Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Nie mów, że się boisz - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
6 lutego 2026
E-book: EPUB, MOBI
44,90 zł
Audiobook
44,90 zł
44,90
4490 pkt
punktów Virtualo

Nie mów, że się boisz - ebook

Samia, mała dziewczynka z Somalii, pragnie spełnić swoje marzenia w kraju, gdzie coraz głośniej przemawiają broń i język gwałtu. Dlatego trenuje bieganie na pustym stadionie – po zmroku, w obawie przed oskarżycielskim wzrokiem fundamentalistów.

Pierwsze sportowe sukcesy przynoszą jej kwalifikację na Igrzyska Olimpijskie w Pekinie. Ma wtedy zaledwie siedemnaście lat. Choć dobiega do mety jako ostatnia, dla muzułmańskich kobiet na całym świecie staje się symbolem. I nabiera apetytu na więcej.

W ojczyźnie jednak nie może się dalej rozwijać, dlatego pewnej nocy, w pogoni za wolnością i marzeniem olimpijskiego zwycięstwa, wyrusza samotnie w długą podróż. Przemierza osiem tysięcy kilometrów, aby przez Saharę dotrzeć do Libii, a stamtąd drogą morską przedostać się do Włoch…

Giuseppe Catozzella poświęcił wiele miesięcy, by odkryć życie prawdziwej Samii i pozwolił dziewczynie przemówić jej własnym głosem na kartach tej niezwykłej powieści. W tym głosie – w tym zwiewnym „ja”, pełnym mocy i niezwykłej czystości – splatają się wstrząsające doświadczenia Samii, jej najskrytsze marzenia i przeznaczenie, jakie zgotował jej los.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna obca
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9789180768511
Rozmiar pliku: 2,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1.

------------------------------------------------------------------------

Tego ranka, kiedy Ali i ja zo­sta­li­śmy bra­tem i sio­strą, pa­no­wał nie­zno­śny upał. Schro­ni­li­śmy się przed nim w ską­pym cie­niu drzewa aka­cjo­wego.

Był pią­tek, dzień świą­teczny.

Bieg był długi i mę­czący, oboje ocie­ka­li­śmy po­tem. Z dziel­nicy Bo­on­dhe­ere, gdzie miesz­ka­li­śmy, prze­bie­gli­śmy pro­sto na sta­dion Ko­onis, nie za­trzy­mu­jąc się ani razu. Sie­dem ki­lo­me­trów wą­skimi ulicz­kami, które Ali znał jak wła­sną kie­szeń, w pro­mie­niach słońca tak pa­lą­cych, że mo­gły roz­ta­piać ka­mie­nie.

Mie­li­śmy w su­mie szes­na­ście lat, po osiem na głowę, a uro­dzi­li­śmy się w od­stę­pie trzech dni. Ali miał ra­cję – mu­sie­li­śmy być ro­dzeń­stwem, choć na­le­że­li­śmy do ro­dzin, które nie po­winny się do sie­bie od­zy­wać na­wet sło­wem, ale mimo to miesz­kały wspól­nie w jed­nym domu i dzie­liły się wszyst­kim.

Sie­dzie­li­śmy pod tą aka­cją, żeby zła­pać od­dech i choć tro­chę się orzeź­wić, uty­tłani po sam ty­łek drob­nym bia­łym py­łem, który pod­no­sił się z ulic przy naj­lżej­szym po­wie­wie wia­tru, kiedy ni stąd, ni zo­wąd Ali wy­sko­czył z tym po­my­słem o aba­ayo.

– Chcesz być moją aba­ayo? – za­py­tał, wciąż jesz­cze dy­sząc, z rę­kami na pro­stych, ko­ści­stych bio­drach ukry­tych pod nie­bie­skimi spoden­kami, które no­sili po ko­lei wszy­scy jego bra­cia, za­nim wresz­cie tra­fiły do niego. – Chcesz być moją sio­strą?

Znasz ko­goś przez całe ży­cie i je­śli to dla cie­bie ważna osoba, to przy­cho­dzi taka chwila, od któ­rej ten ktoś bę­dzie już na za­wsze twoją sio­strą albo bra­tem.

Zwią­zani na całe ży­cie przez jedno słowo – tym się sta­jemy.

Po­pa­trzy­łam na niego z ukosa, nie da­jąc po so­bie po­znać, co my­ślę.

– Pod wa­run­kiem, że mnie zła­piesz – po­wie­dzia­łam na­gle i rzu­ci­łam się bie­giem, tym ra­zem w stronę na­szego domu.

Ali mu­siał dać z sie­bie na­prawdę wszystko, bo po kilku kro­kach udało się mu chwy­cić mnie za ko­szulkę i po­wa­lić. Oboje zna­leź­li­śmy się na ziemi: on na mnie, w pyle, który le­pił się do wszyst­kiego, do potu na­szych ciał i do lek­kich ubrań.

Była już nie­mal pora obia­dowa, wo­kół ży­wej du­szy. Nie pró­bo­wa­łam się uwol­nić, nie opie­ra­łam się. To była za­bawa.

– A więc? – za­py­tał, na­gle po­waż­nie­jąc. Czu­łam na twa­rzy jego go­rący od­dech.

Na­wet na niego nie spoj­rza­łam, je­dy­nie zmru­ży­łam oczy, zde­gu­sto­wana.

– Mu­sisz mnie po­ca­ło­wać, je­śli chcesz być moim bra­tem. No wiesz, są za­sady.

Ali wy­cią­gnął się jak jasz­czurka i wy­ci­snął mi na po­liczku mo­kry po­ca­łu­nek.

– Aba­ayo – po­wie­dział. Sio­stro.

– Abo­owe – od­po­wie­dzia­łam. Bra­cie.

Ze­rwa­li­śmy się i po­pę­dzi­li­śmy na­przód.

By­li­śmy wolni, znów wolni, by biec.

Przy­naj­mniej do domu.

Nasz dom nie był na­wet do­mem w nor­mal­nym zna­cze­niu tego słowa, w ni­czym nie przy­po­mi­nał pięk­nych bu­dyn­ków wy­po­sa­żo­nych we wszyst­kie wy­gody. Był mały, bar­dzo mały. I miesz­kały w nim dwie ro­dziny – na­sza i Alego. Miesz­ka­nia znaj­do­wały się do­kład­nie na­prze­ciwko sie­bie, na dwóch prze­ciw­le­głych krań­cach po­dwó­rza oto­czo­nego gli­nia­nym mur­kiem.

My miesz­ka­li­śmy po pra­wej i zaj­mo­wa­li­śmy dwie izby. Jedna była prze­zna­czona dla mnie i sze­ściu mo­ich braci, druga dla mamy i taty. Ściany wy­ko­nano z mie­sza­niny błota i ga­łęzi, która na słońcu tward­niała na ka­mień. Ale po­mię­dzy na­szymi izbami, jakby spe­cjal­nie po to, by od­dzie­lić nas od ro­dzi­ców, znaj­do­wało się po­miesz­cze­nie wła­ści­cieli domu – ro­dziny wiel­kiego gru­basa Omara She­ikha i jego jesz­cze grub­szej żony. Nie mieli dzieci. Miesz­kali nie­da­leko wy­brzeża, ale od czasu do czasu przy­jeż­dżali tu­taj na noc, i wtedy na­sze dni od razu ro­biły się mniej ra­do­sne.

– Żarty i psi­kusy za­cho­waj­cie na po­ju­trze – mó­wił nam Said, mój naj­star­szy brat, za każ­dym ra­zem, kiedy wi­dział, że wła­ści­ciele nad­cho­dzą. Miał na my­śli dzień ich wy­jazdu.

Ali ra­zem z oj­cem i trzema braćmi miesz­kał w jed­nej izbie, przy­le­ga­ją­cej do muru po le­wej stro­nie.

Naj­pięk­niej­szym miej­scem domu było po­dwó­rze: wiel­kie, na­prawdę wiel­kie, z ogrom­nym, sa­mot­nym eu­ka­lip­tu­sem ro­sną­cym w głębi. Ta­kie było wiel­kie, że wszy­scy ko­le­dzy chcieli się u nas ba­wić. Za pod­łogę w domu i wszę­dzie in­dziej słu­żyła ta sama biała zie­mia, która w Mo­ga­di­szu wci­ska się w każdy kąt. W na­szej izbie na przy­kład pod­kła­da­li­śmy pod ma­te­race sło­miane maty, ale i to nie po­ma­gało: co dwa ty­go­dnie Said i Abdi – moi starsi bra­cia – mu­sieli wy­no­sić ma­te­race na ze­wnątrz i z ca­łych sił je wy­trze­py­wać, żeby po­zbyć się na­wet naj­drob­niej­szego zia­renka pia­sku.

To wła­śnie gruby Omar She­ikh przed laty zbu­do­wał ten dom. Chciał, żeby sta­nął wła­śnie w tym miej­scu, wo­kół ma­je­sta­tycz­nego eu­ka­lip­tusa. W nie­skoń­czo­ność, tym swoim śmiesz­nym gło­si­kiem wię­zną­cym mu gdzieś w gar­dle, opo­wia­dał nam, że w dzie­ciń­stwie prze­cho­dził co­dzien­nie obok tego drzewa i za­ko­chał się w nim. Już wtedy eu­ka­lip­tus był wielki i silny, a on po­my­ślał: „Chcę, żeby mój dom sta­nął wła­śnie tu­taj”. Póź­niej, w cza­sach dyk­ta­tury Mo­ham­meda Siada Bar­rego, za­częły się kło­poty w in­te­re­sach i wy­glą­dało na to, że wy­buch­nie wojna; Omar uznał wtedy, że le­piej prze­nieść się w spo­koj­niej­sze oko­lice, i wy­na­jął trzy po­koje na­szym dwóm ro­dzi­nom.

Cał­kiem w głębi stał sza­łas skry­wa­jący wspólną ubi­ka­cję. Była to ma­leńka kwa­dra­towa prze­strzeń ogra­ni­czona gę­stymi pę­dami bam­busa z cuch­nącą dziurą w środku, gdzie cho­dzi­li­śmy za po­trzebą.

Parę kro­ków przed la­tryną, po le­wej stro­nie, była izba Alego. Po pra­wej, na­prze­ciwko, na­sza: cztery me­try na cztery i sie­dem ma­te­ra­ców roz­ło­żo­nych na ziemi.

Na środku spali bra­cia, a po bo­kach my, cztery dziew­czynki: Ubah i Hamdi przy le­wej ścia­nie, ja i Ho­dan – moja naj­uko­chań­sza sio­stra – przy pra­wej. W cen­trum, ni­czym czu­wa­jący nad nami wieczny pło­mień, kró­lo­wał nie­od­zowny fey­nus, lampa naf­towa, bez któ­rej Ho­dan nie mo­głaby do późna w nocy czy­tać ani pi­sać swo­ich pio­se­nek, a Sha­afici – naj­młod­szy bra­ci­szek – nie mógłby ro­bić przed­sta­wień swo­jego te­atrzyku cieni. Jego fi­gury były po­kraczne, a ru­chy nie­po­radne, ale i tak ko­na­li­śmy ze śmie­chu.

– Z cieni i buj­nej wy­ob­raźni two­rzysz piękne przed­sta­wie­nia – mó­wił mu Said.

Co wie­czór przed snem cała na­sza sió­demka świet­nie się ba­wiła w tym ma­łym po­miesz­cze­niu. Sta­ra­li­śmy się tylko, żeby nie sły­szeli nas za bar­dzo mama i tata oraz Yas­sin, oj­ciec Alego, który z nim i trzema jego braćmi spał na­prze­ciwko. Ali i ja. Uro­dzeni w od­stę­pie trzech dni i od­da­leni od sie­bie o za­le­d­wie parę kro­ków.

Od­kąd przy­szli­śmy na świat, co­dzien­nie dzie­li­li­śmy z Alim je­dze­nie i ła­zienkę. No i rzecz ja­sna ma­rze­nia oraz na­dzieje, bo one ro­dzą się za­wsze przy je­dze­niu i ro­bie­niu kupy. Tak ma­wia mój aabe, to zna­czy oj­ciec.

Łą­czyło nas wszystko, nie dzie­liło nic. Ali był dla mnie jak druga Ho­dan, a Ho­dan jak ład­niej­sza wer­sja Alego. Za­wsze trzy­ma­li­śmy się ra­zem, tylko my troje, a nasz świat był do­sko­nały i nic nas nie mo­gło roz­dzie­lić. I nie prze­szka­dzało nam wcale, że on jest Da­ro­dem, a ja Ab­galką – że na­le­żymy do dwóch kla­nów po­zo­sta­ją­cych w sta­nie wojny, która wy­bu­chła krótko przed na­szym na­ro­dze­niem. Przy­szli­śmy na świat w marcu 1991 roku, a walki za­częły się w stycz­niu.

Ali i ja by­li­śmy naj­młodsi z ro­dzeń­stwa, na­sze matki pie­lę­gno­wały nas, a klany pie­lę­gno­wały wojnę – na­szą star­szą sio­strę, jak ją za­wsze na­zy­wali mama i tato. To zła sio­stra, ale też ktoś, kto cię do­sko­nale zna, kto bar­dzo do­brze wie, jak ła­two uczy­nić cię szczę­śli­wym lub smut­nym.

Miesz­ka­nie w jed­nym domu, tak jak ja miesz­ka­łam z Alim, było za­bro­nione. Mie­li­śmy się nie­na­wi­dzić, tak jak się nie­na­wi­dzili inni Ab­ga­lo­wie i Da­ro­do­wie. A my nie. My za­wsze ro­bi­li­śmy wszystko tak, jak nam się po­do­bało, włącz­nie z je­dze­niem i cho­dze­niem za po­trzebą.

Tego ranka, kiedy Ali i ja zo­sta­li­śmy bra­tem i sio­strą, tre­no­wa­li­śmy przed do­rocz­nym wy­ści­giem lek­ko­atle­tycz­nym po dziel­ni­cach Mo­ga­di­szu. Miał się od­być za dwa ty­go­dnie, a mnie się wy­da­wało, że to cała wiecz­ność. Był dla mnie naj­waż­niej­szym wy­da­rze­niem w ca­łym roku. A po­nie­waż był pią­tek, dzień świą­teczny, i obo­wią­zy­wało za­wie­sze­nie broni, to mo­gli­śmy spo­koj­nie się wa­łę­sać i bie­gać uli­cami mia­sta po­śród wszech­obec­nej bieli.

Bo w Mo­ga­di­szu wszystko jest białe.

Ściany bu­dyn­ków, po­dziu­ra­wione ku­lami lub chwie­jące się od eks­plo­zji gra­na­tów, są pra­wie za­wsze białe albo szare, cza­sem jesz­cze albo w ko­lo­rze ochry, albo żół­tawe – w każ­dym ra­zie za­wsze ja­sne. Naj­uboż­sze domy, ta­kie jak nasz, skle­cone z błota i ga­łęzi, też szybko ro­bią się białe jak uliczny pył, który osiada na fa­sa­dach i na wszyst­kim in­nym.

Gdy bie­gasz po Mo­ga­di­szu, unosi się za tobą chmura drob­nego pyłu. Ali i ja zo­sta­wia­li­śmy za sobą dwie białe smugi – wzno­siły się i po­woli roz­wie­wały w po­wie­trzu. Bie­ga­li­śmy za­wsze tą samą trasą, ulice były na­szym oso­bi­stym pla­cem ćwi­czeń.

