarłem sporo przed dziesiątą, więc dla zabicia czasu postanowiłem się przejść po okolicy.
Jako że niedawno zaczął się rok szkolny, tu i tam mijałem hałaśliwe grupki wagarujących uczniów, którym najwyraźniej siąpiący z nieba deszcz zupełnie nie zakłócał wesołej młodości. Dwie kobiety, potrząsając nerwowo wózkami z niemowlakami, kłóciły się zawzięcie, broniąc własnych preferencji politycznych. Gdzieś między drzewami grupa pijanych licealistów intonowała jakieś bzdury o spalonych piekarnikach. Szczekano, szeptano i na ogół kręcono głowami. Świat warczał, niezbyt głośno, niezbyt cicho, swoją usankcjonowaną złością.
Jednak grupą społeczną, która najgęściej zaludniała ulice o tej porze dnia, byli emeryci. Gdybym miał opisać ich jednym słowem, powiedziałbym, że byli „wypłowiali”. Ich czyste, dobrze wyprasowane ubrania sprawiały zawsze wrażenie pozbawionych żywych, nasyconych barw. Nigdy nie potrafiłem zdecydować, jaka jest główna przyczyna takiego stanu rzeczy. Czy człowiek na starość tak mocno przywiązywał się do swoich ubrań, że z jakimś chorobliwym pietyzmem pielęgnował je, prał i prasował w taki sposób, że prawie nie ulegały znoszeniu, tracąc tylko gdzieś po drodze swoje oryginalne barwy? Z drugiej strony, może starsi ludzie, dorastający w czasach komunizmu, przyzwyczaili się do podobnych ciuchów, bo tylko takie były niegdyś dostępne? Może nadal kupowali je w jakimś niedostępnym dla młodych, utajnionym miejscu i uparcie nosili, niby naznaczeni, niby dumni, że oto jesteśmy my, pokolenie, które przeżyło swoją młodość w komunie. Przetrwaliśmy ten czas, zahartowaliśmy się. Jak, po tym wszystkim, moglibyśmy się nadal przejmować? Brać na poważnie ten rozmamłany dwudziesty pierwszy wiek? Wyobraziłem sobie nawet półlegalną szwalnię fabrycznie znoszonej odzieży. Cóż to za pomysł na biznes. Cóż za perspektywy.
Podobne myśli zaprzątały moją głowę, gdy poprzez otoczony niskimi blokami park zaszedłem na plac pod Żyrafą – peerelowskim pomnikiem Walki i Pracy. Przejechałem wzrokiem od dwóch, szeroko rozstawionych „nóg”, aż po wierzchołek tego żółto-szarego tworu. Przeszło mi przez myśl, że przez lata musiał już tak bardzo wrosnąć w tożsamość tutejszych, że gdyby ktoś wyszedł nagle z pomysłem jego usunięcia, spotkałby się tu chyba jedynie ze zdziwieniem.
Pospacerowałem trochę po okolicy, a potem wróciłem ulicą Edukacji, okrążając Szpital Wojewódzki od frontu. Wąskim chodnikiem, wciśniętym między drogę ekspresową ku Bielsku oraz porośnięte krzewami, murowane ogrodzenie szpitala dotarłem do Parku Łabędzi.
Park był małym, nieco zapuszczonym skupiskiem zieleni miejskiej. Przebijało go ledwie kilka pofałdowanych i poprzerastanych trawą asfaltowych ścieżek. Drzew nie było tu wiele, ale miały w swej formie pewną dzikość, właściwą dla roślin w parkach narodowych. Poskręcane gałęzie, odłażąca kora, gruby, nieregularny pień. Był w tym wszystkim swego rodzaju urok, który potęgował brak ludzi i ich gwaru. Jeśli trafił się już jakiś przechodzień, przypominał sfatygowanego życiem pijaczka, bezdomnego bądź jednego i drugiego zarazem. Stojący pod gałęzią lipy oberwaniec odprowadzał mnie wzrokiem, spowiadając się po cichu nie wiedzieć komu z nie wiedzieć czego. Siwowłosa kobieta o pustej twarzy przebiegła obok, goniąc nieistniejącego psa i zatroskanym głosem tytułując go w kółko „Dobromir”. Na moment zabeczały tubalne śmiechy, zdawałoby się, pozbawione źródła, po czym umilkły i więcej się nie odezwały. Złożyłem parasol, gdyż gęste liście w koronach drzew niemal całkowicie odcinały to miejsce od opadów i po prostu szedłem przed siebie, zerkając tu i tam widzącym-niewidzącym wzrokiem.
Przeszedłem obok niewielkiego stawu, otoczonego dębami. Na jednej z rozpadających się ławek, pomalowanych zieloną, olejną farbą, siedział mężczyzna w sportowej marynarce i rzucał w mętne, ciemnoszare lustro wody kawałki bułki, natychmiast pożerane przez kaczki krzyżówki. Mimo wyróżniającego się ubioru zdawało się, że na swój sposób pasuje do tego miejsca. Może i on był jakiegoś rodzaju wyrzutkiem. Z pracy lub nawet rodziny. Wyminąłem go i zaszedłem w końcu na parking, pod stojącym od strony ulicy Wyszyńskiego kościółem św. Krzysztofa.
Brama parku była czymś zgoła umownym – ot, granicą, gdzie płyty chodnikowe ciągów komunikacyjnych miasta stykały się z asfaltem parkowych ścieżek. Stałem tam, w oczekiwaniu na Błanika, jakieś piętnaście minut, zerkając co rusz na zegarek, przestępując z nogi na nogę i coraz bardziej się denerwując. „Wiedziałem, że tak to się skończy”, przemknęło mi przez myśl, gdy jakaś spacerująca szybko kobieta potrąciła mnie łokciem. Rzuciła stłumione „przepraszam” i czmychnęła we wrota świątyni. Wreszcie straciłem cierpliwość i pomaszerowałem z powrotem na przystanek. „Co u diabła strzeliło do głowy temu człowiekowi”, myślałem zły na niego i na siebie, że pozwoliłem z siebie tak zakpić.
Zatrzymałem się ledwie po kilku krokach, przypominając sobie o mężczyźnie siedzącym na ławce obok stawu. „Zawracanie głowy”, przemknęło mi przez myśl. Ale w sumie cóż szkodziło sprawdzić? Kiedy wróciłem do parku, mężczyzna wciąż karmił kaczki. Miał pięćdziesiąt kilka, może sześćdziesiąt lat, gęste siwe włosy zaczesane do tyłu i nieco pyzatą twarz. Gdy do niego podszedłem, kątem oka zauważyłem stojącą obok ławki puszkę z logiem lokalnego browaru.
„Piwo o tej porze?”, przeszło mi przez myśl, nim zagaiłem:
– Dzień dobry. Nie przypadkiem pan Damian Błanik?
Mężczyzna podniósł na mnie nieobecny wzrok. Wydawało się, że przerwałem mu jakieś głębokie rozmyślania.
– Tak, a o co chodzi? – odpowiedział z ociąganiem.
– Konrad Szostak – przedstawiłem się.
– Tak, imię i nazwisko. – Rozdzielił trzymany w dłoniach kawałek bułki na ćwiartki. – Powinno mi coś mówić?
Wziął zamach i wrzucił wszystko do wody.
Z rozczarowaniem i irytacją uświadomiłem sobie, że ten człowiek nie pamięta nawet, że był tu ze mną umówiony. Przez krótką chwilę miałem ochotę okręcić się na pięcie i jak najprędzej zniknąć, porzucając tę, bądź co bądź, upokarzającą sytuację. Tyle że skoro już wstałem tak wcześnie i tłukłem się aż na obrzeża aglomeracji, dobrze byłoby doprowadzić sprawę do końca. Wziąłem długi, głęboki oddech.
– Miałem się tu z panem spotkać w sprawie pracy.
Ponownie przeniósł na mnie wzrok, odrywając go od ptactwa wydzierającego sobie wzajemnie z dziobów pieczywa.
– Rzeczywiście? – Zdawał się nie do końca przekonany. – Proszę mi wybaczyć, zupełnie wyleciało mi to z głowy.
Otrzepał dłonie, a potem wstał z ławki i rozejrzał się wokół, jakby nagle przypomniał sobie, gdzie jest i co tu właściwie robi. Nie uszło mojej uwadze, że próbuje butem schować pod ławkę otwartą puszkę z piwem.
– Niech pan spocznie – powiedział, wskazując dłonią wolny kawałek siedziska.
Kaczki wciąż szamotały się w walce o co większe kawałki bułki. Na gałęziach przysiadło kilka gołębi. Przyglądały się temu, zupełnie jakby rozmyślały, czemu ewolucja nie skłoniła ich praszczurów do nauki pływania. Gdzieś daleko za naszymi plecami rozległ się sygnał karetki i zarówno nasze głowy, jak i łebki gołębi odruchowo zwróciły się w tamtym kierunku.
– Więc. – Mężczyzna stuknął kilkukrotnie czubkiem buta w asfalt. – Zaprosiłem tu pana na rozmowę o pracę – powiedział, jakby sam nie do końca rozumiał, co go do tego skłoniło. – Niecodzienne zagranie, ale niech już będzie. Rozumiem, że chce pan zająć miejsce świętej pamięci Wacława?