-
nowość
Mrok i światło - ebook
Mrok i światło - ebook
Kolejny tom bestsellerowego cyklu Pierre’a Lemaitre’a „Lata chwały”, którego bohaterami członkowie rodziny Pelletierów.
W 1959 roku Louis Pelletier, podupadający na zdrowiu patriarcha rodu, po likwidacji fabryki mydła, rodzinnej firmy, którą założył w Libanie, repatriuje do Francji, gdzie bolesnym echem wracają do niego wspomnienia z wojny 1914 roku.
François kontynuuje karierę dziennikarską, choć robi to już bez entuzjazmu. Właśnie zastanawia się nad odejściem z gazety, gdy kontaktują się z nim tajne służby, nakłaniając go, by wziął udział w delikatnej operacji wywiadowczej za żelazną kurtyną. Jest szczyt zimnej wojny, a misja w Pradze okazuje się trudniejsza, niż oczekiwano. Jean wciąż tkwi w matni nieudanego małżeństwa, a frustrację wywołaną brakiem uznania w oczach ojca i niepowodzeniami w interesach wciąż rozładowuje w najgorszy możliwy i śmiertelnie ryzykowny sposób.
Mała Colette, od lat wychowywana przez dziadków, wraca do domu, do życia z Jeanem i Geneviève, despotyczną żoną i toksyczną matką, gdzie nieoczekiwanie nawiązuje bliską więź z młodszym bratem Philippem, którego bierze pod swoje skrzydła. Dwoje dzieci odnajdzie w tym nowym przywiązaniu komfort i bezpieczeństwo, których dorośli nie byli w stanie im zapewnić, a postawa wesołej dziewczynki, buntowniczej pasjonatki przyrody, okaże się zapowiedzią oporu przeciwko męskiej dominacji i zarzewiem nadchodzącej rewolucji...
Saga obejmująca trzydzieści lat z dziejów powojennej Francji i jej kolonii – trzydzieści lat społecznego postępu, boomu gospodarczego i względnej prosperity czasów pokoju.
Napisana z zegarmistrzowską precyzją powieść, będąca owocem skrupulatnej dokumentacji i doskonałego wyczucia – sytuacji, postaci i akcji – z uderzającą wyrazistością oddaje ducha i prawdę epoki.
Pierre Lemaitre, laureat Nagrody Goncourtów, jak zwykle bawi się gatunkami, tym razem z nieskrywaną radością eksperymentując z konwencją powieści szpiegowskiej, łącząc ją z sagą rodzinną i kroniką społeczną.
Znakomita lektura dla czytelników powieści szpiegowskich i sensacyjnych, a także trylogii historycznych Kena Folletta – „Filary Ziemi” i „Stulecie” – oraz dla miłośników rodzinnych sag, od Przeminęło z wiatrem po Ojca Chrzestnego.
Potężne dzieło, od którego nie sposób się oderwać. Niezmiennie fascynujący powieściowy fresk, z obsadą barwnych postaci.
„Le Parisien”
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna obca |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8439-089-4 |
| Rozmiar pliku: | 1,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Czy można oczekiwać czegoś jeszcze? Tak – błyskotliwego dowcipu. A tego Lemaitre’owi nie brakuje.
Rok 1959. Zimna wojna trwa w najlepsze, ale Francja po powojennych trudnych czasach powoli wkracza w okres dobrobytu. Rodzina Pelletierów – cała, bo po sprzedaży fabryki mydła w Bejrucie Louis i jego żona wracają do kraju – czerpie z tego profity. Jean rozwija sieć sklepów, Hélène ma szansę na własny program radiowy, a François robi karierę w prasie i telewizji. Nawet kot Joseph ma się dobrze.
Niestety, nad rodziną zaczynają się zbierać czarne chmury: Louis choruje, Jean nie może powściągnąć swoich morderczych zapędów, a François zgodził się przyjąć powierzoną mu przez francuskie tajne służby misję w Pradze, która może się skończyć fatalnie.
Powieść o bardzo poważnych sprawach, o których autor potrafi mówić z przymrużeniem oka. Dla miłośników Francji, którzy niekoniecznie ją idealizują.PIERRE LEMAITRE
Francuski pisarz oraz scenarzysta. Popularność w swoim kraju (w 2023 roku znalazł się na trzecim miejscu rankingu francuskich pisarzy, znacznie wyprzedzając np. Michela Houellebecqa) i za granicą zdobył jako autor powieści kryminalnych.
Szczególnie ważny dla kariery pisarza okazał się rok 2013, kiedy jego kryminał _Alex_ nagrodzono CWA International Dagger, a _Do zobaczenia w zaświatach_ – powieści rozpoczynającej trylogię _Dzieci katastrofy_, wykraczającej poza ramy gatunku uprawianego dotąd przez Lemaitre’a – przyznano najważniejsze francuskie wyróżnienie literackie, Nagrodę Goncourtów. Kolejne dwie książki z tego cyklu, _Kolory ognia_ i _Lustro naszych smutków_, ugruntowały jego pozycję wśród autorów literatury pięknej.
_Wielki świat_, _Cisza i gniew_ oraz _Mrok i światło_, należące do epickiego cyklu Lata chwały, ukazują niezwykłą łatwość i wdzięk, z jakimi Lemaitre porusza się między gatunkami: prozą obyczajową, historyczną, przygodową, kryminalną i literacką.
Pierre Lemaitre jest współautorem scenariusza brawurowej ekranizacji Do zobaczenia w zaświatach, w reżyserii Alberta Dupontela, która w 2018 roku zdobyła aż 5 statuetek Cezara, a także adaptacji filmowej powieści _Kolory ognia_.1
Innego wyjaśnienia nie widzę
Przez dłuższą chwilę Colette obserwowała farmę, jakby groziło jej jakieś niebezpieczeństwo, którego nie dostrzegała. Zagrożenie było tuż przed nią, wiedziała o tym, mimo to zerknęła niespokojnie w drugą stronę i nadstawiła ucho. Wieś rozbrzmiewała bzyczeniem much, liście kasztanowców drżały falami. Najgłośniejsze było serce Colette, które ogłuszająco waliło; w skroniach pulsowała jej krew. Nagle dziewczynka zadrżała. Pies musiał ją wyczuć, bo zaczął wściekle ujadać. Paskudny brytan, wielki jak cielę, z błyszczącymi zębami, często uciekał, atakował ludzi i bez powodu ich gryzł. Odkąd przyjechali żandarmi, Macagne za dnia trzymał go na uwięzi – tylko on mógł się do niego zbliżyć.
I kot Colette, Joseph.
Pies i kot się nienawidzili. Joseph regularnie przechodził przez pole, by leniwie usiąść na najniższej gałęzi lipy i naigrawać się z niego, niemal w zasięgu łańcucha, ale nie całkiem, a pies szalał. Joseph tymczasem mył się i wpatrywał w niego z uśmiechem; Colette nieraz to widziała.
Tyle że tym razem to ona musiała uważać, by nie znaleźć się w zasięgu łańcucha.
Na farmie stał długi budynek, którego piętro służyło do składowania paszy, z dużym dziedzińcem od frontu, pylistym w okresie suszy, błotnistym przy pierwszej ulewie. Po lewej stronie był garaż na pojazdy rolnicze (zwłaszcza traktor Renault D22, czerwony R 7O52, jeszcze błyszczący, bo był tu dopiero od miesiąca), a po prawej – bezładne skupisko warsztatów i przybudówek, w których Macagne trzymał narzędzia.
I środki owadobójcze.
Colette ostrożnie odsunęła słomę maskującą otwór w ogrodzeniu – zrobiła go sama w miejscu, które wydało jej się najdogodniejsze, żeby mogła obejść tyły domu przez nikogo niezauważona. Wcześniej nie była w stanie podnieść siatki, by utorować sobie drogę; nie miała dość siły, choć była duża jak na dziesięciolatkę. Dopiero następnego dnia, gdy przyniosła po-
życzone od dziadka cęgi, udało jej się, chociaż z trudem, odsłonić przestrzeń pozwalającą prześlizgnąć się tak, by nie podrzeć ubrania.
Nagle znieruchomiała…
Pies umilkł.
O mało nie uciekła, ale jednak została. Serce waliło jej mocno, z trudem oddychała i na chwilę wszystko zakręciło się jej przed oczami. Musiała się oprzeć o ogrodzenie.
Doszła do siebie, gdy poczuła jego stabilność i chłód.
Usłyszała szczekanie.
Podjęła decyzję.
Odetchnęła głęboko, położyła się na ziemi, przeczołgała się pod siatką i stanęła po drugiej stronie.
Wybrała tę niedzielę, ponieważ była pewna, że Macagne nie wróci wcześniej niż wieczorem; on i jego kumpel Daniel upijali się w kawiarni na placu, udając, że grają w kości. Musiała jednak wrócić do domu, nim zauważą jej nieobecność; matka miała niesamowitego nosa.
Colette wyjęła z kieszeni kuchenny nóż i powoli ruszyła w stronę przybudówki.
• • •
– Loulou, nie widziałeś mojego kuchennego noża, tego z czarnym trzonkiem? – zwróciła się Angèle do męża.
Nie usłyszała odpowiedzi, bo koło niej kręciła się czwórka wnucząt, krzycząc i wymachując łyżkami; tak naprawdę tylko trójka, ponieważ Philippe siedział na taborecie i z wyniosłą miną spoglądał na kuzynów, obserwując ich mały świat z wyżyn piedestału.
– Nie przyjdziesz spróbować czekolady, kochanie? – zapytała Angèle.
– Nie – odpowiedział z dumą. – Mama nie pozwala.
Jego matka nie chciała, żeby się pobrudził i poplamił ubranie. Nawet jeśli powiedział to z wielką dumą, jego babcia wiedziała, że robił to wbrew sobie. Na znak odmowy założył ręce, lecz popatrywał na rok młodszą Annie. Gdyby nie zakaz matki, wylizałby wraz z nią dno rondla. Uważał, że nawet z umazanymi ustami jego kuzynka jest bardzo ładna.
– No dobrze – rzuciła Angèle. – To teraz wybierzemy pokoje na to lato.
Rozległy się okrzyki radości.
Wiedząc, jak bardzo wnuki uwielbiają ten rytuał, powtarzała go trzy razy do roku. Na początek roku szkolnego wybierało się pokoje na wakacje gwiazdkowe, na początku stycznia robiono to samo pod kątem Wielkanocy, a od kwietnia organizowano noclegi na wakacje. Wynik tych ostrych negocjacji był bez znaczenia. Po nastaniu nocy i tak wymieniali się miejscami, wyobrażając sobie, że ich babcia tego nie widzi.
Wszyscy ruszyli biegiem na schody. Philippe założył nogę na nogę, zdecydowany w tym nie uczestniczyć, ale było to zbyt wielkie wyzwanie. W końcu chęć podążenia za Annie przeważyła, westchnął i wstał (jak na swój wiek był bardzo wysoki).
Na piętrze Angèle, trzymając Martine na rękach, otworzyła pierwsze drzwi.
– Co byś powiedziała, Annie, na ten pokój?
– Nie, miałam go już ostatnim razem! – Annie lekko sepleniła, co nie przeszkadzało jej być gadatliwą.
– Chcesz spać w tym samym pokoju co mój brat? – zapytała Martine.
– Tutaj jest jak w szkole – oświadczyła Angèle. – Dziewczynki z dziewczynkami, chłopcy z chłopcami.
– Boję się spać w tym pokoju. – Annie przytuliła misia, z którym nigdy się nie rozstawała.
– W porządku, zobaczmy więc następny. – Jej babcia zerknęła niespokojnie za okno. Wiedziała, że Colette nie cierpi tego rytuału, nic więc dziwnego, że uciekła, by go uniknąć. Jest z nich najstarsza i uważa to za dziecinadę, pomyślała Angèle.
Jak długo nie ma jej w domu? – zaczęła się zastanawiać.
Angèle omiotła spojrzeniem widoczny fragment parku, ale nie zauważyła Colette. Właśnie próbowała sobie przypomnieć, kiedy ją ostatnio widziała, kiedy kot – również zaniepokojony – wskoczył na parapet i wyjrzał na zewnątrz.
Joseph miał długie łapy, ucięty kawałek ucha i teoretycznie należał do całej rodziny Pelletierów. Mieszkał u Hélène, u François, ale ostatecznie wybrał Colette. Tych dwoje się uwielbiało.
Dzieci zaczęły się niecierpliwić, Angèle ruszyła więc dalej korytarzem.
Joseph został i w dalszym ciągu wpatrywał się w park.
– Dla kogo niebieski pokój?
Philippe podążał za nimi, zupełnie niezainteresowany. Nie uczestniczył w podziale pokoi, bo w wieku siedmiu lat wciąż spał z matką.
„Jest duży, mógłby już spać osobno”, zwracała się czasem do synowej Angèle, którą niepokoiła ta sytuacja.
Geneviève zbywała ten argument machnięciem ręki.
„Nie zasnąłby, znam go! – mówiła. – A zresztą wiesz, że osoby spod znaku Barana potrzebują rutyny”.
Ponieważ odkąd opuścili klinikę położniczą, Philippe nie opuścił łóżka matki, w rodzinie zastanawiano się, jak wygląda pożycie małżeńskie jego rodziców. Jak to robili? I kiedy? Nasuwające się domysły nie przystawały do wyobrażenia, jakie mieli o Jeanie, Geneviève i ich obojgu razem. Jean, ustępując miejsca synowi, skazał się na wygnanie do pokoju w głębi korytarza; już od dawna, od czasu podróży poślubnej, nie uprawiał seksu z żoną.
– Czy wiesz, gdzie jest Colette? – spytała męża Angèle, idąc w dół po schodach za dziećmi, które wciąż jeszcze sprzeczały się o pokoje.
Louis właśnie przechodził przez kuchnię, niosąc trzy butelki.
– To nie ma jej z tobą? – odpowiedział z roztargnieniem i wszedł do salonu, gdzie dyskusje stawały się coraz bardziej ożywione.
Zastał tam trójkę swoich dzieci: najstarszego Jeana (nazywanego Miśkiem, ponieważ od dzieciństwa był dość tęgi i to się nie zmieniło), którego żona Geneviève rozsiadła się z kieliszkiem porto w fotelu; François, odpalającego papierosa od papierosa; Hélène, w czwartym miesiącu ciąży, choć wyglądała tak, jakby za chwilę miała rodzić.
Philippe, który opuścił kuzynostwo, usiadł na podłodze przy matce i opierał głowę na jej kolanach. Jean po raz kolejny pomyślał, że żona traktuje chłopca jak domowego zwierzaka; zawsze trzymała syna przy sobie i z roztargnieniem gładziła po głowie.
Louis otworzył drugą butelkę wina.
– I co, Jean, wyruszasz na tournée u Chruszczowa? – zapytał.
– Nie – odpowiedział speszony Misiek. – Do Pragi. Czechosłowacja to nie Związek Radziecki.
– A jednak za żelazną kurtyną, do licha! – rzucił Lambert, mąż Hélène. – Kraina świetlanej przyszłości! – Z rozkoszą zacytował szyderczo ten slogan partii komunistycznej; był kpiarzem, niczego nie traktował poważnie.
– Opowiedz nam o tym – zwrócił się Louis do starszego syna.
– No więc Czechosłowacja proponuje francuskim przedsiębiorcom podróż, żeby mogli zobaczyć cuda tamtejszego przemysłu.
– Brawo! – rzucił Louis, napełniając kieliszki.
Na spotkaniach rodzinnych wyznawał demokratyczną zasadę; rozmawiać po kolei z każdym ze swoich dzieci i z ich współmałżonkami, nikogo nie pozostawiać w cieniu. Nie stosował tej zasady tylko wobec Geneviève, ponieważ jej bez najmniejszego trudu przychodziło zwracanie na siebie uwagi.
Z zadowoleniem odnotował, że Jean przeżywa swój kwadrans zbiorowego zainteresowania i że teraz będzie mógł zająć się innymi. Louis ukrył rozczarowanie. Wolałby, żeby Misiek udał się do Związku Radzieckiego, kraju, który podbijał kosmos i obecnie był rządzony przez Chruszczowa, wieśniaka o dobrodusznej rumianej twarzy. Tymczasem starszy syn miał jechać do Czechosłowacji, o której niewiele da się powiedzieć… Z Miśkiem zawsze tak było: dobrze, ale nie do końca. Według Louisa nawet w sukcesie, który odniósł Jean, było coś niepewnego, prowizorycznego.
– Będziesz zwiedzał kraj? – zapytała Nine dźwięcznym, łagodnym głosem.
Jean zmieszał się. Nine zawsze robiła na nim spore wrażenie; ten typ kobiet był dla niego niedostępny. Chciałby wymienić kilka miejsc, które odwiedzi, sto razy czytał program, ale tych czeskich nazw naprawdę nie sposób było zapamiętać.
– Nie, tylko Pragę – odparł. W obawie, że ta odpowiedź nie sprosta oczekiwaniom Nine, dodał: – Ale zobaczymy bardzo ciekawe miejsca.
To zapewnienie, zbyt ogólnikowe, by wzbudzić podziw, nie oddawało mu w pełni sprawiedliwości, ponieważ to on wpadł na pomysł, by wziąć udział w tej podróży.
Przeczytał w magazynie wydawanym przez Izbę Handlową, że wkrótce zostanie ustalony skład delegacji francuskich przedsiębiorców na „wyjazd informacyjny” do Czechosłowacji, i zgłosił swoją kandydaturę w ministerstwie, które go organizowało. „Nie widzę w tym żadnego interesu!”, oświadczyła żona Jeana, lecz kiedy jego kandydatura została przyjęta (sam nie mógł w to uwierzyć), Geneviève opowiadała wszystkim o korzyściach, jakie ta podróż przyniesie ich firmie.
Kilka lat temu Jean wymyślił, że bieliznę pościelową, ręczniki, ścierki, obrusy czy serwetki można by sprzedawać jak na targu, z wielkich koszy, w których klientki do woli mogłyby wybierać tanie artykuły marnej jakości. Wcześniej nigdy nic mu się nie udawało, ale uratowała go własna przeciętność: jego na pozór głupi pomysł okazał się niesamowicie rentowny. Otworzyli wielki sklep na place de la République, flagowy okręt firmy Dixie, kierowany osobiście przez Geneviève. Jean natomiast spędzał większość czasu w podróży: przemierzał Francję, by odwiedzać dostawców i kontrolować działanie pięciu oddziałów firmy. Mówiono nawet o otwarciu szóstego.
– Liczysz, że będziesz sprzedawał Czechom ręczniki kąpielowe? – zapytał Lambert.
– Ach, nie – rzuciła z satysfakcją Geneviève. – Są zbyt biedni! – Uwielbiała kłopoty innych, bo kiedy się nad kimś użalała, mogła uchodzić za osobę wrażliwą i miłosierną.
– Czy to aby nie jest niebezpieczne? – zaniepokoiła się Angèle.
– Na Wschodzie wiele się zmieniło, mamo – uspokoiła ją Hélène.
– Co nie zmienia faktu… – Angèle zarumieniła się, bo przypomniawszy sobie zdjęcia zza żelaznej kurtyny, przedstawiające ludzi wystających w kolejkach przed sklepami, pomyślała, żeby przygotować synowi koszyk z jedzeniem, zupełnie jakby wybierał się na piknik w lesie Fontainebleau. – Kiedy wyjeżdżasz, kochanie? – zapytała.
– Wyjazd jest przewidziany na jedenastego maja – odpowiedziała za męża Geneviève. – Ja też bym chętnie pojechała, ale… – Z lekko zbolałą miną wskazała ruchem głowy syna.
Nikt nie rozumiał, co chciała przez to powiedzieć.
Hélène zwróciła się do François:
– Wybierasz się w tę podróż z Miśkiem?
Dwa lata temu jej brat wraz z kierownictwem „Journal du soir”, gazety, w której pracował, założył pierwszy we francuskiej telewizji magazyn informacyjny, _Wydanie specjalne_, który odniósł olbrzymi sukces. Co miesiąc o stałej godzinie co trzeci Francuz zasiadał przed czarno-białym ekranem, by obejrzeć społeczne lub polityczne reportaże, wywiady z przywódcami obcych państw czy ciekawostki ze świata filmu lub muzyki.
Kiedy dowiedział się od Jeana o podróży do Pragi, zaproponował, żeby delegacji towarzyszyła ekipa telewizyjna. Ku jego zaskoczeniu prośba została zaakceptowana przez czeskie władze. Wieść o tym przyjęto z niedowierzaniem, bo zachodni dziennikarze rzadko mieli okazję dostania się do któregoś z krajów komunistycznych. Ostro negocjowano – także z udziałem dyplomatów – co wolno im będzie filmować, ale się udało.
– Nie – odparł François. – Pojadą Goulet i Vertbois. Ja muszę zamknąć tekst o broni jądrowej.
– To też bardzo ciekawe – powiedział Louis, starając się ukryć rozczarowanie. Nie przeoczył jeszcze żadnego _Wydania specjalnego_ i zawsze, kiedy zapowiadano François Pelletiera, na moment zamierało mu tętno.
Spojrzenia wszystkich dyskretnie powędrowały ku Angèle. Ta na szczęście była zajęta wiązaniem serwetek na szyjach dzieci.
Dwa tygodnie temu ona i Louis poszli na film _Ostatni brzeg_. Oprócz tego, że była zdeklarowaną wielbicielką Gregory’ego Pecka – którego jej mąż uważał za mocno przereklamowanego – podzielała lęki biednych Australijczyków, skazanych na widok nadciągającej nad nich radioaktywnej chmury, która wcześniej spustoszyła USA. Wstrząsnęły nią obrazy unicestwionego świata, w którym ludność zdumiewająco zgodnie okopała się w budynkach i nie wiadomo gdzie jeszcze, bo na ekranie nie było widać ani jednego człowieka. Louis dopatrzył się w tej wyludnionej scenerii podobieństwa do Paryża w sierpniu. Angèle wyszła z kina zapłakana. Anthony Perkins przypomniał jej Étienne’a, jej najmłodszego, zmarłego syna, i scena, w której Perkins prosił lekarza o tabletkę, żeby „odebrać życie” swojemu dziecku, okropnie nią wstrząsnęła. Potem żartowała ze swojej czułostkowości, ale od czasu Hiroszimy jej obsesja na punkcie bomby atomowej właściwie nie osłabła, ku niezadowoleniu Louisa, zafascynowanego energią jądrową, podobnie jak każdym postępem technicznym.
Dorośli członkowie rodziny sądzili, że Angèle jest zbyt zajęta dziećmi, by wychwycić słowo „jądrowy”. Mylili się.
– Mam nadzieję, że twój reportaż poruszy sprawę opadów radioaktywnych – powiedziała.
Był to wielki problem i dziennikarze często o tym pisali. Jej mąż dyskretnie westchnął.
– Widziałam to, Louis – rzuciła. – Nie masz co się ukrywać.
– Wzdycham, bo tak się tym przejmujesz.
– Ach, tak? – Twarz Adèle nabrała różowej barwy, jaka pojawiała się u niej w chwilach gniewu. – Bo może myślisz, że pyły z tych waszych świństw nie opadają na ziemię? Na trawę, którą jedzą krowy. Sądzisz, że mleko podawane dzieciom jest poza wszelkim podejrzeniem?
Nim Louis zdążył odpowiedzieć, nakryła dłonią kieliszek, by jej już nie dolewał, i zwróciła się do François:
– Ty mu powiedz! Twoja gazeta już ze dwadzieścia razy to tłumaczyła! Podobno to właśnie zboża przenoszą radioaktywny pył.
François, zbyt ostrożny, by zająć stanowisko w sporze rodziców, poprzestał na neutralnym wyrazie twarzy, który mógł znaczyć wszystko i wszystkich zadowolić.
– Kochanie… – odezwał się Louis cierpliwym tonem uczonego. – Tłumaczyłem ci już i wiele razy to powtarzałem, że radioaktywność atmosfery jest niebezpieczna tylko w ciągu pierwszych minut po wybuchu!
– Co ty powiesz?! A potem się ulatnia?
– Nie, ale jest szkodliwa nie bardziej niż badanie rentgenem! Wystarczy umyć się wodą i mydłem i po sprawie!
Teraz westchnęła Angèle.
– A przede wszystkim – ciągnął Louis w przypływie natchnienia – radioaktywność sama w sobie nie jest szkodliwa. Przeciwnie.
– Tak? Jest korzystna dla zdrowia?
– Oczywiście! Myślisz, że gdyby tak nie było, rząd pozwoliłby reklamować wody mineralne, zachwalając je, że są radioaktywne?
Przykład sięgał lat trzydziestych i trącił hipokryzją.
Lambert niezręcznym ruchem przewrócił swój kieliszek z winem. Wszyscy odskoczyli od stołu, a Angèle podbiegła do zięcia z serwetką w ręce. Hélène dyskretnie uśmiechnęła się do męża, uchodzącego za mistrza w odwracaniu uwagi.
Poszedł za teściową do kuchni, ponieważ plamę na jego spodniach trzeba było natychmiast posypać solą – to był najlepszy sposób. Angèle bardzo lubiła Lamberta, chudzielca o uśmiechniętej twarzy, zawsze w dobrym humorze i nigdy niepodnoszącego głosu. Życie z mężczyzną, któremu zawsze dopisuje humor, musi być przyjemne, myślała. Choć nie bardzo rozumiała jego upodobanie do… Nigdy nie pamiętała tego słowa, angielskiego, ale widziała zdjęcia tych szybkich pojazdów: bardzo niskich, bez karoserii, sprawiających wrażenie, jakby kierowca siedział w nich jak żaba. Tymczasem jej zięć się nimi pasjonował, czego nie potrafiła zrozumieć.
Louis obserwował współbiesiadników pochłoniętych dyskusją. Był dumny ze swojego potomstwa; wszystkim jego dzieciom dobrze się powodziło.
François zarabiał nieźle w „Journal du soir” i pobierał drugą pensję w telewizji, nie mówiąc już o tym, że Nine odziedziczyła pokaźny spadek. Mieszkali w pięknym apartamencie na rue de la Cerisaie.
Hélène również nie mogła się skarżyć. Biuro maklerskie, które Lambert, porzuciwszy dziennikarstwo, przejął po śmierci ojca, świetnie prosperowało; mieszkali w dzielnicy Hôtel de Ville.
Jean natomiast w najlepsze się bogacił. W przypadku chłopca, któremu wcześniej nic się nie udawało, aż trudno było w to uwierzyć. Mieszkał z rodziną w zamożnej kamienicy na avenue du Maine. Geneviève, pod pretekstem, że zajmuje się sklepem, kazała się obsługiwać: dwa razy w tygodniu przychodziła kucharka, a w każdy czwartek sprzątaczka. Na początku żona Jeana jeździła do firmy taksówkami, ale uznała to za zbyt kosztowne i teraz woził ją pracownik, przez co furgonetka Dixie pełniła funkcję samochodu służbowego z szoferem. Mieli dość duże mieszkanie i dwa małe pokoje na mansardzie. Geneviève wynajmowała je „biednym studentom”, jak ich nazywała, to znaczy takim, którzy płacąc wygórowaną cenę, zadowalali się nędzną norą na poddaszu, lodowatą zimą, upalną latem, z toaletą na półpiętrze. „Żeby im oddać przysługę”, mówiła, spuszczając wzrok jak zakonnica na spowiedzi.
– Gdzie jest Colette? – zapytał Philippe leniwym głosem.
– No doprawdy – rzuciła Geneviève, nagle rozdrażniona. – Jesteśmy tu całą rodziną, a ona znika! Jean, rusz się! Na co czekasz?
Misiek odstawił kieliszek i opuścił salon, nie mając bladego pojęcia, w którą stronę się udać, w którym miejscu szukać córki. To była stała w jego życiu: nie wiedzieć, co należy zrobić.
Nieobecność Colette nikogo w gruncie rzeczy nie dziwiła. Kiedy przyjeżdżała tu jej matka, dziewczynka przy pierwszej okazji się ulatniała.
Geneviève jej nie znosiła, bo wolałaby chłopca. Wmówiła też sobie, że skoro Colette jest spod znaku Bliźniąt, a ona spod Strzelca, nie może się między nimi układać. Odkąd dziewczynka się urodziła, chaotyczna koabitacja między nimi była usiana wszelkiego rodzaju domowymi incydentami. Od spadania z wysokiego krzesełka, przez skaleczenia nożem kuchennym, po zjedzenie proszku do prania – życie Colette nieraz wisiało na włosku. Nie mówiąc już o zagadkowym upadku ze schodów, po którym w stanie zagrażającym życiu leżała w szpitalu Lariboisière; miała wtedy trzy lata.
Podczas pełnych niepokoju godzin spędzonych w szpitalnym korytarzu nikt nie miał odwagi zapytać Geneviève o okoliczności wypadku, który trudno było wytłumaczyć i do którego doszło bez świadków. Kiedy Colette w końcu wydobrzała – „Jest silna!”, gratulowała sobie Geneviève – było już za późno; incydent należał do przeszłości.
To wydarzenie, które o mało nie skończyło się tragedią, poruszyło jednak Pelletierów. Hélène, matka chrzestna dziewczynki, zaczęła ją częściej odwiedzać, bo jak zwierzyła się Nine, była o małą niespokojna. Wszyscy podzielali jej niepokój.
Kiedy Geneviève po raz drugi zaszła w ciążę, Angèle pod pretekstem pomocy synowej zaproponowała, żeby Colette na jakiś czas przyjechała do Bejrutu, gdzie mieszkała z mężem.
Tak więc dziewczynka, ku uldze wszystkich, opuściła Paryż i matkę.
Jean, choć uspokojony, że córka znalazła bezpieczne schronienie, był też przygnębiony jej wyjazdem. Nie było tygodnia, by nie wysłał jej widokówki z Lille, Brestu czy Marsylii, i zawsze pisał do niej czułe słowa. Domagał się od rodziców zdjęć Colette, a kiedy je dostawał, zapisywał na odwrocie swoim szkolnym pismem datę i chował fotografie przed żoną. Wysyłał córce drobne prezenty, a matce wszelkiego rodzaju bezużyteczne rady. Angèle wiedziała jednak, że są one świadectwami miłości, żalu i nieczystego sumienia.
W Bejrucie Colette rozkwitła niczym kwiat, jak mawiał __ jej dziadek. Nauka w szkole przychodziła jej łatwo, dobrze radziła sobie ze wszystkich przedmiotów, i to niewielkim kosztem. Louis zawsze zachwycał się jej dobrymi ocenami. Dziewczynka starała się je zdobywać, bo miała praktyczny umysł i obawiała się, że jeśli będzie osiągać słabe wyniki w szkole, matka może zażądać jej powrotu do Paryża.
Nikt nie słyszał jednak, by Geneviève, która nigdy nie wspominała o córce, rozważała taką możliwość. W końcu urodziła chłopca, Philippe’a, _piękne jasnowłose dziecię karmione śmietaną i brioszkami*_, mówiła, cytując jedyny wiersz, jaki zapamiętała ze szkoły.
Można by sądzić, że zapomniała o Colette, ale tak nie było. Cierpiała, ponieważ czuła się ofiarą niesprawiedliwości. Philippe w zupełności wystarczał jej do szczęścia i nie przyjmowała do wiadomości, że musiała mieć córkę, żeby urodzić syna – uważała to za nadmierną daninę. Na szczęście matkę i córkę dzieliły trzy tysiące kilometrów, a Geneviève odbywała tę podróż najwyżej raz w roku – „Philippe źle znosi podróże”, tłumaczyła teściowej.
Kiedy przyjeżdżała, zwracała się do córki władczym tonem: „No, chodź i mnie pocałuj”. Colette zbliżała się do niej trwożliwie, gotowa uciekać, i kiedy przytykała usta do policzka matki, czuła jej perfumy, które przyprawiały ją o mdłości, i słyszała, jak ta po cichu mówi: „Nigdy nie byłaś zbyt ładna, biedaczko, i to się nie zmienia”. Albo: „O Boże, te warkocze wyglądają jak zardzewiałe rury”. Lub: „Masz coraz więcej piegów. Jak indycze jajo”.
Geneviève starała się spędzać w Bejrucie jak najmniej czasu. „Chętnie zostalibyśmy dłużej, prawda, Jean? Ale Philippe nie czuje się dobrze, klimat tego miasta mu nie służy”.
Przez pięć lat taka sytuacja każdemu była na rękę.
Pelletierowie nie brali jednak przy tym pod uwagę sytuacji na Bliskim Wschodzie, która w lipcu 1956 zmieniła się, kiedy Egipt nagle znacjonalizował Kanał Sueski i zagroził interesom, i tak już nadwyrężonym przez kryzys algierski. Riposta nastąpiła szybko: Francja i Anglia, wspierając Izrael, rozpoczęły ofensywę militarną, co doprowadziło do katastrofy dyplomatycznej.
W Syrii i Jordanii demonstranci wyładowywali zły humor na francuskich placówkach szkolnych, spłonął klasztor, siostry dominikanki musiały uciekać, a przed francuską ambasadą w Damaszku wybuchły bomby. Sytuację zaostrzyła pomoc, jakiej prezydent Egiptu udzielał algierskim bojownikom o niepodległość, których Francja zwalczała.
Czy nastroje antyfrancuskie rozszerzą się na Liban?
Louis ze zdziwieniem zauważył, że żona codziennie czyta gazety, czego nigdy dotąd nie robiła. Angèle natomiast widziała pogłębiającą się z upływem tygodni poziomą zmarszczkę na czole męża, co nie wróżyło niczego dobrego. Sytuacja martwiła go tym bardziej, że Liban wspominał o możliwości obłożenia zagranicznych firm podatkiem dochodowym, co uważał za skandaliczne i niemoralne.
Latem następnego roku zapytał nagle żonę:
– Co ty na to, kochanie, żebyśmy wrócili do Francji?
Powiedział to tak, jakby chodziło o myśl bez większego znaczenia, która dopiero przed chwilą przyszła mu do głowy.
– To bardzo dobry pomysł, Loulou – odparła. Wiedziała lepiej od innych, na jaką ofiarę zdobyłby się jej mąż, zostawiając fabrykę mydła, którą z takim trudem stworzył. Fabryka Mydła z Lewantu zapewniła dobrobyt rodzinie i Louis traktował ją jak klejnoty koronne.
Z czułości dla męża aż zaparło jej dech.
– Zajmiesz się tym? – zapytała ze łzami w oczach.
– Masz to jak w banku, najdroższa – powiedział z uśmiechem.
Kilka dni później oznajmił, że znalazł kupca.
Kiedy Louis obwieścił dzieciom, że sprzedaje fabrykę i wracają do Francji, oniemiały.
Po czym, przetrawiwszy niespodziankę, zaczęły zastanawiać się nad tym, co z tego wyniknie.
Hélène bała się, że matka, kiedy znajdzie się we Francji, zacznie ją zasypywać radami na temat wychowania dzieci. François spodziewał się, że będzie musiał wysłuchiwać znacznie więcej „życiowych mądrości” ojca. Geneviève natomiast uprzedziła Jeana: „Twoi rodzice przyjeżdżają tu, bo są starzy! Jeśli spodziewają się, że będę się nimi zajmowała, to się grubo mylą! Tym bardziej że przy ruchu Wenus w Lwie się cofa… Uwierz mi: wiem, co mówię!”.
Wkrótce cała trójka się uspokoiła, bo Angèle i Louis nie zamierzali osiąść w Paryżu, tylko trzydzieści kilometrów od stolicy, w wielkim domu w Plessis-sur-Marne.
„Łatwy dojazd pociągiem!”, zaznaczył Louis, jakby zapomniał, że wszyscy mieli samochody.
Konsekwencją ich powrotu do Francji, którą opuścili w latach dwudziestych, był powrót Colette.
Nawet jeśli akceptowano to, że dziewczynka mieszka daleko, u dziadków, wydawało się mniej właściwe, żeby nadal u nich pozostawała, skoro trzydzieści kilometrów dalej była jej matka.
Jean szalał z radości, że córka będzie tak blisko. Angèle i Louis byli zdecydowani nadal się nią opiekować, lecz cała rodzina – a zwłaszcza Colette – drżała na myśl, że Geneviève może dochodzić swoich praw do własnej, jak mówiła, „progenitury”.
I oczywiście wkrótce to zrobiła.
Podczas wizyt prawie nigdy nie omieszkała wspomnieć o „bardzo bliskiej już chwili”, kiedy córka będzie musiała wrócić do domu. W tym miesiącu to jeszcze niemożliwe, ale już wkrótce trzeba będzie o tym pomyśleć. Nie podawała żadnego powodu, ale perspektywa, że Geneviève zabierze Colette, wisiała nad rodziną jak chmura nabrzmiała deszczem. Na przykład przywoziła walizkę „na rzeczy małej” i zostawiała ją przy wejściu, żeby niczym zwiastun przyszłej katastrofy stała tam przez cały czas jej pobytu. Po wyjeździe Geneviève z ulgą wynoszono ją na strych.
„Usiądź tutaj”, nakazywała córce, kiedy w niedziele zasiadano całą rodziną do stołu.
Dziewczynka siedziała zamknięta jak muszla, ze wzrokiem utkwionym w obrusie.
„I trzymaj się prosto, bo skończysz garbata – upominała ją matka cicho, żeby nie usłyszała jej Angèle. – Weź przykład z brata, dobrze ci to zrobi”.
Siedmioletni Philippe był bardzo wysoki jak na swój wiek, lecz nie trzymał się specjalnie prosto, jadł niechlujnie, wystrojony zawsze jak cyrkowa małpa i uczepiony matki, do której zwracał się zirytowanym tonem. Mimo to Geneviève uważała, że jest wspaniały.
– No to gdzie jest Colette? – zapytał teraz z ponurą miną.
– Co z niej za dziecko! – rzuciła jego matka, rozglądając się. – Znowu narobi jakichś głupot.
• • •
Uwiązany na łańcuchu pies rzucał się ku Colette z taką furią, że przystanęła. Miał wybałuszone, nabiegłe krwią ślepia, z pyska toczyła się biała piana.
Raz jeszcze oceniła odległość i biegiem dotarła do drzwi. Kiedy była tu poprzednio, nie udało jej się rozwiązać sznurka, który łączył wygięty gwóźdź z tym, co pozostało z rygla, i musiała zrezygnować.
Tym razem przyniosła nóż, ale nie był potrzebny, ponieważ drzwi były uchylone… To ją zaskoczyło. Czyżby w środku ktoś był? Pomyślała, żeby się wycofać, zebrała się jednak na odwagę, wyciągnęła rękę i popchnęła drzwi…
Nikogo.
Szybko weszła i zamknęła je za sobą.
Zakurzone okno przepuszczało światło pochmurnego dnia. Stare narzędzia, wybrakowane sprzęty. Pod ścianą drabina z byle jak naprawionymi szczeblami. Wszystko na farmie było popsute albo popadało w ruinę; Macagne naprawiał prowizorycznie tylko to, co konieczne, wykorzystując do tego gwoździe czy kawałki kabli elektrycznych, które udało mu się znaleźć. Było w tym widać niedbalstwo, ale też skąpstwo. W pomieszczeniu panował półmrok i w powietrzu unosił się kurz. Colette przestraszyła się i miała ochotę uciec. I zrobiłaby to, gdyby nie dostrzegła pod ścianą w głębi drewnianych półek, niebezpiecznie uginających się pod ciężarem dziesiątków stojących w równych rzędach metalowych kanistrów, opryskiwaczy, kartonowych pudeł z produktami w proszku.
Nie mogła się powstrzymać i podeszła bliżej.
Dopiero myśl o bolesnym widoku jej pszczół dodała Colette odwagi.
Gdy przeprowadzili się do Plessis, dziadek Louis odgrzebał na strychu stary ul. Uznał, że jest piękny, i postanowił zdjąć z niego wieko i posadzić w nim geranium. „To oryginalne, prawda?” Ale kiedy Colette zobaczyła ul, stanęła jak wryta i poprosiła dziadka, żeby go jej dał, pozbawiając go w ten sposób możliwości zrobienia dekoracyjnej wielkiej donicy. Ogrodem Pelletierów zajmował się pan Gosset, emerytowany kolejarz, który żył samotnie w skromnym domku na skraju miasteczka i tęsknił za przyrodą. To on pomógł Colette odrestaurować ul; dziadek Louis zapłacił mu za nadgodziny. „Chyba nie zamierzasz hodować tu pszczół, przez cały boży dzień będą bzyczały!”, gderała
babcia.
Dziewczynce, która nie należała do osób łatwo ulegających wpływom, udało się zdobyć rój.
Podczas następnych burzliwych negocjacji babcia zgodziła się tolerować pszczoły, pod warunkiem że ul stanie dość daleko od domu, pod płotem oddzielającym „park Pelletierów” (Louis miał nadzieję, że za trzy albo cztery pokolenia tak będzie nazywany) od sadu Macagne’a.
Od czasu do czasu pan Gosset pożyczał od miejscowego pszczelarza ekwipunek, dzięki czemu ul utrzymywano w dobrym stanie.
Colette była zachwycona tańcem pszczół, ich nieustanną aktywnością i pracowitością. Wynalazła – nikt nie dowiedział się gdzie – stare czasopisma poświęcone pszczelarstwu i uważnie je przestudiowała. Zaraz po powrocie ze szkoły biegła do ula; pozwalała pszczołom chodzić po rozłożonej dłoni i całymi godzinami je obserwowała. To ona dostrzegła, że pszczoły mają warrozę. Nie posłuchała rady pana Gosseta, żeby zastosować kwas szczawiowy, i zamiast tego użyła fluvalinatu, co dało znakomite efekty. Zapełniała notatkami całe strony zeszytu, który przed zaśnięciem chowała pod materacem. Były w nim również szkice.
– Co to jest? – zapytała Angèle.
– Grzebiesz w moich rzeczach?
– Nie, ale to ja ścielę twoje łóżko, bo nigdy sama tego nie robisz, i zeszyt spadł mi na nogi.
– Nie miałaś prawa go otwierać. – Colette spróbowała odebrać go z rąk babci, ale ta była szybsza.
Rysunek przedstawiał kwadraty; te znajdujące się na brzegach tworzyły jakby linię drzew. Albo żywopłotu.
– Czy to nie jest…? Mam nadzieję, że nie zamierzasz postawić nowych uli.
Angèle naliczyła dwadzieścia cztery kwadraty!
– Nie zgadzam się, żeby Colette przekształciła nasz ogród w pasiekę, słyszysz? – powiedziała potem mężowi.
– Oczywiście, że słyszę, najdroższa.
Colette oszczędzała jednak pieniądze, żeby kupić drugi ul. Nie miała niezbędnej sumy, ale dziadek jej dołożył, „pod warunkiem że babcia o niczym się nie dowie”.
– Myślisz, że nic nie widzę? – spytała go kilka dni później Angèle. – Nie ma mowy o trzecim ulu, słyszysz? Latem dzieci nie będą mogły korzystać z ogrodu!
Oboje szaleli za Colette.
– Ile zbierzesz miodu? – spytał najstarszą wnuczkę Louis.
– Nie zbieram go, dziadku. Miód jest dla nich, nie dla mnie.
– Ale… – Był zawiedziony.
I nagle wszystko się popsuło.
Pszczoły, ogarnięte jakimś pobudzeniem, zaczęły być bardziej ruchliwe. Latały bardzo szybko, bez wytchnienia, po czym ich aktywność – równie gwałtownie, jak się nasiliła – osłabła; kuliły się, przywierały odnóżami do tułowia. Wydawało się, że straciły zmysł orientacji, a nawet pamięć o swojej misji.
Pan Gosset uniósł daszek czapki i popatrzył na ogrodzenie dzielące ich od sadu Macagne’a, który przejeżdżał akurat między rzędami jabłoni i śliw, opryskując je od góry do dołu mgiełką środka ochronnego.
– Pszczoły muszą zbierać to świństwo i przynosić je do ula – stwierdził pan Gosset. – Innego wyjaśnienia nie widzę…
Colette zastanawiała się, czy dziadek nie powinien zainterweniować u Macagne’a, ale Louis był pełen podziwu dla postępów w nowoczesnym rolnictwie ogólnie, a dla sąsiada w szczególności. Potrafił przez całą godzinę stać i przyglądać się, jak Macagne pracuje. „To niesamowite, jak można wykorzystywać postęp”, mówił potem.
Colette, rozpaczliwie bezradna, w końcu zdobyła się na odwagę i poszła na farmę.
* _Bon conseil aux amants_, wiersz Victora Hugo.