Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Nie chcę o tym mówić - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
30 kwietnia 2026
39,99
3999 pkt
punktów Virtualo

Nie chcę o tym mówić - ebook

Męska depresja to wciąż mało poznane zjawisko, cicha epidemia. Nasza kultura nie pozwala mężczyznom na okazywanie uczuć, słabości, na mówienie o problemach, w konsekwencji czego skrywają swoje emocje i lęki. Problemy, które uważamy za typowo męskie – trudności z intymnością, pracoholizmem, alkoholizmem, obelżywymi zachowaniami i wściekłością – to naprawdę próby uniknięcia depresji.

Terrence Real łamie cywilizacyjne tabu i przerywa milczenie o przekazywanej od pokoleń toksycznej sukcesji – pokazuje, jak dojść do sedna problemu, skutecznie się leczyć, podjąć próby naprawienia relacji i zerwać ze szkodliwym dziedzictwem. Wnikliwą analizę łączy z przekonującymi opowieściami o swoich pacjentach, a także własnych doświadczeniach z depresją.

„Jak na ironię, te same czynniki, które przyczyniają się do depresji, sprawiają, że jej nie dostrzegamy”

„Aby zrozumieć męską depresję, musimy rozpoznać warunki, w których się rodzi, odkryć, w jaki sposób, pod hasłem męskości i często w najlepszych intencjach, zdradzamy i deformujemy naszych synów”

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Poradniki
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8382-980-7
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

_Książkę tę dedy­kuję z wdzięcz­no­ścią_

_mojej żonie, Belin­dzie Ber­man,_

_oraz naszym synom, Justi­nowi i Alek­san­drowi,_

_któ­rzy stale mi przy­po­mi­nają, że nadzieja jest wspo­mnie­niem przy­szło­ści._

_Kamyk, który mój syn_

_poma­lo­wał zło­tem,_

_spo­czywa na mej dłoni, cenny dar,_

_a on pyta swoim czy­stym, jasnym_

_dzie­cię­cym gło­sem,_

_kto nauczył mnie, że życie_

_potrze­buje wiel­kiego bólu,_

_by się zamie­niło w złoto?_

_A kto nauczył ich?_

_I po co, z jakiego powodu?_

RICHARD HOF­F­MAN, _Histo­ria_

_Niech zmarli modlą się_

_za swo­ich zmar­łych._

JAMES WRI­GHT, _Inskryp­cje_PODZIĘKOWANIA

Jest oczy­wi­ste, że ta książka, poświę­cona przede wszyst­kim rela­cjom pomię­dzy męż­czy­znami, bar­dzo wiele zawdzię­cza bar­dzo wielu róż­nym ludziom. Kon­cep­cje w niej przed­sta­wione nie mogłyby się naro­dzić bez geniu­szu dwóch zupeł­nie odmien­nych kobiet, Olgi Silver­stein i Pii Mel­lody, z któ­rych każda jest w swo­jej dzie­dzi­nie posta­cią legen­darną. Od Olgi zapo­ży­czy­łem odwagę w kwe­stio­no­wa­niu dotych­cza­so­wych teo­rii męskiego roz­woju. To ona pierw­sza wpa­dła na pomysł takiej książki i moje dzieło sta­nowi parę dla jej wspa­nia­łej pracy o mat­kach i synach – _The Courage to Raise Good Man_. Rów­nież dług wobec Pii jest widoczny w całej książce. Jej doro­bek miał nie tylko zasad­ni­czy wpływ na moją prak­tykę tera­peu­tyczną, lecz zmie­nił także moje wła­sne życie. Jack Stern­bach nauczył mnie więk­szo­ści tego, co potra­fię w dzie­dzi­nie pro­wa­dze­nia męskich grup tera­peu­tycz­nych. To on wpro­wa­dził mnie w rewo­lu­cyjne kon­cep­cje Joe Plecka i on pod­su­nął mi ideę męż­czy­zny jako „skrzyw­dzo­nego krzyw­dzi­ciela”. Pra­gnę też podzię­ko­wać moim przy­ja­cio­łom i kole­gom z Insty­tutu Rodziny w Cam­bridge, pla­cówki, która wycho­wała trzy poko­le­nia tera­peu­tów rodzin­nych Nowej Anglii. Szcze­gól­nie wiele zawdzię­czam moim men­to­rom: Char­le­sowi Verge, Caro­line Marvin, Richar­dowi Cha­si­nowi, Ric­kowi Lee, Davi­dowi Tre­adway­owi, Sally Ann Roth i Kathy Wein­gar­ten. Jeśli moja książka zapala jakieś świa­tło nadziei dla męż­czyzn i ich rodzin, jest to wasza zasługa. Moja wdzięcz­ność nie ma gra­nic.

Moja agentka lite­racka, Beth Vesel, była jedną z pierw­szych archi­tek­tek tej pracy, prze­wod­niczką, opie­kunką i muzą, a także nie­zwy­kle wni­kliwą czy­tel­niczką. We wdzięcz­nej pamięci zacho­wuję współ­pracę z Eli­za­beth Stone, a także wytrwałą pracę badaw­czą Riny Amiri. Pra­gnę podzię­ko­wać Perowi Gjerde z Uni­wer­sy­tetu Stan­forda za cie­płe wspar­cie i wska­zówki, Bes­se­lowi van der Kol­kowi za jego mądrość, otwar­tość i pre­cy­zję, Davi­dowi Lisa­kowi i Ronowi Levan­towi za wiele cen­nych pomy­słów.

Na głę­boką wdzięcz­ność zasłu­gują pra­cow­nicy wydaw­nic­twa. Vir­gi­nia LaPlante była moją kry­tyczką i aku­szerką mojej pracy. Inte­li­gen­cja Gail Win­ston pozo­sta­wiła wyraźny ślad na całej książce. Nan Gra­ham i Gil­lian Blake dopro­wa­dziły ją do osta­tecz­nej postaci. Nan Gra­ham wywarła wpływ na moją wła­sną wizję dzieła, a Gil­lian Blake wnio­sła do tek­stu swą bły­sko­tliwą pre­cy­zję. Myślą i ener­gią tych czte­rech kobiet prze­po­jona jest każda strona książki.

Pod­czas pracy nad książką mnie i moją rodzinę ota­czało wielu życz­li­wych, kocha­ją­cych przy­ja­ciół: Jef­frey i Che­ryl Kat­zo­wie, Scott Camp­bell i Richard Mac­Mil­lan, Rick Thom­son i Judy Wine­land, Denise i Ken­neth Mala­men­to­wie, Mar­gie Schaf­fel i Peter Bel­son, Car­ter, Susan i Jes­sica Umbar­ge­ro­wie, Jef­frey Kerr, Mora Rothen­berg, Win­th­rop Burr, Mere­dith Kan­tor, Mel Bucholtz, Gerry Scha­mess, Kri­stin Wainw­ri­ght, Joan Wic­ker­sham, Ala i Debo­rah Slo­bod­ni­ko­wie – wszy­scy bar­dzo, bar­dzo cier­pliwi.

Pra­gnę podzię­ko­wać męż­czy­znom, kobie­tom, chłop­com i dziew­czę­tom, z któ­rymi mia­łem zaszczyt pra­co­wać przez wszyst­kie te lata. Ta książka jest nade wszystko pomni­kiem ich hero­izmu.

Na koniec muszę oddać należne mojemu naj­bo­gat­szemu źró­dłu inspi­ra­cji, mojej żonie Belin­dzie Ber­man. Oprócz godzin cięż­kiej pracy i wspar­cia dzię­kuję ci także za twoje odda­nie, głę­bię myśli i nie­za­wodną inte­li­gen­cję. Miłość do cie­bie jest naj­lep­szą rze­czą, jaka mi się kie­dy­kol­wiek przy­tra­fiła. Moim dzie­ciom, Justi­nowi i Alek­san­drowi, jestem wdzięczny za tole­ran­cję i entu­zjazm. Ile­kroć wpa­da­łem w otę­pie­nie i duch we mnie upa­dał, wasza sło­neczna obec­ność przy­wra­cała mnie do życia.

Na każ­dym kroku moich wędró­wek przez ciemną knieję korzy­sta­łem z pomocy i towa­rzy­stwa innych ludzi. Bło­go­sła­wię wszyst­kich moich towa­rzy­szy podróży.PROLOG

_Syn chce pamię­tać to, o czym ojciec wolałby zapo­mnieć._

Przy­sło­wie żydow­skie

W szkole śred­niej mój ojciec był świad­kiem uto­nię­cia dwóch zna­jo­mych chłop­ców na wybrzeżu New Jer­sey. Jed­nego z nich wcią­gnął pod­wodny prąd, a drugi zanur­ko­wał, aby go rato­wać. Ta tra­ge­dia stała się źró­dłem jed­nej z jego ulu­bio­nych mak­sym. „Nie zbli­żaj się zanadto do toną­cego, bo wczepi się w cie­bie – mawiał ojciec. – Pocią­gnie cię za sobą na dno. Lepiej rzuć mu coś, linę albo koło ratun­kowe. Ale nie doty­kaj go, nie płyń za nim”. Powta­rzał to od czasu do czasu mnie i mojemu bratu, jakby to była rze­czowa rada doty­cząca pro­wa­dze­nia samo­chodu czy nauki, jakby rato­wa­nie toną­cych było codzien­nym ludz­kim doświad­cze­niem. O wypadku tych dwóch chło­pa­ków dowie­dzia­łem się dużo póź­niej, gdyż ojciec przez całe moje dzie­ciń­stwo nie opo­wia­dał ni­gdy o sobie, zawsze tylko o innych.

Dopiero po dwu­dzie­stu latach ojciec zaczął mówić o wła­snym życiu. Pamię­tam pierw­szy raz, kiedy się na to zdo­był. Pozo­stał mi w pamięci szorstki dotyk naszej sta­rej, żół­tej kanapy, na któ­rej sie­dzie­li­śmy. Było mi nie­wy­god­nie obok potęż­nej masy ojcow­skiego ciała. W wieku sześć­dzie­się­ciu dwóch lat był wiel­kim męż­czy­zną, ważą­cym dobrze ponad dwie­ście fun­tów, z sze­ro­kimi ramio­nami, wypu­kłą pier­sią i ogrom­nym brzu­szy­skiem, które pię­trzyło się przed nim niczym basowy bęben wyda­jący głę­bo­kie tony – jego śmiech.

Ruchy i gesty ojca były sze­ro­kie, zama­szy­ste, toporne jak figury, które rzeź­bił w garażu – abs­trak­cyjne, nie­czy­telne kształty na masyw­nych pod­sta­wach – albo jak jego gniew, który wybu­chał nagle jak sztorm, bez żad­nego kon­kret­nego powodu czy myśli, jak u dzi­kiej bestii.

Mój bliź­niak Les miał dość rozumu, żeby sie­dzieć cicho i nie rzu­cać się w oczy, ale ja byłem uko­cha­nym dziec­kiem taty. Byłem wraż­liwy. Byłem dla niego pro­ble­mem. „Ty mały łobu­zie, spiorę cię tak, że wytrzą­snę z cie­bie duszę” – mawiał ojciec i cza­sami wyglą­dało na to, że naprawdę zamie­rza speł­nić obiet­nicę. Ta bru­tal­ność powinna mnie od niego odstrę­czać i wła­ści­wie tak było. Ale na jakimś bar­dziej ele­men­tar­nym pozio­mie zbli­żało nas to do sie­bie. Kiedy wybu­chał nie­kon­tro­lo­waną wście­kło­ścią, nawet kiedy bił, ni­gdy nie tra­ci­łem z nim kon­taktu. Bar­dziej niż fizyczny ból osza­ła­miały mnie jego nie­po­czy­tal­ność, jego uraza, jego cier­pie­nie, wypeł­nia­jąc mnie roz­pa­czą i zwąt­pie­niem. Z utę­sk­nie­niem cze­ka­łem na koniec rytu­ału, by móc pójść do łóżka, nakryć się z głową i zasnąć.

Póź­niej, w okre­sie dora­sta­nia, zaczą­łem szu­kać takiego odprę­że­nia w nar­ko­ty­kach i w dresz­czu ryzyka. Było jesz­cze gorzej. Moje życie zwra­cało się w nie­bez­piecz­nym kie­runku. Zaczą­łem się nawet zasta­na­wiać, który z nas prze­żyje, ja czy ojciec.

Kiedy mia­łem dwa­dzie­ścia sie­dem lat, zebra­łem się na odwagę i popro­si­łem ojca, żeby opo­wie­dział mi o swoim dzie­ciń­stwie. Pró­bo­wał zwy­kłych manew­rów: naj­pierw przy­jął postawę obronną, potem chciał obró­cić wszystko w żart i uciec od tematu. Ale w tym cza­sie byłem już uzbro­jony w umie­jęt­no­ści począt­ku­ją­cego tera­peuty. Mia­łem za sobą szkołę otwie­ra­nia zamknię­tych serc.

– Wiesz, matka i ja pod­ję­li­śmy z roz­my­słem decy­zję, by trzy­mać was z dala od tego wszyst­kiego – zaczyna.

– Rozu­miem – mówię.

– Nie chcie­li­śmy was tym obcią­żać.

– Doce­niam to.

– Ale myślę, że teraz jesteś już dość duży… – zająk­nął się.

Mil­czę. Ojciec robi pauzę.

– Nie masz poję­cia, jak wtedy było. W latach Wiel­kiego Kry­zysu…

Znowu na chwilę prze­rywa, po czym kon­ty­nu­uje. Miał nie wię­cej niż sześć albo sie­dem lat, kiedy jego matka umarła na prze­wle­kłą cho­robę, któ­rej nazwy nie zdo­łał zapa­mię­tać. W gło­wie pozo­stały mu tylko nie­ja­sne obrazy i mętne wspo­mnie­nia o matce, jej cie­ple i zaraź­li­wym śmie­chu.

Po jej śmierci wszystko spa­dło na głowę jego ojca, Abe’a, „czło­wieka sła­bego i bier­nego”. Abe stra­cił pracę, otwo­rzył rodzinny skle­pik, ale wkrótce zban­kru­to­wał. Ponie­waż nie dawał sobie rady, rodzina się roz­dzie­liła. Mój ojciec Edgar i jego młod­szy brat Phil zamiesz­kali z kuzy­nem. Ciotka Sylvie była nie­przy­jemną osobą. Jesz­cze przed Kry­zy­sem zgorzk­niała, po przy­ję­ciu na wycho­wa­nie mło­do­cia­nych krew­nych nie pró­bo­wała nawet zmie­nić swo­jego jado­wi­tego uspo­so­bie­nia. Cecho­wało ją codzienne, banalne okru­cień­stwo.

– Na czym to pole­gało, tato? – pytam.

– Ech, bo ja wiem. – Wzru­sza ramio­nami.

– Ale jak to było? – powta­rzam pyta­nie.

W końcu udaje mi się skło­nić ojca, żeby opo­wie­dział. O poni­że­niu, jakie czuł, nosząc ubra­nia z dru­giej ręki, o tym, jak Sylvie poda­wała im posiłki z komen­ta­rzami w rodzaju: „Dla Ste­vena duży kawał kur­czaka, bo to mój syn, a dla cie­bie, Edgar, mały, bo jesteś obcy”.

W wieku jede­na­stu czy dwu­na­stu lat gniew nur­tu­jący mojego ojca, pozba­wio­nego opieki rodzi­ców, doszedł do punktu wrze­nia. Jego brat był wciąż dosta­tecz­nie młody i bez­tro­ski, by można go było kształ­to­wać, ale on zaczął odre­ago­wy­wać. W szkole pro­wo­ko­wał awan­tury, w domu pod­kra­dał różne dro­bia­zgi, wresz­cie uwi­kłał się w jedną czy dwie „afery”, po któ­rych ciotka się go pozbyła. Tra­fił do domu dziad­ków w innej czę­ści mia­sta.

– I co zro­bi­łeś? – pytam.

– Co niby miał­bym zro­bić? Cho­dzi­łem do szkoły, pra­co­wa­łem.

– Czy mia­łeś przy­ja­ciół?

– Zdo­by­wa­łem przy­ja­ciół.

– Czy widy­wa­łeś się z Phi­lem i twoim ojcem?

Tak, widy­wał się. Przez całą tamtą zimę po szkole masze­ro­wał sześć mil przez śnieg do domu Sylvie, żeby zjeść z nimi obiad. Prze­sia­dy­wał potem nad fili­żanką kakao, dopóki Sylvie nie powie­działa, żeby już sobie poszedł. I znowu wra­cał samot­nie na pie­chotę.

Zer­kam przez okno naszego nie­du­żego miesz­ka­nia nad morzem na nagie, listo­pa­dowe drzewa. Wyobra­żam sobie dwu­na­sto­latka wędru­ją­cego wśród śnie­życy.

– Jak to było? – pytam. – Jak się wtedy czu­łeś?

Ojciec wzru­sza ramio­nami.

– Jak się czu­łeś? – napie­ram.

– Myślę, że było tro­chę zimno.

– Nie gadaj mi o zim­nie, powiedz prawdę.

– Nie cho­wam urazy, Terry. – Jego ton mnie mrozi. – Oni robili to, co musieli robić, jasne? To były cięż­kie czasy. A poza tym – mówi już spo­koj­niej – mogę to zro­zu­mieć. Nie byłem łatwym dziec­kiem.

– Ale byłeś dziec­kiem – pod­kre­ślam.

Ojciec kręci głową.

– Tak, ale naprawdę trud­nym. Byłem takim paskud­nym, małym sukin­sy­nem.

– Jakim ty mogłeś być sukin­sy­nem, tato? Prze­cież mia­łeś dopiero dwa­na­ście lat!

– Sam nie wiem. – Odwraca głowę i zapada się w sobie.

– Spójrz na mnie. – Ujmuję go za ramię. – Mam to gdzieś, co wtedy wyra­bia­łeś, rozu­miesz? Byłeś dziec­kiem. Stra­ci­łeś matkę, ojciec cię opu­ścił. Nie zasłu­ży­łeś na taki los, prawda? Nie dociera to do cie­bie? Nie zasłu­ży­łeś!

Ojciec patrzy na mnie swo­imi nie­bie­skimi oczami powięk­szo­nymi przez grube szkła.

– No, niech będzie – wzdy­cha.

Potem, rów­nie nagle jak przy wybu­chach zło­ści, otwiera ramiona i przy­ciąga mnie do sie­bie. Bez słowa, z dzie­cinną czu­ło­ścią i bra­kiem skrę­po­wa­nia składa głowę na mojej piersi. Przy­tu­la­jąc go, czuję zna­jomą woń kawy, papie­ro­sów i kremu do gole­nia. Jego wielka głowa ciąży mi, fizycz­nie jest mi nie­wy­god­nie, wręcz nie­przy­jem­nie, ale kiedy pró­buje się odsu­nąć, instynk­tow­nie wzmac­niam uścisk. Deli­kat­nie, nie­śmiało gła­dzę jego plecy i gęste włosy.

– Wszystko w porządku, tato – mru­czę.

Patrząc nad jego głową na drzewa za oknem, zasta­na­wiam się, co będzie z nami dalej. Na­dal mu nie prze­ba­czy­łem i nie zaufa­łem, ale coś w głębi mnie zaczyna tajać.

Tego wie­czoru pierw­szy zie­lony pęd przedarł się przez kamienny mur. Za nim poszły dal­sze. W latach, które nastą­piły, zbli­ża­li­śmy się do sie­bie coraz bar­dziej. Jed­no­cze­śnie moje życie toczyło się w pomyśl­nym kie­runku, pod­czas gdy sytu­acja ojca sta­wała się coraz bar­dziej bez­na­dziejna. Bez­sil­nie obser­wo­wa­łem, jak kło­poty finan­sowe, izo­la­cja spo­łeczna, na koniec ciężka cho­roba przy­tła­czały go i tłam­siły, wysy­sa­jąc soki żywotne. Trwa­łem przy nim. Dawa­łem z sie­bie wszystko, co mogłem.

Pocho­wa­łem ojca we wrze­śniu 1989 roku. Ostat­niej nocy, kiedy zosta­łem sam przy jego łóżku, pobło­go­sła­wi­li­śmy się nawza­jem. Gdy naza­jutrz rano wsze­dłem do szpi­tal­nej sali, już nie żył. Głowę miał odrzu­coną do tyłu, oczy zamknięte, usta otwarte. To nie był mój tata, to było tylko jego ciało, nie wię­cej niż jedna z jego gip­so­wych rzeźb. Dotkną­łem jego oczu i uca­ło­wa­łem go. Na war­gach pozo­stał mi gorzko-gli­nia­sty posmak.

Czę­sto myśla­łem o jego szkol­nych kole­gach, któ­rzy uto­nęli na jego oczach, i o jego radzie: „Nie zbli­żaj się do nich. Pocią­gną cię za sobą”. Ta rada, jak wiele innych, nie była słuszna. Nie pocią­gnął mnie za sobą do ciem­nej mogiły. Ale też nie wyzwo­li­łem się z jego uści­sku.Roz­dział drugi

SYNOWIE NARCYZA: GODNOŚĆ, WSTYD I DEPRESJA

_Był utę­sk­niony i tęsk­nił; był pod­pa­la­czem i sam się spa­lał._

Owi­diusz39

Psy­chia­tria nie przy­czy­niła się zbyt­nio do zgłę­bie­nia natury ukry­tej depre­sji, nato­miast sztuka, poezja i dra­mat zawsze czer­pały całymi gar­ściami z tej ludz­kiej kon­dy­cji. Arche­ty­pem tej cho­roby jest mit Nar­cyza, dora­sta­ją­cego syna rzecz­nej nimfy, który spę­dzał burz­liwą mło­dość na samot­nych goni­twach i polo­wa­niach w lesie – aż do dnia, w któ­rym sam został upo­lo­wany.

„Wiele kobiet kochało się w Nar­cy­zie – roz­po­czyna opo­wieść Owi­diusz. – Pra­gnęły go dziew­częta i młode kobiety. Lecz w jego kształt­nym ciele kryła się zimna duma: żadna kobieta, żadna dziew­czyna nie zna­la­zła przy­stępu do jego serca”40. Nar­cyz był uro­czym, dziar­skim mło­dzień­cem i wzbu­dzał pożą­da­nie nimf, lecz odrzu­cał ich względy. Jedna ze wzgar­dzo­nych wiel­bi­cie­lek w zemście rzu­ciła na niego klą­twę: oby pew­nego dnia sam poznał ból nie­speł­nio­nej miło­ści. Jej życze­nie speł­niło się, kiedy Nar­cyz, spo­cony i spra­gniony po polo­wa­niu, dopadł czy­stego, leśnego stawu. Pochy­lił się, by się napić, i nagle ocza­ro­wał go widok pięk­nej twa­rzy na powierzchni wody. Przy­bli­żył usta, by zło­żyć na niej poca­łu­nek, i wycią­gnął ramiona, by ją objąć. Lecz obraz, do któ­rego tęsk­nił, roz­pły­wał się pod jego dotknię­ciem, by wró­cić, gdy odsu­nął się dalej. Kiedy zroz­pa­czony Nar­cyz zapła­kał, spa­da­jące łzy zmą­ciły odbi­cie. Nie­szczę­śnik wzno­sił modły do tej istoty, by go nie porzu­cała. „Pozo­stań ze mną, bła­gam! – łkał. – Pozwól mi cho­ciaż patrzeć na cie­bie, jeśli nie mogę cię dotknąć”41. W ten spo­sób – kon­klu­duje opo­wieść – pod­sy­cał tylko spa­la­jący go ogień42. Nar­cyz zapo­mniał o śnie i jedze­niu. Spa­ra­li­żo­wany tęsk­notą, zaczął więd­nąć i wkrótce zakoń­czył życie.

Aby zro­zu­mieć tę dziwną histo­rię, musimy uchwy­cić praw­dziwą naturę nie­doli tego mło­dzieńca. Czę­sto mówi się o Nar­cy­zie jako sym­bolu cho­ro­bli­wej dumy, lecz w rze­czy­wi­sto­ści jest wręcz prze­ciw­nie. Jak zauwa­żył w XVI wieku rene­san­sowy filo­zof Mar­si­lio Ficino, Nar­cyz nie cier­piał z powodu nie­po­ha­mo­wa­nej miło­ści do wła­snej osoby, lecz z powodu jej nie­do­boru43. Mit używa para­liżu jako para­boli. Młody czło­wiek, dotych­czas nie­ustan­nie będący w ruchu, nagle wrósł w zie­mię, nie­zdolny odda­lić się od ulot­nego odbi­cia. Według Ficina, gdyby Nar­cy­zowi nie bra­ko­wało praw­dzi­wej miło­ści wła­snej, zdo­łałby wyswo­bo­dzić się z tej fascy­na­cji. Jego nie­szczę­ściem był bez­ruch wywo­łany nie zapa­trze­niem w sie­bie, lecz uza­leż­nie­niem od wła­snego obrazu.

Ukryta depre­sja, podob­nie jak nie­szczę­sna pasja Nar­cyza, jest w isto­cie zabu­rze­niem wiary w sie­bie. Zdrowa duma to zja­wi­sko fun­da­men­tal­nie wewnętrzne. To uzna­nie dla wła­snej osoby pomimo jej nie­do­sko­na­ło­ści, nie­wy­ni­ka­jące jedy­nie z tego, co się posiada lub co się potrafi. Zdrowa duma zakłada, że wszy­scy ludzie są stwo­rzeni jako równi sobie, że dzie­dzi­czone cechy jed­nej osoby nie są ani lep­sze, ani gor­sze niż innej44. Taka wizja wro­dzo­nej war­to­ści nie zabra­nia nam doko­ny­wać szcze­gó­ło­wych roz­róż­nień. Wciąż możemy dostrze­gać wła­sne i cudze talenty i ogra­ni­cze­nia. Ale ele­men­tarne poczu­cie war­to­ści i zna­cze­nia wła­snego ja nie rośnie ani nie zała­muje się pod wpły­wem czyn­ni­ków zewnętrz­nych. Taką zdrową dumę demon­strują rodzice mówiący o swo­ich dzie­ciach. Mogą zauwa­żyć, że Sally jest bar­dzo bystra, a jej brat Bill ma tylko prze­ciętną inte­li­gen­cję albo że Bill jest wyspor­to­wany, pod­czas gdy Sally rusza się nie­zgrab­nie. Ale rozumni rodzice nie będą z takich powo­dów wywyż­szać jed­nego dziecka, a poni­żać dru­giego. Teo­re­tycy psy­cho­lo­gii roz­wo­jo­wej nazy­wają tę klu­czową cechę zdro­wego rodzi­ciel­stwa bez­wa­run­kową akcep­ta­cją. „Cie­płe spoj­rze­nie matki”45, zin­ter­na­li­zo­wane przez małe dziecko, staje się zarod­kiem jego wła­snej wiary w sie­bie.

To, co przy­cho­dzi nam w spo­sób natu­ralny, gdy idzie o dzieci, czę­sto ucho­dzi uwagi w przy­padku doro­słych, także nas samych. Życie spo­łeczne pozba­wia wielu z nas kon­taktu z wro­dzo­nym poczu­ciem war­to­ści i zmu­sza nas do wyrów­ny­wa­nia tego braku za pomocą zewnętrz­nych namia­stek, takich jak bogac­two, uroda czy pozy­cja. Im mniej mamy sza­cunku dla sie­bie, tym sil­niej­sza potrzeba rekom­pen­saty.

Nar­cyz, „prze­peł­niony zimną dumą”, jawi się jako nie­wzru­szony. Lecz mit ujaw­nia jego skry­waną sła­bość. Nie­zdolny do nawią­za­nia praw­dzi­wych rela­cji, pod­daje się uro­kowi wła­snego odbi­cia i w efek­cie staje się jego nie­wol­ni­kiem. Psy­chia­tra mógłby przy­pusz­czać, że mło­dzie­niec ten nie roz­wi­nął w sobie zdol­no­ści do kocha­nia, do głę­bo­kiego przy­swo­je­nia miło­ści. Tera­peuta spe­ku­lo­wałby, że we wcze­sno­dzie­cię­cej fazie roz­woju nie otrzy­my­wał dowo­dów uzna­nia i ni­gdy nie doznał cie­pła bez­wa­run­ko­wej akcep­ta­cji. W miej­sce wewnętrz­nego poczu­cia war­to­ści roz­wi­nął obse­sję na punk­cie wła­snego obrazu pocho­dzą­cego z zewnątrz. Nie mogło to zaspo­koić jego potrzeb, gdyż żadna dawka zewnętrz­nych pochwał, zaszczy­tów czy tro­skli­wo­ści nie może zastą­pić miło­ści wła­snej46.

Zako­chany we wła­snym obra­zie Nar­cyz przy­po­mina męż­czy­znę zako­cha­nego w swoim kon­cie ban­ko­wym, swo­jej powierz­chow­no­ści lub swo­jej wła­dzy. Jest sym­bo­lem wszyst­kich męż­czyzn ocza­ro­wa­nych przez cokol­wiek innego niż ich wła­sna, głę­boka toż­sa­mość. Ponie­waż ukryta depre­sja u takich ludzi wynika z braku wewnętrz­nej siły życio­wej, rzadko udaje im się obro­nić odbity obraz. Ile­kroć Nar­cyz pró­buje objąć przed­miot swego pożą­da­nia, ten odsuwa się od niego. Nie może sobie nawet pozwo­lić na łzy bólu, gdyż mącą one cudowną wizję. Wszyst­kie swoje auten­tyczne emo­cje i potrzeby składa na ołta­rzu uwiel­bia­nego odbi­cia. Musi „pod­sy­cać ogień, który go spala”. Rów­nie nie­uchron­nie jak przy każ­dym nałogu wpada w błędny krąg, z któ­rego nie może się wyswo­bo­dzić nawet za cenę śmierci. Taka jest zasad­ni­cza dyna­mika ukry­tej depre­sji.

Pięć­dzie­się­cio­sze­ścio­letni Tho­mas Wat­chell, kor­pu­lentny, łysy mene­dżer, zda­wał się na pozór tak odle­gły od ste­reo­typu Nar­cyza, jak to tylko moż­liwe. A jed­nak w cza­sie, gdy go pozna­łem, ten naj­zwy­klej­szy czło­wiek był tak zafa­scy­no­wany zewnętrz­nym odbi­ciem swo­jej wiel­ko­ści, że zupeł­nie roz­biło to jego rodzinę i dopro­wa­dziło go do stanu despe­ra­cji.

Tho­mas skon­tak­to­wał się ze mną dopiero wtedy, gdy kilka kosz­mar­nych mie­sięcy jaw­nej depre­sji pozba­wiło go snu, spo­koju, nawet zdol­no­ści kon­cen­tra­cji. Miał poczu­cie bez­na­dziej­no­ści, wyda­wało mu się, że jest nic nie­wart i pełen wad. Nie zda­wał sobie sprawy, że ten bie­żący kry­zys, ostra jawna depre­sja, to nie­wiele wię­cej niż koń­cowa erup­cja dłu­go­trwa­łej, chro­nicz­nej depre­sji ukry­tej. Kiedy po raz pierw­szy zja­wił się w moim gabi­ne­cie, twier­dził, że nie ma poję­cia, dla­czego doznaje tak inten­syw­nego cier­pie­nia. Był sze­fem działu finan­so­wego w wiel­kiej, mię­dzy­na­ro­do­wej fir­mie han­dlu deta­licz­nego i zara­biał „coś koło 400 tysięcy plus pre­mia”. Pocho­dził z ubo­giej rodziny pra­cow­nika fizycz­nego i pra­gnął zapew­nić swoim trzem cór­kom to wszystko, czego sam w mło­do­ści ni­gdy nie miał. Pra­co­wał na to ciężko i jego opły­wa­ją­cej w dostatki rodzi­nie nie bra­ko­wało niczego z wyjąt­kiem obec­no­ści ojca. Kiedy prze­by­wał w domu – a rzadko można go tam było zastać – był odle­gły i apo­dyk­tyczny. Bły­ska­wiczna kariera miała swoje wyma­ga­nia: pod­czas dzie­ciń­stwa córek jede­na­ście razy z rzędu porzu­cał wraz z rodziną dotych­cza­sowe miej­sce zamiesz­ka­nia, by wyko­rzy­stać nada­rza­jącą się oka­zję awansu. Ni­gdy nie zasta­na­wiał się poważ­niej, jak te cią­głe zmiany mogą wpły­wać na żonę i dzieci, i nie podej­mo­wał z nimi dys­ku­sji na ten temat. Zakła­dał po pro­stu, że co dobre dla Tho­masa Wat­chella, jest dobre także dla całej rodziny Wat­chel­lów.

Przez ponad trzy­dzie­ści lat Tho­mas tkwił w pracy śred­nio przez osiem­dzie­siąt godzin na tydzień, nie wyłą­cza­jąc wie­czo­rów i week­en­dów. W ciągu tych lat on i jego żona stop­niowo odda­lali się od sie­bie. Kiedy po pięć­dzie­siątce jego mał­żeń­stwo się roz­pa­dło, nie było to dla niego ani wiel­kim zasko­cze­niem, ani poważ­nym powo­dem do nie­po­koju. Wkrótce zna­lazł młod­szą, ład­niej­szą i bar­dziej uczu­ciową part­nerkę. Mar­twiło go i nie dawało mu spo­koju coś innego: nie­mal cał­ko­wita alie­na­cja córek, które miały już po dwa­dzie­ścia kilka lat i wszyst­kie trzy „trzy­mały z matką”. Jak twier­dził, żadna z nich, jeśli nie potrze­bo­wała aku­rat pie­nię­dzy, nie oka­zy­wała mu więk­szego zain­te­re­so­wa­nia.

Wielu ludzi suk­cesu w rodzaju Tho­masa nie potrafi dostrzec nisz­czą­cych skut­ków kom­pul­syw­nej pracy, dopóki życie oso­bi­ste nie wystawi im za to rachunku. Świa­do­mość, że córki się od niego odwró­ciły, ude­rzyła go z zaska­ku­jącą siłą i pogrą­żyła w skraj­nej roz­pa­czy. Niczym współ­cze­sny Król Lear miał poczu­cie, że go hanieb­nie zdra­dziły, zapo­mniały o nim, wzgar­dziły jego sta­ra­niami i hoj­no­ścią. A jed­nak pod­czas pierw­szej sesji z rodziną doro­słe potom­stwo Tho­masa nie ujaw­niło szcze­gól­nej wro­go­ści wobec ojca. W ogóle nie­wiele do niego czuły. W trak­cie szczę­śli­wego dzie­ciń­stwa spę­dzo­nego w bli­skim i cie­płym kon­tak­cie uczu­cio­wym z matką dziew­czyny nauczyły się oby­wać bez niego. Jedna z nich okre­śliła Tho­masa jako „wpa­da­ją­cego od czasu do czasu władcę”, druga nazwała go „uśmiech­nię­tym cze­kiem _in blanco_”.

– Co mia­łeś na myśli, mówiąc „ubogi”? – pytam Tho­masa pod­czas jed­nej z sesji, kiedy on i jego córki, podobne do niego z twa­rzy i postawy, roz­sie­dli się w fote­lach.

– Pro­szę? – Zawsze poprawny Tho­mas spo­gląda znad dużych, okrą­głych szkieł.

– Pod koniec poprzed­niej sesji mówi­łeś coś o dora­sta­niu w robot­ni­czej rodzi­nie – przy­po­mi­nam. – Pamię­tasz to?

Tho­mas machi­nal­nie przy­ta­kuje.

– Zain­try­go­wało mnie to, co mi powie­dzia­łeś, kiedy cię o to zapy­ta­łem. – Bez­sku­tecz­nie pró­buję zła­pać jego wzrok. – Że wycho­wa­łeś się w ubo­gim robot­ni­czym domu. Pamię­tasz to zda­nie?

Tho­mas bębni swo­imi krót­kimi, gru­bymi pal­cami po gru­bym, weł­nia­nym mate­riale spodni. Patrzy gdzieś za okno.

– Naprawdę? – mówi z namy­słem, uni­ka­jąc moich oczu. – Tak powie­dzia­łem?

Milk­nie.

Diane, naj­star­sza córka i główny rzecz­nik rodziny, poru­sza się nie­cier­pli­wie w fotelu.

– Tato… – zaczyna, ale prze­ry­wam jej łagod­nie, uno­sząc dłoń.

– Daj mu minutę – pro­szę.

Diane i jej sio­stry pod­czas wcze­śniej­szych sesji aż nazbyt jasno dały do zro­zu­mie­nia, co czują w związku z nie­uchwyt­no­ścią ojca. Tho­mas słu­chał ich żalów na pozór nie­po­ru­szony, demon­stru­jąc taką wła­śnie nie­do­stęp­ność emo­cjo­nalną, jaką mu zarzu­cały. Uzna­łem, że córki dosyć już powie­działy. Przy­szła pora, by zda­rzyło się coś wię­cej.

– Ubogi – powta­rzam z lek­kim naci­skiem. – Pamię­tasz to?

Marsz­czy czoło, wciąż gapiąc się w okno.

– Jakoś nie pamię­tam…

– Jeśli nie pamię­tasz tej roz­mowy sprzed tygo­dnia, to może zacznijmy od zera? – pod­su­wam. – Spró­buj wyobra­zić sobie, co mógł­byś mieć na myśli.

Tho­mas krzy­żuje nogi. Przez chwilę się zasta­na­wia.

– Wiesz – zaczyna – dziew­częta nie­wiele o tym wie­dzą.

– To mnie wcale nie zaska­kuje – odpo­wia­dam. – Po czę­ści wła­śnie dla­tego cię o to pytam.

Znowu poru­sza się nie­spo­koj­nie w fotelu. W końcu, po dłuż­szej chwili ciszy, odwraca się do mnie twa­rzą.

– Dobrze – mówi zde­cy­do­wa­nie, patrząc mi w oczy. – Co chciał­byś usły­szeć?

– No więc – odpo­wia­dam powoli – mógł­byś zacząć od tego, co spra­wiło, że uzna­łeś, iż lepiej trzy­mać się z dala od życia rodzin­nego.

Wygląda na to, że moje słowa go zasko­czyły. Wciąga z nie­za­do­wo­loną miną powie­trze, szy­ku­jąc się do utarczki, ale potem zamiera – i nagle na jego twa­rzy poja­wia się uśmiech.

– Więc na tym polega tera­pia – mówi roz­we­se­lony.

– Witamy w nowym wspa­nia­łym świe­cie intro­spek­cji – rzu­cam.

Tho­mas splata dło­nie, potem je roz­dziela.

– No wiesz, nie spo­dzie­wa­łem się, że będziemy się w tym grze­bać – mówi, znowu poważ­nie­jąc.

– Rozu­miem cię – odpo­wia­dam, wyczu­wa­jąc jego zakło­po­ta­nie i odru­chową chęć przy­ję­cia pozy­cji obron­nej. Rzu­cam okiem na trzy dziew­czyny, które zamarły w ocze­ki­wa­niu, bez znaku apro­baty lub dezapro­baty.

– Tho­mas – pytam – jak sądzisz, czy twoje córki dobrze cię znają?

– Myślę, że tak jak wszyst­kie córki – zaczyna.

– Tato! – Diane i naj­młod­sza, Patri­cia, wybu­chają jed­nym gło­sem.

– No, dobrze, może i nie – godzi się nie­chęt­nie. – Może nie tak dobrze, jak sądzi­łem.

– I wła­śnie dla­tego tu sie­dzą, prawda? – pytam. – Twoje córki przy­szły, żeby się dowie­dzieć, kim naprawdę jesteś.

– Co wcale nie zna­czy… – Diane gwał­tow­nie pro­stuje się, bar­dzo podobna w tej chwili unie­sie­nia do ojca.

– Co nie zna­czy nic – uspo­ka­jam ją, prze­ry­wa­jąc jed­no­cze­śnie jej wypo­wiedź. – Zna­czy to, co zna­czy. Teraz posłu­chaj­cie. Co wy wła­ści­wie wie­cie o dzie­ciń­stwie ojca?

Przez chwilę wszyst­kie wpa­trują się we mnie tępo. Caro­line, śred­nia sio­stra, kręci głową.

–Nie­wiele – bąka w końcu Diane.

Wszy­scy patrzymy na naj­młod­szą sio­strę, która bez słowa roz­kłada ręce i nagle z oczu zaczy­nają jej pły­nąć łzy. Diane podaje jej chu­s­teczkę. Patri­cia otwiera usta, ale nie wydaje dźwięku.

– Dla­czego pła­czesz, mała? – pyta Caro­line.

Patri­cia gwał­tow­nie kręci głową.

– Ja po pro­stu… – zaczyna. – Ja zawsze tak się czuję… Jest mi smutno, kiedy myślę o tacie.

Pochy­lam się w jej stronę.

– Patri­cio, co wiesz o dzie­ciń­stwie two­jego ojca?

– Wła­ści­wie to nie wiem nic. – Sięga po kolejną chu­s­teczkę. – Wiem tylko… Boże, nic nie wiem…

– Na pewno coś wiesz, Patri­cio. Powiedz – nale­gam.

– No więc… – jąka się – nie jestem pewna. To takie… Wiem tylko, że było złe!

Patri­cia kuli się w sobie. W żaden spo­sób nie może kon­ty­nu­ować. Pochyla głowę i zaczyna szlo­chać.

Tho­mas zerka na córkę z zakło­po­ta­niem. Patrzy kątem oka, lęka­jąc się spoj­rzeć jej w twarz.

– To wszystko twoje, wiesz o tym? – mówię.

Zwraca się ku mnie.

– Ból, który ona wyraża, jest twój – obja­śniam.

* * *

Dwie sesje póź­niej, pro­mie­niu­jąc skon­cen­tro­waną odwagą, Tho­mas Wat­chell zgod­nie z moim pole­ce­niem sie­dzi wygod­nie w fotelu z zamknię­tymi oczami i dłońmi ele­gancko sple­cio­nymi na kola­nach. Caro­line, Diane i Patri­cia usa­do­wiły się z boku, na pozór w swo­bod­nych pozach. Ale ich odde­chy są płyt­kie, a oczy utkwione w twa­rzy ojca. Tho­mas, głę­boko roz­luź­niony, nie­mal w lek­kim hip­no­tycz­nym tran­sie, zaczyna zgłę­biać nie­przy­jemne wspo­mnie­nia, „kry­tyczne epi­zody” ze swego dzie­ciń­stwa47. Ponie­waż nie może się zdo­być na mówie­nie o prze­szło­ści w nor­mal­nej roz­mo­wie, pro­szę go, żeby zamknął oczy, pozwo­lił swym myślom powę­dro­wać wstecz i raczej na nowo prze­ży­wał, niż rela­cjo­no­wał tamte wyda­rze­nia48. Posłu­gu­jąc się tą tech­niką wycho­dze­nia z traumy, Tho­mas przede wszyst­kim sięga do naj­waż­niej­szej sceny, która zacią­żyła nad jego dzie­ciń­stwem, a następ­nie wczuwa się w nią emo­cjo­nal­nie. Widzę kro­ple potu zbie­ra­jące się na jego czole i karku. Opi­suje „mau­zo­leum” sypialni jego matki widziane oczami małego chłopca.

– Tu jest duszno – mówi.

– Duszno?

– Tak. Wszyst­kie zasłony są spusz­czone.

– Mów dalej – zachę­cam.

– Nie zwy­kłe zasłony. To za słabe słowo. Takie wiel­kie, cięż­kie bro­ka­towe dra­pe­rie. Wszę­dzie ich pełno. Cały pokój w nie zawi­nięty. Na ścia­nach, nad łóż­kiem. Poduszki, kwiaty i – jak się to nazywa – saszetki.

Urwał, jakby na nowo poczuł tamtą woń.

– Tho­mas, ile masz lat? – pytam.

– Ach, jestem cał­kiem mały. Cztery, może pięć, sześć czy sie­dem.

– Mów dalej – zachę­cam go łagod­nie.

Tho­mas sie­dzi z zamknię­tymi oczami, ze sto­pami opar­tymi na pod­ło­dze, z rękami na kola­nach, jak dziecko.

– Chcesz wie­dzieć, jak to czuję? – pyta.

– Tak. – Kiwam głową, cho­ciaż nie może tego widzieć. – Opo­wiedz ze szcze­gó­łami.

– No więc jest gorąco. W moich wspo­mnie­niach jest dziw­nie gorąco. Wszystko jest poza­my­kane, rozu­miesz? Okna. Luf­ciki. A to jest sier­pień.

– Idź dalej – pona­glam. – Jak tam pach­nie?

Marsz­czy nos.

– Nie zwra­cam na to uwagi…

– Czy czu­jesz jakieś zapa­chy koja­rzące ci się z matką? – pró­buję ukie­run­ko­wać jego wspo­mnie­nia. – Zapach jej ubrań, jej odde­chu?

Tho­mas się uśmie­cha, wciąż z zamknię­tymi oczami, jakby przej­rzał moją grę.

– Jej ubrań, jej odde­chu? – powta­rza. – Jej chla­nia, chcia­łeś powie­dzieć? – W jego gło­sie brzmi pre­ten­sja. – Nie. – Kręci głową. – Masz rację, oczy­wi­ście, ale to nie jest smród. Ona pije czy­stą wódkę. To nie pozo­sta­wia moc­nego zapa­chu. Może pach­nie tro­chę jak środki dezyn­fek­cyjne, ale szcze­rze mówiąc, nawet to lubię. Przy­po­mina mi to pie­lę­gniarki w naszym szkol­nym ambu­la­to­rium.

– Czy ona się poru­sza? Mówi coś? – pytam.

– W tej mojej fan­ta­zji? – uści­śla i kręci głową. – Nie. Nic takiego. Leży plac­kiem. Roz­wa­lona w poprzek łóżka, chra­piąc jak małe dziecko.

Odpływa gdzieś myślą.

– A ty co? – pró­buję skło­nić go do kon­ty­nu­acji.

– Ja? – Milk­nie i znowu się zamy­śla.

– Tho­mas?

– Jestem tu. – Wzru­sza w końcu ramio­nami. – Po pro­stu sie­dzę. Na poste­runku.

– Co pro­szę?

– Jako straż­nik – wyja­śnia. – Żoł­nierz na war­cie. Mały żoł­nie­rzyk mamusi. – Pro­stuje się w fotelu. – Ster­czę jak kołek. Gapię się.

– Gapisz się – powta­rzam. – Na co?

– No cóż, chyba na nią – odpo­wiada. – Jak oddy­cha. Wiesz, pierś do góry i w dół, do góry i w dół. – Znowu urywa. – To jest takie kojące, naprawdę.

– To wcale nie jest kojące – sprze­ci­wiam się z naci­skiem. – To twój obo­wią­zek.

– Co?

– Sie­dzieć tam, pil­no­wać jej – zauwa­żam, że w moim gło­sie brzmi nie­mal złość. – Pil­no­wać jej odde­chu.

– No, może – ustę­puje. – W ogóle pil­no­wać jej. Czy wszystko jest z nią w porządku.

– Pil­no­wać, czy jesz­cze żyje – pod­po­wia­dam.

* * *

Kiedy pytam Tho­masa, jak czę­sto prze­sia­dy­wał tak na straży nad pijaną matką, odpo­wiada: „Codzien­nie”, takim tonem, jakby było to głu­pie pyta­nie. Kiedy jed­nak pro­szę go, żeby wyobra­ził sobie, jak czuje się ten mały chło­piec żyjący w jego pamięci, gdy sie­dzi przy jej łóżku, w końcu zaczyna pła­kać, po tylu sesjach, pod­czas któ­rych wyda­wał się nie­wzru­szony.

– Pusty – wydu­sza z sie­bie po dłu­giej, męczą­cej pau­zie. – Czuję się cał­kiem pusty. – A potem dodaje nie­py­tany: – Wiesz, cza­sami się do niej przy­tu­la­łem. Kła­dłem głowę obok niej, żeby ją czuć…

Wciąż z zamknię­tymi oczami Tho­mas odwraca się od nas do ściany. Wiemy, że chce być teraz sam ze sobą. Córki pła­czą bez­gło­śnie, nie chcąc mu prze­ry­wać.

– Więc jak? – pyta Tho­mas, gdy wsta­jemy po zakoń­cze­niu sesji. Wygląda na nieco zmię­tego. – Czy coś dzi­siaj zała­twi­li­śmy?

Dziew­czyny ota­czają ojca. Caro­line wsuwa się w jego ramiona.

– Oj, tato, tak trudno cię roz­gryźć.

Byłem nie­zmier­nie zado­wo­lony z jego pła­czu i wysiłku pamięci. Dwa mie­siące wcze­śniej za nic nie poka­załby się swoim cór­kom z takiej strony. Trzy mie­siące wcze­śniej w przy­chodni wydzie­rał się na mło­dego prak­ty­kanta, twier­dząc, że jego psim obo­wiąz­kiem jest dać mu coś na sen. Sądził, że nasze sesje są po to, żeby uło­żył sobie sprawy z rodziną, i rze­czy­wi­ście tak się stało. Ale praw­dzi­wym celem było lecze­nie jego ostrej depre­sji jaw­nej i chro­nicz­nej depre­sji ukry­tej.

Jawna depre­sja Tho­masa cze­kała tylko na oka­zję do mani­fe­sta­cji, podob­nie jak u Davida Inglesa, cho­ciaż z innych powo­dów. Stałe igno­ro­wa­nie wła­snych emo­cji i związ­ków z ludźmi nało­żyło się nie­bez­piecz­nie zanie­dba­nia psy­cho­lo­giczne, któ­rych doznał w dzie­ciń­stwie. Tho­mas miał jasne wyobra­że­nie swo­ich życio­wych celów i wie­dział, do czego dąży, lecz otwar­cie igno­ro­wał swoją prze­szłość. Odwró­cił się ple­cami do minio­nych fak­tów i uda­wał, że go nie doty­czyły. Błąd w jego stra­te­gii oddzie­la­nia się od daw­nego bólu pole­gał na tym, że nie pod­da­wały się jej emo­cje. David Ingles nie chciał znać smut­nego, skrzyw­dzo­nego chłopca, który się w nim krył, i skoń­czyło się na zada­wa­niu podob­nych krzywd wła­snemu synowi. Pod­czas mrocz­nych wie­czo­rów przy łóżku matki Tho­mas nie­wąt­pli­wie przy­się­gał sobie, że nie pozwoli, by jego przy­szła rodzina prze­ży­wała coś podob­nego. Ale życie, które stwo­rzył swoim bli­skim, oka­zało się pra­wie tak samo pozba­wione rów­no­wagi jak to, od któ­rego ucie­kał. Davida wypie­ra­nie prze­szło­ści popchnęło do fizycz­nej prze­mocy, nato­miast u Tho­masa było przy­czyną obo­jęt­no­ści. Oby­dwaj bez żad­nej złej inten­cji zgo­to­wali swoim rodzi­nom to, przez co sami prze­szli w dzie­ciń­stwie.

Dłu­go­trwała ukryta depre­sja Tho­masa zamie­niła się w poważny atak depre­sji jaw­nej, kiedy jego kru­che poczu­cie wła­snej war­to­ści roz­sy­pało się pod cio­sem, któ­rym było odrzu­ce­nie go przez córki. Depre­sja, którą nosił w sobie przez tyle lat, w końcu wybu­chła gwał­tow­nie. Ale, jak sam póź­niej przy­znał, zawsze z nim była, nie­po­strze­że­nie drą­żąc jego wnę­trze.

„To nie to, że byłem z sie­bie zado­wo­lony – zwie­rzał się Tho­mas w dal­szym eta­pie tera­pii. – Raczej odpy­cha­łem od sie­bie kata­strofę. Dzięki każ­demu nowemu suk­ce­sowi mogłem jedy­nie oddy­chać tro­chę swo­bod­niej. Ale zawsze pozo­sta­wał lęk przed czymś, co czai się za naj­bliż­szym rogiem. Ni­gdy nie czu­łem się naprawdę na luzie”.

Brak przy­ja­ciół i dodat­ko­wych zain­te­re­so­wań oraz poczu­cie obco­ści we wła­snym domu Tho­mas rekom­pen­so­wał sobie dobrym jedze­niem, powo­dze­niem zawo­do­wym i doda­ją­cymi powagi akce­so­riami.

„Kiedy teraz o tym myślę, widzę, że nie­wiele mia­łem z życia” – przy­zna­wał z żalem.

Świa­do­mie lub nie­świa­do­mie, Tho­mas wciąż ucie­kał. Ucie­kał przed nie­do­stat­kiem finan­so­wym, ale rów­nież przed cier­pie­niem i pustką, któ­rych dozna­wał jako dziecko, ucie­kał przed poczu­ciem bez­war­to­ścio­wo­ści i jało­wo­ści emo­cjo­nal­nej, które prze­śla­do­wało go przez więk­szość życia. Do czasu obec­nego kry­zysu Tho­mas z powo­dze­niem koił swe psy­chiczne rany, zaży­wa­jąc odpo­wied­nie dawki środ­ków wzmac­nia­ją­cych wiarę w sie­bie – pie­nię­dzy, suk­ce­sów, pre­stiżu. Lekar­stwa te trzy­mały go w pio­nie, zastę­pu­jąc mu auten­tyczne więzi z ludźmi. Jak więk­szość męż­czyzn cier­pią­cych na ukrytą depre­sję, miał pro­blemy z intym­no­ścią w związ­kach, ponie­waż nie potra­fił się zdo­być na emo­cjo­nalną intym­ność z samym sobą. Liriope, matka Nar­cyza, spy­tała kie­dyś wyroczni, czy jej syn będzie długo żył. Otrzy­mała iro­niczną odpo­wiedź: „Tak długo, aż pozna samego sie­bie”. Ci męż­czyźni, jak Nar­cyz, lękają się samo­wie­dzy. Ucie­kają od oso­bi­stego doświad­cze­nia – bólu depre­sji. Odsu­wają je na bok i negują. Davida Inglesa i Tho­masa Wat­chella drą­żył ból, ale żaden z nich nie pozwo­lił sobie go odczuć.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij