Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Najsłodsza czekoladziarnia w Paryżu - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
3889 pkt
punktów Virtualo

Najsłodsza czekoladziarnia w Paryżu - ebook

Ciepła, pogodna opowieść o dziewczynie, która odnajduje siebie na nowo... wśród czekoladowych pralinek.

Kiedy pierwsze promienie słońca muskają Pont Neuf, a brukowane uliczki Paryża powoli budzą się do życia, Anna Trent od dawna jest już na nogach i w klimatycznej pracowni przygląda się powstawaniu czekolady, którą uwielbiają najbardziej wymagający Paryżanie.

To zupełnie inny świat niż fabryka czekolady na północy Anglii, w której pracowała przed tamtym feralnym dniem, kiedy uległa wypadkowi. Właśnie po nim, w szpitalu, niespodziewanie spotkała swoją dawną nauczycielkę francuskiego, Claire, która zaproponowała jej posadę u Thierry’ego, mistrza czekoladnictwa oraz... swojej dawnej miłości.

Gdy wydarzenia toczą się swoim rytmem, a czas powoli leczy stare rany, Anna dowiaduje się o sobie – i o czekoladzie – więcej, niż potrafiłaby sobie wyobrazić, a przy okazji odkrywa, że życie może jeszcze mieć słodki smak.

W książce znajdziesz także przepisy na przepyszne czekoladowe wypieki!

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68846-25-6

FRAGMENT KSIĄŻKI

SŁOWO WSTĘPU OD JENNY

Słowo wstępu od Jenny

W Paryżu jest wiele cudow­nych skle­pów z rze­mieśl­ni­czą cze­ko­ladą. Moim ulu­bio­nym jest Patrick Roger przy rue du Fau­bo­urg Saint-Honoré. Szcze­rze pole­cam to miej­sce i ich gorącą cze­ko­ladę, nie­za­leż­nie od pory roku. Pro­wa­dzi go Patrick, męż­czy­zna o krę­co­nych wło­sach i szel­mow­skim bły­sku w oku.

Ta książka nie opo­wiada jed­nak o żad­nej z odwie­dzo­nych przeze mnie cze­ko­la­dziarni, ale o tym, że kiedy ludzie poświę­cają swoje życie jed­nej rze­czy, którą naprawdę kochają i o któ­rej wiele się nauczyli, może się wyda­rzyć coś nie­sa­mo­wi­tego.

Ktoś kie­dyś powie­dział, że tak bar­dzo kochamy cze­ko­ladę, ponie­waż ma tem­pe­ra­turę top­nie­nia równą tem­pe­ra­tu­rze ludz­kiego ciała, przez co roz­pływa nam się w ustach. Naukowcy snują teo­rie o uwal­nia­niu endor­fin i innych sub­stan­cji, co rów­nież może wyja­śniać to zja­wi­sko, ale nie­za­leż­nie od przy­czyn jest to coś wspa­nia­łego.

Nie tylko kobiety kochają cze­ko­ladę. Nie jestem w sta­nie prze­my­cić do domu paczki cze­ko­la­do­wych cia­ste­czek, żeby mój mąż ich nie wywę­szył i nie zjadł. Dla­tego umie­ści­łam w książce kilka naprawdę wspa­nia­łych prze­pi­sów. Lubię myśleć, że wraz z wie­kiem nauczy­łam się goto­wać przy uży­ciu cze­ko­lady, zamiast po pro­stu, no wiesz, zja­dać ją w tym samym momen­cie, w któ­rym poja­wia się w domu lub cza­sem w samo­cho­dzie.

Kiedy jakiś czas temu prze­pro­wa­dzi­li­śmy się do Fran­cji (z powodu pracy męża), byłam zasko­czona, że trak­tuje się tam cze­ko­ladę tak samo poważ­nie, jak każdy inny rodzaj jedze­nia. La Maison du Cho­co­lat to naprawdę eks­klu­zywna sieć skle­pów, która ma swoje pla­cówki w więk­szo­ści miast. Można tam poroz­ma­wiać z cze­ko­lad­ni­kiem o tym, co się lubi i na co ma się ochotę, tak jak roz­ma­wia się z som­me­lie­rem o winie. Cho­ciaż mnie tam wystar­cza duży kawa­łek cze­ko­lady Dairy Milk, Toble­rone albo mojej ulu­bio­nej Fry’s Cho­co­late Cream. Nie wszystko musi być luk­su­sowe, żeby spra­wiało przy­jem­ność. Nie­stety moje dzieci osią­gnęły już wiek, w któ­rym zaczy­nają się domy­ślać, kto im krad­nie bato­niki Kin­der. No cóż, dzieci, słu­chaj­cie, nie chcia­łam wam tego mówić, ale to na pewno wasz tata.

Zanim zaczniemy, chcia­ła­bym powie­dzieć kilka słów o języku. Z mojego doświad­cze­nia wynika, że nauka języka obcego jest naprawdę cho­ler­nie trudna, chyba że aku­rat jesteś jedną z tych osób, które wszystko łapią w mig. Jeśli tak jest – wła­śnie poka­zuję ci język, ponie­waż bar­dzo Ci zazdrosz­czę.

Zazwy­czaj kiedy boha­te­ro­wie ksią­żek mówią w obcym języku, zazna­cza się to kur­sywą. Posta­no­wi­łam tego tutaj nie robić. Zasad­ni­czo wszy­scy, z któ­rymi Anna roz­ma­wia w Paryżu, odpo­wia­dają jej po fran­cu­sku. Jeśli jest ina­czej, to wyraź­nie o tym wspo­mi­nam. Łatwo przez to pomy­śleć: „Rany, to nie­sa­mo­wite, nauczyła się tak szybko”. Oczy­wi­ście miała wiele lek­cji z Cla­ire, ale jeśli kie­dy­kol­wiek uczy­łaś się innego języka, to wiesz, że w kla­sie można czuć się bar­dzo pew­nie, ale kiedy potem przy­jeż­dżasz do danego kraju, wszystko brzmi jak „łab­ba­łab­ba­łab­ba­łab­ba­ŁAH?” wypo­wia­dane z pręd­ko­ścią miliona kilo­me­trów na godzinę, a ty wpa­dasz w panikę, ponie­waż nie rozu­miesz z tego ani słowa. Tak wła­śnie było w moim przy­padku.

W każ­dym razie musisz mi wie­rzyć, że Anna ma dokład­nie tak samo, ale żeby nie powta­rzać w kółko tego samego „Co?” lub „Możesz powtó­rzyć?” i nie spo­wal­niać nar­ra­cji, pomi­nę­łam te wszyst­kie razy, kiedy boha­terka cze­goś nie zro­zu­miała albo musiała spraw­dzić w słow­niku. Mam nadzieję, że książka Ci się spodoba. Daj znać, jak Ci idzie z prze­pi­sami. I _bon appétit_!

JENNY XXROZDZIAŁ 1

Roz­dział 1

Naj­dziw­niej­sze było to, że cho­ciaż od razu wie­dzia­łam, że coś jest nie tak – bar­dzo, bar­dzo nie tak – że stało się coś naprawdę poważ­nego, i że zapewne coś sobie uszko­dzi­łam – nie mogłam prze­stać się śmiać. Śmia­łam się histe­rycz­nie.

Leża­łam tam pokryta, wręcz prze­siąk­nięta roz­to­pioną cze­ko­ladą i nie mogłam prze­stać chi­cho­tać. Wtedy zoba­czy­łam pochy­la­jące się nade mną, patrzące z góry twa­rze. Nie­które z nich roz­po­zna­wa­łam. Twa­rze się nie śmiały. Wszyst­kie wyglą­dały bar­dzo poważ­nie, przez co cała sytu­acja wydała mi się jesz­cze zabaw­niej­sza.

Z boku usły­sza­łam, jak ktoś mówi:

– Pozbie­raj to!

Ktoś inny odpo­wie­dział:

– Nie ma mowy! Sam to pozbie­raj! To obrzy­dliwe!

Potem usły­sza­łam trzeci głos. To był chyba Flynn, nowy maga­zy­nier. Mówił:

– Zadzwo­nię pod dzie­więć­set jede­na­ście.

Odpo­wie­dział mu czwarty głos:

– Flynn, nie bądź głupi, numer alar­mowy to sto dwa­na­ście, nie jesteś Ame­ry­ka­ni­nem.

Do roz­mowy wtrą­cił się jesz­cze inny głos:

– Myślę, że teraz można już dzwo­nić pod dzie­więć­set jede­na­ście, bo tylu było idio­tów, któ­rzy cią­gle się mylili.

Ktoś inny wycią­gnął tele­fon i powie­dział coś o koniecz­no­ści wezwa­nia karetki, co rów­nież uzna­łam za bar­dzo zabawne, a inna osoba, którą zde­cy­do­wa­nie był Del, nasz zrzę­dliwy stary woźny, stwier­dziła:

– Cóż, praw­do­po­dob­nie będzie trzeba wyrzu­cić tę par­tię.

Pomysł, że mogliby nie wyrzu­cić tej ogrom­nej kadzi cze­ko­lady, która wła­śnie na mnie wylą­do­wała, tylko spró­bo­wać ją sprze­dać, był naprawdę zabawny.

Tego, co się działo potem, dzięki Bogu, już nie pamię­tam. Wiem, że w szpi­talu pod­szedł do mnie ratow­nik medyczny i powie­dział, że w karetce zacho­wy­wa­łam się jak kom­pletna wariatka. Czę­sto sły­szał o tym, że szok wpływa na ludzi w różny spo­sób, ale tak eks­tre­mal­nej reak­cji jak moja jesz­cze nie widział. Potem spoj­rzał mi pro­sto w twarz i powie­dział:

– Głowa do góry, kochana, jesz­cze będziesz się z tego śmiała.

W tam­tym momen­cie nie byłam tego jed­nak taka pewna.

– Daj spo­kój, Debs, kocha­nie, to tylko stopa. Mogło być znacz­nie gorzej. A gdyby to był nos? – mówił mój tata do mamy. On zawsze widział we wszyst­kim pozy­tywy.

– Cóż, zro­bi­liby jej nowy nos, swo­jego i tak ni­gdy nie lubiła.

To zde­cy­do­wa­nie była moja mama. Dostrze­ga­nie jasnej strony życia ni­gdy nie szło jej tak dobrze jak tacie. Sły­sza­łam jej płacz, ale z jakie­goś powodu moje ciało bro­niło się przed świa­tłem i nie mogłam otwo­rzyć oczu. Mia­łam zresztą wra­że­nie, że to nie było zwy­kłe świa­tło; czu­łam, jakby paliło mnie samo słońce. Może byłam na waka­cjach? Nie mogłam prze­cież być w domu, ponie­waż w Kidins­bo­ro­ugh, moim rodzin­nym mie­ście, ni­gdy nie świeci słońce. Nie bez powodu trzy razy z rzędu uznano je za naj­gor­sze mia­sto w Anglii, zanim lokalni poli­tycy dopro­wa­dzili wresz­cie do zdję­cia z anteny pro­gramu tele­wi­zyj­nego, który orga­ni­zo­wał ten ple­bi­scyt.

Moi rodzice znik­nęli z zasięgu słu­chu, po pro­stu odpły­nęli, jakby ktoś zmie­nił sta­cję w radiu. Nie mia­łam poję­cia, czy w tam­tej chwili, albo w ogóle kie­dy­kol­wiek, tam byli. Wie­dzia­łam, że się nie ruszam, ale czu­łam się, jak­bym się wier­ciła i wyry­wała, uwię­ziona w zako­pa­nym pod zie­mią ciele. Mogłam krzy­czeć, ale nikt mnie nie sły­szał. Pró­bo­wa­łam się ruszyć, ale nie byłam w sta­nie. Ośle­pia­jące świa­tło zmie­niało się w czerń, a potem znów w świa­tło. Nic z tego nie miało dla mnie naj­mniej­szego sensu. Czy po pro­stu śniły mi się kosz­mary o sto­pach i rodzi­cach, któ­rzy nagle znik­nęli? Czy ja zwa­rio­wa­łam? A może całe moje życie było snem? Może wymy­śli­łam sobie, że jestem Anną Trent, trzy­dzie­sto­latką, degu­sta­torką w fabryce cze­ko­lady?

Skoro już o tym mowa, miejmy to za sobą. Od razu odpo­wiem na dzie­sięć naj­czę­ściej zada­wa­nych pytań doty­czą­cych pracy degu­sta­tora w fabryce cze­ko­lady, które sły­szę w Faces, naszym lokal­nym klu­bie noc­nym. Nie jest to zbyt przy­jemny klub, ale inne są znacz­nie gor­sze.

1. Tak, dam ci kilka dar­mo­wych pró­bek.
2. Nie, nie jestem tak gruba, jak można by się spo­dzie­wać.
3. Tak, jest wła­śnie tak jak w _Char­liem i fabryce cze­ko­lady_.
4. Nie, nikt ni­gdy nie zro­bił kupy do kadzi z cze­ko­ladą¹.
5. Nie, moja praca nie spra­wia, że jestem bar­dziej popu­larna niż inni, ponie­waż mam trzy­dzie­ści lat, a nie sie­dem.
6. Nie, nie robi mi się nie­do­brze na widok cze­ko­lady – uwiel­biam ją, ale jeśli dzięki temu poczu­jesz się lepiej we wła­snej pracy, to pro­szę bar­dzo, możesz tak myśleć.
7. Och, to bar­dzo inte­re­su­jące, że masz w majt­kach coś jesz­cze smacz­niej­szego niż cze­ko­lada (ziew­nię­cie). (Adno­ta­cja: chcia­ła­bym być na tyle odważna, żeby powie­dzieć to gło­śno, ale zazwy­czaj tylko się krzy­wię i ucie­kam wzro­kiem od mojego roz­mówcy. Moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka Cath i tak szybko spła­wia takich face­tów. Albo cza­sami sama ich pod­rywa).
8. Tak, prze­każę, że masz świetny pomysł na cze­ko­ladę o smaku orzesz­ków ziem­nych/piwa/wódki/dżemu, ale wąt­pię, żeby się dało na nim doro­bić.
9. Tak, potra­fię zro­bić praw­dziwą cze­ko­ladę, cho­ciaż w Bra­der’s Family Cho­co­la­tes cały pro­ces odbywa się auto­ma­tycz­nie w ogrom­nej kadzi, a ja jestem raczej kimś w rodzaju nad­zorcy. Chcia­ła­bym robić wię­cej, ale zda­niem moich sze­fów lepiej, żeby nikt nie maj­stro­wał przy cze­ko­lad­kach, które mają sma­ko­wać za każ­dym razem dokład­nie tak samo i móc długo pole­żeć na półce.
10. Nie, nie jest to naj­lep­sza praca na świe­cie, ale jest moja i ją lubię. A przy­naj­mniej lubi­łam, dopóki nie tra­fi­łam tutaj.

Potem zazwy­czaj mówię: „Rum z Colą, dzięki, że pytasz”.

– Anno.

W nogach mojego łóżka sie­dział męż­czy­zna. Nie mogłam się sku­pić. Znał mnie, ale ja jego nie. Wyda­wało mi się to nie­spra­wie­dliwe. Pró­bo­wa­łam coś powie­dzieć, ale czu­łam, jakby ktoś nasy­pał mi pia­sku do ust. Tylko po co?

– Anno.

Znów usły­sza­łam jego głos. A więc był praw­dziwy i wydo­by­wał się z syl­wetki na końcu mojego łóżka.

– Sły­szysz mnie?

„Oczy­wi­ście, że cię sły­szę, sie­dzisz na moim łóżku i się wydzie­rasz” – chcia­łam powie­dzieć, ale z moich ust wydo­był się tylko dziwny, chra­pliwy dźwięk.

– To świet­nie, świet­nie, bar­dzo dobrze. Chcesz się napić wody?

Ski­nę­łam głową, bo to wyda­wało się naj­ła­twiej­sze.

– Dobrze, dobrze. Nie kiwaj zbyt mocno głową, bo poprze­su­wasz sobie rurki. SIO­STRO!

Nie wiem, czy pie­lę­gniarka przy­szła, czy nie; nagle znów stra­ci­łam przy­tom­ność. Zanim odpły­nę­łam, zdą­ży­łam jesz­cze pomy­śleć, że mam nadzieję, że kim­kol­wiek jest, nie ma nic prze­ciwko, kiedy się na nią krzy­czy. Nie mogłam sobie przy­po­mnieć, czy moi rodzice mówili, że coś jest nie tak z moim nosem…

– Oto i ona.

To był ten sam głos, ale nie potra­fi­łam okre­ślić, ile czasu minęło od tam­tej pory. Świa­tło wyda­wało się jakieś inne. Nagle prze­szył mnie taki ból, że aż wstrzy­ma­łam oddech.

– O pro­szę! Będzie dobrze, zoba­czysz.

Tata.

– Nie podoba mi się to.

Mama.

– Czy mogę dostać wody? – pró­bo­wa­łam zapy­tać, ale wyszło z tego coś na kształt: „Cy… mo… wo…?”.

Na szczę­ście ktoś tam rozu­miał język ludzi spra­gnio­nych, bo natych­miast podano mi mały pla­sti­kowy kubek z let­nią wodą w kre­do­wym kolo­rze. Pew­nie z kranu. I była to naj­lep­sza rzecz, jaką kie­dy­kol­wiek mia­łam na języku w całym swoim życiu, wli­cza­jąc tam­ten dzień, kiedy po raz pierw­szy spró­bo­wa­łam cze­ko­ladki Crème Egg. Wypi­łam całość i popro­si­łam o wię­cej, ale ktoś odmó­wił i na tym się skoń­czyło. Być może byłam w wię­zie­niu?

– Możesz otwo­rzyć oczy? – powie­dział głos roz­ka­zu­ją­cym tonem.

– Oczy­wi­ście, że może.

– No nie wiem, Pete. Może lepiej nie.

Co dziwne, to wła­śnie brak wiary mojej matki spra­wił, że spró­bo­wa­łam jed­nak otwo­rzyć oczy. Zamru­ga­łam i nagle zama­ja­czyła przede mną postać sie­dząca na końcu łóżka, którą już wcze­śniej widzia­łam – chcia­łam, żeby prze­stała – oraz dwa kształty, które były mi tak dobrze znane jak moje wła­sne ręce.

Roz­po­zna­łam rude włosy mojej matki, które far­bo­wała w domu, mimo że Cath wiele razy pro­po­no­wała jej, że zrobi to w salo­nie za sym­bo­liczną opłatą, którą moja matka i tak uzna­wała za wygó­ro­waną (poza tym uwa­żała, że Cath brak zaha­mo­wań, co jest prawdą, ale nie wpływa na to, że dobrze sobie radzi z far­bo­wa­niem wło­sów). Dla­tego mniej wię­cej przez tydzień każ­dego mie­siąca mama cho­dziła z dziwną rudą smugą od henny na czole, któ­rej nie potra­fiła zmyć. Mój tata z kolei miał na sobie swoją naj­lep­szą koszulę, co naprawdę mnie zmar­twiło. Nie ubie­rał się tak na żadne inne oka­zje poza ślu­bami i pogrze­bami, a ja byłam pra­wie na sto pro­cent pewna, że nie wycho­dzę za mąż. Darr musiałby się w tym celu zmie­nić w zupeł­nie inną osobę, tak pod wzglę­dem wyglądu, jak i cha­rak­teru, a to było raczej mało praw­do­po­dobne.

– Halo? – powie­dzia­łam, czu­jąc, że pia­ski pustyni zaczy­nają się wyco­fy­wać z moich ust, że znika podział mię­dzy tym, co rze­czy­wi­ste, a tym, co było tylko kłęb­kiem pomie­sza­nia zmy­słów i bólu, że Anna wró­ciła, a skóra, którą na sobie noszę, jed­nak jest moja.

– Kocha­nie!

Mama wybuch­nęła pła­czem. Tata, który nie był aż tak wylewny, deli­kat­nie ści­snął moją dłoń – tę, w któ­rej, jak zauwa­ży­łam, nie było gru­bej rurki wbi­tej tuż pod skórą. W dru­giej była. To naj­obrzy­dliw­sza rzecz, jaką kie­dy­kol­wiek widzia­łam.

– Fuuu… – powie­dzia­łam. – Co to jest? To obrzy­dliwe!

Postać sto­jąca w nogach mojego łóżka uśmiech­nęła się dość pro­tek­cjo­nal­nie.

– Myślę, że gdyby tego nie było, uzna­ła­byś swój pobyt tutaj za znacz­nie bar­dziej obrzy­dliwy – wyja­śniła. – W ten spo­sób poda­jemy środki prze­ciw­bó­lowe i leki.

– A mogę ich dostać wię­cej? – zapy­ta­łam.

Fala bólu znów prze­szyła moje ciało od pal­ców lewej stopy w górę.

Wtedy zauwa­ży­łam też inne rurki, w tym wycho­dzące z miejsc, o któ­rych nie chcia­łam roz­ma­wiać przy moim tacie. Zamil­kłam. Czu­łam się naprawdę bar­dzo dziw­nie.

– Kręci ci się w gło­wie? – zapy­tał lekarz. – To zupeł­nie nor­malne.

Moja mama na­dal pocią­gała nosem.

– Wszystko w porządku, mamo.

To, co powie­działa potem, zmro­ziło mnie do szpiku kości.

– Nie jest w porządku, kocha­nie. Wcale nie jest w porządku.

Przez kilka następ­nych dni zasy­pia­łam w zupeł­nie przy­pad­ko­wych momen­tach. Dok­tor Ed – tak, naprawdę tak się przed­sta­wił, jakby był leka­rzem z tele­wi­zji – przy­cho­dził i sia­dał w nogach łóżka, czego nie robili inni leka­rze, i – co gor­sza – patrzył mi w oczy, jak gdyby bar­dzo się sta­rał wspie­rać mnie jako czło­wieka. Chyba wola­łam już tego zaro­zu­mia­łego kon­sul­tanta, który przy­cho­dził raz w tygo­dniu i ledwo chciało mu się rzu­cić na mnie okiem, ale za to zada­wał towa­rzy­szą­cym mu stu­den­tom medy­cyny wpra­wia­jące ich w zakło­po­ta­nie pyta­nia.

Muszę jed­nak przy­znać, że dzięki przy­ja­ciel­skim poga­węd­kom z dok­to­rem Edem zaczy­na­łam sobie przy­po­mi­nać, co się wła­ści­wie wyda­rzyło. Pośli­zgnę­łam się w fabryce – wszy­scy byli tym bar­dzo pod­eks­cy­to­wani, zasta­na­wiali się, czy nie zła­mano jakichś zasad BHP i czy nie dostanę milio­no­wego odszko­do­wa­nia, ale oka­zało się, że była to w stu pro­cen­tach moja wina. Był ładny, bar­dzo cie­pły, wio­senny dzień, więc posta­no­wi­łam przyjść do pracy w nowiut­kich butach, cho­ciaż te kom­plet­nie nie nada­wały się do pracy w fabryce. No i się pośli­zgnę­łam. Ot, nie­szczę­śliwy wypa­dek. Upa­da­jąc, zaha­czy­łam o dra­binkę przy kadzi i wyla­łam na sie­bie jej zawar­tość. Potem tra­fi­łam do szpi­tala i zacho­ro­wa­łam.

– Robak pró­bo­wał mnie zjeść? – zapy­ta­łam dok­tora Eda.

– Cóż, można tak powie­dzieć – odpo­wie­dział z uśmie­chem odsła­nia­ją­cym zęby zbyt białe, żeby mogły być natu­ralne. Być może po pro­stu ćwi­czył przed wystę­pem w tele­wi­zji. – To nie był duży robak, Anno, tylko taki pokroju pająka.

– Pająki nie są roba­kami – odpar­łam ze zło­ścią.

– Ha, ha! Rze­czy­wi­ście. – Potrzą­snął głową. – Cóż, te stwo­rze­nia są bar­dzo, bar­dzo małe, tak małe, że nie zoba­czy­ła­byś ich, nawet gdyby na moim palcu sie­działo ich tysiąc!

W tym momen­cie pomy­śla­łam, że do mojej doku­men­ta­cji medycz­nej musiał wkraść się błąd i jest tam napi­sane, że mam osiem lat, a nie trzy­dzie­ści jeden.

– Nie obcho­dzi mnie, jakich są roz­mia­rów – powie­dzia­łam. – Czuję się przez nie paskud­nie.

– I wła­śnie dla­tego wal­czymy z nimi wszyst­kimi dostęp­nymi środ­kami! – powie­dział dok­tor Ed, jakby był Super­ma­nem albo kimś w tym rodzaju. Nie wspo­mnia­łam o tym, że gdyby wszy­scy na hali prze­strze­gali zasad higieny, pew­nie nie zła­pa­ła­bym tego świń­stwa.

A poza tym, o Boże, jak się paskud­nie czu­łam. Nie mia­łam ochoty nic jeść ani pić z wyjąt­kiem wody (tata przy­niósł mi pianki mar­sh­mal­low, za co mama zmyła mu głowę, ponie­waż była pewna, że utkną mi w gar­dle i udu­szę się na ich oczach). Dużo spa­łam, ale nawet kiedy tak nie było, nie mia­łam siły, żeby oglą­dać tele­wi­zję, czy­tać, roz­ma­wiać z ludźmi czy prze­glą­dać tele­fon. Widzia­łam, że mam dużo nowych wia­do­mo­ści na Face­bo­oku, bo ktoś – praw­do­po­dob­nie Cath – poło­żył mi tele­fon obok łóżka, ale nie mia­łam ochoty ich czy­tać.

Czu­łam się dziw­nie, jak­bym obu­dziła się w obcym kraju, gdzie nikt nie mówi w moim języku: ani mama, ani tata, ani moi przy­ja­ciele. W te dni widzia­łam wszystko jak przez mgłę. Nic nie miało sensu poza cią­głym bólem, przez który nie byłam w sta­nie nawet myśleć o poru­sze­niu się czy prze­su­nię­ciu ręki na łóżku. Ten dziwny kraj zamiesz­kały przez cho­rych ludzi był zupeł­nie innym miej­scem niż nor­malny świat. Tutaj kar­mili cię i nosili inni, zwra­ca­jąc się do cie­bie jak do dziecka, a tobie zawsze, ale to zawsze było gorąco.

W moich gorącz­ko­wych snach czę­sto widzia­łam szkołę. Nie­na­wi­dzi­łam jej. Mama zawsze powta­rzała, że nie jest typem naukowca, więc ja pew­nie też nie będę, co w zasa­dzie prze­są­dziło sprawę, cho­ciaż z per­spek­tywy czasu wydaje mi się to total­nie głu­pie. Pew­nie wła­śnie dla­tego w halu­cy­na­cjach przez długi czas widzia­łam przed sobą twa­rze moich daw­nych nauczy­cieli, nie trak­to­wa­łam tego jed­nak zbyt poważ­nie. Pew­nego dnia obu­dzi­łam się bar­dzo wcze­śnie, kiedy w szpi­talu było jesz­cze chłodno i nie aż tak gło­śno jak zwy­kle. Ostroż­nie odwró­ci­łam głowę w bok, a tam spo­koj­nie sie­działa, patrząc na mnie, moja dawna nauczy­cielka fran­cu­skiego, pani Shaw­co­urt.

To chyba nie był sen ani halu­cy­na­cja, ale na wszelki wypa­dek zamru­ga­łam, żeby się prze­ko­nać, czy nie znik­nie. Nie znik­nęła.

Leża­łam w czte­ro­oso­bo­wej sali, co wyda­wało mi się nieco dziwne. To w końcu mia­łam tę cho­robę zakaźną czy nie? Pozo­stałe dwa łóżka były obec­nie puste, ale przez cały czas mojego pobytu tutaj co chwila zmie­niały się w nich sta­ruszki, które które, jak się wyda­wało, nie zaj­mo­wały się niczym poza pła­czem.

– Dzień dobry – powie­działa. – Znamy się, prawda?

Nagle poczu­łam wstyd, jak­bym znowu nie odro­biła pracy domo­wej.

Ni­gdy tego nie robi­łam. Razem z Cath czę­sto waga­ro­wa­ły­śmy, a fran­cu­ski wyda­wał nam się kom­plet­nie bez­u­ży­teczny. Na co to komu? Sie­dzia­ły­śmy zwy­kle na boisku z tyłu szkoły, bo tam nauczy­ciele nie mogli nas zoba­czyć, i roz­ma­wia­ły­śmy z fał­szy­wym akcen­tem z Man­che­steru o tym, jak bez­na­dziejny jest Kidins­bo­ro­ugh i że zamie­rzamy stąd uciec przy pierw­szej oka­zji.

– Anna Trent.

Ski­nę­łam głową.

– Uczy­łam cię przez dwa lata.

Przyj­rza­łam się jej dokład­niej. Zawsze wyróż­niała się na szkol­nym kory­ta­rzu. Była zde­cy­do­wa­nie naj­le­piej ubrana; więk­szość nauczy­cieli to banda flej­tu­chów. Ona nosiła ładne, dopa­so­wane sukienki, które spra­wiały, że wyglą­dała nieco ina­czej. Dało się zauwa­żyć, że nie kupiła ich w Mata­lan. Miała wtedy blond włosy…

Nagle dotarło do mnie, że teraz nie miała żad­nych wło­sów. Była też bar­dzo szczu­pła. Zawsze była szczu­pła, ale teraz…

Powie­dzia­łam naj­głup­szą rzecz, jaka przy­szła mi do głowy – na swoją obronę mam tylko to, że naprawdę nie czu­łam się wtedy dobrze.

– Jest pani chora?

– Nie – odpo­wie­działa pani Shaw­co­urt. – Jestem na waka­cjach.

Nastą­piła chwila ciszy, po któ­rej sze­roko się uśmiech­nę­łam. Przy­po­mnia­łam sobie, że była naprawdę dobrą nauczy­cielką.

– Przy­kro mi z powodu two­ich pal­ców – powie­działa bez zbęd­nego wstępu.

Spoj­rza­łam na ban­daż, w który zawi­nięty była moja lewa stopa.

– Ach, to… Wszystko będzie dobrze, tylko się prze­wró­ci­łam – odpo­wie­dzia­łam. Wtedy zoba­czy­łam jej minę. Zda­łam sobie sprawę, że cho­ciaż wszy­scy roz­ma­wiali o mojej gorączce, cho­ro­bie i wypadku, nikt nie wpadł na to, żeby powie­dzieć mi całą prawdę.

Musiała się mylić. Prze­cież je czu­łam…

Wpa­try­wa­łam się w nią, a ona wytrzy­mała moje spoj­rze­nie bez mru­gnię­cia.

– Czuję je – powie­dzia­łam w końcu.

– Nie mogę uwie­rzyć, że nikt ci nie powie­dział. Cho­lerne szpi­tale.

Znowu spoj­rza­łam na ban­daż. Zro­biło mi się nie­do­brze. Potem rze­czy­wi­ście zwy­mio­to­wa­łam do dużej tek­tu­ro­wej kaczki, która stała przy moim łóżku.

Póź­niej przy­szedł dok­tor Ed i znowu przy mnie usiadł. Spoj­rza­łam na niego gniew­nie.

– Tak… – Zaj­rzał do swo­ich nota­tek. – Anno, przy­kro mi, że nie zda­wa­łaś sobie sprawy z powagi sytu­acji.

– To dla­tego, że cią­gle mówił pan o „wypadku” i „god­nym poża­ło­wa­nia incy­den­cie” – odpar­łam ostro. – Nie zda­wa­łam sobie sprawy, że stra­ci­łam palce, zwłasz­cza że je czuję. Bar­dzo bolą.

Przy­tak­nął.

– To nie­stety dość czę­ste.

– Dla­czego nikt mi nie powie­dział? Wszy­scy cią­gle gadali o gorączce, zaka­że­niu i innych rze­czach.

– Cóż, wła­śnie tego się naj­bar­dziej oba­wia­li­śmy. To prę­dzej mogło cię zabić niż utrata paru pal­ców u stóp.

– Dobrze wie­dzieć. I to nie jest „parę pal­ców u stóp”. To MOJE palce.

Kiedy roz­ma­wia­li­śmy, pie­lę­gniarka deli­kat­nie odwi­jała ban­daże z mojej stopy. Prze­łknę­łam ślinę. Bałam się, że znowu zwy­mio­tuję.

Czy kie­dy­kol­wiek gra­li­ście w szkole w taką grę, pod­czas któ­rej leży­cie na brzu­chu z zamknię­tymi oczami, a ktoś wyciąga wasze ręce nad głową, a następ­nie bar­dzo powoli je opusz­cza, tak że czu­je­cie, jakby zapa­dały się do czar­nej dziury?

Tak to wła­śnie wyglą­dało. Mój mózg nie potra­fił prze­two­rzyć tego, co widział, co czuł i czego się wła­śnie dowie­dział. Moje palce były na swoim miej­scu. Były tam. Przed oczami poja­wiło mi się jed­nak dziwne uko­śne nacię­cie – dwa kikuty odcięte wzdłuż pro­stej linii, jakby zro­biono to celowo brzy­twą.

– Cóż – powie­dział dok­tor Ed – mia­łaś szczę­ście. Gdy­byś stra­ciła duży lub mały palec, mia­ła­byś poważne pro­blemy z utrzy­ma­niem rów­no­wagi…

Spoj­rza­łam na niego, jakby z głowy wyra­stały mu rogi.

– Zde­cy­do­wa­nie i z całą pew­no­ścią nie czuję się, jak­bym miała szczę­ście – powie­dzia­łam.

– Postaw się na moim miej­scu – powie­dział głos zza zasłony oddzie­la­ją­cej mnie od sąsied­niego łóżka.

To była pani Shaw­co­urt cze­ka­jąca na kolejną turę che­mio­te­ra­pii.

Nagle, bez ostrze­że­nia, obie zaczę­ły­śmy się śmiać.

Leża­łam w szpi­talu przez kolejne trzy tygo­dnie. Wielu zna­jo­mych przy­szło mnie odwie­dzić. Mówili, że pisali o mnie w gaze­cie, pytali, czy mogą zoba­czyć moje palce (nie zga­dza­łam się; nawet kiedy zmie­niano mi opa­tru­nek, nie mogłam na nie patrzeć) i infor­mo­wali mnie na bie­żąco o wyda­rze­niach towa­rzy­skich, które nagle prze­stały mnie inte­re­so­wać. Jedyną osobą, z którą naprawdę mia­łam ochotę roz­ma­wiać, była pani Shaw­co­urt, która popro­siła, żebym nazy­wała ją Cla­ire. Musia­łam się przy­zwy­czaić, bo czu­łam się przez to tro­chę zbyt doro­sła. Miała dwóch synów, któ­rzy ją odwie­dzali i zawsze wyglą­dali, jakby się spie­szyli, za to jej synowe były bar­dzo miłe i dawały mi do przej­rze­nia kolo­rowe maga­zyny z plot­kami o gwiaz­dach, bo Cla­ire nie chciała, żeby jej nimi zawra­cać głowę. Pew­nego razu przy­szły z nimi dwie małe dziew­czynki, które prze­stra­szyły się wszyst­kich tych rurek, zapa­chów i dźwię­ków. To była jedyna chwila, kiedy widzia­łam Cla­ire naprawdę smutną.

Przez resztę czasu roz­ma­wia­ły­śmy, a wła­ści­wie to ja mówi­łam. Głów­nie o tym, jak bar­dzo się nudzę i że ni­gdy się nie nauczę znowu nor­mal­nie cho­dzić. Ni­gdy wcze­śniej nie myśla­łam o tym – z wyjąt­kiem sytu­acji, gdy robi­łam pedi­cure, ale nawet wtedy nie poświę­ca­łam temu zbyt wiele uwagi – jak iry­tu­jąco przy­datne są palce u stóp pod­czas prze­miesz­cza­nia się. Jesz­cze bar­dziej krę­pu­jące było to, że musia­łam korzy­stać z tej samej sali do reha­bi­li­ta­cji co osoby z naprawdę poważ­nymi ura­zami, w tym poru­sza­jące się na wóz­kach inwa­lidz­kich, przez co czu­łam się jak oszustka, kiedy masze­ro­wa­łam wsparta o porę­cze rów­no­le­głe z ura­zem, który więk­szość z nich uwa­żała za cał­kiem zabawny. Nie powin­nam więc narze­kać, a jed­nak narze­ka­łam.

Cla­ire to rozu­miała. Była bar­dzo miłą towa­rzyszką, a cza­sami, kiedy czuła się naprawdę źle, czy­ta­łam jej książki. Więk­szość z nich była jed­nak po fran­cu­sku.

– Nie umiem tego prze­czy­tać – powie­dzia­łam.

– Powin­naś umieć – odparła. – Sama cię uczy­łam.

– No niby tak – mruk­nę­łam.

– Byłaś dobrą uczen­nicą – powie­działa Cla­ire. – Pamię­tam, że mia­łaś talent.

Przy­po­mnia­łam sobie moje świa­dec­two z pierw­szej klasy. Nagle dotarło do mnie, że pośród uwag w stylu „nie przy­kłada się” i „mogłaby się popra­wić” zna­la­zła się tam też dobra ocena z fran­cu­skiego. Dla­czego się nie przy­kładałam?

– Uwa­ża­łam, że szkoła jest głu­pia – wyja­śni­łam.

Cla­ire pokrę­ciła głową.

– A pocho­dzisz z tak miłej rodziny. Spo­tka­łam two­ich rodzi­ców, są uro­czy.

– Ty nie musisz z nimi miesz­kać – odpa­ro­wa­łam i zaraz poczu­łam się winna, że tak źle się o nich wyra­zi­łam. Odwie­dzali mnie codzien­nie, mimo że tata cały czas narze­kał na wyso­kie opłaty par­kin­gowe.

– Na­dal miesz­kasz z rodzi­cami? – zapy­tała zasko­czona, a ja poczu­łam, że muszę się jakoś z tego wybro­nić.

– Miesz­ka­łam przez jakiś czas z moim chło­pa­kiem, ale oka­zał się palan­tem, więc wró­ci­łam do domu. To wszystko.

– Rozu­miem – powie­działa Cla­ire.

Spoj­rzała na zega­rek. Była dopiero dzie­wiąta trzy­dzie­ści rano, a my nie spa­ły­śmy już od trzech godzin. Lunch ser­wo­wano w połu­dnie.

– Jeśli chcesz… – zaczęła. – Ja też się nudzę. Mogła­bym pouczyć cię tro­chę fran­cu­skiego, a ty mogła­byś mi poczy­tać. Poczu­ła­bym się mniej jak wielka, chora, łysa śliwka, która nie robi nic poza roz­pa­mię­ty­wa­niem prze­szło­ści i czuje się stara, głu­pia i bez­u­ży­teczna. Chcia­ła­byś?

Spoj­rza­łam na maga­zyn, który trzy­ma­łam w ręku. Z okładki spo­glą­dało na mnie ogromne zdję­cie tyłka Kim Kar­da­shian. Ona przy­naj­mniej miała dzie­sięć pal­ców u stóp.

– Tak, pew­nie – powie­dzia­łam.

1972

_– To nic takiego_ – _powie­dział pod­nie­sio­nym gło­sem męż­czy­zna, pró­bu­jąc prze­krzy­czeć silny mor­ski wiatr, syreny pro­mów i stu­kot pocią­gów._ – _To prze­cież nie­da­leko… Spójrz, to kanał La Man­che, można go prze­pły­nąć._

_Nie powstrzy­mało to jed­nak łez spły­wa­ją­cych po policz­kach dziew­czyny._

_– Tak_ – _odpo­wie­działa._ – _Popłynę dla cie­bie._

_– Wró­cisz do szkoły, skoń­czysz ją, doko­nasz wspa­nia­łych rze­czy i będziesz szczę­śliwa._

_– Nie chcę_ – _jęk­nęła._ – _Chcę zostać tutaj z tobą._

_Męż­czy­zna wykrzy­wił twarz w dziw­nym gry­ma­sie i pró­bo­wał powstrzy­mać poca­łun­kami jej łzy, które kapały mu na nowy, lśniący mun­dur._

_– Zmu­szą mnie do masze­ro­wa­nia w tę i z powro­tem jak małpa, rozu­miesz? Będę idiotą, który nie ma do roboty nic innego niż myśle­nie o tobie. Cicho, kocha­nie. Cicho. Jesz­cze będziemy razem, zoba­czysz._

_– Kocham cię_ – _powie­działa dziew­czyna._ – _Jesz­cze ni­gdy w życiu nikogo tak bar­dzo nie kocha­łam…_

_– Ja też cię kocham_ – _powie­dział męż­czy­zna._ – _Naprawdę mi na tobie zależy. Spo­tkamy się znowu, kocha­nie. Będę pisał do cie­bie listy, a ty skoń­czysz szkołę. Wszystko będzie dobrze, zoba­czysz._

_Dziew­czyna zaczęła się uspo­ka­jać._

_– Nie mogę… nie mogę tego znieść_ – _powie­działa._

_– Ach, kocha­nie_ – _odparł męż­czy­zna._ – _Tak to wła­śnie jest w życiu; trzeba zno­sić różne rze­czy._

_Scho­wał twarz w jej wło­sach._

_– Alors, moja uko­chana. Wróć szybko._

_– Wrócę_ – _powie­działa dziew­czyna._ – _Oczy­wi­ście, że wrócę._ROZDZIAŁ 2

Roz­dział 2

Moi dwaj bra­cia prze­stali mnie odwie­dzać, gdy tylko stało się jasne, że nie umrę. Kocham ich i zdaję sobie sprawę, że kiedy ma się dwa­dzie­ścia dwa i dwa­dzie­ścia lat, jest wiele innych rze­czy do roboty niż sie­dze­nie w szpi­talu i gada­nie z dziwną star­szą sio­strą o jej wypadku. Cath, chwała jej za to, była jak zawsze wspa­niała i nie mogłam się bez niej obejść. Nie­stety pra­co­wała do późna w salo­nie fry­zjer­skim, a dojazd auto­bu­sem do szpi­tala zaj­mo­wał jej czter­dzie­ści pięć minut, więc nie mogła przy­cho­dzić zbyt czę­sto, dla­tego tym bar­dziej doce­nia­łam jej wizyty. Lubiła mi opo­wia­dać, kto w tym tygo­dniu wygrał kon­kurs na naj­brzyd­szą fry­zurę i jak sta­rała się prze­ko­nać klientki, żeby spró­bo­wały cze­goś innego niż prze­dłu­ża­nie, ale te za nic nie chciały ustą­pić i pro­siły o fry­zurę w stylu Che­ryl Cole albo któ­rejś z boha­te­rek reality show _TOWIE_², cho­ciaż ich krót­kie, prze­tłusz­czone brą­zowe kosmyki kom­plet­nie się do tego nie nada­wały; i jak wra­cały po tygo­dniu, krzy­cząc i gro­żąc pozwem, bo pod cię­ża­rem docze­pów wypa­dło im to, co jesz­cze zostało z ich wła­snych wło­sów.

– Tłu­ma­czę im – mówiła Cath – ale nie słu­chają. Nikt mnie nie słu­cha.

Zmu­siła mnie, żebym spoj­rzała w lustro w łazience i powie­działa sobie, że wszystko będzie dobrze. Wyglą­da­łam okrop­nie. Od anty­bio­ty­ków mia­łam prze­krwione i żół­tawe oczy, a moje krę­cone włosy ze skłon­no­ścią do pusze­nia – zwy­kle blond, dzięki pomocy Cath, obec­nie z odro­stami – teraz wymknęły się spod kon­troli. Mia­łam fry­zurę jak sza­lony nauko­wiec. Na domiar złego moja blada skóra przy­brała odcień i struk­turę szpi­tal­nej owsianki. Cath pró­bo­wała mnie pocie­szać, głów­nie dla­tego, że taka po pro­stu jest, a także dla­tego, że przy­zwy­cza­iła się do mówie­nia miłych rze­czy w salo­nie sześć­dzie­się­cio­let­nim kobie­tom, które mają po dzie­więć­dzie­siąt kilo­gra­mów nad­wagi, ale życzą sobie po wizy­cie wyglą­dać jak Coleen Rooney (obie wie­dzia­ły­śmy jed­nak, że to daremny wysi­łek).

Więk­szość czasu spę­dza­łam tylko z Cla­ire. Było to dość oso­bliwe, ponie­waż zbli­ży­ły­śmy się do sie­bie znacz­nie szyb­ciej, niż mia­łoby to miej­sce w innych oko­licz­no­ściach. Pod­czas pobytu w szpi­talu z pew­nym zasko­cze­niem zda­łam sobie sprawę, że cie­szę się z roz­sta­nia z Dar­rem. Był miłym face­tem i w ogóle, ale nie był zbyt roz­mowny. Gdyby musiał przy­cho­dzić do mnie codzien­nie, to byłaby kata­strofa; trze­ciego dnia roz­ma­wia­li­by­śmy już tylko o fryt­kach i klu­bie Man­che­ster City. Nie wiem, jak miałby wyglą­dać nasz zwią­zek bez moż­li­wo­ści cało­wa­nia się (na­dal mia­łam rurkę w ręce i cew­nik, a nawet gdyby tak nie było, to z ośmioma pal­cami u stóp nie czu­łam się zbyt sek­sowna). Dzięki cho­ro­bie spoj­rza­łam na wszystko z innej per­spek­tywy. Byłam zała­mana, kiedy zerwa­li­śmy (on cią­gle pró­bo­wał mnie zdra­dzić, a w mie­ście wiel­ko­ści Kidins­bo­ro­ugh nic nie pozo­staje długo tajem­nicą. Fakt, że bro­nił się „bra­kiem suk­ce­sów”, też mu nie pomógł), ale teraz tęsk­ni­łam tylko za małym miesz­ka­niem, które razem wynaj­mo­wa­li­śmy.

Darr prze­słał mi pudełko cze­ko­la­dek przez mojego brata, które Joe (jak każdy dwu­dzie­sto­la­tek) od razu sam zjadł, i wysłał mi wia­do­mość, żeby zapy­tać, czy wszystko w porządku. Myślę, że pew­nie mogła­bym do niego wró­cić, z pal­cami czy bez. Podobno pod­ry­wa­nie dziew­czyn szło mu jako sin­glowi rów­nie kiep­sko jak wtedy, kiedy był ze mną, ale może Cath tak tylko mówiła, żeby popra­wić mi humor.

Bez Cla­ire chyba osza­la­ła­bym z nudów. Sześć mie­sięcy wcze­śniej kupi­łam tani smart­fon i teraz się za to prze­kli­na­łam, bo nie było na nim innych gier niż Wąż. Czy­tam ogól­nie dużo ksią­żek, ale jest róż­nica mię­dzy czy­ta­niem książki, kiedy jest się zmę­czo­nym po całym dniu pracy, więc ma się chęć wziąć kąpiel i cie­szyć lek­turą przy fili­żance her­baty, nawet jeśli wasz dwu­dzie­sto­letni brat wali w drzwi i krzy­czy coś o żelu do wło­sów, a czy­ta­niem książki, ponie­waż nie ma się nic innego do roboty.

Poza tym bra­łam dużo leków i trudno mi było się sku­pić na lek­tu­rze. W odle­głym kącie sali stał tele­wi­zor, który cały czas grał, ale był usta­wiony na ten sam kanał przez cały dzień i bar­dzo męczyło mnie oglą­da­nie wydzie­ra­ją­cych się na sie­bie gru­ba­sów, więc zaczę­łam nosić słu­chawki. Cie­szy­łam się, kiedy ktoś przy­szedł mnie odwie­dzić, ale nie mia­łam moim gościom nic do powie­dze­nia poza tym, ile płynu sączyło z mojej rany i innymi obrzy­dli­wymi spra­wami, więc roz­mowy też nie spra­wiały mi przy­jem­no­ści.

Pie­lę­gniarki były bar­dzo wesołe, ale zawsze się spie­szyły, z kolei leka­rze wyglą­dali na wiecz­nie zmę­czo­nych i z reguły nie zwra­cali na mnie uwagi – wszy­scy inte­re­so­wali się moją stopą, ale ta rów­nie dobrze mogła nale­żeć do kota, bo nic powy­żej kostki już ich nie obcho­dziło. A inne kobiety leżące na oddziale były stare. Naprawdę bar­dzo stare. Mam na myśli ten etap życia, kiedy pyta się już tylko: „Gdzie ja jestem? Czy to wojna?”. Było mi ich żal, podob­nie jak ich tro­skli­wych, ale wyczer­pa­nych rodzin, które codzien­nie przy­cho­dziły do szpi­tala tylko po to, aby usły­szeć od leka­rza „bez zmian”, ale nie potra­fi­ła­bym zna­leźć z nimi wspól­nego języka. Nie zda­wa­łam sobie sprawy, że mło­dzi ludzie tak rzadko poważ­nie cho­rują. A jeśli już, to tra­fiają od razu na salę ope­ra­cyjną, gdzie ampu­tuje się im jakąś część ciała, albo na oddział ratun­kowy, gdzie docho­dzą do sie­bie po sza­lo­nej nocy, która wymknęła się spod kon­troli. Ale nie tutaj. Na moim oddziale leżały tylko sta­rze­jące się pacjentki z milio­nem dole­gli­wo­ści, które nie miały już dokąd pójść.

Sie­dze­nie z Cla­ire i powta­rza­nie odmiany cza­sow­ni­ków _avoir_ i _être_, zapa­mię­ty­wa­nie róż­nic mię­dzy cza­sem prze­szłym bli­skim a nie­do­ko­na­nym oraz ucze­nie się pra­wi­dło­wej wymowy „r” było naprawdę miłą odmianą.

– Musisz – powta­rzała cały czas – popra­co­wać nad swoim akcen­tem. Bądź Fran­cuzką. Miej naj­bar­dziej fran­cu­ski akcent ze wszyst­kich. Mów jak inspek­tor Clo­useau i machaj rękami.

– Czuję się jak idiotka – odpo­wie­dzia­łam.

– Będziesz się tak czuć – zgo­dziła się Cla­ire – dopóki nie nauczysz się lepiej fran­cu­skiego i Fran­cuzi nie zaczną cię rozu­mieć.

Mozol­nie prze­ra­bia­ły­śmy ksią­żeczki dla dzieci, fiszki i frag­menty testów. Miło mi było, że Cla­ire też to spra­wia przy­jem­ność, i to znacz­nie więk­szą niż jej krót­kie, nieco nie­zręczne roz­mowy z synami – dowie­dzia­łam się, że od dawna była roz­wie­dziona.

W końcu, podob­nie jak muzyk nie­pew­nie pod­no­szący instru­ment, zaczę­łam podej­mo­wać próby roz­ma­wia­nia z nią po fran­cu­sku. Łatwiej było mi słu­chać niż mówić, ale Cla­ire była nie­zwy­kle cier­pliwa i popra­wiała mnie z tak wiel­kim tak­tem, że nie mogłam uwie­rzyć, jak straszną idiotką byłam, nie poświę­ca­jąc wię­cej uwagi tej wspa­nia­łej nauczy­cielce, kiedy mia­łam ku temu moż­li­wość.

– Miesz­ka­łaś we Fran­cji? – Est-ce que tu habi­tait en France? – zapy­ta­łam, wyma­wia­jąc powoli słowa, pew­nego wil­got­nego wio­sen­nego poranka.

Wyda­wało się, że zie­lone pąki na drze­wach za oknem cie­szą się desz­czem, ale nikt inny nie podzie­lał ich entu­zja­zmu. W szpi­talu i tak zawsze pano­wała ta sama tem­pe­ra­tura, budy­nek był jak her­me­tycz­nie zamknięty sta­tek w butelce odcięty od świata zewnętrz­nego.

– Dawno temu – odpo­wie­działa, nie patrząc mi w oczy. – I przez krótki czas.

1971–1972

_Cla­ire wie­działa, że to naj­głup­sza forma buntu. Wła­ści­wie to wcale nie był bunt. Mimo to sie­działa przy stole, wpa­tru­jąc się w miskę płat­ków Ready Brek. Miała sie­dem­na­ście lat i czuła, że jest już za duża, żeby je jeść na śnia­da­nie. Wola­łaby po pro­stu wypić kawę, ale nie była gotowa, żeby o to zawal­czyć. Jed­nak w tej dru­giej spra­wie…_

_– Nie pój­dziesz w czymś takim do kościoła._

_„_Coś takiego_” to para nowych dzwo­nów, na które Cla­ire oszczę­dzała. Pod­czas świąt Bożego Naro­dze­nia pra­co­wała w Chel­sea Girl. Jej ojcu bar­dzo trudno było pogo­dzić się z fak­tem, że cho­ciaż była gotowa pod­jąć się cięż­kiej pracy (w którą głę­boko wie­rzył), to wyraź­nie wyko­ny­wała ją w sie­dli­sku nie­pra­wo­ści, gdzie sprze­da­wano ubra­nia dla nie­rząd­nic. Matka, jak zwy­kle, musiała o tym wspo­mnieć na osob­no­ści, ale ni­gdy nie odwa­ży­łaby się sprze­ci­wić publicz­nie wie­leb­nemu Mar­cu­sowi Fore­stowi. Ni­gdy też tego nie zro­biła. Nie­wielu było wystar­cza­jąco odważ­nych._

_Cla­ire spoj­rzała na dżinsy na swo­ich nogach. Przez całe życie cho­dziła nie­mod­nie ubrana. Jej ojciec uwa­żał, że moda to droga do wiecz­nego potę­pie­nia, więc matka szyła jej far­tuszki, dłu­gie spód­nice do szkoły i sukienki na nie­dzielę._

_Praca jed­nak otwo­rzyła jej oczy. Dzięki niej Cla­ire poczuła się bar­dziej doro­sła. Inne dziew­czyny w skle­pie miały po dwa­dzie­ścia lat, a nawet wię­cej, i były bar­dziej obyte w świe­cie. Roz­ma­wiały o klu­bach noc­nych, chłop­cach i maki­jażu (surowo zabro­nio­nym w domu wie­leb­nego), a co gor­sza, uwa­żały życie Cla­ire (wszy­scy znali wie­leb­nego) za komiczne. Star­sze kole­żanki wzięły ją pod swoje skrzy­dła, ubie­rały ją w naj­mod­niej­sze ciu­chy, zachwy­cały się jej szczu­płą syl­wetką i nie­far­bo­wa­nymi jasnymi wło­sami, któ­rych ona sama ni­gdy nie lubiła (cho­ciaż w domu nie było zbyt wielu luster, w któ­rych mogłaby się przej­rzeć). Żaden chło­pak ze szkoły ni­gdy nie zapro­sił jej na randkę. Wma­wiała sobie, że to z powodu ojca, ale w głębi duszy oba­wiała się, że przy­czyna leży gdzie indziej_ – _że jest zbyt cicha i nie­cie­kawa. Przez swoje bar­dzo jasne włosy i brwi cza­sami czuła się, jakby w ogóle nie ist­niała._

_W pracy z dnia na dzień nabie­rała śmia­ło­ści. Wszystko skoń­czyło się jed­nak nagle w pewien week­end, kiedy ojciec aku­rat pra­co­wał nad bożo­na­ro­dze­nio­wym kaza­niem, a ona wró­ciła ze sklepu z moc­nym maki­ja­żem: jej oczy były pod­kre­ślone błysz­czą­cym kaja­lem w kolo­rze szma­rag­do­wej zie­leni i brą­zo­wym cie­niem, a brwi_ – _co naj­bar­dziej szo­ku­jące_ – _poma­lo­wane na ciem­no­brą­zowo kredką jed­nej z dziew­czyn. Cla­ire stała przed lustrem i wpa­try­wała się w to dziwne i tajem­ni­cze stwo­rze­nie, w które się zmie­niła; nie była już blada i bez­barwna. Nie była już chudą i mizerną dziew­czynką, wyglą­dała zgrab­nie i robiła wra­że­nie. Cas­sie zacze­sała jej włosy do tyłu i upięła dzie­cięcą grzywkę, odsła­nia­jąc czoło, co dodało Cla­ire lat. Wszyst­kie dziew­czyny się śmiały i nale­gały, żeby wyszła z nimi w sobotę._

_Cla­ire nie wyda­wało się to moż­liwe._

_Ojciec aż wstał, wyraź­nie wypro­wa­dzony z rów­no­wagi._

_– Zmyj to_ – _powie­dział z rezy­gna­cją._ – _Nie pod moim dachem._

_Nie zło­ścił się jed­nak ani nie krzy­czał. Ni­gdy tego nie robił, nie leżało to w jego natu­rze. Po pro­stu oznaj­mił jej, jak będzie. W świe­cie Cla­ire głos ojca i głos Boga, w któ­rego szcze­rze wie­rzyła, zle­wały się w jedno, nie pozo­sta­wia­jąc miej­sca na wąt­pli­wo­ści._

_Matka poszła za nią do łazienki, całej w kolo­rze awo­kado, i przy­tu­liła ją na pocie­chę._

_– Wyglą­dasz naprawdę uro­czo_ – _powie­działa, gdy Cla­ire ze zło­ścią wycie­rała twarz brą­zo­wym fla­ne­lo­wym ręcz­ni­kiem._ – _Wiesz_ – _dodała_ – _za rok lub dwa pój­dziesz do szkoły dla sekre­ta­rek lub na kurs nauczy­ciel­ski, a potem będziesz mogła robić, co tylko zechcesz. Musisz jesz­cze tylko chwilę pocze­kać, kocha­nie._

_Cla­ire wyda­wało się jed­nak, że dzieli ją od tego jesz­cze z milion lat. Wszyst­kie inne dziew­czyny mogły się stroić, wycho­dzić i mieć chło­pa­ków, któ­rzy przy­jeż­dżali po nie małymi, sta­rymi samo­cho­dami albo na moto­cy­klach._

_– Ta praca… Myśla­łam, że to dobry pomysł, ale…_ – _Matka pokrę­ciła głową._ – _Wiesz, jaki on jest. To dopro­wa­dza go do szału. Mia­łam nadzieję, że będziesz dzięki niej bar­dziej nie­za­leżna…_

_Póź­niej w nocy Cla­ire usły­szała docho­dzącą z dołu cichą roz­mowę. Rodzice szep­tali. Po tonie ich gło­sów domy­śliła się, że mówią o niej. Bycie jedy­naczką czę­sto nie jest łatwe. Zawsze wyda­wało jej się, że ojciec postrzega ją jako kogoś, kto spusz­czony z oczu od razu wpa­kuje się w poważne kło­poty, co sza­le­nie ją iry­to­wało. Matka robiła, co mogła, ale kiedy pastor wpa­dał w ponury nastrój_ – _a trwało to cza­sem kilka dni_ – _atmos­fera w domu sta­wała się bar­dzo nie­przy­jemna. Był przy­zwy­cza­jony, że dwie kobiety, z któ­rymi dzie­lił życie, bez pyta­nia wyko­nują jego pole­ce­nia. Cla­ire pra­gnęła jed­nak odro­biny wol­no­ści._

_W skle­pie miała zaję­cie do połowy stycz­nia. Potem zapro­po­no­wano jej pracę w soboty, a ona bar­dzo chciała się zgo­dzić, ale nie było to warte pro­ble­mów w domu. Dla­tego zajęła się nauką, cho­ciaż i tak wie­działa, że nie pój­dzie na uni­wer­sy­tet. Wie­lebny nie był zwo­len­ni­kiem stu­diów dla kobiet, a poza tym wolał, żeby córka została bli­sko domu, zamiast wyjeż­dżać do Yorku lub Liver­po­olu. Cza­sami, późno w nocy, po tym, jak jej rodzice poszli spać, Cla­ire sie­działa do późna, oglą­da­jąc film na BBC2, i czuła, jak serce jej się ści­ska na myśl, że będzie musiała zostać w Kidins­bo­ro­ugh na zawsze i patrzeć, jak jej rodzice się sta­rzeją._

_Dwa mie­siące póź­niej, na początku marca, matka zeszła na śnia­da­nie z szel­mow­skim wyra­zem twa­rzy i jasno­nie­bie­ską kopertą lot­ni­czą w ręku, która na brze­gach miała czer­wone i nie­bie­skie paski, a na fron­cie egzo­tycz­nie wyglą­da­jące pismo._

_– Wszystko już posta­no­wione_ – _powie­działa, gdy pastor pod­niósł wzrok znad połowy grejp­fruta._

_– Co takiego?_ – _wark­nął._

_– Cla­ire wyje­dzie na lato jako au pair. Dostała zapro­sze­nie._

_Cla­ire ni­gdy nawet nie sły­szała tego słowa._

_– Będziesz nia­nią_ – _wyja­śniła matka._ – _U mojej kore­spon­den­cyj­nej przy­ja­ciółki._

_– Tej Fran­cuzki?_ – _zapy­tał Mar­cus, skła­da­jąc egzem­plarz „Daily Tele­graph”._ – _Myśla­łem, że ni­gdy się nie spo­tka­ły­ście na żywo._

_– Bo nie spo­tka­ły­śmy_ – _odparła dum­nie Ellen._

_Cla­ire patrzyła raz na jed­nego z rodzi­ców, raz na dru­giego. Nie miała o niczym poję­cia._

_– Kim ona jest?_

_– Nazywa się Marie-Noelle i kore­spon­du­jemy ze sobą od cza­sów szkol­nych_ – _odpo­wie­działa Ellen, a Cla­ire nagle przy­po­mniała sobie kartki świą­teczne z napi­sem „Meil­leurs Voeux”, które przy­cho­dziły co roku._ – _Na­dal do sie­bie piszemy… oczy­wi­ście spo­ra­dycz­nie, nie tak czę­sto, jak kie­dyś, ale wiem, że ma dwoje dzieci i napi­sa­łam do niej z pyta­niem, czy nie chcia­łaby przy­jąć cię na lato. A ona się zgo­dziła! Będziesz opie­ko­wać się jej dziećmi. Nie martw się, tutaj pisze, że ma sprzą­taczkę… mój Boże…_

_Twarz matki zdra­dzała napię­cie._

_– Mam nadzieję, że nie są zbyt ele­ganccy_ – _kon­ty­nu­owała, roz­glą­da­jąc się po schlud­nej, ale skrom­nie urzą­dzo­nej ple­ba­nii. Pen­sja duchow­nego nie była wysoka, a Cla­ire od zawsze wie­działa, że nie ma co liczyć na nowe rze­czy._

_– Nie obcho­dzi mnie, czy są ele­ganccy. Czy to porządni ludzie?_ – _zapy­tał Mar­cus._

_– Ależ tak_ – _odparła rado­śnie Ellen._ – _Mają syna i córkę, Arnauda i Clau­dette. Czyż to nie prze­piękne imiona?_

_Serce Cla­ire zaczęło bić szyb­ciej._

_– Gdzie… gdzie we Fran­cji?_

_– Och, prze­pra­szam, gdzie ja mam głowę?_ – _powie­działa Ellen._ – _W Paryżu oczy­wi­ście._
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij