Moje lato w Tenby - ebook
Moje lato w Tenby - ebook
Rok 2014. Nora to z natury rozważna i odnosząca sukcesy kobieta. Pewnego dnia jej życie zaczyna się rozpadać. Dręczona przez lęki i koszmary, wyjeżdża do nadmorskiej miejscowości Tenby w Walii. Nora odkrywa, że miasteczko kryje w sobie niezwykłą moc, która leczy nawet najboleśniejsze rany.
Rok 1950. Chloe to nastolatka, która odwiedza Tenby każdego lata. Mieszka u krewnych i spędza długie, szczęśliwe dni na plaży. Kolejne wakacje niczym się od siebie nie różnią. Pewnego lata poznaje starszego chłopaka, dla którego natychmiast traci głowę. W czasie jednej z wieczornych randek, wydarzy się coś, co będzie prześladować dziewczynę przez całe życie.
Wzruszająca opowieść o odkrywaniu i pojednaniu, odnalezionej miłości, i magii nadmorskiego miasteczka, które ma w sobie uzdrawiającą siłę.
Tracy Rees urodziła się w południowej Walii. Ukończyła Uniwersytet Cambridge i przez osiem lat z powodzeniem zajmowała się zawodowo pisaniem tekstów typu non-fiction. Pracowała jako terapeutka i prowadziła szkolenia w tej dziedzinie. Zwyciężczyni konkursu „Search for a Bestseller” Richarda i Judy oraz laureatka nagrody Love Stories na najlepszy romans historyczny.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8015-948-8 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Jeśli czegoś się pragnie, czasem trzeba o to poprosić.
Staruszka wstała z łóżka w środku nocy, w porze, gdy nie śpi tylko nocna straż, jak czasem mówiono. Zawsze lubiła to określenie – „nocna straż” – ponieważ sugerowało czuwanie. Wyobrażała sobie, że ktoś obserwuje upływające minuty i godziny jej życia, troszczy się o nią. Z wysiłkiem włożyła szlafrok. Był żółty i puszysty, czuła się w nim jak pisklę, które przed chwilą się wykluło, choć w rzeczywistości zbliżała się do kresu życia. Pal licho pantofle. Nie mogła spać i nadszedł czas.
Odrzuciła włosy z kołnierza na lewy bark. Wykonywała ten gest od wielu lat. Głęboko odetchnęła i przycisnęła dłonie do policzków. Skóra była zwiotczała, już dawno straciła jędrność. Kolejny powód, by żądać. Nie podobało jej się słowo „żądać”, ale „prosić” wydawało się zbyt słabym określeniem. Chodziło o ważną sprawę. Nigdy nie prosiła o cokolwiek dla siebie i nie wiedziała, jak się poczuje, jak zostaną przyjęte jej słowa. Jednak podjęła decyzję już wcześniej. Spędziła zbyt wiele bezsennych nocy. Cóż, pora zaczynać.
Podeszła do okna w półmroku o barwie indygo, rozsunęła zasłony i spojrzała na rozgwieżdżone niebo. Uśmiechnęła się mimo niepokoju. Lśniące punkciki rozsiane na czarnym firmamencie przypominały okruchy chleba; ich widok podniósł ją na duchu. Wokół rozciągały się pola, ciemne i puste. Przynajmniej wydawały się puste, ale wiedziała, że krążą tam lisy, polują sowy, skradają się myszy.
Uklękła – sprawiło jej to ból – oparła przedramiona na parapecie i splotła dłonie. Cisza również miała barwę indygo.
– Kochany Boże – zaczęła, ale jej zwykły głos zabrzmiał cicho i niepewnie. – Kochany Boże – powtórzyła innym tonem, którym posługiwała się bardzo rzadko. Mówiła tak dawno temu do nauczycielki niesprawiedliwie oskarżającej jedno z dzieci o złe zachowanie. Mówiła tak, gdy nastoletni synowie sprawiali kłopoty i trzeba było zdecydowanie powiedzieć: „Nie!”. Mówiła tak do lekarzy. – Jak zawsze dziękuję Ci za wszystkie łaski, którymi mnie obdarzyłeś, Panie. Dałeś mi długie, dobre życie i jestem Ci wdzięczna, wiesz o tym, Boże. Ale nie mogę dłużej znieść obecnej sytuacji i chcę, żeby się skończyła.
Oczy staruszki wypełniły się łzami, gdy spoglądała w otchłań nieba. W szybie odbijała się jej postać, dziwne, a zarazem znajome połączenie starej kobiety i młodej dziewczyny.
– Czuję wielki ból, Boże, to właśnie najgorsze. Nigdy nie prosiłam Cię o nic dla siebie, tylko dla rodziny. Ale podobno zawsze istnieje pierwszy raz i teraz modlę się dla siebie. Nie chcę udawać, że jest inaczej. Tylko dla siebie. Szczerze mówiąc, nie rozumiem, dlaczego nie miałbyś spełnić mojej prośby. Oboje wiemy, że nie zostanę długo na tym świecie. Myślę, że powinieneś spełnić moje życzenie. Ufam, że to zrobisz, a ja… Nie pogodzę się z odmową, Boże. Na razie to wszystko. Twoje nieskończone miłosierdzie i moc mogą sprawić, że wszystko się zmieni.
Zawahała się. Ale jeśli czegoś się pragnie, czasem trzeba o to poprosić.
– Zanim odejdę z tego świata, proszę Cię, Panie, spraw, by córka i wnuczka do mnie wróciły. Tylko na tym mi teraz zależy. Spraw, żeby wróciły do domu. Amen.
Po twarzy staruszki ciekły łzy. Słowa płynęły w stronę ciemnych kątów sypialni i osiadały w nich jak kurz, przenikały przez szyby i unosiły się ku atramentowemu niebu. Panowała zupełna cisza, nic się nie poruszało. Jeśli Bóg usłyszał modlitwę, nie dał żadnego znaku.
Kiedy jednak stara kobieta wsparła się ciężko na parapecie i z trudem wstała, czuła, że Go przekonała. Mówiła bardzo jasno.Nora
Grudzień 2014
Po kilku miesiącach psychoterapii życie Nory naprawdę zaczęło się zmieniać. Jednak nie zmieniało się w taki sposób, jak się spodziewała. Przed pierwszą sesją, w nudny czerwcowy wieczór, sporządziła listę problemów, które miała nadzieję rozwiązać. Nigdy wcześniej nie chodziła do psychologa i nie chciała być nieprzygotowana.
Przez jakiś czas prowadziła normalne życie, choć raz w tygodniu jeździła do Belsize Park na spotkania z Jennifer. Później, mniej więcej po trzech miesiącach, koszmary stały się bardziej natrętne, lęk się nasilił, a relacje z matką znacznie się pogorszyły. Kilka miesięcy przed swoimi czterdziestymi urodzinami Nora zerwała z partnerem, Simonem. Matki i Simona nie było na liście.
Teraz, w mroźny grudniowy wieczór, stała przy oknie w beżowej poczekalni Jennifer, patrząc na ciemną, cichą ulicę w północnej części Londynu. Zauważyła kilka spłowiałych liści niesionych zimowym wiatrem, które przeleciały w świetle latarni. Czekanie jej nie przeszkadzało, bo intensywnie myślała. Zastanawiała się, jak wyjaśnić Jennifer to, co zrobiła.
– Zwolniłam się dziś z pracy! – wypaliła czterdzieści minut później. Jennifer już kilkakrotnie zwróciła uwagę, że Nora często wspomina o ważnych sprawach dopiero pod koniec sesji, więc nie mają czasu dokładnie ich przedyskutować. Zwykle Nora zdawała sobie sprawę, że przemilczała coś istotnego, gdy Jennifer analizowała jej wcześniejsze wypowiedzi: terapeutka zachowywała się jak archeolog, który ogląda pozornie zwyczajny kamień, po czym oznajmia, że to grot prehistorycznej strzały. Jednak tym razem nawet Nora rozumiała, że wydarzyło się coś ważnego.
Wolałaby opowiedzieć o swojej decyzji za tydzień, ale skoro nie potrafi poinformować o niej Jennifer, przyzwyczajonej do kaprysów ludzkiej psychiki, jak powie podwładnym w biurze? Jak powie Simonowi (który w dalszym ciągu utrzymywał z nią kontakt, choć z nim zerwała)? I – o Boże! – jak powie matce?!
– Rozumiem. Chciałabyś to jakoś skomentować? – spytała Jennifer, nie zdradzając niepokoju, który z pewnością odczuwała. Jennifer miała bujne kasztanowe włosy i piękną kremową cerę. Prawdopodobnie była zaledwie dziesięć lat starsza od Nory, ale wydawała się nieskończenie bardziej doświadczona. Mądrość? Instynkt macierzyński?
– Eee… cóż, zrobiłam to po lunchu – powiedziała Nora i natychmiast się skrzywiła. Jennifer z pewnością nie interesowały takie szczegóły. – Olivia była bardzo zdziwiona, ale miła. Nie wiem, dlaczego to zrobiłam. Po prostu… zobaczyłam plażę.
– Plażę?
Nora westchnęła. Jeśli zacznie tłumaczyć, co się stało, Jennifer weźmie ją za kompletną wariatkę. Prawdopodobnie jest wariatką. Ludzie nie rzucają pracy, bo mają ochotę iść na plażę!
– Tak. W wyobraźni. Wiem, że to brzmi absurdalnie. Ja… W gruncie rzeczy nie rozumiem, dlaczego się zwolniłam – dodała.
Jak mogłaby wytłumaczyć, co czuła? Z pewnością to tylko fantazja… ale wolała nazywać ją wizją. Było to coś ważnego, zapierającego dech w piersiach. Nagle ujrzała plażę, przepiękną, roziskrzoną jak brylant, i poczuła niespodziewaną radość. Może nadzieję? Teraz, na domiar złego, wkrótce będzie bezrobotna. Wcześniej Jennifer mówiła, że jeśli ktoś rozpoczyna terapię, jego stan często się pogarsza, zamiast poprawiać. Wcale nie żartowała!
– Zostało nam tylko kilka minut, Noro… – odezwała się Jennifer. Sesje terapeutyczne z jakichś powodów trwały pięćdziesiąt minut. Jennifer nie zerknęła na zegarek. Jedyny zegar w gabinecie wisiał nad jej głową, jednak instynktownie wyczuwała upływ czasu. – Możemy przedłużyć spotkanie o kilka minut, jeśli chcesz rozwinąć ten temat.
– Naprawdę?! – Jennifer nigdy nie przedłużała sesji. Może była bardziej wstrząśnięta, niż wyglądała. – Dziękuję.
– Wobec tego opowiedz dokładnie, co się dziś wydarzyło, po kolei.
Nora skinęła głową. Zamknęła oczy, jak nauczyła ją Jennifer, i przypomniała sobie ranek. Nagle znalazła się z powrotem w pracy: była pora lunchu. Reszta pracowników wydziału jak zwykle wyszła, ale ona jadła przy swoim biurku. Widziała kątem oka szare, metaliczne segregatory, a z przodu biały monitor komputera i czarny zszywacz stojący równolegle do klawiatury.
– Jest pora lunchu – zaczęła. – Siedzę w gabinecie. Tłumaczę sobie, że mam szczęście, ponieważ są w nim dwa okna. Jednak z jednego z nich widać korytarz, a drugie wychodzi na zadaszony dziedziniec. Po co budować zadaszone dziedzińce? Ale przynajmniej jest tam trochę roślin: na kamieniach rosną paprocie… Pamiętasz, w zeszłym tygodniu powiedziałaś, że…
– Skup się, Noro – przerwała cicho Jennifer. – Siedzisz w gabinecie…
– Dobrze. Postanawiam zejść na dziedziniec i rozprostować nogi. Podchodzę do paproci, dotykam ich i… okazuje się, że są z plastiku! Czuję się straszliwie oszukana. Kupuję w automacie batonik KitKat i wracam do gabinetu. Nic dziwnego, że nigdy nie odrywam oczu od komputera. Zamierzam się zabrać z powrotem do pracy, ale kiedy znowu siadam, nagle widzę plażę…
Nora w dalszym ciągu miała ją przed oczami. Obraz nie opuścił jej przez cały dzień. Chłodna, czysta plaża o łukowatym kształcie, złocisty, kremowy piasek w bladym, czystym świetle, kilometry piasku, po którym można spacerować pod srebrzystym niebem.
– Widzę plażę, jakbym patrzyła na nią z okna gabinetu! Wygląda przepięknie… Jest zima, ale świeci słońce i wieje wiatr… Wypełnia mnie tęsknota… Nie chodzi o to, że plaża jest ładna, tylko budzi we mnie niezwykłe emocje. Poczucie wolności i czegoś… Wydaje mi się prawdziwa… Bardzo pragnę tam być. Nie chodzi po prostu o to, że chcę się znaleźć w pięknym miejscu, choć na tym również mi zależy. Mam poczucie… – Nora znowu westchnęła i pokręciła głową. – Mam poczucie, że na pewno odwiedzę tę plażę, że jest moim przeznaczeniem, jakby mnie wzywała. W gruncie rzeczy wydaje mi rozkaz. Jakby skrywała klucz do wielkiej tajemnicy, choć w ogóle nie wiedziałam, że istnieje jakaś tajemnica! Później wraca z lunchu Nick. Mój asystent – dodała na wypadek, gdyby Jennifer zapomniała.
Nora otworzyła jedno oko. Lecz oczywiście Jennifer nie zapomniała; skinęła dłonią, by Nora mówiła dalej.
– Wpada przez drzwi. Nawiasem mówiąc, drzwi do gabinetu są okropne, pomalowane na koszmarnie brzydką zieleń. Zastanawiam się, kto znalazł taki odcień farby i pomyślał: Tak, pomalujmy drzwi na ten kolor… Tak czy inaczej, wpada Nick, a ja patrzę na niego, naprawdę patrzę. Ma zmierzwione włosy, więc rozumiem, że na zewnątrz wieje wiatr. Inaczej bym tego nie wiedziała, bo znajduję się w hermetycznym budynku. Nigdy nie wychodzę na dwór. Siedzę w gabinecie, ćwiczę na siłowni, jeżdżę metrem, przebywam w mieszkaniu… Nick trzyma swoją starą, podniszczoną torbę. Jest zawsze wypchana czarnymi notatnikami marki Moleskine, bo próbuje pisać wspaniałą powieść. I nagle zdaję sobie sprawę, że w mojej torebce nie ma nic, co budziłoby we mnie żywe uczucia. Tylko portmonetka, komórka i przybory do makijażu. Później Nick zabiera się do pracy, a ja w dalszym ciągu widzę plażę. Wzywa mnie. Więc idę korytarzem, pukam do drzwi Olivii, pomalowanych na ten sam ohydny zielony kolor, i mówię, że składam wymówienie. Oczywiście z miesięcznym okresem wypowiedzenia. Nie mogłabym zostawić ich na lodzie. Ale później…
Nora otworzyła oczy. Jennifer skinęła powoli głową.
– Zapragnęłaś decydować o własnym życiu – rzekła w końcu. – Wydaje się, że nie możesz dłużej przed nim uciekać.
– Nie mogę uciec, nie mogę się ukryć. – Nora roześmiała się nerwowo. – Zerwałam z Simonem, rzuciłam pracę i nie wiem, co dalej. – I Bóg jeden wie, co powie matka, z wielu powodów, pomyślała. Jednak Nora mimo woli czuła, że stoi za tym wszystkim Jasmine, choć nie miało to żadnego sensu. Matka nigdy by jej nie radziła rzucić pracy i ta plaża byłaby ostatnim miejscem, które chciałaby odwiedzić. Nora nie mogła się uwolnić od uczucia, że plaża jest jakoś związana z Jasmine, co budziło w niej irytację i niepokój.
Jennifer w dalszym ciągu miała zamyśloną minę.
– Jak się czujesz po złożeniu wypowiedzenia?
Wymieniły ironiczne uśmiechy. W czasie pierwszej sesji w czerwcu żartowały, że terapeuci zawsze zadają banalne pytanie: „Jak się po tym czujesz?”. Jennifer przyznawała, że brzmi to koszmarnie, choć czasem takie pytania okazywały się użyteczne.
– Nie mogę w to uwierzyć! Ja, bez pracy?! Co mnie napadło?! Poza tym czuję się trochę jak uczennica, która poszła na wagary. Jestem przerażona, że ktoś to odkryje i zrobi mi awanturę.
– Ktoś?
– Ktoś, kto ma władzę. Na przykład nauczyciel.
– Nie chodzisz już do szkoły, Noro. Nie jesteś dzieckiem i sama o sobie decydujesz. W tej chwili masz zobowiązania tylko wobec jednej osoby, swojej szefowej Olivii, a już jej powiedziałaś, że odchodzisz z pracy.
– W porządku, mam na myśli matkę.
– I jak twoim zdaniem zareaguje?
Nagle Nora poczuła, że nie może wykrztusić słowa. Ostatnio w ogóle nie potrafiła przewidzieć zachowań matki. W ciągu poprzedniego roku odsunęły się od siebie. Nora nigdy nie przypuszczała, że to możliwe, bo zawsze były ze sobą blisko związane, ale zauważyła to już w czasie zeszłorocznych świąt Bożego Narodzenia – doskonale to pamiętała. Wiele razy pytała Jasmine, co się stało, lecz matka odpowiadała, że Nora jest po prostu przewrażliwiona. Kłopoty Nory zaczęły się mniej więcej w tym samym czasie.
Po chwili Jennifer spojrzała na zegarek.
– Musimy kończyć, Noro, więc może zastanów się nad tym przed następną sesją. Tymczasem mam jedno krótkie pytanie. Poznajesz tę plażę? To fantazja czy miejsce, które znasz?
Nora roześmiała się ponuro.
– Och, znam. Dziękuję, Jennifer.
Zebrała swoje rzeczy i wyszła na ciemną ulicę, która prowadziła, podobnie jak wszystkie inne londyńskie ulice, do Starbucksa. Naprawdę potrzebowała latte. O tak, wiedziała, co to za plaża. I bardzo nie chciałaby mówić o tym matce.Chloe
Lipiec 1953
– Radość jest kolorowa! Jasnobłękitna jak letnie niebo! – zawołała Chloe. Zrobiła piruet i obróciła twarz do słońca, wyciągając ku niemu dłonie.
Nowa plisowana spódnica – jasnozielona w szarą kratkę – uniosła się i zawirowała wokół jej nóg. W gruncie rzeczy nie była nowa. Chloe odziedziczyła ją po Margaret Matthews (która skończyła siedemnaście lat i pojechała do Swansea), jednak otaczał ją urok nowości. Chloe nigdy wcześniej nie miała sukienki dla dorosłej dziewczyny. Matka sugerowała, że powinna zachować ją na ważne okazje, ale Chloe nie wyobrażała sobie lepszej okazji niż początek corocznych letnich wakacji w Tenby.
Tenby! Sama nazwa wypełniała ją radością. Miała smak przygody, niekończących się słonecznych dni na plaży, romansów i ukrytych skarbów… Zobaczy olśniewającą ciotkę Susan i wuja Harry’ego – tak go teraz nazywano. Spotka rodzeństwo cioteczne, szesnastoletnią Megan i osiemnastoletniego Richarda. Sam ich wiek sprawiał, że Chloe czuła się starsza, i delektowała się tym uczuciem po powrocie do domu jak nowymi rękawiczkami. Odwiedzi w lodziarni pana Waltersa, a w sklepie papierniczym panią Isaacs. Pójdzie do Fountains Café, kina i jaskiń, stanie na podium dla orkiestry. A przede wszystkim – och! – przede wszystkim zobaczy Llew.
– Skończ z tymi piruetami, Chloe Samuels! – Karcący głos ciotki Bran przerwał popisy podekscytowanej nastolatki. – Nawet kotu zakręciłoby się w głowie na twój widok! Chodź i grzecznie usiądź. Co powiedziałaby twoja mama?
Chloe nie odparowała, że w okolicy nie ma żadnego kota, bo czekają na autobus na przystanku w Carmarthen. Sama wzmianka o matce sprawiła, że szczęśliwy nastrój ustąpił miejsca tęsknocie za domem. Jeszcze przed wyjazdem z hrabstwa! W Nant-Aur rodzice wsadzili ją do autobusu, a dwadzieścia kilka kilometrów dalej, w Carmarthen, czekała ciocia Branwen, która miała dopilnować, by Chloe wsiadła do autobusu do Tenby. Och, mamo, tato, jak wytrzymam bez was całe trzy tygodnie?! – pomyślała.
Chloe i ciocia Bran stały w milczeniu obok siebie. Ciocia Bran była zadowolona, że skutecznie uspokoiła trzynastoletnią siostrzenicę uwagą o matce. Jednak przed wyjazdem córki Gwennan czuła się równie podekscytowana jak Chloe. Gdyby czekała na przystanku, też robiłaby piruety. Spakowała walizkę Chloe, przekładając bibułką znoszone swetry, sukienki i bluzki, jakby były uszyte z najlepszego paryskiego jedwabiu. Gwennan zrobiłaby wszystko, by jej jedyna córka była szczęśliwa, ale ona i jej mąż Daf żyli bardzo skromnie. Więc zadowalali się jednym: każdego lata rozstawali się z Chloe na trzy tygodnie, by mogła się cieszyć pobytem w Tenby.
Pojawił się czerwony autobus jadący do Tenby, otoczony chmurą kurzu, i zatrzymał się z piskiem opon. Ciotka Branwen wniosła po schodkach odrapaną brązową walizkę Chloe (inną część spadku po Margaret Matthews, która postanowiła się z nią rozstać), po czym szybko cmoknęła siostrzenicę w policzek. Kiedy kierowca szykował się do odjazdu, wysiadła i odeszła, nie oglądając się za siebie.
Trzy siostry całkowicie się od siebie różnią, pomyślała Chloe, patrząc na ciotkę idącą ulicą. Branwen, najstarsza, nigdy nie wyszła za mąż i żyła samotnie w domku przy Blue Street. Mogłoby to być świetne miejsce wesołych zabaw, jednak ciocia Bran, sztywna i oficjalna, nie znosiła zabaw ani wesołości. Chloe najmniej lubiła ciocię Bran, bladą i brzydką, o krzaczastych brwiach.
Następna była Susan, „druga córka, ta środkowa”. Kiedy Chloe słyszała sąsiadów wypowiadających ściszonymi głosami to określenie, miała wrażenie, że mrugają porozumiewawczo. Susan była wysoka, raczej ładna i niewiele brakowało, by poszła na uniwersytet! W rzeczywistości Chloe dowiedziała się o istnieniu cioci Susan zaledwie cztery lata wcześniej – w czasie wojny, gdy Chloe była jeszcze mała, doszło do jakichś sporów rodzinnych. Jednak w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym roku ciocia Susan „wyciągnęła rękę do zgody”, jak to nazywano. Napisała do Gwennan, mającej najbardziej miękkie serce wśród sióstr, i oświadczyła, że zaczyna się nowa dekada, więc powinny puścić w niepamięć dawne urazy. Stwierdziła, że mieszka teraz w Tenby, a jeśli Gwennan chciałaby wysyłać Chloe na wakacje nad morze, chętnie się nią zaopiekują.
Gwennan, najmłodsza z sióstr, była matką Chloe… Nie, Chloe darzyła matkę tak wielką miłością, że było jeszcze za wcześnie, by o niej myśleć i nie płakać. Wiedziała, że najgorsza okaże się pierwsza noc, spędzona na łóżku polowym obok łóżka kuzynki Megan. Chloe przypomni sobie zatroskany wyraz twarzy Gwennan, która wiele razy sprawdzała, czy córka wzięła wszystko, czego potrzebuje. Taka ogromna miłość… Rozstanie, nawet na wakacje, było niewiarygodnie bolesne.
Ale jutro obudzi się wczesnym rankiem, słysząc piski mew, a później czeka ją wiele długich, słonecznych dni, szczęśliwych, pełnych swobody. Chloe co wieczór będzie pisać listy do rodziców i wysyłać je raz na tydzień do Nant-Aur: hiareth się zmniejszy. Wiedziała, czego może się spodziewać, bo były to jej czwarte wakacje u cioci Susan, która miała opinię „elegantki”.
I do tego najlepsze wakacje ze wszystkich, bo wreszcie skończyła trzynaście lat! A to oznacza – kiedy o tym myślała, czuła lekkie ściskanie w dołku – że po raz pierwszy będzie mogła iść na letnią potańcówkę dla nastolatków w Tenby! Właśnie ona, Chloe Samuels! Czy istnieje coś równie ekscytującego?! Czy zdoła to przeżyć?!
Zmusiła się, by siedzieć nieruchomo, i wsunęła dłoń do kieszeni płaszcza, szukając twardego cukierka.
„Ciesz się, cariad! Ciesz się każdą chwilą!” Wspomnienie ciepłego, pięknego głosu matki sprawiło, że Chloe zatęskniła za nią jeszcze bardziej, więc zamiast tego pomyślała o Llew.
Chloe poznała Llew w czasie pierwszych wakacji w Tenby trzy lata wcześniej i był jej najlepszym przyjacielem na świecie. Oczywiście nie wspomniała o tym Bethan Hill, która była jej najlepszą przyjaciółką w Nant-Aur. Nie chciała ranić jej uczuć. ALE…
Llew był wyjątkowy. Dwa lata młodszy od Chloe, w tym samym wieku co jej brat Clark. Gdyby chodziło o kogoś innego, Chloe uważałaby go za smarkacza. Ale miał „starą duszę”, jak to nazywała ciocia Susan, niekoniecznie traktując to jako komplement. Chloe podzielała jej opinię: widziała to w jego zielonkawobrązowawożółtawych oczach, a kiedy rozmawiała z Llew, miała wrażenie, że przebywa w towarzystwie kogoś starszego, nie młodszego. Był tego samego wzrostu co Chloe, choć wszyscy wiedzą, że chłopcy rosną wolniej niż dziewczęta. Jednak Chloe nigdy nie była wysoka – odziedziczyła sylwetkę po matce. Martwiła się, że utyje jak ona, choć na razie nic na to nie wskazywało. Była smukła jak łodyga stokrotki.
Llew dużo myślał i czytał poezję. Chloe wyśmiewała się z niego z tego powodu, ale w głębi duszy jej to imponowało. W przyszłości zamierzał zostać sławnym fotografikiem i robić zdjęcia znanych ludzi – aktorów, aktorek, pisarzy, tancerzy, wynalazców. Nie rozstawał się ze skrzynkowym aparatem fotograficznym z serii Brownie firmy Kodak wiszącym na chudej szyi. Bez lęku zaczepiał rybaków, wczasowiczów, ratowników, bileterki w kinach… Prosił, by ustawiali się w różnych pozach, które jego zdaniem pozwolą zrobić ciekawą fotografię. Nie tracił rezonu nawet wtedy, kiedy ryczał na niego Czerwony Sam, rybak zajmujący się połowem homarów, a później go gonił. Chloe przerażały ogromne ręce i stopy Sama, pijacka cera, od której wziął się jego przydomek, oraz gęsta broda podobna do krzaku jeżyn, jednak Llew skakał po skałach i śmiał się z niego.
Czerwony Sam był wyjątkiem. Najczęściej ludzie uznawali prośby Llew za komplement, a przynajmniej wydawali się rozbawieni i mógł pstryknąć im zdjęcie. Czasami klęli i mówili, że wyrośnie na takiego samego nicponia jak jego ojciec. Chloe nie zniosłaby takich uwag, ale Llew tylko wzruszał ramionami.
– Jeszcze pożałują – powtarzał. – Będą mnie prosić, żebym zrobił im zdjęcie, ale nie będzie ich na nie stać.
Llew obiecał w przyszłości fotografować Chloe, bo wyrośnie na piękność. Oznajmił to rzeczowym tonem w taki sposób, jakby mówił, że biedronka ma kropki albo motyl skrzydła, ale Chloe była w siódmym niebie. Nikt oprócz matki nigdy tego nie mówił, a Chloe bardzo pragnęła być piękna, bo rozumiała, że jeśli stanie się piękna, mężczyźni będą leżeć u jej stóp i czeka ją wspaniałe życie… Koniecznie chciała prowadzić wspaniałe życie.
W Nant-Aur trudno było to sobie wyobrazić. Nie chodziło o to, że Chloe źle się czuje w domu – wręcz przeciwnie. Kochała rodziców, tolerowała braci, choć tego nie okazywała (nigdy, przenigdy nie przyznałaby się, że darzy ich miłością), i nie wyobrażała sobie, że mogłaby się budzić, nie widząc znajomego wzgórza otoczonego wianuszkiem mglistych obłoków.
Jednak Nant-Aur była wioską. Chloe znała wszystkich mieszkańców; jeśli Nant-Aur miała w sobie coś niezwykłego, nikt tego nie zauważał, może z wyjątkiem mamy. Chloe była dla sąsiadów po prostu „córką Samuelsów”, trochę trzpiotką, w sumie dość niebrzydką dziewczyną, choć powinna trochę nabrać ciała.
Co do mężczyzn… oprócz braci Chloe w wiosce mieszkało zaledwie dwunastu chłopców w podobnym wieku. Kiedy trochę podrośli, ich wygląd i maniery znacznie się poprawiły, mimo to Chloe nie wyobrażała sobie, że mogłaby się zakochać w jednym z nich. Byli pozbawieni wyobraźni, tępi jak bryły węgla. A Chloe marzyła… cóż, szczerze mówiąc, nie miała pojęcia, o czym marzy, i właśnie na tym polegał problem z Nant-Aur. Nie licząc nauczycielki gry na pianinie i sprzątaczki w kościele, starych panien, wszystkie kobiety były matkami, żonami. Prowadziły domy, prały. Chloe nie miała żadnego wyboru.
Dzieci jadące autobusem krzyczały w podnieceniu, co wyrwało Chloe z zamyślenia.
– Oneby, Twoby, Threeby, Fourby, Fiveby, Sixby, Sevenby, Eightby, Nineby, TENBY! – wrzeszczały coraz głośniej, po czym wybuchnęły histerycznym śmiechem.
Kilkoro starych ludzi zaczęło je uciszać, inni uśmiechali się wyrozumiale. Chloe uniosła brwi jak Megan. W poprzednich latach dołączała do chóru, ale teraz była nastolatką! Nie powinna się zachowywać jak dziecko.
Nie chodziło o to, że nie chciała wyjść za mąż i rodzić dzieci – po prostu nie miała ochoty robić tego w stylu Nant-Aur. Nie chciała nosić przez sześć dni w tygodniu starego fartucha i chodzić w niedzielę do kościoła w połatanej sukience, a potem biec do domu i szykować ogromną pieczeń, gdy rodzina pochrapuje przy kominku. Marzyła… o czymś innym.
Tylko w Tenby widziała, że życie może wyglądać inaczej. Ciotka Susan miała męża i dzieci, ale nosiła piękne stroje pochodzące z czasów, gdy mieszkała w Londynie. Często jadała lunche z przyjaciółkami i lubiła siedzieć na tarasie, wpatrując się w morze. Paliła papierosy w długiej cygarniczce i malowała paznokcie na piękny czerwony kolor przypominający barwę jagód ostrokrzewu. Chloe czuła, że gdyby miała lakier do paznokci, ładne stroje i czas na chichotanie z przyjaciółkami, mogłaby być szczęśliwa. Matka nie malowała paznokci ani nie nosiła pięknych strojów, ale zawsze była szczęśliwa, choć Chloe nie rozumiała dlaczego. Llew był jedyną osobą, z którą mogła rozmawiać o takich rzeczach; twierdził, że istnieje tyle rodzajów szczęścia, ilu jest ludzi na świecie albo kamyków na plaży.
– Skąd wiesz? – spytała, spoglądając na niego podejrzliwie. – Masz dopiero dziesięć lat!
Niezależnie od tego, czy miał rację, czy nie miał, Chloe podobała się myśl, że mogłaby znaleźć własną drogę do szczęścia. Nie chciała żyć jak matka, nie jak ciocia Susan, a na pewno nie tak jak ciocia Bran! Powinna wytyczyć nowy szlak. Jedno wiedziała na pewno: jeśli w zwykłym, przyziemnym życiu Chloe Samuels może się pojawić magia, odnajdzie ją w Tenby.Nora
Nie przestawały jej dręczyć koszmarne lęki. Dobrze, że była sobota, więc przynajmniej nie musiała iść do pracy. Jak dotąd największym osiągnięciem dnia okazało się wstanie z łóżka, przygotowanie kubka herbaty i zajęcie miejsca w fotelu przy oknie sypialni. Nie miała siły się ubrać, ale gorący kaloryfer, puszysty koc i para fioletowych skarpetek do spania sprawiły, że nie czuła zimna. Mimo to nie mogła opanować drżenia. Jennifer mówiła, że w razie ataku paniki Nora powinna „usiąść i przeczekać”, „głęboko oddychać” i „obserwować samą siebie z ciekawością i współczuciem”. Mindfulness, uważność. Nora próbowała. Nie za bardzo wierzyła, że to poskutkuje, ale czuła się tak źle – tak okropnie – że chciała wykorzystać każdą technikę, każdy sposób, który mógłby sprawić, że któregoś dnia ten szary, lodowaty paraliż minie. Gdyby zobaczyli ją teraz koledzy z pracy, nie wierzyliby własnym oczom.
Nora była – i miała być jeszcze przez cztery tygodnie – kierowniczką sekretariatu Katedry Historii na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Londyńskiego. Zarządzała grupą dziewięciu pracowników administracyjnych (żarcik uniwersytecki: po co zatrudniać jedną osobę, skoro tę samą pracę mogą wykonać trzy?) i opiekowała się dziewięciorgiem naukowców, dbając, by ich życie zawodowe toczyło się jak po maśle. Dawniej wyobrażała sobie grzęzawisko procedur uniwersyteckich, papierkowej roboty i protokołów jako gęstą dżunglę, a siebie jako nieustraszoną podróżniczkę przedzierającą się przez nią z maczetą. Ponieważ perfekcyjnie wykonywała zadania, które wzbudziłyby przerażenie zwykłych śmiertelników, Simon nazywał ją maszyną sukcesu. Nie był to najmilszy komplement, jaki usłyszała od mężczyzny.
Jednak Nora rzeczywiście była idealną administratorką. Nigdy nie widziano jej rozczochranej. Nikt nigdy nie widział, jak kuli się ze strachu pod kocem. Jakiś rok wcześniej zaczęły ją prześladować niejasne, niekonkretne lęki. Miewała koszmarne sny, po których budziła się z płaczem, choć niczego nie pamiętała; czasem pojawiały się sny erotyczne, tak wyraziste i natrętne, że nie mogła o nich zapomnieć.
Z okna kawalerki Nory w dzielnicy Kingston widać było plątaninę dachów i narożników budynków, dwie rynny i popękany okap, w którym bujnie wyrosły chwasty, tak że przypominał wiszącą skrzynkę z roślinami zrodzoną w wyobraźni szalonego architekta. Nora siedziała i patrzyła, trzymając w dłoniach stygnący kubek.
Co powie w poniedziałek w sekretariacie? Pracowała na uniwersytecie dziewięć lat, była „stałym elementem wyposażenia”, jak często mawiała doktor Menna Brantham (rola płci w literaturze w latach 1765−1857). Zupełnie nie miała pojęcia, jak odpowiedzieć na pytania, które z pewnością padną później. Na przykład: „Dlaczego?”.
Może Simon ma rację? Może zwariowała? Zwolniła się z pracy pod wpływem nagłego impulsu wywołanego przez kontrast między wizją plaży a drzwiami pomalowanymi na zielono i tymi przeklętymi plastikowymi paprociami. Gwałtownie odrzuciła wszystko, co symbolizowały w jej życiu. Ale nie mogła tego powiedzieć kolegom i koleżankom z wydziału.
Umysł podpowiadał, że popełniła katastrofalny błąd – praca mogłaby być znacznie gorsza. Jednak jakaś buntownicza, skryta część natury Nory szeptała: Mogłaby również być znacznie lepsza.
Co zrobi, gdy skończy się okres wypowiedzenia? Czy będzie spędzać wszystkie dni tak jak tę sobotę, ukrywając się przed niewidzialnym drapieżnikiem, uciekając przed życiem? A może zupełnie zwariuje? Taka możliwość nigdy wcześniej nie przychodziła Norze do głowy. Była inteligentna, praktyczna, obowiązkowa. „Bardzo poukładana młoda kobieta”, pochwalił ją raz doktor Wendham Windsor (polityka i socjologia XX wieku).
Kubek zupełnie wystygł. Nora postawiła go na parapecie i pejzaż dachów przed jej oczami znowu zmienił się w plażę. Długą, czystą, roziskrzoną jak szampan, z pasem piany przy brzegu, oświetloną zimowym słońcem. Jęknęła. Czy nie ma dość kłopotów? Teraz dojdą do nich halucynacje? Była to po prostu miejscowość w Walii, odwiedziła ją raz w dzieciństwie.
Nora i Jasmine zatrzymały się u babci, która zaproponowała jednodniową wycieczkę do Tenby. Oczywiście Jasmine nie chciała jechać, więc babcia wzięła tylko Norę. Nora prawdopodobnie nie myślała o tamtym dniu od dwudziestu lat – aż nagle wczoraj w biurze w jej umyśle niespodziewanie pojawił się obraz plaży.
Dlaczego właśnie tej plaży? Jeśli dobrze pamiętała, w Tenby były dwie lub trzy piękne plaże. Oglądały południową plażę krótko, pod koniec wycieczki. Kiedy babcia spytała, czy Nora chce zejść na dół i pospacerować, wnuczka pokręciła głową – była zmęczona. Wróciły do samochodu. Było to ładne miejsce, szczęśliwa chwila, ale nie wydarzyło się nic niezwykłego. Południowa plaża w Tenby nie miała szczególnego znaczenia dla Nory. To przecież śmiechu warte. Nie można być prześladowanym przez obraz plaży. Ale im bardziej Nora starała się o nim zapomnieć, tym stawał się wyraźniejszy. I, co najdziwniejsze, kiedy widziała plażę, lęk się zmniejszał.
Najgorsza cecha załamania nerwowego – jeśli rzeczywiście przeżywała załamanie nerwowe – polegała na tym, że czuła się w dziwny sposób oderwana od rzeczywistości. Zeszłego wieczoru, wracając do domu, spotkała przed dworcem kolejowym bezdomnego mężczyznę o imieniu Glen. Trzymał smycz, ale nie prowadził psa. Kiedy zobaczył Norę, chwycił ją za rękę.
– Widziała je pani? – spytał. Jego rozszerzone oczy patrzyły błagalnie.
– Kogo? – spytała Nora. – Twoje psy?
Spojrzał na nią, marszcząc brwi.
– Nie, nie mam psów. Czy widziała pani moje ja? Nie mogę go znaleźć. Widziała je pani?
Nora kupiła mu kawę i ciastko w pobliskiej kawiarni. Siedziała z nim przez chwilę. Czuła się tak samo jak Glen, jakby wszystko, co kiedyś było Norą, rozpadło się i odlatywało. Była przerażona i okropnie samotna.
W tej chwili wytrącały ją z równowagi najdrobniejsze rzeczy. Takie jak perspektywa spędzenia dzisiejszego wieczoru z matką: musiała iść do niej na kolację. Cóż, nie musiała – Jennifer nieustannie strofowała Norę z powodu używania form sugerujących przymus. Matka po prostu ją zaprosiła, ona zaś mogła przyjąć zaproszenie albo je odrzucić. A zatem Nora postanowiła przyjąć zaproszenie matki – wypowiedziane kategorycznym tonem – i miała nadzieję, że tym razem będzie równie miło jak dawniej.
Wejście pod prysznic, przebranie się i wysuszenie włosów wymagało wysiłku, ale matka dostałaby zawału, gdyby zobaczyła Norę okręconą kocem, ze skarpetkami do spania na nogach, więc należało to zrobić.
– Okej, okej – mruknęła Nora do wyobrażenia Jennifer. Nie musiała się przebierać. Postanowiła dobrze wyglądać, by nie sprawiać matce przykrości. Prawdopodobnie była to słuszna decyzja: siedzenie przez cały dzień w fotelu nie działa dobrze na psychikę. Wcześniej nawet się nie umyła.
Kiedy wychodziła z mieszkania, była blada, ale wyglądała prawie normalnie. Włożyła czarne dżinsy, fioletową koszulę i pantofle na płaskim obcasie. Wpięła w uszy kolczyki z kryształkami górskimi i umieściła na nadgarstku bransoletkę. Jej kasztanowe włosy, ładnie ułożone na wzór fryzury Rachel z Przyjaciół, co było popularne przed wielu laty, lśniły wokół owalnej twarzy. Nora zawsze uwielbiała ten serial. Rozjaśniła szeroko rozstawione szare oczy odrobiną mascary i spryskała się wodą perfumowaną La Vie Est Belle. Odstawiła perfumy na półkę obok starej klepsydry matki. Była ładna, wykonana z mahoniu i wypełniona niebieskim piaskiem. Bardzo lubiła się nią bawić w dzieciństwie. Teraz klepsydra stała zapomniana wśród innych bibelotów, ze szkłem zmatowiałym od kurzu. Norę nagle ogarnęło dziwne poczucie winy i szybko wytarła klepsydrę rękawem.
Czuła się trochę lepiej i wstąpiła do kwiaciarni, by kupić czerwone róże – ulubione kwiaty matki – a później wsiadła do autobusu. Gdyby poczuła nieprzeparte pragnienie dojechania aż do pętli w Richmond, niczego by to nie oznaczało, prawda? Córka nie zawsze musi być w nastroju, by odwiedzać matkę. Jednak dawniej Nora zawsze była w nastroju.
Ojciec Nory, Steve, wyprowadził się z domu przed wielu laty – ściśle biorąc, w dniu pierwszych urodzin Nory. Jasmine nigdy nie wyszła ponownie za mąż. Mieszkały we dwie i to im wystarczało. Bardzo się kochały. Jasmine zawsze to podkreślała, gdy ludzie wyrażali podziw, że tak świetnie daje sobie radę.
– Jesteśmy ze sobą blisko związane – mówiła z uśmiechem i kiwała głową. – Jest nam cudownie, prawda, Noro? – I tak było. Pozostały najlepszymi przyjaciółkami, nawet gdy Nora wstąpiła na uniwersytet, a później zamieszkała ze swoim pierwszym partnerem. Aż do zeszłego roku uwielbiały spędzać razem czas, blisko związane jak zawsze.
Nora nie miała pojęcia, dlaczego wszystko się popsuło. Nie wydarzyło się nic dramatycznego. Kto ponosił winę? Nora? Jasmine? A może to zupełnie naturalna, nieunikniona kolej rzeczy? Może nikt nie utrzymuje tak bliskich relacji z matką przez całe życie? Ich stosunki dalej układały się dobrze, nie przestały ze sobą rozmawiać, nie pokłóciły się, ale… wydawało się, że pojawiło się stałe napięcie, drażliwość. Najprostsze rozmowy kończyły się nieporozumieniami. Może były zbyt blisko związane?
Nora siedziała na piętrze autobusu jadącego do dzielnicy Petersham i powtarzała półgłosem uspokajające zdania. Nie była to mantra, której nauczyła ją Jennifer – pochodziła z poradników psychologicznych, które Nora gromadziła w czasie ostatniego roku. Zdania te naprawdę trochę ją uspokajały.
Wszystkie moje relacje z ludźmi są harmonijne i dają mi zadowolenie. Jestem dorosła, wierzę w siebie, mam wiele uzdolnień. Mogę decydować o swoim życiu.
Jasmine mieszkała w maleńkim osiemnastowiecznym domu na końcu ulicy, która prowadziła teraz do nowoczesnego osiedla mieszkaniowego. Nora zawahała się na progu, co trochę ją zdziwiło. Musi powiedzieć matce, że zwolniła się z pracy. Nora i Jasmine nigdy niczego przed sobą nie ukrywały. Nora wracała ze szkoły do domu i szczegółowo opisywała cały dzień; piły gorącą czekoladę i jadły krakersy marki Jacob’s. Jasmine wracała z pracy i opowiadała Norze o dniu spędzonym w biurze, popijając wino. Nora pragnęła, żeby znowu tak było. Złożyła wymówienie bez konkretnego powodu i nie miała na widoku żadnej innej posady. Powinna powiedzieć o wszystkim matce, prawda?
Wszystkie moje relacje są uczciwe i otwarte. Jestem dorosła, silna i niezależna.
Drzwi gwałtownie się otworzyły. Nora się żachnęła.
– Zamierzasz tu stać przez całą noc, mrucząc coś do siebie pod nosem? – spytała ostro matka. – Obserwowałam cię z okna na górze. Każdy pomyślałby, że nie masz ochoty wejść!
– Oczywiście, że chcę wejść! – Nora spąsowiała i wyciągnęła bukiet róż w stronę Jasmine, której oczy zalśniły z zadowolenia.
Miała długie ciemne włosy: Nora zawsze ją taką pamiętała. Teraz, gdy Jasmine przekroczyła siedemdziesiątkę, naturalnie musiała się farbować, ale korzystała z usług znakomitej fryzjerki i kolor w dalszym ciągu pasował do jej uderzająco błękitnych oczu i smukłej, elfiej sylwetki. Miała miękką, jedwabistą cerę, a poza tym była irytująco drobna. Nora, mierząca sto siedemdziesiąt pięć centymetrów, czuła się przy niej jak olbrzymka. Najwyraźniej odziedziczyła wzrost po ojcu.
– Dziękuję, kochanie, przepiękne róże. To miło z twojej strony. A teraz wejdź, wejdź. Co to za okropna plama na twojej koszuli? – Niezbyt delikatnie otrzepała rękaw córki.
Nora spojrzała na kurz pozostawiony przez klepsydrę.
– Po prostu coś wytarłam.
– Szczerze mówiąc, kochanie, mogłabyś od czasu do czasu oddać rzeczy do pralni. Och, myślę, że zupa już się zagrzała. Nie powinna wrzeć!
Odeszła, a Nora podążyła za nią do kuchni. Pomieszczenie było małe, przytulne, z dębowymi szafkami na ścianach i podłogą z terakoty. Unosił się w nim słodki aromat pasternaku. Nora oparła się o framugę drzwi i patrzyła na Jasmine, która zmniejszyła płomień na kuchence i zamieszała zupę. Jak zawsze była elegancko ubrana; miała na sobie czarne jedwabne spodnie i kremową bluzkę z szyfonu. Nie lubiła nosić fartuchów. Przez chwilę wyglądała tak samo jak w dawnych czasach. Jej wiek widać było, dopiero gdy się poruszała – miała zesztywniałe stawy, niezręcznie się pochylała i z trudem wyciągała ręce. Przez chwilę Nora wyobrażała sobie, że znowu jest dziewczynką, a matka ma czterdzieści kilka lat: że mogą serdecznie się zwierzać, jedząc zupę z pasternaku.
– Na kolację przyjdzie jeszcze Sandy – powiedziała Jasmine, gdy Nora nalała wody do wazonu i przycięła róże.
Norze zamarło serce. Nawet w najlepszych chwilach trudno było rozmawiać z Jasmine sam na sam. W obecności innych osób stawało się to niemożliwe.
– Ach…
– O co chodzi? Przecież lubisz Sandy.
Była to prawda. Sandy, kolejna aktywna siedemdziesięciolatka, zawsze mieszkała w domu matki, gdy Jasmine opuszczała Anglię, wybierając się na jedną ze swoich coraz częstszych wycieczek do Tajlandii, Kanady albo Malawi. Czy to znaczy, że matka znowu zamierza wyjechać za granicę?
– Spędzisz Boże Narodzenie u siebie? – wypaliła. Z pewnością matka nie zniknie przed świętami, gdy Nora odeszła od Simona?
Jasmine odwróciła się od kuchenki i spojrzała na córkę, marszcząc brwi.
– Oczywiście! – odparła zniecierpliwionym tonem. – Nie bądź niemądra, Noro.
– Tylko pytałam.
– Więc nie zadawaj absurdalnych pytań. O, jest Sandy. Idź otworzyć drzwi, dobrze? – Jasmine pochyliła się z wysiłkiem, by otworzyć piekarnik, po czym kuchnia wypełniła się apetycznym aromatem chleba czosnkowego. W ogromnych rękawicach do pieczenia wyglądała jak mała dziewczynka, która włożyła buty ojca. Nora przygryzła wargi, rozdarta między miłością a frustracją, a później, słysząc chrzęst żwiru poruszanego laską Sandy, poszła otworzyć drzwi.
Po jakimś czasie Nora nieco się uspokoiła. Może to dobrze, że pojawiła się Sandy? Nie musi przecież mówić dziś wieczorem matce, że zwolniła się z pracy. Nie ma pośpiechu.
– Nora w dalszym ciągu chodzi do psychoterapeutki – powiedziała Jasmine, gdy jadły tartę cytrynową z bezą. – Trochę mnie to niepokoi. Grzebanie w przeszłości i marnowanie pieniędzy. Nie robiłyśmy tego w dawnych czasach, prawda?
– Nie zapominaj, że wszystko się zmieniło, Jasmine – odparła Sandy. – Młodzi ludzie żyją teraz w nieustannym stresie. Przepraszam, Noro, nie chciałam, żeby zabrzmiało to protekcjonalnie. Wiem, że jesteś dojrzałą kobietą. Po prostu w tej chwili każdy, kto nie skończył sześćdziesięciu lat, wydaje mi się młody.
Nora się roześmiała. Sandy była żylasta i silna. Siwe włosy miała jak zwykle związane w kucyk, była ubrana w dżinsy oraz polo. Tryskała energią i interesowała się ludźmi. Wyglądała jak wzór udanego życia po siedemdziesiątce.
– Młodzi ludzie ciągle się skarżą – rzekła Jasmine, krzywiąc wargi. – Powinnyście ich słyszeć w telewizji śniadaniowej. Biadolą, że jest za dużo hałasu, że są zabiegani, narzekają na terror mediów społecznościowych… Wszystko ich denerwuje.
Nora nie chciała się sprzeczać z matką przy Sandy, przeprosiła i poszła schodami na górę. Dawniej Jasmine szczyciła się swoją tolerancją. Jak mogła tak się zmienić, do licha?! W łazience stały na parapecie czarki z wodą, w których pływały zapalone świeczki, i buczał bojler. Nora poczuła przypływ nostalgii. Tęskniła za czasami, gdy mieszkała w tym domu, młoda i pełna optymizmu, kiedy jeździła do szkoły autobusem kursującym wzdłuż rzeki. Tęskniła za matką, na litość boską! Nie rozumiała, jak może tęsknić za kimś, kto przebywa w tej chwili na parterze. Zwłaszcza za kimś, kto przez ostatnie dwie godziny doprowadzał ją do furii. Tęskniła za matką taką, jaka była przed laty. Za bliskim związkiem z Jasmine w dawnych czasach.
Zauważyła, że na podeście schodów zamocowano drabinę prowadzącą na strych – matka wspomniała, że rozpoczęła coroczną ekshumację ozdób choinkowych. Nora poczuła nagłą pokusę przejrzenia starego albumu fotograficznego Jasmine. Kiedy była mała i zauroczona piękną, awanturniczą matką, spędzały nad nim długie godziny w zimowe wieczory. Jasmine siedziała obok córki, przewracała stronice i opowiadała historie związane ze zdjęciami.
Zafascynowana Nora uważała, że z pewnością każdy chciałby być podobny do matki, ale teraz, gdy Jasmine tak się zmieniła, Nora mimo woli zastanawiała się, jak naprawdę wyglądało życie matki, co się kryło za ładnymi obrazami.
– Zejdę za kilka minut, mamo! – zawołała. – Muszę przejrzeć swoje stare książki.
– W porządku! – odkrzyknęła Jasmine. – Mam ci ukroić kawałek zapiekanki?
– Tak, proszę.
– Naprawdę? Myślałam, że się odchudzasz?
– Więc czemu mi proponujesz zapiekankę? – mruknęła Nora. Przewróciła oczami i nie odpowiedziała.
Szybko wdrapała się na strych i włączyła światło. Na środku pomieszczenia stał stos pudeł z ozdobami choinkowymi, wystawała z nich srebrzysta lameta. Wzięła latarkę stojącą obok uniesionej klapy w podłodze strychu i oświetliła różne przedmioty – swoje cenzurki szkolne, dawne prace domowe, walizki, gitarę, na której żadna z nich nigdy nie nauczyła się grać…
Zauważyła ozdobną skrzynkę zawierającą albumy i otworzyła ją. Nie mogła odkryć żadnych tajemnic: wiedziała, że nie znajdzie sekretnego listu ani nieznanych napisów na odwrocie jednej z fotografii. Znała te albumy doskonale, z przodu, z tyłu, od początku do końca. Chciała po prostu jeszcze raz na nie zerknąć. Wyjęła album leżący na wierzchu i otworzyła na chybił trafił. Uśmiechnęła się. Nie widziała tych zdjęć od tylu lat… Na początku Jasmine jako seksowny króliczek. W latach sześćdziesiątych matka była modelką w Londynie; na fotografiach miała ogromne czarne rzęsy i wysoko upięte długie ciemne włosy. Nosiła minispódniczki i wysokie buty sięgające kolan.
Później etap hipisowski w latach siedemdziesiątych – luźne spódnice barwione po uprzednim zawiązaniu w supły i poncza robione na szydełku, rozpuszczone włosy dłuższe niż kiedykolwiek. Właśnie wtedy urodziła Norę.
Następnie lata osiemdziesiąte, po odejściu Steve’a. Nora zawsze nazywała ten okres „etapem Melanie Griffith”. Należało płacić rachunki i utrzymywać córkę, więc Jasmine znalazła pracę jako asystentka w kancelarii adwokackiej, a później skończyła studia prawnicze i sama została adwokatką. Jako samotna matka odniosła sukces w brutalnym świecie, gdzie w owym czasie prawie nie było kobiet. Jeśli nie lubiła kolejnej zmiany stylu życia, do jakiej zmusiły ją okoliczności, nigdy tego nie okazywała. Na zdjęciach z tych lat miała ogromną fryzurę w stylu Dynastii, powieki pokryte niebieskim cieniem i nosiła ostentacyjną złotą biżuterię.
Nora nigdy nie znała Jasmine jako seksownego króliczka. Niejasno pamiętała ją jako hipiskę i były to raczej miłe wspomnienia – muśnięcia miękkich tkanin, woń kadzidła. Przede wszystkim pamiętała „pracującą matkę”, która wywarła na nią największy wpływ.
Jasmine szła przez życie, wykorzystując swoje atuty: była seksowna, fascynująca, dynamiczna. Nora mimo woli się z nią porównywała. Bardzo poukładana młoda kobieta. Maszyna sukcesu. Stały element wyposażenia. Nie były to miłe komplementy. Nora powiedziała kiedyś Jennifer, że życie matki wydaje się zbudowane z wielkich kolorowych klocków, a dla Nory pozostały tylko ciasne, zakurzone szczeliny między nimi. Czuła się jak negatyw fotografii, bezbarwny, rozmazany cień niezwykłego życia Jasmine Banquist.
Jakiś czas przewracała stronice, a później zamknęła albumy i schowała je do skrzynki. Wzięła się w garść, by wrócić do jadalni. Do licha, zje jeszcze kawałek zapiekanki!