Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Moi przyjaciele - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 kwietnia 2026
4241 pkt
punktów Virtualo

Moi przyjaciele - ebook

Nominacja do Nagrody Bookera

Londyn, kwiecień 1984 roku. Studenci Chaled i Mustafa postanawiają wziąć udział w zorganizowanej pod ambasadą Libii demonstracji przeciwko reżimowi Kaddafiego. Protest kończy się tragicznie: z okna ambasady pada seria strzałów, ginie policjantka, jedenaście osób jest rannych. Dla młodych mężczyzn, którzy narazili się dyktaturze, to koniec ich dotychczasowego życia. Odtąd będą ponosić konsekwencje tego feralnego wydarzenia, które zamknie im drogę powrotną do ojczyzny. A jednak okaże się ono również początkiem – niezwykłej przyjaźni. Chaled, Mustafa i Hosam, libijski pisarz również obecny na demonstracji, spróbują odbudować w Londynie swój świat na nowo, wzajemnie się wspierając.

Hisham Matar, autor uhonorowany Nagrodą Pulitzera, z niezwykłą wrażliwością kreśli portret ludzi zawieszonych między dwiema ojczyznami. Splatając przeżycia fikcyjnych bohaterów z autentycznymi wydarzeniami, prowadzi czytelnika od lat siedemdziesiątych XX wieku aż po Arabską Wiosnę. Moi przyjaciele to refleksja nad naturą emigracji, lojalności oraz więzi, które definiują nasze życie. To opowieść o tym, jak polityka boleśnie potrafi zmieniać ludzkie losy, o osamotnieniu i potrzebie przynależności, a przede wszystkim o nieustającym poszukiwaniu drogi do domu.

„„Moi przyjaciele” to wspaniała powieść o niewinności i doświadczeniu, o przyjaźni, rodzinie i wygnaniu. Kolejny raz widać, jak wyjątkowo utalentowanym powieściopisarzem jest Hisham Matar.” Colm Tóíbin

„Zawsze podziwiałam czuły i wyrozumiały, a zarazem mocny i porywający głos Matara.” Elif Șafak

„„Moi przyjaciele” to najbardziej polityczna powieść Matara, będąca zarazem medytacją nad przyjaźnią, miłością i wszystkim, co pomiędzy nimi. Poruszająca do głębi, bogata i mądra, a oprócz tych wszystkich zalet napisana nadzwyczaj eleganckim stylem. To jeden z tych autorów, którego głosu chciałoby się słuchać do końca życia.” Juan Gabriel Vásquez

„„Moi przyjaciele” opowiadają o życiu wygnańca naznaczonym przemocą, a zarazem [...] podtrzymywanym przez przyjaźń. Powieść, która pozostawia niezatarte wrażenie: mądra, aktualna i głęboka, autorstwa jednego z najwybitniejszych pisarzy naszych czasów.” Claire Messud

„Pokochałam tę książkę jak mało którą. Refleksyjna, wciągająca, czasami niezmiernie czuła, z zaskakującymi zwrotami akcji i olśniewającymi momentami, w których zaczynamy rozumieć rzeczy na nowo. Spacer przez Londyn z King’s Cross Station do Shepherd’s Bush przywołuje wspomnienia o życiu, którego bieg odmieniła jedna manifestacja. To książka o przyjaźni, wygnaniu, przynależności, życiu, które się przeżyło, i życiu, którego się nie przeżyło, a także o niedawnej przeszłości Libii. Londyn jawi się tutaj jako schronienie, przejściowy dom niebędący do końca domem nawet po trzydziestu latach wygnania, ale też kamień dający oparcie. Gdy tylko skończyłam lekturę, zaczęłam czytać od nowa, z bijącym sercem, urzeczona długimi, wijącymi się zdaniami Matara i ożywiona nowo nabytą wiedzą. „Moi przyjaciele” to najpiękniejsza, najdoskonalsza, mistrzowska powieść; dawno nie czytałam czegoś podobnego.” Priscilla Morris

„Nie sposób opisać głębi i piękna tej książki. „Moi przyjaciele” zapierają dech w piersiach, każda strona to cud. Jeśli istnieje język wygnania, to właśnie taki, jak w tej książce: piękny i bolesny, współczujący i bezlitosny, który nade wszystko w przejmujący sposób wyraża nadzieję, że i na wygnaniu jest droga do pewnego rodzaju powrotu. Taka, która prowadzi nas do samych siebie. Hisham należy do naszych najwybitniejszych pisarzy; mamy szczęście, że jest wśród nas.” Maaza Mengiste

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna obca
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8396-311-2
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Dotychczas ukazały się m.in.:

Yaa Gyasi, _Poza królestwo_

Hila Blum, _Jak kochać własną córkę_

Monica Isakstuen, _Bądź dobra dla zwierząt_

William Brewer, _Czerwona strzała_

Nadifa Mohamed, _Szczęśliwcy_

Jim Lewis, _Duchy Nowego Jorku_

Elizabeth Wetmore, _Walentynka_

Claire Vaye Watkins, _Kocham cię, ale wybieram ciemność_

Miriam Toews, _Z ogniem_

Jen Beagin, _Szwajcara_

Tess Gunty, _Królikarnia_

Négar Djavadi, _Wszystkie moje rewolucje_

Gwendoline Riley, _Moje zmory_

Alia Trabucco Zerán, _Do czysta_

Graeme Macrae Burnet, _Studium przypadku_

Vincenzo Latronico, _Do perfekcji_

An Yu, _Muzyka dla duchów_

Kevin Jared Hosein, _Głodne duchy_

Antoine Wilson, _Usta-usta_

Irene Solà, _Dałem ci oczy, a ty spojrzałaś w ciemność_

Catherine Lacey, _Biografia X_

Benjamín Labatut, _Maniak_

Michael Magee, _Blisko domu_

Już niebawem ukaże się:

Tobias Wolff, _Stara szkoła_1

Nie sposób, rzecz jasna, wiedzieć na pewno, co kryje się w czyimś sercu, zwłaszcza własnym, a także dobrze znanych nam osób, być może szczególnie tych, które znamy najlepiej, lecz teraz, stojąc na górnym poziomie King’s Cross Station, skąd widzę mojego starego przyjaciela Hosama Zowę idącego przez halę dworcową, czuję, jakbym przenikał go wzrokiem, postrzegam dokładniej niż kiedykolwiek przedtem, jak gdyby przez dwadzieścia lat znajomości nasza przyjaźń polegała na wzajemnym studiowaniu się, a teraz, jak na ironię, kiedy dopiero co się pożegnaliśmy, jego obraz nareszcie się wyłania. Może taka jest naturalna kolej rzeczy, że kiedy przyjaźń w niezrozumiały sposób się kończy, słabnie albo po prostu rozpływa się w nicość, zmiana, jakiej doświadczamy, wydaje się nieunikniona, zdaje się przeznaczeniem, które przez cały czas ku nam zmierzało, jak ktoś idący w naszym kierunku z dużej odległości, kogo poznajemy dopiero wtedy, gdy jest już za późno, by się odwrócić. Nikt nie był nigdy bliższy mojemu sercu. Gdy patrzę, jak idzie do pociągu, który zawiezie go do Paryża, gdzie tak wiele lat temu spotkaliśmy się po raz pierwszy i w najbardziej nieoczekiwany sposób, mam pewność, że dokładnie tam, gdzie spotykają się żebra, niesie niewidzialny ciężar, który mogę z tej odległości dostrzec.

Kiedy jeszcze mieszkał w Londynie, prawie nie było tygodnia bez wspólnego spaceru przez park albo brzegiem Tamizy. Czasami wdawaliśmy się w dyskusję, przeważnie na temat jakiegoś niejasnego zagadnienia z dziedziny literatury, a różnica zdań, jak to chyba w takich wypadkach bywa, skrywała jakieś głębiej ukryte konflikty. Czasami – czego żałuję, bo ten gest nigdy mi się nie podobał – dźgałem go palcem wskazującym w pierś, po czym moja dłoń przez chwilę na niej spoczywała, jakbym chciał zatrzymać tam w środku wszystko, co w swoim mniemaniu włożyłem. W takich momentach moją uwagę zwracał osobliwy układ jego żeber, wystających do przodu, jakby nieustannie spodziewały się ataku.

Hosam nie wie, że wciąż tu jestem. Myśli, że już poszedłem, bo spieszyłem się na umówiony obiad, na który, jak mu powiedziałem, byłem już spóźniony. Sam nie wiem, dlaczego skłamałem.

– Z kim się umówiłeś? – zapytał.

– Nie znasz.

Spojrzał na mnie, jakbyśmy już zdążyli się rozstać, a teraźniejszość była przeszłością. Jakbym stał na brzegu, a on na pokładzie statku odpływającego w przyszłość.

Przez ten ciężar w piersi jego ramiona były odrobinę cofnięte, przez co biodra wysunęły się do przodu, jakby miały zrównoważyć ciężar ciała i zapobiec upadkowi na twarz przy najlżejszym pchnięciu. Mimo to wyglądał z tej odległości jak człowiek czynu, podążający naprzód, zdecydowany wkroczyć w nowe życie.

Lata, które upłynęły od 2011 roku, od rewolucji libijskiej i wszystkiego, co po niej nastąpiło – niezliczone porażki i przepuszczone okazje, porwania i mordy, wojna domowa, zrównanie z ziemią całych dzielnic, rządy bojówek – zmieniły Hosama. Świadczyła o tym jego postawa, lecz także inne oznaki: łagodne drżenie rąk, które dawało się zauważyć, ilekroć podnosił papierosa do ust, cień zwątpienia widoczny wokół oczu, ich ostrożny wyraz i twarz przypominająca krajobraz wystawiony na złą pogodę.

Kiedy zaczęła się rewolucja, wrócił do kraju i wytworzył się między nami dystans, co było zapewne naturalne. Podczas jego sporadycznych przyjazdów do Londynu czuliśmy się ze sobą swobodnie, ale jakoś nie było między nami dawnej zażyłości. Jestem pewien, że też zauważył tę zmianę. Czasami zatrzymywał się u mnie, spał na kanapie w mojej kawalerce, w tym samym pokoju, gdzie mogliśmy w ciemności rozmawiać, dopóki jeden z nas nie zasnął. Przeważnie jednak wynajmował pokój w małym hoteliku w Paddington. Tam się spotykaliśmy, a w dzielnicy otaczającej dworzec kolejowy, którego bliskość nadaje ulicom klimat jakiejś tymczasowości, czuliśmy się obaj jak goście i potęgowało się wrażenie, że nasza przyjaźń stała się repliką tej, jaką była kiedyś, gdy obaj tu mieszkaliśmy i dzieliliśmy się miastem, jak rzetelni robotnicy dzielą się narzędziami. Teraz jednak, kiedy mówił, często uciekał wzrokiem, co sprawiało wrażenie, jakby myślał na głos albo był pogrążony w rozmowie z samym sobą. Kiedy ja opowiadałem mu jakąś historię, łapałem się na tym, że się nieco pochylam do przodu, i wyczuwałem we własnym głosie niemal płaczliwy ton, jakbym próbował namówić go do czegoś nieprawdopodobnego. Nikt nie jest bardziej zdolny do fałszu ani nie potrzebuje go bardziej niż ci, którzy chcieliby, żeby ich drogi nigdy się nie rozeszły.2

Wczoraj wieczorem Hosam przyjechał z Bengazi. Przegadaliśmy całą noc. Zasnął na kanapie i obudził się dopiero wczesnym popołudniem. Musieliśmy zaraz pędzić na St Pancras Station, skąd odjeżdżał jego pociąg do Paryża. Miał się tam zatrzymać na dwie noce, a potem odlecieć do San Francisco. W Londynie osiadł kiedyś na dłużej. Z Bengazi przysłał mi SMS: „Muszę się z tobą zobaczyć, zanim wyjadę już na zawsze”. W Paryżu mieszkał przez jakiś czas dwadzieścia jeden lat temu, kiedy był jeszcze na tyle młody, żeby fantazjować o tym, jak sam siebie wykreuje. „Chcę jeszcze jeden raz zobaczyć to miasto” – powiedział wczoraj zaraz po wejściu do mojego mieszkania.

Pojechałem po niego na lotnisko. Przez całą drogę metrem z Heathrow do Shepherd’s Bush mówił po angielsku prawie wyłącznie o swoim nowym życiu w Ameryce. Nic nie wspomniał o ostatnich pięciu latach spędzonych w Libii, a ja liczyłem, że właśnie o tym usłyszę.

– To wariactwo. Jestem równie zaskoczony jak ty. Planować życie na czas nieokreślony w kraju, w którym nigdy nie byłem, w domu, którego nigdy nie widziałem. Ojciec kupił go, bo tak mu się nagle zachciało, podczas podróży służbowej, kiedy był młody, długo przed moim urodzeniem. A teraz mam zamiar wychowywać dziecko tam, w Ameryce.

Po krótkiej przerwie, kiedy przejeżdżaliśmy przez tunel, dodał:

– Biedak.

Miał na myśli ojca.

Mijaliśmy kolejne stacje, drzwi otwierały się i zamykały, pasażerowie wysiadali i wsiadali nowi. Powiedział mi coś, co już kiedyś od niego słyszałem – że ojciec dał się nabrać na uroki północnej Kalifornii.

– Planował, że będzie tam jeździł każdego lata, tymczasem zakazano mu wyjazdów za granicę, i to do końca życia.

Roześmiał się, a ja poczułem się w obowiązku, by mu zawtórować.

Po drugiej stronie przejścia naprzeciwko nas siedziała młoda rodzina. Mężczyzna był czarny, przystojny, z trochę wyzywającym spojrzeniem. Kobieta – biała, blondynka – mówiła coś szeptem do dziecka. Mały wyglądał na jakieś dziewięć lat, miał afro, przez co głowa wydawała się dwa razy większa, a światło tworzyło brązowe i złote refleksy na jego włosach, które matka od czasu do czasu przeczesywała palcami. Chłopczyk stał naprzeciwko nas, opierając ręce na kolanach rodziców. Lekko kołysał się w rytm ruchu pociągu. Mieli w sobie coś teatralnego. Zdawali sobie sprawę, że są piękną rodziną. Wzrok wszystkich trojga spoczywał na nas, zdawali się dostrajać do słów Hosama. Często wywoływał w otoczeniu taki efekt.

– Wyobrażasz sobie? – mówił dalej. – Pod wpływem impulsu kupił dom, żeby do końca życia nie móc go zobaczyć? Nawet kiedy było nam najtrudniej, nie chciał go wynająć. Aż Point Reyes, sąsiednie miasto, stało się w naszej rodzinie alegorią, synonimem czegoś utraconego i niemożliwego do osiągnięcia, rodzinnej Atlantydy.

Wyjechaliśmy z podziemi i wagon wypełnił się światłem. Piękna rodzina patrzyła na widoki przesuwające się za oknem za naszymi plecami.

Hosam, który całe swoje mienie wysłał już do Kalifornii, podróżował z niewielkim bagażem. Poznałem jego starą torbę. Małą, niebieską, podniszczoną. Miał ją przy sobie, kiedy wrócił z Paryża i później, kiedy z jego dziewczyną Claire jeździli do Devonu, by od czasu do czasu popływać w rzece Darcie, co oboje lubili. Na widok znajomego przedmiotu zatęskniłem za tymi dawnymi dniami, kiedy Hosam mieszkał w Londynie. Przez jakiś czas wynajmował pode mną w środkowej części szeregowca mieszkanie zajmujące cały parter, z zaniedbanym ogrodem na tyłach. Moja sypialnia znajdowała się dokładnie nad ich salonem i przez wiele nocy zasypiałem przy cichym szmerze głosów Hosama i Claire.

Wszystko ułożyło się spontanicznie. Hosam przyjechał do Londynu, mieszkanie na parterze było do wzięcia. Z początku się wahał, a ja wiedziałem, że nie powinienem naciskać. Niski czynsz przesądził sprawę. Niebawem wprowadziła się Claire. Irlandka o łagodnym usposobieniu, bystra, a przy tym stanowcza, wyraźnie dawała do zrozumienia, że nikt nie musi się o nią martwić, że czyjaś troska to ostatnie, czego jej potrzeba. Pamiętam, jak kiedyś czekaliśmy na nią w kawiarni. Spóźniała się. Hosam sprawdzał swój telefon. Zapytałem, czy się niepokoi. Wyglądał na autentycznie zdumionego.

– Niepokoić się? Nigdy się nie martwię o Claire.

Poznali się w Dublinie w Trinity College, gdzie Hosam studiował anglistykę, a Claire historię. Lubiła nam przypominać, że też przebywa tutaj na wygnaniu.

– Wiesz co – ciągnął Hosam, teraz bardziej poufale, bliżej się nachylając, lecz wciąż mówiąc po angielsku – przez te ostatnie tygodnie, kiedy się pakowaliśmy i szykowaliśmy do przeprowadzki, wciąż myślałem o moim biednym starym, niech Bóg ma go w swojej opiece. Wiem, że to zabrzmi po wariacku, ale jestem przekonany, że wiedział, że przyjdzie czas, kiedy czarna owca, syn, któremu, jak powiedział matce, pisane jest albo dokonać wielkich rzeczy, albo okazać się kompletnym nieudacznikiem, wypnie się na wszystko i pojedzie do Ameryki, skąd się już nie wraca.

Dojechaliśmy do naszej stacji. Hosam, gdy szliśmy pod adres, gdzie kiedyś mieszkał, komentował zmiany, jakie zaszły w okolicy od jego ostatniego pobytu – supermarket przejął starą piekarnię, próbowano uporządkować Park Shepherd’s Bush Green, ten wielki trójkąt porośnięty trawą, otoczony ze wszystkich stron ruchem ulicznym.

Kiedy doszliśmy do znajomej ulicy z rzędami domów po obu stronach, Hosam przestał mówić. Szybko, jak zawsze, wyciągnąłem klucze. Przez wszystkie przemieszkane tutaj lata ani razu nie zatrzasnąłem zamka, będąc na zewnątrz, nie zgubiłem kluczy ani portfela. Wspólna część domu nic się nie zmieniła, na wypłowiałym dywanie leżały rozsypane przesyłki, a światło zgasło, zanim weszliśmy na górny podest.

– Ale Paryż – powiedział Hosam, kiedy wchodziliśmy po schodach – to czysta nostalgia.

Zostawił bagaż w kuchni i poszedł prosto do łazienki. Nie zamknął za sobą drzwi. Namydlił ręce i twarz, wciąż opowiadając o swoich planach: chce się przejść po wszystkich znajomych ulicach, odwiedzić Jardin sauvage Saint-Vincent, do którego mnie kiedyś zabrał. Po jakimś czasie twarz Hosama przybrała nowy wyraz. Gdy tak siedział w mojej kuchni, ze swoją torbą u boku, wydawało się, jakby siedział nie tylko przy swoich rzeczach, ale po jednej stronie własnego serca, boleśnie przeżywając odległość między Libią i Ameryką, między swoim dawnym życiem a przyszłością. Być może teraz, kiedy znalazł się w Londynie, w miejscu pośrednim, kiedy słyszał sam siebie, jak opowiada mi o swoich planach, i z pewnością wyczuł mój brak entuzjazmu, wyszła niespodziewanie na jaw prawdziwa natura tego, na co się porwał, tej fantazji, że może pojechać do Ameryki, jakby to była inna planeta, i że nie będzie go tam ścigał żaden z dawnych duchów. Było oczywiste, że powodem jego podróży do dwóch miast, gdzie niegdyś mieszkał, był między innymi żal za minionym życiem, którym się cieszył, zanim libijski wiatr, co wywiał nas na północ, wrócił, by swoje dzieci zagonić do ojczyzny.

– Miotają nami przypływ i odpływ – powiedział w czasie gorączkowych dni Arabskiej Wiosny, kiedy próbował mnie namówić, żebym razem z nim wrócił do Bengazi. – Przekonanie, że historia nas nie dotyczy, jest równie głupie jak myśl, że nie działa na nas siła grawitacji.3

Prawie nie spałem tej nocy. Hosam wstał późno, pospiesznie wypił kawę i wyszliśmy, nie pościeliwszy łóżek, jakbyśmy mogli w każdej chwili wrócić i spać dalej.

Autobusem 94 dojechaliśmy do Marble Arch, tam przesiedliśmy się na linię 30. Usiedliśmy na górnym piętrze, on przy oknie, przez które wyglądał, a ja go obserwowałem. Myślałem o wszystkich granicach, które przekroczył, odkąd ostatnio mieszkał w tym mieście. Po ponad trzydziestu latach spędzonych poza krajem wrócił tam w końcu, by się zobaczyć z rodziną. Zakochał się w swojej kuzynce Malak, która, jak napisał mi w mailu, „okazała się moim przeznaczeniem”. Dołączył do rewolucji, chwycił za broń, wziął udział w kilku ważniejszych bitwach, aż dotarł do Syrty, rodzinnego miasta dyktatora. Tam wraz z grupą zmęczonych już towarzyszy broni wziął udział w najbardziej brzemiennej w skutki konfrontacji z siłami reżimu. Po ataku z powietrza wytropili najcenniejszą zdobycz: pułkownika Muammara Kaddafiego we własnej osobie, czyli jak określił go Hosam w mailu, który przysłał mi kilka godzin później, o drugiej w nocy, „sedno naszej rozpaczy”, ukrywającego się w rurze pod nasypem z piasku. „Chwiał się na nogach – pisał Hosam – jak stary, słabowity wujek. Czy nie był dla nas właśnie kimś takim, nie tyle politykiem, ile szalonym krewnym?”

Przeczytałem mail od niego od razu, kiedy przyszedł, około trzeciej w nocy mojego czasu. W tamtych dniach sen często mnie omijał. Wyobraziłem sobie Hosama w wynajętym pokoju w jakimś domu w Misracie, pochylonego nad telefonem, którego ekran oświetla mu twarz na niebiesko. To do Misraty, znajdującej się dwieście czterdzieści kilometrów na północny zachód od Syrty, zawlekli trupa dyktatora.

Kilka dni później, kiedy Hosam był już znów u rodziny w Bengazi, przysłał mi SMS:

Pamiętasz Faetona?

Miał obsesję na punkcie ojca, chciał dowieść, że naprawdę jest jego synem. „Patrzy Faeton: ziemia przeraża płonąca,/ On już sam znieść nie może zbytniego gorąca / Wówczas z ziemi żar soki pożywne wyplenił/ I urodzajną Libję w pustynię zamienił”.

Według Owidiusza nasz kraj spłonął z powodu kłótni między ojcem i synem.

Często myślałem o tej historii w ostatnich miesiącach niekończących się walk, bezsennych nocy, kiedy byliśmy w nieustannym ruchu.

I znaleźliśmy go, naszego oszalałego ojca, który ukrywał się w rurze kanalizacyjnej na tej właśnie pustyni.

Niedługo potem Hosam ożenił się z Malak. Urodziło im się dziecko. Podjął pracę w nowym Ministerstwie Kultury, a kiedy wszystko się załamało i różne ugrupowania walczące o władzę zaczęły do siebie strzelać, wycofał się z życia publicznego. Pewnego dnia, pięć lat po jego powrocie do Libii, postanowili z Malak wyemigrować do Ameryki ze swoją czteroletnią córeczką Angelicą.

1.

Owidiusz, _Przemiany_, przeł. Brunon Kiciński, Wikiźródła, pl.wikisource.org, tinyurl.com/23e5k9kz, dostęp 16.11.2025. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).4

„Wylądowałam w San Francisco i już jestem zakochana” – taki SMS przysłała Malak Hosamowi wczoraj wieczorem, kiedy siadaliśmy do kolacji. Przeczytał mi cały tekst, a potem, patrząc na ekran telefonu, dodał bardziej do siebie:

– Tam jest teraz południe. Ciekawe, co jedzą na obiad?

Po trzech dniach do nich dołączy i pojadą na północ do Point Reyes, dokąd dotrą po dwóch godzinach. Machina została puszczona w ruch.

– Nigdy nie byłem w Ameryce – przypomniał mi, kiedy jechaliśmy autobusem. – Jednak w ostatnich tygodniach widziałem ją w wyobraźni. Północną Kalifornię. Cyprysy znam, ale jak pachnie sekwoja?

Chwilę później, kiedy autobus skręcił w Marylebone Road, zapytał:

– Myślisz, że to dobry pomysł z tą Ameryką? Zamieszkać tam?

Chciałem nic nie odpowiadać, zachować neutralność, częściowo przez uprzejmość, a częściowo by wziąć odwet za czasy, kiedy pouczał mnie, co powinienem robić, by prowadzić, jak się wyraził, „pełniejsze i aktywniejsze życie” i wrócić do Libii.

– To dobre miejsce na wychowywanie dziecka – powiedziałem w końcu, choć nie miałem pojęcia, czy Ameryka to dobre miejsce dla dzieci ani jak takie miejsce powinno wyglądać i jakie cechy posiadać. – Zwłaszcza Kalifornia. „Słoneczny stan”.

Hosam się roześmiał.

– Na miłość boską, tylko nie pojedź na Florydę, wyobrażając sobie, że mnie tam zastaniesz. Przyjedziesz do nas, prawda? Wiem, że nie lubisz latać.

Leciałem samolotem tylko raz w życiu, z Bengazi do Londynu, było to we wrześniu 1983 roku. W 2011 roku, tuż po rewolucji 17 lutego, kiedy rozważałem powrót do kraju, zamierzałem wybrać drogę lądową. Hosam powiedział, że pojedzie ze mną. „Żeby w tym samym momencie postawić stopę w starym kraju”. Podróż trwałaby trzy dni, najpierw pociągiem z kilkoma przesiadkami, potem promem na Sycylię, innym promem na Maltę, a stamtąd poduszkowcem, który w ciągu kilku godzin dotarłby do Trypolisu. Wszystko to sobie wyobraziłem i widziałem, jak stary brzeg się przybliża, a szum wiatru niemal zagłusza wszystko, co mówimy.

– Masz rację – odparłem. – Słoneczny stan to Floryda. Bardzo chciałbym cię odwiedzić w Kalifornii.

Wydawało się, że mi uwierzył.

– Kto wie – starał się stworzyć wrażenie, że pała entuzjazmem – może nawet tak bardzo ją polubisz, że zechcesz zostać. Bilet w jedną stronę. Bylibyśmy znów sąsiadami. A Angelica miałaby wujka przy sobie.

Wyobraziłem sobie, jak wchodzę po schodkach do samolotu z proszkami nasennymi w kieszeni.

Do St Pancras Station dojechaliśmy przed czasem. Zaproponowałem, żeby usiąść w kawiarni na antresoli King’s Cross Station.

– Tam jest spokojniej.

Tak naprawdę chciałem się znaleźć w otoczeniu ludzi dojeżdżających do pracy, wybierających się na weekend albo wracających do domu, ponieważ wydawali się bardziej opanowani, a ich radości – skromniejsze. Kiedy regularnie bywałem w pobliskiej British Library, przed powrotem do domu zachodziłem do tej kawiarni, żeby oczy odpoczęły przez jakiś czas, obserwując ten spektakl pozbawiony dramatyzmu, tym bardziej zadziwiały więc sceny, gdy ktoś podbiegał, by pochwycić kogoś w ramiona albo ocierał łzy, gdy tamta osoba kierowała się do pociągu.

Zamówiliśmy kawę i usiedliśmy – nie naprzeciwko siebie, ale obok, po jednej stronie okrągłego stolika, jak starzy ludzie obserwujący świat, który przemija, albo jakbyśmy spodziewali się, że Mustafa, ten trzeci z naszego trójkąta, zjawi się tu jakimś cudem i do nas dosiądzie. Jednak Mustafa był w Libii i nic nie zapowiadało, że stamtąd wyjedzie. Moi dwaj przyjaciele udali się w przeciwnych kierunkach: Mustafa z powrotem w przeszłość, Hosam ku przyszłości.

Podejrzewałem, że Hosam, z małym bagażem, który postawił obok siebie, czuł się trochę, jakby coś go zatrzymywało, a on chciałby mieć już ten moment za sobą i rozpocząć podróż. Wypiliśmy swoje espresso i objęliśmy się, być może – pomyślałem – już ostatni raz.

Spotkaliśmy się w 1995 roku, on miał wtedy trzydzieści pięć lat, a ja dwadzieścia dziewięć, i choć nasza znajomość trwała już dwadzieścia jeden lat, zaskoczyły mnie słowa, które pospiesznie wypowiedział szeptem: „Mój jedyny prawdziwy przyjaciel”, z przejęciem, jakby niechętnie coś przyznawał, jakby w tym momencie, wbrew zasadom retoryki, mowa wyprzedziła myśl, a on, tak jak ja, zrozumiał te słowa po raz pierwszy, i być może, też tak jak ja, zauważył, że radosny, a zarazem smutny ślad, jaki po sobie zostawiły, nie tylko dlatego, iż padły w chwili naszego rozstania, ale i przez to, że tym bardziej godny pożałowania stał się złudny charakter naszej przyjaźni, nacechowanej głębokim uczuciem i lojalnością, lecz także nieobecnością i podejrzliwością, mocną i naturalną więzią, a przy tym nieprzeniknionym milczeniem, które zawsze, nawet gdy byliśmy obok siebie, wydawało się nie do końca możliwe do przezwyciężenia. Nie wątpię, że też ponosiłem odpowiedzialność za ten dystans, mimo to w myślach, które chowam dla siebie, wciąż oskarżam Hosama, przekonany, iż jakaś część jego osoby zdecydowała się na tę powściągliwość. Zauważałem jego zdystansowanie nawet w najbardziej burzliwych momentach. Teraz jednak jego słowa były ostatecznym werdyktem.

Zanim odszedł, rzucił: „Zostań tu”, co jak przypuszczam, miało znaczyć, że nie powinienem iść z nim dalej. Powiedział to jednak w taki sposób, że w tych dwóch słowach usłyszałem echo czasów, kiedy wrócił do Libii, a ja nie chciałem mu towarzyszyć, nie mając ochoty albo nie umiejąc powrócić do kraju. „Oporny Chaled” – tak nazywali mnie razem z Mustafą w tamtych szalonych, pełnych namiętności dniach rewolucji, kiedy moi dwaj jedyni libijscy przyjaciele stali się ludźmi czynu.

– Zostań tu – powtórzył, ale tym razem zabrzmiało to bardziej jak prośba o przyrzeczenie, jakby tak naprawdę mówił: obiecaj, że zawsze tu będziesz.

I jestem na King’s Cross, skąd obserwuję, jak idzie przez zatłoczoną halę dworcową, nie zwracając uwagi na otoczenie, jakby w razie zderzenia się z inną osobą mógł po prostu przez nią przejść.

Idź za nim, powiedziałem sobie w duchu.

Pozostaję w miejscu, w tym płaszczu i w tej minucie, a czas się wokół mnie zagina. Ta jedna chwila zawiera w sobie całą epokę naszej przyjaźni.

W Londynie, mieście, w którym od trzech dziesiątek lat próbowałem się zadomowić, myśli się w kategoriach pewników. To miasto lubi klasyfikować. Linia oddzielająca jezdnię od trotuaru, jednego człowieka od drugiego, udaje, że jest tak konkretna jak fakt naukowy. Nawet cienie mają wyznaczone miejsca, a Londyn jest miastem cieni, stworzonym dla cieni, dla takich ludzi jak ja, którzy mogą tu mieszkać przez całe życie, a mimo to wciąż są niewidzialni jak duchy. Widzę jego światło i kamienie, zaciśnięte pięści i marudne trawniki, głodne usta i akry niewypowiedzianych sekretów, duszące mnie muskuły. Pozostając w tym uścisku, patrzę na swojego starego przyjaciela, na coraz większy dystans, który nas dzieli.

Pobiegnij za nim.

Albo podbiegnij do kasy biletowej i zaskocz go, pojawiając się w pociągu.

Albo wsiądź do innego wagonu i kilka godzin po przyjeździe do Paryża zadzwoń do niego i powiedz, że złapałeś następny pociąg i umów się na spotkanie w starej kawiarni na rogu Carr de l’Odéon, gdzie dwadzieścia jeden lat temu, kiedy się po raz pierwszy spotkaliście, spędziliście niejedno popołudnie i wieczór, poznając się nawzajem. Rozejdźcie się w miejscu, gdzie się to wszystko zaczęło.

Nie ruszam się jednak, moje okno się zamyka, a samotność przybliża się jak budynek, który robi się coraz większy. Dociska mi do pleców swoje zimne kamienie. Hosam jest już kropką w lesie głów. Jeśli za nim pójdę, może się uwolnię. Albo całkiem zagubię. Nauka życia wymaga ogromnej praktyki.

Idź, słyszę rozkaz, i tym razem puszczam się biegiem. Jestem już na schodach, przeskakuję po trzy stopnie ku zdziwieniu otaczających mnie ludzi, pasażerów, odjeżdżających i przybywających z miejsc, które pozostaną dla nich otwarte. Prześlizguję się przez tłum, zaskoczony, jak szybko udało mi się pokonać tę odległość. Oto on, jego niewinne plecy są tak blisko, że gdybym sięgnął, mógłbym położyć mu rękę na ramieniu. Podążając za nim, kiedy wychodzi z dworca, pozostaję trochę w tyle. Zatrzymuje się, czeka na zmianę świateł, żeby przejść przez jezdnię do St Pancras. Jak się wytłumaczę, jeśli się teraz odwróci? Kiedy w ogóle czułem potrzebę, żeby się przed nim tłumaczyć? Już chyba odszedł, już jest gdzie indziej, urzeczony planami, które dla siebie wysnuł. „Żeby nareszcie zająć się szczegółami”, jak to określił wczoraj wieczorem, kiedy jedliśmy kolację w mojej kuchni przy małym stoliku koło okna, wychodzącego na jego dawny ogród i ogrody sąsiadów. Zachęciłem go uśmiechem i uśmiechnąłem się jeszcze swobodniej, kiedy pokazał mi w telefonie zdjęcie swojej córki. Noor – lecz on ją nazywa Angelicą. Była mała i onieśmielała – nie w tym sensie, że wyglądała, jakby świat należał do niej, ale że to ona, za sprawą jakiegoś magicznego zbiegu okoliczności, stała się światem. Hosam się roześmiał i objął mnie.

– Dlaczego Angelica? – zapytałem bez zastanowienia.

– A dlaczego nie? – odparł, rumieniąc się z dumy.

– Rzeczywiście, dlaczego nie.

Światła się zmieniają, idę za nim na dworzec. Kiedy dochodzi do stanowiska odprawy, krążę w sporej odległości. Przechodzi za barierkę i tuż przed tym, jak znika za rogiem, ogląda się za siebie. Chyba mnie nie widzi, idzie dalej. A może zobaczył mnie i patrzy wzrokiem bez wyrazu, bo w głębi duszy wszyscy doświadczamy pustki emocjonalnej na myśl o tych, których kochamy.

Staję przy tablicach odjazdów. Może jego pociąg jest spóźniony, a nawet odwołany. Po kilku komunikatach wzywających pasażerów, żeby wsiadali, mija dobra minuta. Wyobrażam sobie, jak wsiada do pociągu, drzwi się za nim zamykają, a ciężkie wagony zaczynają się toczyć.

1.

W książce przyjęto zasady uproszczonej transkrypcji imion i nazw arabskich stosowane w przekładach literackich i publikacjach popularnonaukowych. Niektóre libijskie imiona i nazwiska, a także nazwy geograficzne (na przykład Derna) przetranskrybowano zgodnie z lokalną wymową libijską.5

Wychodzę z St Pancras, idę Euston Road na zachód. Jest szósta po południu 18 listopada 2016 roku, późnojesienne słońce już zaszło. Zmrok pokrywa niebo głębokim błękitem. Ulice są jaśniejsze i bardziej ożywione, wydaje się, jakby światło nie spływało z nieba, lecz unosiło się w górę promieniami biegnącymi od ziemi, rozjaśniając chmury na różowo. Jest piątek. Na trotuarze pełno przechodniów, których głowy tworzą ciemną, nieustannie zmieniającą się rzekę. Ruch uliczny się zagęścił, napełnia powietrze smutnym metalicznym zapachem. W tle wciąż można wyczuć spokojny zapach opadłych liści. Postanawiam pójść piechotą. Może kilkukilometrowy spacer zmęczy mnie na tyle, że szybko zasnę.

Nagle ogarnia mnie radość z wyjazdu Hosama. Samotność potrafi dawać pocieszające złudzenia. Mogłem dopiero co przyjechać, wysiąść z pociągu pierwszy raz, jako gość, ktoś, kto robi krótki wypad do obcego miasta, _city break_, jak nazywa to przemysł turystyczny, albo zacząć na nowo, wchodząc w ulice wyczyszczone ze wszystkich śladów wspomnień.

W marcu 1980 roku, wiele lat zanim poznałem Hosama, a nawet zanim dowiedziałem się, że jest prawdziwą osobą, usłyszałem o nim w BBC Arabic World Service. Siedząc przy naszym kuchennym stole w Bengazi, słuchałem urzeczony jego opowiadania. Było to tym mocniejsze przeżycie, że opowiadanie odczytał legendarny Mohammed Mustafa Ramadan, radiowiec i dziennikarz pochodzący z naszego miasta, gwiazda wśród prezenterów. Miałem czternaście lat. Nasza czwórka – rodzice, moja trzynastoletnia siostra Suad i ja – właśnie skończyła obiad. Siedzieliśmy przy kuchennym stole, jedząc pomarańcze. Był właśnie sezon na pomarańcze, pachniała nimi cała kuchnia. Skórka, którą Matka obrała jednym ciągiem, leżała skręcona na stole. W tle szeptało radio, nastawione jak zawsze na BBC Arabic World Service. Big Ben uroczyście wybił godzinę. Jak wielu ówczesnych mieszkańców świata arabskiego i byłych kolonii słyszałem Londyn na długo przed tym, zanim go zobaczyłem. Wyobrażałem sobie, że sławna wieża zegarowa stoi w samym środku miasta, otoczona przez budynki, ulice i place, które zdają się obchodzić ją w koło.

„Huna London”. Tu Londyn. Mohammed Mustafa Ramadan wypowiedział słowa, które zawsze następowały po kurantach Big Bena i rozpoczynały godzinny serwis wiadomości.

Matka, rozpoznawszy jego głos, wstała i pogłośniła radio. Uważaliśmy Mohammeda Mustafę Ramadana za jednego z naszych, zgodnie przyznając, że dzięki lekkiemu akcentowi bengazyjskiemu jego głos brzmi jeszcze przyjemniej. Jednak nawet w niewielkiej, dobrze znającej się społeczności naszego miasta rodzice nie potrafili umiejscowić jego rodziny, przez co niecodzienna forma jego imienia i nazwiska, składająca się z trzech imion, wydawała się jeszcze bardziej tajemnicza. Dodawało to wagi twierdzeniu Ojca, który był zdania, że wyrażający się bez ogródek odważny dziennikarz przyjął taki pseudonim, by zachować anonimowość ze względów bezpieczeństwa. Lecz niezależnie od jego znaczącej pozycji w BBC, irytującej dyktaturę, i cotygodniowego felietonu w gazecie „Al-Arab”, w którym systematycznie demaskował opresyjne praktyki reżimu libijskiego i innych arabskich rządów, na to, co miał niebawem zrobić, nie poważył się nikt w BBC ani przedtem, ani potem, zwłaszcza w świetle późniejszych tragicznych wydarzeń pozostaje to nadal jego najbardziej wyzywającym czynem. Bez wątpienia był to moment, po którym nic już nie było takie samo ani dla niego, ani dla mnie, choć wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem.

Kiedy spoglądam w przeszłość, próbując ustalić, kiedy i gdzie po raz pierwszy spotkałem Hosama, wracam myślami do tamtego pamiętnego popołudnia w naszej kuchni w Bengazi – w nieistniejącym już domu, którego stare cegły stały się kupą gruzu, ale który wciąż potrafię w swoim umyśle dokładnie odtworzyć i wejść do niego, jakby był realny. To tam razem z rodziną wysłuchałem historii, której nie potrafiłem już nigdy wyrzucić z pamięci i która, co teraz widzę, pokierowała moim życiem ku obecnej chwili.

„Razem z kolegami – zaczął Mohammed Mustafa Ramadan – zdecydowaliśmy się, jeśli nam pozwolicie, drodzy słuchacze, na coś, co nie miało precedensu w naszej rozgłośni”.

Ojciec nastawił radio jeszcze głośniej i choć wszyscy uważnie słuchaliśmy, poprosił nas, żeby zachować ciszę. Matka się roześmiała, a on powtórzył prośbę.

„Postanowiliśmy, że zanim jak zwykle odczytamy wiadomości, zapoznamy was z pewnym opowiadaniem. Tak, to fikcja literacka. Wiemy, że sprawa jest niecodzienna, lecz my jesteśmy zdania, iż wytwór wyobraźni bywa czasami celniejszy od faktów”.

W tym momencie, czy po to, by osiągnąć dramatyczny efekt, czy też dlatego, że ktoś próbował odwieść go od powziętej decyzji, Mohammed Mustafa Ramadan zawiesił głos na jakieś cztery czy pięć sekund, które wydały się wiecznością.

„Autor – mówił dalej prezenter – to młody Libijczyk, studiujący w dublińskim Trinity College, szacownym irlandzkim uniwersytecie, na który uczęszczali Oscar Wilde i Samuel Beckett”. A potem powoli, ostrożnie, jakby litery były z pękniętego szkła, wypowiedział imię i nazwisko: „Hosam Zowa”.

Tu nastąpiła kolejna pauza.

– Nigdy o nim nie słyszałam – odezwała się Matka. Zapytała Ojca, czy go zna, a on pokręcił głową.

„Żeby już całkiem odkryć karty – ciągnął dalej Mohammed Mustafa Ramadan – dodam, że pan Zowa jest nie tylko moim rodakiem, ale i przyjacielem. Mam zaszczyt tak go nazywać. Zapewniam was jednak, drodzy słuchacze, że jego opowiadania nie odczytuję na antenie po znajomości. Zostało dziś opublikowane w gazecie, której tytułu nie wymienię. Jestem pewien, że ją znacie”.

– „Al-Arab” – domyśliła się Matka.

Ojciec powoli mrugnął, by potwierdzić, że wie.

„Jest wydawana i drukowana tu, w Londynie” – dodał Mohammed Mustafa Ramadan.

– Widzisz? – wtrąciła Matka.

„Ale ponieważ swobodnie i otwarcie wyraża opinie, jest zakazana prawie we wszystkich krajach arabskich. Tak się przedstawia nasza teraźniejszość, teraźniejszość godna ubolewania”.

Powtórzone dwa razy słowo „teraźniejszość” krążyło nad nami przez chwilę.

Mohammed Mustafa Ramadan podał tytuł opowiadania: _Darowane i odebrane_ i zaczął czytać. Ojciec patrzył przed siebie wyjątkowo skupiony. Suad od czasu do czasu podnosiła wzrok znad stołu, by spojrzeć na mnie albo na Matkę czy Ojca. Matka nie odrywała wzroku ode mnie.

Zanim mężczyzna włożył skarpetki, legł na plecach na środku pokoju i próbował sobie przypomnieć, gdzie zamierzał się znaleźć. Naokoło niego chodził kot. Mężczyzna poczuł, jak mokry nos dotyka wielkiego palca lewej stopy. Kot zaczął go lizać. Nie było to nieprzyjemne doznanie. Mężczyzna czuł szybki oddech zwierzęcia, które delikatnie, niemal z uczuciem, zaczęło skubać miękką skórę. To wyrafinowanie współczesnego życia – pomyślał – wygodne bawełniane skarpetki, buty i kapcie sprawiły, że stopa stała się taka delikatna. Zaraz jednak kot ugryzł mocniej, przedziurawiając skórę. Ukąszenie zabolało, lecz ból zaczął ustępować, kiedy zwierzę zlizało krew. Na chwilę przestało, zaczęło mruczeć, odpoczęło, jeszcze głośniej zamruczało. Mężczyzna poczuł, że przyjemność doznawana przez kota sprawia mu nieoczekiwaną satysfakcję. Pomyślał, że też powinien na chwilę przymknąć oczy. Kiedy się obudził, kot przy jego stopie wciąż oddychał jakby w rytmie chodzącego zegara. Znów polizał zranione miejsce, po czym zajął się swoją łapą, którą mył językiem, a zębami skrobał i wygryzał do czysta. Przez jakiś czas siedział biernie koło stopy mężczyzny, a potem znowu wbił zęby w duży palec i odgryzł kawałek ciała. Mężczyzna uniósł głowę i spojrzał na zwierzę, którego wzrok nie wyrażał złości ani żalu. Gapiło się prosto na niego. Położył głowę na podłodze. Ból był nieznośny, bardzo silny, a mimo to mężczyzna uznał, że „nieznośny” to niewłaściwe słowo. Jeśli już, to był zaskakująco możliwy do zniesienia. Mężczyzna pozostał wyciągnięty na podłodze, podczas gdy kot robił swoje, działając systematycznie i spokojnie. Ilekroć polizał ranę i załagodził ból, tylekroć odgryzał kolejny kawałek ciała, aż skończył z tym palcem i zajął się następnym.

Tak się dziwnie złożyło, że kiedy kot jadł, mężczyzna zobaczył tak wyraźnie, jakby miał przed sobą ekran kinowy, historię swoich palców u nóg, od czasu ich życia w macicy po dziś dzień. Zobaczył ich przygody i nieszczęścia, które były jego własne, lecz odtworzone w szyderczo wyolbrzymionych proporcjach, tak że będąc zjadanym, czuł się jednocześnie opłakiwanym, choć nie bez sarkazmu. Ten groteskowy spektakl z jego życia nabierał tym bardziej hipnotycznego charakteru, im dłużej kot kontynuował swój szatański plan. Działał z niewzruszoną determinacją. Pożerał nogi i ręce mężczyzny, a ten wciąż patrzył i zdumiewał się biografią swoich kończyn, wspomnieniami, które zbladły, a teraz zostały wszystkie naraz uchwycone niczym w sieć, składając się na drobiazgowe odtworzenie pewnego zwyczajnego życia. Choć apetyt kota wydawał się nienasycony, zwłaszcza jak na stworzenie jego rozmiarów, zwierzę nie spieszyło się, żeby go zaspokoić, a pewność siebie okazała się ostatecznie jego najbezczelniejszą bronią. Z mężczyzny pozostały już tylko tułów i głowa. Głowa będąca, jak doszedł do wniosku, jedyną częścią ciała, bez której naprawdę nie mógł się obejść, pozostała nietknięta. Kot powoli do niej podszedł, zatrzymał się przy jego lewym uchu, jakby miał powiedzieć mu nowinę wielkiej wagi. Tymczasem mężczyzna usłyszał własny głos.

Do tego momentu Mohammed Mustafa Ramadan czytał stonowanym głosem, beznamiętnym tonem spikera prezentującego wiadomości, lecz teraz przez jego gardło przebiegło lekkie drżenie, niczym trzepot piórka uwięzionego w tunelu. Przerwał i powtórzył ostatnie zdanie: „Tymczasem mężczyzna usłyszał własny głos”. Nie zadziałało, nie udało mu się pozbyć emocji.

Otworzył usta i powiedział „Nie”. Słowo wypełniło pokój. Zabrzmiało zdumiewająco wyraźnie. Wiedział, że mówi nie tylko w swoim imieniu. Kot podniósł głowę i wyszedł, zostawiając mężczyznę, by ten zaczął w końcu żyć na nowo.

Opowiadanie było tak krótkie, że Mohammed Mustafa Ramadan czytał je niewiele dłużej niż minutę. Nie byłem pewien, jak zareagować. Poczułem, że zostałem zarażony. Przez następne dni i tygodnie starałem się pozbyć go z pamięci, ale w niej pozostawało, gdzieś w głębi, i wyłaniało się w najbardziej niespodziewanych momentach: kiedy czekałem na szkolny autobus o tej niezdecydowanej godzinie, gdy dzień już się zaczyna, a świt jeszcze nie przebił się przez ciemności, albo kiedy przychodziła moja kolej na umycie mopem dziedzińca znajdującego się w środku domu jak ujawniona tajemnica, obnażonego przed niebem, ale niewidocznego dla sąsiadów, tak że można było się tam rozebrać i nikt by się nie dowiedział. Myślałem o tym, jak Hosam Zowa opisał porażkę będącą zarazem zwycięstwem. W takich chwilach nie potrafiłem przejść do porządku dziennego nad klaustrofobiczną atmosferą opowiadania, przejawiającą się w taki budzący grozę sposób w niemożliwym do wyjaśnienia braku sprzeciwu ze strony mężczyzny – tym bardziej przygnębiającym, kiedy się okazało, jak skuteczny był jego protest, kiedy wreszcie się na niego zdobył. Opowiadanie pojawiało się w moich snach, czasami widziałem siebie jako pozbawioną kończyn postać, wymagającą nieustannej opieki. Z tych snów najlepiej pamiętam dojmujące poczucie własnej bezradności. Ono właśnie, wraz z tym, co spotkało Mohammeda Mustafę Ramadana wkrótce po przeczytaniu tej historii, przerażało mnie. Po cichu, skrycie, uświadomiłem sobie, jak bardzo kruche jest wszystko, co sobie najbardziej cenię: rodzina, poczucie tego, kim jestem, przyszłość, której pozwoliłem sobie oczekiwać.7

Są chwile, takie jak ta, kiedy ogarnia mnie jakaś nierealna tęsknota, tym bardziej przemożna, że właściwie nie wiadomo za czym. Czas płata nam figle, usypia naszą czujność, tak że wierzymy, iż wszystko będzie trwać wiecznie, a choć nic nie trwa, my wciąż o tym śnimy. I jak to bywa we śnie, rutyna moich dni nie ma nic wspólnego z tym, czego – w jakiś sposób i zupełnie nieświadomie – pozwoliłem sobie oczekiwać.

Idę Euston Road, jakbym dopiero co przyjechał do miasta, a moje trzydzieści dwa przeżyte tutaj lata dały się zebrać w dłoń. Jeszcze jest czas. Mógłbym wrócić i spędzić resztę życia pod niebem, pod którym się urodziłem. Może zapomniałbym wtedy o wszystkim, co się stało, albo mniej o tym myślał. A może stałbym się jednym z tych powracających z emigracji, których pamiętam z dzieciństwa, co gdzie indziej prowadzili zupełnie inne życie, ale nawet wiele lat po powrocie nie mogą się powstrzymać, kiedy ogarnie ich właściwy nastrój, od wspominania i opowiadania na nowo niedokładnie zapamiętanych historii i anegdot, chcąc rozbawić słuchaczy, a ci czasami rzeczywiście się bawią, a czasami czują się w obowiązku, by wysłuchiwać tych przydługich opowieści z cierpliwością ludzi, którzy wiedzą, że lunatyka nie wolno gwałtownie obudzić.

Mohammed Mustafa Ramadan przyjechał do Londynu w 1966 roku – tym samym, w którym się urodziłem – by podjąć pracę w BBC. Według określenia jednej z angielskich gazet uprawiał „namiętną polemikę z rządem swojego kraju”. Chodził tymi samymi ulicami, po których teraz chodzę, często sobie wyobrażając, że tak jak ja posuwał się do przodu, oglądając się za siebie, w każdym momencie narażony na to, że może się z czymś zderzyć. Wierzył zapewne, tak jak ja, kiedy tylko tutaj przybyłem, że chroni go pancerz emigracji. Okazało się jednak, że w tym samym momencie, kiedy razem z rodziną słuchaliśmy, jak czytał _Darowane i odebrane_, i w kolejnych tygodniach, kiedy Ojciec zabawiał nas opowieściami o rodzie Zowów, teraźniejszość już maszerowała naprzeciw dziennikarza BBC, który miał tę cechę, że kiedy mówił w radiu, odnosiło się wrażenie, jakby zwracał się wyłącznie do ciebie.

Władze Libii należały do pionierów tak zwanego „mordowania słowa”, szatańskiej kampanii wszczętej przez niektóre arabskie rządy w latach siedemdziesiątych XX wieku. W następnej dekadzie nabrała przyspieszenia i z przerwami trwa do dziś, nie można więc stwierdzić, że się oficjalnie zakończyła. Jej głównym celem było pozbycie się niepokornych dziennikarzy, a metody często bywały spektakularne: strzelano do nich w biały dzień na ulicy albo kiedy jedli lunch w restauracji pełnej ludzi, porywano, by poddać torturom i zamordować, a zmaltretowane ciała porzucano jako ostrzeżenie dla wszystkich, którzy ośmieliliby się krytykować naszych władców. Szczegóły takich akcji niejednemu wryły się w pamięć. Splamiły ją krwią. Arabscy dziennikarze, redaktorzy i wydawcy zaczęli uciekać. W większości do Londynu. Ostatecznie cała nierządowa prasa została przeniesiona za granicę. Przeważającą większość ówczesnych arabskich gazet i periodyków redagowano i drukowano w Londynie, tam też powstawały artykuły. W ślad za dziennikarzami podążyli poeci i pisarze. Choć kilku intelektualistów zostało tam zamordowanych, brytyjska stolica jeszcze w latach dziewięćdziesiątych pozostawała głównym ośrodkiem arabskiej inteligencji na emigracji. Nie można powiedzieć, żeby ludziom tym dobrze się tu powodziło. Więdli, starzeli się, męczyli. Londyn w pewien sposób stał się miejscem, do którego arabscy pisarze przyjeżdżali, by tu umrzeć.

Kiedy miałem czternaście lat i mieszkałem jeszcze w Bengazi, nie zamierzając opuszczać kraju, nigdy nie przeszła mi przez głowę myśl o dokonaniu żywota w Londynie. Miałem niejasne wrażenie, zainspirowane po części kurantami Big Bena, że brytyjska stolica to miejsce melancholijne i że arabscy pisarze wysoko cenieni przez moich rodziców, jak sudański powieściopisarz At-Tajjib Salih, syryjski poeta Nizar Kabbani i libański dziennikarz Salim al-Lauzi, zjechali się tutaj nocą, długo po zachodzie słońca. Wyobrażałem sobie, że Londyn znajduje się na skraju jakiejś straszliwej przepaści, że to miejsce niebezpieczne, ale przy tym zapewniające lepszą perspektywę. W swoim chłopięcym umyśle roiłem sobie czasami, że arabskimi wygnańcami powodował nie tyle strach, ile odwaga.

Kiedy po latach wspomniałem o tym Hosamowi, uznał, że problemem był ten właśnie rodzaj odwagi.

– Dla pisarza emigracja jest więzieniem – stwierdził – oderwaniem od źródła. Odważny czy nie, umiera na naszych oczach.

Jego oczy przybrały szelmowski wyraz.

– Jebać wygnanie – powiedział, co fajnie zabrzmiało, jak strzał z bicza, więc powtórzył je i głośno się roześmiał.

Zawtórowałem mu. Od tamtej pory „jebać wygnanie” stało się refrenem, weszło do naszego idiolektu, dodawaliśmy ten zwrot do różnych wypowiedzi niczym błogosławieństwo: „Smacznego i jebać wygnanie”. „Dobranoc i jebać wygnanie”. „Szerokiej drogi i jebać wygnanie”.

Kilka tygodni po odczytaniu opowiadania Hosama Mohammed Mustafa Ramadan zawiesił swój głęboki, ciepły głos podczas relacjonowania wieczornych wiadomości. „Zamieszkały w Londynie libański dziennikarz i wydawca Salim al-Lauzi, choć radzono mu, żeby nie wracał do Libanu, poleciał do Bejrutu na pogrzeb matki. Od tamtej pory go nie widziano”.

Rodzice wiedzieli, kim jest Salim al-Lauzi. Czytali jego powieść _The Émigrés_, która bardzo im się spodobała. Przez kilka kolejnych dni pilnie śledzili doniesienia. Czy przez nieostrożność, czy z powodu szoku, jakiego doznali – a może chcieli umyślnie zapoznać Suad i mnie ze światem, w jakim przyjdzie nam żyć – nie pomyśleli, by ukryć przed nami budzące grozę fakty, które zaczęły wychodzić na jaw.

Salim al-Lauzi został porwany na lotnisku w chwilę po wylądowaniu jego samolotu. „Po dziesięciu dniach – poinformował nas Mohammed Mustafa Ramadan w wydaniu wiadomości w następnym tygodniu – jego ciało znaleziono na przedmieściach Bejrutu. Są dowody na to, że był torturowany”.

Jak mieliśmy się wkrótce dowiedzieć, było to delikatnie powiedziane. Prawa ręka pisarza została w kilku miejscach złamana. Prawą dłoń, którą pisał, amputowano i obdarto ze skóry. Przez następne dni przyglądałem się swojej dłoni, próbując sobie wyobrazić odkryte żyły, tkanki i kości. W naszym domu zapadła ostrożna cisza. Znalazłem powieść Al-Lauziego na półce z książkami Ojca. Zabrałem do swojego pokoju i zacząłem czytać.

„Nie zależało mi na artykule, na pewno nie na morderstwie, a już najmniej na śmierci kogoś, kogo trochę znałem. Byłem dziennikarzem z Bejrutu, który przyjechał spędzić urlop w Europie, pragnąłem spokoju, co oznaczało dla mnie plaże (te bardziej czyste), restauracje (najlepsze), a przede wszystkim dziewczyny (dużo dziewczyn). Parę tygodni miałem spędzić z dala od śledzenia kłębowiska cudzych życiorysów i polityki. Chciałem choć raz pożyć własnym życiem”.

Czytałem dalej, czując podczas lektury osobliwą lekkość. Zdania, oddzielone już teraz od ich autora, wydawały się unosić w powietrzu, były tak lekkie, że prawie nie zauważałem, ile stron już przeczytałem. Miałem wrażenie, że do książki, którą trzymam, dzieła nieżyjącego człowieka, nie dotarły jeszcze tragiczne wiadomości. Spojrzałem na zdjęcie autora na tylnej stronie okładki. Zdrowa, uśmiechnięta, okrągła twarz należała do kogoś, kto jak narrator powieści nie czuje wyrzutów sumienia, gdy sobie dogadza. Kilka stron dalej napotkałem pewien akapit i poczułem, że muszę go jeszcze kilka razy przeczytać, by zadomowił się w mojej pamięci: „Ale pisarze nigdy nie byli panami samych siebie, a ja wiedziałem, że pewnego dnia muszę napisać coś , co ostatecznie uświadomi reszcie rodzaju ludzkiego, czym naprawdę jest moja otumaniona, wojownicza, niestabilna, miłująca pokój i niesforna osoba, zwłaszcza na emigracji. Emigracja to termometr naszych czasów”.

Przez kilka następnych dni, kiedy ja żyłem w świecie _The Émigrés_, nasza czwórka nadal śledziła historię o zmasakrowaniu i zamordowaniu autora powieści, skrupulatnie relacjonowaną zarówno przez BBC, jak i libijskie media rządowe, choć każda ze stron kierowała się całkiem odmiennymi motywami.8

Idę dalej Euston Road i dochodzę do czterech kariatyd, silnych kobiet dźwigających na głowach dach nad gankiem, z którego wchodzi się do krypty Kościoła św. Pankracego, dziewcząt ze starożytnej greckiej wsi Karyai, wyznawczyń Artemidy. Każda lekko wygina biodro i w jednej ręce dzierży zgaszoną pochodnię, a w drugiej pusty dzban. Są strażniczkami zmarłych. Staję pod nimi. Obojętnie patrzą na mnie wielkimi oczami, gładkimi jak skorupki jajek.

Muszę być w ruchu. Żyć to znaczy działać.

Idę dalej Euston Road i skręcam na północ, bocznymi ulicami dochodzę do Regent’s Park. Idę wzdłuż jego południowego skraju. Powietrze jest tu nieruchome, ale chłodne, przestrzeń zdaje się rozszerzać w nieskończoność. Nie wiadomo, skąd dochodzi śpiew kosa, jego powtarzające się trele tworzą jedną linię melodyczną, która urywa się równie gwałtownie, jak się zaczęła. Poza tym jest cicho. Nadeptuję na gałązkę, która łamie się z trzaskiem, a dźwięk na sekundę zawisa w powietrzu. Jebać wygnanie, myślę i słyszę swój śmiech. Drzewa, nieśmiałe giganty, są idealnie nieruchome i majaczą w ciemnym wnętrzu parku. Mógłbym z łatwością wspiąć się na ogrodzenie, ale nie mam śmiałości. Mrok już się całkiem rozpłynął. Chmury się rozproszyły, przez co czarne niebo wygląda jak otchłań. Boję się jej. Dzisiejsza noc nie jest częścią dnia ani czasu, lecz nieokreślonym terytorium. „Dlaczego noc zapada?” Powraca do mnie to dawne pytanie. Uderzało mnie z realną siłą, kiedy byłem małym chłopcem i zastanawiałem się nad porządkiem rzeczy. Zadawałem je, żeby trochę przedłużyć dzień, i czułem przy tym jego bezsens, kiedy je powtarzałem, patrząc przy tym na twarz Matki, która, zależnie od nastroju, była rozkojarzona, rozbawiona lub lekko podirytowana. Choć pytanie przestało się pojawiać, tajemnica pozostała. Wciąż mi się nasuwa, kiedy budzę się w środku nocy, gdy jest zarówno za wcześnie, jak i za późno, a ja wpatruję się w ciemność, która wydaje się rozległa i bezdenna jak historia. Odnoszę wtedy niezbite wrażenie, że choć leżę pod kocem, jestem całkiem nagi, że to noc mnie obnażyła, a ja nie wiem jak i po co. Obracam się, zwijam w kłębek, by ukryć ten fakt, by uciec w tę słodką półśmierć snu z nadzieją, że zrobi się widno. Nawet dziś, gdy mam pięćdziesiąt lat, gdy przeżyłem pół wieku, to pytanie powraca, a wraz z nim podejrzenie, że noc, nawet gdy takie miasto jak Londyn zwalnia swój rytm, ma swój tajemny cel poza utrzymywaniem naturalnego cyklu.

_Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży._
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij