Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • promocja

Never Lost Hope. Tom 2. Na granicy zła - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
24 listopada 2025
4391 pkt
punktów Virtualo

Never Lost Hope. Tom 2. Na granicy zła - ebook

Nawet na granicy zła można odnaleźć prawdę o sobie. 
Robert przez całe życie uciekał przed emocjami, trzymając ludzi na dystans. Po tragicznej śmierci siostry jego codzienność zamienia się w nieustanną walkę – o przetrwanie, bezpieczeństwo najbliższych i własne sumienie. Rodzinne tajemnice, pragnienie zemsty i moralne dylematy prowadzą go do punktu, w którym trudno odróżnić dobro od zła.
W świecie, gdzie każdy błąd może kosztować życie, Robert będzie musiał zmierzyć się z prawdą, która może ocalić albo zniszczyć tych, których kocha najbardziej.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8412-408-6
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Od roku był pogrążony w nostalgii i smutku. Przykuty do wózka inwalidzkiego, nie widział dla siebie szansy na lepsze jutro. Po stracie siostry poddał się, przestał o siebie walczyć. Zaniechał rehabilitacji, a swój ból i cierpienie topił w alkoholu. Nigdy nie należał do wylewnych mężczyzn, lecz teraz stał się zimny, szorstki, zamknięty na otaczający go świat.

Każdy dzień rozpoczynał w ten sam sposób.

Odwiedziny na cmentarzu, zakropione sporą ilością alkoholu, kilka telefonów do firmy, powrót do domu i wszechogarniająca samotność.

Izolował się, zamykając w swoim gabinecie z ulubionym alkoholem, w którym topił smutki.

Jak twierdził, nie potrzebował litości ani łaski.

Swym chłodem odpychał od siebie najbliższe mu osoby. Dziadków, Melissę, a także szwagra i malutką kopię siostry, słodką rudowłosą Grace. Robert, ilekroć patrzył na to dziecko, czuł w sercu bolesny ucisk. Towarzyszyły mu wtedy dwa sprzeczne uczucia. Kochał tę małą, a zarazem jej widok sprawiał mu ból. W maleńkiej niewinnej istotce dostrzegał twarz zmarłej siostry, z czym nie potrafił sobie poradzić. Nie mógł się pogodzić z tym, co się wydarzyło w jego rodzinie.

Przestało mu zależeć nawet na powrocie do zdrowia.

Poza pieniędzmi, jakie przynosiła mu własna działalność, nie posiadał już nic.

Tak uważał.

Miał do siebie żal, że tamtego dnia pozwolił Hope pojechać do sądu. Miał również pretensje do Robby’ego, że nie uchronił żony przed potworem. Jego ojcem, który na oczach milionów ludzi zabił własną córkę.

Hope tak wiele w swoim krótkim życiu wycierpiała, tak wiele krzywd doznała. Nie zasługiwała na śmierć. Robert żałował, że nie znalazł się na jej miejscu, że kula przeznaczona dla niej nie dosięgła jego. Myślał o sobie bardzo źle. Porównywał siebie do ojca, tyrana i bestii w ludzkiej skórze. Uważał, że jak on nie jest już zdolny do miłości. Od najmłodszych lat tresowany był na jego podobieństwo. Stał się taki jak on. Targały nim nienawiść oraz niewyobrażalna chęć zemsty. Ze wszystkich sił pragnął pomścić śmierć siostry i tylko ta jedna sprawa trzymała go jeszcze przy życiu.

Rosła w nim nienawiść, przez co stawał się złym człowiekiem. Nieobecnym, obojętnym na wszystko mężczyzną, zniszczonym przez świat władzy i pieniędzy.

Hope była w jego życiu najważniejszą osobą… Ale czy na pewno?

Jego serce biło mocniej za każdym razem, kiedy myślał o pewnej kobiecie. Ślicznej niebieskookiej blondynce o imieniu Cassandra. Poznał ją zupełnie przypadkiem i przypadkiem się w niej zadurzył. A przecież uważał, że nie jest zdolny do takich przyziemnych uczuć… Na każde najmniejsze wspomnienie tej kobiety się uśmiechał. Ten uśmiech szybko bladł. Zranił ją, choć tak bardzo tego nie chciał. Na samym starcie ich pięknie zapowiadającej się znajomości… Po raz pierwszy poczuł to coś i… uciekł. Zranił jej uczucia. Robert od zawsze powtarzał, że nie nadaje się do stałych związków. Uważał, że one człowieka ograniczają, zamykają w niewoli, w klatce, z której nie ma ucieczki. Bawił się więc kobietami i często zmieniał partnerki. Zawsze stawiał sprawę jasno – nie kochał i nie chciał być kochany. Czy z Cass również tak było?ROZDZIAŁ 1

ROBERT

– Obiad podać w salonie czy w twoim gabinecie? – pyta Melissa.

Podparty łokciem na oparciu wózka głośno wzdycham. Niechętnie spoglądam na młodą dziewczynę. Melissa podchodzi do okna, następnie sięga do zasłony, by wpuścić do środka nieco światła. Zaciskam mocno szczękę, bo pojawia się we mnie tak dobrze mi znana irytacja.

– Nie jestem głodny – mamroczę, ale staram się zachować spokój.

Gdy na moją twarz padają jasne promienie słońca, mrużę oczy i zaciskam pięści. Melissa spogląda na mnie przez ramię.

– Powinieneś coś…

– Głucha jesteś?! – wybucham. – Zasłoń to pieprzone okno, a potem nalej mi whisky.

Od śmierci Hope traktuję wszystkich jak zło konieczne. Robby’ego, który próbuje się pozbierać po stracie żony. Wiem, że jest mu ciężko. Został sam z małym dzieckiem. Dziadków unikam, nie wspominając już o matce, która przebywa u nich na farmie, bo czuje się najbardziej zraniona. Jakoś nie obeszła jej śmierć własnej córki. Nienawidzę jej z całego serca i życzę jej wszystkiego, co najgorsze. Przysięgam, że gdybym miał odrobinę więcej siły oraz chęci, zniszczyłbym jej życie, tak samo jak ona zrobiła to Hope, a potem mnie. Melissa… hmm, no cóż… Mieszka pod moim dachem, każdego dnia mi pomaga, choć tak naprawdę chyba bardziej przeszkadza. Biega przy mnie, usługuje mi, troszczy się o mnie, a przy tym okropnie mnie irytuje. Jest nadopiekuńcza. Do wszystkiego się wtrąca, pilnuje, bym nie pił, a kiedy już to robię, bez przerwy powtarza, bym się ogarnął. Mimo wszystko wciąż ją lubię, lecz nie potrafię jej tego okazać w odpowiedni sposób. Jest ładna, wyraźnie mną zainteresowana. Nie przeszkadza jej nawet, że jestem pieprzonym kaleką, poruszającym się na wózku. A może z jej strony to wyłącznie litość?

Wzdycham, gdy widzę, że się do mnie zbliża. Melissa staje naprzeciwko mnie, po czym lekko się ku mnie pochyla i kładzie dłonie na oparciach wózka. Przez chwilę mam wrażenie, że chce mnie pocałować, ale nie. Przygląda mi się z uwagą. Peszy mnie to i wkurza, bo wydałem jej wyraźne polecenie, by zrobiła mi drinka.

– Dlaczego to robisz? – pyta w końcu, czym mnie zaskakuje.

Wpatruję się w nią z cwanym uśmiechem na gębie.

– Co takiego?

– Odpychasz od siebie tych, dla których jesteś ważny, rezygnujesz z możliwości powrotu do zdrowia i…

– Skończ! – warczę, a potem sięgam do kół, by się wycofać.

Odwracam się do niej tyłem i spoglądam na wpół odsłonięte okno.

– Powinieneś coś zjeść, potem przychodzi rehabilitantka. Dobrze wiesz, że alkohol…

– Już ci powiedziałem, żebyś przestała! – krzyczę.

Widzę, jak Melissa podskakuje wystraszona, lecz nie rusza się ani o krok.

– Nie potrzebuję twoich rad, nie za to ci płacę, więc zamilcz i zrób to, o co cię przed chwilą poprosiłem. Zrób mi drinka!

Dziewczyna wzdycha, podchodzi do barku z alkoholami, a po chwili wraca z trunkiem. Podaje mi szklankę i mi się przygląda.

– Napijesz się ze mną? – pytam.

Na moje słowa Melissa robi wielkie oczy.

– Słucham?

– Zadałem proste pytanie – warczę, bo powoli tracę cierpliwość. – Proszę, abyś się ze mną napiła. To takie trudne do zrozumienia?

– Nie – odzywa się w końcu. – Dziękuję. Jest za wcześnie na alkohol, zresztą… – Urywa na moment, wbijając we mnie pogardliwe spojrzenie. – Nie mam ochoty i towarzystwo nie takie…

Na te słowa posyłam jej szyderczy uśmiech, a następnie wypijam duszkiem zawartość szklanki, by na koniec podsunąć w jej kierunku pustą.

– Zrób kolejnego.

Melissa ani drgnie, za to dostrzegam, jak zagryza nerwowo dolną wargę, co z kolei bardzo mi się podoba.

– Nie powinieneś pić przed rehabilitacją.

– Melissa dobra rada – kpię, wpatrując się w nią z wciąż wyciągniętą w jej kierunku dłonią.

Zabiera ode mnie szklankę i z wyraźną niechęcią ją uzupełnia. Kiedy mi ją podaje, a nasze palce się ze sobą stykają, dostrzegam, że się wzdryga. Zaciskam mocniej szczękę i wypijam całą szklankę.

– Jeszcze!

– Nie powinieneś więcej pić, jeśli masz mieć rehabi…

– Kurwa, skończ! – przerywam jej natychmiast i ze złości ciskam szklanką w głąb pokoju.

Kruche szkło rozsypuje się na setki maleńkich kawałeczków, a na drewnianym parkiecie po uderzeniu zostaje niewielkie wgłębienie.

– Po co mi ta pieprzona rehabilitacja, co? Jestem wrakiem, rozumiesz?! Jestem przykuty do tego gówna! – Palcem wskazuję na wózek, na którym siedzę. – A każdy najmniejszy ruch, każda próba wstania powoduje tak kurewski ból, że chce mi się wyć! Albo mnie napierdala, albo czuję nieprzyjemne drętwienie. Ile mam jeszcze ćwiczyć? To nic nie pomaga, rozumiesz?! Nie mogę się nawet sam wysrać, a ty mi pieprzysz o rehabilitacji! Zrozum, dla mnie jest już za późno. Nie mam na nic chęci, nie mam motywacji, nie mam dla kogo walczyć!

– Nieprawda! – wybucha Melissa, po czym pada przede mną na kolana i kładzie dłonie na moich nogach. – Masz ludzi, którzy cię kochają, troszczą się o ciebie, liczą na ciebie. Robiłeś przecież postępy, nawet zacząłeś chodzić. Nie marnuj tego, nie trać czasu na użalanie się nad sobą. Przed tobą całe życie, jesteś młody, przystojny, masz świetnie prosperującą firmę i mnóstwo ludzi cię ceni. Wiem, że ci ciężko po stracie siostry, ale życie toczy się dalej. Jej już nie ma, lecz zostawiła po sobie małą kopię siebie. Nie widzisz tego?

– Nigdy więcej nie waż się wspominać o Hope! Nigdy więcej nie waż mi się mówić, co powinienem, a czego nie, rozumiesz?!

Chwytam ją za nadgarstki, czym sprawiam jej ból. Widzę, jak w jej oczach błyszczą pierwsze łzy, jak drży jej warga, a klatka piersiowa porusza się w szaleńczym tempie. Nie obchodzi mnie to jednak. Jestem wściekły. Dlaczego? Sam nie wiem… Być może dlatego, że powiedziała prawdę, która nie chce do mnie dotrzeć.

– Nie mogę patrzeć na to, jak sam na własne życzenie niszczysz sobie życie. Widzę, jak cierpisz, co przeżywasz. Nie tylko ty ją kochałeś, nie tylko tobie jest ciężko. Twoja siostra mi pomogła, wyciągnęła mnie z bagna, w jakim tkwiłam, i choć jej już nie ma, na zawsze będę jej za wszystko wdzięczna. Nigdy o niej nie zapomnę, bo…

– No właśnie! – przerywam jej.

Ta dziewucha działa mi na nerwy do tego stopnia, że mam ochotę złoić jej skórę. Ma niewyparzony język, jest namolna, momentami koszmarnie irytująca. Co więcej, nie potrafi się zamknąć w odpowiednim momencie.

– Jesteś tu wyłącznie dzięki Hope! Mnie nie jesteś do niczego potrzebna! Za dużo gadasz i ze wszystkich sił próbujesz mi matkować! Dziewczyno, działasz mi na nerwy, więc dobrze ci radzę! – Potrząsam nią mocno. – Jeżeli chcesz nadal tu pracować, to rób to, o co cię w danej chwili proszę! Bez gadania, bez zbędnego pierdolenia i prawienia mi umoralniających gadek!

– Zrozumiałam…

Melissa wyszarpuje ręce z mojego uścisku, lecz nie cofa się, nie wstaje, nie ucieka. Pociera jedynie zaczerwienione nadgarstki i wbija we mnie surowe spojrzenie. I kiedy myślę, że wreszcie przyjęła do wiadomości moje słowa i że się do nich ustosunkuje, ona ponownie otwiera usta. Nie udaje się jej jednak nic powiedzieć, gdyż przykładam do nich palec i uciszam ją. Gdy na nią patrzę, na jej oczy mokre od łez, choć niesłychanie piękne, na pełne wargi, ciepłe i miękkie, na długą szyję i lekko odsłonięty obojczyk, w lędźwiach zaczynam odczuwać przyjemne mrowienie. Nie mogę zaprzeczać, że ta młoda dziewczyna jest naprawdę śliczna, a do tego wszystkiego jej upór i cięty język mnie pociągają.

Od wypadku mój stosunek do kobiet i do spraw łóżkowych nieco się zmienił. Nie byłem już taki pewny siebie, unikałem spotkań z płcią przeciwną. Nie czułem się komfortowo na wózku. Przestałem się czuć jak stuprocentowy facet, który mógłby jeszcze zaspokoić kobietę. Przez długi czas byłem częściowo sparaliżowany. Z czasem czucie wróciło, ból jednak nie ustąpił. Długo nie wierzyłem, że mógłbym pójść z kobietą do łóżka, aż do momentu, kiedy rozpocząłem rehabilitację z piękną, bardzo pociągającą rehabilitantką. Nawet z pogruchotanym kręgosłupem znalazłem wiele sposobów, by się zaspokoić. Wiedziałem, że mój stan jest wyłącznie przejściowy, że lada chwila stanę na nogi. Walczyłem z bólem i wszelakimi niedogodnościami dla mojej siostry, bo nie chciałem uchodzić przed nią za mięczaka. Sytuacja się jednak zmieniła, kiedy jej zabrakło. Gdy odeszła, moje życie straciło sens, a wszystko to, co do tej pory osiągnąłem, przestało mieć dla mnie znaczenie. Załamałem się. Hope była dla mnie wszystkim. Byłem silny, bo i ona taka była. Pomimo wielu upadków podnosiła się, walczyła, nie poddawała. Chciałem być taki jak ona. Nie potrafiłem.

Teraz, kiedy patrzę na dziewczynę, mam ochotę ją pocałować, a potem poczuć jej ciało na sobie. Przez chwilę się waham, walczę sam ze sobą i powtarzam sobie, że nie powinienem. Że przecież ją skrzywdzę, zabawię się nią, a potem zranię. Przecież mi na niej nie zależy, więc w czym problem?

Zabieram palec z jej ust, a Melissa powoli podnosi się z podłogi, odwraca tyłem i wolno stąpa w stronę rozbitej szklanki. Znów się pochyla, a gdy wypina w moją stronę pośladki odziane w czarne legginsy, coś we mnie drga.

– Napij się ze mną! – nakazuję, zaciskając pięści.

Melissa spogląda na mnie pytająco i marszczy lekko brwi. W tej chwili buzuje we mnie wściekłość pomieszana z pożądaniem.

– Głucha jesteś?! – Uderzam zniecierpliwiony w kolano i podjeżdżam na wózku bliżej niej. – Podaj mi whisky!

Dziewczyna się prostuje, po czym bez słowa chwyta za butelkę i mi ją podaje. Sama jednak zaczyna się wycofywać, choć wyraźnie zaznaczyłem, że liczę na jej towarzystwo.

– Weź krzesło i usiądź przy mnie.

– Mam dużo pracy i…

– Nie każ mi tego powtarzać, Melisso!

Dziewczyna wzdycha głośno. Widzę, że zaciska pięści i cała drży, zapewne ze złości. Mnie o dziwo jej widok sprawia przyjemność, a humor nieco się poprawia, gdy wreszcie posłusznie wykonuje moje polecenie. Siada naprzeciwko mnie, lecz w pewnej odległości, co ponownie mnie irytuje.

– Nie ugryzę – warczę. – Usiądź bliżej!

Kiedy to robi, oddycham z ulgą. Upijam łyk prosto z butelki, po czym wręczam alkohol Melissie. Ona jednak kręci głową.

– Pij!

– Nie – odpowiada prawie szeptem.

– Brzydzisz się mną?!

– Co? Nie, nie! – odpowiada szybko.

– Więc się napij – ponaglam ją.

– Nie chcę.

– A więc jednak się mnie brzydzisz.

– Już ci powiedziałam, że dla mnie jest zbyt wcześnie, by sięgać po alkohol, ale jeśli tobie nie przeszkadza, że będziesz zionął jak gorzelnia, kiedy przyjdzie twoja rehabilitantka, proszę bardzo, pij do woli!

Uśmiecham się na jej słowa. Ona nie potrafi nawet na moment zamilknąć. Nie umie zachować swych mądrości tylko dla siebie. To nawet zabawne.

– Nie potrafisz się powstrzymać, co? – pytam. – Przekonaj mnie, bym nie pił. Potrafisz?

– Nie rozumiem…

– A co tu jest do rozumienia? Masz mnie przekonać, bym się więcej nie napił. Potrafisz to zrobić? Zbliż się do mnie.

Melissa się wzdryga. Widzę, że się wycofuje, że chce wstać, a potem uciec. Nie pozwalam jej jednak na to. Chwytam ją za rękę, po czym przyciągam ku sobie tak, że ląduje na moich kolanach. Spoglądamy na siebie przez chwilę, a gdy nie widzę żadnej reakcji z jej strony, przystawiam butelkę do ust. Zanim jednak piję łyk, wznoszę toast.

– Za pieprzonego kalekę!

– Za to nie wypiję – mówi i odsuwa od siebie butelkę.

– Dlaczego? – pytam.

– Bo nie jesteś kaleką, możesz chodzić, tylko nie chcesz. A dopóki to do ciebie nie dotrze…

– Nie jestem kaleką? – Wchodzę jej w słowo. – A kim według ciebie jestem, co?

– Kim?

– Tak.

– Zagubionym człowiekiem, który potrzebuje pomocy, zrozumienia, a przede wszystkim miłości i wsparcia.

Na jej słowa parskam śmiechem. Melissa wstaje z moich kolan i siada na krześle, lecz tym razem znacznie bliżej. Wciąż się śmieję, a przy tym obserwuję jej zachowanie. Naglę uśmiech na moich ustach gaśnie.

– Skoro nie jestem kaleką, to dlaczego patrzysz na mnie jak na niedorajdę i życiowego nieudacznika?

– Bredzisz już od tego chlania.

– Brak odpowiedzi to również odpowiedź – oznajmiam. – Ale w porządku. Zatem wypijmy za ciebie i twoją prawdomówność.

Upijam łyk, po czym oddaję butelkę Melissie. Ociąga się, ale pije niewielki łyk, a na jej twarz wkrada się zabawny grymas. Rozśmieszyła mnie tym na nowo.

– Wiesz? Czasami, kiedy tyle nie gadasz, jesteś naprawdę słodka.

Na jej ustach pojawia się niewielki uśmiech, który szybko znika, kiedy mój palec dotyka jej policzka.

– Jesteś taka ciepła i delikatna – szepczę, błądząc opuszką po jej aksamitnej skórze.

Zamykam na moment powieki i to jest błąd, bo przed oczami od razu mam Cass. Nagle brakuje mi tchu. Cassandra to przeszłość! – powtarzam sobie w myślach i by jak najszybciej wymazać z głowy jej widok, spoglądam na zdezorientowaną Melissę.

– Pocałuj mnie – rzucam nagle.

Chwytam ją za kark i mocno do siebie przysuwam. Wpijam się w jej usta. Miałem nadzieję, że coś poczuję, jakiś prąd, podniecenie, cokolwiek, lecz nic z tego. Melissa nie zamierza oddać pieszczoty, czym naprawdę mnie zadziwia, gdyż do niedawna sama wysyłała mi jasne sygnały, że jest mną zainteresowana. Co się zmieniło? A może to wszystko tylko mi się wydawało?

– Robert, nie!

Melissa gwałtownie się ode mnie odsuwa i zasłania dłonią napuchnięte od pocałunku usta.

– Robert… Lubię cię i do niedawna wydawało mi się, że mogłoby nas coś połączyć, ale chyba się pomyliłam. Wiesz, ja jednak wolę mężczyzn, którzy są nieco mniej zaborczy, a do tego zabiegają o względy kobiety. Zmieniłeś się, a ja nie chcę cierpieć.

Poczułem się tak, jakbym dostał w pysk. Kiedy docierają do mnie jej słowa, wściekam się.

– No tak! Ty wolisz mężczyzn szarmanckich, miłych i uprzejmych. Zupełnie takich jak mój szwagier, prawda? Lecisz na niego?

Nie musi odpowiadać, widzę jej minę, kiedy wspominam o Robbym.

– No przecież! – krzyczę. – Spędzacie ze sobą mnóstwo czasu, kiedy ty pod pretekstem opieki nad Grace łasisz się do niego jak suka w rui.

– Robert…

– Nie jestem ślepy! To, że nie chodzę o własnych siłach i nie wszędzie mogę wjechać tym cholernym ustrojstwem, nie znaczy, że nie widzę tego, co się pomiędzy wami dzieje! Powiedz wprost! Od początku Robby wpadł ci w oko. Odkąd moja siostra przygarnęła cię do tego domu, spoglądasz na niego maślanym wzrokiem. Wtedy nawet na ciebie nie spojrzał, więc zainteresowanie skierowałaś na mnie, ale teraz, kiedy Hope już nie ma…

– Robert, przestań!

– Co jest między wami?

– Nic. – W oczach Melissy błyszczą łzy. – Przyjaźnimy się, Robby jest dla mnie miły i tyle. Nic nas nie łączy, Robert.

– Zejdź mi z oczu!

– Robert, to nie tak, ja naprawdę…

– Wypierdalaj!

ROBBY

Wracam z Grace do domu. Z gabinetu Roberta dochodzą głośne krzyki. Po chwili w drzwiach dostrzegam zapłakaną Melissę, która na mój widok nieruchomieje.

– Już jest pijany? – pytam ledwie słyszalnie, na co dziewczyna tylko potakuje głową.

Wyciąga ręce do mojej córki, którą trzymam na rękach. Mała uśmiecha się do Melissy i z radością wpada w ramiona niani.

Od śmierci mojej żony Melissa bardzo mi pomaga. Nie tylko zresztą mnie, choć Robert traktuje wszystkich jak zło konieczne. Nie poznaję go momentami. Zachowuje się jak zranione dziecko. Mnie także jest ciężko po stracie Hope, ale… Życie toczy się dalej, a ja mam na wychowaniu córkę. Nie ma dnia, abym nie myślał o żonie i o tym, że nosiła pod sercem moje dziecko. Mam do siebie żal, że nie byłem w stanie jej ochronić, zapobiec nieszczęściu. Hope umarła na moich rękach. W tamtym momencie pękło mi serce. Zawalił mi się cały świat, zupełnie tak samo jak Robertowi. Myślałem nawet, że po jej śmierci nie poradzę sobie z wychowaniem małego dziecka. Bałem się, że nie będę potrafił pogodzić pracy z domowymi obowiązkami. Każdy następny dzień bez Hope był gorszy od poprzedniego, ale przecież nie mogłem się poddać. Moja żona zostawiła po sobie malutką kopię siebie i teraz to Grace jest dla mnie najważniejsza. Wciąż jest mi niewyobrażalnie ciężko, wciąż tak cholernie za nią tęsknię, lecz… jej nie wskrzeszę. Hope już zawsze będzie w moim sercu. Nigdy nie przestanę jej kochać, nigdy o niej nie zapomnę, ale nie mogę wiecznie żyć w zawieszeniu i ciągłym użalaniu się nad sobą. Robert tak robi. Zamknął się na cały świat, na mnie, na najbliższą rodzinę, na wszystkich. Nie potrafi się pogodzić z utratą siostry. Tak wiele dla niej zrobił. Poświęcił siebie, by wyciągnąć ją z nałogu, by wyszła na prostą. Teraz, kiedy jej nie ma, zdziwaczał. Swą złość przerzuca na mnie, na Melissę, która i tak o dziwo jest dla niego wyrozumiała.

Podążam szybkim krokiem w stronę gabinetu. Widok Roberta siedzącego na wózku z flaszką alkoholu w ręce już nie robi na mnie wrażenia. Dziś jednak zwyczajnie mam tego dosyć.

– Znowu chlejesz?! – warczę na szwagra od progu. – Masz dziś rehabilitację.

Szybkim krokiem podążam w jego stronę, po czym wyrywam mu z ręki butelkę. Wtem jego wzrok pada na mnie. Usta wyginają się w grymasie niezadowolenia. Zadziwia mnie jego milczenie. Robert tylko na mnie patrzy.

– Ogarnij się i wróć do firmy – mówię po chwili. – Sam już nie daję rady.

Słyszę głośne prychniecie, a gdy ponownie spoglądam na szwagra, na jego ustach widzę krzywy uśmiech.

– Wiem, że ci ciężko – zaczynam. – Uwierz, że mnie także.

Mój szwagier tylko przewraca oczami, co mnie irytuje.

– Długo się będziesz tak zachowywał?! Ranił wszystkich dookoła, lekceważył, ignorował ludzi, na których zawsze możesz liczyć?! Nie mogę patrzeć, jak z dnia na dzień sam siebie niszczysz. Co się z tobą stało?! Gdzie tamten Robert, który niczego się nie bał, a do celu dążył po trupach?! Gdzie on jest, co?! Ten uśmiechnięty, zawsze pomocny, silny facet, dla którego nie było rzeczy niemożliwych.

– Tamtego mnie już nie ma – bąka w odpowiedzi.

– Gówno prawda!

W przypływie złości chwytam za oparcie wózka szwagra, patrząc mu prosto w oczy. Czuję od niego silną woń alkoholu, co sprawia, że mimowolnie się krzywię.

Długo o tym wszystkim myślałem, dostatecznie długo patrzyłem, jak sam na własne życzenie niszczy sobie życie. Żadne prośby i groźby z mojej strony nie działały. On się zamykał. Z każdym dniem coraz bardziej. Nie chcę tego robić, lecz chyba już nie mam wyjścia.

– Albo się ogarniesz, albo się stąd wyprowadzam – mówię. – Nie zamierzam patrzeć na to, co robisz z własnym życiem.

– Nie waż się tego robić! – wścieka się. – Nie waż się zabrać mi Grace, rozumiesz? Mam tylko ją. Moja mała, śliczna Grace…

Robert się rozszlochał, lecz ja doskonale wiem, co chce tym osiągnąć.

– Ty nie płaczesz. Płacze alkohol, który z ciebie wychodzi.

Robert zasłania dłońmi twarz i coś mamrocze pod nosem.

– Tęsknię za Hope każdego dnia, a kiedy patrzę na naszą córkę, łamie mi się serce, bo widzę w niej całą jej matkę. Robert! – wybucham. – Życie toczy się dalej, a tym, co wyprawiasz, nie wrócisz jej życia!

– Jasne, kurwa! – szlocha. – Mówisz tak, bo już się pocieszyłeś!

– O czym ty mówisz?!

Robert prycha, a jego wzrok mógłby teraz zabijać.

– Myślisz, że jestem ślepy?! Myślisz, że nie widzę, jak codziennie wodzisz wzrokiem za tą małą pizdą?! Uważasz, że tego nie widać, jak oboje na siebie zerkacie? Przyznaj się, masz na nią ochotę! Ta suka najpierw wpatrywała się we mnie, kiedy ty byłeś zajęty, kiedy nie miała szans, bo Hope żyła. Teraz, po jej śmierci, ma więcej możliwości, więc mnie, pierdolonego kalekę, odstawiła w kąt!

Zdębiałem na słowa szwagra. Robert uśmiecha się krzywo, po czym spluwa na podłogę, by mi pokazać, że mną gardzi.

– Co tak patrzysz?! – mówi po chwili. – Prawda w oczy kole? Szybko się pocieszyłeś!

Kręcę głową, a następnie ruszam w stronę drzwi, lecz się zatrzymuję. Kiedy zerkam przez ramię na niego, zaczyna się głośno śmiać. Jest kompletnie pijany, a ja mam niewyobrażalną ochotę utrzeć mu nosa. Wiem, że teraz, kiedy Robert na własne życzenie porusza się na wózku, mam nad nim przewagę i zamierzam ją właśnie wykorzystać.

Wracam do niego, łapię za rączki wózka, a następnie pcham go w stronę wyjścia.

– Co ty robisz? – bełkocze zalany, lecz nie ma możliwości w żaden sposób mnie zatrzymać. Jest zbyt słaby, a do tego nie potrafi trzymać głowy w pionie.

Wjeżdżam do łazienki, a potem wraz z wózkiem pod prysznic, który jakiś czas temu przystosowaliśmy do jego potrzeb. Odkręcam kurki z zimną wodą i słyszę wrzask Roberta. Nic sobie z tego nie robię. Mam go serdecznie dosyć. Moja cierpliwość nie jest z gumy. Albo coś do niego dotrze, albo zostanie sam.

O dziwo, Robert w końcu się uspokaja, a przede wszystkim nieco trzeźwieje.

Po lodowatym prysznicu pomagam szwagrowi się przebrać, po czym obaj kierujemy się do kuchni, gdzie Melissa właśnie podaje obiad.

Grace siedzi w swoim kolorowym foteliku. Na widok Roberta uśmiecha się szeroko i tak beztrosko, że aż mięknie mi serce. Ona go wręcz ubóstwia. On ją zresztą także, choć momentami się przed tym broni, bo próbuje udawać twardziela.

– Cześć, moja ślicznotko!

Robert ze wzruszeniem patrzy teraz na moją roześmianą, ubrudzoną od startej marchewki córkę. Podsuwam go bliżej niej, a wtedy mała wyciąga rączki w jego stronę. Wyjmuję Grace z fotelika, następnie sadzam ją na kolanach szwagra. Jej małe i brudne teraz rączki lądują na jego twarzy, paluszki wkłada do uchylonych ust Roberta, a ten uśmiecha się od ucha do ucha. Kiedy na nich patrzę, wierzę, że jest jeszcze dla niego szansa. Melissa posyła mi słaby uśmiech, a kiedy obiad ląduje na naszych talerzach, zabiera Grace od Roberta. Mężczyzna niechętnie oddaje dziecko. Nie odzywa się jednak, nie komentuje, nie warczy, jak ma w zwyczaju. Kiedy Melissa znika z Grace za drzwiami, sięga po sztućce, a następnie grzebie widelcem w talerzu. Patrzy w jeden punkt, wykonując mechaniczne ruchy ręką.

– Dzięki za wszystko – mówi w końcu. – Wiem, że mi odpierdala, zdaję sobie z tego sprawę, że…

– Robert, ja wszystko rozumiem – przerywam mu natychmiast, bo doskonale wiem, do czego zmierza. Tę gadkę słyszę średnio co drugi dzień. Spogląda na mnie badawczo. Wiele razy mu odpuszczałem, dużo byłem w stanie znieść, ale nadszedł czas, by wreszcie ruszyć dalej. I albo on to zrozumie i będzie chciał coś zmienić, albo… wyjadę z małą do Teksasu.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij