-
nowość
-
promocja
Moje kobiety - ebook
Moje kobiety - ebook
"W Moich kobietach tragedia i doświadczenia jednostek siłą literackiego uogólnienia oraz talentu autorki wznoszą się na wyższy, artystyczny poziom i osiągają wymiar dziedzictwa całego pokolenia.
Bardzo trudno czyta się te nowele, ale jeszcze trudniej odwrócić od nich wzrok, przerwać lekturę. Są równie bolesne, co gniewne, a zarazem przesiąknięte wielką mocą. W ich bohaterkach nie zobaczycie upodlonych, zgnębionych ofiar, po oczach uderzy was skoncentrowana wściekłość i żądza zemsty".
Bardzo trudno czyta się te nowele, ale jeszcze trudniej odwrócić od nich wzrok, przerwać lekturę. Są równie bolesne, co gniewne, a zarazem przesiąknięte wielką mocą. W ich bohaterkach nie zobaczycie upodlonych, zgnębionych ofiar, po oczach uderzy was skoncentrowana wściekłość i żądza zemsty".
Tamara Duda
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna obca |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-7893-854-5 |
| Rozmiar pliku: | 4,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
PRZEDMOWA
Bez ustanku zadajemy sobie pytanie: jak powinno się pisać o wojnie? W jaki ton uderzyć, jak go utrzymać bez potknięć, bez załamania głosu, bez fałszu, bez sprawiania bólu własnym uszom?
Jakie słowa dobierać? Które tematy podlegają dyskusji, a które przeistoczyły się w wieczne tabu? O ile byłoby łatwiej, gdyby ktoś postronny udzielił odpowiedzi, wystawił upoważnienie albo wydał tymczasowy dekret: tak, masz prawo. Tak, zasługujesz. Pisz, biedactwo…
Ja dokonałam wyboru, ale to wyłącznie moje, głęboko subiektywne przekonanie. A brzmi ono: milcz. Milcz do ostatka, zachowuj reżim ciszy, wpuszczaj wszystkich, nie wypuszczaj nikogo, absorbuj, chłoń, traw do momentu, kiedy nie będziesz już mogła się powstrzymać przed pisaniem, kiedy zdania będą się wyrywały na zewnątrz przez połamane żebra, kiedy postradasz resztki snu.
Może wtedy osiągniesz taki efekt jak autorka niniejszego zbioru, charkowska pisarka Julia Ilucha. Zdołasz odkroić wszystko, co drugorzędne, i zostawisz tylko portal w piersi, tunel, z którego najpierw ze świstem wyfrunie twoje: czarne, gorzkie, najskrytsze. Potem przyjdą cienie innych, innych kobiet, moich kobiet, jej i naszych kobiet, żywych i martwych kobiet. Otoczą cię kręgiem i przemówią przez ciebie żywymi i martwymi ustami, z nienagannym rytmem i perfekcyjną semantyką. Przemówią precyzyjnie, tak precyzyjnie, jak operuje snajper karabinem, na który złożyło się całe miasto.
W Moich kobietach tragedia i doświadczenia jednostek siłą literackiego uogólnienia oraz talentu autorki wznoszą się na wyższy, artystyczny poziom i osiągają wymiar dziedzictwa całego pokolenia.
Bardzo trudno czyta się te nowele, ale jeszcze trudniej odwrócić od nich wzrok, przerwać lekturę. Są równie bolesne, co gniewne, a zarazem przesiąknięte wielką mocą. W ich bohaterkach zobaczycie nie upodlone, zgnębione ofiary, lecz skoncentrowaną wściekłość i żądzę zemsty.
Nie wiemy, jakie kwiaty wyrosną na tym popiele. Pewnych rzeczy wolałoby się nigdy nie dowiedzieć, a tym bardziej nie zobaczyć na własne oczy. Ale nie mieliśmy wyboru, nie my rozpętaliśmy tę wojnę. W naszej mocy leży za to nie ulegać aż do zwycięstwa, do końca nie odrywać spojrzenia, wytrwać, a potem – dopisywać nowe rozdziały tej strasznej książki, pisać niezmordowanie, dopóki wewnętrzny głos nie powie: już, wystarczy. Sprawiedliwości stało się zadość.
Tamara Duda*** KOBIETA, KTÓRĄ PEWNEGO RAZU ALARM PRZECIWLOTNICZY
kobieta, którą pewnego razu alarm przeciwlotniczy zastał w wannie, najbardziej bała się umrzeć właśnie tak – bez majtek, nago, z mokrą głową i nieogolonymi nogami.
bała się, że ratownicy, którzy będą wydobywać ją z gruzów, zobaczą jej białe (kilka lat bez wakacji nad morzem przez tę piekielną robotę) ciało z wyraźnym cellulitem na udach i wiotkim, obwisłym brzuchem – nauczyła się go napinać pod bielizną korygującą – i pomyślą: „kto się szykuje do śmierci w taki sposób, mogła chociaż schudnąć, pochodzić na siłownię parę miesięcy”.
bała się, że sąsiedzi, którzy cudem przeżyją, będą stać nad ruinami i dyskutować odpryśnięty lakier na jej paznokciach i siwe odrosty. a staruszka – ta, co zawsze zjadliwie obmawiała za plecami, kiedy kobieta, szczęśliwa i lekko pijana, wyskakiwała z dużego czarnego samochodu, subtelnie machając kierowcy na pożegnanie – powie: „nie mogła się zawczasu zastanowić, jak będzie wyglądać na tamtym świecie? moja Iroczka nigdy by sobie nie pozwoliła na taką bezmyślność, świeć, panie, nad jej duszą”.
kobieta rozpaczliwie bała się śmierci, dlatego przed każdym wyjściem z domu wkładała najdroższą, najmisterniejszą koronkową bieliznę i najszykowniejszy strój. ale kąpać się w ubraniach byłoby co najmniej głupio. wanna jawiła jej się teraz niedosiężnym luksusem. szybki, dwuminutowy prysznic. gorący, chwała bojlerowi. tylko co można zrobić w dwie minuty? ciało nie zdąży nawet odtajać, a co dopiero się rozgrzać.
tego dnia, kiedy po raz pierwszy się poddała i weszła do wanny pełnej piany o zapachu oceanu, owoców tropikalnych i wszystkich spierdolonych urlopów, jej nienawiść wylała się na podłogę i pociekła do sąsiadów z dołu, przeżerając kafelki i beton.
a kobieta, która zawsze najbardziej bała się umrzeć właśnie tak – bez majtek, nago, z mokrą głową i nieogolonymi nogami, miała to gdzieś.
bo już niczego się nie bała.*** KOBIETA, KTÓRA SZAREGO LUTOWEGO PORANKA OPUŚCIŁA DOM
kobieta, która szarego lutowego poranka opuściła dom z sennym synem, kotem i dwiema parami majtek w plecaku, codziennie na śniadanie, obiad i kolację zjadała samą siebie.
odkrawała kawałeczek siebie i dodawała do barszczu wraz z ziemniakami i kapustą z niemieckiego supermarketu oraz samotną cebulą z tureckiego sklepiku. pomidorowej piramidki Czumak nie sposób było tutaj dostać, więc w zamian kobieta używała włoskiego sosu. barszczu nie soliła – i tak za dużo płakała.
odkrawała kawałeczek siebie i gotowała zupę z klopsikami z ekologicznego mięsa europejskich indyków, ale zupa nigdy nie wychodziła taka jak w domu. bo kobieta nie miała domu.
odkrawała kawałeczek siebie i doprawiała nim spaghetti carbonara. i nieustannie wspominała smak makaronu z taniej budki przy metrze.
połowa – po sześciu miesiącach z kobiety zostało tylko tyle.
codziennie zjadała się za to, że postanowiła wyjechać.
po drugiej stronie granicy inna kobieta codziennie zjadała się za to, że postanowiła zostać.
Bez ustanku zadajemy sobie pytanie: jak powinno się pisać o wojnie? W jaki ton uderzyć, jak go utrzymać bez potknięć, bez załamania głosu, bez fałszu, bez sprawiania bólu własnym uszom?
Jakie słowa dobierać? Które tematy podlegają dyskusji, a które przeistoczyły się w wieczne tabu? O ile byłoby łatwiej, gdyby ktoś postronny udzielił odpowiedzi, wystawił upoważnienie albo wydał tymczasowy dekret: tak, masz prawo. Tak, zasługujesz. Pisz, biedactwo…
Ja dokonałam wyboru, ale to wyłącznie moje, głęboko subiektywne przekonanie. A brzmi ono: milcz. Milcz do ostatka, zachowuj reżim ciszy, wpuszczaj wszystkich, nie wypuszczaj nikogo, absorbuj, chłoń, traw do momentu, kiedy nie będziesz już mogła się powstrzymać przed pisaniem, kiedy zdania będą się wyrywały na zewnątrz przez połamane żebra, kiedy postradasz resztki snu.
Może wtedy osiągniesz taki efekt jak autorka niniejszego zbioru, charkowska pisarka Julia Ilucha. Zdołasz odkroić wszystko, co drugorzędne, i zostawisz tylko portal w piersi, tunel, z którego najpierw ze świstem wyfrunie twoje: czarne, gorzkie, najskrytsze. Potem przyjdą cienie innych, innych kobiet, moich kobiet, jej i naszych kobiet, żywych i martwych kobiet. Otoczą cię kręgiem i przemówią przez ciebie żywymi i martwymi ustami, z nienagannym rytmem i perfekcyjną semantyką. Przemówią precyzyjnie, tak precyzyjnie, jak operuje snajper karabinem, na który złożyło się całe miasto.
W Moich kobietach tragedia i doświadczenia jednostek siłą literackiego uogólnienia oraz talentu autorki wznoszą się na wyższy, artystyczny poziom i osiągają wymiar dziedzictwa całego pokolenia.
Bardzo trudno czyta się te nowele, ale jeszcze trudniej odwrócić od nich wzrok, przerwać lekturę. Są równie bolesne, co gniewne, a zarazem przesiąknięte wielką mocą. W ich bohaterkach zobaczycie nie upodlone, zgnębione ofiary, lecz skoncentrowaną wściekłość i żądzę zemsty.
Nie wiemy, jakie kwiaty wyrosną na tym popiele. Pewnych rzeczy wolałoby się nigdy nie dowiedzieć, a tym bardziej nie zobaczyć na własne oczy. Ale nie mieliśmy wyboru, nie my rozpętaliśmy tę wojnę. W naszej mocy leży za to nie ulegać aż do zwycięstwa, do końca nie odrywać spojrzenia, wytrwać, a potem – dopisywać nowe rozdziały tej strasznej książki, pisać niezmordowanie, dopóki wewnętrzny głos nie powie: już, wystarczy. Sprawiedliwości stało się zadość.
Tamara Duda*** KOBIETA, KTÓRĄ PEWNEGO RAZU ALARM PRZECIWLOTNICZY
kobieta, którą pewnego razu alarm przeciwlotniczy zastał w wannie, najbardziej bała się umrzeć właśnie tak – bez majtek, nago, z mokrą głową i nieogolonymi nogami.
bała się, że ratownicy, którzy będą wydobywać ją z gruzów, zobaczą jej białe (kilka lat bez wakacji nad morzem przez tę piekielną robotę) ciało z wyraźnym cellulitem na udach i wiotkim, obwisłym brzuchem – nauczyła się go napinać pod bielizną korygującą – i pomyślą: „kto się szykuje do śmierci w taki sposób, mogła chociaż schudnąć, pochodzić na siłownię parę miesięcy”.
bała się, że sąsiedzi, którzy cudem przeżyją, będą stać nad ruinami i dyskutować odpryśnięty lakier na jej paznokciach i siwe odrosty. a staruszka – ta, co zawsze zjadliwie obmawiała za plecami, kiedy kobieta, szczęśliwa i lekko pijana, wyskakiwała z dużego czarnego samochodu, subtelnie machając kierowcy na pożegnanie – powie: „nie mogła się zawczasu zastanowić, jak będzie wyglądać na tamtym świecie? moja Iroczka nigdy by sobie nie pozwoliła na taką bezmyślność, świeć, panie, nad jej duszą”.
kobieta rozpaczliwie bała się śmierci, dlatego przed każdym wyjściem z domu wkładała najdroższą, najmisterniejszą koronkową bieliznę i najszykowniejszy strój. ale kąpać się w ubraniach byłoby co najmniej głupio. wanna jawiła jej się teraz niedosiężnym luksusem. szybki, dwuminutowy prysznic. gorący, chwała bojlerowi. tylko co można zrobić w dwie minuty? ciało nie zdąży nawet odtajać, a co dopiero się rozgrzać.
tego dnia, kiedy po raz pierwszy się poddała i weszła do wanny pełnej piany o zapachu oceanu, owoców tropikalnych i wszystkich spierdolonych urlopów, jej nienawiść wylała się na podłogę i pociekła do sąsiadów z dołu, przeżerając kafelki i beton.
a kobieta, która zawsze najbardziej bała się umrzeć właśnie tak – bez majtek, nago, z mokrą głową i nieogolonymi nogami, miała to gdzieś.
bo już niczego się nie bała.*** KOBIETA, KTÓRA SZAREGO LUTOWEGO PORANKA OPUŚCIŁA DOM
kobieta, która szarego lutowego poranka opuściła dom z sennym synem, kotem i dwiema parami majtek w plecaku, codziennie na śniadanie, obiad i kolację zjadała samą siebie.
odkrawała kawałeczek siebie i dodawała do barszczu wraz z ziemniakami i kapustą z niemieckiego supermarketu oraz samotną cebulą z tureckiego sklepiku. pomidorowej piramidki Czumak nie sposób było tutaj dostać, więc w zamian kobieta używała włoskiego sosu. barszczu nie soliła – i tak za dużo płakała.
odkrawała kawałeczek siebie i gotowała zupę z klopsikami z ekologicznego mięsa europejskich indyków, ale zupa nigdy nie wychodziła taka jak w domu. bo kobieta nie miała domu.
odkrawała kawałeczek siebie i doprawiała nim spaghetti carbonara. i nieustannie wspominała smak makaronu z taniej budki przy metrze.
połowa – po sześciu miesiącach z kobiety zostało tylko tyle.
codziennie zjadała się za to, że postanowiła wyjechać.
po drugiej stronie granicy inna kobieta codziennie zjadała się za to, że postanowiła zostać.
więcej..