Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Moje nieidealne życie - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 marca 2026
3501 pkt
punktów Virtualo

Moje nieidealne życie - ebook

Katie Brenner ma plan: wielkie miasto, wielka kariera, idealne życie. A przynajmniej taką wersję wydarzeń pokazuje na Instagramie. W rzeczywistości jednak codzienność jest znacznie mniej glamour: maleńkie mieszkanie, wymagająca szefowa i rosnące poczucie, że wszyscy radzą sobie lepiej niż ona.

Kiedy życie zawodowe Katie się rozsypuje, dziewczyna wraca na wieś do rodziców. Dopiero tam, z dala od londyńskiego zgiełku, zaczyna rozumieć, że taka prawdziwa „nieidealność” często może nieść więcej szczęścia, niż kiedykolwiek przypuszczała.

Moje nieidealne życie to pełna humoru, ciepła i trafnych obserwacji powieść o kobietach, które próbują pogodzić marzenia z rzeczywistością. Lekka, zabawna i kojąca jak wakacje, których wszyscy potrzebujemy.

 

Kategoria: Literatura piękna obca
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68812-78-7
Rozmiar pliku: 1,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział pierwszy

Po pierw­sze: mogło być gorzej. Mogłoby być dużo gorzej, jeśli cho­dzi o dojazdy, muszę o tym pamię­tać. Po dru­gie: warto. Chcę miesz­kać w Lon­dy­nie; chcę tego, a dojazdy są w pakie­cie. To część lon­dyń­skiego doświad­cze­nia, tak jak Tate Modern.

(W sumie nie ma to za wiele wspól­nego z Tate Modern. Zły przy­kład).

Mój tata mawia: „Jeśli nie umiesz dotrzy­mać kroku naj­lep­szym, to siedź w domu”. A ja chcę dotrzy­my­wać kroku naj­lep­szym. Po to tu jestem.

W każ­dym razie mój dwu­dzie­sto­mi­nu­towy spa­cer na sta­cję jest w porządku. Nawet przy­jemny. Szare gru­dniowe powie­trze zmie­nia się w mojej piersi w kawa­łek żelaza, ale czuję się dobrze. Dzień się zaczął. Jestem w dro­dze.

Płaszcz mam cał­kiem cie­pły, mimo że kosz­to­wał 9,99 funta i kupi­łam go na pchlim targu. Miał metkę CHRI­STIN BIOR, ale wycię­łam ją od razu po powro­cie do domu. Można mieć ory­gi­nalną, vin­tage’ową metkę Chri­stiana Diora. Albo coś japoń­skiego. Albo nawet w ogóle nie mieć metki, bo samemu szyje się swoje ubra­nia ze sta­rych tka­nin zdo­by­tych w Alfies Anti­ques.

Ale nie CHRI­STINA BIORA.

Gdzieś na wyso­ko­ści Cat­ford Bridge zaczy­nam czuć, że ści­ska mnie w żołądku z ner­wów. Naprawdę nie chcę się dzi­siaj spóź­nić. Mój szef ostat­nio zaczął się dener­wo­wać z powodu ludzi, któ­rzy „jakby ni­gdy nic przy­cho­dzą, kiedy chcą”, więc wyszłam dwa­dzie­ścia minut wcze­śniej, na wypa­dek gdyby to był gor­szy dzień.

I już wiem: to jest potworny dzień.

Z naszą linią metra było ostat­nio sporo pro­ble­mów, cią­gle bez uprze­dze­nia odwo­łują pociągi. Rzecz w tym, że w Lon­dy­nie w godzi­nach szczytu nie można tak po pro­stu odwo­łać pociągu. Co mają niby zro­bić ci wszy­scy ludzie, któ­rzy pla­no­wali do niego wsiąść? Wypa­ro­wać?

Prze­cho­dzę przez bramkę bile­tową i już widzę odpo­wiedź na to pyta­nie. Ludzie tło­czą się na pero­nie, wokół ekranu, prze­py­chają się, zer­kają na tory, powar­kują na sie­bie, igno­rują się – wszystko naraz.

O Boże. Musieli odwo­łać przy­naj­mniej dwa kursy, bo ten tłum wygląda na trzy pełne pociągi; wszy­scy cze­kają na następny, ści­śnięci w stra­te­gicz­nych punk­tach na skraju peronu. Jest połowa grud­nia, ale nie czuć tu ducha Bożego Naro­dze­nia. Jedy­nym świą­tecz­nym akcen­tem jest kilka sznur­ków żało­snych świa­te­łek i seria komu­ni­ka­tów doty­czą­cych trans­portu w okre­sie świą­tecz­nym.

Zbie­ram się w sobie i dołą­czam do tej chmary, a potem z ulgą wypusz­czam powie­trze, bo na sta­cję wjeż­dża metro. Nie żebym miała do niego wsiąść. (Wsiąść do pierw­szego pociągu? To byłoby absur­dalne). Ludzie w środku stoją przy­ci­śnięci do zapa­ro­wa­nych okien, a gdy drzwi się roz­su­wają, wysiada tylko jedna osoba – wygląda na mocno zgnie­cioną i pró­buje się wydo­stać z peronu.

Mimo to tłum napiera i jakimś cudem tro­chę ludzi wci­ska się do pociągu, który zaraz odjeż­dża, a ja prze­su­wam się nieco bli­żej skraju peronu. Teraz muszę tylko pil­no­wać swo­jego miej­sca i nie pozwo­lić, żeby ten mizerny gościu z wło­sami na żel wci­snął się przede mnie. Wyję­łam z uszu słu­chawki, żeby słu­chać komu­ni­ka­tów oraz być czujna i gotowa.

Dojazdy w Lon­dy­nie to prak­tycz­nie sztuka wojenna. Jest to nie­usta­jąca bitwa o tery­to­rium: prze­su­wa­nie się o cen­ty­me­try naprzód, bez choćby chwili roz­luź­nie­nia. W prze­ciw­nym wypadku ktoś zaraz sta­nie przed tobą. Albo na tobie.

Dokład­nie jede­na­ście minut póź­niej pod­jeż­dża kolejny pociąg. Ruszam naprzód z tłu­mem, sta­ra­jąc się nie zwra­cać uwagi na gło­śne okrzyki: „Może­cie się prze­su­nąć głę­biej?”; „W środku jest jesz­cze miej­sce!”; „Muszą się tylko prze­su­nąć głę­biej!”.

Zauwa­ży­łam, że ludzie w pocią­gach metra mają zupeł­nie inne miny niż ci na pero­nie, zwłasz­cza te osoby, któ­rym udało się usiąść. Oni prze­szli przez góry i dotarli do Szwaj­ca­rii. Nawet nie pod­no­szą wzroku. Czują się winni i aro­gancko zamy­kają się na wszel­kie inte­rak­cje: „Wiem, że jeste­ście na zewnątrz; wiem że jest okrop­nie, a ja sie­dzę sobie bez­piecz­nie w środku, ale ja też cier­pia­łem, więc pozwól mi po pro­stu poczy­tać w spo­koju na kin­dlu i nie wzbu­dzaj we mnie poczu­cia winy, do jasnej cho­lery, okej?”.

Ludzie się pchają i pchają, ktoś mnie wręcz popy­cha – czuję na ple­cach czy­jeś palce – i nagle sta­wiam stopę na pod­ło­dze pociągu. Teraz tylko muszę się chwy­cić słupka albo uchwytu – cze­go­kol­wiek – i pod­cią­gnąć się na nim. Jeśli twoja stopa znaj­dzie się w wago­nie, to już wsia­dłeś.

Męż­czy­zna z tyłu wydaje się strasz­nie wku­rzony, sły­szę bar­dzo gło­śne krzyki i prze­kleń­stwa. I nagle za mną wzbiera fala ludzi niczym tsu­nami. Doświad­czy­łam tego tylko kilka razy i jest to prze­ra­ża­jące. Zostaję prze­pchnięta naprzód, choć nawet nie doty­kam sto­pami ziemi, a kiedy drzwi się zamy­kają, tkwię wci­śnięta pomię­dzy dwóch gości – jed­nego w gar­ni­tu­rze, dru­giego w dre­sie – i dziew­czynę jedzącą kanapkę.

Jeste­śmy tak cia­sno upchnięci, że kanapka znaj­duje się jakieś osiem cen­ty­me­trów od mojej twa­rzy. Za każ­dym razem, gdy dziew­czyna bie­rze kęs, czuję aro­mat pesto. Ale umyśl­nie to igno­ruję. Oraz tę dziew­czynę. Oraz tych face­tów. Mimo że czuję cie­płe udo kole­sia w dre­sie na moim udzie i mogę poli­czyć nie­do­go­lone wło­ski na jego szyi. Gdy pociąg rusza, cały czas odbi­jamy się o sie­bie nawza­jem, ale nikt nawet nie nawią­zuje kon­taktu wzro­ko­wego. Myślę, że jeśli w metrze spo­tkasz się z kimś wzro­kiem, to wtedy wzy­wają poli­cję czy coś takiego.

Żeby zająć czymś myśli, sta­ram się zapla­no­wać resztę podróży. Dojadę do Water­loo East i spraw­dzę, która linia naj­le­piej kur­suje. Mogę poje­chać Jubi­lee-District (to zaj­muje wieki) albo Jubi­lee-Cen­tral (pod koniec mam wtedy dłuż­szy spa­cer) albo Over­gro­und (jesz­cze dłuż­szy spa­cer na końcu).

Tak, gdy­bym wie­działa_,_ że osta­tecz­nie będę pra­co­wać w Chi­swick, nie wyna­ję­ła­bym miesz­ka­nia w Cat­ford. Ale kiedy przy­je­cha­łam do Lon­dynu, naj­pierw byłam na stażu we wschod­niej jego czę­ści. (W ogło­sze­niu napi­sali, że to „Sho­re­ditch¹”. To zde­cy­do­wa­nie nie było Sho­re­ditch). Cat­ford było tanie i dojazdy nie były zbyt dłu­gie, a teraz po pro­stu nie mogę sobie pozwo­lić na ceny w zachod­nim Lon­dy­nie, a dojazdy nie są aż takie złe…

– Aaaa! – wrzesz­czę, kiedy pociąg gwał­tow­nie hamuje, a ja lecę do przodu.

Dziew­czyną obok też rzu­ciło, jej dło­nie lecą w stronę mojej twa­rzy i zanim zdo­ła­łam się zorien­to­wać, moje otwarte w krzyku usta lądują na końcu jej kanapki.

Co to było?

Jestem w takim szoku, że nie umiem zare­ago­wać. Usta mam pełne cie­płego, mięk­kiego pie­czywa i topio­nej moz­za­relli. Jak to się w ogóle stało?

Odru­chowo zaci­skam zęby i natych­miast tego żałuję. Cho­ciaż… co innego powin­nam zro­bić? Ner­wowo spo­glą­dam jej w oczy, na­dal z peł­nymi ustami.

– Prze­pra­szam – mam­ro­czę, ale brzmi to jak „Uszam”.

– Poje­bało cię?! – dziew­czyna krzy­czy z nie­do­wie­rza­niem na cały wagon. – Ona mi krad­nie śnia­da­nie!

Głowa mi się poci. Nie­do­brze. Bar­dzo nie­do­brze. Co mam teraz zro­bić? Odgryźć ten kawa­łek kanapki? (Nie za dobrze). Po pro­stu wypu­ścić go z ust? (Jesz­cze gorzej. Fuj). Nie ma dobrego wyj­ścia z tej sytu­acji, żad­nego.

Osta­tecz­nie wgry­zam się w kanapkę, a twarz pło­nie mi ze wstydu. Teraz muszę prze­żuć kawał czy­je­goś roz­mo­kłego chleba, a wszy­scy się na mnie gapią.

– Naprawdę prze­pra­szam – mówię nie­zręcz­nie do dziew­czyny, gdy tylko udaje mi się prze­łknąć. – Mam nadzieję, że reszta będzie ci sma­ko­wać.

– Teraz tego nie chcę. – Rzuca mi groźne spoj­rze­nie. – Są tam twoje zarazki.

– No, ja też nie chcę two­ich zaraz­ków. To nie była moja wina; wpa­dłam na nią.

– Wpa­dłaś na nią – dziew­czyna powta­rza po mnie z takim scep­ty­cy­zmem, że na nią spo­glą­dam.

– Tak! Oczy­wi­ście, że tak! A co sobie myśla­łaś… że zro­bi­łam to celowo?

– Skąd mam wie­dzieć? – Osła­nia dło­nią resztę kanapki, tak jak­bym miała się rzu­cić i odgryźć kolejny kawa­łek. – W Lon­dy­nie jest mnó­stwo dzi­wa­ków.

– Nie jestem dziwna!

– Możesz na mnie wpaść, kiedy tylko zechcesz, skar­bie – wtrąca z uśmiesz­kiem gość w dre­sie. – Tylko nie prze­żu­waj – dodaje, a po wago­nie nie­sie się śmiech.

Moja twarz pło­nie jesz­cze więk­szym rumień­cem, ale nie zamie­rzam na to reago­wać. Uwa­żam tę roz­mowę za skoń­czoną.

Kolejne pięt­na­ście minut patrzę surowo przed sie­bie, sta­ra­jąc się ist­nieć tylko w swo­jej małej bańce. Na Water­loo East wszy­scy zosta­jemy wypluci z pociągu i z ulgą wdy­chamy zimne powie­trze pełne spa­lin. Idę naj­szyb­ciej jak mogę do metra, wybie­ram linię Jubi­lee-District i dołą­czam do tłumu przy wej­ściu. W tym momen­cie zer­kam na zega­rek i tłu­mię wes­tchnie­nie. Jestem w dro­dze już od czter­dzie­stu pię­ciu minut i nawet nie przy­bli­żam się do celu.

Ktoś nadep­tuje mi stopę szpilką, a mnie się nagle przy­po­mina, jak tata otwie­rał nasze drzwi kuchenne, wycho­dził na zewnątrz, sze­roko roz­po­ście­rał ramiona, żeby objąć nimi widok na pola i nie­skoń­czone niebo, a potem mówił: „Naj­krót­sza droga do pracy na świe­cie, kocha­nie. Naj­krót­sza droga do pracy na świe­cie”. Kiedy byłam mała, nie mia­łam poję­cia, o co mu cho­dziło, ale teraz…

– Prze­suń­cie się głę­biej! Czy może­cie się prze­su­nąć głę­biej?! – wrza­snął jakiś facet koło mnie na pero­nie, aż się wzdry­gnę­łam.

Pociąg nad­je­chał i nastą­piła typowa bitwa pomię­dzy ludźmi w wago­nie, któ­rzy uwa­żają, że jest już pełno, a tymi na zewnątrz, któ­rzy obmie­rzają puste prze­strze­nie eks­perc­kim, wyćwi­czo­nym okiem i stwier­dzają, że spo­koj­nie można tam zmie­ścić jesz­cze ze dwa­dzie­ścia osób.

Osta­tecz­nie wsia­dam do metra i prze­py­cham się, żeby wysiąść na West­min­ster, następ­nie cze­kam na linię District, którą tele­pię się do Turn­ham Green. Wysia­dam z metra, zer­kam na zega­rek i zaczy­nam biec. Kurde. Mam ledwo dzie­sięć minut.

Nasze biuro znaj­duje się w wiel­kim, jasnym budynku zwa­nym Phil­li­more House. Jestem już bli­sko i zwal­niam tempo do spa­ce­ro­wego, serce jesz­cze mi wali. But strasz­nie obtarł mi lewą piętę, ale naj­waż­niej­sze, że dotar­łam. Zdą­ży­łam. Jakby dzia­łała jakaś magia, winda już czeka, więc wsia­dam, pró­buję przy­gła­dzić włosy, które się roz­czo­chrały, gdy pędzi­łam przez Chi­swick High Road. Dojazd zajął mi w sumie godzinę i dwa­dzie­ścia minut, więc mogło być gorzej…

– Zacze­kaj! – sły­szę sta­now­czy głos i nie­ru­cho­mieję.

Kory­ta­rzem kro­czy zna­joma postać. Ma dłu­gie nogi, buty na wyso­kim obca­sie, dro­gie pasemka na wło­sach, ramo­ne­skę i spód­niczkę z poma­rań­czo­wej tka­niny z tek­sturą, która spra­wia, że każdy inny ele­ment gar­de­roby w tej win­dzie wygląda nagle na stary i zbyt zwy­czajny. A już zwłasz­cza moja czarna, dżer­se­jowa spód­nica za 8,99 funta.

Ma wspa­niałe brwi. Nie­któ­rym ludziom tra­fiły się po pro­stu wspa­niałe brwi i ona jest jedną z nich.

– Kosz­marna podróż – rzuca, wsia­da­jąc do windy.

Jej głos jest ochry­pły, cie­pły, brzmi doro­śle. To głos osoby, która zna się na rze­czy i nie traci czasu na byle kogo. Pal­cem z wypie­lę­gno­wa­nym paznok­ciem dźga przy­cisk i zaczy­namy wjeż­dżać na górę.

– Naprawdę kosz­marna – powta­rza. – Na skrzy­żo­wa­niu z Chi­swick Lane w ogóle nie zmie­niały się świa­tła. Poświę­ci­łam dwa­dzie­ścia pięć minut, żeby dotrzeć tu z domu. Dwa­dzie­ścia pięć minut!

Omiata mnie swoim orlim spoj­rze­niem i zdaję sobie sprawę, że ocze­kuje odpo­wie­dzi.

– Och – odzy­wam się słabo. – Biedna jesteś.

Drzwi windy się otwie­rają i wycho­dzi. Sekundę póź­niej ruszam za nią, patrząc, jak jej fry­zura ide­al­nie faluje z każ­dym kro­kiem, oraz wdy­cha­jąc ten jedyny w swoim rodzaju zapach, któ­rego używa (robiony na zamó­wie­nie, stwo­rzony dla niej u Annick Gou­tal w Paryżu pod­czas podróży z oka­zji pią­tej rocz­nicy ślubu).

To jest moja sze­fowa. Deme­ter. Kobieta z ide­al­nym życiem.

* * *

Nie prze­sa­dzam. Kiedy mówię, że Deme­ter ma ide­alne życie, może­cie mi wie­rzyć, to jest prawda. Ona ma wszystko, czego można chcieć. Pracę, rodzinę, ogólny luz. Tak, tak, tak. Nawet jej imię. Jest tak nie­ty­powe, że nawet nie musi uży­wać nazwi­ska (Far­lowe). Po pro­stu jest Deme­ter_._ Jak Madonna. „Cześć – sły­szę, jak mówi do tele­fonu tym swoim pew­nym, gło­śnym tonem. – Tu De-meeee-ter”.

Ma czter­dzie­ści pięć lat i od nieco ponad roku zaj­muje sta­no­wi­sko kre­atyw­nej dyrek­tor wyko­naw­czej w Cooper Clem­mow. To agen­cja stra­te­giczna, mamy paru naprawdę poważ­nych klien­tów, więc Deme­ter jest dość ważna. W jej biu­rze pełno jest nagród, opra­wio­nych zdjęć jej ze zna­mie­ni­tymi ludźmi oraz wysta­wek pro­duk­tów, któ­rych marki poma­gała two­rzyć.

Jest wysoka i szczu­pła, ma lśniące brą­zowe włosy oraz, jak już wspo­mnia­łam, wspa­niałe brwi. Nie wiem, ile zara­bia, ale mieszka w dziel­nicy She­pherd’s Busch w olśnie­wa­ją­cym domu, za który podobno zapła­ciła ponad dwa miliony – powie­działa mi to moja przy­ja­ciółka Flora.

Flora powie­działa mi też, że Deme­ter ma w salo­nie pod­łogę impor­to­waną z Fran­cji; jest to par­kiet ze sta­rego dębu i kosz­to­wał mają­tek. Flora jest na podob­nym sta­no­wi­sku co ja – spe­cja­listka do spraw pro­jek­tów kre­atyw­nych – i sta­nowi dla mnie stałe źró­dło plo­tek o Deme­ter.

Kie­dyś nawet poszłam obej­rzeć dom Deme­ter, nie dla­tego, że jestem smutną stal­kerką, tylko przy­pad­kiem byłam w oko­licy i zna­łam adres, i… no, wie­cie, dla­czego by nie spraw­dzić, jak wygląda dom sze­fo­wej, jeśli nada­rza się oka­zja? (Okej, tak naprawdę zna­łam tylko nazwę ulicy. Wyszu­ka­łam numer domu w necie, gdy już dotar­łam na miej­sce).

Oczy­wi­ście jest tak gustowny, że aż ści­ska serce. Wygląda jak dom z cza­so­pi­sma o wnę­trzach. To wła­ści­wie jest dom z cza­so­pi­sma o wnę­trzach. Opi­sano go w „Livin­getc”, wraz ze zdję­ciami Deme­ter sto­ją­cej w swo­jej bia­lut­kiej kuchni, wyglą­da­ją­cej ele­gancko i arty­stycz­nie w topie w retro rzu­cik.

Sta­łam na ulicy i się w niego wpa­try­wa­łam. Nie czu­łam za bar­dzo zazdro­ści – to był bar­dziej żal. _Zazdrość_. Drzwi wej­ściowe we wspa­nia­łym sza­ro­zie­lo­nym odcie­niu – jestem pewna, że to albo farba Far­row and Ball, albo Lit­tle Gre­ene – ze staro wyglą­da­jącą kołatką z głową lwa i pro­wa­dzą­cymi do nich ele­ganc­kimi stop­niami z jasno­sza­rego kamie­nia. Reszta domu także robiła nie­złe wra­że­nie – malo­wane ramy okienne i rolety, a do tego zarys drew­nia­nego domku na drze­wie w ogro­dzie z tyłu. Ale naj­bar­dziej ocza­ro­wały mnie te drzwi. I schody. Wyobraź sobie, że każ­dego dnia scho­dzisz po takich pięk­nych kamien­nych scho­dach, jak księż­niczka z bajki. Codzien­nie rano można się poczuć cudow­nie.

Dwa auta na pod­jeź­dzie z przodu domu. Szare audi i czarny SUV volvo, oba nowe i błysz­czące. Wszystko, co ma Deme­ter, jest albo błysz­czące, nowe i w tren­dzie (desi­gner­ska wyci­skarka do soków), albo stare, auten­tyczne i w tren­dzie (wielki, stary, drew­niany naszyj­nik, który kupiła w połu­dnio­wej Afryce). Wydaje mi się, że „auten­tyczny” może być jej ulu­bio­nym sło­wem; używa go ze trzy­dzie­ści razy dzien­nie.

Deme­ter oczy­wi­ście ma męża i oczy­wi­ście dwójkę dzieci: chłopca o imie­niu Hal i dziew­czynkę Coco. Ma zyliony przy­ja­ciół, z któ­rymi zna się „od zawsze”, i cią­gle cho­dzi na imprezy, wyda­rze­nia i roz­da­nia nagród w desi­gnie. Cza­sami wzdy­cha i mówi, że to już jej trze­cie wie­czorne wyj­ście w tym tygo­dniu, a potem woła: „Jestem maso­chistką!”, prze­bie­ra­jąc się w swoje obcasy od Miu Miu. (Wyno­szę do recy­klingu sporo kar­to­nów po jej pacz­kach z Net-A-Por­ter, więc wiem, jakie marki nosi. Miu Miu. Marni na wyprze­daży. Dries van Noten. I cał­kiem sporo Zary). Ale kiedy wycho­dzi, oczy zaczy­nają jej błysz­czeć i zaraz potem jej zdję­cia są wszę­dzie: na fir­mo­wym Face­bo­oku Cooper Clem­mow i na naszym Twit­te­rze: Deme­ter w faj­nym czar­nym topie (praw­do­po­dob­nie od Hel­muta Langa; jego też lubi), trzyma w ręku kie­li­szek wina i pro­mie­nieje wśród zna­nych ludzi z branży desi­gnu i jest ide­alna.

I teraz tak: nie jestem zazdro­sna. To nie do końca to. Wcale nie chcę być Deme­ter. Nie chcę jej rze­czy. To zna­czy, mam dopiero dwa­dzie­ścia sześć lat, po co byłby mi SUV volvo?

Ale kiedy na nią patrzę, czuję takie ukłu­cie… cze­goś. I myślę: czy to mogła­bym być ja? Czy to kie­dyś mogła­bym być ja? Czy jeśli zasłużę, mogę żyć życiem takim jak Deme­ter? Nie cho­dzi tylko o te wszyst­kie przed­mioty, ale o jej pew­ność sie­bie. O styl. O wyra­fi­no­wa­nie. O zna­jo­mo­ści. Nie mia­ła­bym nic prze­ciwko, gdyby zajęło mi to dwa­dzie­ścia lat – wła­ści­wie to była­bym zachwy­cona! Gdyby ktoś mi powie­dział: „Wiesz co, jeśli będziesz wystar­cza­jąco ciężko pra­co­wać, to za dwa­dzie­ścia lat to będzie wła­śnie twoje życie”, natych­miast rzu­ci­ła­bym się do roboty, żeby to osią­gnąć.

Ale to nie­moż­liwe. Ni­gdy się nie wyda­rzy. Ludzie opo­wia­dają o „dra­bi­nach” i „ścież­kach kariery”, „awan­sach pio­no­wych”, ale ja jakoś nie widzę żad­nej dra­biny, która pro­wa­dzi­łaby mnie do życia Deme­ter, choć­bym pra­co­wała nie wiem jak ciężko.

To zna­czy dwa miliony fun­tów za dom?

Dwa miliony?

Prze­li­czy­łam to kie­dyś. Załóżmy, że jakiś bank poży­czyłby mi takie pie­nią­dze – a to się nie wyda­rzy – to przy mojej obec­nej pen­sji spła­ca­ła­bym go przez 193,4 lata (i wie­cie, jesz­cze musia­ła­bym przy tym żyć). Kiedy zoba­czy­łam tę liczbę na ekra­nie kal­ku­la­tora, naprawdę zaśmia­łam się w głos, tro­chę histe­rycz­nie. Mówi się o luce poko­le­nio­wej. Dla mnie to jest raczej PRZE­PAŚĆ poko­le­niowa. Poko­le­niowy Wielki Kanion. Nie ist­nieje dra­bina tak długa, żeby się­gała od mojego momentu życia do tego Deme­ter, chyba że wyda­rzyłoby się coś nie­zwy­kłego, jak lote­ria, bogaci rodzice albo jakiś genialny pomysł na stronę inter­ne­tową, na któ­rym zbiję mają­tek. (Nie żebym nie pró­bo­wała. Codzien­nie wie­czo­rem pró­buję stwo­rzyć nowy rodzaj sta­nika albo nisko­ka­lo­rycz­nych kar­mel­ków. Na razie bez suk­cesu).

No, w każ­dym razie. Nie mogę dążyć do osią­gnię­cia życia Deme­ter. Ale mogę dążyć, żeby zdo­być jego część. Te bar­dziej osią­galne frag­menty. Mogę ją obser­wo­wać, ana­li­zo­wać. Mogę się nauczyć, jak być nią.

A także, co klu­czowe, mogę się nauczyć, jak nie być nią.

Bo – nie wspo­mnia­łam o tym? – ona jest kosz­marna. Ide­alna i kosz­marna. Jed­no­cze­śnie.

* * *

Odpa­lam wła­śnie kom­pu­ter, kiedy Deme­ter wkra­cza do naszego biu­ro­wego open space’u, popi­ja­jąc sojową latte.

– Ludzie! – oznaj­mia. – Ludzie, posłu­chaj­cie.

To kolejne z ulu­bio­nych słów Deme­ter: „ludzie”. Wcho­dzi do naszej prze­strzeni i mówi „Ludzie!” takim teatral­nym, wyćwi­czo­nym gło­sem, a my wszy­scy musimy się natych­miast ode­rwać od swo­ich zajęć, jakby zaraz miało nastą­pić jakieś istotne obwiesz­cze­nie dla wszyst­kich. Pod­czas gdy tak naprawdę ona ocze­kuje cze­goś bar­dzo kon­kret­nego, co wie tylko jedna osoba, jed­nak ponie­waż ledwo pamięta, kto z nas czym się zaj­muje albo nawet jak mamy na imię, musi pytać wszyst­kich.

Okej, może tro­chę prze­sa­dzi­łam. Ale nie­dużo. Ni­gdy nie pozna­łam nikogo z rów­nie bez­na­dziejną pamię­cią do imion co Deme­ter. Flora powie­działa mi kie­dyś, że Deme­ter ma jakiś pro­blem ze wzro­kiem, coś z roz­po­zna­wa­niem twa­rzy, ale nie przy­znaje się do tego, bo jej zda­niem nie wpływa to na jej zdol­ność do wyko­ny­wa­nia swo­jego zawodu.

No cóż, wia­do­mość z ostat­niej chwili: wpływa.

I druga wia­do­mość z ostat­niej chwili: co roz­po­zna­wa­nie twa­rzy ma wspól­nego z wła­ści­wym zapa­mię­ty­wa­niem imion? Jestem tu od sied­miu mie­sięcy i przy­się­gam, że ona na­dal nie jest pewna, czy mam na imię Cath, czy Cat.

A jestem Cat. Cat to skrót od Cathe­rine. Ponie­waż… no. To jest fajny pseu­do­nim. Krótki i dyna­miczny. Nowo­cze­sny. Lon­dyń­ski. To wła­śnie ja. Cat. Cat Bren­ner.

„Cześć, jestem Cat”.

„Cześć, jestem Cathe­rine, ale mów mi Cat”.

Okej, tak szcze­rze: to nie do końca jestem ja. Jesz­cze nie. Wciąż jesz­cze po czę­ści jestem Katie. Przed­sta­wiam się jako Cat, odkąd zaczę­łam tę pracę, ale z jakie­goś powodu nie przy­jęło się w pełni. Cza­sami nie reaguję tak szybko, jak powin­nam, kiedy ktoś mówi „Cat”. Waham się, zanim się pod­pi­szę, i jeden paskudny raz musia­łam zeskro­bać „K”, które zaczę­łam pisać na jed­nej z tych wiel­kich biu­ro­wych kar­tek uro­dzi­no­wych. Na szczę­ście nikt nie widział. No bo kto nie pamięta wła­snego imie­nia?

Ale jestem zde­ter­mi­no­wana pozo­stać Cat. Będę Cat. To moje zupeł­nie nowe, lon­dyń­skie imię. Mia­łam w życiu trzy prace (okej, dwie to były staże) i za każ­dym razem stwa­rza­łam się tro­chę na nowo. Zmiana Katie w Cat to po pro­stu ostatni krok.

Katie to domowa wer­sja mnie. Ta z Somer­set. Rumiana wiej­ska dziew­czyna z locz­kami, która spę­dza życie w dżin­sach, kalo­szach i pola­rze, który przy­szedł gra­tis w pakie­cie z paszą dla owiec. Dziew­czyna, któ­rej całym życiem towa­rzy­skim jest pobli­ski pub ewen­tu­al­nie Ritzy w War­re­ton. Dziew­czyna, którą tam zosta­wi­łam.

Odkąd pamię­tam, zawsze chcia­łam się wyrwać z Somer­set. Pra­gnę­łam Lon­dynu. Nie mia­łam ni­gdy pla­ka­tów z boys­ban­dami na ścia­nach sypialni, tylko mapę metra. Pla­katy z Lon­don Eye i Gher­ki­nem.

Pierw­szy staż, na jaki udało mi się dostać, był w Bir­ming­ham, i to też jest duże mia­sto. Ma sklepy, pre­stiż, ruch… ale to nie Lon­dyn. Nie ma w sobie tej lon­dyń­sko­ści, która daje mi taką radość. Tej linii hory­zontu. Tej histo­rii. Prze­cho­dze­nia koło Big Bena, który wybija godziny na żywo. Sta­nia na tych samych sta­cjach metra, które oglą­dało się w milio­nach fil­mów o nie­miec­kich nalo­tach w cza­sie dru­giej wojny. Poczu­cia, że czło­wiek znaj­duje się w jed­nym z naj­lep­szych miejsc na świe­cie, bez wąt­pie­nia, nie­pod­wa­żal­nie. Życie w Lon­dynie przy­po­mina życie na pla­nie fil­mo­wym, poczy­na­jąc od dic­ken­sow­skich bocz­nych uli­czek, poprzez błysz­czące wie­żowce, koń­cząc na sekret­nych skwe­rach. Tutaj można być kim tylko się zechce.

Nie ma zbyt wielu rze­czy w moim życiu, które w swo­jej kate­go­rii zna­la­złyby się w pierw­szej dzie­siątce w jakimś świa­to­wym bada­niu. Nie mam takiej pracy ani takiej gar­de­roby, ani apar­ta­mentu. Ale miesz­kam w jed­nym z dzie­się­ciu naj­lep­szych miast na świe­cie. Miesz­ka­nie w Lon­dy­nie to coś, o czym marzą ludzie na całym świe­cie, a ja tu wła­śnie jestem. I dla­tego nie obcho­dzi mnie, że moje dojazdy przy­po­mi­nają podróż z pie­kieł i nie obcho­dzi mnie, że moja sypial­nia ma jakieś pół metra kwa­dra­to­wego. Ja tu jestem.

Nie od razu udało mi się tu dostać. Jedy­nym miej­scem, w któ­rym chcieli mnie po stu­diach, była maleńka firma rekla­mowa w Bir­ming­ham. Więc prze­pro­wa­dzi­łam się tam i natych­miast zaczę­łam two­rzyć moją nową oso­bo­wość. Zro­bi­łam sobie grzywkę. Zaczę­łam codzien­nie pro­sto­wać włosy i upi­nać je w ele­gancki kok. Kupi­łam czarne oku­lary zerówki. Wyglą­da­łam ina­czej. Czu­łam się ina­czej. Zaczę­łam się nawet ina­czej malo­wać, codzien­nie z bar­dzo wyra­zi­stą kon­tu­rówką do ust i kocią kre­ską nad okiem malo­waną płyn­nym eyeli­ne­rem.

(Cały week­end uczy­łam się, jak ryso­wać te wywi­nięte kre­ski. To jest praw­dziwa umie­jęt­ność, tak jak try­go­no­me­tria – zasta­na­wia mnie zatem, dla­czego aku­rat tego nie uczą w szkole pla­stycz­nej? Gdy­bym to ja rzą­dziła kra­jem, ist­nia­łyby w szkole zaję­cia, na któ­rych czło­wiek uczyłby się tego, co naprawdę przy­daje się przez całe życie. Na przy­kład: jak uży­wać eyeli­nera. Jak wypeł­nić for­mu­larz podat­kowy. Co robić, kiedy kibe­lek się zapcha, twój tata nie odbiera tele­fonu, a u cie­bie zaraz będzie impreza).

W Bir­ming­ham posta­no­wi­łam porzu­cić mój zachod­nio­bry­tyj­ski akcent. Sie­dzia­łam w toa­le­cie, zaj­mo­wa­łam się wła­snymi spra­wami, i wtedy usły­sza­łam, jak dwie dziew­czyny się ze mnie nabi­jały. Nazy­wały mnie Farr­r­merką Katie. Tak, byłam w szoku, i tak, to zabo­lało. Mogłam wysko­czyć z kabiny i krzyk­nąć: „No, nie wydaje mi się, żeby wasz Brum­mie² był w czymś lep­szy!”.

Ale nie zro­bi­łam tego. Tylko sie­dzia­łam i myśla­łam. To mnie spro­wa­dziło na zie­mię. Kiedy dosta­łam się na drugi staż – ten we wschod­nim Lon­dy­nie – byłam już innym czło­wie­kiem. Zmą­drza­łam. Nie wyglą­da­łam ani nie brzmia­łam jak Katie Bren­ner z Ansters Farm.

A teraz już cał­kiem sta­łam się Cat Bren­ner z Lon­dynu. Cat Bren­ner pra­cuje w faj­nym biu­rze ze ścia­nami wyło­żo­nymi starą cegłą, z bia­łymi, lśnią­cymi biur­kami, desi­gner­skimi krze­słami i wie­sza­kiem na płasz­cze w kształ­cie nagiego męż­czy­zny. (Każdy naprawdę jest w szoku, kiedy przy­cho­dzi tu po raz pierw­szy).

To zna­czy, jestem Cat. Będę. Muszę tylko popra­co­wać nad nie­pod­pi­sy­wa­niem się innym imie­niem.

– Ludzie – powta­rza Deme­ter po raz trzeci, a w biu­rze zapada cisza.

Jest nas tu dzie­się­cioro, każdy ma inne sta­no­wi­sko i zestaw zadań. Pię­tro wyżej sie­dzi ekipa even­towa i cyfrowa, a także pla­ni­ści. Jest też jakaś inna grupa pra­cow­ni­ków kre­atyw­nych nazy­wana „ekipą wizyjną”, która pra­cuje bez­po­śred­nio z Adria­nem, naszym CEO. Do tego jesz­cze inne biura od zarzą­dza­nia talen­tami, finan­sami i takimi tam. Jed­nak to pię­tro jest moim świa­tem i ja jestem na naj­niż­szym szcze­blu. Zara­biam naj­mniej ze wszyst­kich i mam naj­mniejsze biurko, ale od cze­goś trzeba zacząć. To moja pierw­sza w życiu płatna praca i każ­dego dnia jestem za nią wdzięczna. A do tego, wie­cie, moja praca rze­czy­wi­ście jest cie­kawa. Na swój spo­sób.

Tak jakby.

To zna­czy, chyba zależy od tego, jak się defi­niuje „cie­kawy”. W tej chwili pra­cuję nad samo­spie­nia­ją­cym się zabie­la­czem do kawy „w stylu cap­puc­cino” od Cof­fe­wite. Zaj­muję się rese­ar­chem. A to, do czego tak naprawdę spro­wa­dza się moja praca na co dzień, to…

No. Wie­cie co. Trzeba być reali­stą. Nie można od razu zaj­mo­wać się tymi wszyst­kimi faj­nymi i pre­sti­żo­wymi rze­czami. Tata po pro­stu tego nie rozu­mie. Zawsze pyta, czy wszyst­kie pomy­sły są moje. Albo czy poznaję dużo waż­nych ludzi. Albo czy codzien­nie cho­dzę na ele­ganc­kie biz­ne­sowe lun­che. To absurd.

Tak, pew­nie się tro­chę bro­nię, ale on nie rozu­mie, że to w niczym nie pomaga, kiedy zaczyna się krzy­wić, krę­cić głową i mówić: „Czy ty naprawdę jesteś szczę­śliwa w tym zady­mio­nym mie­ście, moja kochana Katie?”. Jestem szczę­śliwa. Ale to nie zna­czy, że nie jest trudno. Tata nie ma poję­cia o pracy, o Lon­dy­nie ani o eko­no­mii, ani, no nie wiem, cenie kie­liszka wina w lon­dyń­skim barze. Nie mówi­łam mu dokład­nie, ile wynosi mój czynsz, bo wiem, co by na to powie­dział; powie­działby…

O Boże. Głę­boki wdech. Prze­pra­szam. Nie chcia­łam zba­czać z tematu i narze­kać na mojego tatę. Nie jest mię­dzy nami za dobrze, odkąd się wypro­wa­dzi­łam po stu­diach. On nie rozu­mie, dla­czego się tu prze­nio­słam, ni­gdy nie zrozu­mie. A ja mogę mu tłu­ma­czyć, ile wle­zie, ale jeśli ktoś nie czuje Lon­dynu, widzi tylko wielki ruch uliczny, spa­liny, koszty oraz to, że jego córka zde­cy­do­wała się wypro­wa­dzić sto kilo­me­trów od niego.

Mia­łam wybór: podą­żać za gło­sem swo­jego serca albo nie zła­mać jego serca. Osta­tecz­nie chyba zła­ma­łam tro­chę i jego, i swoje. Czego reszta świata nie rozu­mie, bo wszy­scy myślą, że to nor­malne wypro­wa­dzić się z domu. Ale oni nie są moim tatą i mną, któ­rzy miesz­ka­li­śmy razem, tylko we dwoje, przez te wszyst­kie lata.

W każ­dym razie. Wra­cam do pracy. Ludzie na moim szcze­blu nie spo­ty­kają się z klien­tami, robi to Deme­ter. I Rosa. One cho­dzą na lun­che, a potem wra­cają z zaró­żo­wio­nymi policz­kami, dar­mo­wymi prób­kami i całe prze­jęte. Razem przy­go­to­wują pitch, w czym zwy­kle biorą też udział Mark i Liz, i jesz­cze ktoś z ekipy cyfro­wej, a cza­sami Adrian. On jest nie tylko CEO, ale też współ­za­ło­ży­cie­lem Cooper Clem­mow i ma biuro na dole. (Był jesz­cze drugi współ­za­ło­ży­ciel, Max, ale on prze­szedł na wcze­sną eme­ry­turę i wypro­wa­dził się na połu­dnie Fran­cji).

Adrian jest dość nie­sa­mo­wity. Ma koło pięć­dzie­siątki, grzywę sta­lo­wo­si­wych, falo­wa­nych wło­sów i czę­sto nosi dżin­sowe koszule, w któ­rych wygląda, jakby pocho­dził z lat sie­dem­dzie­sią­tych. I chyba w pew­nym sen­sie tak wła­śnie jest. Adrian jest też sławny. Na przy­kład przy Stran­dzie jest wystawa ze zdję­ciami absol­wen­tów lon­dyń­skiego King’s Col­lege, na któ­rej wisi jego foto­gra­fia.

No, to są wszy­scy główni gra­cze. Ale to nie mój poziom, jest mi do niego daleko. Jak powie­dzia­łam, zaj­muję się rese­ar­chem, a to zna­czy, że w tym tygo­dniu tak naprawdę robię…

Nie brzmi to jakoś efek­tow­nie, okej? Ale brzmi gorzej niż jest, naprawdę.

Wpro­wa­dzam dane. A kon­kret­nie wyniki dużego bada­nia kon­su­menc­kiego, które prze­pro­wa­dzi­li­śmy dla Cofe­ewite, doty­czą­cego kawy, zabie­la­czy, cap­puc­cino, no i w ogóle wszyst­kiego. Dwa tysiące ręcz­nie wypeł­nio­nych for­mu­la­rzy, każdy ma osiem stron. Dziwne, co nie? Na papie­rze? Nikt już nie prze­pro­wa­dza papie­ro­wych badań. Ale Deme­ter chciała to zro­bić „tra­dy­cyj­nie”, bo gdzieś prze­czy­tała, że ludzie udzie­lają o dwa­dzie­ścia pięć pro­cent bar­dziej szcze­rych odpo­wie­dzi, jeśli piszą dłu­go­pi­sem niż online. Czy coś.

No więc mamy… albo raczej ja mam do wpro­wa­dze­nia jesz­cze pięć peł­nych pudeł kwe­stio­na­riu­szy.

Bywa to tro­chę męczące, bo to są cały czas te same pyta­nia, a uczest­nicy wpi­sy­wali odpo­wie­dzi odręcz­nie i nie zawsze łatwo można je roz­czy­tać. Ale z pozy­ty­wów – to bada­nie nada kształt całemu pro­jek­towi! Flora mówiła: „Mój Boże, jaka ty jesteś biedna, Cat, to jest jakiś cho­lerny kosz­mar!” – ale wła­ści­wie jest to fascy­nu­jące.

No. To zna­czy, trzeba spra­wić, żeby było fascy­nu­jące. Zaczę­łam zga­dy­wać wiel­kość docho­dów ludzi na pod­sta­wie odpo­wie­dzi, jakiej udzie­lili w pyta­niu o gęstość pianki. I wie­cie co? Zwy­kle mam rację. To tro­chę jak czy­ta­nie w myślach. Im dłu­żej wpro­wa­dzam te odpo­wie­dzi, tym wię­cej uczę się o kon­su­men­tach, a przy­naj­mniej taką mam nadzieję…

– Ludzie! Co się dzieje, do kurwy nędzy, z Trek­bi­xem?

Głos Deme­ter znowu prze­rywa mi myśli. Stoi w szpil­kach na bar­dzo wąskich, bar­dzo wyso­kich obca­sach, i prze­cze­suje dło­nią włosy z tą swoją znie­cier­pli­wioną, wku­rzoną miną w stylu „co jest nie tak ze świa­tem”.

– Zro­bi­łam sobie na ten temat cały zestaw nota­tek. – Prze­gląda coś w komórce i znowu nas wszyst­kich igno­ruje. – Jestem tego pewna.

– Ja nie widzia­łam żad­nych nota­tek – odzywa się Sarah zza swo­jego biurka typo­wym dla sie­bie cichym, dys­kret­nym gło­sem.

„Święta Sarah”, jak nazywa ją Flora, to asy­stentka Deme­ter. Ma bujne, rude włosy, które wiąże w kucyk, a do tego bar­dzo białe, ładne zęby. Jest jedną z tych osób, które same szyją sobie ubra­nia: prze­piękne retro zestawy w stylu lat pięć­dzie­sią­tych dwu­dzie­stego wieku, ze spód­ni­cami z koła. I nie mam poję­cia, jakim cudem jesz­cze nie osza­lała.

Deme­ter jest chyba naj­bar­dziej roz­trze­pa­nym czło­wie­kiem we wszech­świe­cie. Wydaje się, że codzien­nie gubi jakiś doku­ment albo źle zapa­mię­tuje godzinę spo­tka­nia. Sarah jest wobec niej zawsze bar­dzo cier­pliwa i uprzejma, ale z uło­że­nia jej ust da się wyczy­tać fru­stra­cję. Zaci­skają się i jeden kącik chowa się w policzku. Podobno jest mistrzy­nią wysy­ła­nia mejli z konta Deme­ter, w imie­niu Deme­ter, dzięki czemu ratuje sytu­ację, prze­pra­sza i ogól­nie wypro­wa­dza wszystko na pro­stą.

Wiem, że Deme­ter ma poważną pracę. Poza tym musi myśleć o rodzi­nie, o wystę­pach dzieci w szkole i takich tam. Ale naprawdę, jak można być aż tak nie­uważ­nym?

– Dobra. Zna­la­złam. Dla­czego to było w moim oso­bi­stym fol­de­rze?

Deme­ter spo­gląda znad ekranu komórki takim zagu­bio­nym, roz­bie­ga­nym wzro­kiem, jak jej się cza­sami zda­rza, jakby cały świat wpro­wa­dzał ją w błąd.

– Musisz po pro­stu zapi­sy­wać je pod… – Sarah pró­buje prze­jąć komórkę Deme­ter, ale ta ją zabiera.

– Umiem korzy­stać z mojego tele­fonu. Nie o to cho­dzi. Cho­dzi o to, że… – urywa i wszy­scy cze­kamy, wstrzy­mu­jąc oddech.

To kolejny nawyk Deme­ter: zaczyna jakieś naprawdę anga­żu­jące zda­nie, a potem urywa w poło­wie, tak jakby ktoś jej wyjął bate­rie. Zer­kam na Florę, a ona dys­kret­nie wywraca oczami.

– Tak. Tak – pod­su­mo­wuje Deme­ter. – Co się dzieje z Trek­bi­xem? Bo ja myśla­łam, że Liz napi­sze odpo­wiedź na ich mejl, ale wła­śnie dosta­łam kolejny mejl od Roba Kin­ca­ida z pyta­niem, dla­czego nie uzy­skał żad­nej infor­ma­cji. No więc? – Odwraca się do Liz; wresz­cie sku­pia się na wła­ści­wej oso­bie, wresz­cie odżywa. – Liz? Gdzie to jest? Obie­ca­łaś mi dostar­czyć szkic na rano. – Stuka w komórkę. – Mam to w notat­kach z ostat­niego ponie­dział­ko­wego spo­tka­nia. „Liz ma napi­sać szkic”. Jaka jest pierw­sza zasada opieki nad klien­tem, Liz?

„Pro­wadź klienta za rękę”, myślę, ale nie mówię na głos. Wyszła­bym na kujonkę.

– Pro­wadź klienta za rękę – oświad­cza Deme­ter. – Pro­wadź go przez cały czas. Niech czuje się bez­piecz­nie w każ­dej minu­cie pro­cesu. Wtedy otrzy­masz szczę­śli­wego klienta. A ty nie pro­wa­dzisz Roba Kin­ca­ida za rękę, Liz. Jego ręka smutno zwisa, a on jest nie­po­cie­szony.

Liz się rumieni.

– Jesz­cze nad tym pra­cuję.

– Jesz­cze?

– Trzeba tu zawrzeć wiele wąt­ków.

– No to pra­cuj szyb­ciej. – Deme­ter marsz­czy brwi. – I wyślij mi naj­pierw do akcep­ta­cji. Nie prze­ka­zuj od razu do Roba. Przed lun­chem, okej?

– Okej – mru­czy Liz, wygląda na wku­rzoną.

Ona rzadko popeł­nia błędy, ta Liz. Jest mene­dżerką pro­jektu, ma bar­dzo czy­ste biurko i pro­ste, jasne włosy, które codzien­nie myje jabł­ko­wym szam­po­nem. Je też dużo jabłek. W sumie to jakoś wcze­śniej nie połą­czy­łam tych fak­tów. Dziwne.

– Gdzie jest ten mejl od Roba Kin­ca­ida? – Deme­ter prze­wija w górę i w dół, wpa­tru­jąc się w ekran komórki. – Znik­nął mi ze skrzynki?

– Nie­chcący go usu­nę­łaś? – pyta cier­pli­wie Sarah. – Prze­każę ci go jesz­cze raz.

To też bar­dzo mierzi Sarah: Deme­ter zawsze bez­tro­sko kasuje mejle, a potem pil­nie ich potrze­buje i wpada w panikę. Sarah mówi, że pół życia spę­dza na prze­ka­zy­wa­niu mejli do Deme­ter; dzięki Bogu, że jedna z nich ma wydajny sys­tem kata­lo­go­wa­nia.

– Pro­szę bar­dzo. – Sarah szybko klika. – Prze­ka­za­łam ci mejl od Roba. W sumie to na wszelki wypa­dek prze­ka­za­łam ci wszyst­kie jego mejle.

– Dzię­kuję, Sarah. – Deme­ter łagod­nieje. – Nie mam poję­cia, gdzie się podziała ta wia­do­mość…

Zagląda do komórki, ale Sarah nie wydaje się tym zain­te­re­so­wana.

– Deme­ter, ja teraz wycho­dzę na kurs pierw­szej pomocy – oznaj­mia, się­ga­jąc po swoją torebkę. – Mówi­łam ci o tym. Bo jestem ratow­niczką pierw­szej pomocy.

– Jasne. – Deme­ter wygląda na zdu­mioną i oczy­wi­ście, że zupeł­nie zapo­mniała. – Świet­nie. Bar­dzo dobrze. To, Sarah, zanim pój­dziesz, prze­ga­dajmy to na szybko…. – Prze­wija coś w komórce. – Dziś jest roz­da­nie nagród Lon­don Food Award… Muszę po połu­dniu iść do fry­zjera…

– Nie możesz – prze­rywa Sarah. – Całe popo­łu­dnie masz zajęte.

– Co_? –_ Deme­ter pod­nosi wzrok znad ekranu. – Ale ja się umó­wi­łam do fry­zjera.

– Na jutro.

– Na jutro? _–_ Deme­ter jest w szoku i jej wzrok znów zaczyna krą­żyć. – Nie. Umó­wi­łam się na ponie­dzia­łek.

– Zaj­rzyj do kalen­da­rza. – Sarah brzmi tak, jakby ledwo była w sta­nie utrzy­mać cier­pliwy ton. – To był wto­rek, Deme­ter, zawsze wto­rek_._

– Ale ja muszę zro­bić odro­sty, to pilne. Nie mogę nikogo odwo­łać dziś po połu­dniu?

– To są ci ludzie od polenty. A potem zespół z Green Tee.

– Cho­lera. – Deme­ter wykrzy­wia twarz w cier­pie­niu. – Cho­lera_._

_–_ I za pięt­na­ście minut masz tele­kon­fe­ren­cję. Mogę już iść? – pyta Sarah umę­czo­nym tonem.

– Tak. Tak. Idź już. Dzięki, Sarah. – Deme­ter macha ręką i rusza w stronę swo­jego prze­szklo­nego biura. Nagle gwał­tow­nie wypusz­cza powie­trze. – Cho­lera, cho­lera. Och. Rosa. Logo­typ Sen­si­quo? Powin­ni­śmy spró­bo­wać więk­szego fontu. Przy­szło mi to do głowy po dro­dze. I spró­buj też z akwa­ma­ry­nową obwódką. Poroz­ma­wiasz z Mar­kiem? W sumie to gdzie jest Mark? – Zerka z wyrzu­tem na jego biurko.

– Dzi­siaj pra­cuje z domu – odzywa się Jon, młod­szy spe­cja­li­sta do spraw kre­atyw­nych.

– Och – odpo­wiada nie­uf­nie Deme­ter. – Okej.

Deme­ter nie wie­rzy za bar­dzo w pracę z domu. Twier­dzi, że kiedy ludzie cią­gle zni­kają, traci się rytm. Ale Mark wyne­go­cjo­wał to w swo­jej umo­wie, zanim Deme­ter przy­szła do firmy, więc ona nie może się temu w żaden spo­sób sprze­ci­wić.

– Nie martw się, prze­każę mu – mówi Rosa, wście­kle pisząc w note­sie. – Roz­miar fontu, akwa­ma­ryna.

– Świet­nie. Och, i jesz­cze, Rosa. – Deme­ter wysta­wia głowę z biura. – Chcę prze­ga­dać kwe­stię kursu Pythona. Każdy w tym biu­rze powi­nien umieć kodo­wać.

– Co?

– Kodo­wać! – powta­rza nie­cier­pli­wie Deme­ter. – Prze­czy­ta­łam o tym arty­kuł w „Huf­fing­ton Post”. Wpisz to do planu kolej­nego gru­po­wego spo­tka­nia.

– Okej. – Rosa wydaje się skon­ster­no­wana. – Kodo­wa­nie. W porządku.

Deme­ter zamyka drzwi i wszy­scy oddy­chają z ulgą. To wła­śnie cała Deme­ter. Cał­ko­wi­cie przy­pad­kowa. Nadą­ża­nie za nią jest wyczer­pu­jące.

Rosa wście­kle stuka w komórkę i wiem, że wysyła zja­dli­wego ese­mesa na temat Deme­ter do Liz. Rze­czy­wi­ście, chwilę póź­niej komórka Liz pika, a ona zna­cząco kiwa głową Rosie.

Nie poję­łam jesz­cze do końca biu­ro­wej ety­kiety w tym miej­scu – to tro­chę jakby zacząć oglą­dać operę mydlaną od środka. Ale wiem, że Rosa ubie­gała się o sta­no­wi­sko Deme­ter i go nie dostała. Wiem także, że strasz­nie się pokłó­ciły tuż przed moim przyj­ściem do firmy. Rosa chciała pójść do jed­nego z tych dużych, jedy­nych w swoim rodzaju pro­jek­tów, które nad­zo­ro­wał bur­mistrz Lon­dynu. Cho­dziło o bran­ding jakie­goś nowego wyda­rze­nia spor­to­wego w Lon­dy­nie, powsta­wał zespół wspie­rany przez agen­cje kre­atywne z całego mia­sta. W „Eve­ning Stan­dard” nazwali to „gablotą dla naj­lep­szych i naj­by­strzej­szych w całym Lon­dy­nie”. Ale Deme­ter nie wyra­ziła zgody. Powie­działa, że potrze­buje Rosy w swoim zespole cało­do­bowo, co było bzdurą. Od tam­tej pory Rosa zacie­kle nie­na­wi­dzi Deme­ter.

Flora ma teo­rię, że Deme­ter para­no­icz­nie się boi, że wygry­zie ją ktoś z młod­szej ekipy, i dla­tego nikomu nie pomaga. A jeśli ktoś pró­buje wspiąć się po dra­bi­nie, ona dep­cze mu po pal­cach swo­imi obca­sami od Miu Miu. Podobno Rosa już roz­pacz­li­wie chce odejść z Cooper Clem­mow, ale rynek nie ma jej wiele do zaofe­ro­wa­nia, więc biedna Rosa tkwi z sze­fową, któ­rej nie­na­wi­dzi, i po pro­stu czuje odrazę do każ­dego aspektu swo­jej pracy. Widać to po jej zgar­bio­nych ramio­nach i zmarsz­czo­nym czole.

Mark też nie­na­wi­dzi Deme­ter, i tę histo­rię też znam. Deme­ter powinna nad­zo­ro­wać zespół od desi­gnu. Nad­zo­ro­wać, a nie robić wszystko samej. Ale ona nie umie się powstrzy­mać. Deme­ter uwiel­bia design – design i opa­ko­wa­nie. Zna nazwy tylu kro­jów pisma, że nawet sobie nie wyobra­ża­cie, i cza­sami prze­rywa spo­tka­nie tylko po to, żeby poka­zać nam wszyst­kim jakiś pro­jekt opa­ko­wa­nia, który jej zda­niem naprawdę się spraw­dza. Co jest, no wie­cie, wspa­niałe. Ale jed­no­cze­śnie sta­nowi pro­blem, bo Deme­ter zawsze się wtrąca.

W ubie­głym roku Cooper Clem­mow odświe­żył markę zna­nego bal­samu nawil­ża­ją­cego o nazwie French i to był pomysł Deme­ter, żeby zro­bić jasno­po­ma­rań­czowe opa­ko­wa­nia z bia­łym fon­tem. No i to był ogromny hit, dosta­li­śmy za to prze­różne nagrody. Same pozy­tywy – tylko nie dla Marka, który jest sze­fem desi­gnu. Podobno on stwo­rzył zupeł­nie inny pro­jekt opa­ko­wa­nia. Ale Deme­ter przy­szła z tym pomy­słem na poma­rań­czowy, sama zro­biła pro­to­typ i po pro­stu wycią­gnęła go na spo­tka­niu z klien­tem. Podobno Mark poczuł się strasz­nie zlek­ce­wa­żony.

Naj­gor­sze, że Deme­ter nawet nie zauwa­żyła, że Mark był wku­rzony. Ona nie wyczuwa takich rze­czy. Naj­pierw była „pią­teczka, świetna robota, a teraz prze­cho­dzimy do kolej­nego pro­jektu”. A potem zro­bił się z tego taki hit, że Mark nie mógł za bar­dzo narze­kać. W sumie to wła­ści­wie miał szczę­ście: za ten pro­jekt dostał mnó­stwo pochwał. Może to sobie wpi­sać do CV i tak dalej. Ale mimo wszystko. Jest bar­dzo wybu­chowy i odzywa się do Deme­ter w tak sar­ka­styczny spo­sób, że aż się wzdry­gam.

Smutna sprawa, bo wszy­scy w biu­rze wie­dzą, że Mark naprawdę ma talent. Nawet zdo­był nagrodę Sty­le­sign w kate­go­rii Inno­wa­cje. (Podobno to jest jakaś bar­dzo pre­sti­żowa rzecz). Ale wygląda to tak, jakby Deme­ter nawet nie zda­wała sobie sprawy, jakiego ma świet­nego szefa desi­gnu.

Liz też nie jest tu szczę­śliwa, ale jakoś to znosi. Z dru­giej strony Flora cią­gle się wyzło­śli­wia na Deme­ter, ale moim zda­niem ona po pro­stu kocha się wyzło­śli­wiać. Co do reszty nie jestem pewna.

Jeśli cho­dzi o mnie, to ja na­dal jestem nowa. Pra­cuję tu dopiero od sied­miu mie­sięcy, nie wychy­lam się i nie ośmie­lam się za bar­dzo wygła­szać wła­snych opi­nii. Ale mam ambi­cję, mam pomy­sły. Mnie też kręci design, a zwłasz­cza typo­gra­fia, i o tym wła­śnie roz­ma­wia­ły­śmy z Deme­ter pod­czas rekru­ta­cji.

Kiedy tylko do biura wpada nowy pro­jekt, mój mózg zaczyna pra­co­wać na peł­nych obro­tach. Wyko­na­łam już mnó­stwo dar­mo­wej pracy w wol­nym cza­sie na moim lap­to­pie. Logo­typy, pomy­sły na pro­jekty, doku­menty stra­te­giczne… Cią­gle wysy­łam je do Deme­ter, żeby się do nich jakoś odnio­sła, a ona cią­gle mi obie­cuje, że na pewno do nich zaj­rzy, kiedy będzie miała chwilę.

Wszy­scy mówią, że Deme­ter nie można poga­niać, bo się wku­rzy. No więc cier­pli­wie cze­kam na dobry moment, jak sur­fer na falę. Przy oka­zji, jestem cał­kiem dobra w sur­fo­wa­niu i wiem, że fala w końcu nad­pły­nie. Kiedy przyj­dzie odpo­wied­nia chwila, zdo­będę uwagę Deme­ter. Ona obej­rzy moje prace, wszystko zasko­czy i w końcu popłynę na fali mojego życia. Prze­stanę tak wio­sło­wać, wio­sło­wać i wio­sło­wać, jak teraz.

Się­gam wła­śnie po kolejny for­mu­larz ze stosu, kiedy do biura wcho­dzi Han­nah. Wszy­scy wstrzy­mują oddech, a Flora odwraca się do mnie i unosi brwi. Biedna Han­nah musiała w pią­tek iść wcze­śniej do domu. Naprawdę nie było z nią dobrze. W ciągu ostat­nich dwóch lat prze­żyła chyba z pięć poro­nień i po tym wszyst­kim jest tro­chę ner­wowa, a od czasu do czasu miewa ataki paniki. Tak się wła­śnie zda­rzyło w pią­tek, więc Rosa kazała jej iść do domu i odpo­cząć. Trzeba przy­znać, że Han­nah pra­cuje chyba naj­cię­żej w biu­rze. Widzia­łam mejle wysy­łane przez nią o dru­giej w nocy. Należy jej się chwila prze­rwy.

– Han­nah! – woła Rosa. – Jak się czu­jesz? Nie bierz sobie dziś dużo na głowę.

– Wszystko w porządku – odpo­wiada Han­nah i wsuwa się za swoje biurko, uni­ka­jąc wzroku innych. – Wszystko w porządku.

Natych­miast otwiera jakiś doku­ment i zaczyna pra­co­wać, popi­ja­jąc z butelki fil­tro­waną kra­nówkę (Cooper Clem­mow wypu­ścił tę markę, więc wszy­scy mamy takie gra­ti­sowe neo­nowe butelki na biur­kach).

– Han­nah! – Deme­ter poja­wia się w drzwiach biura. – Wró­ci­łaś. Dobra robota.

– Wszystko w porządku – powta­rza po raz kolejny Han­nah.

Widzę, że nie chce robić wokół sie­bie zamie­sza­nia, ale Deme­ter rusza w jej kie­runku.

– Słu­chaj, nie przej­muj się, Han­nah – oświad­cza swoim prze­ni­kli­wym, auto­ry­ta­tyw­nym tonem. – Nikt nie uważa, że dra­ma­ty­zu­jesz ani nic w tym stylu. Więc w ogóle się niczym nie przej­muj.

Przy­jaź­nie kiwa do Han­nah głową, a potem wraca do swo­jego biura i zamyka za sobą drzwi. Wszy­scy gapimy się jak onie­miali, a Han­nah wygląda na kom­plet­nie wstrzą­śniętą. Odwraca się do Rosy, gdy tylko Deme­ter zamyka się w biu­rze.

– Czy wy wszy­scy myśli­cie, że dra­ma­ty­zuję? – wykrztu­sza z sie­bie.

– Nie! – natych­miast woła Rosa.

– Durna Deme­ter _–_ dobiega mnie pomruk Liz.

– Słu­chaj, Han­nah – mówi Rosa, pod­cho­dzi do biurka Han­nah, kuca i spo­gląda jej pro­sto w oczy. – Wła­śnie sta­łaś się ofiarą kla­sycz­nej Deme­ter.

– Zga­dza się – przy­znaje Liz. – To była kla­syczna Deme­ter.

– Wszyst­kim nam się to zda­rza. Ona jest nie­tak­towną krową, mówi głu­poty i nie możesz jej słu­chać, okej? Dobrze, że dzi­siaj przy­szłaś i wszy­scy naprawdę doce­niamy twój wysi­łek. Prawda?

Roz­gląda się, a wtedy roz­le­gają się okla­ski i Han­nah rumieni się zado­wo­lona.

– Jebać Deme­ter – koń­czy zwięźle Rosa i wraca do swo­jego biurka, odpro­wa­dzana kolej­nymi okla­skami.

Kątem oka widzę, jak Deme­ter patrzy przez szybę swo­jego szkla­nego biura, jakby zasta­na­wiała się, o co cho­dzi. I pra­wie mi jej żal. Ona naprawdę nie ma poję­cia.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij