Mówili, że jestem zbyt wrażliwa - ebook
Mówili, że jestem zbyt wrażliwa - ebook
Najbardziej osobiste spojrzenie na wysoką wrażliwość
„Całymi latami zadręczałam się, próbując zrozumieć, co jest ze mną nie tak, dlaczego moje postrzeganie rzeczywistości jest trzy razy bardziej intensywne niż u innych, dlaczego zawsze wcześniej od innych „wyczuwam” osoby negatywne i fałszywe, dlaczego jakieś dyskusje chodzą mi po głowie nawet przez pięć dni, dlaczego przeszkadzają mi głośne dźwięki, intensywne światło, krzyczący ludzie, dlaczego pewne obrazy z telewizji spędzają mi sen z powiek, dlaczego odczuwam wszelkie niesprawiedliwości w sposób absolutny, dlaczego myśl o śmierci innych, poza moją własną, jest dla mnie nie do zaakceptowania, dlaczego bez powodu ogarnia mnie strapienie, bo wydaje mi się, że jestem balonikiem w świecie wypełnionym szpilkami...”
(fragment książki)
• Wyczuwasz zmiany nastrojów, wyłapujesz ukradkowe spojrzenia, zauważasz niedopowiedzenia?
• Zdarza ci się wejść do nieznanego sobie miejsca i poczuć od razu, że coś jest nie tak?
• Masz bogate życie wewnętrzne, poszukujesz harmonii, choć czasem cierpisz z powodu natłoku myśli?
• Unikasz koncertów i dużych imprez, bo pośród zamętu czujesz jednocześnie pobudzenie i wyobcowanie, jakbyś była w bańce?
• Kiedy widzisz kogoś, kto czuje się nieswojo, od razu wiesz, co robić, by poczuł się lepiej?
Jeśli na część tych pytań odpowiedziałaś twierdząco, to zapewne jesteś osobą wysoko wrażliwą i z tego powodu było ci czasem w życiu naprawdę ciężko. Dość! Pamiętaj, że wysoka wrażliwość nie jest słabością! To może być twoją tajną siłą. Dzięki temu, ze potrafisz odbierać „mocniej” sygnały wysyłane przez świat, widzisz, ze rzeczywistość mieni się rozmaitymi barwami. Nie odtrącaj ich, ubierz się w nie, bo przepięknie jest być wrażliwcem!
Poznaj strategie pozwalające przekuć wysoką wrażliwość w życiową supermoc, uwolnij się od nieodpowiednich ludzi oraz sytuacji, które cię niszczą, i ciesz się życiem we wszystkich kolorach tęczy.
Ta książka to także klucz do lepszych relacji z kimś bliskim, kto jest wyjątkowo wrażliwy.
Dzięki osobistej perspektywie czytelnik może wreszcie naprawdę zrozumieć co czuje partner, dziecko, rodzic… znaleźć odpowiedzi na nurtujące od dawna pytania i spojrzeć na pewne sytuacje innym okiem.
| Kategoria: | Psychologia |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-67327-62-6 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Erich Fromm
Zawsze wiedziałam, że jestem zbyt wrażliwa.
Już kiedy byłam mała, dostrzegałam, że nie odbieram różnych rzeczy jak inne dzieci, ale czuję je w sposób o wiele głębszy, intensywny, przenikliwy, a moje odczucia umiejscawiają się gdzieś między sercem a brzuchem.
Jednak w żaden sposób nie byłam w stanie ich wyrazić.
Jedno z moich pierwszych wspomnień sięga czasów przedszkola.
Miałam około czterech lat i przeprowadziliśmy się właśnie do Florencji z Mediolanu, gdzie moi rodzice się poznali i pobrali kilka lat wcześniej.
Siedziałam całkiem sama na korytarzu na zielonym krzesełku, dyndając nóżkami i trzymając w ręku kupioną przez ojca focaccię. On pobiegł do biura, a ja nie miałam pojęcia, gdzie jest moja grupa.
Siedziałam cichutko, dopóki nie przyszła po mnie siostra zakonna. Nie poprosiłam nikogo o pomoc, bo się bałam.
Bałam się wszystkiego i wszystkich: ludzi, nieznanego, ciemnej piwnicy, śmierci i opuszczenia. Nie bardzo ufałam nawet Świętemu Mikołajowi. Pora pójścia do łóżka przerażała mnie, a gdy nie mogłam usnąć, leżałam z oczami utkwionymi w ciemności, przekonana, że zostałam sama na ziemi.
Jak Mały Książę.
Kiedy rodzice wyjeżdżali na trzy dni i zostawiali mnie u dziadków, płakałam, jakby mnie porzucali.
Jako jedyna w klasie zadawałam sobie pewne pytania i na pewno nie żyłam z taką lekkością i pogodą ducha jak inne dzieci.
Wchodząc do klasy, nie widziałam flamastrów, gier i kolegów, ale wyczuwałam na przykład, że nauczycielka jest w złym humorze; widziałam pustą ławkę i zastanawiałam się, dlaczego ktoś jest nieobecny, albo dostrzegałam czyjeś dziwne spojrzenie.
Zauważałam „inne” rzeczy, jakiś równoległy wymiar poza rzeczywistością. Nierealny, nienamacalny i niebezpieczny świat, w którym byłam sama.
Czułam, że jestem inna, że jestem pomyłką.
Nie, inaczej, byłam inna i byłam pomyłką.
Żyłam w bańce, z której patrzyłam, jak inni wykonują codzienne czynności, komunikują się i porozumiewają dzięki wrodzonemu instynktowi, jakiemuś niezrozumiałemu, tajemnemu kodowi, do którego nie miałam dostępu, bowiem pozostawał wciąż wielkim znakiem zapytania.
Jak to się działo, że inni byli zawsze ze wszystkim na bieżąco, tacy bystrzy i poinformowani? Dlaczego dla mnie uczenie się na pamięć było torturą, a liczby nie miały żadnego logicznego sensu?
Żyłam w strachu, że czegoś nie zrozumiem, i wstydziłam się, że to wyjdzie na jaw.
Zauważałam, że jestem zawsze trochę z tyłu za grupą, zawsze brakowało mi jakiegoś połączenia, gubiłam się na wycieczce, zapominałam o zadaniach domowych, a czasem, kiedy nauczycielka czytała w klasie tekst do streszczenia, pogrążałam się we własnych myślach i nie miałam pojęcia, co napisać.
Zawsze gdzieś po drodze zostawałam sama.
Bo życie jako takie to było dla mnie za wiele.
Byłam jakby pozbawiona skóry, słowa innych dotykały mnie szczególnie mocno, ich zachowania mnie zdumiewały, przeszkadzało mi wszystko, co nie było linearne, harmonijne, logiczne.
Brutalne obrazy, które widziałam w telewizji, umierające zwierzęta, osierocone dzieci: to wszystko wnikało i zagnieżdżało się we mnie na zawsze.
Nie bez znaczenia jest fakt, że moi rodzice odznaczali się bardzo silnym poczuciem dramatyzmu, dlatego wszystko to, czego nigdy nie należałoby opowiadać dziecku, by nadmiernie go nie wystraszyć (powojenna bieda, śmierć rodziców i przyjaciół, choroba, historie o duchach, porzucenie, wszelkie nieszczęścia i tragedie), powtarzali mi systematycznie na wieczną pamiątkę, z bogactwem szczegółów, przy którym zbladłyby nawet powieści Dickensa.
Szczegółów, które wraz z tym, co sama sobie wyobrażałam, pokrywały i tak już skomplikowaną dla mnie rzeczywistość, czyniąc moje życie trudnym, ciężkim i niezrozumiałym.
Jest takie zdjęcie, na którym jako malutka dziewczynka siedzę w ogrodzie nad morzem z wyrazem twarzy, który, przysięgam, mówi wszystko: mam minę, którą mogę określić tylko jednym słowem: „rozproszona”. Moja twarz wyraża coś pomiędzy zamyśleniem i zakłopotaniem, a oczy przesłania jakiś nieuchwytny smutek, jakbym znajdowała się w innym świecie i zadawała sobie fundamentalne pytania.
Przede wszystkim: co ja tutaj robię?
Jeśli mam być szczera, zastanawiałam się nad tym przez całe życie.
Inne dzieci, czując, że jestem tak bardzo inna i osobliwa, niechętnie ze mną przebywały.
A dzieci, jak wiadomo, specjalnie się nie cackają, gdy chodzi o wykluczenie kogoś, kogo nie rozumieją i uważają za innego.
Wtedy naprawdę zaczęłam się potykać na stromej i śliskiej drodze w górę, która prowadziła mnie donikąd.
I dużo płakałam.
Płakałam ze strachu, gdy dostrzegałam pustkę i samotność, gdy brakowało mi poczucia bezpieczeństwa, przynależności do czegokolwiek, gdy miałam wrażenie, że jestem ciągle gdzieś pomiędzy i inna niż wszyscy.
Nie, prawdę mówiąc, w tym ostatnim przypadku nawet nie płakałam.
Trwałam skamieniała i tyle, bez słów, bez głosu, zawsze z boku albo chorobliwie uwieszona na tych bardzo nielicznych rówieśnikach, którzy okazywali mi sympatię.
W rezultacie izolowano mnie i byłam obiektem kpin; dziś nazwano by to znęcaniem się, wtedy oznaczało popychanie na korytarzu, zabieranie drugiego śniadania albo upokarzające podciąganie do góry spódnicy na oczach wszystkich. Rzeczy, z którymi nie można nic zrobić, bo następnym razem będzie jeszcze gorzej!
Jeśli dla innych dzień spędzony w klasie oznaczał przede wszystkim zabawę i nawiązywanie kontaktów, dla mnie był to nieustanny wysiłek, by jak najmniej rzucać się w oczy.
A długie warkocze i musztardowy golf, który matka uporczywie kazała mi nosić w szóstej klasie, niczego nie ułatwiały…
Problem nie dotyczył tylko sali lekcyjnej albo przerw w szkole, to samo działo się na wszystkich zajęciach, na jakie uczęszczałam: byłam izolowana na lekcjach tańca, siatkówki, pływania.
Nie było rady, rówieśnicy nie chcieli mnie, nie rozmawiali ze mną, nie zapraszali na imprezy, byłam niemile widziana, koniec kropka.
Dzisiaj mogę to nawet zrozumieć: byłam dziewczynką anemiczną, milczącą i nieśmiałą, na pewno nie byłam duszą towarzystwa i przez to okazywałam się wdzięcznym obiektem żartów, to naturalna kolej rzeczy. Niestety bycie ofiarą jest niezwykle bolesne.
Dorastając, odkryłam, że najbardziej znienawidzonym przeze mnie dniem tygodnia jest niedziela: podczas tych pustych, milczących, ciągnących się w nieskończoność godzin, ja, jedynaczka, przy rodzicach, w których małżeństwie właśnie zaczynał się kryzys, naprawdę zrozumiałam znaczenie słowa „lęk”.
To pełzające i niewytłumaczalne wrażenie, że coś, nie wiadomo co, jest nie tak. Nie jest to ból ani zmęczenie, nie ma konkretnej przyczyny, ale jest odbierającą ci oddech mieszanką skrępowania i złego samopoczucia.
Mówię o tym ze znajomością rzeczy, bo odnalazłam mój tajemny pamiętnik ośmiolatki, w którym pisałam: „Czuję coś dziwnego w żołądku, ciągle się boję i nie wiem, co to jest”.
Trwało to do czasu, aż związek moich rodziców, dwóch najbardziej niepasujących do siebie osób na świecie, definitywnie się rozpadł.
Pobrali się młodo, bez pieniędzy i doświadczenia, za to z wielkim pragnieniem, by jak najszybciej wyrwać się z nieszczęśliwych domów, gdzie panowały ciężkie warunki, w nadziei, że odmieni to ich los i że uwolnią się w ten sposób od przeszłości naznaczonej nędzą, depresją i wojną, że zrekompensują sobie to wszystko, a nam, dzieciom, zapewnią lepsze życie.
Kiedy się urodziłam, matka miała dwadzieścia cztery lata i, jak sama twierdziła, była jeszcze dziewczynką, ale pełną entuzjazmu i marzeń; ojciec znalazł posadę w banku i wszystko zaczęło się układać, miało się udać, musiało się udać.
Były to lata, które wszystkim stwarzały możliwość nowego startu, zbudowania pełnego i satysfakcjonującego życia.
Rodzice nie wzięli jednak pod uwagę ciężaru przeszłości, która niosła ze sobą w wielu przypadkach „średniowieczne”, surowe i despotyczne wychowanie, ukryte gdzieś głęboko podejrzenie, że wszelki dobrobyt jest niezasłużony, jak również dziedzictwo ideologiczne niedające się łatwo pogodzić z wolnomyślnym duchem lat siedemdziesiątych.
Myślę, że właśnie to leżało u podstaw konfliktów między nimi. Chcę wierzyć, że się kochali, ale towarzyszyły im też ogromna presja, niepewność i dziedzictwo kulturowe, które trudno było zmienić. Tak jakby ciężar problemów ich przeszłości, a także przeszłości ich rodziców, w pewnym momencie stanął między nimi niczym ostrzeżenie i kazał im się ugiąć.
Przez kilka lat było nam naprawdę dobrze, śmialiśmy się, śpiewaliśmy piosenki Abby, chodziliśmy na huśtawki, puszczaliśmy latawce.
Było poczucie bezpieczeństwa, słodkie obwarzanki i rowerki na czterech kółkach.
W tamtych latach tworzyliśmy szczęśliwą rodzinę. Były to lata długich wakacji nad morzem w Tirreni z dziadkami ze strony mamy, sobót, kiedy ojciec przygotowywał dla wszystkich cudowne zapiekane mozzarelle, a matka wciąż na nowo urządzała nasz dom dzięki swoim nadzwyczajnym talentom manualnym. Pamiętam drzwi ozdobione drzewem cytrynowym z owocami z kolorowych taśm klejących albo zagłówek łóżka obszyty kwiatami wydzierganymi na szydełku. I wciąż uśmiechniętą mamę, szczęśliwą i ufną.
Ale potem przyszły pierwsze kłótnie, oschłe słowa cedzone z gniewem i złośliwością, łzy, strach i moje przemykanie się pod ścianami, żeby się w to nie mieszać, oraz wymyślanie jakiegokolwiek sposobu, by przestali. Udawałam, że wszystko jest dobrze, choć wiedziałam, że już nic nigdy dobrze nie będzie.
Syreny nieustającego alarmu przeciwbombowego szczególnie głośno brzmiały przy stole.
Z tego powodu jeszcze dziś jadam na stojąco oparta o lodówkę.
Doskonale pamiętam tamte wszystkie niekończące się dni, to panujące w domu, namacalne wręcz napięcie, od którego wolałam najuciążliwszy tydzień w szkole.
Ponure, milczące popołudnia spędzane w pokoju albo w towarzystwie dzieci przyjaciół moich rodziców. Musiałam się z nimi grzecznie bawić, nawet jeśli ich nie lubiłam.
Przechwycone w locie strzępy rozmów, chodzenie na paluszkach, żeby nie przeszkadzać, nie stwarzać dodatkowych problemów, i moje próby wymyślenia czegoś, by rozśmieszyć mamę i tatę.
Tak zachowują się bardzo wrażliwe dzieci, gdy ich rodzice się kłócą i zagrażają ich spokojowi: starają się zniknąć, zmienić w cokolwiek, byle tylko przetrwać.
Ponieważ same nie dają sobie rady.
Ja zrobiłabym wszystko, żeby przestali, byśmy znów byli szczęśliwą rodziną, bo oni kazali mi wierzyć, że nasza taka jest.
Potrzebowałam harmonii, świadomości, że mogę ufać rodzicom, że zawsze będą przy mnie, że nie wystarczy jedno niewłaściwe słowo, by wywołać apokalipsę, że mój ojciec nie odejdzie, zostawiając nas same.
Mój i tak już kruchy świat zawalił się nieodwołalnie wraz z ich separacją, gdy miałam niespełna dziesięć lat.
Tak właśnie wyobrażam sobie piekło.
Trwałam nieporuszenie na ruchomych piaskach, nie oddychając, by nie utonąć.
Matka była w zagrożonej ciąży z drugim dzieckiem, ojciec zamieszkał w innym domu.
A ja musiałam być dzielnym żołnierzykiem, choć tak niewiele wiedziałam.
Ale w głębi duszy zrozumiałam już, że jestem sama, że w pewnym sensie wszyscy umarli, że nie mogę się do nikogo przywiązywać.
Była to jedna z tych niszczących, dotkliwych, wytrącających z równowagi i niesprawiedliwych form odseparowania, które naznaczyły koniec mojego i tak już niestabilnego świata.
Nie będzie już śmiechów, huśtawek, latawców i piosenek Abby, nie będzie już podrzucania do góry, wirowania na rękach rodziców, bajek na dobranoc.
Wszystko się skończyło.
Dzieciństwo, beztroska, naiwność, ten doskonały świat, w którym łudzisz się, że stanowisz jego centrum, rozpieszczana i przez wszystkich chroniona, ten świat z dnia na dzień zniknął, a w jego miejscu pojawiła się niepewność, nieznana, wroga i przerażająca rzeczywistość.
Pojawili się inni.
Były to dla wszystkich bardzo trudne lata.
Lata, które nieodwracalnie ukształtowały mój sposób bycia, przynosząc mi chroniczny niepokój i niszczącą niepewność, z którymi próbowałam walczyć każdego dnia.
Lata, które zdeterminowały moje trudności w obdarzaniu innych ludzi zaufaniem i brak wiary, że zostaną oni w moim życiu; spodziewałam się zawsze najgorszego, otulona płaszczem smutku i melancholii, która stała się moją podstawową cechą.
Nie winię za to moich rodziców, już nie.
Robiłam to przez wiele lat, ale teraz myślę, że po prostu nie wiedzieli, jak ze mną postępować, że byli już zanadto zanurzeni w swoich kłopotach, by panować jeszcze nad moimi wątpliwościami i lękami.
Ja sama nie wiedziałabym, jak sobą pokierować.
Hiperwrażliwe dziecko jest istotą wyjątkowo delikatną; stwarza rodzicowi wielkie trudności, bo zadaje dziwne pytania, wyczuwa niedopowiedzenia, dostosowuje się do nastroju dorosłych na granicy niewidzialności, potrzebuje dużo więcej zapewnień i wymaga, by jego niezwykle intensywne emocje zostały zaakceptowane.
A przede wszystkim potrzebuje, by je przytulono i wytłumaczono mu, że wszystko w porządku, że nie ma nic złego w odczuwaniu strachu, bólu, smutku i złości.
Były to lata siedemdziesiąte, ale moi rodzice zupełnie nie szli z duchem czasu: nie wiedzieli nic o psychologii, nie znali doktora Spocka i nowych teorii na temat wychowywania dzieci. Powtarzali mi więc nieustannie, że przesadzam, robię za dużo scen, że powinnam zachowywać się jak inni i muszę przestać płakać.
A ja płakałam ze strachu, bo wiedziałam, że w szkole będą mnie izolować, że ktoś będzie ze mnie kpił, a ja nie będę w stanie się obronić.
W ten sposób szybko nauczyłam się nie dostrzegać wszystkich uczuć, doznań i emocji, których doświadczałam, bo stało się dla mnie oczywiste, że to, co czuję w środku, jest pomyłką, to, co myślę, jest pomyłką.
A co za tym idzie, ja też jestem pomyłką.
Gdy dorastałam, wszystko zastąpiła bardzo wyraźna emocja, którą zaczęłam odczuwać nieustannie: wstyd.
Wstyd z powodu tego, kim jestem, wstyd z powodu mojej niezdolności do przystosowania się i niezrozumienia, w jaki sposób funkcjonuje świat.
Żyłam tak, jakby życie mnie przerastało, było czymś nieznanym, niewygodnym i przerażającym, czymś, przed czym trzeba uciekać, gdzie pieprz rośnie, zamiast oddać się ufnie w jego ramiona. Łudziłam się, że z czasem to się zmieni, że pewnego dnia w magiczny sposób stanę się taka jak inni i wszystko będzie dobrze.
Ale czekałam na próżno.
I w ten sposób zamknęłam się w swoim świecie, w świecie specyficznej i dziwnej dziewczynki.
Małej, obcej istoty, patrzącej na rzeczywistość wielkimi, niebieskimi oczami, próbującej się dostosować i zrozumieć, i mającej jedną tylko pewność: że mówi językiem innym niż wszyscy, odczuwając nieustające napięcie, strach i nigdy nierozproszone wątpliwości.
Tak jakbym miała na głowie świecący znak, wywołujący wrogość także wśród nieznajomych.
Moje wejście w okres dojrzewania było jeszcze bardziej traumatyczne.
„Drżąca jak struna skrzypcowa”, zawyrokowała nauczycielka włoskiego, pani Baldi, w pierwszej klasie gimnazjum.
Gdyby to zdanie zapisano w książce, brzmiałoby delikatnie i czule, ale w rzeczywistym świecie tak nie było.
Dojrzewanie pukało już do drzwi, zaczynaliśmy się buntować, pisać na dżinsach i przekłuwać uszy; były to czasy, kiedy chłopcy i dziewczyny zaczynali się obwąchiwać, a bycie „wrażliwą” zamykało mnie w swoistej gablocie z hartowanego szkła, ponieważ wrażliwość to pakiet niosący ze sobą całą serię dodatków, takich jak drażliwość, obrażalskość i życie w ciągłym pogotowiu.
Znalazłam się w potrzasku między zakazami rodziców, którzy – przerażeni wizją mojego dorastania i pogrążeni w kryzysie małżeńskim – trzymali mnie na smyczy, chroniąc przed „zagrożeniami świata”, a nieufnością, jaką wzbudzałam u rówieśników, nieustannie odmawiając przyłączenia się do nich. Nie to, że tego nie chciałam – chciałam rozpaczliwie – ale dla mojego ojca każda niewinna prywatka w domu, każde piżama party, które miało się skończyć o dziewiątej wieczorem „nieprzyzwoitym” oglądaniem odcinka _Róży Wersalu_, było równoznaczne z rave’em na Woodstocku, twardymi narkotykami i dzikim seksem.
Więc znowu tkwię na uboczu, uznawana za nietowarzyską dziwaczkę.
„Jest abuliczna”, powiedział wręcz do mojej matki w trzeciej klasie gimnazjum nauczyciel prac technicznych, którego bardzo chciałabym dzisiaj spotkać, by spytać, co dokładnie miał na myśli!
Ale matka nie odpowiedziała mu: „Przepraszam, ale co ma pan dokładnie na myśli? Znam swoją córkę i wcale taka nie jest!”. Nie, wróciła do domu upokorzona i wściekła, grożąc mi, że powie o tym ojcu, co zresztą uczyniła tego samego wieczoru.
Możecie sobie wyobrazić moje zagubienie. Co ja takiego zrobiłam i co mogłam zrobić, by to naprawić?
Nikt nawet nie wiedział, co znaczy to słowo, którego do dziś nienawidzę i nigdy w życiu nie użyłam.
Abuliczny (l. mn. -ni). – przym. (dosł.) ociężały, apatyczny, słaby, chwiejny, znużony, gnuśny, niepewny, niezdecydowany, obojętny, bierny, leniwy, ospały, pasywny.
Ale to mocne i nietrafne określenie użyte przez nauczyciela, który dziś przez grupę matek stworzoną na WhatsAppie zostałby nazwany „tym sukinsynem od techniki”, nie zostało odrzucone ani podane w wątpliwość, tylko było bez końca powtarzane, także przez krewnych i przyjaciół, do tego stopnia, że stało się dla mnie stygmatem, wyrokiem.
A potem, bez zapowiedzi, nadeszło pokwitanie; przymusowa eksmisja z mojego chudego i niedojrzałego ciałka, w którym udawało mi się maskować, i zastąpienie go z dnia na dzień przez niewygodne i nieznane ciało, wysokie i złożone z aż nadto obfitych kształtów, niesfornych włosków i cyklu menstruacyjnego, z bonusem w postaci naśmiewających się chłopaków z klasy.
Wtedy naprawdę poczułam, że jeśli wcześniej mogłam się ukrywać, teraz nie ma już żadnej nadziei.
Wciąż nadąsana, chudziutka dziewczynka z warkoczami ustąpiła miejsca niezgrabnej nastolatce z nadwagą, odrzucanej i nierozumianej, której w szkole szło źle, która wciąż się zakochiwała w kolejnych kretynach i marzyła, by być wolna i zbuntowana jak Madonna, a tymczasem systematycznie przyczepiano jej łatkę niedojdy.
Teraz już oficjalnie byłam dla rodziców ogromnym rozczarowaniem i nie omieszkiwali wypominać mi tego przy każdej publicznej okazji, co w tamtym czasie było „metodą Montessori” _par excellence_: upokorzę cię w taki sposób, by pobudzić cię do większej aktywności.
A jeśli rodzina raz ustali, że jesteś „jakaś”, będziesz napiętnowana na zawsze.
W jednym muszę im przyznać rację: nie przypominałam żadnej z moich rówieśniczek, inaczej się ubierałam (w głębi serca naprawdę uważałam się za Madonnę!), moje zachowanie było odpychające, mina posępna, nienawidziłam wszystkich i odmawiałam współpracy.
Chodziłam więc z walkmanem przyklejonym do uszu i marzyłam o ucieczce.
Chciałam uciec do Nowego Jorku i trafić do szkoły z serialu _Sława_.
A tymczasem rzeczywistość była taka, że nie wolno mi było nawet wyjść po południu na lody, bo kto wie, co mogłoby się zdarzyć.
Nigdy nie byłam „w porządku” i nikt nie wiedział, co ze mną robić, więc jeszcze szczelniej zamknęłam się w świecie marzeń, w którym mogłam być wolna, szczęśliwa i kochana.
Bardzo kochana.
Problem leży w tym, że dopóki jesteś dzieckiem, wszyscy są mniej więcej gotowi ci wybaczać i akceptować twój charakter, ale gdy dorastasz, nie możesz się już ukrywać.
Gdy dorastasz, nikogo nie interesuje, dlaczego zachowujesz się w określony sposób, ważne jest tylko to, że stwarzasz problemy, jesteś nieprzystosowany i powinieneś próbować się dopasować.
By uszczęśliwić rodziców, rozpoczęłam więc próby upodabniania się do tego, co chcieliby we mnie widzieć.
Był to całkowicie nieokreślony wizerunek, miał jednak spełniać bardzo wysokie standardy, którym nie byłam oczywiście w stanie w najmniejszym stopniu sprostać.
Nikt by nie był!
Miałam być pierwsza w szkole, najlepsza ze wszystkich przedmiotów; nie wystarczało robić czegoś dla samej przyjemności, by wejść w kontakt z innymi, nie – zawsze był do przeskoczenia płotek rywalizacji; a ja nie tylko nie miałam w sobie ducha współzawodnictwa, ale nie czułam też żadnej potrzeby przewodzenia w czymkolwiek, zaś nauka w szkole sprawiała mi już wystarczająco dużo trudności, by zdać sobie sprawę, że nie, nigdy nie będę w czołówce.
Ale, co było wówczas bardzo modne, albo byłeś świetny, albo byłeś osłem.
Jeśli więc tego, co robiłam dobrze, nie robiłam „wystarczająco” dobrze, nie pozostawało mi nic innego, jak przodować w tym, co wychodziło mi najlepiej: w porażce.
Miałam celować w przynoszeniu rodzicom rozczarowań, bo uszczęśliwienie ich było po ludzku niemożliwe.
Ja nie wystarczałam.
Nigdy.
Chciałabym coś wyjaśnić. Moi rodzice nie byli złymi ludźmi, ale na pewno nie byli też dostatecznie przenikliwi.
Bardziej niż uzasadnione jest pragnienie, by dać swoim dzieciom to, co najlepsze, widzieć je „zwycięskimi”, patrzeć, jak awansują na społecznej drabinie, ale dziecko potrzebuje przede wszystkim miłości niezależnie od wszystkiego; ma ono w nosie możliwości i karierę, chce być tylko kochane za to, jakie jest.
Potrzebuje szacunku, opieki i stałości.
Tymczasem był to niekończący się konflikt, niekończące się karanie, niekończące się upokorzenie.
Dlatego gdy słyszę: „Chciałabym znów mieć szesnaście lat”, dostaję gęsiej skórki.
Ironia losu polega na tym, że w świetle tego, co później studiowałam i przeczytałam na temat bardzo wrażliwych osób, dopiero dziś okazuje się, że również moi rodzice tacy byli.
Nie bez przyczyny jest to cecha dziedziczna.
A hiperwrażliwy rodzic pod wpływem stresu wyrządza więcej szkody niż grad.
Staje się agresywny, przerażony, przeczy sam sobie, jest zagubiony, nie chroni, zamyka się w sobie i nie wysyła jasnych komunikatów.
Dla dziecka, a potem dla nastolatka, życie staje się koszmarem, jeśli pozbawione jest przewodnika, któremu może zaufać.
Nie miałam spójnego i prostego życia, moja nauka odbywała się w sposób chaotyczny i nieuporządkowany, a ja uważałam się za niezdolną, bo nie byłam w stanie skupić się tak jak inni. Wszyscy moi nauczyciele podtrzymywali więc tezę, że „nie jest głupia, ale się nie przykłada”, upokarzając mnie przed całym otoczeniem.
Rodzice wychodzili ze skóry, wymierzając mi kary i zabraniając wychodzenia z domu, jeżdżenia na skuterze i prowadzenia normalnego życia nastolatki.
W ten sposób, zamurowana żywcem w domu, odkryłam autentyczne i wierne pocieszenie w nutelli. Stała się ona moją niezastąpioną przyjaciółką. Taką, która nigdy nie zdradzi i jest zawsze obecna, zamieniając mnie jednocześnie w niezdarną i niepewną nastolatkę, toczącą nieustanną walkę z własnym ciałem.
Mój brak poczucia własnej wartości upoważniał przyjaciół i kolegów do traktowania mnie jako osoby przegranej i faktycznie szybko zaczęłam przegrywać na całej linii.
Wtedy przestałam się ubierać jak Madonna i oficjalnie przywdziałam mój czarny mundurek, którego już nigdy potem nie porzuciłam.
Ten kolor najlepiej pasował do mojej duszy.
Byłam smutna, melancholijna, zdołowana, źle się uczyłam i wciąż zakochiwałam się w kolejnych draniach.
Ale dlaczego taka się stałam? I przede wszystkim, czy takie miało być całe moje życie?
Bo jeśli właśnie tak miało ono wyglądać, to nie, dziękuję, wysiadam na następnym przystanku…
Napiętnowana jako głupia, tłusta, ociężała, niezdolna, ta o „okrągłych ramionach”, traktowana tak zarówno w domu, jak i poza nim, co ja tu właściwie robiłam?
Dlatego, kiedy dziś patrzę wstecz, nie wiem, jak zdołałam dobrnąć do wieku czterdziestu sześciu lat, i zbudować bez kompromisów karierę zawodową, z której mogę być dumna, oraz życie uczuciowe godne tej nazwy.
Nie sądziłam, że dotrwam do osiemnastki.
Nie wydawało mi się to możliwe.
Jak wyglądałoby moje życie w hipotetycznej wersji _Przypadkowej dziewczyny_?
Gdyby tylko rozpoznano we mnie hiperwrażliwą, bardzo przestraszoną dziewczynkę o intensywnej emocjonalności, gdyby pielęgnowano we mnie ciekawość, dobroć i inteligencję, moje życie byłoby o wiele szczęśliwsze.
Prawdopodobnie dobre 70 procent moich późniejszych trudności pokonałabym z dużo większą łatwością.
Wystarczyło rozpoznać, że miałam bardzo rozwiniętą inteligencję emocjonalną, a moja zdolność do nauki była jak najbardziej normalna, ale uaktywniała się w sposób twórczy, i potrzebowałam mniej liczb, a więcej obrazów, cierpliwości, uśmiechów, uścisków i wielu, bardzo wielu słów otuchy.
Gdybym była chroniona i ośmielana, dorastałabym jak normalna dziewczynka, ale nie miałam szczęścia, by spotkać jakiegoś światłego nauczyciela.
Kogoś, kto by mi powiedział, że idzie mi nie najgorzej.
Tymczasem, odkąd sięgam pamięcią, osaczała mnie cała masa pogardliwych min, wyrzutów, kar i nieuzasadnionych zniewag.
To przekonało mnie ostatecznie, by być niemiłą, nieprzystosowaną, nieinteligentną i obnosić się z antypatyczną miną.
Tak, dlatego zawsze przyciągałam ludzi gotowych mnie prowokować i nikt nigdy nie wziął mnie w obronę.
Pierwszy taki epizod musiał mieć miejsce, gdy miałam jakieś dziesięć lat, w autobusie. Byłam chuda, nosiłam długie warkocze i, jakby tego było mało, matka ubierała mnie w szkocką spódnicę i białe podkolanówki (które w tamtym czasie były istną zmorą). Pewnego dnia jakaś zupełnie mi nieznana dziewczynka z lekceważącą miną zwymyślała mnie na czym świat stoi, ot tak, bez powodu.
Tego samego roku, na wakacjach, ojciec jakiegoś dziecka, korzystając z chwili nieobecności moich rodziców, podszedł do mnie i ze srogą miną ostrzegł, żebym nigdy więcej nie traktowała źle jego córeczki. Nigdy jej źle nie potraktowałam, a nawet jeśli coś takiego się zdarzyło, wyobrażam sobie, że chodziło o sprawy, które dwie małe dziewczynki mogą załatwić między sobą, bez wzywania na pomoc posiłków. Cały następny tydzień spędziłam w strachu, że znów spotkam tego człowieka.
Nie wspominając o tym, że kiedy miałam piętnaście lat, jakaś dziewczyna nawrzucała mi na plaży, oskarżając o to, że obgadywałam ją za plecami i podwalałam się do jej chłopaka, tyle że, o dziwo, nie znałam ani jej, ani jego. Przeprosiła mnie po miesiącu, mówiąc, że ktoś wprowadził ją w błąd.
A ja przez cały miesiąc przemykałam w cieniu kabin tak, żeby nikt mnie nie zauważył.
Często zdarzało mi się być „stawianą w centrum” konfliktu; dziś przypisuję to mojej emocjonalnej kruchości. Stawałam się celem, który łatwo było onieśmielić, tak by nie zmienił się w donosiciela.
Często byłam kozłem ofiarnym, gdy tymczasem inni dobrze wiedzieli, jak żyć!
Doskonale zrównoważeni, zawsze przygotowani, zawsze przytomni, zawsze dokładni.
Zobacz, jacy inni są zdolni…
Więc zawsze próbowałam uczyć się od innych, działać jak inni.
W rezultacie w pewnym momencie pogubiłam się w tym wszystkim.
Całymi latami zadręczałam się, próbując zrozumieć, co jest ze mną nie tak, dlaczego moje postrzeganie rzeczywistości jest trzy razy bardziej intensywne niż u innych, dlaczego zawsze, wcześniej od innych, „wyczuwam” osoby negatywne i fałszywe, dlaczego jakieś dyskusje chodzą mi po głowie nawet przez pięć dni, dlaczego przeszkadzają mi głośne dźwięki, intensywne światło, krzyczący ludzie, dlaczego pewne obrazy z telewizji spędzają mi sen z powiek, dlaczego odczuwam wszelkie niesprawiedliwości w sposób absolutny, dlaczego myśl o śmierci innych, poza moją własną, jest dla mnie nie do zaakceptowania, dlaczego bez powodu ogarnia mnie strapienie, bo wydaje mi się, że jestem balonikiem w świecie wypełnionym szpilkami…
Mierząc się z tymi pytaniami, wydałam na psychoterapeutów równowartość apartamentu z tarasem przy Placu Hiszpańskim (zwracam uwagę, że wciąż wynajmuję mieszkanie!), aby przeanalizowali dogłębnie każdą moją reakcję i aby ktoś lepszy ode mnie wyjaśnił mi, dlaczego zareagowałam (albo nie zareagowałam) w dany sposób. I żeby usłyszeć za grube pieniądze: no już, proszę nie przesadzać.
Wtedy człowiek czuje się jeszcze bardziej samotny i niezrozumiany i myśli, że może czas zacząć zażywać leki psychotropowe, bo wie, że przecież już zawsze będzie jak w kolejce górskiej, raz w górę, raz w dół, często tego samego dnia, i to tylko z powodu rzuconego przez kogoś słowa.
Zaczęłam więc studiować, by zrozumieć, czy to wszystko ma jakieś źródło, żeby znaleźć jakąś etykietkę, diagnozę, nazwę dla moich zaburzeń: od ich listy zawsze dochodzi się do kategorii.
Ale nie do rozwiązania problemu.
W końcu, po długich poszukiwaniach, znalazłam.
Jasne jak słońce, niemal banalne, od zawsze przed moimi oczami.
Jestem _osobą wysoko wrażliwą_, co odkryłam dopiero ostatnio dzięki badaniom amerykańskiej psychoterapeutki Elaine Aron, prawdziwej pionierki w tej dziedzinie, która w latach dziewięćdziesiątych zaczęła studiować tę cechę, nigdy wcześniej niebraną w pełni pod uwagę, wychodząc od samej siebie i własnych trudności. To jej teksty przyniosły odpowiedź, ratując mi życie.
Potrzeba było czterdziestu czterech lat i książki, by zedrzeć etykietki i zwrócić uwagę na „zwykłą” cechę charakteru, jaką jest hiperwrażliwość, cecha, z którą da się żyć, jeśli tylko przyjmie się pewną strategię przetrwania.
Nie istnieją precyzyjne statystyki, ale eksperci mówią o 15–20 procentach populacji, która ma jakąś cechę osobowości hiperwrażliwej, wobec 80–85 procent ludzi pozbawionych tej cechy.
Od tamtego dnia otworzył się przede mną świat.
Zrozumiałam, że jestem nie tylko wrażliwa (wszyscy, poza psychopatami, są w różnym stopniu wrażliwi), ale „wysoko” wrażliwa, czyli w stopniu dużo wyższym od normalnego, i że należę do mniejszości osób o „cienkiej skórze”, które odczuwają różne rzeczy w sposób dużo bardziej intensywny i bezpośredni, a często nie do zniesienia.
Według wielu badań naukowych, w wyniku kombinacji przyczyn biologicznych i genetycznych, mamy dużo bardziej rozwiniętą emocjonalność w stosunku do średniej i wszystko przechodzi najpierw przez serce, a dopiero potem przez mózg.
Wprowadza nas to w stan nieustannego stresu wywołującego często zmęczenie, depresję i frustrację.
To pewne: świat, w którym żyjemy, nie jest dla nas.
Ale odkrycie, że mam tę cechę, przyniosło mi niewyobrażalną ulgę, odczytałam całe moje życie w świetle tej nowej świadomości i wszystko nabrało sensu.
Oto dlaczego, myśląc o moim kocie Arturze, który umarł w 1992 roku, wciąż się wzruszam, a od 25 czerwca 2009 roku nie mogę słuchać mojego absolutnego idola Michaela Jacksona (po jego śmierci płakałam przez pięć kolejnych dni); oto dlaczego, gdy schodzę do przejścia podziemnego w metrze i słyszę skrzypków grających ścieżkę dźwiękową _Kina Paradiso_, płyną mi łzy, choć chwilę wcześniej się śmiałam.
Bo struny moich skrzypiec zaczynają wibrować tak intensywnie, że tracę oddech. I dzieje się to ot tak, bez uprzedzenia.
Oto dlaczego dzisiaj, po tylu latach, pogodziłam się z tym, co zamiast za wadę, z dumą uznaję za moją supermoc i jako taką staram się wykorzystywać jak najlepiej, by moje życie i życie otaczających mnie osób rozkwitało dzięki niej. Strzegę tej cechy, kochając siebie jeszcze bardziej, chroniąc się przed „złymi” i wykorzystując swoje odczucia (właściwe), które mój brzuch podpowiada mi w każdym momencie.
No właśnie, bo teraz już wiem, że jeśli czuję w tak skrajny sposób, to dlatego, że moje ciało sygnalizuje mi niebezpieczeństwo albo potrzebę, i zamiast je ignorować, wsłuchuję się w nie i poddaję sytuację ocenie.
Postępując w ten sposób, czuję, że siebie szanuję, kocham i podążam za własnym rytmem, który jest jedyny i doskonały właśnie taki jaki jest, choć w oczach innych może się wydawać ograniczony albo uproszczony.
Wsłuchując się w swoje potrzeby i szanując je, czuję niewiarygodną wolność, czuję, że naprawdę lubie i akceptuję siebie.
Zdołałam w końcu odnaleźć i pocieszyć dziewczynkę, która potrzebowała uścisków i wsparcia, i teraz razem możemy mierzyć się z wszystkimi deszczowymi i szarymi niedzielnymi popołudniami z uśmiechem na ustach, otulone ciepłym kocem.
Pisanie, które pojawiło się w moim życiu niepostrzeżenie, gdy byłam dorosłą kobietą, stało się wybawieniem, którego nie miałam już nadziei znaleźć, głosem domagającym się ujścia. Uporządkowało moje myśli, złagodziło przykrości i zmodyfikowało nieprzyjemne wspomnienia, stało się pieszczotą, która uciszyła ból istnienia.
Gdybym wiedziała to wcześniej, moje życie byłoby nieporównywalnie lżejsze i mogłabym nim łatwiej pokierować; mówię sobie jednak, że mam jeszcze czas na docenienie wielu innych rzeczy, jeśli zaś jesteście ze mną, chcę wam towarzyszyć w tej podróży w stronę zrozumienia i akceptacji tej szczególnej cechy: wy też zaczniecie czytać na nowo wasze życie i cieszyć się otaczającymi was kolorami.
Bo przepięknie jest być jednorożcem!Zanim zaczniemy, mały test…
Zanim zaczniemy,
mały test…
Jesteś osobą hiperwrażliwą, jeśli:
1. Od dzieciństwa twoi rodzice albo twoi nauczyciele uważali cię za dziecko wrażliwe albo nieśmiałe, a ty czułeś/aś się inna/inny niż rówieśnicy, nie na miejscu, nieakceptowany/nieakceptowana.
2. Wyczuwasz wokół siebie różne drobne sprawy: nastroje, spojrzenia, niedopowiedzenia. Zdarza ci się wejść gdzieś, gdzie nikogo nie znasz, i poczuć od razu, że coś jest nie tak. Tak jakby wewnętrzny radar pozwalał ci wychwytywać stan ducha innych osób i angażować się w niego, zarówno w sensie pozytywnym, jak i negatywnym, do tego stopnia, że stan ten ci się udziela.
3. Masz bogate i złożone życie wewnętrzne: pociąga cię wszystko to, co ma wymiar „duchowy”, wciąż poszukujesz harmonii i określasz siebie jako osobę twórczą, pełną fantazji. Często słyszysz, że masz jej za dużo albo że żyjesz z głową w chmurach.
4. Ogólnie sztuka dotyka cię głęboko, muzyka może przynieść ci bardzo silne emocje, wzruszasz się na widok piękna: obrazu, stronicy książki, tańca, filmu.
5. Jesteś bardzo wrażliwy/wrażliwa na ból fizyczny i psychiczny, twój i innych ludzi.
6. Są dni, kiedy czujesz się tak wyczerpany/wyczerpana, że musisz zostać w łóżku albo ciemnym pokoju, czy jakimkolwiek miejscu, gdzie możesz być sam/a ze sobą: hałas, światło, jakikolwiek zewnętrzny bodziec są dla ciebie w takich chwilach nie do zniesienia.
7. Środki pobudzające i kofeina działają na ciebie szczególnie silnie.
8. Bardzo zatłoczone miejsca nie są dla ciebie: jak ognia unikasz koncertów, wielkich imprez, lokali, w których przebywa naraz zbyt wielu nadmiernie hałasujących ludzi. Pośród zamętu czujesz jednocześnie pobudzenie i wyobcowanie, jakbyś był/a w bańce.
9. Jesteś perfekcjonistą/ką. Nie znosisz się mylić i bardzo cię ranią wszelkie upomnienia; trochę dlatego, że jesteś drażliwy/drażliwa, ale także dlatego że, nie mogąc się obronić, jakbyś chciał/a, odczuwasz silną frustrację, a czasem prawdziwy wstyd.
10. Łatwo się przerażasz i potem długo pozostajesz wstrząśnięty/wstrząśnięta.
11. Denerwujesz się, kiedy musisz w krótkim czasie zrobić wiele rzeczy: czujesz się zagubiony/zagubiona, przytłoczony/przytłoczona, chciałbyś/chciałabyś uciec.
12. Kiedy widzisz kogoś, kto czuje się nieswojo, od razu wiesz, co robić, by poczuł się lepiej, wygodniej, bardziej swobodnie: jesteś znakomitym/znakomitą słuchaczką/em, identyfikujesz się z bliźnim i zawsze wiesz, czego rozmówca potrzebuje. Potrafisz zaopiekować się innymi lepiej niż samym/samą sobą.
13. Gdy czujesz silny głód, łatwo się irytujesz, tracisz koncentrację i spokój.
14. Zmiany mącą twoją równowagę: przeprowadzka, koniec związku, zwolnienie z pracy, ale także wyjazd, są wydarzeniami wywołującymi bardzo silny stres.
15. Ze wszystkich sił starasz się zorganizować swoje życie tak, aby unikać stresujących sytuacji. Na wszelkie sposoby unikasz konfliktów, a gdy znajdziesz się w warunkach rywalizacji albo jesteś obserwowany/obserwowana podczas wykonywania jakiegoś zadania, stajesz się tak nerwowy/nerwowa albo pobudzony/pobudzona, że pogarszasz wynik swojego działania.
Jeśli także wy odnajdujecie się w tych stwierdzeniach (ja we wszystkich!), z wielkim prawdopodobieństwem jesteście osobami wysoko wrażliwymi.
Nie powinno was to przerażać, lecz przeciwnie – rzucać światło świadomości na te wszystkie chwile, gdy czuliście się dziwni, inni i niezrozumiani.
Światło to od tej pory oświetli waszą nową drogę, po której bez wątpienia będzie się szło prościej, z poszanowaniem tej naszej jakże szczególnej i delikatnej cechy.
Pierwsza część tej ksiązki wyjaśnia i opisuje wszystkie aspekty hiperwrażliwości na podstawie mojego doświadczenia oraz wielu tekstów napisanych na ten temat przez Elaine Aron i psychoterapeutów specjalizujących się w tym rysie charakteru (na których opierałam się, opracowując swój test) w taki sposób, byście mieli dostęp do jak największej liczby informacji i mogli jak najlepiej zrozumieć przyczyny naszych reakcji i doświadczeń.
W części drugiej znajdziecie wszystkie strategie pozwalające jak najlepiej żyć z tą supermocą, zarządzać nią i cieszyć się jej owocami, bo – jeśli dobrze nią pokierować – przynosi ona naprawdę wiele satysfakcji.
A teraz zaczynamy!Pragnienie, by być jak wszyscy inni
Pragnienie, by być jak wszyscy inni
Jestem na przyjęciu, na które bardzo chciałam pójść, ubieranie się zajęło mi godzinę, choć i tak koniec końców wybrałam mój zwyczajowy czarny mundurek, ale teraz czuję się nagle nie na miejscu, oddalona lata świetlne stąd, odnoszę wrażenie, że jestem niewidzialna, i – po wymianie zwyczajowych grzeczności – nie przychodzi mi do głowy nic ciekawego, co mogłabym powiedzieć, a widzę, że inni znakomicie się czują, świetnie bawią i śmieją jak wariaci przy ogłuszającej muzyce, pijąc i paląc.
Czy zdarza się wam czuć w taki sposób? Niczym w bańce? Jakbyście byli całkowicie odizolowani od innych, jakby istniała jakaś niewidzialna bariera oddzielająca was od reszty świata?
Otóż, jeśli coś takiego wam się zdarza, mogę tylko powiedzieć: „Witajcie w moim świecie!”.
Czuję się tak od zawsze.
Od zawsze rozpaczliwie próbuję stać się częścią nurtu, ale na koniec czuję się jak łosoś, który płynie uporczywie pod prąd donikąd.
Myślałam, że z czasem to minie, że pewnego dnia obudzę się i będę jak wszyscy inni, akceptowana, przyjmowana uśmiechem i poklepywaniem po ramieniu, oznaczającym „w końcu jesteś jedną z nas”. Tymczasem to nigdy nie nastąpiło.
Pozostawałam na obrzeżach, na orbicie planet dużo ode mnie ciekawszych i bardziej wciągających, zawsze oddzielona od nich grubą zasłoną.
A jedyną rzeczą, jaką potrafiłam zrobić, by czasowo złagodzić moje cierpienie, była za każdym razem zmiana otoczenia, pracy, miasta, zajęć i zainteresowań, w płonnej nadziei, że rzeczywistość dostosuje się do mnie, a nie na odwrót.
Że ten magiczny świat „innych” stanie się też trochę mój.
Ale nigdy się tak nie stało, nigdy nie znalazłam miejsca, w którym czułabym się „normalna”, a towarzyszące mi wiecznie muzyczne tło brzmiało zawsze tak samo: „Jesteś dziwna”.
Jednak „dziwna” to przymiotnik zbyt ogólnikowy, by wydać wyrok na jakąś osobę, trzeba sprecyzować, co to konkretnie znaczy – biorąc pod uwagę, że nie rozmawiam z gołębiami, nie chodzę po głównym placu miasta w stroju Napoleona i nie słyszę głosów (jeszcze nie!).
Ludzie uważali mnie za dziwną, bo jako dziecko często wyskakiwałam ze zdaniami wprawiającymi wszystkich w zdumienie. Być może usłyszałam jakąś kwestię, która miała powodzenie wśród dorosłych albo w telewizji, i powtarzałam ją, przekonana, że osiągnę taki sam efekt, tymczasem przyjmowano ją chłodno i podejrzliwie.
Pamiętam, jakby to było wczoraj: miałam może trzynaście lat, gdy usłyszałam, jak jakaś dziewczyna chwali nową fryzurę swojej koleżanki, powtarzając podnieconym głosem: „Wyglądasz znakomiiicie!”.
Posiadaczka nowego uczesania była tak zadowolona, że postanowiłam jak najszybciej wypróbować to zdanie w nadziei, że okażę się sympatyczna (co aż do końca liceum nigdy mi się nie udało).
Kiedy więc tylko spotkałam koleżankę ze świeżo ściętymi włosami, podeszłam do niej i zawołałam z przekonaniem: „Wyglądasz znakomiiicie!”. Tyle że ta, zamiast zareagować uśmiechem satysfakcji, spojrzała na mnie krzywo i sobie poszła.
Nigdy nie zrozumiałam, czy fryzura jej się nie podobała, czy też (jak sądzę) całkowicie pomyliłam intonację, zachowując się jak głupia papuga; pozostaje faktem, że również ten epizod tylko wzmocnił moje przekonanie, że jestem inna.
I była to prawda: gdy tylko dziewczyny widziały, że się zbliżam, trącały się łokciami, jakby mówiły: „Uwaga, idzie ta dziwna”, nie zapraszały mnie na imprezy, a jeśli udawało mi się zdobyć choć jedną przyjaciółkę, było to dla mnie cudem. Gdybym mogła, wstawiłabym ją do gabloty, żeby była tylko moja, ale ona miała oczywiście także inne przyjaciółki i to powodowało, że czułam się najmniej ważna.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki