Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Mówiliśmy do siebie ciszą - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 sierpnia 2026
22,99
2299 pkt
punktów Virtualo

Mówiliśmy do siebie ciszą - ebook

Są drogi, które zaczynają się od planu. I takie, które kończą się tam, gdzie kończy się zaufanie. Dwóch ludzi wyrusza w góry. Jest cel, jest sprzęt, jest droga do przejścia. Na początku wszystko wygląda tak, jak powinno. „Mówiliśmy do siebie ciszą” to opowieść o wspinaniu – ale nie tylko w sensie fizycznym. O wysiłku, który zaczyna się w ciele, a kończy gdzieś głębiej. O języku gór, który nie zawsze da się przełożyć na słowa. To także historia o granicach. O tym, jak cienka potrafi być linia między kontrolą a utratą wszystkiego. I o decyzjach, które podejmuje się wtedy, kiedy nie ma już dobrych rozwiązań. W tle: obce miejsca, napięcie, przypadek i rzeczywistość, która nie zawsze daje drugą szansę. To nie jest książka o zdobywaniu szczytów. To książka o tym, co dzieje się po drodze. Jeśli szukasz historii o przygodzie – znajdziesz tu coś więcej. Jeśli szukasz historii o człowieku pod presją – jesteś blisko.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna polska
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397585423
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Podróż na Wschód

Stali na dworcu, czekając na pociąg. Jedyne, co załatwili w terminie, to wizy; wszystko pozostałe – bilety, lub raczej ich brak, plan podróży, fundusze na wyjazd – miało się zupełnie nijak do ich wcześniejszych zapatrywań. Znali godzinę i dzień odjazdu pociągu. Znali stację początkową i stację docelową. W zarysie nawet wiedzieli, po co tam jadą. Reszta była niewiadomą. Dużym znakiem zapytania.

Niższy, bardziej krępy niż szczupły, z imienia Ernest, był niepoprawnym optymistą. Niewiele dokonał w życiu, ale zdaje się, że nie to było jego celem. Sam twierdził, że za życiową misję obrał sobie odnalezienie celu swego życia. A że go jeszcze nie odnalazł, to cieszył się, mając ciągle cel w życiu. Jego ogorzała od słońca twarz nabrała koloru purpury, liczne piegi – skazy ciała, objawy słabości wobec słońca – czyniły z niego postać raczej wyjątkową niż brzydką, chociaż oczywiście jedno określenie drugiego nie wyklucza. Opalanie, barwienie skóry promieniami słońca upodabnia człowieka do świni, która jest jedynym ssakiem, oprócz ludzi oczywiście, potrafiącym to czynić z widocznym skutkiem. Nikt rzecz jasna nie upodabnia rasy ludzkiej, a tym bardziej biednego Ernesta, do trzody chlewnej. Mimo tak licznych podobieństw zakłada się, że to małpa jest przodkiem człowieka, co czyni ludzi bardziej szlachetnymi z racji pochodzenia.

Ale wróćmy do Ernesta, poczciwego chłopczyny, wręcz filozofa, który swoje lenistwo tłumaczy nieprzystosowaniem świata do jego osoby. Tylko kto tak naprawdę był nieprzystosowany – świat do Ernesta czy Ernest do świata? Tak czy inaczej chłopak lubił nietypowe pomysły, najlepiej takie mało realne do realizacji, podkręcone nutką ryzyka. Sam nie wiedział, czy pragnął popularności, jakby się mogło wydawać, czy też kierowały nim inne pobudki, z których sam sobie nie do końca zdawał sprawę. Na co dzień trzymał się prostej zasady: „Trzeba pracować, by żyć, a nie żyć, by pracować”. Powtarzał ją przy każdej nadarzającej się okazji. Idealnym rozwiązaniem, w jego mniemaniu, było żyć pracą – chciał, by praca była pasją jego życia, jednakże, pomimo usilnych starań, jak dotąd takiej nie znalazł. Cechowały go upór i brak potrzeby posiadania idoli. Nie żeby nie chciał czerpać z czyichś doświadczeń, bo te dla niego wydawały się cenne, ale nie cierpiał gloryfikowania. Miał przekonanie, że to, co do odbiorców dociera, to subiektywna opowieść, świadomie (bądź nieświadomie) ubarwiona, rzadko opisująca słabości, a nader często wyolbrzymiająca zalety, takie jak wytrwałość czy poświęcenie, a przecież to właśnie słabości tak naprawdę czynią nas ludźmi. Wyrzekać się ich to jak wyrzekać się człowieczeństwa. Dziwne jest to, że słabość oznacza coś nagannego, a człowieczeństwo niesamowitą zaletę… Piękny i bezpieczny świat przygody Ernest zostawiał dla czytelników, sam zaś chciał zaznać ryzyka, zimna i strachu, a potem tego żałować. Wiedział, że to właśnie z tego ryzyka, zimna i strachu tworzą się niesamowite opowieści.

Alfred to zupełne przeciwieństwo Ernesta, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Bardziej szczupły niż krępy, górował nad nim wzrostem. Długie, chwytne ręce i powolny tok myślenia zdecydowanie potwierdzały teorię ewolucji. Trzeba zaznaczyć, że to z jego inicjatywy wydarzyło się to całe kaukaskie zamieszanie. Miłość do gór miał we krwi, co jednak w małym stopniu przekładało się na heroiczne dokonania z górami związane czy życiowe przejścia – może po prostu jak do tej pory nie znalazł się w odpowiednim czasie i odpowiednim miejscu. Czytał o górach, śnił o górach i jak przystało na prawdziwego wspinacza znad morza, mało w nie jeździł. Alfred był wiecznym malkontentem i pesymistą. Uwielbiał narzekać, gderać, co niektórych doprowadzało do pasji. Można śmiało powiedzieć, że był spragniony sukcesu, ale nikt mu nie chciał go dać. Czy był leniwy? Nie był. Starał się, ale co zrobić, jak się chce, ale się nie chce, albo się chce, ale nie wychodzi, przez co się nie chce… Na co dzień wykonywał drobne dorywcze prace za równie drobne pieniądze, to często zmuszało go do osiadłego trybu życia, a to z kolei kłóciło się z jego filozofią, która mówiła: „Człowiek ciągle powinien się przemieszczać, nie powinien przywiązywać się do jednego miejsca”. Zazdrościł ludziom posiadającym talent: muzyczny, plastyczny czy też inny, i nie cierpiał tych, którzy – w jego mniemaniu – go marnują, wybierając nudny byt jednego z wielu w społeczeństwie. On, chociaż bez talentu (tak uważał), nie chciał być jednym z wielu.

Obaj bohaterowie tej opowieści nie grzeszyli doświadczeniem ani zbyt wielkimi umiejętnościami, jeśli chodzi o wysokie góry, chociaż bez wątpienia chcieliby uchodzić za ludzi, którzy doskonale wiedzą, co robią. Ich sprzęt, patrząc z perspektywy czasu, pozostawiał wiele do życzenia. Wysłużony namiot z hipermarketu uzyskał funkcję bazowego, natomiast drugi, ten znacznie lepszej jakości, był ich namiotem szturmowym, który towarzyszył im w realizowaniu alpinistycznych planów. Dziaby1 wygrzebane naprędce od zeszłych pokoleń wspinaczy wyłoiły2 więcej niż ich obecni właściciele. Trochę zarobionych pieniędzy i z trudem uzbierany szpej3 stanowiły ich cały majątek. Były to dwie diametralnie odmienne osobowości, banici społeczeństwa, którzy stali się partnerami w podróży i we wspinaczce, świadomie wzajemnie się od siebie uzależnili, oczywiście nie przewidując konsekwencji tego uzależnienia.

Pociąg IC wtaczał się na peron, robiąc wiele hałasu o nic, jak to pociągi. Stukot kół zdawał się nawoływać: ruszamy w drogę, ruszamy w drogę, ruszamy w drogę… Alfred oddał się ostatnim czułościom, tuląc w ramionach wybrankę swego życia. Ich wargi złączyły się w pożegnalnym pocałunku, splecione ciała tworzyły jedną nierozerwalną bryłę. Szeptali sobie pewnie słowa pożegnania, jak już niejeden kochanek swojej kochance i niejedna kochanka swemu wybrankowi. Tymczasem Ernest, nigdy przez nikogo nieżegnany, gramolił się po schodkach pociągu, by wywalczyć jak najlepsze miejsca. Myślał o podróży, nie o rozstaniu, zresztą jak myśleć o rozstaniu, kiedy się z nikim nie rozstawał.

W końcu po długim okresie nieudolnych przygotowań wyruszali w drogę. Plan był prosty. Najpierw Intercity do Warszawy. Następnie kolejką elektryczną do Terespola, skąd jeździł pociąg przez granicę do Brześcia. Stamtąd już bezpośrednio w wymarzone góry. Na Kaukaz!

Oczywiście wsiedli bez biletów, co było zrozumiałe przy ich nadmiarze wolnego czasu. Kto by zdążył zagłębić się w te papierkowe formalności? Papierkowe, bo wymagały zapłaty papierowymi banknotami za potwierdzenie na papierze prawa do przejazdu. Nie stanowiło to jakiegoś problemu i szybko doszli do porozumienia z konduktorem, mając jednak na uwadze, że nie mogą popełnić podobnego niedopatrzenia za wschodnią granicą. A ta granica zbliżała się z godziny na godzinę, z każdym obrotem stalowych kół. Tak naprawdę dopiero dążyli do początku przygody, do granicy, za którą są tylko niepewność, inny język, inny światopogląd krajowców. Docierali do Terespola – ostatniego na ich drodze polskiego miasta.

Pierwszego maja dwa tysiące czwartego roku Unia Europejska wchłonęła Polskę. Pierwszego maja dwa tysiące czwartego Terespol stał się Bramą na Wschód. Bramą, bo pozwala na przejście. Ale także murem, bo oddziela Wschód od Zachodu. Wydarzenie to sprzyjało rozwojowi handlu i turystyki. Codziennie setki miejscowych turystów obładowanych wagonami papierosów i butelkami alkoholu przekraczało granice: pieszo, samochodami, pociągiem. Trzeba przyznać, że przeważał eksport, ale w następnych latach i import miał rozkwitnąć. Powstała szansa na poprawę sytuacji finansowej miejscowych bezrobotnych. Poprawiały się też stosunki społeczne pomiędzy ludnością Białorusi i Polski, podróżowali tymi samymi pociągami, stali w tych samych kolejkach na granicy. Rozwijała się mała turystyka. Celnicy mieli poczucie spełnienia w zawodzie, granica stała się dla nich możliwością wykazania swoich talentów, swojej skuteczności. Kto wie, może i możliwością awansu. To wszystko było możliwe dzięki przyjęciu w poczet krajów Unii, o które Polacy walczyli niemal czternaście lat.

Alfred z Ernestem opuścili pociąg. W końcu na wolności, bez obowiązków, bez trosk codzienności. W tym przygranicznym miasteczku, którego architektura przeczyła jego potędze handlowej. Wiedzieli, że muszą dbać o kondycję, w końcu jechali zdobywać szczyty, pokonywać drogi wspinaczkowe naszpikowane trudnościami, z jakimi jeszcze nigdy się nie mierzyli. Bardzo im zależało na sławieniu dobrej kondycji polskiego narodu na Wschodzie, gdzie – jak wszyscy wiemy – poprzeczka postawiona jest wysoko. Bez regularnego treningu nie mieliby szans. Jak najszybciej zaczęli więc poprawiać formę. Jedno piwko… drugie piwko… w bardzo przyzwoitej cenie: trzy i pół złotego za kufel.

– To co, jeszcze po jednym? – Co raz padało z ust jednego bądź drugiego.

Otoczeni miejscowymi dorobkiewiczami odreagowującymi niedawne godziny pracy na granicy, w kłębach dymu papierosów bez akcyzy, w oparach alkoholu niekoniecznie zakupionego w barze i w rytmach muzyki disco polo czuli się dobrze. Przy sąsiednim stoliku spożywano dopiero co przewiezioną butelczynę. Twarze sąsiadów były spokojne, ciała lekko sponiewierane niemal codziennymi wyprawami do białoruskich sklepów i przeprawami ze służbami celnymi. Ich język na pewno nie należał do salonowych. Przekleństwa w każdym zdaniu, podniesione głosy wprowadzały niepokój w trzeźwych umysłach nieprzywykłych do tego rodzaju dialogów. Jednak Alfred i Ernest nie miewali trzeźwych umysłów nawet bez alkoholu. Dało się wyczuć atmosferę przygranicznego miasteczka, gdzie nie wszystko dzieje się zgodnie z prawem.

Niestety wszystko ma swój początek i koniec. Teraz właśnie kończył się czas oczekiwania i „treningu”. Nadchodził czas przekraczania granicy. Z worami wgramolili się do kolejnego pociągu – jakże innego od tych, którymi jechali wcześniej. Wagony zdecydowanie szersze, na szerszych torach ustawione, i dłuższe. Pod oknami, z lewej jak i z prawej strony, drewniane trzyosobowe ławki, a pomiędzy nimi całkiem szerokie przejście. W obu szczytach wagonu małe wąskie korytarzyki. W jednym znajdowała się toaleta, oczywiście zamykana na czas postoju, drugi natomiast zajmowała prowadnica, odpowiednik polskiego konduktora, a może raczej opiekunka wagonu. Prowadnica, przyodziana w służbowy uniform, witała u wejścia i sprawdzała bilety, służyła radą i dowcipkowała z pasażerami.

Przy samym pojeździe, przy wejściu do wagonów, stali żołnierze straży granicznej. Sprawdzili paszporty naszych bohaterów i wpuścili w strefę oczekiwania. Po tym, jak wsiadło się do pociągu, nie było już możliwości opuszczenia go. Żołnierze przy pojeździe mieli rozkaz nie wypuszczać nikogo i sumiennie rozkaz wykonywali. Granica to linia, kreska na ziemi. Z jednej strony to, z drugiej tamto. Pociąg był właśnie tą kreską, w której utknęli. Nie byli już w Polsce, znajdowali się w wagonie, bez możliwości wyjścia, bo polscy strażnicy stali na zewnątrz. Nie byli też w Białorusi. Ciągle tkwili na granicy.

– Idę za potrzebą, tu wszystkie kible pozamykane. Piwa we mnie buzują – oświadczył Ernest i wysiadł.

– Proszę wsiadać! – zagrzmiał władczo głos młodego strażnika.

– Ale ja muszę za…

– Proszę wsiąść do pociągu – powtórzył groźnie i mało grzecznie żołnierz, zaciskając ręce na broni.

Ernest chciał być posłuszny rozkazom, ale jego pęcherz nie zamierzał być posłuszny jemu, mocz wylewał, przepełniał jego wnętrze. Nie chciał robić problemów rodakowi, ale czemu rodak traktował go jak wroga? Fizjologia nie słucha rozkazów.

– Ja naprawdę muszę… – Odwrócił się i cienkim mocnym strumieniem zmoczył metalowe koła pojazdu.

– Przepraszam – powiedział i ponownie wsiadł do pojazdu.

Pociąg tętnił życiem. Ławki powoli zapełniały się pasażerami. Chłopiec ganiał młodszą siostrę, która, radośnie krzycząc, chowała się pomiędzy siedzeniami. Mężczyzna z tatuażami wpatrywał się w okno, jakby czegoś wyczekiwał. Obok dwie grube panie wychwalały swoje dzieci. Rozmowy zlewały się w ogólny gwar, pośród którego żadna nie górowała nad inną. Żarty, śmiechy tworzyły przyjazną atmosferę. Osobnicy i osobniczki, panie i panowie, a nawet dzieci, spełniwszy przemytnicze zadania, wracali do domu, bądź też po kolejną partię towaru. Prawdziwi turyści byli tu rzadkością, przez co Alfred z Ernestem w końcu mogli poczuć się wyjątkowo – wielkie i ciężkie plecaki, ekwipunek wyprawowy, wyróżniały ich z tłumu. Krajobraz w pociągu jak po bitwie. Poodkręcane tapicerki i sufity dawały świadectwo wydarzeń, które miały miejsce w niedalekiej przeszłości. Alkohol, papierosy poupychane do niedawna we wszystkich zakamarkach już dawno zmieniły właścicieli. Niektórzy tego dnia wygrali walkę z systemem, inni natomiast stracili całość bądź część swoich inwestycji. Dla większości pasażerów dzień jak co dzień.

– Cholera, jedziemy wśród przemytników, jesteśmy w szarej, a może i w czarnej strefie gospodarki. Tylko czemu czuję się, jakbym jechał kolejką podmiejską do Gdyni? Wkoło nas sami przestępcy. Popatrz, ta babcia o kulach to na pewno rasowy gangster, a ta mała dziewczynka to zapewne boss miejscowej mafii. – Alfred roześmiał się małpim głosem.

– Telewizja już na pewno nakręciła pełen napięcia dreszczowiec w tym pociągu. Dobrze, że nie oglądałem, bo na pewno bym wysiadł. A może jesteśmy w ukrytej kamerze? Patrz na nich, przewożą po kilka litrów wódki i zarabiają jedynie na flaszkę! – Teraz śmiali się już obaj.

– Jak byś wysiadł? Przecież już próbowałeś. – Z zaskakującą bystrością zauważył Alfred.

– Teraz już rozumiem te warty przy pociągu, które nie pozwalają się nawet odlać. Dobrze, że się nami opiekują. Dzięki nim czuję się bezpiecznie.

– A ja, jak nie ruszymy, to dzięki nim będę miał mokro w gaciach.

– Trzeba było tyle browaru żłopać? Zresztą przesadzasz, wytrzymasz jeszcze godzinkę.

– Ty jakoś nie wytrzymałeś.

– Sam widziałeś, lałem z narażeniem życia.

– Szkoda, że ci nie odstrzelił. – Alfred tłumił śmiech.

– Myślisz, że by trafił? – Ernest lubił naśmiewać się sam z siebie. Taki instynkt samozachowawczy, dzięki któremu mało kto potrafił wprawić go w zakłopotanie.

– Zresztą wierzysz, że dali im amunicję? – Nawet Alfred na te słowa nie potrafił powstrzymać śmiechu.

Nie myśleli o górach, w które zmierzali. Nie myśleli też o domu, pieniądzach, kobietach czy pracy. Po prostu byli tu i teraz. Mówili, co im ślina na język przyniosła. Cieszyli się swoimi wnioskami i filozofiami. Byli w drodze i tak naprawdę tylko droga się liczyła. Rozmawiali i ta rozmowa sprawiała im przyjemność.

– To dziwne, słuchając w mediach o przemytnikach, rodzi się w nas dreszcz emocji, jakaś nutka strachu przed ludźmi, którzy, wydawałoby się, drastycznie łamią prawo. Jak ostatnio oglądałem dokument „Na granicy”, zdaje się w TVN­-ie, wyobrażałem sobie zbrodniarzy i cwaniaczków, gotowych na wszystko, szorstkich w obyciu rzezimieszków o twarzach napawających strachem. A tu babcie, kobiety z dziećmi, bo na dziecko też można przewieźć dodatkową flaszkę i karton papierosów.

– Coś mi się wydaje, że fortuny to oni nie zbijają. – Alfred błysnął współczuciem dla bliźnich.

– Faktycznie, wykorzystują różnicę ekonomiczną dwóch państw, starając się zarobić na dom, rodzinę. Polacy i Białorusini są tu jedną nacją, a ich przeciwnikami staje się kto? Celnicy – dołączył się w rozważania Ernest.

– Jeszcze nie wiemy, może naszymi też.

– Jak to mówią? Chcesz mieć przyjaciela, to znajdź wspólnego wroga – podjął Ernest.

– Telewizja, telewizja, telewizja. Uczy, oszukuje, wyrabia nasze światopoglądy. Dziennikarze przecież nie szukają prawdy, nie mają na to czasu, szukają sensacji. To mnie wkurza. Robią nam wodę z mózgu – podkręcił Alfred.

– Ja tam ich rozumiem. Szukają sensacji, bo prawda jest nudna, a widzowie wolą być oszukiwani niż nudzeni – skwitował Ernest.

– Czyli nie możemy winić mediów, bo dostarczają nam rozrywki?

– Na to wychodzi. Ale po co gapić się w telewizor, kiedy można jechać w góry.

– Z drugiej strony po co jechać w góry, skoro można się patrzeć w szklany ekran… – Ponownie wybuchli śmiechem.

Na wspólnych rozważaniach szybko minął czas. Przekroczyli granicę. Właściwie opuścili granicę, pociąg był granicą, a oni opuścili pociąg.

W końcu w Brześciu. Biedacy zostali oszukani. Ktoś ukradł im godzinę z życia. Nie chodzi o to, że się postarzeli tak nieoczekiwanie, problem był innego rodzaju. Ich pociąg odjeżdżał co drugi dzień, a oni przez różnicę czasu mieli zaledwie trzydzieści minut do jego odjazdu. Trzydzieści minut na odprawę celną, ponieważ białoruscy celnicy zajmowali się tym na stacji. Te same trzydzieści minut na wymianę pieniędzy i zakup biletów, do tego wszystkiego nie wiedzieli, co, gdzie i jak. Tak naprawdę, Ernesta w ogóle to nie interesowało; był już gdzie indziej i to mu wystarczało. Pojedzie dzisiaj, jutro czy pojutrze, co za różnica.

– Fajnie byłoby dziś pojechać, nie tylko postać na peronie – myślał sobie głośno.

Alfred, mimo swej wiodącej roli, też nie wykazywał zakłopotania.

– Co ma się nie udać, jak może się udać. A jak się nie uda dziś, to na pewno uda się pojutrze. Co ma być, to będzie, a jak nie będzie, to się nic nie stanie. No chyba że się stanie, ale co w takim wypadku można zrobić.

Z czytelniczej perspektywy to trochę niepoprawne, gdyż odbiera wiele wrażeń i emocji związanych z ich stresem. Zagrożeniem wyprawy. Przez ich lekkie podejście do problemu, z którym musieli się zmierzyć, nie można delektować się ich rozpaczą, paniką i nieudacznym krzątaniem w pogoni za utraconymi minutami. Wyłamują się z utartych zasad postępowania i odczuwania, nieświadomie podważając dogmaty dnia codziennego. Wybaczmy im to społeczne zacofanie i delektujmy się prymitywną prostotą ludzi niepotrafiących szanować cennych minut i rozpaczać nad ich utratą.

Stanęli w kolejce do odprawy. Ich inność zwracała uwagę. Nie byli inni z wyglądu, zachowanie też nie było zbyt inne. A jednak byli inni i tę inność od razu spostrzegł białoruski urzędnik celny. Może chodziło o potężne wory szpeju. Ta inność sprawiła, że została im odpuszczona odprawa, wypuszczono ich bocznymi drzwiami. Zaoszczędzili cenne minuty.

– Alfred. Wiesz, gdzie jest kantor? – zapytał Ernest, stojąc pod napisem Abmien waljut.

– Skąd mogę wiedzieć, nawet nie wiem, gdzie są kasy, chociaż niby już tu byłem.

– A to wtedy OK. Na pewno nie wiesz?

Alfred potwierdził skinieniem głowy.

– Znajdziemy. Na pewno znajdziemy.

W tym czasie po peronie snuła się starowinka i wypatrywała potencjalnych ofiar. Raźne i przenikliwe spojrzenie małych niebieskich oczu wkomponowanych w pomarszczoną twarz sondowało postacie snujące się po dworcu. Wtem olśnienie, przykleiła służbowy uśmiech do twarzy i zagadnęła młodzieńców piękną ruszczyzną.

– A wy, malciki, jakie potrzebujecie bilety?

Nie od razu zrozumieli, ich zdolności lingwistyczne nie były zbyt imponujące, jednakże podstawy mieli. Każdy z nich dostał co najmniej ocenę dostateczną na semestr w czasach, kiedy to język rosyjski był obowiązkowym przedmiotem w polskich podstawówkach.

– Kuda? Dokąd jedziecie? Macie bilety? – powtórzyła, widząc na ich twarzach niezrozumienie.

– Nie mamy. Nie mamy biletów. Nie mamy waszych pieniędzy. Musimy wymienić. Nie wiemy, ile musimy ich mieć.

– Nie wiemy, gdzie je wymienić – dodał po cichu Ernest.

– Dokąd jedziecie? Zapłacicie w dolarach. Macie dolary? – Nie dawała za wygraną kobieta.

– Na Kaukaz jedziemy. W Mineralne Wody chcemy. Mamy diengi, dolary.

Babuszka zabrała ich paszporty i krzycząc, wpychała się w kolejkę.

Skąd tyle energii w tym wysłużonym ciele? – pomyślał Ernest.

Nikt nie protestował. Zresztą działo się to tak szybko, że nie było czasu na protesty. Po chwili znowu stała przed nimi, ściskając w wiekowej dłoni cenne papierki.

– Sto dwadzieścia pięć dolarów.

Odliczyli pieniądze. Dokładnie sto dwadzieścia pięć dolarów.

– Balszoje spasiba. – Wręczyli banknoty bez zbytnich targów, wdzięczni babuszce za pomoc. Starowinka pobłogosławiła ich i wskazała drogę na odpowiedni peron.

Wszystko potoczyło się nadzwyczaj pomyślnie i wymagało od nich jedynie mocnych nóg. Gdyby do tego doszła jeszcze potrzeba myślenia, bez wątpienia zabawiliby tam nieco dłużej. Pięć minut przed odjazdem siedzieli już na własnych łóżkach.

Podróż w płackartnym, bo taką opcję wybrali, była już sama w sobie dostatecznym przeżyciem, by skusić się na taką wyprawę. Opcją jest bardziej prywatny przedział w wagonie kupejnym, jednak oni utożsamiali się z proletariatem i imponowały im kontakty z klasą robotniczą i chłopstwem, utożsamiali się z tymi biedniejszymi, mogli w ten sposób poznawać ludzi, ich kulturę, codzienne zwyczaje. Podział klasowy jest, był i będzie. Co nie powinno dziwić przy takim zróżnicowaniu ekonomicznym i intelektualnym jednostek. Pieniądz i władza rozwarstwiają społeczeństwo. Biedny nie zrozumie bogatego, ani syty głodnego. Zamknięci w swojej warstwie, nie odczuwają tego do końca w codziennym życiu, jednakże w aspekcie historycznym czy też socjologicznym to zjawisko staje się widoczne.

Wróćmy jednak do pociągu. Na czym polega różnica pomiędzy kupejnym a płackartnym i w czym tkwi urok takiego podróżowania, które obrali? Kupejny jest odpowiednikiem naszej pierwszej klasy. Wagon podzielony na przedziały, a w każdym z nich cztery łóżka. Na korytarzu dywanik, a przy każdym łóżku osobista lampka. Krótko mówiąc, pełen luksus. Natomiast płackartny to zupełnie inny świat. Wagon bez podziału na przedziały, jedynie rozmieszczenie łóżek tworzy coś w rodzaju boksów, ale w żaden sposób nie izoluje od innych pasażerów. Przy dłuższych trasach wagon staje się wspólnym domem, a sąsiedzi – niemalże rodziną. Biegające dzieciaki, odgłosy imprezy gdzieś na końcu wagonu i rozmowy z sąsiadami sprawiają, że stajesz się częścią tej społeczności. Przez całą podróż na jednym z końców każdego wagonu znajduje się samowar z wrzątkiem, czyli kipiatok, z którego można korzystać do woli, by zaparzyć sobie herbatę czy jakiś inny napój bądź zupkę. W dobrym zwyczaju jest zakup napojów u obsługi. Można wtedy dostać herbatkę w ładnej szklance osadzonej w tandetnie ślicznej metalowej oprawce. U prawadnicy bądź prawadnika wykupuje się pościel w celu poprawienia komfortu podróży i podlizania się obsłudze, która po tym zabiegu patrzy bardziej przychylnym okiem na klientów z diengami.

– Mówiłem, że zdążymy – oznajmił z dumą Alfred.

– Ja nie mówiłem, że nie zdążymy – odparł Ernest tylko po to, by nie milczeć.

– No tak, ale ja mówiłem, że zdążymy.

– Nieważne, co mówiłeś. Ważne, że zdążyliśmy.

– Jak nieważne? Ja gadam i gadam, a ty mnie nie słuchasz?

– Co mówiłeś?

– Tak, mówiłem, nie słuchasz mnie.

– Nie wiem, jak ty, ale ja zalegnę na tej nowiutkiej pościeli. – Ernest zmienił temat, nieudacznie rozprasowując dłonią fałdy na prześcieradle, na którym za chwilę zamierzał się ułożyć. – Żeby mi tak w domu ktoś ścielił… – dodał z rozrzewnieniem.

– Tu ci nikt nie ścieli – wtrącił Alfred.

– No tak, ale tu to co innego. Zresztą w domu też mi nikt nie ścieli.

– Co za żwawa staruszka. Myślisz, że dużo na nas zarobiła?

– Nie mam pojęcia, ale bez niej byśmy teraz patrzyli, jak odjeżdża nasz pociąg. Dobrze, że się przytrafiła na tej stacji.

– Chyba jestem stworzony do leżenia. Pozycja horyzontalna mi służy. – Alfred zaległ na nienagannie pościelonym posłaniu. Lubił dokładność i porządek.

– Pusto tu jakoś.

– Spokojnie, niedługo miejsca się zapełnią – stwierdził Alfred i zapadł w drzemkę.

Zastartowały silniki. Gwizd lokomotywy obwieszczał odjazd. Lekkie szarpniecie. Trzask domykanych drzwi. Znowu byli w drodze. Stalowe koła chwaliły się szynom: jediem na Kawkaz… jediem na Kawkaz… jediem na Kawkaz… Wagony nabierały prędkości. Obrazy za oknem zmieniały się coraz szybciej i szybciej, by w końcu stać się jedną zieloną plamą. Zieloną, bo gnali przez lasy i pola. Taka pozostałość po systemie, utrudnienie dla potencjalnych szpiegów­-fotografów. Pociąg niósł ich przez lasy, pola, łąki skrywające zdobycze byłego imperium: nierentowne bądź opuszczone fabryki, szare kwadratowe osiedla, wizje architektów i polityków epoki.

– Ile będziemy jechać? – zagadnął Ernest trochę znużony stukotem kół.

– Nie mam zielonego pojęcia. Ostatnio jechaliśmy jakieś trzy doby. – Alfred przewrócił się na drugi bok.

– No to się wyleżę. Szkoda, że nie ma piwa – zauważył Ernest.

– Zaopatrzymy się na następnym postoju. – Alfred ponownie przysnął.

Ze stacji na stację zapełniały się puste miejsca. W wagonie panował ukrop. Mężczyźni obnażeni do pasa prezentowali bezwstydnie swoje nagie, nieimponujące torsy. Kobiety zaopatrzone w wachlarze, wykonane pomysłowo z codziennej prasy, wprawiały pracowicie w ruch cząsteczki ciężkiego, parnego powietrza, odczuwając przy tym wyraźną ulgę i sprawiając niejaką ulgę sąsiadom wprawionym w ruch powietrzem.

– Czemu nikt nie otworzy tego pieprzonego okna? – Z wrodzonym sobie taktem zirytował się Alfred.

– Bo się nie da – odpowiedziała siedząca poniżej kobieta polszczyzną skażoną wschodnim akcentem.

– Dobrze pani mówi po polsku – zagadnął zadziwiony Alfred, ciągle mocując się z oknem. – Chodź, Ernest, spróbujemy razem.

– A wy całkiem nieźle po rosyjsku – odparła kobieta.

– Z tym rosyjskim to pani przesadziła – skwitował jak zwykle pogodnie Ernest. – Nie mów, że nie dasz sobie sam rady z głupim oknem – zwrócił się do Alfreda, powoli gramoląc się z łóżka.

Po chwili oboje wisieli na klamce. Prężyli alpinistyczne mięśnie, zapierali się, o co popadło, jednak ciągle bez efektu. Okno ani drgnęło, nie przesunęło się nawet o milimetr. Coś skrzypiało, piszczało i nic poza tym. Współlokatorzy z rozbawieniem oglądali ich zmagania, a oni zawstydzeni swoją niemocą podwajali wysiłki.

– Może łatwiej by było, gdybyście odkluczyli to okno – odezwała się ponownie sąsiadka.

– To one są zakluczone? – Z rezygnacją obrócili się w stronę kobiety.

– Tak, a klucz jest u prawadnicy, jednak nie zawsze chcą go użyczać.

– Nas lubią. Na pewno użyczą. Ta blondynka się do mnie uśmiechała, kiedy koło niej przechodziłem – zaznaczył z dumą Ernest.

– Nie uśmiechała się do ciebie, tylko śmiała się z ciebie, kiedy wsiadając, padłeś z plecakiem do jej stóp – zadrwił Alfred.

– Co ja poradzę, że jej uroda powaliła mnie na kolana. To na pewno miłość. A tu żadnej intymności.

– Zejdź na ziemię, spójrz w lustro.

– Patrzyłem. Jestem jak zwykle uroczy.

– No to załatw ten klucz.

Zabiegi zostały zwieńczone sukcesem. Świeże powietrze wdzierało się przez uchylone okno, dając wytchnienie spoconym ciałom. Alfred z Ernestem pozytywnie zaistnieli w społeczności.

Ich najbliższe sąsiadki okazały się Czeczenkami. Dwie kobiety – emigrantki, które uciekły przed wojną, strachem i wszechobecną śmiercią. Obie pochodziły z okolic Groznego i po latach banicji jechały w rodzinne strony. Dwie panie jednej nacji, wychowane w jednej kulturze, jedna różna od drugiej.

Kamisa była skromną kobietą o śniadej cerze i skórze pooranej niegłębokimi zmarszczkami wyrzeźbionymi przez lata niepewności, tułaczki, ucieczki i walki o spokojne życie. Jej twarz zdobiły brązowe oczy, pełne wiary w lepsze jutro, i nieduży, zgrabny nos. Nie była wysokiego wzrostu, jakieś metr sześćdziesiąt, sięgała Alfredowi dokładnie do ramienia. Długie czarne włosy upinała z tyłu ze względów bardziej praktycznych niż dla urody. Przeżyła czterdzieści dwie wiosny i właśnie za niecały miesiąc miała obchodzić urodziny u swej córki. Szczupła, ale nie do przesady. Jej ogorzałe ciało podpowiadało, że wiele godzin pracowała na dworze, i to całkiem ciężko, co potwierdzały spracowane dłonie. To właśnie ona udzieliła im okiennych porad. Obecnie mieszkała w Polsce, w okolicach Warszawy. Z Czeczenii uciekła dwa lata temu wraz z całą rodziną. Została tylko jedna córka, która wyszła za mąż w rodzinnym kraju i nie chciała uciekać bądź nie miała takiej możliwości. Kamisa jechała do niej w odwiedziny, spragniona widoku pierworodnej i zmęczona tak długim rozstaniem. Miała piękną duszę, której nie zniszczyły wojna i cierpienie. Pięknie piękna, cudownie przeurocza. Ubrana w prostą, zwiewną sukienkę w kwiaty często siadywała przy chłopakach i wachlowała się gazetą.

– Kamisa, jak to naprawdę jest u was z tą wojną? – Ernest znał Czeczenię tylko z migawek w telewizyjnych wiadomościach. A teraz przed nim siedziała prawdziwa Czeczenka będąca jakby bohaterką tych migawek.

– Co masz na myśli?

– No wiesz… co, jak, dlaczego?

– Jak to: co, jak, dlaczego? – oburzył się Alfred będący świeżo po lekturze „Wieży z kamienia” Jagielskiego. – Ruski nie chcą wypuścić ropy z łap. Mają w dupie Czeczeńców. Liczy się tylko kasa.

– To prawda – potwierdziła spokojnym głosem Kamisa. – Ruskie chcą się nas pozbyć, unicestwić, bo domagamy się wolności. Nasze ziemie są cenne i to jest naszym przekleństwem. Putin nie chce się pozbyć tak bogatego regionu. Ruskie z chęcią patrzą, jak wyjeżdżamy, nie robią żadnych trudności, po prostu chcą, by nas nie było. A my mamy swoją kulturę, tradycję i przywiązanie do ziemi, chcemy być wolni.

– My w Polsce uważamy, że polityka Putina jest zła. Chcielibyśmy, żeby Czeczenia była wolna i żeby Ruski zajęły się sobą, a was zostawili w spokoju. – Alfred kulawym rosyjskim ubierał Polaków w swoje poglądy.

– Moim zdaniem Putin dobrze zabiega o ruskie interesy. Stany mają swoich terrorystów w Iraku. Ruskie swoich w Czeczenii. Można pomyśleć, że terroryści wylęgają się z ropy – wtrącił Ernest, jak zwykle nie do końca poważnie.

– Hitlerowcy mieli swoich terrorystów w Polsce, a my ich nazywamy patriotami. – Alfred odniósł się do historii swojego narodu.

– Dla was ta wojna toczy się od dnia, w którym usłyszeliście o niej w mediach. Dla nas toczy się już od dawna i nie skończy się z dnia na dzień. Czeczen od najmłodszych lat wychowywany jest na obrońcę, wojownika, człowieka mężnego, wolnego. Dawne czeczeńskie pozdrowienie brzmi: „Przyjdź wolny”. Najważniejszą, niepoddającą się żadnemu ujarzmieniu potrzebą jest dla Czeczena potrzeba wolności. – Kamisa z dumą kontynuowała swoją opowieść. – Wiecie, co to jest nachczoła?

– A po polsku? – wtrącił Ernest.

– Nie da się tego przetłumaczyć. Nachczoła określa czeczeński charakter. Pojęcie to nie zakłada podziału społeczeństwa według stanu posiadania i rangi. Dlatego u nas nie było nigdy książąt i poddanych. Według tej tradycji wszyscy mężczyźni powyżej piętnastego roku życia są równi i nietykalni.

Ernest powoli zaczynał się nudzić. Piękna opowieść i na dodatek wydawało się, że Kamisa w to wierzy. Może to i była prawda, jednak dla niego… co tu dużo mówić, doganiał go kac, a alkoholu ani kropli. Nie tylko alkoholu, ale i wody, nie licząc tej gorącej w samowarze. Alfreda też dopadało już zmęczenie lub – jak kto woli – symptom dnia wczorajszego.

– Za chwilę kolejna stacja. – Ernest zmienił temat.

– Patrzyłeś, ile tu stoimy?

– Dziesięć minut – wtrąciła Kamisa.

– To wypadamy po zaopatrzenie – zakomunikował radośnie Alfred.

Pasażerowie czekali w kolejce do wyjścia. Pociąg zwalniał, aż w końcu całkowicie się zatrzymał. Tłum wyległ na peron. Przyjemny chłód i świeże powietrze były miłą odmianą po wielogodzinnym leżeniu na pryczy. Ktoś zapalił papierosa, ktoś spacerował, by rozprostować kości. Na każdej stacji nasi alpiniści kręcili się pomiędzy handlującymi jak na bazarze. To był bazar. Ktoś sprzedawał piwo, ktoś inny pierożki, jeszcze inni suszone ryby albo maskotki. Te przystankowe targi były prawdziwą atrakcją. Alfred zawsze targował się i niewiele kupował. Ernest kupował wszystko, czego dotąd nie jadł, bez żadnych targów. Alfreda przekupki szanowały i chwaliły za dobre targi, a Ernesta naciągały na byle co, naśmiewając się pod nosem, że z niego to żaden handlowiec. Nigdy nie wyrabiali się czasowo ze swymi zakupami, a pociąg na nich nie czekał.

------------------------------------------------------------------------
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij