Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Mówili, że jestem zbyt wrażliwa - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 września 2022
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Mówili, że jestem zbyt wrażliwa - ebook

Najbardziej osobiste spojrzenie na wysoką wrażliwość

„Całymi latami zadręczałam się, próbując zrozumieć, co jest ze mną nie tak, dlaczego moje postrzeganie rzeczywistości jest trzy razy bardziej intensywne niż u innych, dlaczego zawsze wcześniej od innych „wyczuwam” osoby negatywne i fałszywe, dlaczego jakieś dyskusje chodzą mi po głowie nawet przez pięć dni, dlaczego przeszkadzają mi głośne dźwięki, intensywne światło, krzyczący ludzie, dlaczego pewne obrazy z telewizji spędzają mi sen z powiek, dlaczego odczuwam wszelkie niesprawiedliwości w sposób absolutny, dlaczego myśl o śmierci innych, poza moją własną, jest dla mnie nie do zaakceptowania, dlaczego bez powodu ogarnia mnie strapienie, bo wydaje mi się, że jestem balonikiem w świecie wypełnionym szpilkami...”

(fragment książki)

 

• Wyczuwasz zmiany nastrojów, wyłapujesz ukradkowe spojrzenia, zauważasz niedopowiedzenia?

• Zdarza ci się wejść do nieznanego sobie miejsca i poczuć od razu, że coś jest nie tak?

• Masz bogate życie wewnętrzne, poszukujesz harmonii, choć czasem cierpisz z powodu natłoku myśli?

• Unikasz koncertów i dużych imprez, bo pośród zamętu czujesz jednocześnie pobudzenie i wyobcowanie, jakbyś była w bańce?

• Kiedy widzisz kogoś, kto czuje się nieswojo, od razu wiesz, co robić, by poczuł się lepiej?

Jeśli na część tych pytań odpowiedziałaś twierdząco, to zapewne jesteś osobą wysoko wrażliwą i z tego powodu było ci czasem w życiu naprawdę ciężko. Dość! Pamiętaj, że wysoka wrażliwość nie jest słabością! To może być twoją tajną siłą. Dzięki temu, ze potrafisz odbierać „mocniej” sygnały wysyłane przez świat, widzisz, ze rzeczywistość mieni się rozmaitymi barwami. Nie odtrącaj ich, ubierz się w nie, bo przepięknie jest być wrażliwcem!

Poznaj strategie pozwalające przekuć wysoką wrażliwość w życiową supermoc, uwolnij się od nieodpowiednich ludzi oraz sytuacji, które cię niszczą, i ciesz się życiem we wszystkich kolorach tęczy.

Ta książka to także klucz do lepszych relacji z kimś bliskim, kto jest wyjątkowo wrażliwy.

Dzięki osobistej perspektywie czytelnik może wreszcie naprawdę zrozumieć co czuje partner, dziecko, rodzic… znaleźć odpowiedzi na nurtujące od dawna pytania i spojrzeć na pewne sytuacje innym okiem.

Kategoria: Psychologia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-67327-62-6
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Nie można być na tym świe­cie głę­boko wraż­li­wym, nie będąc głę­boko smut­nym.

Erich Fromm

Zawsze wie­dzia­łam, że jestem zbyt wraż­liwa.

Już kiedy byłam mała, dostrze­ga­łam, że nie odbie­ram róż­nych rze­czy jak inne dzieci, ale czuję je w spo­sób o wiele głęb­szy, inten­sywny, prze­ni­kliwy, a moje odczu­cia umiej­sca­wiają się gdzieś mię­dzy ser­cem a brzu­chem.

Jed­nak w żaden spo­sób nie byłam w sta­nie ich wyra­zić.

Jedno z moich pierw­szych wspo­mnień sięga cza­sów przed­szkola.

Mia­łam około czte­rech lat i prze­pro­wa­dzi­li­śmy się wła­śnie do Flo­ren­cji z Medio­lanu, gdzie moi rodzice się poznali i pobrali kilka lat wcze­śniej.

Sie­dzia­łam cał­kiem sama na kory­ta­rzu na zie­lo­nym krze­sełku, dyn­da­jąc nóż­kami i trzy­ma­jąc w ręku kupioną przez ojca focac­cię. On pobiegł do biura, a ja nie mia­łam poję­cia, gdzie jest moja grupa.

Sie­dzia­łam cichutko, dopóki nie przy­szła po mnie sio­stra zakonna. Nie popro­si­łam nikogo o pomoc, bo się bałam.

Bałam się wszyst­kiego i wszyst­kich: ludzi, nie­zna­nego, ciem­nej piw­nicy, śmierci i opusz­cze­nia. Nie bar­dzo ufa­łam nawet Świę­temu Miko­ła­jowi. Pora pój­ścia do łóżka prze­ra­żała mnie, a gdy nie mogłam usnąć, leża­łam z oczami utkwio­nymi w ciem­no­ści, prze­ko­nana, że zosta­łam sama na ziemi.

Jak Mały Książę.

Kiedy rodzice wyjeż­dżali na trzy dni i zosta­wiali mnie u dziad­ków, pła­ka­łam, jakby mnie porzu­cali.

Jako jedyna w kla­sie zada­wa­łam sobie pewne pyta­nia i na pewno nie żyłam z taką lek­ko­ścią i pogodą ducha jak inne dzieci.

Wcho­dząc do klasy, nie widzia­łam fla­ma­strów, gier i kole­gów, ale wyczu­wa­łam na przy­kład, że nauczy­cielka jest w złym humo­rze; widzia­łam pustą ławkę i zasta­na­wia­łam się, dla­czego ktoś jest nie­obecny, albo dostrze­ga­łam czy­jeś dziwne spoj­rze­nie.

Zauwa­ża­łam „inne” rze­czy, jakiś rów­no­le­gły wymiar poza rze­czywistością. Nie­re­alny, nie­na­ma­calny i nie­bez­pieczny świat, w któ­rym byłam sama.

Czu­łam, że jestem inna, że jestem pomyłką.

Nie, ina­czej, byłam inna i byłam pomyłką.

Żyłam w bańce, z któ­rej patrzy­łam, jak inni wyko­nują codzienne czyn­no­ści, komu­ni­kują się i poro­zu­mie­wają dzięki wro­dzo­nemu instynk­towi, jakie­muś nie­zro­zu­mia­łemu, tajem­nemu kodowi, do któ­rego nie mia­łam dostępu, bowiem pozo­sta­wał wciąż wiel­kim zna­kiem zapy­ta­nia.

Jak to się działo, że inni byli zawsze ze wszyst­kim na bie­żąco, tacy bystrzy i poin­for­mo­wani? Dla­czego dla mnie ucze­nie się na pamięć było tor­turą, a liczby nie miały żad­nego logicz­nego sensu?

Żyłam w stra­chu, że cze­goś nie zro­zu­miem, i wsty­dzi­łam się, że to wyj­dzie na jaw.

Zauwa­ża­łam, że jestem zawsze tro­chę z tyłu za grupą, zawsze bra­ko­wało mi jakie­goś połą­cze­nia, gubi­łam się na wycieczce, zapo­mi­na­łam o zada­niach domo­wych, a cza­sem, kiedy nauczy­cielka czy­tała w kla­sie tekst do stresz­cze­nia, pogrą­ża­łam się we wła­snych myślach i nie mia­łam poję­cia, co napi­sać.

Zawsze gdzieś po dro­dze zosta­wa­łam sama.

Bo życie jako takie to było dla mnie za wiele.

Byłam jakby pozba­wiona skóry, słowa innych doty­kały mnie szcze­gól­nie mocno, ich zacho­wa­nia mnie zdu­mie­wały, prze­szka­dzało mi wszystko, co nie było line­arne, har­mo­nijne, logiczne.

Bru­talne obrazy, które widzia­łam w tele­wi­zji, umie­ra­jące zwie­rzęta, osie­ro­cone dzieci: to wszystko wni­kało i zagnież­dżało się we mnie na zawsze.

Nie bez zna­cze­nia jest fakt, że moi rodzice odzna­czali się bar­dzo sil­nym poczu­ciem dra­ma­ty­zmu, dla­tego wszystko to, czego ni­gdy nie nale­ża­łoby opo­wia­dać dziecku, by nad­mier­nie go nie wystra­szyć (powo­jenna bieda, śmierć rodzi­ców i przy­ja­ciół, cho­roba, histo­rie o duchach, porzu­ce­nie, wszel­kie nie­szczę­ścia i tra­ge­die), powta­rzali mi sys­te­ma­tycz­nie na wieczną pamiątkę, z bogac­twem szcze­gó­łów, przy któ­rym zbla­dłyby nawet powie­ści Dic­kensa.

Szcze­gó­łów, które wraz z tym, co sama sobie wyobra­ża­łam, pokry­wały i tak już skom­pli­ko­waną dla mnie rze­czy­wi­stość, czy­niąc moje życie trud­nym, cięż­kim i nie­zro­zu­mia­łym.

Jest takie zdję­cie, na któ­rym jako malutka dziew­czynka sie­dzę w ogro­dzie nad morzem z wyra­zem twa­rzy, który, przy­się­gam, mówi wszystko: mam minę, którą mogę okre­ślić tylko jed­nym sło­wem: „roz­pro­szona”. Moja twarz wyraża coś pomię­dzy zamy­śle­niem i zakło­po­ta­niem, a oczy prze­sła­nia jakiś nie­uchwytny smu­tek, jak­bym znaj­do­wała się w innym świe­cie i zada­wała sobie fun­da­men­talne pyta­nia.

Przede wszyst­kim: co ja tutaj robię?

Jeśli mam być szczera, zasta­na­wia­łam się nad tym przez całe życie.

Inne dzieci, czu­jąc, że jestem tak bar­dzo inna i oso­bliwa, nie­chęt­nie ze mną prze­by­wały.

A dzieci, jak wia­domo, spe­cjal­nie się nie cac­kają, gdy cho­dzi o wyklu­cze­nie kogoś, kogo nie rozu­mieją i uwa­żają za innego.

Wtedy naprawdę zaczę­łam się poty­kać na stro­mej i śli­skiej dro­dze w górę, która pro­wa­dziła mnie doni­kąd.

I dużo pła­ka­łam.

Pła­ka­łam ze stra­chu, gdy dostrze­ga­łam pustkę i samot­ność, gdy bra­ko­wało mi poczu­cia bez­pie­czeń­stwa, przy­na­leż­no­ści do cze­go­kol­wiek, gdy mia­łam wra­że­nie, że jestem cią­gle gdzieś pomię­dzy i inna niż wszy­scy.

Nie, prawdę mówiąc, w tym ostat­nim przy­padku nawet nie pła­ka­łam.

Trwa­łam ska­mie­niała i tyle, bez słów, bez głosu, zawsze z boku albo cho­ro­bli­wie uwie­szona na tych bar­dzo nie­licz­nych rówie­śni­kach, któ­rzy oka­zy­wali mi sym­pa­tię.

W rezul­ta­cie izo­lo­wano mnie i byłam obiek­tem kpin; dziś nazwano by to znę­ca­niem się, wtedy ozna­czało popy­cha­nie na kory­ta­rzu, zabie­ra­nie dru­giego śnia­da­nia albo upo­ka­rza­jące pod­cią­ga­nie do góry spód­nicy na oczach wszyst­kich. Rze­czy, z któ­rymi nie można nic zro­bić, bo następ­nym razem będzie jesz­cze gorzej!

Jeśli dla innych dzień spę­dzony w kla­sie ozna­czał przede wszyst­kim zabawę i nawią­zy­wa­nie kon­tak­tów, dla mnie był to nie­ustanny wysi­łek, by jak naj­mniej rzu­cać się w oczy.

A dłu­gie war­ko­cze i musz­tar­dowy golf, który matka upo­rczy­wie kazała mi nosić w szó­stej kla­sie, niczego nie uła­twiały…

Pro­blem nie doty­czył tylko sali lek­cyj­nej albo przerw w szkole, to samo działo się na wszyst­kich zaję­ciach, na jakie uczęsz­cza­łam: byłam izo­lo­wana na lek­cjach tańca, siat­kówki, pły­wa­nia.

Nie było rady, rówie­śnicy nie chcieli mnie, nie roz­ma­wiali ze mną, nie zapra­szali na imprezy, byłam nie­mile widziana, koniec kropka.

Dzi­siaj mogę to nawet zro­zu­mieć: byłam dziew­czynką ane­miczną, mil­czącą i nie­śmiałą, na pewno nie byłam duszą towa­rzy­stwa i przez to oka­zy­wa­łam się wdzięcz­nym obiek­tem żar­tów, to natu­ralna kolej rze­czy. Nie­stety bycie ofiarą jest nie­zwy­kle bole­sne.

Dora­sta­jąc, odkry­łam, że naj­bar­dziej znie­na­wi­dzo­nym przeze mnie dniem tygo­dnia jest nie­dziela: pod­czas tych pustych, mil­czą­cych, cią­gną­cych się w nie­skoń­czo­ność godzin, ja, jedy­naczka, przy rodzi­cach, w któ­rych mał­żeń­stwie wła­śnie zaczy­nał się kry­zys, naprawdę zro­zu­mia­łam zna­cze­nie słowa „lęk”.

To peł­za­jące i nie­wy­tłu­ma­czalne wra­że­nie, że coś, nie wia­domo co, jest nie tak. Nie jest to ból ani zmę­cze­nie, nie ma kon­kret­nej przy­czyny, ale jest odbie­ra­jącą ci oddech mie­szanką skrę­po­wa­nia i złego samo­po­czu­cia.

Mówię o tym ze zna­jo­mo­ścią rze­czy, bo odna­la­złam mój tajemny pamięt­nik ośmio­latki, w któ­rym pisa­łam: „Czuję coś dziw­nego w żołądku, cią­gle się boję i nie wiem, co to jest”.

Trwało to do czasu, aż zwią­zek moich rodzi­ców, dwóch naj­bar­dziej nie­pa­su­ją­cych do sie­bie osób na świe­cie, defi­ni­tyw­nie się roz­padł.

Pobrali się młodo, bez pie­nię­dzy i doświad­cze­nia, za to z wiel­kim pra­gnie­niem, by jak naj­szyb­ciej wyrwać się z nie­szczę­śli­wych domów, gdzie pano­wały cięż­kie warunki, w nadziei, że odmieni to ich los i że uwol­nią się w ten spo­sób od prze­szło­ści nazna­czo­nej nędzą, depre­sją i wojną, że zre­kom­pen­sują sobie to wszystko, a nam, dzie­ciom, zapew­nią lep­sze życie.

Kiedy się uro­dzi­łam, matka miała dwa­dzie­ścia cztery lata i, jak sama twier­dziła, była jesz­cze dziew­czynką, ale pełną entu­zja­zmu i marzeń; ojciec zna­lazł posadę w banku i wszystko zaczęło się ukła­dać, miało się udać, musiało się udać.

Były to lata, które wszyst­kim stwa­rzały moż­li­wość nowego startu, zbu­do­wa­nia peł­nego i satys­fak­cjo­nu­ją­cego życia.

Rodzice nie wzięli jed­nak pod uwagę cię­żaru prze­szło­ści, która nio­sła ze sobą w wielu przy­pad­kach „śre­dnio­wieczne”, surowe i despo­tyczne wycho­wa­nie, ukryte gdzieś głę­boko podej­rze­nie, że wszelki dobro­byt jest nie­za­słu­żony, jak rów­nież dzie­dzic­two ide­olo­giczne nie­da­jące się łatwo pogo­dzić z wol­no­myśl­nym duchem lat sie­dem­dzie­sią­tych.

Myślę, że wła­śnie to leżało u pod­staw kon­flik­tów mię­dzy nimi. Chcę wie­rzyć, że się kochali, ale towa­rzy­szyły im też ogromna pre­sja, nie­pew­ność i dzie­dzic­two kul­tu­rowe, które trudno było zmie­nić. Tak jakby cię­żar pro­ble­mów ich prze­szło­ści, a także prze­szło­ści ich rodzi­ców, w pew­nym momen­cie sta­nął mię­dzy nimi niczym ostrze­że­nie i kazał im się ugiąć.

Przez kilka lat było nam naprawdę dobrze, śmia­li­śmy się, śpie­wa­li­śmy pio­senki Abby, cho­dzi­li­śmy na huś­tawki, pusz­cza­li­śmy latawce.

Było poczu­cie bez­pie­czeń­stwa, słod­kie obwa­rzanki i rowerki na czte­rech kół­kach.

W tam­tych latach two­rzy­li­śmy szczę­śliwą rodzinę. Były to lata dłu­gich waka­cji nad morzem w Tir­reni z dziad­kami ze strony mamy, sobót, kiedy ojciec przy­go­to­wy­wał dla wszyst­kich cudowne zapie­kane moz­za­relle, a matka wciąż na nowo urzą­dzała nasz dom dzięki swoim nad­zwy­czaj­nym talen­tom manu­al­nym. Pamię­tam drzwi ozdo­bione drze­wem cytry­no­wym z owo­cami z kolo­ro­wych taśm kle­ją­cych albo zagłó­wek łóżka obszyty kwia­tami wydzier­ga­nymi na szy­dełku. I wciąż uśmiech­niętą mamę, szczę­śliwą i ufną.

Ale potem przy­szły pierw­sze kłót­nie, oschłe słowa cedzone z gnie­wem i zło­śli­wo­ścią, łzy, strach i moje prze­my­ka­nie się pod ścia­nami, żeby się w to nie mie­szać, oraz wymy­śla­nie jakie­go­kol­wiek spo­sobu, by prze­stali. Uda­wa­łam, że wszystko jest dobrze, choć wie­dzia­łam, że już nic ni­gdy dobrze nie będzie.

Syreny nie­usta­ją­cego alarmu prze­ciw­bom­bo­wego szcze­gól­nie gło­śno brzmiały przy stole.

Z tego powodu jesz­cze dziś jadam na sto­jąco oparta o lodówkę.

Dosko­nale pamię­tam tamte wszyst­kie nie­koń­czące się dni, to panu­jące w domu, nama­calne wręcz napię­cie, od któ­rego wola­łam naj­uciąż­liw­szy tydzień w szkole.

Ponure, mil­czące popo­łu­dnia spę­dzane w pokoju albo w towa­rzy­stwie dzieci przy­ja­ciół moich rodzi­ców. Musia­łam się z nimi grzecz­nie bawić, nawet jeśli ich nie lubi­łam.

Prze­chwy­cone w locie strzępy roz­mów, cho­dze­nie na palusz­kach, żeby nie prze­szka­dzać, nie stwa­rzać dodat­ko­wych pro­ble­mów, i moje próby wymy­śle­nia cze­goś, by roz­śmie­szyć mamę i tatę.

Tak zacho­wują się bar­dzo wraż­liwe dzieci, gdy ich rodzice się kłócą i zagra­żają ich spo­ko­jowi: sta­rają się znik­nąć, zmie­nić w cokol­wiek, byle tylko prze­trwać.

Ponie­waż same nie dają sobie rady.

Ja zro­bi­ła­bym wszystko, żeby prze­stali, byśmy znów byli szczę­śliwą rodziną, bo oni kazali mi wie­rzyć, że nasza taka jest.

Potrze­bo­wa­łam har­mo­nii, świa­do­mo­ści, że mogę ufać rodzi­com, że zawsze będą przy mnie, że nie wystar­czy jedno nie­wła­ściwe słowo, by wywo­łać apo­ka­lipsę, że mój ojciec nie odej­dzie, zosta­wia­jąc nas same.

Mój i tak już kru­chy świat zawa­lił się nie­odwo­łal­nie wraz z ich sepa­ra­cją, gdy mia­łam nie­spełna dzie­sięć lat.

Tak wła­śnie wyobra­żam sobie pie­kło.

Trwa­łam nie­po­ru­sze­nie na rucho­mych pia­skach, nie oddy­cha­jąc, by nie uto­nąć.

Matka była w zagro­żo­nej ciąży z dru­gim dziec­kiem, ojciec zamiesz­kał w innym domu.

A ja musia­łam być dziel­nym żoł­nie­rzy­kiem, choć tak nie­wiele wie­dzia­łam.

Ale w głębi duszy zro­zu­mia­łam już, że jestem sama, że w pew­nym sen­sie wszy­scy umarli, że nie mogę się do nikogo przy­wią­zy­wać.

Była to jedna z tych nisz­czą­cych, dotkli­wych, wytrą­ca­ją­cych z rów­no­wagi i nie­spra­wie­dli­wych form odse­pa­ro­wa­nia, które nazna­czyły koniec mojego i tak już nie­sta­bil­nego świata.

Nie będzie już śmie­chów, huś­ta­wek, lataw­ców i pio­se­nek Abby, nie będzie już pod­rzu­ca­nia do góry, wiro­wa­nia na rękach rodzi­ców, bajek na dobra­noc.

Wszystko się skoń­czyło.

Dzie­ciń­stwo, bez­tro­ska, naiw­ność, ten dosko­nały świat, w któ­rym łudzisz się, że sta­no­wisz jego cen­trum, roz­piesz­czana i przez wszyst­kich chro­niona, ten świat z dnia na dzień znik­nął, a w jego miej­scu poja­wiła się nie­pew­ność, nie­znana, wroga i prze­ra­ża­jąca rze­czy­wi­stość.

Poja­wili się inni.

Były to dla wszyst­kich bar­dzo trudne lata.

Lata, które nie­od­wra­cal­nie ukształ­to­wały mój spo­sób bycia, przy­no­sząc mi chro­niczny nie­po­kój i nisz­czącą nie­pew­ność, z któ­rymi pró­bo­wa­łam wal­czyć każ­dego dnia.

Lata, które zde­ter­mi­no­wały moje trud­no­ści w obda­rza­niu innych ludzi zaufa­niem i brak wiary, że zostaną oni w moim życiu; spo­dzie­wa­łam się zawsze naj­gor­szego, otu­lona płasz­czem smutku i melan­cho­lii, która stała się moją pod­sta­wową cechą.

Nie winię za to moich rodzi­ców, już nie.

Robi­łam to przez wiele lat, ale teraz myślę, że po pro­stu nie wie­dzieli, jak ze mną postę­po­wać, że byli już zanadto zanu­rzeni w swo­ich kło­po­tach, by pano­wać jesz­cze nad moimi wąt­pli­wo­ściami i lękami.

Ja sama nie wie­dzia­ła­bym, jak sobą pokie­ro­wać.

Hiper­w­raż­liwe dziecko jest istotą wyjąt­kowo deli­katną; stwa­rza rodzi­cowi wiel­kie trud­no­ści, bo zadaje dziwne pyta­nia, wyczuwa nie­do­po­wie­dze­nia, dosto­so­wuje się do nastroju doro­słych na gra­nicy nie­wi­dzial­no­ści, potrze­buje dużo wię­cej zapew­nień i wymaga, by jego nie­zwy­kle inten­sywne emo­cje zostały zaak­cep­to­wane.

A przede wszyst­kim potrze­buje, by je przy­tu­lono i wytłu­ma­czono mu, że wszystko w porządku, że nie ma nic złego w odczu­wa­niu stra­chu, bólu, smutku i zło­ści.

Były to lata sie­dem­dzie­siąte, ale moi rodzice zupeł­nie nie szli z duchem czasu: nie wie­dzieli nic o psy­cho­lo­gii, nie znali dok­tora Spo­cka i nowych teo­rii na temat wycho­wy­wa­nia dzieci. Powta­rzali mi więc nie­ustan­nie, że prze­sa­dzam, robię za dużo scen, że powin­nam zacho­wy­wać się jak inni i muszę prze­stać pła­kać.

A ja pła­ka­łam ze stra­chu, bo wie­dzia­łam, że w szkole będą mnie izo­lo­wać, że ktoś będzie ze mnie kpił, a ja nie będę w sta­nie się obro­nić.

W ten spo­sób szybko nauczy­łam się nie dostrze­gać wszyst­kich uczuć, doznań i emo­cji, któ­rych doświad­cza­łam, bo stało się dla mnie oczy­wi­ste, że to, co czuję w środku, jest pomyłką, to, co myślę, jest pomyłką.

A co za tym idzie, ja też jestem pomyłką.

Gdy dora­sta­łam, wszystko zastą­piła bar­dzo wyraźna emo­cja, którą zaczę­łam odczu­wać nie­ustan­nie: wstyd.

Wstyd z powodu tego, kim jestem, wstyd z powodu mojej nie­zdol­no­ści do przy­sto­so­wa­nia się i nie­zro­zu­mie­nia, w jaki spo­sób funk­cjo­nuje świat.

Żyłam tak, jakby życie mnie prze­ra­stało, było czymś nie­zna­nym, nie­wy­god­nym i prze­ra­ża­ją­cym, czymś, przed czym trzeba ucie­kać, gdzie pieprz rośnie, zamiast oddać się ufnie w jego ramiona. Łudzi­łam się, że z cza­sem to się zmieni, że pew­nego dnia w magiczny spo­sób stanę się taka jak inni i wszystko będzie dobrze.

Ale cze­ka­łam na próżno.

I w ten spo­sób zamknę­łam się w swoim świe­cie, w świe­cie spe­cy­ficz­nej i dziw­nej dziew­czynki.

Małej, obcej istoty, patrzą­cej na rze­czy­wi­stość wiel­kimi, nie­bie­skimi oczami, pró­bu­ją­cej się dosto­so­wać i zro­zu­mieć, i mają­cej jedną tylko pew­ność: że mówi języ­kiem innym niż wszy­scy, odczu­wa­jąc nie­usta­jące napię­cie, strach i ni­gdy nie­roz­pro­szone wąt­pli­wo­ści.

Tak jak­bym miała na gło­wie świe­cący znak, wywo­łu­jący wro­gość także wśród nie­zna­jo­mych.

Moje wej­ście w okres doj­rze­wa­nia było jesz­cze bar­dziej trau­ma­tyczne.

„Drżąca jak struna skrzyp­cowa”, zawy­ro­ko­wała nauczy­cielka wło­skiego, pani Baldi, w pierw­szej kla­sie gim­na­zjum.

Gdyby to zda­nie zapi­sano w książce, brzmia­łoby deli­kat­nie i czule, ale w rze­czy­wi­stym świe­cie tak nie było.

Doj­rze­wa­nie pukało już do drzwi, zaczy­na­li­śmy się bun­to­wać, pisać na dżin­sach i prze­kłu­wać uszy; były to czasy, kiedy chłopcy i dziew­czyny zaczy­nali się obwą­chi­wać, a bycie „wraż­liwą” zamy­kało mnie w swo­istej gablo­cie z har­to­wa­nego szkła, ponie­waż wraż­li­wość to pakiet nio­sący ze sobą całą serię dodat­ków, takich jak draż­li­wość, obra­żal­skość i życie w cią­głym pogo­to­wiu.

Zna­la­złam się w potrza­sku mię­dzy zaka­zami rodzi­ców, któ­rzy – prze­ra­żeni wizją mojego dora­sta­nia i pogrą­żeni w kry­zy­sie mał­żeń­skim – trzy­mali mnie na smy­czy, chro­niąc przed „zagro­że­niami świata”, a nie­uf­no­ścią, jaką wzbu­dza­łam u rówie­śni­ków, nie­ustan­nie odma­wia­jąc przy­łą­cze­nia się do nich. Nie to, że tego nie chcia­łam – chcia­łam roz­pacz­li­wie – ale dla mojego ojca każda nie­winna pry­watka w domu, każde piżama party, które miało się skoń­czyć o dzie­wią­tej wie­czo­rem „nie­przy­zwo­itym” oglą­da­niem odcinka _Róży Wer­salu_, było rów­no­znaczne z rave’em na Wood­stocku, twar­dymi nar­ko­ty­kami i dzi­kim sek­sem.

Więc znowu tkwię na ubo­czu, uzna­wana za nie­to­wa­rzy­ską dzi­waczkę.

„Jest abu­liczna”, powie­dział wręcz do mojej matki w trze­ciej kla­sie gim­na­zjum nauczy­ciel prac tech­nicz­nych, któ­rego bar­dzo chcia­ła­bym dzi­siaj spo­tkać, by spy­tać, co dokład­nie miał na myśli!

Ale matka nie odpo­wie­działa mu: „Prze­pra­szam, ale co ma pan dokład­nie na myśli? Znam swoją córkę i wcale taka nie jest!”. Nie, wró­ciła do domu upo­ko­rzona i wście­kła, gro­żąc mi, że powie o tym ojcu, co zresztą uczy­niła tego samego wie­czoru.

Może­cie sobie wyobra­zić moje zagu­bie­nie. Co ja takiego zro­bi­łam i co mogłam zro­bić, by to napra­wić?

Nikt nawet nie wie­dział, co zna­czy to słowo, któ­rego do dziś nie­na­wi­dzę i ni­gdy w życiu nie uży­łam.

Abu­liczny (l. mn. -ni). – przym. (dosł.) ocię­żały, apa­tyczny, słaby, chwiejny, znu­żony, gnu­śny, nie­pewny, nie­zde­cy­do­wany, obo­jętny, bierny, leniwy, ospały, pasywny.

Ale to mocne i nie­trafne okre­śle­nie użyte przez nauczy­ciela, który dziś przez grupę matek stwo­rzoną na What­sAp­pie zostałby nazwany „tym sukin­sy­nem od tech­niki”, nie zostało odrzu­cone ani podane w wąt­pli­wość, tylko było bez końca powta­rzane, także przez krew­nych i przy­ja­ciół, do tego stop­nia, że stało się dla mnie styg­ma­tem, wyro­kiem.

A potem, bez zapo­wie­dzi, nade­szło pokwi­ta­nie; przy­mu­sowa eks­mi­sja z mojego chu­dego i nie­doj­rza­łego ciałka, w któ­rym uda­wało mi się masko­wać, i zastą­pie­nie go z dnia na dzień przez nie­wy­godne i nie­znane ciało, wyso­kie i zło­żone z aż nadto obfi­tych kształ­tów, nie­sfor­nych wło­sków i cyklu men­stru­acyj­nego, z bonu­sem w postaci naśmie­wa­ją­cych się chło­pa­ków z klasy.

Wtedy naprawdę poczu­łam, że jeśli wcze­śniej mogłam się ukry­wać, teraz nie ma już żad­nej nadziei.

Wciąż nadą­sana, chu­dziutka dziew­czynka z war­ko­czami ustą­piła miej­sca nie­zgrab­nej nasto­latce z nad­wagą, odrzu­ca­nej i nie­ro­zu­mia­nej, któ­rej w szkole szło źle, która wciąż się zako­chi­wała w kolej­nych kre­ty­nach i marzyła, by być wolna i zbun­to­wana jak Madonna, a tym­cza­sem sys­te­ma­tycz­nie przy­cze­piano jej łatkę nie­dojdy.

Teraz już ofi­cjal­nie byłam dla rodzi­ców ogrom­nym roz­cza­ro­wa­niem i nie omiesz­ki­wali wypo­mi­nać mi tego przy każ­dej publicz­nej oka­zji, co w tam­tym cza­sie było „metodą Mon­tes­sori” _par excel­lence_: upo­ko­rzę cię w taki spo­sób, by pobu­dzić cię do więk­szej aktyw­no­ści.

A jeśli rodzina raz ustali, że jesteś „jakaś”, będziesz napięt­no­wana na zawsze.

W jed­nym muszę im przy­znać rację: nie przy­po­mi­na­łam żad­nej z moich rówie­śni­czek, ina­czej się ubie­ra­łam (w głębi serca naprawdę uwa­ża­łam się za Madonnę!), moje zacho­wa­nie było odpy­cha­jące, mina posępna, nie­na­wi­dzi­łam wszyst­kich i odma­wia­łam współ­pracy.

Cho­dzi­łam więc z walk­ma­nem przy­kle­jo­nym do uszu i marzy­łam o ucieczce.

Chcia­łam uciec do Nowego Jorku i tra­fić do szkoły z serialu _Sława_.

A tym­cza­sem rze­czy­wi­stość była taka, że nie wolno mi było nawet wyjść po połu­dniu na lody, bo kto wie, co mogłoby się zda­rzyć.

Ni­gdy nie byłam „w porządku” i nikt nie wie­dział, co ze mną robić, więc jesz­cze szczel­niej zamknę­łam się w świe­cie marzeń, w któ­rym mogłam być wolna, szczę­śliwa i kochana.

Bar­dzo kochana.

Pro­blem leży w tym, że dopóki jesteś dziec­kiem, wszy­scy są mniej wię­cej gotowi ci wyba­czać i akcep­to­wać twój cha­rak­ter, ale gdy dora­stasz, nie możesz się już ukry­wać.

Gdy dora­stasz, nikogo nie inte­re­suje, dla­czego zacho­wu­jesz się w okre­ślony spo­sób, ważne jest tylko to, że stwa­rzasz pro­blemy, jesteś nie­przy­sto­so­wany i powi­nie­neś pró­bo­wać się dopa­so­wać.

By uszczę­śli­wić rodzi­ców, roz­po­czę­łam więc próby upo­dab­nia­nia się do tego, co chcie­liby we mnie widzieć.

Był to cał­ko­wi­cie nie­okre­ślony wize­ru­nek, miał jed­nak speł­niać bar­dzo wyso­kie stan­dardy, któ­rym nie byłam oczy­wi­ście w sta­nie w naj­mniej­szym stop­niu spro­stać.

Nikt by nie był!

Mia­łam być pierw­sza w szkole, naj­lep­sza ze wszyst­kich przed­mio­tów; nie wystar­czało robić cze­goś dla samej przy­jem­no­ści, by wejść w kon­takt z innymi, nie – zawsze był do prze­sko­cze­nia pło­tek rywa­li­za­cji; a ja nie tylko nie mia­łam w sobie ducha współ­za­wod­nic­twa, ale nie czu­łam też żad­nej potrzeby prze­wo­dze­nia w czym­kol­wiek, zaś nauka w szkole spra­wiała mi już wystar­cza­jąco dużo trud­no­ści, by zdać sobie sprawę, że nie, ni­gdy nie będę w czo­łówce.

Ale, co było wów­czas bar­dzo modne, albo byłeś świetny, albo byłeś osłem.

Jeśli więc tego, co robi­łam dobrze, nie robi­łam „wystar­cza­jąco” dobrze, nie pozo­sta­wało mi nic innego, jak przo­do­wać w tym, co wycho­dziło mi naj­le­piej: w porażce.

Mia­łam celo­wać w przy­no­sze­niu rodzi­com roz­cza­ro­wań, bo uszczę­śli­wie­nie ich było po ludzku nie­moż­liwe.

Ja nie wystar­cza­łam.

Ni­gdy.

Chcia­ła­bym coś wyja­śnić. Moi rodzice nie byli złymi ludźmi, ale na pewno nie byli też dosta­tecz­nie prze­ni­kliwi.

Bar­dziej niż uza­sad­nione jest pra­gnie­nie, by dać swoim dzie­ciom to, co naj­lep­sze, widzieć je „zwy­cię­skimi”, patrzeć, jak awan­sują na spo­łecz­nej dra­bi­nie, ale dziecko potrze­buje przede wszyst­kim miło­ści nie­za­leż­nie od wszyst­kiego; ma ono w nosie moż­li­wo­ści i karierę, chce być tylko kochane za to, jakie jest.

Potrze­buje sza­cunku, opieki i sta­ło­ści.

Tym­cza­sem był to nie­koń­czący się kon­flikt, nie­koń­czące się kara­nie, nie­koń­czące się upo­ko­rze­nie.

Dla­tego gdy sły­szę: „Chcia­ła­bym znów mieć szes­na­ście lat”, dostaję gęsiej skórki.

Iro­nia losu polega na tym, że w świe­tle tego, co póź­niej stu­dio­wa­łam i prze­czy­ta­łam na temat bar­dzo wraż­li­wych osób, dopiero dziś oka­zuje się, że rów­nież moi rodzice tacy byli.

Nie bez przy­czyny jest to cecha dzie­dziczna.

A hiper­w­raż­liwy rodzic pod wpły­wem stresu wyrzą­dza wię­cej szkody niż grad.

Staje się agre­sywny, prze­ra­żony, prze­czy sam sobie, jest zagu­biony, nie chroni, zamyka się w sobie i nie wysyła jasnych komu­ni­ka­tów.

Dla dziecka, a potem dla nasto­latka, życie staje się kosz­ma­rem, jeśli pozba­wione jest prze­wod­nika, któ­remu może zaufać.

Nie mia­łam spój­nego i pro­stego życia, moja nauka odby­wała się w spo­sób cha­otyczny i nie­upo­rząd­ko­wany, a ja uwa­ża­łam się za nie­zdolną, bo nie byłam w sta­nie sku­pić się tak jak inni. Wszy­scy moi nauczy­ciele pod­trzy­my­wali więc tezę, że „nie jest głu­pia, ale się nie przy­kłada”, upo­ka­rza­jąc mnie przed całym oto­cze­niem.

Rodzice wycho­dzili ze skóry, wymie­rza­jąc mi kary i zabra­nia­jąc wycho­dze­nia z domu, jeż­dże­nia na sku­te­rze i pro­wa­dze­nia nor­mal­nego życia nasto­latki.

W ten spo­sób, zamu­ro­wana żyw­cem w domu, odkry­łam auten­tyczne i wierne pocie­sze­nie w nutelli. Stała się ona moją nie­za­stą­pioną przy­ja­ciółką. Taką, która ni­gdy nie zdra­dzi i jest zawsze obecna, zamie­nia­jąc mnie jed­no­cze­śnie w nie­zdarną i nie­pewną nasto­latkę, toczącą nie­ustanną walkę z wła­snym cia­łem.

Mój brak poczu­cia wła­snej war­to­ści upo­waż­niał przy­ja­ciół i kole­gów do trak­to­wa­nia mnie jako osoby prze­gra­nej i fak­tycz­nie szybko zaczę­łam prze­gry­wać na całej linii.

Wtedy prze­sta­łam się ubie­rać jak Madonna i ofi­cjal­nie przy­wdzia­łam mój czarny mun­du­rek, któ­rego już ni­gdy potem nie porzu­ci­łam.

Ten kolor naj­le­piej paso­wał do mojej duszy.

Byłam smutna, melan­cho­lijna, zdo­ło­wana, źle się uczy­łam i wciąż zako­chi­wa­łam się w kolej­nych dra­niach.

Ale dla­czego taka się sta­łam? I przede wszyst­kim, czy takie miało być całe moje życie?

Bo jeśli wła­śnie tak miało ono wyglą­dać, to nie, dzię­kuję, wysia­dam na następ­nym przy­stanku…

Napięt­no­wana jako głu­pia, tłu­sta, ocię­żała, nie­zdolna, ta o „okrą­głych ramio­nach”, trak­to­wana tak zarówno w domu, jak i poza nim, co ja tu wła­ści­wie robi­łam?

Dla­tego, kiedy dziś patrzę wstecz, nie wiem, jak zdo­ła­łam dobrnąć do wieku czter­dzie­stu sze­ściu lat, i zbu­do­wać bez kom­pro­mi­sów karierę zawo­dową, z któ­rej mogę być dumna, oraz życie uczu­ciowe godne tej nazwy.

Nie sądzi­łam, że dotrwam do osiem­nastki.

Nie wyda­wało mi się to moż­liwe.

Jak wyglą­da­łoby moje życie w hipo­te­tycz­nej wer­sji _Przy­pad­ko­wej dziew­czyny_?

Gdyby tylko roz­po­znano we mnie hiper­w­raż­liwą, bar­dzo prze­stra­szoną dziew­czynkę o inten­syw­nej emo­cjo­nal­no­ści, gdyby pie­lę­gno­wano we mnie cie­ka­wość, dobroć i inte­li­gen­cję, moje życie byłoby o wiele szczę­śliw­sze.

Praw­do­po­dob­nie dobre 70 pro­cent moich póź­niej­szych trud­no­ści poko­na­ła­bym z dużo więk­szą łatwo­ścią.

Wystar­czyło roz­po­znać, że mia­łam bar­dzo roz­wi­niętą inte­li­gen­cję emo­cjo­nalną, a moja zdol­ność do nauki była jak naj­bar­dziej nor­malna, ale uak­tyw­niała się w spo­sób twór­czy, i potrze­bo­wa­łam mniej liczb, a wię­cej obra­zów, cier­pli­wo­ści, uśmie­chów, uści­sków i wielu, bar­dzo wielu słów otu­chy.

Gdy­bym była chro­niona i ośmie­lana, dora­sta­ła­bym jak nor­malna dziew­czynka, ale nie mia­łam szczę­ścia, by spo­tkać jakie­goś świa­tłego nauczy­ciela.

Kogoś, kto by mi powie­dział, że idzie mi nie naj­go­rzej.

Tym­cza­sem, odkąd się­gam pamię­cią, osa­czała mnie cała masa pogar­dli­wych min, wyrzu­tów, kar i nie­uza­sad­nio­nych znie­wag.

To prze­ko­nało mnie osta­tecz­nie, by być nie­miłą, nie­przy­sto­so­waną, nie­in­te­li­gentną i obno­sić się z anty­pa­tyczną miną.

Tak, dla­tego zawsze przy­cią­ga­łam ludzi goto­wych mnie pro­wo­ko­wać i nikt ni­gdy nie wziął mnie w obronę.

Pierw­szy taki epi­zod musiał mieć miej­sce, gdy mia­łam jakieś dzie­sięć lat, w auto­bu­sie. Byłam chuda, nosi­łam dłu­gie war­ko­cze i, jakby tego było mało, matka ubie­rała mnie w szkocką spód­nicę i białe pod­ko­la­nówki (które w tam­tym cza­sie były istną zmorą). Pew­nego dnia jakaś zupeł­nie mi nie­znana dziew­czynka z lek­ce­wa­żącą miną zwy­my­ślała mnie na czym świat stoi, ot tak, bez powodu.

Tego samego roku, na waka­cjach, ojciec jakie­goś dziecka, korzy­sta­jąc z chwili nie­obec­no­ści moich rodzi­ców, pod­szedł do mnie i ze srogą miną ostrzegł, żebym ni­gdy wię­cej nie trak­to­wała źle jego córeczki. Ni­gdy jej źle nie potrak­to­wałam, a nawet jeśli coś takiego się zda­rzyło, wyobra­żam sobie, że cho­dziło o sprawy, które dwie małe dziew­czynki mogą zała­twić mię­dzy sobą, bez wzy­wa­nia na pomoc posił­ków. Cały następny tydzień spę­dzi­łam w stra­chu, że znów spo­tkam tego czło­wieka.

Nie wspo­mi­na­jąc o tym, że kiedy mia­łam pięt­na­ście lat, jakaś dziew­czyna nawrzu­cała mi na plaży, oskar­ża­jąc o to, że obga­dy­wa­łam ją za ple­cami i pod­wa­la­łam się do jej chło­paka, tyle że, o dziwo, nie zna­łam ani jej, ani jego. Prze­pro­siła mnie po mie­siącu, mówiąc, że ktoś wpro­wa­dził ją w błąd.

A ja przez cały mie­siąc prze­my­ka­łam w cie­niu kabin tak, żeby nikt mnie nie zauwa­żył.

Czę­sto zda­rzało mi się być „sta­wianą w cen­trum” kon­fliktu; dziś przy­pi­suję to mojej emo­cjo­nal­nej kru­cho­ści. Sta­wa­łam się celem, który łatwo było onie­śmie­lić, tak by nie zmie­nił się w dono­si­ciela.

Czę­sto byłam kozłem ofiar­nym, gdy tym­cza­sem inni dobrze wie­dzieli, jak żyć!

Dosko­nale zrów­no­wa­żeni, zawsze przy­go­to­wani, zawsze przy­tomni, zawsze dokładni.

Zobacz, jacy inni są zdolni…

Więc zawsze pró­bo­wa­łam uczyć się od innych, dzia­łać jak inni.

W rezul­ta­cie w pew­nym momen­cie pogu­bi­łam się w tym wszyst­kim.

Całymi latami zadrę­cza­łam się, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, co jest ze mną nie tak, dla­czego moje postrze­ga­nie rze­czy­wi­sto­ści jest trzy razy bar­dziej inten­sywne niż u innych, dla­czego zawsze, wcze­śniej od innych, „wyczu­wam” osoby nega­tywne i fał­szywe, dla­czego jakieś dys­ku­sje cho­dzą mi po gło­wie nawet przez pięć dni, dla­czego prze­szka­dzają mi gło­śne dźwięki, inten­sywne świa­tło, krzy­czący ludzie, dla­czego pewne obrazy z tele­wi­zji spę­dzają mi sen z powiek, dla­czego odczu­wam wszel­kie nie­spra­wie­dli­wo­ści w spo­sób abso­lutny, dla­czego myśl o śmierci innych, poza moją wła­sną, jest dla mnie nie do zaak­cep­to­wa­nia, dla­czego bez powodu ogar­nia mnie stra­pie­nie, bo wydaje mi się, że jestem balo­ni­kiem w świe­cie wypeł­nio­nym szpil­kami…

Mie­rząc się z tymi pyta­niami, wyda­łam na psy­cho­te­ra­peu­tów rów­no­war­tość apar­ta­mentu z tara­sem przy Placu Hisz­pań­skim (zwra­cam uwagę, że wciąż wynaj­muję miesz­ka­nie!), aby prze­ana­li­zo­wali dogłęb­nie każdą moją reak­cję i aby ktoś lep­szy ode mnie wyja­śnił mi, dla­czego zare­ago­wa­łam (albo nie zare­ago­wa­łam) w dany spo­sób. I żeby usły­szeć za grube pie­nią­dze: no już, pro­szę nie prze­sa­dzać.

Wtedy czło­wiek czuje się jesz­cze bar­dziej samotny i nie­zro­zu­miany i myśli, że może czas zacząć zaży­wać leki psy­cho­tro­powe, bo wie, że prze­cież już zawsze będzie jak w kolejce gór­skiej, raz w górę, raz w dół, czę­sto tego samego dnia, i to tylko z powodu rzu­co­nego przez kogoś słowa.

Zaczę­łam więc stu­dio­wać, by zro­zu­mieć, czy to wszystko ma jakieś źró­dło, żeby zna­leźć jakąś ety­kietkę, dia­gnozę, nazwę dla moich zabu­rzeń: od ich listy zawsze docho­dzi się do kate­go­rii.

Ale nie do roz­wią­za­nia pro­blemu.

W końcu, po dłu­gich poszu­ki­wa­niach, zna­la­złam.

Jasne jak słońce, nie­mal banalne, od zawsze przed moimi oczami.

Jestem _osobą wysoko wraż­liwą_, co odkry­łam dopiero ostat­nio dzięki bada­niom ame­ry­kań­skiej psy­cho­te­ra­peutki Ela­ine Aron, praw­dzi­wej pio­nierki w tej dzie­dzi­nie, która w latach dzie­więć­dzie­sią­tych zaczęła stu­dio­wać tę cechę, ni­gdy wcze­śniej nie­braną w pełni pod uwagę, wycho­dząc od samej sie­bie i wła­snych trud­no­ści. To jej tek­sty przy­nio­sły odpo­wiedź, ratu­jąc mi życie.

Potrzeba było czter­dzie­stu czte­rech lat i książki, by zedrzeć ety­kietki i zwró­cić uwagę na „zwy­kłą” cechę cha­rak­teru, jaką jest hiper­w­raż­li­wość, cecha, z którą da się żyć, jeśli tylko przyj­mie się pewną stra­te­gię prze­trwa­nia.

Nie ist­nieją pre­cy­zyjne sta­ty­styki, ale eks­perci mówią o 15–20 pro­cen­tach popu­la­cji, która ma jakąś cechę oso­bo­wo­ści hiper­w­raż­li­wej, wobec 80–85 pro­cent ludzi pozba­wio­nych tej cechy.

Od tam­tego dnia otwo­rzył się przede mną świat.

Zro­zu­mia­łam, że jestem nie tylko wraż­liwa (wszy­scy, poza psy­cho­pa­tami, są w róż­nym stop­niu wraż­liwi), ale „wysoko” wraż­liwa, czyli w stop­niu dużo wyż­szym od nor­mal­nego, i że należę do mniej­szo­ści osób o „cien­kiej skó­rze”, które odczu­wają różne rze­czy w spo­sób dużo bar­dziej inten­sywny i bez­po­średni, a czę­sto nie do znie­sie­nia.

Według wielu badań nauko­wych, w wyniku kom­bi­na­cji przy­czyn bio­lo­gicz­nych i gene­tycz­nych, mamy dużo bar­dziej roz­wi­niętą emo­cjo­nal­ność w sto­sunku do śred­niej i wszystko prze­cho­dzi naj­pierw przez serce, a dopiero potem przez mózg.

Wpro­wa­dza nas to w stan nie­ustan­nego stresu wywo­łu­ją­cego czę­sto zmę­cze­nie, depre­sję i fru­stra­cję.

To pewne: świat, w któ­rym żyjemy, nie jest dla nas.

Ale odkry­cie, że mam tę cechę, przy­nio­sło mi nie­wy­obra­żalną ulgę, odczy­ta­łam całe moje życie w świe­tle tej nowej świa­do­mo­ści i wszystko nabrało sensu.

Oto dla­czego, myśląc o moim kocie Artu­rze, który umarł w 1992 roku, wciąż się wzru­szam, a od 25 czerwca 2009 roku nie mogę słu­chać mojego abso­lut­nego idola Micha­ela Jack­sona (po jego śmierci pła­ka­łam przez pięć kolej­nych dni); oto dla­czego, gdy scho­dzę do przej­ścia pod­ziem­nego w metrze i sły­szę skrzyp­ków gra­ją­cych ścieżkę dźwię­kową _Kina Para­diso_, płyną mi łzy, choć chwilę wcze­śniej się śmia­łam.

Bo struny moich skrzy­piec zaczy­nają wibro­wać tak inten­syw­nie, że tracę oddech. I dzieje się to ot tak, bez uprze­dze­nia.

Oto dla­czego dzi­siaj, po tylu latach, pogo­dzi­łam się z tym, co zamiast za wadę, z dumą uznaję za moją super­moc i jako taką sta­ram się wyko­rzy­sty­wać jak naj­le­piej, by moje życie i życie ota­cza­ją­cych mnie osób roz­kwi­tało dzięki niej. Strzegę tej cechy, kocha­jąc sie­bie jesz­cze bar­dziej, chro­niąc się przed „złymi” i wyko­rzy­stu­jąc swoje odczu­cia (wła­ściwe), które mój brzuch pod­po­wiada mi w każ­dym momen­cie.

No wła­śnie, bo teraz już wiem, że jeśli czuję w tak skrajny spo­sób, to dla­tego, że moje ciało sygna­li­zuje mi nie­bez­pie­czeń­stwo albo potrzebę, i zamiast je igno­ro­wać, wsłu­chuję się w nie i pod­daję sytu­ację oce­nie.

Postę­pu­jąc w ten spo­sób, czuję, że sie­bie sza­nuję, kocham i podą­żam za wła­snym ryt­mem, który jest jedyny i dosko­nały wła­śnie taki jaki jest, choć w oczach innych może się wyda­wać ogra­ni­czony albo uprosz­czony.

Wsłu­chu­jąc się w swoje potrzeby i sza­nu­jąc je, czuję nie­wia­ry­godną wol­ność, czuję, że naprawdę lubie i akcep­tuję sie­bie.

Zdo­ła­łam w końcu odna­leźć i pocie­szyć dziew­czynkę, która potrze­bo­wała uści­sków i wspar­cia, i teraz razem możemy mie­rzyć się z wszyst­kimi desz­czo­wymi i sza­rymi nie­dziel­nymi popo­łu­dniami z uśmie­chem na ustach, otu­lone cie­płym kocem.

Pisa­nie, które poja­wiło się w moim życiu nie­po­strze­że­nie, gdy byłam doro­słą kobietą, stało się wyba­wie­niem, któ­rego nie mia­łam już nadziei zna­leźć, gło­sem doma­ga­ją­cym się ujścia. Upo­rząd­ko­wało moje myśli, zła­go­dziło przy­kro­ści i zmo­dy­fi­ko­wało nie­przy­jemne wspo­mnie­nia, stało się piesz­czotą, która uci­szyła ból ist­nie­nia.

Gdy­bym wie­działa to wcze­śniej, moje życie byłoby nie­po­rów­ny­wal­nie lżej­sze i mogła­bym nim łatwiej pokie­ro­wać; mówię sobie jed­nak, że mam jesz­cze czas na doce­nie­nie wielu innych rze­czy, jeśli zaś jeste­ście ze mną, chcę wam towa­rzy­szyć w tej podróży w stronę zro­zu­mie­nia i akcep­ta­cji tej szcze­gól­nej cechy: wy też zacznie­cie czy­tać na nowo wasze życie i cie­szyć się ota­cza­ją­cymi was kolo­rami.

Bo prze­pięk­nie jest być jed­no­roż­cem!Zanim zaczniemy, mały test…

Zanim zaczniemy,
mały test…

Jesteś osobą hiper­w­raż­liwą, jeśli:

1. Od dzie­ciń­stwa twoi rodzice albo twoi nauczy­ciele uwa­żali cię za dziecko wraż­liwe albo nie­śmiałe, a ty czu­łeś/aś się inna/inny niż rówie­śnicy, nie na miej­scu, nie­ak­cep­to­wany/nie­ak­cep­to­wana.
2. Wyczu­wasz wokół sie­bie różne drobne sprawy: nastroje, spoj­rze­nia, nie­do­po­wie­dze­nia. Zda­rza ci się wejść gdzieś, gdzie nikogo nie znasz, i poczuć od razu, że coś jest nie tak. Tak jakby wewnętrzny radar pozwa­lał ci wychwy­ty­wać stan ducha innych osób i anga­żo­wać się w niego, zarówno w sen­sie pozy­tyw­nym, jak i nega­tyw­nym, do tego stop­nia, że stan ten ci się udziela.
3. Masz bogate i zło­żone życie wewnętrzne: pociąga cię wszystko to, co ma wymiar „duchowy”, wciąż poszu­ku­jesz har­mo­nii i okre­ślasz sie­bie jako osobę twór­czą, pełną fan­ta­zji. Czę­sto sły­szysz, że masz jej za dużo albo że żyjesz z głową w chmu­rach.
4. Ogól­nie sztuka dotyka cię głę­boko, muzyka może przy­nieść ci bar­dzo silne emo­cje, wzru­szasz się na widok piękna: obrazu, stro­nicy książki, tańca, filmu.
5. Jesteś bar­dzo wraż­liwy/wraż­liwa na ból fizyczny i psy­chiczny, twój i innych ludzi.
6. Są dni, kiedy czu­jesz się tak wyczer­pany/wyczer­pana, że musisz zostać w łóżku albo ciem­nym pokoju, czy jakim­kol­wiek miej­scu, gdzie możesz być sam/a ze sobą: hałas, świa­tło, jaki­kol­wiek zewnętrzny bodziec są dla cie­bie w takich chwi­lach nie do znie­sie­nia.
7. Środki pobu­dza­jące i kofe­ina dzia­łają na cie­bie szcze­gól­nie sil­nie.
8. Bar­dzo zatło­czone miej­sca nie są dla cie­bie: jak ognia uni­kasz kon­cer­tów, wiel­kich imprez, lokali, w któ­rych prze­bywa naraz zbyt wielu nad­mier­nie hała­su­ją­cych ludzi. Pośród zamętu czu­jesz jed­no­cze­śnie pobu­dze­nie i wyob­co­wa­nie, jak­byś był/a w bańce.
9. Jesteś per­fek­cjo­ni­stą/ką. Nie zno­sisz się mylić i bar­dzo cię ranią wszel­kie upo­mnie­nia; tro­chę dla­tego, że jesteś draż­liwy/draż­liwa, ale także dla­tego że, nie mogąc się obro­nić, jak­byś chciał/a, odczu­wasz silną fru­stra­cję, a cza­sem praw­dziwy wstyd.
10. Łatwo się prze­ra­żasz i potem długo pozo­sta­jesz wstrzą­śnięty/wstrzą­śnięta.
11. Dener­wu­jesz się, kiedy musisz w krót­kim cza­sie zro­bić wiele rze­czy: czu­jesz się zagu­biony/zagu­biona, przy­tło­czony/przy­tło­czona, chciał­byś/chcia­ła­byś uciec.
12. Kiedy widzisz kogoś, kto czuje się nie­swojo, od razu wiesz, co robić, by poczuł się lepiej, wygod­niej, bar­dziej swo­bod­nie: jesteś zna­ko­mi­tym/zna­ko­mitą słu­chaczką/em, iden­ty­fi­ku­jesz się z bliź­nim i zawsze wiesz, czego roz­mówca potrze­buje. Potra­fisz zaopie­ko­wać się innymi lepiej niż samym/samą sobą.
13. Gdy czu­jesz silny głód, łatwo się iry­tu­jesz, tra­cisz kon­cen­tra­cję i spo­kój.
14. Zmiany mącą twoją rów­no­wagę: prze­pro­wadzka, koniec związku, zwol­nie­nie z pracy, ale także wyjazd, są wyda­rze­niami wywo­łu­ją­cymi bar­dzo silny stres.
15. Ze wszyst­kich sił sta­rasz się zor­ga­ni­zo­wać swoje życie tak, aby uni­kać stre­su­ją­cych sytu­acji. Na wszel­kie spo­soby uni­kasz kon­flik­tów, a gdy znaj­dziesz się w warun­kach rywa­li­za­cji albo jesteś obser­wo­wany/obser­wo­wana pod­czas wyko­ny­wa­nia jakie­goś zada­nia, sta­jesz się tak ner­wowy/ner­wowa albo pobu­dzony/pobu­dzona, że pogar­szasz wynik swo­jego dzia­ła­nia.

Jeśli także wy odnaj­du­je­cie się w tych stwier­dze­niach (ja we wszyst­kich!), z wiel­kim praw­do­po­do­bień­stwem jeste­ście oso­bami wysoko wraż­li­wymi.

Nie powinno was to prze­ra­żać, lecz prze­ciw­nie – rzu­cać świa­tło świa­do­mo­ści na te wszyst­kie chwile, gdy czu­li­ście się dziwni, inni i nie­zro­zu­miani.

Świa­tło to od tej pory oświe­tli waszą nową drogę, po któ­rej bez wąt­pie­nia będzie się szło pro­ściej, z posza­no­wa­niem tej naszej jakże szcze­gól­nej i deli­kat­nej cechy.

Pierw­sza część tej ksiązki wyja­śnia i opi­suje wszyst­kie aspekty hiper­w­raż­li­wo­ści na pod­sta­wie mojego doświad­cze­nia oraz wielu tek­stów napi­sa­nych na ten temat przez Ela­ine Aron i psy­cho­te­ra­peu­tów spe­cja­li­zu­ją­cych się w tym rysie cha­rak­teru (na któ­rych opie­ra­łam się, opra­co­wu­jąc swój test) w taki spo­sób, byście mieli dostęp do jak naj­więk­szej liczby infor­ma­cji i mogli jak naj­le­piej zro­zu­mieć przy­czyny naszych reak­cji i doświad­czeń.

W czę­ści dru­giej znaj­dzie­cie wszyst­kie stra­te­gie pozwa­la­jące jak naj­le­piej żyć z tą super­mocą, zarzą­dzać nią i cie­szyć się jej owo­cami, bo – jeśli dobrze nią pokie­ro­wać – przy­nosi ona naprawdę wiele satys­fak­cji.

A teraz zaczy­namy!Pragnienie, by być jak wszyscy inni

Pra­gnie­nie, by być jak wszy­scy inni

Jestem na przy­ję­ciu, na które bar­dzo chcia­łam pójść, ubie­ra­nie się zajęło mi godzinę, choć i tak koniec koń­ców wybra­łam mój zwy­cza­jowy czarny mun­du­rek, ale teraz czuję się nagle nie na miej­scu, odda­lona lata świetlne stąd, odno­szę wra­że­nie, że jestem nie­wi­dzialna, i – po wymia­nie zwy­cza­jowych grzecz­no­ści – nie przy­cho­dzi mi do głowy nic cie­ka­wego, co mogła­bym powie­dzieć, a widzę, że inni zna­ko­mi­cie się czują, świet­nie bawią i śmieją jak wariaci przy ogłu­sza­ją­cej muzyce, pijąc i paląc.

Czy zda­rza się wam czuć w taki spo­sób? Niczym w bańce? Jak­by­ście byli cał­ko­wi­cie odizo­lo­wani od innych, jakby ist­niała jakaś nie­wi­dzialna bariera oddzie­la­jąca was od reszty świata?

Otóż, jeśli coś takiego wam się zda­rza, mogę tylko powie­dzieć: „Witaj­cie w moim świe­cie!”.

Czuję się tak od zawsze.

Od zawsze roz­pacz­li­wie pró­buję stać się czę­ścią nurtu, ale na koniec czuję się jak łosoś, który pły­nie upo­rczy­wie pod prąd doni­kąd.

Myśla­łam, że z cza­sem to minie, że pew­nego dnia obu­dzę się i będę jak wszy­scy inni, akcep­to­wana, przyj­mo­wana uśmie­chem i pokle­py­wa­niem po ramie­niu, ozna­cza­ją­cym „w końcu jesteś jedną z nas”. Tymcza­sem to ni­gdy nie nastą­piło.

Pozo­sta­wa­łam na obrze­żach, na orbi­cie pla­net dużo ode mnie cie­kaw­szych i bar­dziej wcią­ga­ją­cych, zawsze oddzie­lona od nich grubą zasłoną.

A jedyną rze­czą, jaką potra­fi­łam zro­bić, by cza­sowo zła­go­dzić moje cier­pie­nie, była za każ­dym razem zmiana oto­cze­nia, pracy, mia­sta, zajęć i zain­te­re­so­wań, w płon­nej nadziei, że rze­czy­wi­stość dosto­suje się do mnie, a nie na odwrót.

Że ten magiczny świat „innych” sta­nie się też tro­chę mój.

Ale ni­gdy się tak nie stało, ni­gdy nie zna­la­złam miej­sca, w któ­rym czu­ła­bym się „nor­malna”, a towa­rzy­szące mi wiecz­nie muzyczne tło brzmiało zawsze tak samo: „Jesteś dziwna”.

Jed­nak „dziwna” to przy­miot­nik zbyt ogól­ni­kowy, by wydać wyrok na jakąś osobę, trzeba spre­cy­zo­wać, co to kon­kret­nie zna­czy – bio­rąc pod uwagę, że nie roz­ma­wiam z gołę­biami, nie cho­dzę po głów­nym placu mia­sta w stroju Napo­le­ona i nie sły­szę gło­sów (jesz­cze nie!).

Ludzie uwa­żali mnie za dziwną, bo jako dziecko czę­sto wyska­ki­wa­łam ze zda­niami wpra­wia­ją­cymi wszyst­kich w zdu­mie­nie. Być może usły­sza­łam jakąś kwe­stię, która miała powo­dze­nie wśród doro­słych albo w tele­wi­zji, i powta­rza­łam ją, prze­ko­nana, że osią­gnę taki sam efekt, tym­cza­sem przyj­mo­wano ją chłodno i podejrz­li­wie.

Pamię­tam, jakby to było wczo­raj: mia­łam może trzy­na­ście lat, gdy usły­sza­łam, jak jakaś dziew­czyna chwali nową fry­zurę swo­jej kole­żanki, powta­rza­jąc pod­nie­co­nym gło­sem: „Wyglą­dasz zna­ko­miii­cie!”.

Posia­daczka nowego ucze­sa­nia była tak zado­wo­lona, że posta­no­wi­łam jak naj­szyb­ciej wypró­bo­wać to zda­nie w nadziei, że okażę się sym­pa­tyczna (co aż do końca liceum ni­gdy mi się nie udało).

Kiedy więc tylko spo­tka­łam kole­żankę ze świeżo ścię­tymi wło­sami, pode­szłam do niej i zawo­ła­łam z prze­ko­na­niem: „Wyglą­dasz zna­ko­miii­cie!”. Tyle że ta, zamiast zare­ago­wać uśmie­chem satys­fak­cji, spoj­rzała na mnie krzywo i sobie poszła.

Ni­gdy nie zro­zu­mia­łam, czy fry­zura jej się nie podo­bała, czy też (jak sądzę) cał­ko­wi­cie pomy­li­łam into­na­cję, zacho­wu­jąc się jak głu­pia papuga; pozo­staje fak­tem, że rów­nież ten epi­zod tylko wzmoc­nił moje prze­ko­na­nie, że jestem inna.

I była to prawda: gdy tylko dziew­czyny widziały, że się zbli­żam, trą­cały się łok­ciami, jakby mówiły: „Uwaga, idzie ta dziwna”, nie zapra­szały mnie na imprezy, a jeśli uda­wało mi się zdo­być choć jedną przy­ja­ciółkę, było to dla mnie cudem. Gdy­bym mogła, wsta­wi­ła­bym ją do gabloty, żeby była tylko moja, ale ona miała oczy­wi­ście także inne przy­ja­ciółki i to powo­do­wało, że czu­łam się naj­mniej ważna.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij