Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Miłość, Medycyna i Cuda - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
30 lipca 2026
4599 pkt
punktów Virtualo

Miłość, Medycyna i Cuda - ebook

Poruszająca książka lekarza i pioniera medycyny holistycznej, który pokazuje, jak ogromną rolę w procesie zdrowienia odgrywają emocje, relacje i nastawienie pacjenta. Na podstawie autentycznych historii swoich pacjentów autor udowadnia, że nadzieja, miłość i wewnętrzna siła mogą wspierać leczenie i prowadzić do głębokiej przemiany. To inspirująca lektura, która zmienia sposób patrzenia na zdrowie i chorobę. Książka od lat pozostaje światowym bestsellerem i cieszy się niesłabnącą popularnością wśród czytelników.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Zdrowie i uroda
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-9717-685-0
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Aktowi Stwo­rze­nia;

Moim rodzi­com – Si i Rose – za poka­za­nie mi, jak kochać i mieć nadzieję;

Mojej żonie – Bob­bie – za zno­sze­nie mnie i za to, że zawsze była przy mnie, tak bym mógł się od niej uczyć i ją kochać;

Jej rodzi­com – Merle i Ado – za ich odwagę i poczu­cie humoru;

Naszym dzie­ciom – Jona­tha­nowi, Jef­frey­owi, Ste­phe­nowi oraz bliź­nia­kom, Caro­lyn i Keithowi – za całą miłość i piękno, jakie wnio­sły do naszego życia;

Wszyst­kim moim wyjąt­ko­wym współ­pra­cow­ni­kom, pacjen­tom i przy­ja­cio­łom – za poświę­cony czas, naukę, wspar­cie i akcep­ta­cję.

Vic­to­rii Pryor, Carol Cohen, Gary’emu Sel­de­nowi – za uświa­do­mie­nie mi, jak wiele miło­ści, akcep­ta­cji i prze­ba­cze­nia potrze­buje chi­rurg, aby dopro­wa­dzić książkę do końca.REFLEKSJE I PRZEMYŚLENIA NA TEMAT KSIĄŻKI _MIŁOŚĆ, MEDYCYNA I CUDA_

Jest kilka kwe­stii, któ­rymi chciał­bym się z wami podzie­lić, a które przy­szły mi do głowy już po napi­sa­niu tej książki.

W 1989 roku zakoń­czy­łem swoją prak­tykę chi­rur­giczną, ponie­waż coraz wię­cej pra­cow­ni­ków służby zdro­wia było już wtedy skłon­nych wysłu­chać mojego prze­sła­nia. Kiedy zro­zu­mieli, że moja praca ma pod­stawy naukowe, byli gotowi ją zaak­cep­to­wać. Nie musia­łem się w końcu tłu­ma­czyć i mogłem zacząć dzie­lić się swoim doświad­cze­niem oraz poma­gać innym dzięki zdo­by­tej wie­dzy. Dzie­sięć czy dwa­dzie­ścia lat wcze­śniej – jeśli w ogóle mnie słu­chali – naj­czę­ściej dys­ku­to­wali o słusz­no­ści tego, co mówi­łem. Wystę­po­wa­łem w róż­nych pro­gra­mach typu talk show – sta­no­wi­łem bowiem dosko­nałe źró­dło kon­flik­tów i kon­tro­wer­sji. Moje wypo­wie­dzi na temat roli cho­roby w życiu czło­wieka były czę­sto źle rozu­miane. Poświę­ca­łem sporo czasu na bro­nie­nie się i wyja­śnia­nie, co mia­łem na myśli. Chcia­łem zwró­cić uwagę na fakt, że cho­roba ma wpływ na życie czło­wieka nie tylko w wymia­rze fizycz­nym. Nie­któ­rzy ludzie odno­sili korzy­ści z cho­roby, ponie­waż uzmy­sła­wiała im ona ich wła­sną śmier­tel­ność i prze­mi­jal­ność, dając swo­bodę życia wła­snym życiem. Ale skoro wszy­scy jeste­śmy śmier­telni, to dla­czego nie­któ­rzy ludzie musieli zacho­ro­wać, aby zaznać tej moż­li­wo­ści życia swoim wyjąt­ko­wym życiem? Dla­czego musieli doświad­czyć tego typu skut­ków ubocz­nych?

Obec­nie pra­cow­nicy służby zdro­wia i gospo­da­rze pro­gra­mów tele­wi­zyj­nych zwra­cają się do mnie zazwy­czaj z prośbą o udzie­le­nie infor­ma­cji. Czę­ściej jestem teraz źró­dłem inspi­ra­cji, a nie kon­tro­wer­sji. Leka­rze i pacjenci potrze­bują uzdro­wie­nia i są dziś znacz­nie bar­dziej gotowi, aby słu­chać i się uczyć. Nie­dawno prze­czy­ta­łem bar­dzo poru­sza­jącą książkę napi­saną przez leka­rza, któ­rego żona zmarła na raka. W książce tej autor mnie prze­pra­sza. Ni­gdy się nie spo­tka­li­śmy i nie miał powodu, by to robić – wcze­śniej miał po pro­stu inne prze­ko­na­nia. W swo­jej książce dzieli się spo­strze­że­niem, że w końcu zro­zu­miał, iż jego rodzina doświad­czyła wyjąt­ko­wej i trud­nej sytu­acji – to nie była tylko dia­gnoza, na pod­sta­wie któ­rej wdro­żono okre­ślone lecze­nie. Moje nauki i medy­ta­cje były dla niego i jego żony nie­zwy­kle cenne w trak­cie prze­cho­dze­nia przez to doświad­cze­nie. Nagle nadzieja i miłość stały się bar­dzo waż­nymi tera­piami uzu­peł­nia­ją­cymi.

Przed napi­sa­niem tego wstępu ponow­nie prze­czy­ta­łem swoje poprzed­nie publi­ka­cje i się nie zawio­dłem. Zawie­rają one wiele istot­nych i przy­dat­nych infor­ma­cji. To dobre pod­ręcz­niki szko­le­niowe dla osób bory­ka­ją­cych się z prze­ciw­no­ściami losu. Dzi­siaj jestem jesz­cze bogat­szy o kolejne doświad­cze­nia zwią­zane z roz­ma­itymi trud­no­ściami oraz o wie­dzę zdo­bytą od czasu napi­sa­nia tych ksią­żek i zało­że­nia orga­ni­za­cji Excep­tio­nal Can­cer Patients w roku 1978. Chcę podzie­lić się tym, czego w mię­dzy­cza­sie się nauczy­łem.

Jedną z takich rze­czy jest to, że nie odkry­łem niczego nowego na temat zacho­wań zwią­za­nych z prze­trwa­niem. To prze­sła­nie jest znane od dawna i można je zna­leźć w sło­wach pro­ro­ków z prze­szło­ści oraz osób zma­ga­ją­cych się z trud­no­ściami dnia dzi­siej­szego – od wyjąt­ko­wych pacjen­tów po człon­ków Ano­ni­mo­wych Alko­ho­li­ków i żoł­nie­rzy pie­choty mor­skiej. Nauka i medy­cyna potwier­dziły w ostat­nich bada­niach pro­fil oso­bo­wo­ści i kwe­stie psy­cho­lo­giczne doty­czące zacho­wań zwią­za­nych z prze­trwa­niem oraz ich wpływ na pro­cesy che­miczne zacho­dzące w orga­ni­zmie i zdol­ność do lecze­nia.

Infor­ma­cje doty­czące uzdra­wia­nia i prze­trwa­nia były prze­ka­zy­wane nam przez tysiące lat przez wszyst­kich wiel­kich pro­ro­ków i przy­wód­ców ducho­wych. Zro­zu­mia­łem, że ich prze­sła­nie jest podobne do mojego. Kiedy odnaj­duje się wspólny motyw w pismach uzdro­wi­cieli, można domnie­my­wać, że coś w tym jest – że zawie­rają one prawdę. Gdy­bym to dzi­siaj pisał swoje poprzed­nie książki, z pew­no­ścią uwzględ­nił­bym prze­sła­nia tych uzdro­wi­cieli oraz naj­now­sze naukowe dowody potwier­dza­jące zalety takiego postę­po­wa­nia i stylu życia.

Gdy­bym miał ponow­nie napi­sać książkę _Miłość, medy­cyna i cuda_, roz­wa­żył­bym zmianę jej tytułu na _Skutki uboczne raka_. Pro­ces lecze­nia jest trudny, to bar­dzo ciężka praca, podob­nie jak każda zmiana, jaką trzeba wpro­wa­dzić w swoim życiu. Jed­nak wielu z nas prze­ko­nało się już, że skutki uboczne raka nie zawsze są złe. Ow­szem, rak może zabi­jać, a o skut­kach ubocz­nych zazwy­czaj myślimy jako o pro­ble­mach, ale jest też dobra strona tego wszyst­kiego. Świa­do­mość wła­snej śmier­tel­no­ści może spra­wić, że się w końcu prze­bu­dzisz i zaczniesz żyć auten­tycz­nym, peł­nym zna­cze­nia życiem. W tym miej­scu warto przy­wo­łać pewien arty­kuł zaty­tu­ło­wany _Dzięki Bogu, że mam raka_ (_Thank God I Have Can­cer_). To „dzięki Bogu” odnosi się do czasu poda­ro­wa­nego przez raka auto­rowi, aby ten mógł doświad­czyć piękna, dobroci i miło­ści, które są na wycią­gnię­cie ręki i któ­rymi możemy się dzie­lić. Efek­tem ubocz­nym tych dzia­łań jest rów­nież dłuż­sze życie.

Brzyd­kie kaczątko musiało wyko­nać wiele pracy nad sobą, aby odna­leźć sie­bie i wła­sne piękno oraz ule­czyć swoje życie. Nie miało wspar­cia ze strony rodziny ani spe­cja­li­stów, któ­rzy pomo­gliby mu zyskać poczu­cie wła­snej war­to­ści i miłość. Odna­la­zło je we wła­snym odbi­ciu. Uwa­żam, że pacjent nie powi­nien poko­ny­wać tak trud­nej drogi. Rodzina i leka­rze powinni być w sta­nie edu­ko­wać i instru­ować pacjen­tów w zakre­sie odpo­wied­nich zacho­wań pozwa­la­ją­cych prze­trwać trud­no­ści, jakie poja­wiają się w życiu w postaci cho­roby. I nie cho­dzi tu wcale o życie wieczne czy wysta­wia­nie Boga na próbę, tylko o zaan­ga­żo­wa­nie wszel­kich dostęp­nych sił fizycz­nych i emo­cjo­nal­nych, aby się wyle­czyć. Umysł i ciało nie są oddziel­nymi jed­nost­kami – sta­no­wią jeden zin­te­gro­wany sys­tem. To, jak się zacho­wu­jemy, co myślimy, co jemy i czu­jemy, ma wpływ na nasze zdro­wie. Leka­rze powinni posia­dać umie­jęt­ność prze­ka­zy­wa­nia tej wie­dzy pacjen­tom. Ja sam obec­nie poświę­cam wię­cej czasu niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej wła­śnie na naucza­nie, a pacjenci oka­zują mi naj­więk­szą wdzięcz­ność za to, że uczę ich, jak radzić sobie nie tylko z pro­ble­mami fizycz­nymi, ale także z tru­dami życia.

Edu­ka­cja medyczna pomija wiele kwe­stii, z któ­rymi leka­rze muszą się zma­gać w odnie­sie­niu zarówno do samych sie­bie, jak i do swo­ich pacjen­tów. Aby lecze­nie przy­nio­sło efekty, medycy muszą jed­nak nie tylko być dobrymi tech­ni­kami i umie­jęt­nie prze­pi­sy­wać leki, lecz także uwzględ­niać w swoim podej­ściu do lecze­nia ele­menty filo­zo­fii i ducho­wo­ści. Musimy nie tylko myśleć, ale rów­nież czuć. Kiedy zagro­żone jest życie czło­wieka, poja­wia się wię­cej pro­ble­mów i pytań niż tylko o to, jakie leki należy przyj­mo­wać lub jaką ope­ra­cję wyko­nać. Jak stwier­dziła jedna z kobiet, potrze­bu­jemy spo­łe­czeń­stwa opar­tego na wza­jem­nym zaan­ga­żo­wa­niu – pacjen­tów i leka­rzy otwar­tych na współ­pracę.

Jak więc postę­po­wać, aby zwięk­szyć swoje szanse na prze­ży­cie i zna­leźć dobrego leka­rza, który będzie potra­fił wyko­rzy­stać swoją wie­dzę i będzie dla cie­bie men­to­rem? Zapy­taj leka­rza, czy kie­dy­kol­wiek spo­tkał się z kry­tyką ze strony rodziny, pacjen­tów lub pie­lę­gnia­rek. Jeśli odpo­wiedź brzmi „tak”, to wła­śnie zna­la­złeś swo­jego leka­rza. Dla­czego? Ponie­waż jest to osoba, która daje nadzieję. Nie kry­ty­kuje się czło­wieka, który nie jest skłonny słu­chać, uczyć się i – miejmy nadzieję – zmie­niać. Jak powie­dział poeta Rumi: „Twoja kry­tyka pole­ruje moje lustro”. Dobrzy leka­rze to rozu­mieją. Pie­lę­gniarki rów­nież znają kom­pe­tent­nych, tro­skli­wych leka­rzy, więc poproś je o opi­nię i nie wahaj się wyra­zić swo­jego zda­nia, jeśli nie jesteś trak­to­wany przez leka­rza z sza­cun­kiem. Ule­głe zacho­wa­nie nie zapew­nia prze­trwa­nia. Musisz być dla nich czło­wie­kiem, a nie dia­gnozą czy nume­rem pokoju.

Wspo­mnia­łem już, że prze­glą­da­jąc swoje poprzed­nie tek­sty, byłem cał­kiem zado­wo­lony z ich tre­ści. Przy­po­mnia­łem sobie wów­czas wielu wspa­nia­łych i kocha­ją­cych ludzi, któ­rzy byli i na­dal są moimi nauczy­cie­lami. Teraz, kiedy nie spę­dzam z nimi już tak dużo czasu, odczu­wam ich brak i za nimi tęsk­nię – ponowne prze­czy­ta­nie ich opo­wie­ści naprawdę mi to uświa­do­miło.

Wiele reli­gii i filo­zo­fii pod­po­wiada nam, jak zna­leźć swoją drogę lub ścieżkę. Wszyst­kie one pró­bują nam prze­ka­zać, aby­śmy zwra­cali uwagę na nasze uczu­cia i pozwo­lili im, by nas pro­wa­dziły. Jeśli igno­ru­jesz swoje ciało i sygnały, które ono wysyła, w pew­nym momen­cie ponie­siesz tego kon­se­kwen­cje. Dosko­na­łym pod­su­mo­wa­niem są tu dwa prze­sła­nia Chry­stusa. Pierw­sze – „Bo kto by chciał życie swoje zacho­wać, utraci je, a kto by utra­cił życie swoje dla mnie, odnaj­dzie je”¹ – odczy­tuję tak, że tra­cimy nasze auten­tyczne życie, kiedy ule­gamy wyma­ga­niom innych lub sta­jemy się kimś, kim inni chcą, aby­śmy byli, by zdo­być ich miłość lub po pro­stu na­dal być oto­czeni tro­ską. Kiedy uświa­da­miamy sobie wła­sną śmier­tel­ność, odrzu­camy życie, które nas zabija – zaczy­namy wów­czas być sobą i w końcu żyć swoim życiem. W prak­tyce może to ozna­czać zmianę zawodu, prze­pro­wadzkę, uzdro­wie­nie lub zakoń­cze­nie rela­cji oraz nada­nie życiu nowego zna­cze­nia i przy­ję­cie nowego podej­ścia oraz pracę na rzecz wła­ści­wego Pana.

Twoje życie jest zapi­sane w twoim ciele. Dru­gie prze­sła­nie Chry­stusa brzmi: „Gdy pozwo­li­cie powstać tam­temu, co jest w was, wtedy to, co macie, ura­tuje was. Jeśli nie ist­nieje tamto, co jest w was, wtedy to, czego nie macie w sobie, uśmierci was”². Mówi on tutaj o naszych uczu­ciach i wspo­mnie­niach zapi­sa­nych w ciele i ma cał­ko­witą rację.

Naj­wcze­śniej­sze pisma duchowe mówią nam, aby­śmy sie­dzieli w ciszy i słu­chali. Kabała podaje kon­kretne instruk­cje, jak usły­szeć głos Boga i osią­gnąć oświe­ce­nie, by swoją wie­dzę móc wyko­rzy­stać do pomocy innym. Oca­leni potrze­bują chwili, aby się zatrzy­mać i posłu­chać. Można prak­ty­ko­wać medy­ta­cję i wizu­ali­za­cję, może to być po pro­stu relak­sa­cja lub pisa­nie dzien­nika – wszystko spro­wa­dza się do zna­le­zie­nia czasu na wyci­sze­nie się i wsłu­cha­nie w wewnętrzny głos, który do nas prze­ma­wia. Czę­sto doświad­czam tego, kiedy bie­gam lub jeż­dżę na rowe­rze sam, bez żad­nych roz­pra­sza­ją­cych mnie czyn­ni­ków. Poświęć czas na słu­cha­nie. Jeśli będziesz słu­chać, poznasz swój cel tutaj – na Ziemi – i będziesz mógł odejść stąd rado­śnie ze świa­do­mo­ścią, że słu­ży­łeś, jak mogłeś naj­le­piej, i wypeł­ni­łeś misję, dla któ­rej zosta­łeś stwo­rzony i tu przy­by­łeś. Osoby, które prze­żyły, zaczy­nają zaj­mo­wać się dogłęb­niej okre­ślo­nymi aspek­tami swo­jego życia – ducho­wymi, egzy­sten­cjal­nymi i emo­cjo­nal­nymi. Kiedy poświę­camy się _bez­in­te­re­sow­nej_, bez­wa­run­ko­wej miło­ści, wkra­czamy na ścieżkę praw­dzi­wego pro­cesu uzdra­wia­nia. Nie poświę­camy się wów­czas chęci zmiany ludzi, tylko samym ludziom. Miłość sama w sobie jest cudowną siłą uzdra­wia­jącą. W pew­nym sen­sie jest ona cudem i sen­sem ist­nie­nia. Zadaj więc sobie pyta­nie, jakiej lek­cji masz się tutaj nauczyć, i zrób to poprzez dzie­le­nie się swoją miło­ścią ze świa­tem – w taki spo­sób, w jaki się tą miło­ścią zazwy­czaj dzie­lisz. Pamię­taj, że dzięki swo­jej śle­po­cie miłość czyni wiel­kie rze­czy, aby zatrzeć rany świata.

Mówi się nie­raz, że miłość jest ślepa – pomaga nam bowiem postrze­gać świat w spo­sób istotny dla prze­trwa­nia. Śle­pota miło­ści ma dzia­ła­nie tera­peu­tyczne, pozwala nam funk­cjo­no­wać bez gro­ma­dze­nia w sobie obra­zów trud­no­ści życio­wych. Zda­rza mi się mawiać ludziom: „Jeśli nie potra­fisz kochać, przy­naj­mniej pie­lę­gnuj w sobie pew­nego rodzaju amne­zję, tak byś mógł żyć spo­koj­niej, nie pamię­ta­jąc wszyst­kich rze­czy, które ludzie zro­bili, aby cię zde­ner­wo­wać. Jestem tu, aby pomóc ci prze­trwać, podob­nie jak nasz Stwórca”. Gdyby Bóg nie był inte­li­gentną, kocha­jącą ener­gią, dzi­siaj nie byłoby nas tutaj. Zdol­ność do lecze­nia jest zako­do­wana w każ­dym z nas i we wszel­kich isto­tach żywych. Bóg nie ma swo­ich ulu­bień­ców. Dener­wu­jemy się, gdy bak­te­rie stają się odporne na anty­bio­tyki, ale na naszą zdol­ność do roz­wi­ja­nia odpor­no­ści na cho­roby już nie. Oba te przy­kłady ilu­strują mecha­ni­zmy prze­trwa­nia stwo­rzone przez naszego Stwórcę, aby utrzy­mać życie w rów­no­wa­dze.

Nie żyj niczym postać z filmu, odgry­wa­jąc przy­pi­saną ci rolę. Żyj życiem auten­tycz­nym. Wiele osób umiera, gdy z powodu cho­roby nie może już pra­co­wać. Nie postrze­gają one rela­cji mię­dzy­ludz­kich jako kolej­nego powodu do życia. Z kolei matka dzie­wię­ciorga dzieci kur­czowo trzyma się życia wła­śnie przez wzgląd na nie, ale rok po tym, jak opusz­czają one dom, kobieta umiera. Odkryj swoje życie i nim żyj. Wyjdź poza swoją rolę.

Pamię­taj, że infor­ma­cje nikogo nie zmie­niają, ale inspi­ra­cja już tak. Znajdź powód, by żyć. Zain­spi­ruj się nim, doświadcz obja­wie­nia i prze­miany. Jedyne, co może ci pomóc się zmie­nić, to infor­ma­cja, że jesteś śmier­telny i pew­nego dnia umrzesz. Dla­tego nie rób niczego z myślą o tym, by nie umrzeć, tylko rób wszystko, by popra­wić jakość swo­jego życia – w rezul­ta­cie możesz być zasko­czony, jak długo będziesz żyć. Zaak­cep­tuj fakt, że umrzesz, i podej­mij decy­zję, jak chcesz spę­dzić tę ogra­ni­czoną ilość czasu, która ci pozo­stała. Wów­czas nie będziesz musiał pod­da­wać się w nie­bie tera­pii, aby pora­dzić sobie z gory­czą i urazą, które poczuł­byś, gdy­byś „zro­bił wszystko jak trzeba”, a potem i tak umarł.

Czerp z mądro­ści innych i ciesz się swoim doświad­cze­niem życio­wym. Pamię­taj, że Biblia koń­czy się Obja­wie­niem, a nie wnio­skami – ukoń­cze­nie szkoły to dopiero począ­tek, a nie koniec. Niech ta książka będzie dla cie­bie swo­istym obja­wie­niem, a ja chęt­nie podejmę rolę two­jego prze­wod­nika po trans­for­ma­cji i życiu peł­nym pokoju, miło­ści i uzdro­wie­nia. Zrób pierw­szy krok na tej ścieżce już teraz.

BER­NIE S. SIE­GELWSTĘP

Fakt, że umysł rzą­dzi cia­łem – pomimo zanie­dba­nia tego zagad­nie­nia przez bio­lo­gię i medy­cynę – jest naj­bar­dziej fun­da­men­tal­nym fak­tem, jaki znamy na temat pro­cesu życia.

Franz Ale­xan­der

Kilka lat temu grupa pie­lę­gnia­rek z pobli­skiego szpi­tala popro­siła mnie, abym poroz­ma­wiał z Jona­tha­nem, leka­rzem, u któ­rego wła­śnie zdia­gno­zo­wano raka płuc. Został przy­jęty do szpi­tala w dobrej kon­dy­cji fizycz­nej i dopi­sy­wał mu humor, gdy żar­to­wał ze wszyst­kimi pie­lę­gniar­kami. Kiedy jed­nak dowie­dział się o dia­gno­zie, popadł w głę­boką depre­sję i zamknął się w sobie.

Roz­ma­wia­łem z nim o związku mię­dzy nasta­wie­niem a cho­robą. Omó­wi­łem doświad­cze­nia Nor­mana Cousinsa zwią­zane z podej­rze­niem gruź­licy, które opi­sał on w książce _Ana­tomy of an Ill­ness_:

Moje pierw­sze doświad­cze­nie zwią­zane z ponurą dia­gnozą medyczną miało miej­sce w wieku dzie­się­ciu lat, kiedy wysłano mnie do sana­to­rium dla cho­rych na gruź­licę. Byłem strasz­nie wychu­dzony i mia­łem nie­do­wagę, więc logiczne było zało­że­nie, że cier­pię na poważną cho­robę. Póź­niej oka­zało się, że leka­rze błęd­nie zin­ter­pre­to­wali nor­malne zwap­nie­nia jako objawy gruź­licy. W tam­tych cza­sach zdję­cia rent­ge­now­skie nie były jesz­cze cał­ko­wi­cie wia­ry­godną pod­stawą do sta­wia­nia zło­żo­nych dia­gnoz. W każ­dym razie w sana­to­rium spę­dzi­łem sześć mie­sięcy.

Naj­bar­dziej inte­re­su­jące w tych wcze­snych doświad­cze­niach było dla mnie to, że pacjenci dzie­lili się na dwie grupy – tych, któ­rzy byli prze­ko­nani, że poko­nają cho­robę i będą mogli powró­cić do nor­mal­nego życia, oraz tych, któ­rzy pogo­dzili się z dłu­go­trwałą, a nawet śmier­telną cho­robą. Ci z nas, któ­rzy zacho­wali opty­mi­styczne nasta­wie­nie, zostali dobrymi przy­ja­ciółmi, anga­żo­wali się w twór­cze dzia­ła­nia i nie mieli zbyt wiele wspól­nego z pacjen­tami, któ­rzy pogo­dzili się z naj­gor­szym. Kiedy do szpi­tala przy­by­wali nowi pacjenci, sta­ra­li­śmy się ich zwer­bo­wać, zanim ponura bry­gada zabra­łaby się do pracy.

Byłem pod ogrom­nym wra­że­niem, że chłopcy z mojej grupy mieli znacz­nie wyż­szy odse­tek wyni­ków „wypi­sany jako wyle­czony” niż dzieci z dru­giej grupy. Już w wieku dzie­się­ciu lat byłem filo­zo­ficz­nie uwa­run­ko­wany – uświa­do­mi­łem sobie siłę umy­słu w poko­ny­wa­niu cho­rób. Lek­cje doty­czące nadziei, które przy­swo­iłem sobie w tam­tym cza­sie, ode­grały ważną rolę w moim cał­ko­wi­tym powro­cie do zdro­wia i wpły­nęły na uczu­cia, które od tam­tej pory wciąż towa­rzy­szą mi, gdy myślę o war­to­ści życia³.

Jona­than powie­dział mi wów­czas: „Wiem o tym. Sam mia­łem gruź­licę i powie­dziano mi, że będę musiał spę­dzić w sana­to­rium dwa lata. Odpar­łem na to: „Nie, na Boże Naro­dze­nie będę w domu z rodziną”. I rze­czy­wi­ście, po sze­ściu mie­sią­cach – 23 grud­nia – zosta­łem wypi­sany”.

Zapew­ni­łem go, że „można zro­bić to samo w przy­padku raka”, ale dwa tygo­dnie póź­niej zmarł. Jego żona podzię­ko­wała mi za moje wysiłki i wyja­śniła, że jej mąż nie chciał wal­czyć o powrót do zdro­wia, ponie­waż jego życie i praca stra­ciły wszelki sens.

Sir Wil­liam Osler, wybitny kana­dyj­ski lekarz i histo­ryk medy­cyny, był zda­nia, że wynik lecze­nia gruź­licy zależy bar­dziej od tego, co dzieje się w umy­śle pacjenta, niż od tego, co dzieje się w jego płu­cach. Powta­rzał tym samym słowa Hipo­kra­tesa, który twier­dził, że woli wie­dzieć, jaki rodzaj osoby cierpi na daną cho­robę, niż jaki rodzaj cho­roby ją dotyka. Louis Pasteur i Claude Ber­nard – dwaj giganci XIX-wiecz­nej bio­lo­gii – przez całe życie spie­rali się, czy naj­waż­niej­szym czyn­ni­kiem w cho­ro­bie jest „gleba” – ciało ludz­kie – czy zarazki. Na łożu śmierci Pasteur przy­znał, że Ber­nard miał rację, stwier­dza­jąc: „To gleba”.

Pomimo spo­strze­żeń tych wybit­nych leka­rzy medy­cyna na­dal kon­cen­truje się na cho­ro­bach, co spra­wia, że jest ona ukie­run­ko­wana na porażkę. Jej prak­tycy wciąż zacho­wują się tak, jakby to cho­roby ata­ko­wały ludzi, zamiast zro­zu­mieć, że to ludzie zapa­dają na cho­roby, sta­jąc się podatni na zarazki, na które wszy­scy jeste­śmy nie­ustan­nie nara­żeni. Cho­ciaż naj­lepsi leka­rze zawsze o tym wie­dzieli, medy­cyna jako całość tylko spo­ra­dycz­nie badała osoby, które _nie_ cho­rują. Więk­szość leka­rzy rzadko zasta­na­wia się nad tym, w jaki spo­sób okre­ślone podej­ście pacjenta do życia wpływa na jego dłu­gość i jakość.

Pacjenci są bar­dzo różni. Nie­któ­rzy są gotowi zro­bić nie­mal wszystko, byle tylko nie zmie­niać swo­jego dotych­cza­so­wego życia i by zwięk­szyć szanse na wyle­cze­nie. Kiedy daję im wybór mię­dzy ope­ra­cją a zmianą stylu życia, ośmiu na dzie­się­ciu odpo­wiada: „Pro­szę ope­ro­wać. To mniej boli. Będę musiał tylko zna­leźć opie­kunkę do dziecka na tydzień, kiedy będę w szpi­talu”. Na dru­gim krańcu są pacjenci, któ­rych nazy­wam wyjąt­ko­wymi, oca­la­łymi czy też prze­zwy­cię­ża­ją­cymi trud­no­ści. Oni odma­wiają pogo­dze­nia się z porażką. Tak jak jedna z kobiet, którą się opie­kuję – nie­wi­doma dia­be­tyczka po ampu­ta­cji nogi, cho­ru­jąca na raka, która żyje dłu­żej, niż prze­wi­dy­wały sta­ty­styki, a obec­nie spę­dza więk­szość czasu na roz­mo­wach tele­fo­nicz­nych, doda­jąc otu­chy innym pacjen­tom. Ona i inni wyjąt­kowi pacjenci nauczyli mnie, że umysł może mieć ogromny wpływ na ciało, a zdol­no­ści do kocha­nia nie ogra­ni­cza cho­roba fizyczna.

Teo­ria Freuda, zgod­nie z którą naszemu instynk­towi samo­za­cho­waw­czemu prze­ciw­sta­wia się pew­nego rodzaju instynkt śmierci, została odrzu­cona przez wielu póź­niej­szych psy­cho­lo­gów. Wszy­scy jed­nak wiemy, że wiele osób żyje tak, jakby rze­czy­wi­ście chciały skró­cić swoje życie. Wyjąt­kowi pacjenci nato­miast poko­nują pre­sję, kon­flikty i nawyki, rezy­gnują z dzia­łań, które innym dyk­tuje to świa­dome lub nieświa­dome „pra­gnie­nie śmierci”. Każda ich myśl i czyn służą spra­wie życia. Oso­bi­ście uwa­żam, że w nas samych ist­nieją bio­lo­giczne mecha­ni­zmy „życia” i „śmierci”. Bada­nia naukowe innych leka­rzy oraz moje codzienne doświad­cze­nia kli­niczne utwier­dziły mnie w prze­ko­na­niu, iż stan umy­słu zmie­nia stan ciała poprzez oddzia­ły­wa­nie na cen­tralny układ ner­wowy, układ hor­mo­nalny oraz układ odpor­no­ściowy. Spo­kojny umysł wysyła ciału komu­ni­kat „żyj”, pod­czas gdy depre­sja, strach i nie­roz­wią­zane kon­flikty prze­ka­zują mu komu­ni­kat „umie­raj”. Wydaje się, że wszel­kie pro­cesy lecz­ni­cze mają cha­rak­ter naukowy, nawet jeśli nauka nie jest jesz­cze w sta­nie dokład­nie wyja­śnić, w jaki spo­sób docho­dzi do róż­nego rodzaju nie­ocze­ki­wa­nych „cudów”.

Wyjąt­kowi pacjenci prze­ja­wiają wolę życia w jej naj­bar­dziej oczy­wi­stej for­mie. Przej­mują kon­trolę nad swoim życiem, nawet jeśli wcze­śniej nie byli w sta­nie tego zro­bić, i ciężko pra­cują, aby odzy­skać zdro­wie i osią­gnąć spo­kój ducha. Nie pole­gają na leka­rzach, któ­rzy przej­mują ini­cja­tywę – trak­tują ich raczej jako człon­ków zespołu, wyma­ga­jąc od nich naj­wyż­szej klasy umie­jęt­no­ści, pomy­sło­wo­ści, tro­ski i otwar­to­ści umy­słu. A jeśli nie są usa­tys­fak­cjo­no­wani, po pro­stu zmie­niają leka­rza.

Jed­nak wyjąt­kowi pacjenci to rów­nież pacjenci kocha­jący, i dla­tego rozu­mieją oni trud­no­ści, z jakimi boryka się lekarz. W więk­szo­ści przy­pad­ków moja rada dla nie­za­do­wo­lo­nego pacjenta brzmi: przy­tul leka­rza. Zazwy­czaj dzięki temu lekarz chęt­niej reaguje na potrzeby pacjenta, ponie­waż _sta­jesz się_ dla niego indy­wi­du­al­no­ścią i jesteś _trak­to­wany_ jak osoba, a nie cho­roba. Sta­jesz się tym, kogo czule nazy­wam „sza­leń­cem”. Jedna pacjentka powie­działa mi, że wró­ciła do swo­jego leka­rza z chę­cią zasto­so­wa­nia się do mojej rady, ale nie mogła się zmu­sić, żeby go przy­tu­lić. „Zamiast tego – wyznała – spoj­rza­łam na niego z naj­więk­szym współ­czu­ciem, na jakie było mnie stać. I wiesz, co się stało? Usiadł, powie­dział mi, że musi schud­nąć i wię­cej ćwi­czyć, a potem to _on_ objął _mnie!_”. Jeśli jed­nak uścisk nie zadziała, to czas poszu­kać innego leka­rza. Znam pacjen­tów, któ­rych rela­cje z leka­rzami dosłow­nie zabi­jają.

Każdy może być wyjąt­ko­wym pacjen­tem, a naj­lep­szym momen­tem na pod­ję­cie wyzwa­nia, by wła­śnie takim być, jest czas przed zacho­ro­wa­niem. Wiele osób nie wyko­rzy­stuje w pełni swo­jej siły życio­wej, dopóki śmier­telna cho­roba nie zmusi ich do „zmiany nasta­wie­nia”. Nie musi to być jed­nak prze­bu­dze­nie w ostat­niej chwili. Siła umy­słu jest dostępna dla nas przez cały czas i daje nam więk­sze pole manewru, zanim jesz­cze nad­cią­gnie kata­strofa. Pro­ces, o jakim mówię, nie wymaga przy­na­leż­no­ści do żad­nej kon­kret­nej reli­gii ani przy­ję­cia okre­ślo­nego sys­temu psy­cho­lo­gicz­nego. Ponie­waż w mojej prak­tyce naj­częst­szą groźną cho­robą jest rak, więk­szość opi­sa­nych tu doświad­czeń doty­czy wła­śnie raka, ale te same zasady mają zasto­so­wa­nie w przy­padku wszyst­kich cho­rób.

Pod­sta­wo­wym pro­ble­mem więk­szo­ści pacjen­tów jest nie­zdol­ność do kocha­nia sie­bie, wyni­ka­jąca z braku miło­ści ze strony innych w klu­czo­wym okre­sie ich życia. Okre­sem tym jest nie­mal zawsze dzie­ciń­stwo, kiedy to rela­cje z rodzi­cami kształ­tują nasze cha­rak­te­ry­styczne spo­soby reago­wa­nia na stres. Jako doro­śli powta­rzamy te reak­cje i nara­żamy się na cho­roby, a nasza oso­bo­wość czę­sto deter­mi­nuje spe­cy­fikę tych cho­rób. Umie­jęt­ność kocha­nia sie­bie w połą­cze­niu z umie­jęt­no­ścią kocha­nia życia, przy peł­nej świa­do­mo­ści, że nie będzie ono trwało wiecz­nie, pozwala popra­wić tego życia jakość. Moją rolą jako chi­rurga jest zapew­nie­nie ludziom czasu, w któ­rym będą mogli się sami wyle­czyć. Sta­ram się pomóc im w powro­cie do zdro­wia, a jed­no­cze­śnie zro­zu­mieć, dla­czego w ogóle zacho­ro­wali. Wów­czas można dążyć do praw­dzi­wego uzdro­wie­nia, a nie tylko do wyeli­mi­no­wa­nia tej jed­nej kon­kret­nej cho­roby.

Niniej­sza publi­ka­cja sta­nowi swego rodzaju prze­wod­nik po takiej prze­mia­nie, a także zapis mojej wła­snej edu­ka­cji, którą otrzy­ma­łem od pacjen­tów. Sta­ram się tu odgry­wać rolę pośred­nika, dzięki któ­remu ich bole­śnie zdo­byte umie­jęt­no­ści życiowe będą mogły wska­zać ci, jak sku­tecz­nie wal­czyć o wła­sne zdro­wie. Książka ta nie jest jedy­nie zbio­rem porad, co należy robić – takich porad jest mnó­stwo. To raczej prze­wod­nik po tej czę­ści cie­bie, która może wybrać naj­lep­szą dla sie­bie radę, a następ­nie wzbu­dzić w sobie wolę, by ją wpro­wa­dzić w życie. Mam nadzieję dotrzeć poza twój racjo­nalny umysł, ponie­waż cuda nie rodzą się z zim­nego inte­lektu. Są one wyni­kiem odna­le­zie­nia praw­dzi­wego sie­bie i podą­ża­nia za tym, co uwa­żasz za swoją auten­tyczną życiową drogę.

Jeśli cier­pisz na cho­robę zagra­ża­jącą życiu, zmiana, o któ­rej mówię, może ci je ura­to­wać lub prze­dłu­żyć znacz­nie ponad medyczne roko­wa­nia. A już na pewno pozwoli ci przy­naj­mniej wyko­rzy­stać pozo­stały ci czas lepiej, niż obec­nie uwa­żasz, że jest to moż­liwe. Jeśli cier­pisz na nie­wiel­kie zabu­rze­nia lub nie jesteś chory, ale nie cie­szysz się życiem, zasady, któ­rych nauczy­łem się od wyjąt­ko­wych pacjen­tów, mogą przy­nieść ci radość i pomóc unik­nąć cho­rób w przy­szło­ści.

Jeśli jesteś leka­rzem, mam nadzieję, że ta książka dostar­czy ci stra­te­gii, któ­rych od dawna potrze­bu­jesz, a któ­rych nie nauczono cię pod­czas stu­diów. Leka­rze rzadko zdają sobie sprawę z tego, jak bar­dzo różni się spo­sób, w jaki roz­ma­wiają z pacjen­tami cho­rymi na raka, od spo­sobu, w jaki roz­ma­wiają z innymi pacjen­tami. Pacjen­towi po zawale serca mówimy zwy­kle, jak zmie­nić styl życia – uwzględ­nia­jąc dietę, ćwi­cze­nia fizyczne itp. – dając mu w ten spo­sób nadzieję, że on sam może uczest­ni­czyć w pro­ce­sie powrotu do zdro­wia. Ale gdyby ten sam pacjent nało­żył maki­jaż i perukę, a następ­nie wró­cił w kolej­nym tygo­dniu i powie­dział: „Mam raka”, więk­szość leka­rzy odpowie­działaby: „Jeśli te metody lecze­nia nie zadzia­łają, nie będę mógł nic wię­cej dla cie­bie zro­bić”. Musimy nauczyć się dawać pacjen­tom moż­li­wość uczest­ni­cze­nia w pro­ce­sie powrotu do zdro­wia w przy­padku _każ­dego rodzaju_ cho­roby.

Nie sta­ram się na tych stro­nach dać ci do zro­zu­mie­nia, że jestem lep­szym leka­rzem od cie­bie – sta­ram się raczej wyja­śnić, dla­czego nie­gdyś czu­łem się nie­udacz­ni­kiem, osobą prze­graną. Było tak dopóty, dopóki moi pacjenci nie nauczyli mnie, że medy­cyna to coś wię­cej niż tylko tabletki i skal­pele. Wiem, że gabi­nety są pełne ludzi, któ­rzy wysy­sają z leka­rzy ener­gię i nie radzą sobie z cho­robą zbyt dobrze. Znam ból, jaki odczu­wają leka­rze. Bory­kamy się z tymi samymi pro­ble­mami, co inni ludzie, a dodat­kowo mamy jesz­cze jeden, który wbi­jano nam do głowy pod­czas stu­diów medycz­nych. Cho­dzi o rolę mecha­nika-ratow­nika, która defi­niuje cho­robę i śmierć jako naszą porażkę. Nikt nie żyje wiecz­nie, dla­tego śmierć nie jest pro­ble­mem. Pro­ble­mem jest życie. Śmierć nie jest porażką. Porażką jest rezy­gna­cja z pod­ję­cia wyzwa­nia, jakim jest życie. Przed­sta­wię ci nie­wielką grupę pacjen­tów, któ­rzy mogą przy­wró­cić ci ener­gię – to ludzie, któ­rzy wra­cają do zdro­wia, nawet jeśli nie powinni. Pokażę ci, jak uczyć się od pacjen­tów, któ­rzy odnie­śli suk­ces, i poma­gać innym w prze­bu­dze­niu w nich „chęci do życia”. Ten pro­ces nie­uchron­nie pokie­ruje cię ku wyle­cze­niu i sprawi, że sta­niesz się jesz­cze sku­tecz­niej­szym uzdro­wi­cie­lem.

Z naszego słow­nika powin­ni­śmy usu­nąć słowo „nie­moż­liwe”. Jak kie­dyś (w innym kon­tek­ście) zauwa­żył David Ben-Gurion: „Czło­wiek, który nie wie­rzy w cuda, nie jest reali­stą”. Kiedy zoba­czymy, jak ter­miny takie jak „spon­ta­niczna remi­sja” lub „cud” wpro­wa­dzają nas w błąd i dez­orien­tują, będziemy mogli wycią­gnąć wła­ściwe wnio­ski. Ter­miny te suge­rują, że pacjent musi mieć szczę­ście, aby zostać wyle­czo­nym, ale uzdro­wie­nia te są wyni­kiem cięż­kiej pracy. Nie są one dzie­łem Boga. Pamię­taj, że cud jed­nego poko­le­nia może być fak­tem nauko­wym dla innego. Nie zamy­kaj oczu i nie igno­ruj dzia­łań lub wyda­rzeń, które nie zawsze są mie­rzalne. One mają miej­sce dzięki wewnętrz­nej ener­gii dostęp­nej dla każ­dego z nas. Dla­tego też wolę okre­śle­nia takie jak „kre­atywne” lub „samo­dzielne” lecze­nie – pod­kre­ślają one bowiem aktywną rolę pacjenta. Pokażę ci, w jaki spo­sób wyjąt­kowi pacjenci pra­cują nad swoim wylecze­niem.

BER­NIE S. SIE­GEL
New Haven, Con­nec­ti­cut, kwie­cień 1986 rok– Chcę tylko powie­dzieć, że nie powin­ni­śmy za bar­dzo wie­rzyć leka­rzom. O pro­szę, czy­tam teraz taką książkę – poka­zał opa­sły tom – Abri­ko­sow i Stru­kow, _Ana­to­mo­pa­to­lo­gia, pod­ręcz­nik aka­de­micki_. Tu jest napi­sane, że zależ­ność mię­dzy cho­robą nowo­two­rową a cen­tral­nym ukła­dem ner­wo­wym nie została jesz­cze dosta­tecz­nie zba­dana. A jest to zależ­ność zadzi­wia­jąca! Prze­czy­tam wam dosłow­nie – prze­rzu­cił parę kar­tek – o, jest: „Wystę­pują nie­kiedy przy­padki samo­ist­nej remi­sji nowo­tworu”. Rozu­mie­cie? Nie wyle­cze­nia, lecz ozdro­wie­nia! No i co wy na to?

W sali zawrzało. Oto samo­istne ozdro­wie­nie wyle­ciało z kart książki niczym tęczowy motyl i każdy nad­sta­wiał teraz czoło, policzki, twarz, żeby tylko ów motyl musnął je swymi zbaw­czymi skrzy­dłami.

– Samo­istne! – Kosto­gło­tow odło­żył książkę i potrzą­snął wycią­gnię­tymi ramio­nami, a noga na­dal leżała na dru­giej jak gitara. – To zna­czy, że nagle, ni stąd, ni zowąd, guz zaczyna odwrót! Zmniej­sza się, cofa, wchła­nia i znika!

Wszy­scy zamil­kli, słu­chali baśni z otwar­tymi ustami. Nie do wiary – żeby nowo­twór, jego guz, ten zabój­czy, prze­kre­śla­jący całe życie guz mógł znik­nąć tak sam z sie­bie, scze­znąć bez śladu?

Mil­czeli, cze­kali na motyla nadziei – i jedy­nie ponury Pod­du­jew zaskrzy­piał łóż­kiem i napi­na­jąc się (sic!) bez­sil­nie wychry­piał:

– Do tego trzeba mieć czy­ste sumie­nie⁴.

Alek­san­der Soł­że­ni­cyn,
_Oddział cho­rych na raka_Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1.

Biblia War­szaw­ska, Mt 16,25 (przyp. tłum.).

2.

_Ewan­ge­lia według Toma­sza_, wer­set 70, przeł. W. Myszor, A. Szczu­dłow­ska (przyp. tłum.).

3.

N. Cousins, _Ana­tomy of an Ill­ness: As Per­ce­ived by the Patient_, W.W. Nor­ton & Com­pany, New York 2005.

4.

Alek­san­der Soł­że­ni­cyn, _Oddział cho­rych na raka_, tłum. Michał B. Jagiełło, Czy­tel­nik, War­szawa 1993, s. 128.

5.

F. Dosto­jew­ski, _Zbrod­nia i kara_, tłum. C. Jastrzę­biec-Kozłow­ski, PIW, War­szawa 1987, s. 671 .

6.

A. Hut­sch­nec­ker, _Chęć życia_, tłum. F. Wol­ski, PZWL Wydaw­nic­two Lekar­skie, War­szawa 1964.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij