-
nowość
-
promocja
Miłość, Medycyna i Cuda - ebook
Miłość, Medycyna i Cuda - ebook
Poruszająca książka lekarza i pioniera medycyny holistycznej, który pokazuje, jak ogromną rolę w procesie zdrowienia odgrywają emocje, relacje i nastawienie pacjenta. Na podstawie autentycznych historii swoich pacjentów autor udowadnia, że nadzieja, miłość i wewnętrzna siła mogą wspierać leczenie i prowadzić do głębokiej przemiany. To inspirująca lektura, która zmienia sposób patrzenia na zdrowie i chorobę. Książka od lat pozostaje światowym bestsellerem i cieszy się niesłabnącą popularnością wśród czytelników.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Zdrowie i uroda |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-9717-685-0 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Moim rodzicom – Si i Rose – za pokazanie mi, jak kochać i mieć nadzieję;
Mojej żonie – Bobbie – za znoszenie mnie i za to, że zawsze była przy mnie, tak bym mógł się od niej uczyć i ją kochać;
Jej rodzicom – Merle i Ado – za ich odwagę i poczucie humoru;
Naszym dzieciom – Jonathanowi, Jeffreyowi, Stephenowi oraz bliźniakom, Carolyn i Keithowi – za całą miłość i piękno, jakie wniosły do naszego życia;
Wszystkim moim wyjątkowym współpracownikom, pacjentom i przyjaciołom – za poświęcony czas, naukę, wsparcie i akceptację.
Victorii Pryor, Carol Cohen, Gary’emu Seldenowi – za uświadomienie mi, jak wiele miłości, akceptacji i przebaczenia potrzebuje chirurg, aby doprowadzić książkę do końca.REFLEKSJE I PRZEMYŚLENIA NA TEMAT KSIĄŻKI _MIŁOŚĆ, MEDYCYNA I CUDA_
Jest kilka kwestii, którymi chciałbym się z wami podzielić, a które przyszły mi do głowy już po napisaniu tej książki.
W 1989 roku zakończyłem swoją praktykę chirurgiczną, ponieważ coraz więcej pracowników służby zdrowia było już wtedy skłonnych wysłuchać mojego przesłania. Kiedy zrozumieli, że moja praca ma podstawy naukowe, byli gotowi ją zaakceptować. Nie musiałem się w końcu tłumaczyć i mogłem zacząć dzielić się swoim doświadczeniem oraz pomagać innym dzięki zdobytej wiedzy. Dziesięć czy dwadzieścia lat wcześniej – jeśli w ogóle mnie słuchali – najczęściej dyskutowali o słuszności tego, co mówiłem. Występowałem w różnych programach typu talk show – stanowiłem bowiem doskonałe źródło konfliktów i kontrowersji. Moje wypowiedzi na temat roli choroby w życiu człowieka były często źle rozumiane. Poświęcałem sporo czasu na bronienie się i wyjaśnianie, co miałem na myśli. Chciałem zwrócić uwagę na fakt, że choroba ma wpływ na życie człowieka nie tylko w wymiarze fizycznym. Niektórzy ludzie odnosili korzyści z choroby, ponieważ uzmysławiała im ona ich własną śmiertelność i przemijalność, dając swobodę życia własnym życiem. Ale skoro wszyscy jesteśmy śmiertelni, to dlaczego niektórzy ludzie musieli zachorować, aby zaznać tej możliwości życia swoim wyjątkowym życiem? Dlaczego musieli doświadczyć tego typu skutków ubocznych?
Obecnie pracownicy służby zdrowia i gospodarze programów telewizyjnych zwracają się do mnie zazwyczaj z prośbą o udzielenie informacji. Częściej jestem teraz źródłem inspiracji, a nie kontrowersji. Lekarze i pacjenci potrzebują uzdrowienia i są dziś znacznie bardziej gotowi, aby słuchać i się uczyć. Niedawno przeczytałem bardzo poruszającą książkę napisaną przez lekarza, którego żona zmarła na raka. W książce tej autor mnie przeprasza. Nigdy się nie spotkaliśmy i nie miał powodu, by to robić – wcześniej miał po prostu inne przekonania. W swojej książce dzieli się spostrzeżeniem, że w końcu zrozumiał, iż jego rodzina doświadczyła wyjątkowej i trudnej sytuacji – to nie była tylko diagnoza, na podstawie której wdrożono określone leczenie. Moje nauki i medytacje były dla niego i jego żony niezwykle cenne w trakcie przechodzenia przez to doświadczenie. Nagle nadzieja i miłość stały się bardzo ważnymi terapiami uzupełniającymi.
Przed napisaniem tego wstępu ponownie przeczytałem swoje poprzednie publikacje i się nie zawiodłem. Zawierają one wiele istotnych i przydatnych informacji. To dobre podręczniki szkoleniowe dla osób borykających się z przeciwnościami losu. Dzisiaj jestem jeszcze bogatszy o kolejne doświadczenia związane z rozmaitymi trudnościami oraz o wiedzę zdobytą od czasu napisania tych książek i założenia organizacji Exceptional Cancer Patients w roku 1978. Chcę podzielić się tym, czego w międzyczasie się nauczyłem.
Jedną z takich rzeczy jest to, że nie odkryłem niczego nowego na temat zachowań związanych z przetrwaniem. To przesłanie jest znane od dawna i można je znaleźć w słowach proroków z przeszłości oraz osób zmagających się z trudnościami dnia dzisiejszego – od wyjątkowych pacjentów po członków Anonimowych Alkoholików i żołnierzy piechoty morskiej. Nauka i medycyna potwierdziły w ostatnich badaniach profil osobowości i kwestie psychologiczne dotyczące zachowań związanych z przetrwaniem oraz ich wpływ na procesy chemiczne zachodzące w organizmie i zdolność do leczenia.
Informacje dotyczące uzdrawiania i przetrwania były przekazywane nam przez tysiące lat przez wszystkich wielkich proroków i przywódców duchowych. Zrozumiałem, że ich przesłanie jest podobne do mojego. Kiedy odnajduje się wspólny motyw w pismach uzdrowicieli, można domniemywać, że coś w tym jest – że zawierają one prawdę. Gdybym to dzisiaj pisał swoje poprzednie książki, z pewnością uwzględniłbym przesłania tych uzdrowicieli oraz najnowsze naukowe dowody potwierdzające zalety takiego postępowania i stylu życia.
Gdybym miał ponownie napisać książkę _Miłość, medycyna i cuda_, rozważyłbym zmianę jej tytułu na _Skutki uboczne raka_. Proces leczenia jest trudny, to bardzo ciężka praca, podobnie jak każda zmiana, jaką trzeba wprowadzić w swoim życiu. Jednak wielu z nas przekonało się już, że skutki uboczne raka nie zawsze są złe. Owszem, rak może zabijać, a o skutkach ubocznych zazwyczaj myślimy jako o problemach, ale jest też dobra strona tego wszystkiego. Świadomość własnej śmiertelności może sprawić, że się w końcu przebudzisz i zaczniesz żyć autentycznym, pełnym znaczenia życiem. W tym miejscu warto przywołać pewien artykuł zatytułowany _Dzięki Bogu, że mam raka_ (_Thank God I Have Cancer_). To „dzięki Bogu” odnosi się do czasu podarowanego przez raka autorowi, aby ten mógł doświadczyć piękna, dobroci i miłości, które są na wyciągnięcie ręki i którymi możemy się dzielić. Efektem ubocznym tych działań jest również dłuższe życie.
Brzydkie kaczątko musiało wykonać wiele pracy nad sobą, aby odnaleźć siebie i własne piękno oraz uleczyć swoje życie. Nie miało wsparcia ze strony rodziny ani specjalistów, którzy pomogliby mu zyskać poczucie własnej wartości i miłość. Odnalazło je we własnym odbiciu. Uważam, że pacjent nie powinien pokonywać tak trudnej drogi. Rodzina i lekarze powinni być w stanie edukować i instruować pacjentów w zakresie odpowiednich zachowań pozwalających przetrwać trudności, jakie pojawiają się w życiu w postaci choroby. I nie chodzi tu wcale o życie wieczne czy wystawianie Boga na próbę, tylko o zaangażowanie wszelkich dostępnych sił fizycznych i emocjonalnych, aby się wyleczyć. Umysł i ciało nie są oddzielnymi jednostkami – stanowią jeden zintegrowany system. To, jak się zachowujemy, co myślimy, co jemy i czujemy, ma wpływ na nasze zdrowie. Lekarze powinni posiadać umiejętność przekazywania tej wiedzy pacjentom. Ja sam obecnie poświęcam więcej czasu niż kiedykolwiek wcześniej właśnie na nauczanie, a pacjenci okazują mi największą wdzięczność za to, że uczę ich, jak radzić sobie nie tylko z problemami fizycznymi, ale także z trudami życia.
Edukacja medyczna pomija wiele kwestii, z którymi lekarze muszą się zmagać w odniesieniu zarówno do samych siebie, jak i do swoich pacjentów. Aby leczenie przyniosło efekty, medycy muszą jednak nie tylko być dobrymi technikami i umiejętnie przepisywać leki, lecz także uwzględniać w swoim podejściu do leczenia elementy filozofii i duchowości. Musimy nie tylko myśleć, ale również czuć. Kiedy zagrożone jest życie człowieka, pojawia się więcej problemów i pytań niż tylko o to, jakie leki należy przyjmować lub jaką operację wykonać. Jak stwierdziła jedna z kobiet, potrzebujemy społeczeństwa opartego na wzajemnym zaangażowaniu – pacjentów i lekarzy otwartych na współpracę.
Jak więc postępować, aby zwiększyć swoje szanse na przeżycie i znaleźć dobrego lekarza, który będzie potrafił wykorzystać swoją wiedzę i będzie dla ciebie mentorem? Zapytaj lekarza, czy kiedykolwiek spotkał się z krytyką ze strony rodziny, pacjentów lub pielęgniarek. Jeśli odpowiedź brzmi „tak”, to właśnie znalazłeś swojego lekarza. Dlaczego? Ponieważ jest to osoba, która daje nadzieję. Nie krytykuje się człowieka, który nie jest skłonny słuchać, uczyć się i – miejmy nadzieję – zmieniać. Jak powiedział poeta Rumi: „Twoja krytyka poleruje moje lustro”. Dobrzy lekarze to rozumieją. Pielęgniarki również znają kompetentnych, troskliwych lekarzy, więc poproś je o opinię i nie wahaj się wyrazić swojego zdania, jeśli nie jesteś traktowany przez lekarza z szacunkiem. Uległe zachowanie nie zapewnia przetrwania. Musisz być dla nich człowiekiem, a nie diagnozą czy numerem pokoju.
Wspomniałem już, że przeglądając swoje poprzednie teksty, byłem całkiem zadowolony z ich treści. Przypomniałem sobie wówczas wielu wspaniałych i kochających ludzi, którzy byli i nadal są moimi nauczycielami. Teraz, kiedy nie spędzam z nimi już tak dużo czasu, odczuwam ich brak i za nimi tęsknię – ponowne przeczytanie ich opowieści naprawdę mi to uświadomiło.
Wiele religii i filozofii podpowiada nam, jak znaleźć swoją drogę lub ścieżkę. Wszystkie one próbują nam przekazać, abyśmy zwracali uwagę na nasze uczucia i pozwolili im, by nas prowadziły. Jeśli ignorujesz swoje ciało i sygnały, które ono wysyła, w pewnym momencie poniesiesz tego konsekwencje. Doskonałym podsumowaniem są tu dwa przesłania Chrystusa. Pierwsze – „Bo kto by chciał życie swoje zachować, utraci je, a kto by utracił życie swoje dla mnie, odnajdzie je”¹ – odczytuję tak, że tracimy nasze autentyczne życie, kiedy ulegamy wymaganiom innych lub stajemy się kimś, kim inni chcą, abyśmy byli, by zdobyć ich miłość lub po prostu nadal być otoczeni troską. Kiedy uświadamiamy sobie własną śmiertelność, odrzucamy życie, które nas zabija – zaczynamy wówczas być sobą i w końcu żyć swoim życiem. W praktyce może to oznaczać zmianę zawodu, przeprowadzkę, uzdrowienie lub zakończenie relacji oraz nadanie życiu nowego znaczenia i przyjęcie nowego podejścia oraz pracę na rzecz właściwego Pana.
Twoje życie jest zapisane w twoim ciele. Drugie przesłanie Chrystusa brzmi: „Gdy pozwolicie powstać tamtemu, co jest w was, wtedy to, co macie, uratuje was. Jeśli nie istnieje tamto, co jest w was, wtedy to, czego nie macie w sobie, uśmierci was”². Mówi on tutaj o naszych uczuciach i wspomnieniach zapisanych w ciele i ma całkowitą rację.
Najwcześniejsze pisma duchowe mówią nam, abyśmy siedzieli w ciszy i słuchali. Kabała podaje konkretne instrukcje, jak usłyszeć głos Boga i osiągnąć oświecenie, by swoją wiedzę móc wykorzystać do pomocy innym. Ocaleni potrzebują chwili, aby się zatrzymać i posłuchać. Można praktykować medytację i wizualizację, może to być po prostu relaksacja lub pisanie dziennika – wszystko sprowadza się do znalezienia czasu na wyciszenie się i wsłuchanie w wewnętrzny głos, który do nas przemawia. Często doświadczam tego, kiedy biegam lub jeżdżę na rowerze sam, bez żadnych rozpraszających mnie czynników. Poświęć czas na słuchanie. Jeśli będziesz słuchać, poznasz swój cel tutaj – na Ziemi – i będziesz mógł odejść stąd radośnie ze świadomością, że służyłeś, jak mogłeś najlepiej, i wypełniłeś misję, dla której zostałeś stworzony i tu przybyłeś. Osoby, które przeżyły, zaczynają zajmować się dogłębniej określonymi aspektami swojego życia – duchowymi, egzystencjalnymi i emocjonalnymi. Kiedy poświęcamy się _bezinteresownej_, bezwarunkowej miłości, wkraczamy na ścieżkę prawdziwego procesu uzdrawiania. Nie poświęcamy się wówczas chęci zmiany ludzi, tylko samym ludziom. Miłość sama w sobie jest cudowną siłą uzdrawiającą. W pewnym sensie jest ona cudem i sensem istnienia. Zadaj więc sobie pytanie, jakiej lekcji masz się tutaj nauczyć, i zrób to poprzez dzielenie się swoją miłością ze światem – w taki sposób, w jaki się tą miłością zazwyczaj dzielisz. Pamiętaj, że dzięki swojej ślepocie miłość czyni wielkie rzeczy, aby zatrzeć rany świata.
Mówi się nieraz, że miłość jest ślepa – pomaga nam bowiem postrzegać świat w sposób istotny dla przetrwania. Ślepota miłości ma działanie terapeutyczne, pozwala nam funkcjonować bez gromadzenia w sobie obrazów trudności życiowych. Zdarza mi się mawiać ludziom: „Jeśli nie potrafisz kochać, przynajmniej pielęgnuj w sobie pewnego rodzaju amnezję, tak byś mógł żyć spokojniej, nie pamiętając wszystkich rzeczy, które ludzie zrobili, aby cię zdenerwować. Jestem tu, aby pomóc ci przetrwać, podobnie jak nasz Stwórca”. Gdyby Bóg nie był inteligentną, kochającą energią, dzisiaj nie byłoby nas tutaj. Zdolność do leczenia jest zakodowana w każdym z nas i we wszelkich istotach żywych. Bóg nie ma swoich ulubieńców. Denerwujemy się, gdy bakterie stają się odporne na antybiotyki, ale na naszą zdolność do rozwijania odporności na choroby już nie. Oba te przykłady ilustrują mechanizmy przetrwania stworzone przez naszego Stwórcę, aby utrzymać życie w równowadze.
Nie żyj niczym postać z filmu, odgrywając przypisaną ci rolę. Żyj życiem autentycznym. Wiele osób umiera, gdy z powodu choroby nie może już pracować. Nie postrzegają one relacji międzyludzkich jako kolejnego powodu do życia. Z kolei matka dziewięciorga dzieci kurczowo trzyma się życia właśnie przez wzgląd na nie, ale rok po tym, jak opuszczają one dom, kobieta umiera. Odkryj swoje życie i nim żyj. Wyjdź poza swoją rolę.
Pamiętaj, że informacje nikogo nie zmieniają, ale inspiracja już tak. Znajdź powód, by żyć. Zainspiruj się nim, doświadcz objawienia i przemiany. Jedyne, co może ci pomóc się zmienić, to informacja, że jesteś śmiertelny i pewnego dnia umrzesz. Dlatego nie rób niczego z myślą o tym, by nie umrzeć, tylko rób wszystko, by poprawić jakość swojego życia – w rezultacie możesz być zaskoczony, jak długo będziesz żyć. Zaakceptuj fakt, że umrzesz, i podejmij decyzję, jak chcesz spędzić tę ograniczoną ilość czasu, która ci pozostała. Wówczas nie będziesz musiał poddawać się w niebie terapii, aby poradzić sobie z goryczą i urazą, które poczułbyś, gdybyś „zrobił wszystko jak trzeba”, a potem i tak umarł.
Czerp z mądrości innych i ciesz się swoim doświadczeniem życiowym. Pamiętaj, że Biblia kończy się Objawieniem, a nie wnioskami – ukończenie szkoły to dopiero początek, a nie koniec. Niech ta książka będzie dla ciebie swoistym objawieniem, a ja chętnie podejmę rolę twojego przewodnika po transformacji i życiu pełnym pokoju, miłości i uzdrowienia. Zrób pierwszy krok na tej ścieżce już teraz.
BERNIE S. SIEGELWSTĘP
Fakt, że umysł rządzi ciałem – pomimo zaniedbania tego zagadnienia przez biologię i medycynę – jest najbardziej fundamentalnym faktem, jaki znamy na temat procesu życia.
Franz Alexander
Kilka lat temu grupa pielęgniarek z pobliskiego szpitala poprosiła mnie, abym porozmawiał z Jonathanem, lekarzem, u którego właśnie zdiagnozowano raka płuc. Został przyjęty do szpitala w dobrej kondycji fizycznej i dopisywał mu humor, gdy żartował ze wszystkimi pielęgniarkami. Kiedy jednak dowiedział się o diagnozie, popadł w głęboką depresję i zamknął się w sobie.
Rozmawiałem z nim o związku między nastawieniem a chorobą. Omówiłem doświadczenia Normana Cousinsa związane z podejrzeniem gruźlicy, które opisał on w książce _Anatomy of an Illness_:
Moje pierwsze doświadczenie związane z ponurą diagnozą medyczną miało miejsce w wieku dziesięciu lat, kiedy wysłano mnie do sanatorium dla chorych na gruźlicę. Byłem strasznie wychudzony i miałem niedowagę, więc logiczne było założenie, że cierpię na poważną chorobę. Później okazało się, że lekarze błędnie zinterpretowali normalne zwapnienia jako objawy gruźlicy. W tamtych czasach zdjęcia rentgenowskie nie były jeszcze całkowicie wiarygodną podstawą do stawiania złożonych diagnoz. W każdym razie w sanatorium spędziłem sześć miesięcy.
Najbardziej interesujące w tych wczesnych doświadczeniach było dla mnie to, że pacjenci dzielili się na dwie grupy – tych, którzy byli przekonani, że pokonają chorobę i będą mogli powrócić do normalnego życia, oraz tych, którzy pogodzili się z długotrwałą, a nawet śmiertelną chorobą. Ci z nas, którzy zachowali optymistyczne nastawienie, zostali dobrymi przyjaciółmi, angażowali się w twórcze działania i nie mieli zbyt wiele wspólnego z pacjentami, którzy pogodzili się z najgorszym. Kiedy do szpitala przybywali nowi pacjenci, staraliśmy się ich zwerbować, zanim ponura brygada zabrałaby się do pracy.
Byłem pod ogromnym wrażeniem, że chłopcy z mojej grupy mieli znacznie wyższy odsetek wyników „wypisany jako wyleczony” niż dzieci z drugiej grupy. Już w wieku dziesięciu lat byłem filozoficznie uwarunkowany – uświadomiłem sobie siłę umysłu w pokonywaniu chorób. Lekcje dotyczące nadziei, które przyswoiłem sobie w tamtym czasie, odegrały ważną rolę w moim całkowitym powrocie do zdrowia i wpłynęły na uczucia, które od tamtej pory wciąż towarzyszą mi, gdy myślę o wartości życia³.
Jonathan powiedział mi wówczas: „Wiem o tym. Sam miałem gruźlicę i powiedziano mi, że będę musiał spędzić w sanatorium dwa lata. Odparłem na to: „Nie, na Boże Narodzenie będę w domu z rodziną”. I rzeczywiście, po sześciu miesiącach – 23 grudnia – zostałem wypisany”.
Zapewniłem go, że „można zrobić to samo w przypadku raka”, ale dwa tygodnie później zmarł. Jego żona podziękowała mi za moje wysiłki i wyjaśniła, że jej mąż nie chciał walczyć o powrót do zdrowia, ponieważ jego życie i praca straciły wszelki sens.
Sir William Osler, wybitny kanadyjski lekarz i historyk medycyny, był zdania, że wynik leczenia gruźlicy zależy bardziej od tego, co dzieje się w umyśle pacjenta, niż od tego, co dzieje się w jego płucach. Powtarzał tym samym słowa Hipokratesa, który twierdził, że woli wiedzieć, jaki rodzaj osoby cierpi na daną chorobę, niż jaki rodzaj choroby ją dotyka. Louis Pasteur i Claude Bernard – dwaj giganci XIX-wiecznej biologii – przez całe życie spierali się, czy najważniejszym czynnikiem w chorobie jest „gleba” – ciało ludzkie – czy zarazki. Na łożu śmierci Pasteur przyznał, że Bernard miał rację, stwierdzając: „To gleba”.
Pomimo spostrzeżeń tych wybitnych lekarzy medycyna nadal koncentruje się na chorobach, co sprawia, że jest ona ukierunkowana na porażkę. Jej praktycy wciąż zachowują się tak, jakby to choroby atakowały ludzi, zamiast zrozumieć, że to ludzie zapadają na choroby, stając się podatni na zarazki, na które wszyscy jesteśmy nieustannie narażeni. Chociaż najlepsi lekarze zawsze o tym wiedzieli, medycyna jako całość tylko sporadycznie badała osoby, które _nie_ chorują. Większość lekarzy rzadko zastanawia się nad tym, w jaki sposób określone podejście pacjenta do życia wpływa na jego długość i jakość.
Pacjenci są bardzo różni. Niektórzy są gotowi zrobić niemal wszystko, byle tylko nie zmieniać swojego dotychczasowego życia i by zwiększyć szanse na wyleczenie. Kiedy daję im wybór między operacją a zmianą stylu życia, ośmiu na dziesięciu odpowiada: „Proszę operować. To mniej boli. Będę musiał tylko znaleźć opiekunkę do dziecka na tydzień, kiedy będę w szpitalu”. Na drugim krańcu są pacjenci, których nazywam wyjątkowymi, ocalałymi czy też przezwyciężającymi trudności. Oni odmawiają pogodzenia się z porażką. Tak jak jedna z kobiet, którą się opiekuję – niewidoma diabetyczka po amputacji nogi, chorująca na raka, która żyje dłużej, niż przewidywały statystyki, a obecnie spędza większość czasu na rozmowach telefonicznych, dodając otuchy innym pacjentom. Ona i inni wyjątkowi pacjenci nauczyli mnie, że umysł może mieć ogromny wpływ na ciało, a zdolności do kochania nie ogranicza choroba fizyczna.
Teoria Freuda, zgodnie z którą naszemu instynktowi samozachowawczemu przeciwstawia się pewnego rodzaju instynkt śmierci, została odrzucona przez wielu późniejszych psychologów. Wszyscy jednak wiemy, że wiele osób żyje tak, jakby rzeczywiście chciały skrócić swoje życie. Wyjątkowi pacjenci natomiast pokonują presję, konflikty i nawyki, rezygnują z działań, które innym dyktuje to świadome lub nieświadome „pragnienie śmierci”. Każda ich myśl i czyn służą sprawie życia. Osobiście uważam, że w nas samych istnieją biologiczne mechanizmy „życia” i „śmierci”. Badania naukowe innych lekarzy oraz moje codzienne doświadczenia kliniczne utwierdziły mnie w przekonaniu, iż stan umysłu zmienia stan ciała poprzez oddziaływanie na centralny układ nerwowy, układ hormonalny oraz układ odpornościowy. Spokojny umysł wysyła ciału komunikat „żyj”, podczas gdy depresja, strach i nierozwiązane konflikty przekazują mu komunikat „umieraj”. Wydaje się, że wszelkie procesy lecznicze mają charakter naukowy, nawet jeśli nauka nie jest jeszcze w stanie dokładnie wyjaśnić, w jaki sposób dochodzi do różnego rodzaju nieoczekiwanych „cudów”.
Wyjątkowi pacjenci przejawiają wolę życia w jej najbardziej oczywistej formie. Przejmują kontrolę nad swoim życiem, nawet jeśli wcześniej nie byli w stanie tego zrobić, i ciężko pracują, aby odzyskać zdrowie i osiągnąć spokój ducha. Nie polegają na lekarzach, którzy przejmują inicjatywę – traktują ich raczej jako członków zespołu, wymagając od nich najwyższej klasy umiejętności, pomysłowości, troski i otwartości umysłu. A jeśli nie są usatysfakcjonowani, po prostu zmieniają lekarza.
Jednak wyjątkowi pacjenci to również pacjenci kochający, i dlatego rozumieją oni trudności, z jakimi boryka się lekarz. W większości przypadków moja rada dla niezadowolonego pacjenta brzmi: przytul lekarza. Zazwyczaj dzięki temu lekarz chętniej reaguje na potrzeby pacjenta, ponieważ _stajesz się_ dla niego indywidualnością i jesteś _traktowany_ jak osoba, a nie choroba. Stajesz się tym, kogo czule nazywam „szaleńcem”. Jedna pacjentka powiedziała mi, że wróciła do swojego lekarza z chęcią zastosowania się do mojej rady, ale nie mogła się zmusić, żeby go przytulić. „Zamiast tego – wyznała – spojrzałam na niego z największym współczuciem, na jakie było mnie stać. I wiesz, co się stało? Usiadł, powiedział mi, że musi schudnąć i więcej ćwiczyć, a potem to _on_ objął _mnie!_”. Jeśli jednak uścisk nie zadziała, to czas poszukać innego lekarza. Znam pacjentów, których relacje z lekarzami dosłownie zabijają.
Każdy może być wyjątkowym pacjentem, a najlepszym momentem na podjęcie wyzwania, by właśnie takim być, jest czas przed zachorowaniem. Wiele osób nie wykorzystuje w pełni swojej siły życiowej, dopóki śmiertelna choroba nie zmusi ich do „zmiany nastawienia”. Nie musi to być jednak przebudzenie w ostatniej chwili. Siła umysłu jest dostępna dla nas przez cały czas i daje nam większe pole manewru, zanim jeszcze nadciągnie katastrofa. Proces, o jakim mówię, nie wymaga przynależności do żadnej konkretnej religii ani przyjęcia określonego systemu psychologicznego. Ponieważ w mojej praktyce najczęstszą groźną chorobą jest rak, większość opisanych tu doświadczeń dotyczy właśnie raka, ale te same zasady mają zastosowanie w przypadku wszystkich chorób.
Podstawowym problemem większości pacjentów jest niezdolność do kochania siebie, wynikająca z braku miłości ze strony innych w kluczowym okresie ich życia. Okresem tym jest niemal zawsze dzieciństwo, kiedy to relacje z rodzicami kształtują nasze charakterystyczne sposoby reagowania na stres. Jako dorośli powtarzamy te reakcje i narażamy się na choroby, a nasza osobowość często determinuje specyfikę tych chorób. Umiejętność kochania siebie w połączeniu z umiejętnością kochania życia, przy pełnej świadomości, że nie będzie ono trwało wiecznie, pozwala poprawić tego życia jakość. Moją rolą jako chirurga jest zapewnienie ludziom czasu, w którym będą mogli się sami wyleczyć. Staram się pomóc im w powrocie do zdrowia, a jednocześnie zrozumieć, dlaczego w ogóle zachorowali. Wówczas można dążyć do prawdziwego uzdrowienia, a nie tylko do wyeliminowania tej jednej konkretnej choroby.
Niniejsza publikacja stanowi swego rodzaju przewodnik po takiej przemianie, a także zapis mojej własnej edukacji, którą otrzymałem od pacjentów. Staram się tu odgrywać rolę pośrednika, dzięki któremu ich boleśnie zdobyte umiejętności życiowe będą mogły wskazać ci, jak skutecznie walczyć o własne zdrowie. Książka ta nie jest jedynie zbiorem porad, co należy robić – takich porad jest mnóstwo. To raczej przewodnik po tej części ciebie, która może wybrać najlepszą dla siebie radę, a następnie wzbudzić w sobie wolę, by ją wprowadzić w życie. Mam nadzieję dotrzeć poza twój racjonalny umysł, ponieważ cuda nie rodzą się z zimnego intelektu. Są one wynikiem odnalezienia prawdziwego siebie i podążania za tym, co uważasz za swoją autentyczną życiową drogę.
Jeśli cierpisz na chorobę zagrażającą życiu, zmiana, o której mówię, może ci je uratować lub przedłużyć znacznie ponad medyczne rokowania. A już na pewno pozwoli ci przynajmniej wykorzystać pozostały ci czas lepiej, niż obecnie uważasz, że jest to możliwe. Jeśli cierpisz na niewielkie zaburzenia lub nie jesteś chory, ale nie cieszysz się życiem, zasady, których nauczyłem się od wyjątkowych pacjentów, mogą przynieść ci radość i pomóc uniknąć chorób w przyszłości.
Jeśli jesteś lekarzem, mam nadzieję, że ta książka dostarczy ci strategii, których od dawna potrzebujesz, a których nie nauczono cię podczas studiów. Lekarze rzadko zdają sobie sprawę z tego, jak bardzo różni się sposób, w jaki rozmawiają z pacjentami chorymi na raka, od sposobu, w jaki rozmawiają z innymi pacjentami. Pacjentowi po zawale serca mówimy zwykle, jak zmienić styl życia – uwzględniając dietę, ćwiczenia fizyczne itp. – dając mu w ten sposób nadzieję, że on sam może uczestniczyć w procesie powrotu do zdrowia. Ale gdyby ten sam pacjent nałożył makijaż i perukę, a następnie wrócił w kolejnym tygodniu i powiedział: „Mam raka”, większość lekarzy odpowiedziałaby: „Jeśli te metody leczenia nie zadziałają, nie będę mógł nic więcej dla ciebie zrobić”. Musimy nauczyć się dawać pacjentom możliwość uczestniczenia w procesie powrotu do zdrowia w przypadku _każdego rodzaju_ choroby.
Nie staram się na tych stronach dać ci do zrozumienia, że jestem lepszym lekarzem od ciebie – staram się raczej wyjaśnić, dlaczego niegdyś czułem się nieudacznikiem, osobą przegraną. Było tak dopóty, dopóki moi pacjenci nie nauczyli mnie, że medycyna to coś więcej niż tylko tabletki i skalpele. Wiem, że gabinety są pełne ludzi, którzy wysysają z lekarzy energię i nie radzą sobie z chorobą zbyt dobrze. Znam ból, jaki odczuwają lekarze. Borykamy się z tymi samymi problemami, co inni ludzie, a dodatkowo mamy jeszcze jeden, który wbijano nam do głowy podczas studiów medycznych. Chodzi o rolę mechanika-ratownika, która definiuje chorobę i śmierć jako naszą porażkę. Nikt nie żyje wiecznie, dlatego śmierć nie jest problemem. Problemem jest życie. Śmierć nie jest porażką. Porażką jest rezygnacja z podjęcia wyzwania, jakim jest życie. Przedstawię ci niewielką grupę pacjentów, którzy mogą przywrócić ci energię – to ludzie, którzy wracają do zdrowia, nawet jeśli nie powinni. Pokażę ci, jak uczyć się od pacjentów, którzy odnieśli sukces, i pomagać innym w przebudzeniu w nich „chęci do życia”. Ten proces nieuchronnie pokieruje cię ku wyleczeniu i sprawi, że staniesz się jeszcze skuteczniejszym uzdrowicielem.
Z naszego słownika powinniśmy usunąć słowo „niemożliwe”. Jak kiedyś (w innym kontekście) zauważył David Ben-Gurion: „Człowiek, który nie wierzy w cuda, nie jest realistą”. Kiedy zobaczymy, jak terminy takie jak „spontaniczna remisja” lub „cud” wprowadzają nas w błąd i dezorientują, będziemy mogli wyciągnąć właściwe wnioski. Terminy te sugerują, że pacjent musi mieć szczęście, aby zostać wyleczonym, ale uzdrowienia te są wynikiem ciężkiej pracy. Nie są one dziełem Boga. Pamiętaj, że cud jednego pokolenia może być faktem naukowym dla innego. Nie zamykaj oczu i nie ignoruj działań lub wydarzeń, które nie zawsze są mierzalne. One mają miejsce dzięki wewnętrznej energii dostępnej dla każdego z nas. Dlatego też wolę określenia takie jak „kreatywne” lub „samodzielne” leczenie – podkreślają one bowiem aktywną rolę pacjenta. Pokażę ci, w jaki sposób wyjątkowi pacjenci pracują nad swoim wyleczeniem.
BERNIE S. SIEGEL
New Haven, Connecticut, kwiecień 1986 rok– Chcę tylko powiedzieć, że nie powinniśmy za bardzo wierzyć lekarzom. O proszę, czytam teraz taką książkę – pokazał opasły tom – Abrikosow i Strukow, _Anatomopatologia, podręcznik akademicki_. Tu jest napisane, że zależność między chorobą nowotworową a centralnym układem nerwowym nie została jeszcze dostatecznie zbadana. A jest to zależność zadziwiająca! Przeczytam wam dosłownie – przerzucił parę kartek – o, jest: „Występują niekiedy przypadki samoistnej remisji nowotworu”. Rozumiecie? Nie wyleczenia, lecz ozdrowienia! No i co wy na to?
W sali zawrzało. Oto samoistne ozdrowienie wyleciało z kart książki niczym tęczowy motyl i każdy nadstawiał teraz czoło, policzki, twarz, żeby tylko ów motyl musnął je swymi zbawczymi skrzydłami.
– Samoistne! – Kostogłotow odłożył książkę i potrząsnął wyciągniętymi ramionami, a noga nadal leżała na drugiej jak gitara. – To znaczy, że nagle, ni stąd, ni zowąd, guz zaczyna odwrót! Zmniejsza się, cofa, wchłania i znika!
Wszyscy zamilkli, słuchali baśni z otwartymi ustami. Nie do wiary – żeby nowotwór, jego guz, ten zabójczy, przekreślający całe życie guz mógł zniknąć tak sam z siebie, sczeznąć bez śladu?
Milczeli, czekali na motyla nadziei – i jedynie ponury Poddujew zaskrzypiał łóżkiem i napinając się (sic!) bezsilnie wychrypiał:
– Do tego trzeba mieć czyste sumienie⁴.
Aleksander Sołżenicyn,
_Oddział chorych na raka_Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1.
Biblia Warszawska, Mt 16,25 (przyp. tłum.).
2.
_Ewangelia według Tomasza_, werset 70, przeł. W. Myszor, A. Szczudłowska (przyp. tłum.).
3.
N. Cousins, _Anatomy of an Illness: As Perceived by the Patient_, W.W. Norton & Company, New York 2005.
4.
Aleksander Sołżenicyn, _Oddział chorych na raka_, tłum. Michał B. Jagiełło, Czytelnik, Warszawa 1993, s. 128.
5.
F. Dostojewski, _Zbrodnia i kara_, tłum. C. Jastrzębiec-Kozłowski, PIW, Warszawa 1987, s. 671 .
6.
A. Hutschnecker, _Chęć życia_, tłum. F. Wolski, PZWL Wydawnictwo Lekarskie, Warszawa 1964.