-
nowość
Moje nieidealne życie - ebook
Moje nieidealne życie - ebook
Katie Brenner ma plan: wielkie miasto, wielka kariera, idealne życie. A przynajmniej taką wersję wydarzeń pokazuje na Instagramie. W rzeczywistości jednak codzienność jest znacznie mniej glamour: maleńkie mieszkanie, wymagająca szefowa i rosnące poczucie, że wszyscy radzą sobie lepiej niż ona.
Kiedy życie zawodowe Katie się rozsypuje, dziewczyna wraca na wieś do rodziców. Dopiero tam, z dala od londyńskiego zgiełku, zaczyna rozumieć, że taka prawdziwa „nieidealność” często może nieść więcej szczęścia, niż kiedykolwiek przypuszczała.
Moje nieidealne życie to pełna humoru, ciepła i trafnych obserwacji powieść o kobietach, które próbują pogodzić marzenia z rzeczywistością. Lekka, zabawna i kojąca jak wakacje, których wszyscy potrzebujemy.
| Kategoria: | Literatura piękna obca |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68812-78-7 |
| Rozmiar pliku: | 1,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Po pierwsze: mogło być gorzej. Mogłoby być dużo gorzej, jeśli chodzi o dojazdy, muszę o tym pamiętać. Po drugie: warto. Chcę mieszkać w Londynie; chcę tego, a dojazdy są w pakiecie. To część londyńskiego doświadczenia, tak jak Tate Modern.
(W sumie nie ma to za wiele wspólnego z Tate Modern. Zły przykład).
Mój tata mawia: „Jeśli nie umiesz dotrzymać kroku najlepszym, to siedź w domu”. A ja chcę dotrzymywać kroku najlepszym. Po to tu jestem.
W każdym razie mój dwudziestominutowy spacer na stację jest w porządku. Nawet przyjemny. Szare grudniowe powietrze zmienia się w mojej piersi w kawałek żelaza, ale czuję się dobrze. Dzień się zaczął. Jestem w drodze.
Płaszcz mam całkiem ciepły, mimo że kosztował 9,99 funta i kupiłam go na pchlim targu. Miał metkę CHRISTIN BIOR, ale wycięłam ją od razu po powrocie do domu. Można mieć oryginalną, vintage’ową metkę Christiana Diora. Albo coś japońskiego. Albo nawet w ogóle nie mieć metki, bo samemu szyje się swoje ubrania ze starych tkanin zdobytych w Alfies Antiques.
Ale nie CHRISTINA BIORA.
Gdzieś na wysokości Catford Bridge zaczynam czuć, że ściska mnie w żołądku z nerwów. Naprawdę nie chcę się dzisiaj spóźnić. Mój szef ostatnio zaczął się denerwować z powodu ludzi, którzy „jakby nigdy nic przychodzą, kiedy chcą”, więc wyszłam dwadzieścia minut wcześniej, na wypadek gdyby to był gorszy dzień.
I już wiem: to jest potworny dzień.
Z naszą linią metra było ostatnio sporo problemów, ciągle bez uprzedzenia odwołują pociągi. Rzecz w tym, że w Londynie w godzinach szczytu nie można tak po prostu odwołać pociągu. Co mają niby zrobić ci wszyscy ludzie, którzy planowali do niego wsiąść? Wyparować?
Przechodzę przez bramkę biletową i już widzę odpowiedź na to pytanie. Ludzie tłoczą się na peronie, wokół ekranu, przepychają się, zerkają na tory, powarkują na siebie, ignorują się – wszystko naraz.
O Boże. Musieli odwołać przynajmniej dwa kursy, bo ten tłum wygląda na trzy pełne pociągi; wszyscy czekają na następny, ściśnięci w strategicznych punktach na skraju peronu. Jest połowa grudnia, ale nie czuć tu ducha Bożego Narodzenia. Jedynym świątecznym akcentem jest kilka sznurków żałosnych światełek i seria komunikatów dotyczących transportu w okresie świątecznym.
Zbieram się w sobie i dołączam do tej chmary, a potem z ulgą wypuszczam powietrze, bo na stację wjeżdża metro. Nie żebym miała do niego wsiąść. (Wsiąść do pierwszego pociągu? To byłoby absurdalne). Ludzie w środku stoją przyciśnięci do zaparowanych okien, a gdy drzwi się rozsuwają, wysiada tylko jedna osoba – wygląda na mocno zgniecioną i próbuje się wydostać z peronu.
Mimo to tłum napiera i jakimś cudem trochę ludzi wciska się do pociągu, który zaraz odjeżdża, a ja przesuwam się nieco bliżej skraju peronu. Teraz muszę tylko pilnować swojego miejsca i nie pozwolić, żeby ten mizerny gościu z włosami na żel wcisnął się przede mnie. Wyjęłam z uszu słuchawki, żeby słuchać komunikatów oraz być czujna i gotowa.
Dojazdy w Londynie to praktycznie sztuka wojenna. Jest to nieustająca bitwa o terytorium: przesuwanie się o centymetry naprzód, bez choćby chwili rozluźnienia. W przeciwnym wypadku ktoś zaraz stanie przed tobą. Albo na tobie.
Dokładnie jedenaście minut później podjeżdża kolejny pociąg. Ruszam naprzód z tłumem, starając się nie zwracać uwagi na głośne okrzyki: „Możecie się przesunąć głębiej?”; „W środku jest jeszcze miejsce!”; „Muszą się tylko przesunąć głębiej!”.
Zauważyłam, że ludzie w pociągach metra mają zupełnie inne miny niż ci na peronie, zwłaszcza te osoby, którym udało się usiąść. Oni przeszli przez góry i dotarli do Szwajcarii. Nawet nie podnoszą wzroku. Czują się winni i arogancko zamykają się na wszelkie interakcje: „Wiem, że jesteście na zewnątrz; wiem że jest okropnie, a ja siedzę sobie bezpiecznie w środku, ale ja też cierpiałem, więc pozwól mi po prostu poczytać w spokoju na kindlu i nie wzbudzaj we mnie poczucia winy, do jasnej cholery, okej?”.
Ludzie się pchają i pchają, ktoś mnie wręcz popycha – czuję na plecach czyjeś palce – i nagle stawiam stopę na podłodze pociągu. Teraz tylko muszę się chwycić słupka albo uchwytu – czegokolwiek – i podciągnąć się na nim. Jeśli twoja stopa znajdzie się w wagonie, to już wsiadłeś.
Mężczyzna z tyłu wydaje się strasznie wkurzony, słyszę bardzo głośne krzyki i przekleństwa. I nagle za mną wzbiera fala ludzi niczym tsunami. Doświadczyłam tego tylko kilka razy i jest to przerażające. Zostaję przepchnięta naprzód, choć nawet nie dotykam stopami ziemi, a kiedy drzwi się zamykają, tkwię wciśnięta pomiędzy dwóch gości – jednego w garniturze, drugiego w dresie – i dziewczynę jedzącą kanapkę.
Jesteśmy tak ciasno upchnięci, że kanapka znajduje się jakieś osiem centymetrów od mojej twarzy. Za każdym razem, gdy dziewczyna bierze kęs, czuję aromat pesto. Ale umyślnie to ignoruję. Oraz tę dziewczynę. Oraz tych facetów. Mimo że czuję ciepłe udo kolesia w dresie na moim udzie i mogę policzyć niedogolone włoski na jego szyi. Gdy pociąg rusza, cały czas odbijamy się o siebie nawzajem, ale nikt nawet nie nawiązuje kontaktu wzrokowego. Myślę, że jeśli w metrze spotkasz się z kimś wzrokiem, to wtedy wzywają policję czy coś takiego.
Żeby zająć czymś myśli, staram się zaplanować resztę podróży. Dojadę do Waterloo East i sprawdzę, która linia najlepiej kursuje. Mogę pojechać Jubilee-District (to zajmuje wieki) albo Jubilee-Central (pod koniec mam wtedy dłuższy spacer) albo Overground (jeszcze dłuższy spacer na końcu).
Tak, gdybym wiedziała_,_ że ostatecznie będę pracować w Chiswick, nie wynajęłabym mieszkania w Catford. Ale kiedy przyjechałam do Londynu, najpierw byłam na stażu we wschodniej jego części. (W ogłoszeniu napisali, że to „Shoreditch¹”. To zdecydowanie nie było Shoreditch). Catford było tanie i dojazdy nie były zbyt długie, a teraz po prostu nie mogę sobie pozwolić na ceny w zachodnim Londynie, a dojazdy nie są aż takie złe…
– Aaaa! – wrzeszczę, kiedy pociąg gwałtownie hamuje, a ja lecę do przodu.
Dziewczyną obok też rzuciło, jej dłonie lecą w stronę mojej twarzy i zanim zdołałam się zorientować, moje otwarte w krzyku usta lądują na końcu jej kanapki.
Co to było?
Jestem w takim szoku, że nie umiem zareagować. Usta mam pełne ciepłego, miękkiego pieczywa i topionej mozzarelli. Jak to się w ogóle stało?
Odruchowo zaciskam zęby i natychmiast tego żałuję. Chociaż… co innego powinnam zrobić? Nerwowo spoglądam jej w oczy, nadal z pełnymi ustami.
– Przepraszam – mamroczę, ale brzmi to jak „Uszam”.
– Pojebało cię?! – dziewczyna krzyczy z niedowierzaniem na cały wagon. – Ona mi kradnie śniadanie!
Głowa mi się poci. Niedobrze. Bardzo niedobrze. Co mam teraz zrobić? Odgryźć ten kawałek kanapki? (Nie za dobrze). Po prostu wypuścić go z ust? (Jeszcze gorzej. Fuj). Nie ma dobrego wyjścia z tej sytuacji, żadnego.
Ostatecznie wgryzam się w kanapkę, a twarz płonie mi ze wstydu. Teraz muszę przeżuć kawał czyjegoś rozmokłego chleba, a wszyscy się na mnie gapią.
– Naprawdę przepraszam – mówię niezręcznie do dziewczyny, gdy tylko udaje mi się przełknąć. – Mam nadzieję, że reszta będzie ci smakować.
– Teraz tego nie chcę. – Rzuca mi groźne spojrzenie. – Są tam twoje zarazki.
– No, ja też nie chcę twoich zarazków. To nie była moja wina; wpadłam na nią.
– Wpadłaś na nią – dziewczyna powtarza po mnie z takim sceptycyzmem, że na nią spoglądam.
– Tak! Oczywiście, że tak! A co sobie myślałaś… że zrobiłam to celowo?
– Skąd mam wiedzieć? – Osłania dłonią resztę kanapki, tak jakbym miała się rzucić i odgryźć kolejny kawałek. – W Londynie jest mnóstwo dziwaków.
– Nie jestem dziwna!
– Możesz na mnie wpaść, kiedy tylko zechcesz, skarbie – wtrąca z uśmieszkiem gość w dresie. – Tylko nie przeżuwaj – dodaje, a po wagonie niesie się śmiech.
Moja twarz płonie jeszcze większym rumieńcem, ale nie zamierzam na to reagować. Uważam tę rozmowę za skończoną.
Kolejne piętnaście minut patrzę surowo przed siebie, starając się istnieć tylko w swojej małej bańce. Na Waterloo East wszyscy zostajemy wypluci z pociągu i z ulgą wdychamy zimne powietrze pełne spalin. Idę najszybciej jak mogę do metra, wybieram linię Jubilee-District i dołączam do tłumu przy wejściu. W tym momencie zerkam na zegarek i tłumię westchnienie. Jestem w drodze już od czterdziestu pięciu minut i nawet nie przybliżam się do celu.
Ktoś nadeptuje mi stopę szpilką, a mnie się nagle przypomina, jak tata otwierał nasze drzwi kuchenne, wychodził na zewnątrz, szeroko rozpościerał ramiona, żeby objąć nimi widok na pola i nieskończone niebo, a potem mówił: „Najkrótsza droga do pracy na świecie, kochanie. Najkrótsza droga do pracy na świecie”. Kiedy byłam mała, nie miałam pojęcia, o co mu chodziło, ale teraz…
– Przesuńcie się głębiej! Czy możecie się przesunąć głębiej?! – wrzasnął jakiś facet koło mnie na peronie, aż się wzdrygnęłam.
Pociąg nadjechał i nastąpiła typowa bitwa pomiędzy ludźmi w wagonie, którzy uważają, że jest już pełno, a tymi na zewnątrz, którzy obmierzają puste przestrzenie eksperckim, wyćwiczonym okiem i stwierdzają, że spokojnie można tam zmieścić jeszcze ze dwadzieścia osób.
Ostatecznie wsiadam do metra i przepycham się, żeby wysiąść na Westminster, następnie czekam na linię District, którą telepię się do Turnham Green. Wysiadam z metra, zerkam na zegarek i zaczynam biec. Kurde. Mam ledwo dziesięć minut.
Nasze biuro znajduje się w wielkim, jasnym budynku zwanym Phillimore House. Jestem już blisko i zwalniam tempo do spacerowego, serce jeszcze mi wali. But strasznie obtarł mi lewą piętę, ale najważniejsze, że dotarłam. Zdążyłam. Jakby działała jakaś magia, winda już czeka, więc wsiadam, próbuję przygładzić włosy, które się rozczochrały, gdy pędziłam przez Chiswick High Road. Dojazd zajął mi w sumie godzinę i dwadzieścia minut, więc mogło być gorzej…
– Zaczekaj! – słyszę stanowczy głos i nieruchomieję.
Korytarzem kroczy znajoma postać. Ma długie nogi, buty na wysokim obcasie, drogie pasemka na włosach, ramoneskę i spódniczkę z pomarańczowej tkaniny z teksturą, która sprawia, że każdy inny element garderoby w tej windzie wygląda nagle na stary i zbyt zwyczajny. A już zwłaszcza moja czarna, dżersejowa spódnica za 8,99 funta.
Ma wspaniałe brwi. Niektórym ludziom trafiły się po prostu wspaniałe brwi i ona jest jedną z nich.
– Koszmarna podróż – rzuca, wsiadając do windy.
Jej głos jest ochrypły, ciepły, brzmi dorośle. To głos osoby, która zna się na rzeczy i nie traci czasu na byle kogo. Palcem z wypielęgnowanym paznokciem dźga przycisk i zaczynamy wjeżdżać na górę.
– Naprawdę koszmarna – powtarza. – Na skrzyżowaniu z Chiswick Lane w ogóle nie zmieniały się światła. Poświęciłam dwadzieścia pięć minut, żeby dotrzeć tu z domu. Dwadzieścia pięć minut!
Omiata mnie swoim orlim spojrzeniem i zdaję sobie sprawę, że oczekuje odpowiedzi.
– Och – odzywam się słabo. – Biedna jesteś.
Drzwi windy się otwierają i wychodzi. Sekundę później ruszam za nią, patrząc, jak jej fryzura idealnie faluje z każdym krokiem, oraz wdychając ten jedyny w swoim rodzaju zapach, którego używa (robiony na zamówienie, stworzony dla niej u Annick Goutal w Paryżu podczas podróży z okazji piątej rocznicy ślubu).
To jest moja szefowa. Demeter. Kobieta z idealnym życiem.
* * *
Nie przesadzam. Kiedy mówię, że Demeter ma idealne życie, możecie mi wierzyć, to jest prawda. Ona ma wszystko, czego można chcieć. Pracę, rodzinę, ogólny luz. Tak, tak, tak. Nawet jej imię. Jest tak nietypowe, że nawet nie musi używać nazwiska (Farlowe). Po prostu jest Demeter_._ Jak Madonna. „Cześć – słyszę, jak mówi do telefonu tym swoim pewnym, głośnym tonem. – Tu De-meeee-ter”.
Ma czterdzieści pięć lat i od nieco ponad roku zajmuje stanowisko kreatywnej dyrektor wykonawczej w Cooper Clemmow. To agencja strategiczna, mamy paru naprawdę poważnych klientów, więc Demeter jest dość ważna. W jej biurze pełno jest nagród, oprawionych zdjęć jej ze znamienitymi ludźmi oraz wystawek produktów, których marki pomagała tworzyć.
Jest wysoka i szczupła, ma lśniące brązowe włosy oraz, jak już wspomniałam, wspaniałe brwi. Nie wiem, ile zarabia, ale mieszka w dzielnicy Shepherd’s Busch w olśniewającym domu, za który podobno zapłaciła ponad dwa miliony – powiedziała mi to moja przyjaciółka Flora.
Flora powiedziała mi też, że Demeter ma w salonie podłogę importowaną z Francji; jest to parkiet ze starego dębu i kosztował majątek. Flora jest na podobnym stanowisku co ja – specjalistka do spraw projektów kreatywnych – i stanowi dla mnie stałe źródło plotek o Demeter.
Kiedyś nawet poszłam obejrzeć dom Demeter, nie dlatego, że jestem smutną stalkerką, tylko przypadkiem byłam w okolicy i znałam adres, i… no, wiecie, dlaczego by nie sprawdzić, jak wygląda dom szefowej, jeśli nadarza się okazja? (Okej, tak naprawdę znałam tylko nazwę ulicy. Wyszukałam numer domu w necie, gdy już dotarłam na miejsce).
Oczywiście jest tak gustowny, że aż ściska serce. Wygląda jak dom z czasopisma o wnętrzach. To właściwie jest dom z czasopisma o wnętrzach. Opisano go w „Livingetc”, wraz ze zdjęciami Demeter stojącej w swojej bialutkiej kuchni, wyglądającej elegancko i artystycznie w topie w retro rzucik.
Stałam na ulicy i się w niego wpatrywałam. Nie czułam za bardzo zazdrości – to był bardziej żal. _Zazdrość_. Drzwi wejściowe we wspaniałym szarozielonym odcieniu – jestem pewna, że to albo farba Farrow and Ball, albo Little Greene – ze staro wyglądającą kołatką z głową lwa i prowadzącymi do nich eleganckimi stopniami z jasnoszarego kamienia. Reszta domu także robiła niezłe wrażenie – malowane ramy okienne i rolety, a do tego zarys drewnianego domku na drzewie w ogrodzie z tyłu. Ale najbardziej oczarowały mnie te drzwi. I schody. Wyobraź sobie, że każdego dnia schodzisz po takich pięknych kamiennych schodach, jak księżniczka z bajki. Codziennie rano można się poczuć cudownie.
Dwa auta na podjeździe z przodu domu. Szare audi i czarny SUV volvo, oba nowe i błyszczące. Wszystko, co ma Demeter, jest albo błyszczące, nowe i w trendzie (designerska wyciskarka do soków), albo stare, autentyczne i w trendzie (wielki, stary, drewniany naszyjnik, który kupiła w południowej Afryce). Wydaje mi się, że „autentyczny” może być jej ulubionym słowem; używa go ze trzydzieści razy dziennie.
Demeter oczywiście ma męża i oczywiście dwójkę dzieci: chłopca o imieniu Hal i dziewczynkę Coco. Ma zyliony przyjaciół, z którymi zna się „od zawsze”, i ciągle chodzi na imprezy, wydarzenia i rozdania nagród w designie. Czasami wzdycha i mówi, że to już jej trzecie wieczorne wyjście w tym tygodniu, a potem woła: „Jestem masochistką!”, przebierając się w swoje obcasy od Miu Miu. (Wynoszę do recyklingu sporo kartonów po jej paczkach z Net-A-Porter, więc wiem, jakie marki nosi. Miu Miu. Marni na wyprzedaży. Dries van Noten. I całkiem sporo Zary). Ale kiedy wychodzi, oczy zaczynają jej błyszczeć i zaraz potem jej zdjęcia są wszędzie: na firmowym Facebooku Cooper Clemmow i na naszym Twitterze: Demeter w fajnym czarnym topie (prawdopodobnie od Helmuta Langa; jego też lubi), trzyma w ręku kieliszek wina i promienieje wśród znanych ludzi z branży designu i jest idealna.
I teraz tak: nie jestem zazdrosna. To nie do końca to. Wcale nie chcę być Demeter. Nie chcę jej rzeczy. To znaczy, mam dopiero dwadzieścia sześć lat, po co byłby mi SUV volvo?
Ale kiedy na nią patrzę, czuję takie ukłucie… czegoś. I myślę: czy to mogłabym być ja? Czy to kiedyś mogłabym być ja? Czy jeśli zasłużę, mogę żyć życiem takim jak Demeter? Nie chodzi tylko o te wszystkie przedmioty, ale o jej pewność siebie. O styl. O wyrafinowanie. O znajomości. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby zajęło mi to dwadzieścia lat – właściwie to byłabym zachwycona! Gdyby ktoś mi powiedział: „Wiesz co, jeśli będziesz wystarczająco ciężko pracować, to za dwadzieścia lat to będzie właśnie twoje życie”, natychmiast rzuciłabym się do roboty, żeby to osiągnąć.
Ale to niemożliwe. Nigdy się nie wydarzy. Ludzie opowiadają o „drabinach” i „ścieżkach kariery”, „awansach pionowych”, ale ja jakoś nie widzę żadnej drabiny, która prowadziłaby mnie do życia Demeter, choćbym pracowała nie wiem jak ciężko.
To znaczy dwa miliony funtów za dom?
Dwa miliony?
Przeliczyłam to kiedyś. Załóżmy, że jakiś bank pożyczyłby mi takie pieniądze – a to się nie wydarzy – to przy mojej obecnej pensji spłacałabym go przez 193,4 lata (i wiecie, jeszcze musiałabym przy tym żyć). Kiedy zobaczyłam tę liczbę na ekranie kalkulatora, naprawdę zaśmiałam się w głos, trochę histerycznie. Mówi się o luce pokoleniowej. Dla mnie to jest raczej PRZEPAŚĆ pokoleniowa. Pokoleniowy Wielki Kanion. Nie istnieje drabina tak długa, żeby sięgała od mojego momentu życia do tego Demeter, chyba że wydarzyłoby się coś niezwykłego, jak loteria, bogaci rodzice albo jakiś genialny pomysł na stronę internetową, na którym zbiję majątek. (Nie żebym nie próbowała. Codziennie wieczorem próbuję stworzyć nowy rodzaj stanika albo niskokalorycznych karmelków. Na razie bez sukcesu).
No, w każdym razie. Nie mogę dążyć do osiągnięcia życia Demeter. Ale mogę dążyć, żeby zdobyć jego część. Te bardziej osiągalne fragmenty. Mogę ją obserwować, analizować. Mogę się nauczyć, jak być nią.
A także, co kluczowe, mogę się nauczyć, jak nie być nią.
Bo – nie wspomniałam o tym? – ona jest koszmarna. Idealna i koszmarna. Jednocześnie.
* * *
Odpalam właśnie komputer, kiedy Demeter wkracza do naszego biurowego open space’u, popijając sojową latte.
– Ludzie! – oznajmia. – Ludzie, posłuchajcie.
To kolejne z ulubionych słów Demeter: „ludzie”. Wchodzi do naszej przestrzeni i mówi „Ludzie!” takim teatralnym, wyćwiczonym głosem, a my wszyscy musimy się natychmiast oderwać od swoich zajęć, jakby zaraz miało nastąpić jakieś istotne obwieszczenie dla wszystkich. Podczas gdy tak naprawdę ona oczekuje czegoś bardzo konkretnego, co wie tylko jedna osoba, jednak ponieważ ledwo pamięta, kto z nas czym się zajmuje albo nawet jak mamy na imię, musi pytać wszystkich.
Okej, może trochę przesadziłam. Ale niedużo. Nigdy nie poznałam nikogo z równie beznadziejną pamięcią do imion co Demeter. Flora powiedziała mi kiedyś, że Demeter ma jakiś problem ze wzrokiem, coś z rozpoznawaniem twarzy, ale nie przyznaje się do tego, bo jej zdaniem nie wpływa to na jej zdolność do wykonywania swojego zawodu.
No cóż, wiadomość z ostatniej chwili: wpływa.
I druga wiadomość z ostatniej chwili: co rozpoznawanie twarzy ma wspólnego z właściwym zapamiętywaniem imion? Jestem tu od siedmiu miesięcy i przysięgam, że ona nadal nie jest pewna, czy mam na imię Cath, czy Cat.
A jestem Cat. Cat to skrót od Catherine. Ponieważ… no. To jest fajny pseudonim. Krótki i dynamiczny. Nowoczesny. Londyński. To właśnie ja. Cat. Cat Brenner.
„Cześć, jestem Cat”.
„Cześć, jestem Catherine, ale mów mi Cat”.
Okej, tak szczerze: to nie do końca jestem ja. Jeszcze nie. Wciąż jeszcze po części jestem Katie. Przedstawiam się jako Cat, odkąd zaczęłam tę pracę, ale z jakiegoś powodu nie przyjęło się w pełni. Czasami nie reaguję tak szybko, jak powinnam, kiedy ktoś mówi „Cat”. Waham się, zanim się podpiszę, i jeden paskudny raz musiałam zeskrobać „K”, które zaczęłam pisać na jednej z tych wielkich biurowych kartek urodzinowych. Na szczęście nikt nie widział. No bo kto nie pamięta własnego imienia?
Ale jestem zdeterminowana pozostać Cat. Będę Cat. To moje zupełnie nowe, londyńskie imię. Miałam w życiu trzy prace (okej, dwie to były staże) i za każdym razem stwarzałam się trochę na nowo. Zmiana Katie w Cat to po prostu ostatni krok.
Katie to domowa wersja mnie. Ta z Somerset. Rumiana wiejska dziewczyna z loczkami, która spędza życie w dżinsach, kaloszach i polarze, który przyszedł gratis w pakiecie z paszą dla owiec. Dziewczyna, której całym życiem towarzyskim jest pobliski pub ewentualnie Ritzy w Warreton. Dziewczyna, którą tam zostawiłam.
Odkąd pamiętam, zawsze chciałam się wyrwać z Somerset. Pragnęłam Londynu. Nie miałam nigdy plakatów z boysbandami na ścianach sypialni, tylko mapę metra. Plakaty z London Eye i Gherkinem.
Pierwszy staż, na jaki udało mi się dostać, był w Birmingham, i to też jest duże miasto. Ma sklepy, prestiż, ruch… ale to nie Londyn. Nie ma w sobie tej londyńskości, która daje mi taką radość. Tej linii horyzontu. Tej historii. Przechodzenia koło Big Bena, który wybija godziny na żywo. Stania na tych samych stacjach metra, które oglądało się w milionach filmów o niemieckich nalotach w czasie drugiej wojny. Poczucia, że człowiek znajduje się w jednym z najlepszych miejsc na świecie, bez wątpienia, niepodważalnie. Życie w Londynie przypomina życie na planie filmowym, poczynając od dickensowskich bocznych uliczek, poprzez błyszczące wieżowce, kończąc na sekretnych skwerach. Tutaj można być kim tylko się zechce.
Nie ma zbyt wielu rzeczy w moim życiu, które w swojej kategorii znalazłyby się w pierwszej dziesiątce w jakimś światowym badaniu. Nie mam takiej pracy ani takiej garderoby, ani apartamentu. Ale mieszkam w jednym z dziesięciu najlepszych miast na świecie. Mieszkanie w Londynie to coś, o czym marzą ludzie na całym świecie, a ja tu właśnie jestem. I dlatego nie obchodzi mnie, że moje dojazdy przypominają podróż z piekieł i nie obchodzi mnie, że moja sypialnia ma jakieś pół metra kwadratowego. Ja tu jestem.
Nie od razu udało mi się tu dostać. Jedynym miejscem, w którym chcieli mnie po studiach, była maleńka firma reklamowa w Birmingham. Więc przeprowadziłam się tam i natychmiast zaczęłam tworzyć moją nową osobowość. Zrobiłam sobie grzywkę. Zaczęłam codziennie prostować włosy i upinać je w elegancki kok. Kupiłam czarne okulary zerówki. Wyglądałam inaczej. Czułam się inaczej. Zaczęłam się nawet inaczej malować, codziennie z bardzo wyrazistą konturówką do ust i kocią kreską nad okiem malowaną płynnym eyelinerem.
(Cały weekend uczyłam się, jak rysować te wywinięte kreski. To jest prawdziwa umiejętność, tak jak trygonometria – zastanawia mnie zatem, dlaczego akurat tego nie uczą w szkole plastycznej? Gdybym to ja rządziła krajem, istniałyby w szkole zajęcia, na których człowiek uczyłby się tego, co naprawdę przydaje się przez całe życie. Na przykład: jak używać eyelinera. Jak wypełnić formularz podatkowy. Co robić, kiedy kibelek się zapcha, twój tata nie odbiera telefonu, a u ciebie zaraz będzie impreza).
W Birmingham postanowiłam porzucić mój zachodniobrytyjski akcent. Siedziałam w toalecie, zajmowałam się własnymi sprawami, i wtedy usłyszałam, jak dwie dziewczyny się ze mnie nabijały. Nazywały mnie Farrrmerką Katie. Tak, byłam w szoku, i tak, to zabolało. Mogłam wyskoczyć z kabiny i krzyknąć: „No, nie wydaje mi się, żeby wasz Brummie² był w czymś lepszy!”.
Ale nie zrobiłam tego. Tylko siedziałam i myślałam. To mnie sprowadziło na ziemię. Kiedy dostałam się na drugi staż – ten we wschodnim Londynie – byłam już innym człowiekiem. Zmądrzałam. Nie wyglądałam ani nie brzmiałam jak Katie Brenner z Ansters Farm.
A teraz już całkiem stałam się Cat Brenner z Londynu. Cat Brenner pracuje w fajnym biurze ze ścianami wyłożonymi starą cegłą, z białymi, lśniącymi biurkami, designerskimi krzesłami i wieszakiem na płaszcze w kształcie nagiego mężczyzny. (Każdy naprawdę jest w szoku, kiedy przychodzi tu po raz pierwszy).
To znaczy, jestem Cat. Będę. Muszę tylko popracować nad niepodpisywaniem się innym imieniem.
– Ludzie – powtarza Demeter po raz trzeci, a w biurze zapada cisza.
Jest nas tu dziesięcioro, każdy ma inne stanowisko i zestaw zadań. Piętro wyżej siedzi ekipa eventowa i cyfrowa, a także planiści. Jest też jakaś inna grupa pracowników kreatywnych nazywana „ekipą wizyjną”, która pracuje bezpośrednio z Adrianem, naszym CEO. Do tego jeszcze inne biura od zarządzania talentami, finansami i takimi tam. Jednak to piętro jest moim światem i ja jestem na najniższym szczeblu. Zarabiam najmniej ze wszystkich i mam najmniejsze biurko, ale od czegoś trzeba zacząć. To moja pierwsza w życiu płatna praca i każdego dnia jestem za nią wdzięczna. A do tego, wiecie, moja praca rzeczywiście jest ciekawa. Na swój sposób.
Tak jakby.
To znaczy, chyba zależy od tego, jak się definiuje „ciekawy”. W tej chwili pracuję nad samospieniającym się zabielaczem do kawy „w stylu cappuccino” od Coffewite. Zajmuję się researchem. A to, do czego tak naprawdę sprowadza się moja praca na co dzień, to…
No. Wiecie co. Trzeba być realistą. Nie można od razu zajmować się tymi wszystkimi fajnymi i prestiżowymi rzeczami. Tata po prostu tego nie rozumie. Zawsze pyta, czy wszystkie pomysły są moje. Albo czy poznaję dużo ważnych ludzi. Albo czy codziennie chodzę na eleganckie biznesowe lunche. To absurd.
Tak, pewnie się trochę bronię, ale on nie rozumie, że to w niczym nie pomaga, kiedy zaczyna się krzywić, kręcić głową i mówić: „Czy ty naprawdę jesteś szczęśliwa w tym zadymionym mieście, moja kochana Katie?”. Jestem szczęśliwa. Ale to nie znaczy, że nie jest trudno. Tata nie ma pojęcia o pracy, o Londynie ani o ekonomii, ani, no nie wiem, cenie kieliszka wina w londyńskim barze. Nie mówiłam mu dokładnie, ile wynosi mój czynsz, bo wiem, co by na to powiedział; powiedziałby…
O Boże. Głęboki wdech. Przepraszam. Nie chciałam zbaczać z tematu i narzekać na mojego tatę. Nie jest między nami za dobrze, odkąd się wyprowadziłam po studiach. On nie rozumie, dlaczego się tu przeniosłam, nigdy nie zrozumie. A ja mogę mu tłumaczyć, ile wlezie, ale jeśli ktoś nie czuje Londynu, widzi tylko wielki ruch uliczny, spaliny, koszty oraz to, że jego córka zdecydowała się wyprowadzić sto kilometrów od niego.
Miałam wybór: podążać za głosem swojego serca albo nie złamać jego serca. Ostatecznie chyba złamałam trochę i jego, i swoje. Czego reszta świata nie rozumie, bo wszyscy myślą, że to normalne wyprowadzić się z domu. Ale oni nie są moim tatą i mną, którzy mieszkaliśmy razem, tylko we dwoje, przez te wszystkie lata.
W każdym razie. Wracam do pracy. Ludzie na moim szczeblu nie spotykają się z klientami, robi to Demeter. I Rosa. One chodzą na lunche, a potem wracają z zaróżowionymi policzkami, darmowymi próbkami i całe przejęte. Razem przygotowują pitch, w czym zwykle biorą też udział Mark i Liz, i jeszcze ktoś z ekipy cyfrowej, a czasami Adrian. On jest nie tylko CEO, ale też współzałożycielem Cooper Clemmow i ma biuro na dole. (Był jeszcze drugi współzałożyciel, Max, ale on przeszedł na wczesną emeryturę i wyprowadził się na południe Francji).
Adrian jest dość niesamowity. Ma koło pięćdziesiątki, grzywę stalowosiwych, falowanych włosów i często nosi dżinsowe koszule, w których wygląda, jakby pochodził z lat siedemdziesiątych. I chyba w pewnym sensie tak właśnie jest. Adrian jest też sławny. Na przykład przy Strandzie jest wystawa ze zdjęciami absolwentów londyńskiego King’s College, na której wisi jego fotografia.
No, to są wszyscy główni gracze. Ale to nie mój poziom, jest mi do niego daleko. Jak powiedziałam, zajmuję się researchem, a to znaczy, że w tym tygodniu tak naprawdę robię…
Nie brzmi to jakoś efektownie, okej? Ale brzmi gorzej niż jest, naprawdę.
Wprowadzam dane. A konkretnie wyniki dużego badania konsumenckiego, które przeprowadziliśmy dla Cofeewite, dotyczącego kawy, zabielaczy, cappuccino, no i w ogóle wszystkiego. Dwa tysiące ręcznie wypełnionych formularzy, każdy ma osiem stron. Dziwne, co nie? Na papierze? Nikt już nie przeprowadza papierowych badań. Ale Demeter chciała to zrobić „tradycyjnie”, bo gdzieś przeczytała, że ludzie udzielają o dwadzieścia pięć procent bardziej szczerych odpowiedzi, jeśli piszą długopisem niż online. Czy coś.
No więc mamy… albo raczej ja mam do wprowadzenia jeszcze pięć pełnych pudeł kwestionariuszy.
Bywa to trochę męczące, bo to są cały czas te same pytania, a uczestnicy wpisywali odpowiedzi odręcznie i nie zawsze łatwo można je rozczytać. Ale z pozytywów – to badanie nada kształt całemu projektowi! Flora mówiła: „Mój Boże, jaka ty jesteś biedna, Cat, to jest jakiś cholerny koszmar!” – ale właściwie jest to fascynujące.
No. To znaczy, trzeba sprawić, żeby było fascynujące. Zaczęłam zgadywać wielkość dochodów ludzi na podstawie odpowiedzi, jakiej udzielili w pytaniu o gęstość pianki. I wiecie co? Zwykle mam rację. To trochę jak czytanie w myślach. Im dłużej wprowadzam te odpowiedzi, tym więcej uczę się o konsumentach, a przynajmniej taką mam nadzieję…
– Ludzie! Co się dzieje, do kurwy nędzy, z Trekbixem?
Głos Demeter znowu przerywa mi myśli. Stoi w szpilkach na bardzo wąskich, bardzo wysokich obcasach, i przeczesuje dłonią włosy z tą swoją zniecierpliwioną, wkurzoną miną w stylu „co jest nie tak ze światem”.
– Zrobiłam sobie na ten temat cały zestaw notatek. – Przegląda coś w komórce i znowu nas wszystkich ignoruje. – Jestem tego pewna.
– Ja nie widziałam żadnych notatek – odzywa się Sarah zza swojego biurka typowym dla siebie cichym, dyskretnym głosem.
„Święta Sarah”, jak nazywa ją Flora, to asystentka Demeter. Ma bujne, rude włosy, które wiąże w kucyk, a do tego bardzo białe, ładne zęby. Jest jedną z tych osób, które same szyją sobie ubrania: przepiękne retro zestawy w stylu lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku, ze spódnicami z koła. I nie mam pojęcia, jakim cudem jeszcze nie oszalała.
Demeter jest chyba najbardziej roztrzepanym człowiekiem we wszechświecie. Wydaje się, że codziennie gubi jakiś dokument albo źle zapamiętuje godzinę spotkania. Sarah jest wobec niej zawsze bardzo cierpliwa i uprzejma, ale z ułożenia jej ust da się wyczytać frustrację. Zaciskają się i jeden kącik chowa się w policzku. Podobno jest mistrzynią wysyłania mejli z konta Demeter, w imieniu Demeter, dzięki czemu ratuje sytuację, przeprasza i ogólnie wyprowadza wszystko na prostą.
Wiem, że Demeter ma poważną pracę. Poza tym musi myśleć o rodzinie, o występach dzieci w szkole i takich tam. Ale naprawdę, jak można być aż tak nieuważnym?
– Dobra. Znalazłam. Dlaczego to było w moim osobistym folderze?
Demeter spogląda znad ekranu komórki takim zagubionym, rozbieganym wzrokiem, jak jej się czasami zdarza, jakby cały świat wprowadzał ją w błąd.
– Musisz po prostu zapisywać je pod… – Sarah próbuje przejąć komórkę Demeter, ale ta ją zabiera.
– Umiem korzystać z mojego telefonu. Nie o to chodzi. Chodzi o to, że… – urywa i wszyscy czekamy, wstrzymując oddech.
To kolejny nawyk Demeter: zaczyna jakieś naprawdę angażujące zdanie, a potem urywa w połowie, tak jakby ktoś jej wyjął baterie. Zerkam na Florę, a ona dyskretnie wywraca oczami.
– Tak. Tak – podsumowuje Demeter. – Co się dzieje z Trekbixem? Bo ja myślałam, że Liz napisze odpowiedź na ich mejl, ale właśnie dostałam kolejny mejl od Roba Kincaida z pytaniem, dlaczego nie uzyskał żadnej informacji. No więc? – Odwraca się do Liz; wreszcie skupia się na właściwej osobie, wreszcie odżywa. – Liz? Gdzie to jest? Obiecałaś mi dostarczyć szkic na rano. – Stuka w komórkę. – Mam to w notatkach z ostatniego poniedziałkowego spotkania. „Liz ma napisać szkic”. Jaka jest pierwsza zasada opieki nad klientem, Liz?
„Prowadź klienta za rękę”, myślę, ale nie mówię na głos. Wyszłabym na kujonkę.
– Prowadź klienta za rękę – oświadcza Demeter. – Prowadź go przez cały czas. Niech czuje się bezpiecznie w każdej minucie procesu. Wtedy otrzymasz szczęśliwego klienta. A ty nie prowadzisz Roba Kincaida za rękę, Liz. Jego ręka smutno zwisa, a on jest niepocieszony.
Liz się rumieni.
– Jeszcze nad tym pracuję.
– Jeszcze?
– Trzeba tu zawrzeć wiele wątków.
– No to pracuj szybciej. – Demeter marszczy brwi. – I wyślij mi najpierw do akceptacji. Nie przekazuj od razu do Roba. Przed lunchem, okej?
– Okej – mruczy Liz, wygląda na wkurzoną.
Ona rzadko popełnia błędy, ta Liz. Jest menedżerką projektu, ma bardzo czyste biurko i proste, jasne włosy, które codziennie myje jabłkowym szamponem. Je też dużo jabłek. W sumie to jakoś wcześniej nie połączyłam tych faktów. Dziwne.
– Gdzie jest ten mejl od Roba Kincaida? – Demeter przewija w górę i w dół, wpatrując się w ekran komórki. – Zniknął mi ze skrzynki?
– Niechcący go usunęłaś? – pyta cierpliwie Sarah. – Przekażę ci go jeszcze raz.
To też bardzo mierzi Sarah: Demeter zawsze beztrosko kasuje mejle, a potem pilnie ich potrzebuje i wpada w panikę. Sarah mówi, że pół życia spędza na przekazywaniu mejli do Demeter; dzięki Bogu, że jedna z nich ma wydajny system katalogowania.
– Proszę bardzo. – Sarah szybko klika. – Przekazałam ci mejl od Roba. W sumie to na wszelki wypadek przekazałam ci wszystkie jego mejle.
– Dziękuję, Sarah. – Demeter łagodnieje. – Nie mam pojęcia, gdzie się podziała ta wiadomość…
Zagląda do komórki, ale Sarah nie wydaje się tym zainteresowana.
– Demeter, ja teraz wychodzę na kurs pierwszej pomocy – oznajmia, sięgając po swoją torebkę. – Mówiłam ci o tym. Bo jestem ratowniczką pierwszej pomocy.
– Jasne. – Demeter wygląda na zdumioną i oczywiście, że zupełnie zapomniała. – Świetnie. Bardzo dobrze. To, Sarah, zanim pójdziesz, przegadajmy to na szybko…. – Przewija coś w komórce. – Dziś jest rozdanie nagród London Food Award… Muszę po południu iść do fryzjera…
– Nie możesz – przerywa Sarah. – Całe popołudnie masz zajęte.
– Co_? –_ Demeter podnosi wzrok znad ekranu. – Ale ja się umówiłam do fryzjera.
– Na jutro.
– Na jutro? _–_ Demeter jest w szoku i jej wzrok znów zaczyna krążyć. – Nie. Umówiłam się na poniedziałek.
– Zajrzyj do kalendarza. – Sarah brzmi tak, jakby ledwo była w stanie utrzymać cierpliwy ton. – To był wtorek, Demeter, zawsze wtorek_._
– Ale ja muszę zrobić odrosty, to pilne. Nie mogę nikogo odwołać dziś po południu?
– To są ci ludzie od polenty. A potem zespół z Green Tee.
– Cholera. – Demeter wykrzywia twarz w cierpieniu. – Cholera_._
_–_ I za piętnaście minut masz telekonferencję. Mogę już iść? – pyta Sarah umęczonym tonem.
– Tak. Tak. Idź już. Dzięki, Sarah. – Demeter macha ręką i rusza w stronę swojego przeszklonego biura. Nagle gwałtownie wypuszcza powietrze. – Cholera, cholera. Och. Rosa. Logotyp Sensiquo? Powinniśmy spróbować większego fontu. Przyszło mi to do głowy po drodze. I spróbuj też z akwamarynową obwódką. Porozmawiasz z Markiem? W sumie to gdzie jest Mark? – Zerka z wyrzutem na jego biurko.
– Dzisiaj pracuje z domu – odzywa się Jon, młodszy specjalista do spraw kreatywnych.
– Och – odpowiada nieufnie Demeter. – Okej.
Demeter nie wierzy za bardzo w pracę z domu. Twierdzi, że kiedy ludzie ciągle znikają, traci się rytm. Ale Mark wynegocjował to w swojej umowie, zanim Demeter przyszła do firmy, więc ona nie może się temu w żaden sposób sprzeciwić.
– Nie martw się, przekażę mu – mówi Rosa, wściekle pisząc w notesie. – Rozmiar fontu, akwamaryna.
– Świetnie. Och, i jeszcze, Rosa. – Demeter wystawia głowę z biura. – Chcę przegadać kwestię kursu Pythona. Każdy w tym biurze powinien umieć kodować.
– Co?
– Kodować! – powtarza niecierpliwie Demeter. – Przeczytałam o tym artykuł w „Huffington Post”. Wpisz to do planu kolejnego grupowego spotkania.
– Okej. – Rosa wydaje się skonsternowana. – Kodowanie. W porządku.
Demeter zamyka drzwi i wszyscy oddychają z ulgą. To właśnie cała Demeter. Całkowicie przypadkowa. Nadążanie za nią jest wyczerpujące.
Rosa wściekle stuka w komórkę i wiem, że wysyła zjadliwego esemesa na temat Demeter do Liz. Rzeczywiście, chwilę później komórka Liz pika, a ona znacząco kiwa głową Rosie.
Nie pojęłam jeszcze do końca biurowej etykiety w tym miejscu – to trochę jakby zacząć oglądać operę mydlaną od środka. Ale wiem, że Rosa ubiegała się o stanowisko Demeter i go nie dostała. Wiem także, że strasznie się pokłóciły tuż przed moim przyjściem do firmy. Rosa chciała pójść do jednego z tych dużych, jedynych w swoim rodzaju projektów, które nadzorował burmistrz Londynu. Chodziło o branding jakiegoś nowego wydarzenia sportowego w Londynie, powstawał zespół wspierany przez agencje kreatywne z całego miasta. W „Evening Standard” nazwali to „gablotą dla najlepszych i najbystrzejszych w całym Londynie”. Ale Demeter nie wyraziła zgody. Powiedziała, że potrzebuje Rosy w swoim zespole całodobowo, co było bzdurą. Od tamtej pory Rosa zaciekle nienawidzi Demeter.
Flora ma teorię, że Demeter paranoicznie się boi, że wygryzie ją ktoś z młodszej ekipy, i dlatego nikomu nie pomaga. A jeśli ktoś próbuje wspiąć się po drabinie, ona depcze mu po palcach swoimi obcasami od Miu Miu. Podobno Rosa już rozpaczliwie chce odejść z Cooper Clemmow, ale rynek nie ma jej wiele do zaoferowania, więc biedna Rosa tkwi z szefową, której nienawidzi, i po prostu czuje odrazę do każdego aspektu swojej pracy. Widać to po jej zgarbionych ramionach i zmarszczonym czole.
Mark też nienawidzi Demeter, i tę historię też znam. Demeter powinna nadzorować zespół od designu. Nadzorować, a nie robić wszystko samej. Ale ona nie umie się powstrzymać. Demeter uwielbia design – design i opakowanie. Zna nazwy tylu krojów pisma, że nawet sobie nie wyobrażacie, i czasami przerywa spotkanie tylko po to, żeby pokazać nam wszystkim jakiś projekt opakowania, który jej zdaniem naprawdę się sprawdza. Co jest, no wiecie, wspaniałe. Ale jednocześnie stanowi problem, bo Demeter zawsze się wtrąca.
W ubiegłym roku Cooper Clemmow odświeżył markę znanego balsamu nawilżającego o nazwie French i to był pomysł Demeter, żeby zrobić jasnopomarańczowe opakowania z białym fontem. No i to był ogromny hit, dostaliśmy za to przeróżne nagrody. Same pozytywy – tylko nie dla Marka, który jest szefem designu. Podobno on stworzył zupełnie inny projekt opakowania. Ale Demeter przyszła z tym pomysłem na pomarańczowy, sama zrobiła prototyp i po prostu wyciągnęła go na spotkaniu z klientem. Podobno Mark poczuł się strasznie zlekceważony.
Najgorsze, że Demeter nawet nie zauważyła, że Mark był wkurzony. Ona nie wyczuwa takich rzeczy. Najpierw była „piąteczka, świetna robota, a teraz przechodzimy do kolejnego projektu”. A potem zrobił się z tego taki hit, że Mark nie mógł za bardzo narzekać. W sumie to właściwie miał szczęście: za ten projekt dostał mnóstwo pochwał. Może to sobie wpisać do CV i tak dalej. Ale mimo wszystko. Jest bardzo wybuchowy i odzywa się do Demeter w tak sarkastyczny sposób, że aż się wzdrygam.
Smutna sprawa, bo wszyscy w biurze wiedzą, że Mark naprawdę ma talent. Nawet zdobył nagrodę Stylesign w kategorii Innowacje. (Podobno to jest jakaś bardzo prestiżowa rzecz). Ale wygląda to tak, jakby Demeter nawet nie zdawała sobie sprawy, jakiego ma świetnego szefa designu.
Liz też nie jest tu szczęśliwa, ale jakoś to znosi. Z drugiej strony Flora ciągle się wyzłośliwia na Demeter, ale moim zdaniem ona po prostu kocha się wyzłośliwiać. Co do reszty nie jestem pewna.
Jeśli chodzi o mnie, to ja nadal jestem nowa. Pracuję tu dopiero od siedmiu miesięcy, nie wychylam się i nie ośmielam się za bardzo wygłaszać własnych opinii. Ale mam ambicję, mam pomysły. Mnie też kręci design, a zwłaszcza typografia, i o tym właśnie rozmawiałyśmy z Demeter podczas rekrutacji.
Kiedy tylko do biura wpada nowy projekt, mój mózg zaczyna pracować na pełnych obrotach. Wykonałam już mnóstwo darmowej pracy w wolnym czasie na moim laptopie. Logotypy, pomysły na projekty, dokumenty strategiczne… Ciągle wysyłam je do Demeter, żeby się do nich jakoś odniosła, a ona ciągle mi obiecuje, że na pewno do nich zajrzy, kiedy będzie miała chwilę.
Wszyscy mówią, że Demeter nie można poganiać, bo się wkurzy. No więc cierpliwie czekam na dobry moment, jak surfer na falę. Przy okazji, jestem całkiem dobra w surfowaniu i wiem, że fala w końcu nadpłynie. Kiedy przyjdzie odpowiednia chwila, zdobędę uwagę Demeter. Ona obejrzy moje prace, wszystko zaskoczy i w końcu popłynę na fali mojego życia. Przestanę tak wiosłować, wiosłować i wiosłować, jak teraz.
Sięgam właśnie po kolejny formularz ze stosu, kiedy do biura wchodzi Hannah. Wszyscy wstrzymują oddech, a Flora odwraca się do mnie i unosi brwi. Biedna Hannah musiała w piątek iść wcześniej do domu. Naprawdę nie było z nią dobrze. W ciągu ostatnich dwóch lat przeżyła chyba z pięć poronień i po tym wszystkim jest trochę nerwowa, a od czasu do czasu miewa ataki paniki. Tak się właśnie zdarzyło w piątek, więc Rosa kazała jej iść do domu i odpocząć. Trzeba przyznać, że Hannah pracuje chyba najciężej w biurze. Widziałam mejle wysyłane przez nią o drugiej w nocy. Należy jej się chwila przerwy.
– Hannah! – woła Rosa. – Jak się czujesz? Nie bierz sobie dziś dużo na głowę.
– Wszystko w porządku – odpowiada Hannah i wsuwa się za swoje biurko, unikając wzroku innych. – Wszystko w porządku.
Natychmiast otwiera jakiś dokument i zaczyna pracować, popijając z butelki filtrowaną kranówkę (Cooper Clemmow wypuścił tę markę, więc wszyscy mamy takie gratisowe neonowe butelki na biurkach).
– Hannah! – Demeter pojawia się w drzwiach biura. – Wróciłaś. Dobra robota.
– Wszystko w porządku – powtarza po raz kolejny Hannah.
Widzę, że nie chce robić wokół siebie zamieszania, ale Demeter rusza w jej kierunku.
– Słuchaj, nie przejmuj się, Hannah – oświadcza swoim przenikliwym, autorytatywnym tonem. – Nikt nie uważa, że dramatyzujesz ani nic w tym stylu. Więc w ogóle się niczym nie przejmuj.
Przyjaźnie kiwa do Hannah głową, a potem wraca do swojego biura i zamyka za sobą drzwi. Wszyscy gapimy się jak oniemiali, a Hannah wygląda na kompletnie wstrząśniętą. Odwraca się do Rosy, gdy tylko Demeter zamyka się w biurze.
– Czy wy wszyscy myślicie, że dramatyzuję? – wykrztusza z siebie.
– Nie! – natychmiast woła Rosa.
– Durna Demeter _–_ dobiega mnie pomruk Liz.
– Słuchaj, Hannah – mówi Rosa, podchodzi do biurka Hannah, kuca i spogląda jej prosto w oczy. – Właśnie stałaś się ofiarą klasycznej Demeter.
– Zgadza się – przyznaje Liz. – To była klasyczna Demeter.
– Wszystkim nam się to zdarza. Ona jest nietaktowną krową, mówi głupoty i nie możesz jej słuchać, okej? Dobrze, że dzisiaj przyszłaś i wszyscy naprawdę doceniamy twój wysiłek. Prawda?
Rozgląda się, a wtedy rozlegają się oklaski i Hannah rumieni się zadowolona.
– Jebać Demeter – kończy zwięźle Rosa i wraca do swojego biurka, odprowadzana kolejnymi oklaskami.
Kątem oka widzę, jak Demeter patrzy przez szybę swojego szklanego biura, jakby zastanawiała się, o co chodzi. I prawie mi jej żal. Ona naprawdę nie ma pojęcia.