Kiedy mi­ja­li­śmy bary, przed któ­rymi sie­dzieli starcy gra­jący w karty i pi­jący shaah, czyli tra­dy­cyjną tu­tej­szą her­batę, wznie­siony przez nas pył tra­fiał im do szkla­nek. Za­wsze. Ro­bi­li­śmy to ce­lowo. Wtedy oni uda­wali, że wstają, by nas zła­pać, a my przy­spie­sza­li­śmy, wzno­si­li­śmy wię­cej pyłu i w jed­nej se­kun­dzie ob­sy­py­wa­li­śmy ich jesz­cze bar­dziej. Ro­biła się z tego za­bawa, śmia­li­śmy się, oni tro­chę też. Mu­sie­li­śmy jed­nak uwa­żać, gdzie sta­wiamy stopy, bo wie­czo­rami pa­lono śmieci i na­stęp­nego ranka ulice po­kry­wały nad­pa­lone resztki. Ka­ni­stry po ben­zy­nie, puszki po oleju, resztki opa­ko­wań, skórki od ba­na­nów, ka­wałki bu­te­lek, było tam wszystko. Pod­czas bie­ga­nia w od­dali wi­dzie­li­śmy mnó­stwo sto­sów, z któ­rych kop­ciło się ni­czym z ma­łych wul­ka­nów.

Za­nim wpa­dli­śmy w wą­skie uliczki pro­wa­dzące do wiel­kiej ulicy bie­gną­cej rów­no­le­gle do wy­brzeża, na­sza trasa wio­dła wzdłuż Jidka Ja­na­raal Daud – sze­ro­kiej, dwu­pa­smo­wej alei, ob­sa­dzo­nej po obu stro­nach rzę­dami aka­cji i jak wszystko inne po­kry­tej wszech­obec­nym py­łem.

Lu­bi­li­śmy pa­trzeć, jak prze­su­wają się obok nas Po­mnik Nie­zna­nego Żoł­nie­rza, bu­dy­nek Par­la­mentu, Bi­blio­teka Na­ro­dowa, Sąd Naj­wyż­szy. Przed nimi roz­kła­dali swe kramy wę­drowni sprze­dawcy. Roz­cią­gali na ziemi ko­lo­rowe płachty i wy­kła­dali swoje to­wary: od po­mi­do­rów i mar­chwi po wy­cie­raczki sa­mo­cho­dowe. Drze­mali pod drze­wami alei, póki nie po­ja­wił się ja­kiś klient, a kiedy prze­bie­ga­li­śmy, pa­trzyli na nas jak na Mar­sjan. Śmiali się z nas.

– Gdzie się tak spie­szy­cie, smar­ka­cze? Jest dzień świą­teczny, uspo­kój­cie się – wo­łali, kiedy prze­bie­ga­li­śmy obok.

– Bie­gniemy do two­jej żony, stary śpio­chu – od­po­wia­dał Ali.

Cza­sami rzu­cili w nas ba­na­nem, po­mi­do­rem albo jabł­kiem.

Ali za­trzy­my­wał się, pod­no­sił owoc, a po­tem ści­skał go w dło­niach i bry­zgał miąż­szem.

Wy­ścig był wiel­kim wy­da­rze­niem, dla mnie waż­niej­szym na­wet od pierw­szego lipca – dnia upa­mięt­nia­ją­cego wy­zwo­le­nie od wło­skich ko­lo­ni­za­to­rów i na­szego święta na­ro­do­wego.

Od za­wsze chcia­łam go wy­grać, ale mia­łam tylko osiem lat, a uczest­ni­czyli w nim wszy­scy, rów­nież do­ro­śli. Rok wcze­śniej do­bie­głam jako osiem­na­sta i tym ra­zem chcia­łam zna­leźć się na me­cie w pierw­szej piątce.

Oj­ciec i matka wi­dzieli mnie tak zde­ter­mi­no­waną już od naj­młod­szych lat i sta­rali się zro­zu­mieć, co też sie­dzi mi w gło­wie.

– Sa­mia, tym ra­zem też wy­grasz? – py­tał iro­nicz­nie aabe Yusuf, mój tato. Sie­dział na po­dwó­rzu na wy­pla­ta­nym słomą krze­śle, przy­cią­gał mnie do sie­bie i mierz­wił mi włosy swo­imi ogrom­nymi dłońmi. Lu­bi­łam ro­bić mu to samo: prze­su­wać chu­dymi, krót­kimi pal­cami po jego czar­nej i gę­stej czu­pry­nie, albo ude­rzać go w pierś, którą okry­wała biała płó­cienna ko­szula. Wtedy mnie chwy­tał – wielki, po­tęż­nie zbu­do­wany – i pod­no­sił jedną ręką, a po­tem sa­dzał so­bie na ko­lana.

– Jesz­cze ni­gdy nie wy­gra­łam, aabe, ale nie­długo będę pierw­sza.

– Wiesz Sa­mia, że przy­po­mi­nasz je­lonka? Je­steś moim uko­cha­nym je­lon­kiem. – Na sam dźwięk jego głę­bo­kiego, prze­peł­nio­nego czu­ło­ścią głosu drżały mi nogi w ko­la­nach.

– Aabe, je­stem prędka jak je­lo­nek, a nie je­stem je­lon­kiem.

– No to po­słu­chajmy… Jak za­mie­rzasz wy­grać z tymi du­żymi chło­pa­kami?

– Bie­gnąc szyb­ciej od nich, aabe! Może jesz­cze nie te­raz, ale pew­nego dnia będę naj­szyb­sza w ca­łym Mo­ga­di­szu.

Oj­ciec wy­bu­chał śmie­chem, a je­śli była gdzieś bli­sko moja matka, ho­oyo Da­habo, rów­nież ona śmiała się gło­śno.

Za­raz po­tem jed­nak, kiedy mój aabe wciąż trzy­mał mnie przy so­bie, ogar­niała go me­lan­cho­lia.

– Pew­nego dnia na pewno, ma­leńka. Pew­nego dnia…

– Ale, aabe, pewne rze­czy się wie. Jesz­cze nie po­tra­fi­łam do­brze mó­wić, a już wie­dzia­łam, że któ­re­goś dnia zo­stanę mi­strzy­nią. Mia­łam dwa lata i już to wie­dzia­łam – sta­ra­łam się go prze­ko­nać.

– I bar­dzo do­brze, ma­leńka. A ja za to chciał­bym wie­dzieć, kiedy skoń­czy się ta prze­klęta wojna.

Po­tem sta­wiał mnie na zie­mię i po­sęp­nie pa­trzył przed sie­bie.2.

------------------------------------------------------------------------

Je­śli cho­dzi o wojnę, to Alego i mnie zu­peł­nie ona nie ob­cho­dziła. Mo­gli so­bie strze­lać na uli­cach, nas to nie do­ty­czyło. Wojna nie mo­gła nas po­zba­wić je­dy­nej na­prawdę waż­nej rze­czy: tego, kim by­li­śmy dla sie­bie na­wza­jem.

Tej jed­nej rze­czy wojna nie może na­wet tknąć, ale po­trafi za­brać inne. Mnie na przy­kład za­brała mo­rze. Pierw­szą rze­czą, którą po­czu­łam za­raz po na­ro­dze­niu, był za­pach mo­rza bie­gnący wprost z wy­brzeża na po­dwó­rze na­szego domu – sól (wciąż mam ją we wło­sach i na skó­rze) i wil­goć prze­sy­ca­jąca każdą cząstkę po­wie­trza.

A jed­nak do­tknę­łam mo­rza tylko je­den raz. Wiem, że to woda, że je­śli rzu­cisz się w nią, zmo­czysz się tak samo, jak­byś wszedł do stawu, ale już taka je­stem, że do­póki nie do­świad­czę, nie uwie­rzę.

Parę razy do­tknę­łam pia­sku na plaży, cho­ciaż nie po­win­nam była tego ro­bić. Kilka razy, po­po­łu­dniami, prze­my­ka­li­śmy z Alim tylko jemu zna­nymi ulicz­kami i bar­dzo ostroż­nie zbli­ża­li­śmy się do mor­skiego bez­kresu. Zo­sta­wa­li­śmy na skraju sze­ro­kiej ulicy bie­gną­cej wzdłuż plaży z po­łu­dnia na pół­noc, cho­wa­li­śmy się za cię­ża­rówką albo za czoł­giem i go­dzi­nami po­dzi­wia­li­śmy bie­gnące do przodu i co­fa­jące się fale i re­fleksy słońca na po­marsz­czo­nej wo­dzie. Umie­ra­li­śmy z pra­gnie­nia, by sko­czyć mię­dzy fale. Cały ten ogrom był tuż przed nami, a nie mo­gli­śmy się w nim za­nu­rzyć.

Dwa albo trzy razy Ali był jed­nak za­nie­po­ko­jony. Po­zna­łam to po tym, jak ner­wowo po­cie­rał ręce. Roz­glą­dał się do­okoła, chwy­tał mnie za rękę i ka­zał biec. Tylko tyle:

– Bie­giem!

To było wtedy, kiedy prze­bie­ga­li­śmy drogę i sia­da­li­śmy na plaży. Wa­riaci. Mo­gli nas prze­cież za­strze­lić, plaża była jed­nym z ulu­bio­nych miejsc dla bo­jó­wek: na otwar­tej prze­strzeni kule z ka­ra­bi­nów śmi­gają bez prze­szkód.

Ale my uda­wa­li­śmy nor­malne dzieci – bez­myślne i bez­tro­skie.

Wo­kół nie było ży­wej du­szy, a pia­sek był go­rący i drobny ni­czym złoty pył. Za­czę­li­śmy się ta­rzać, si­ło­wać i wpy­chać go so­bie na­wza­jem gdzie tylko się dało – w gę­ste czarne włosy, za ubra­nia, wszę­dzie. Po tym, jak dwa albo trzy razy wy­wi­nę­łam ko­zła, Ali śmiał się jak sza­lony, wy­da­wało się, że zu­peł­nie zbzi­ko­wał. Ta­kiego ni­gdy go jesz­cze nie wi­dzia­łam. Otwie­rał usta i od­sła­niał śnież­no­białe zęby.

– Wy­glą­dasz jak klop­sik ob­to­czony w mące ku­ku­ry­dzia­nej – mó­wił i śmiał się da­lej, cały on, z tą swoją śmieszną twa­rzą, pła­skim no­sem, ogrom­nymi mię­si­stymi ustami i ma­łymi oczami, tuż przy mo­ich. – Ku­ku­ry­dziany klop­sik – po­wta­rzał.

Pró­bo­wa­łam uwol­nić się z jego uści­sku, ale nie da­wa­łam rady, był znacz­nie sil­niej­szy ode mnie, choć nie tyle umię­śniony, ile ra­czej wy­soki i ży­la­sty. Wy­ry­wa­łam się, a on przy­gważ­dżał mnie do ziemi i uda­wał, że chce mnie po­ca­ło­wać w usta, wy­cią­gał na­przód tę swoją żół­wio­watą łe­pe­tynę. Ja z obrzy­dze­niem krę­ci­łam głową na prawo i lewo, ale kiedy był już bli­sko, za­miast mnie po­ca­ło­wać, ro­bił „buch” i dmu­chał mi pia­skiem w oczy.

Nie­na­wi­dzi­łam go.

Je­den raz, tylko je­den, przy­cią­gani ja­kąś po­tęż­niej­szą od nas siłą, po­de­szli­śmy do wody. Po­woli, kro­czek za krocz­kiem, nie­mal nie­świa­do­mie.

Przede mną roz­cią­gała się gi­gan­tyczna, wspa­niała prze­strzeń, jak słoń, który śpi i głę­boko od­dy­cha. Dłu­gie fale wy­da­wały za­chwy­ca­jący dźwięk, przy­wo­dziły na myśl ja­kiś głos, przy­po­mi­nały mu­szelki za­mknięte w szkla­nym sło­iku, które tato po­da­ro­wał ma­mie, kiedy się za­rę­czyli, i które trzy­mała w szu­fla­dzie drew­nia­nej ko­mody w ich sy­pialni. Cho­dzi­li­śmy tam do nich, bra­li­śmy słoik w ręce i po­woli ob­ra­ca­li­śmy go na boki, żeby usły­szeć głos mo­rza.

Szszszszsz. Szszszszsz.

Po­de­szli­śmy jesz­cze bli­żej i za­mo­czy­li­śmy stopy i ręce. Pod­nio­słam palce do ust. Sól.

Na­stęp­nej nocy przy­śniły mi się fale. Śni­łam, że gu­bię się w tym bez­mia­rze, że po­zwa­lam się ko­ły­sać, uno­sić w górę i w dół zgod­nie z na­stro­jami wody.

Wojna za­brała mi mo­rze. Ale w za­mian spra­wiła, że obu­dziło się we mnie wiel­kie pra­gnie­nie, by pu­ścić się na­przód. Pra­gnie­nie, by biec. Bie­ga­nie stało się moim mo­rzem.

Je­śli mo­gli­śmy z Alim igno­ro­wać ota­cza­jącą nas wojnę, to tylko dla­tego, że ja by­łam córką Yusufa Omara, a on sy­nem Yas­sina Ah­meda. Oni też byli przy­ja­ciółmi od uro­dze­nia i wy­cho­wy­wali się ra­zem we wsi Ja­ze­era, po­ło­żo­nej na po­łu­dnie od mia­sta. Cho­dzili do tej sa­mej szkoły, a ich oj­co­wie, jesz­cze w cza­sach wło­skiej ko­lo­ni­za­cji, ra­zem pra­co­wali, przez co na­uczyli swo­ich sy­nów kilku wło­skich po­wie­dzeń, ta­kich jak: Non fare oggi qu­ello che puoi fare do­mani, czyli „Co się od­wle­cze, to nie ucie­cze”, Tutto il mondo è pa­ese, czyli „Świat jest mały”, a także Aiu­tati che Dio t’aiuta – „Po­móż sam so­bie, a i Bóg ci po­może”.

Za­pa­mię­tali też ulu­biony tekst swo­jego wło­skiego bry­ga­dzi­sty z cza­sów, gdy pra­co­wali przy roz­ła­dunku kon­te­ne­rów: Ca­scas­sero sulla tua te­sta mille chili di merda molle molle, co zna­czy: „A żeby ci spa­dło na głowę ty­siąc kilo naj­rzad­szego gówna”. Otóż pew­nego dnia kon­te­ner wy­peł­niony obor­ni­kiem na­gle się otwo­rzył, a jego za­war­tość spły­nęła na szefa jak deszcz i nie­mal cał­kiem go za­kryła. Od tam­tej pory męż­czy­zna za­czął mieć po­wo­dze­nie w in­te­re­sach, ale wspo­mnia­nego po­wie­dzonka uży­wał jako zło­rze­cze­nia.

Inne wło­skie zda­nie brzmiało: Siamo tutti fi­gli della stessa pa­tria, czyli „Wszy­scy je­ste­śmy dziećmi tej sa­mej oj­czy­zny”. To było ich ulu­bione. Przy­ja­ciele na śmierć i ży­cie, któ­rych nic nie może roz­dzie­lić.

Tak jak nas.

– Czy jest coś, co może nas roz­dzie­lić? – za­da­wa­li­śmy so­bie z Alim to py­ta­nie w nie­mi­ło­sier­nie skwarne po­po­łu­dnia, kiedy on po­ma­gał mi wdra­py­wać się na ga­łę­zie eu­ka­lip­tusa, a po­tem sia­da­li­śmy oto­czeni rześką zie­le­nią drzewa i ca­łymi go­dzi­nami roz­ma­wia­li­śmy o przy­szło­ści. Wspa­niale było tak sie­dzieć na eu­ka­lip­tu­sie: zo­sta­wia­li­śmy re­alny świat i two­rzy­li­śmy so­bie nasz wła­sny, w któ­rym ist­nie­li­śmy tylko my dwoje i na­sze ma­rze­nia.

– Nie – od­po­wia­da­li­śmy so­bie. I ro­bi­li­śmy gest bra­ter­stwa na śmierć i ży­cie, czyli ca­ło­wa­li­śmy so­bie palce wska­zu­jące skrzy­żo­wane na wy­so­ko­ści twa­rzy, dwu­krot­nie, naj­pierw prawy, po­tem lewy. Za­ło­ży­li­by­śmy się o co­kol­wiek, na­wet o wła­sne ży­cie, że tak wła­śnie bę­dzie.

Eu­ka­lip­tus był też ulu­bio­nym miej­scem, w któ­rym Ali sam ukry­wał się przed in­nymi. Na przy­kład wtedy, kiedy po po­łu­dniu nie chciał się uczyć czy­tać.

Choć Ho­dan była ode mnie pięć lat star­sza, co­dzien­nie rano szły­śmy ra­zem do szkoły gro­ma­dzą­cej klasy pod­sta­wowe, gim­na­zjalne i li­ce­alne. Ali nie cho­dził do szkoły, jego oj­ciec nie miał ni­gdy dość pie­nię­dzy, by opła­cić mu na­ukę. Uczęsz­czał tylko do pierw­szej klasy pod­sta­wówki w szkole pu­blicz­nej. Po tym, gdy jej bu­dy­nek znisz­czył wy­buch gra­natu, Ali nie wró­cił już do na­uki. Od tam­tego fe­ral­nego dnia lek­cje od­by­wały się pod go­łym nie­bem i nie­ła­two było zna­leźć na­uczy­cieli go­to­wych na­ra­zić się na to, że znowu spad­nie im na głowę ja­kaś bomba.

Je­dy­nym spo­so­bem na kon­ty­nu­ację na­uki było za­pi­sa­nie się do szkoły pry­wat­nej. Nasz oj­ciec przez kilka lat mógł so­bie na to po­zwo­lić, choć za cenę wiel­kich wy­rze­czeń, Yas­sin na­to­miast od sa­mego po­czątku wojny miał ogromne trud­no­ści ze sprze­da­wa­niem swo­ich owo­ców i wa­rzyw.

Więk­szość lu­dzi nie chciała ku­po­wać od brud­nego Da­roda, jak mó­wiono w Mo­ga­di­szu.

Ali za­wsze cier­piał z tego po­wodu, że my umiemy czy­tać i pi­sać, a on nie. Czuł, jakby był gor­szy, do­kład­nie taki, jaki w oczach więk­szo­ści miesz­kań­ców na­szej dziel­nicy był jego klan. Nie­umie­jęt­ność czy­ta­nia i pi­sa­nia była jesz­cze jedną z wielu rze­czy, które mu o tym przy­po­mi­nały.

Cza­sem sia­da­ły­śmy z nim przy sto­liku, przy któ­rym aabe i Yas­sin gry­wali w karty, i pró­bo­wa­ły­śmy na­uczyć go li­ter al­fa­betu, ale szybko da­wa­ły­śmy za wy­graną.

– Ali, spró­buj się skon­cen­tro­wać – mó­wiła Ho­dan, która za­wsze miała skłon­ność do mat­ko­wa­nia i na­uczy­ciel­skich za­cho­wań.

Sta­rał się, ale to było za trudne. Na­uka czy­ta­nia to długi pro­ces, nie dało się tego za­ła­twić na po­dwó­rzu w jedno po­po­łu­dnie, kiedy go­rące słońce za­chęca do szu­ka­nia roz­ry­wek. I je­śli dla ko­goś była to roz­rywka, to tylko dla Ho­dan, która ba­wiła się w na­uczy­cielkę, a mnie i Alemu wy­zna­czała role uczniów. Ja by­łam za­wsze do­brą uczen­nicą, a on tym, który do ni­czego się nie nada­wał.

– Nie umiem – mó­wił Ali. – To za trudne. A poza tym nie chcę się uczyć. Czy­ta­nie nie jest wcale po­trzebne!

Mu­sia­łam od­gry­wać rolę ko­le­żanki go­to­wej do po­mocy, ina­czej Ho­dan się zło­ściła.

– Nie znie­chę­caj się, Ali, to nie jest ta­kie trudne, na­wet ja się na­uczy­łam. Zo­bacz: to są sa­mo­gło­ski: a, e, i, o… – sta­ra­łam się go za­chę­cić.

Ucie­kał. Nic nie można było po­ra­dzić. Wy­trzy­my­wał pierw­sze dzie­sięć mi­nut, kiedy Ho­dan czy­tała frag­ment z książki. Kiedy przy­cho­dziła jego ko­lej, wy­my­ślał co się dało, żeby tylko wy­mi­gać się od czy­ta­nia. A kiedy ona na­ci­skała, zło­ścił się, wła­ził na eu­ka­lip­tus i już tam zo­sta­wał.

Jego eu­ka­lip­tus. Ulu­bione miej­sce.

Pew­nego po­po­łu­dnia po­kłó­cił się ze swym bra­tem Na­ssi­rem, a po­tem wspiął się na sam szczyt i sie­dział tam pra­wie dwa dni. Nikt nie był w sta­nie ścią­gnąć go na dół, nikt inny nie umiał wspiąć się tak wy­soko. Na­ssir na prze­różne spo­soby pró­bo­wał prze­ko­nać go do zej­ścia, ale wszystko na nic. Ali zszedł do­piero dru­giej nocy. Zwy­cię­żył go głód.

Po tych wy­da­rze­niach cza­sem wo­ła­li­śmy na niego „małpa”. Tylko małpa by­łaby zdolna wejść tak jak on na sam czu­bek drzewa. A on wo­lał zno­sić to prze­zwi­sko, niż uczyć się czy­tać.

Ali strasz­nie za­dzie­rał nosa, ale cho­ciaż był chło­pa­kiem, bie­gał wol­niej ode mnie. Był sil­niej­szy i kiedy wal­czy­li­śmy, za­wsze zwy­cię­żał, ale bie­gał wol­niej.

Kiedy chciał mnie roz­zło­ścić, po­wta­rzał, że je­stem wiil, chłop­czycą, i tylko dla­tego szybko bie­gam. Twier­dził, że je­stem chło­pa­kiem, który uro­dził się w ciele dziew­czyny, i mó­wił, że mam smarki pod no­sem jak chło­pak i że kiedy będę duża, uro­sną mi wąsy i będę wy­glą­dać tak samo jak jego tata. Nie mu­siał wy­my­ślać tych rze­czy. Sama do­brze wie­dzia­łam, że je­stem chłop­czycą i że kiedy lu­dzie wi­dzą, jak bie­gnę bez za­słon – bez chi­maru czy hi­dżabu, je­dy­nie w za du­żej ko­szulce i w spoden­kach, chuda jak ga­łązka oliwna – to z pew­no­ścią uwa­żają, że nie na­leżę do do­sko­na­łych có­rek Ko­ranu.

Ale wie­czo­rem, po ko­la­cji, kiedy do­ro­śli za­ba­wiali się or­ga­ni­zo­wa­niem dla nas za­wo­dów o kulkę se­za­mo­wego ciastka albo o na­le­śnik can­je­ero z cze­ko­ladą, wtedy mo­głam im po­ka­zać, co po­tra­fię. Po­dwó­rze było cen­trum ży­cia wszyst­kich ro­dzin: przez wojnę le­piej było sie­dzieć w domu i wy­cho­dzić jak naj­rza­dziej.

Kiedy już ho­oyo Da­habo z po­mocą mo­ich sióstr ugo­to­wała na bur­jiko – wiel­kim jak krowa kok­so­wym pie­cyku – ko­la­cję dla wszyst­kich i kiedy zje­dli­śmy to, co było, naj­czę­ściej chleb i wa­rzywa albo ryż i ziem­niaki, od czasu do czasu tro­chę mięsa, aabe Yusuf i aabe Yas­sin przy­go­to­wy­wali dla nas bież­nię.

Star­sze ro­dzeń­stwo ki­bi­co­wało, a ja i Ali klę­ka­li­śmy w po­zy­cji star­to­wej, z dłońmi opar­tymi na ziemi, jak praw­dziwi za­wod­nicy. Mie­li­śmy też bloki star­towe, które mój aabe wy­ko­nał z dwóch drew­nia­nych skrzy­nek po ar­bu­zach.

Za­zna­cze­nie li­nii od­dzie­la­ją­cych tory bieżni było obo­wiąz­kiem Sa­ida i Na­ssira, na­szych naj­star­szych braci. Szu­rali no­gami przez całe po­dwó­rze od domu do gli­nia­nego muru, ja­kieś trzy­dzie­ści me­trów, i za­zna­czali łuk bieżni oraz trasę po­wrotną do punktu wyj­ścia.

Za­wsze zwy­cię­ża­łam.

Ali mnie wtedy nie­na­wi­dził, ale już po wszyst­kim, kiedy do­sta­łam w na­grodę ciastko se­za­mowe – uwiel­biam je bar­dziej od cze­go­kol­wiek na świe­cie, po pro­stu nic mi nie sma­kuje tak bar­dzo, jak ciastko se­za­mowe – pra­wie za­wsze się z nim dzie­li­łam. Naj­pierw jed­nak ka­za­łam mu obie­cać, że już ni­gdy nie na­zwie mnie wiil. Je­śli się zga­dzał, do­sta­wał po­łowę.

W te let­nie wie­czory, gdy na­resz­cie ro­biło się nieco chłod­niej, za­raz po bie­ga­niu gra­łam z Ho­dan w shen­tral. To były piękne, spo­kojne dni, kiedy wszy­scy za­po­mi­na­li­śmy o woj­nie. Żeby grać w shen­tral, trzeba było naj­pierw na­ry­so­wać na ziemi kształt po­do­bny do dzwonu, po­dzie­lić go na pola i wpi­sać w nie liczby od je­den do dzie­wię­ciu. A po­tem rzu­cało się ka­my­kiem i trzeba było do­trzeć sko­kami na szczyt wy­ry­so­wa­nego dzwonu. Bra­cia zaś sie­dzieli na ziemi i ćwi­czyli swoją zręcz­ność, gra­jąc ka­my­kami w ga­riir.

Cza­sami w te dłu­gie wietrzne wie­czory do­łą­czał do nas Ah­med, przy­ja­ciel Na­ssira, star­szego brata Alego. Miał sie­dem­na­ście lat, tyle samo co Na­ssir i Said. Alemu i mnie wy­da­wał się bar­dzo do­ro­sły, a Ho­dan – przy­stojny i nie­do­stępny. Miał oliw­kową cerę i bar­dzo rzad­kie w So­ma­lii ja­sne, zie­lone oczy, które błysz­czały w świe­tle księ­życa i spra­wiały, że jego spoj­rze­nie ro­biło się bar­dzo dzi­kie.

Kie­dyś za­py­ta­li­śmy go, dla­czego ma oczy inne niż wszy­scy. On, wy­ko­nu­jąc dłońmi sek­su­alny gest – kółko i po­ru­sza­jący się w nim pa­lec wska­zu­jący – po­wie­dział, że jego dziad­kiem mu­siał być je­den z tych Wło­chów, któ­rzy się za­ba­wiali z czar­nymi dziew­czy­nami. Na­ssir i Ali wy­buch­nęli śmie­chem. Mój brat Said nie przy­łą­czył się do nich, tylko su­rowo po­pa­trzył na Ah­meda i po­krę­cił głową.

Said nie­zbyt do­brze do­ga­dy­wał się z Ah­me­dem, w prze­ci­wień­stwie do Na­ssira, który go uwiel­biał. Może wi­dział w nim za­gro­że­nie dla swej przy­jaźni ze star­szym bra­tem Alego, a może po pro­stu go nie lu­bił – nie wiem, ale za­wsze trak­to­wał chło­paka z nie­uf­no­ścią i mó­wił, że na dnie tych ja­snych oczu jest coś, co go nie prze­ko­nuje. Ali także nie zbli­żał się zbyt­nio do Ah­meda. Czę­sto się mu przy­glą­dał, ba­dał go wzro­kiem, ale za­cho­wy­wał dy­stans. Kiedy Ho­dan i ja gra­ły­śmy w shen­tral, Ali zwy­kle trzy­mał się swo­jego ojca i mo­jego aabe, któ­rzy co wie­czór grali w karty, i z tej od­le­gło­ści ostroż­nie przy­pa­try­wał się Ah­me­dowi.

Nie­kiedy gra w ga­riir albo w piłkę koń­czyła się prze­py­chanką mię­dzy Ah­me­dem a Sa­idem, cza­sem dla żartu, a cza­sem na po­waż­nie. Wtedy aabe i Yas­sin mu­sieli ich roz­dzie­lać. Pew­nego razu Said wy­pro­wa­dził tak mocny cios, że Ah­me­dowi krew po­cie­kła z nosa i po­bru­dziła białą ko­szulę. Wy­glą­dało to na­prawdę po­waż­nie.

Po ja­kimś cza­sie aabe zmu­sił ich, by po­dali so­bie ręce. Na­stęp­nego wie­czoru za­cho­wy­wali się tak, jak gdyby nic się nie stało.

Naj­pięk­niej­szą chwilą na­szych let­nich wie­czo­rów były jed­nak pio­senki Ho­dan.

Kiedy już ho­oyo z sio­strami wy­szo­ro­wały garnki, sia­da­li­śmy wszy­scy ra­zem w kręgu i go­dzi­nami słu­cha­li­śmy jej ak­sa­mit­nego głosu, któ­rym wy­śpie­wy­wała swoje pie­śni do zna­nych me­lo­dii.

Mój aabe i Yas­sin pa­lili pa­pie­rosy i pa­trzyli w niebo, a ja się za­sta­na­wia­łam, o co taki wielki i przy­stojny męż­czy­zna jak mój aabe może py­tać gwiazd. Ho­oyo i moje sio­stry cza­sami wzru­szały się sło­wami Ho­dan i chu­s­tecz­kami ocie­rały so­bie oczy i nos. Starsi bra­cia i Ah­med sie­dzieli z ko­la­nami pod brodą i wzro­kiem utkwio­nym w ziemi.

Od czasu do czasu Ah­med pod­no­sił wzrok i wtedy jego zimne oczy błysz­czały, jakby chciał rzu­cić wy­zwa­nie księ­ży­cowi. Kiedy tak pa­trzył, ja od­wra­ca­łam głowę i kie­ro­wa­łam uwagę na twarz Ho­dan, która sie­działa po­środku i z przy­mknię­tymi oczami śpie­wała pie­śni o po­koju i wol­no­ści.3.

------------------------------------------------------------------------

W przed­dzień do­rocz­nego wy­ścigu, za­nim nasi oj­co­wie wró­cili z pracy, zro­bi­łam z Alim coś, co było za­ka­zane: wy­szli­śmy z domu, żeby po­bie­gać.

Była szó­sta wie­czo­rem, słońce chy­liło się nad ho­ry­zon­tem i na na­sze po­dwó­rze za­wę­dro­wał za­pach mo­rza. Wci­snął się na nie, gnany świe­żym wia­trem, przy­pra­wiony aro­ma­tem po­traw przy­rzą­dza­nych na kok­so­wych kuch­niach w są­siedz­twie, i sku­sił nas. Do za­wo­dów zo­stało już nie­wiele czasu i uzna­li­śmy, że do­brze bę­dzie po­roz­cią­gać mię­śnie i wy­dłu­żyć krok, jak to ro­bią praw­dziwi spor­towcy.

Zgod­nie z tra­dy­cją mu­zuł­mań­ską dzień koń­czy się o zmierz­chu. Dla­tego piąt­kowe za­wie­sze­nie broni for­mal­nie roz­po­czy­nało się w czwar­tek wraz z za­cho­dem słońca, ale wro­gie bo­jówki czę­sto roz­cią­gały je na ostat­nie po­po­łu­dniowe go­dziny. Rów­nież tego dnia strzały uci­chły wcze­śniej. Poza tym była peł­nia i ja­sna księ­ży­cowa po­świata zwięk­szała po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa.

Nie za­mie­rza­li­śmy zresztą za­nadto się od­da­lać.

Plan był taki, żeby po­bie­gać tylko po na­szym osie­dlu, do­trzeć do jego gra­nicy, wy­zna­cza­nej przez Jidka Ja­na­raal Daud, okrą­żyć Po­mnik Nie­zna­nego Żoł­nie­rza i wró­cić do domu.

Dwa­dzie­ścia, naj­wy­żej dwa­dzie­ścia pięć mi­nut.

Ali po­wie­dział mi, że­bym na­ło­żyła coś na głowę, ale nie chcia­łam go słu­chać. Na­wet ho­oyo, cała w ja­snych za­sło­nach, które zwy­kła no­sić po domu, po­chy­lona wła­śnie nad dy­miącą pa­tel­nią, nie za­uwa­żyła, że się gdzieś wy­bie­ramy. Ani Ho­dan, za­mknięta w izbie ze star­szymi sio­strami.

Naj­ci­szej jak się dało prze­mknę­li­śmy pod czer­woną za­słoną, która za­kry­wała otwór w mu­rze oka­la­ją­cym nasz dom i po­dwórko, pewni, że nikt ni­czego nie za­uwa­żył.

Nie ba­li­śmy się wojny, była prze­cież na­szą star­szą sio­strą.

Czę­sto, kiedy w po­bliżu od­zy­wał się huk po­ci­sków moź­dzie­rza albo ter­kot broni ma­szy­no­wej, Ali i jego ko­le­dzy Amir i Nu­rud pod­cho­dzili bli­żej do bo­jów­ka­rzy, by zo­ba­czyć, jak strze­lają. Skra­dali się po­woli i ostroż­nie, cho­wali za ja­kimś sa­mo­cho­dem albo za ro­giem domu i pa­trzyli. Pod­nie­cał ich głos ka­ra­bi­nów, ter­kot wy­strze­li­wa­nych po­ci­sków. Wra­cali na po­dwórko i za­czy­nali opo­wia­dać, a ja słu­cha­łam ich cała oszo­ło­miona: mó­wili bar­dzo szybko, je­den przez dru­giego, każdy z nich chciał prze­ka­zać mi ja­kiś szcze­gół, który, jak są­dził, tylko on za­uwa­żył. W ich oczach dziko bły­skał ogień, ni­czym w wy­lo­tach luf ka­ra­bi­no­wych.

Tego wie­czoru bie­ga­li­śmy przez ja­kieś dwa­dzie­ścia mi­nut. Po­wie­trze było świeże i nie po­ci­li­śmy się tak, jak za dnia. To była moja ulu­biona pora: wszystko zwal­niało, dzień chy­lił się ku koń­cowi, na nie­bie ja­śniało ła­godne, już nie tak ośle­pia­jące świa­tło, a pro­mie­nie opa­da­ją­cego za ho­ry­zont słońca miękko i ła­god­nie po­bły­ski­wały w każ­dym zia­renku pia­sku.

By­li­śmy już w dro­dze po­wrot­nej, nie­da­leko domu, kiedy nas za­trzy­mali. Nie­spo­dzie­wa­nie, w głębi opu­sto­sza­łej uliczki, po­ja­wił się jeep fun­da­men­ta­li­stycz­nej bo­jówki.

Nie byli ani z Ha­wiye, z Ab­gal, ani z Da­rod. Na­le­żeli do Asz-Sza­bab.

Przy­na­leż­ność do klanu w tym wy­padku nie grała żad­nej roli. Było to ugru­po­wa­nie mi­li­tarne wspie­rane przez Al-Ka­idę, które dą­żyło do zdo­by­cia wła­dzy i wy­ko­rzy­sty­wało w tym celu rów­nież po­działy et­niczne.

Lu­dzi z Asz-Sza­bab można było po­znać z da­leka po dłu­gich bro­dach i ciem­nych ka­fta­nach, od­róż­nia­ją­cych ich od człon­ków bo­jó­wek kla­no­wych, któ­rzy no­sili mun­dury w ma­sku­ją­cych bar­wach zdo­byte nie wie­dzieć gdzie – na ja­kimś targu albo ku­pione z dru­giej ręki, od etiop­skich żoł­nie­rzy. A bo­jów­ka­rze Asz-Sza­bab no­sili praw­dziwe mun­dury, zu­peł­nie nowe, w któ­rych wy­glą­dali jak wo­jenna elita.

Na pace sie­działo ośmiu męż­czyzn, lufy ka­ra­bi­nów wy­sta­wały im zza pla­ców ni­czym me­ta­lowe rurki.

Sa­mo­chód je­chał bar­dzo po­woli. W pew­nej chwili je­den z bro­da­czy od­wró­cił się w na­szą stronę i zo­ba­czył, jak bie­gniemy.

Dwa nie­szko­dliwe, prze­po­cone i zmę­czone punk­ciki.

Pół­naga ab­gal­ska dziew­czynka i chło­piec, któ­rego da­rodz­kie po­cho­dze­nie z da­leka zdra­dzały pła­ski nos i smo­li­ście czarna skóra.

Bro­dacz za­stu­kał w dach szo­ferki i jeep się za­trzy­mał. Wszystko wy­da­rzyło się w ciągu kilku se­kund. Dwaj bo­jów­ka­rze ze­sko­czyli z paki i ru­szyli w na­szym kie­runku.

Byli nie­wy­socy i nie no­sili za­ro­stu.

Do­piero kiedy po­de­szli bli­żej, zro­zu­mie­li­śmy dla­czego: to byli chłopcy, dwu­na­sto- lub trzy­na­sto­letni. Z ka­ra­bi­nami więk­szymi od nich, prze­wie­szo­nymi na ukos przez plecy. W tam­tych mie­sią­cach krą­żyła wieść, że lu­dzie z Asz-Sza­bab za­częli re­kru­to­wać dzieci, by przy­uczać ich do świę­tej wojny. W za­mian gwa­ran­to­wali ro­dzi­com, że ich po­cie­chy otrzy­mają edu­ka­cję, na­uczą się arab­skiego i praw Ko­ranu, będą jeść trzy razy dzien­nie i spać w god­nym miej­scu, na praw­dzi­wych łóż­kach, z wszyst­kimi wy­go­dami, na które pra­wie nikt już nie mógł so­bie po­zwo­lić. Ci dwaj mu­sieli być no­wymi re­kru­tami.

Im bar­dziej się zbli­żali, przy­glą­da­jąc mi się z nie­sma­kiem, tym sil­niej uświa­da­mia­łam so­bie, jak je­stem ubrana: tylko spodenki i ko­szulka. Prze­klęte za­słony. Na do­da­tek Ali na­le­żał do Da­ro­dów – klanu, któ­rego fun­da­men­ta­li­ści nie­na­wi­dzili naj­bar­dziej, bo uwa­żali go za sto­jący naj­ni­żej, za klan „czar­nu­chów”, jak mó­wili. My, Ab­ga­lo­wie, mie­li­śmy ja­śniej­szą, bursz­ty­nową skórę i rysy twa­rzy po­do­bne do arab­skich. A fun­da­men­ta­li­ści z Asz-Sza­bab wma­wiali so­bie, że po­cho­dzą wła­śnie od Ara­bów.

Re­kruci za­trzy­mali się ja­kieś dwa­dzie­ścia kro­ków przed nami.

– Co tu ro­bią o tej po­rze ta­kie dwa eg­zem­pla­rze? – po­wie­dział niż­szy i grub­szy, ubrany w czarną, od­pra­so­waną ko­szulę i ciemne spodnie z kan­tem. To nie­mal do­sko­nałe ubra­nie ko­ja­rzyło nam się je­dy­nie z Eu­ropą albo Ame­ryką Pół­nocną. Przy­zwy­cza­ili­śmy się ubie­rać w to, co było do­stępne, czyli w uży­wane rze­czy. Tylko nie­któ­rzy do­ro­śli po­ka­zy­wali się w pią­tek na placu przed par­la­men­tem albo na wy­brzeżu w tych sa­mych spodniach i ma­ry­narce, które no­sili w la­tach po­koju.

– Tre­nu­jemy przed ju­trzej­szym wy­ści­giem – od­po­wie­dział Ali, pa­trząc na niego od­waż­nie i dum­nie. To były ru­ty­nowe py­ta­nia. Choć nam to się jesz­cze nie zda­rzyło, krą­żyły opo­wie­ści o po­dob­nych epi­zo­dach. W tym prze­słu­cha­niu nie było jesz­cze nic, czego można się było oba­wiać.

Obaj wy­buch­nęli śmie­chem. Ten grub­szy dra­pał się po tyłku. Po­de­szli bli­żej i je­dyna lampa w oko­licy oświe­tliła ich twa­rze. Mieli wod­ni­ste, prze­krwione oczy.

– A więc je­ste­ście lek­ko­atle­tami… – z wy­raźną kpiną w gło­sie ode­zwał się po chwili ten grub­szy i znów wy­buch­nął śmie­chem.

– Tak – od­po­wie­dział Ali – tre­nu­jemy przed do­rocz­nym bie…

W tym mo­men­cie ten drugi, szczu­pły, z długą bli­zną na czole i ja­kimś obłę­dem w oczach, krzyk­nął:

– Milcz, Da­ro­dzie! Ty nie po­wi­nie­neś na­wet ust otwie­rać. Wiesz, że mo­żemy cię za­brać i nikt nie bę­dzie miał nic do ga­da­nia? Może na­wet twój oj­ciec się ucie­szy, jak z nami pój­dziesz, przy­naj­mniej bę­dziesz przy­zwo­icie ubrany.

Znów wy­buch­nęli dzie­cin­nym śmie­chem, a gru­bas cią­gle dra­pał się po tyłku.

Ali spu­ścił wzrok i po­pa­trzył na swój dziu­rawy i po­pla­miony je­dze­niem pod­ko­szu­lek, który wcze­śniej na­le­żał do jego brata Na­ssira, na sze­ro­kie spodenki, ścią­gnięte w pa­sie ka­wał­kiem sznurka. Na stare dziu­rawe mo­ka­syny, które jego oj­ciec zdo­był nie wia­domo gdzie i ile lat temu.

Ką­tem oka za­uwa­ży­łam ruch.

Ali drżał jak mem­brana bębna. Szlo­chał w mil­cze­niu z wście­kło­ści i wstydu. Od­wró­ci­łam się i zo­ba­czy­łam, jak łza, jedna je­dyna, spływa mu po­woli po po­liczku.

Chudy bo­jów­karz, ni­czym dra­pież­nik, który po­czuł zra­nione zwie­rzę, zbli­żył się jesz­cze bar­dziej, na pięć, sześć kro­ków. Pach­niał mę­skimi per­fu­mami, ja­kąś wodą ko­loń­ską, któ­rej użył zbyt wiele i za­pach był du­szący.

– Je­steś tylko ma­łym, brud­nym Da­ro­dem – po­wie­dział do Alego. – Pa­mię­taj. Je­steś tylko brud­nym Da­ro­dem.

Ali nie od­po­wie­dział. Za­czę­łam się bać.

Po­tem ten chudy pod­szedł do mnie i chwy­cił za ra­mię.

– To może za­bie­rzemy twoją ko­le­żankę. Od­uczy się wresz­cie ubie­rać jak wiil. Ty my­ślisz, że kim je­steś, co? Chło­pa­kiem?

Pró­bo­wa­łam się uwol­nić, ale trzy­mał mnie mocno jak w ima­dle. Chciał mnie po­cią­gnąć, ale przy­gwoź­dzi­łam się no­gami do ziemi.

W tej sa­mej chwili Ali rzu­cił się na niego jak kot i ugryzł go w rękę. Chudy pu­ścił moje ra­mię, a Ali po­pchnął mnie, krzy­cząc, że­bym ucie­kała do domu.

Spoj­rza­łam na niego, nie­pewna co ro­bić. Nie chcia­łam zo­sta­wiać go sa­mego, ale wie­dzia­łam, że po­trze­bu­jemy po­mocy.

Za­miast zre­wan­żo­wać się Alemu, chudy ma­chał w po­wie­trzu ręką, jakby chciał osu­szyć ślady po ugry­zie­niu, i zło­śli­wie się uśmie­chał. Po­tem po­wie­dział:

– No no, nie­zły jest ten Da­rod.

Gruby prze­stał się dra­pać, przy­tak­nął dru­giemu i tą samą ręką za­czął za­krę­cać so­bie lok we wło­sach.

– Masz jaja, Da­ro­dzie – stwier­dził. – Kim jest twój oj­ciec?

– Nie twoja sprawa, kto jest moim oj­cem, gru­ba­sie – od­po­wie­dział Ali.

– Skoro nie mo­żemy roz­ma­wiać z tym, kto po­wi­nien na­uczyć cię do­brych ma­nier, mu­simy za­brać cię do je­epa…

Chwy­cili go pod ręce. Pró­bo­wał się wy­rwać, ale we dwóch byli znacz­nie sil­niejsi od niego.

– Może któ­ryś z do­ro­słych bę­dzie miał ochotę na­uczyć cię do­brych ma­nier, Da­ro­dzie. I odro­biny roz­sądku. To nie­mą­dre, gryźć ko­goś, kto nosi ka­ra­bin…

Kiedy Ali sta­rał się oswo­bo­dzić, a ja sta­łam jak słup soli, ktoś trzeci zszedł z paki je­epa.

W pół­mroku zo­ba­czy­łam, że jest dużo wyż­szy od nich, mu­siał być star­szy, choć i on nie no­sił brody. Może był jesz­cze młody. Może roz­sądny.

Zbli­żył się i po­wie­dział tym dwóm, żeby pu­ścili Alego.

– Zo­staw­cie go. I właź­cie na je­epa. Ja się nim zajmę.

Ra­zem z Alim od­wró­ci­li­śmy się w stronę ukry­tej w pół­mroku syl­we­tki. Roz­po­zna­li­śmy ten głos.

Stał może pięć me­trów od nas. Uliczna lampa nie da­wała wiele świa­tła, ale po­zna­li­śmy te lo­do­wate, świe­cące oczy, choć i one były po­dob­nie wod­ni­ste, jak oczy dwóch młod­szych.

Ah­med.

Przy­ja­ciel Na­ssira. Chło­pak, w któ­rym Ho­dan po kry­jomu się pod­ko­chi­wała.

Chłopcy wy­mam­ro­tali coś pod no­sem i nie­chęt­nie pu­ścili Alego.

Kiedy wdra­pali się z po­wro­tem na pakę, Ah­med sta­now­czo i tak ci­cho, by nie usły­szeli go to­wa­rzy­sze, po­wie­dział:

– Słu­chaj­cie oboje. To nie­bez­pieczne wy­cho­dzić sa­memu.

Po­tem od­wró­cił się na pię­cie i dał znak kie­rowcy, żeby za­pu­ścił sil­nik.

Za­nim jed­nym sko­kiem zna­lazł się znowu na pace, jesz­cze zło­wrogo po­pa­trzył na Alego. Nie­skoń­cze­nie długa se­kunda.

Zie­lone oczy błysz­czały w świe­tle księ­życa. To spoj­rze­nie zmro­ziło mi krew w ży­łach. Mie­sza­nina żą­dzy i obiet­nicy. Nie było w tym wy­zwa­nia, ra­czej ja­kiś pod­stępny sy­gnał.

Po­tem – tak samo wolno, jak się po­ja­wił – sa­mo­chód z bo­jów­ka­rzami od­je­chał.

Drża­łam jak liść na wie­trze. Za to Ali otrzą­snął się na­tych­miast.

– Cho­lerni fun­da­men­ta­li­ści. Jesz­cze tylko ich bra­ko­wało w tym mie­ście, jak­by­śmy nie dość mieli tych wszyst­kich bo­jó­wek! – wy­buch­nął.

Tego typu kon­trole oczy­wi­ście się zda­rzały, ale le­piej było słu­chać, jak inni o nich mó­wią. Po­de­szłam do Alego, żeby go ob­jąć i uspo­koić, ale mnie ode­pchnął.

– Nic mi nie jest, daj mi spo­kój, te gnoje nic mi nie zro­bili – burk­nął, na­wet na mnie nie pa­trząc, ze wzro­kiem wciąż utkwio­nym w zie­mię.

– Ci dwaj mieli coś dziw­nego w oczach… – za­czę­łam.

– No pew­nie, że mieli, byli na­ćpani. Dali im khat – od­parł Ali.

Na chwilę za­pa­dła ci­sza.

– Co to jest khat?

– To ten syf, który Asz-Sza­bab daje swoim bo­jów­ka­rzom.

– Ćpają, a po­tem wy­cho­dzą na mia­sto, żeby strze­lać?

– Nie. Po to im dają to świń­stwo, żeby póź­niej wy­szli i strze­lali. Naj­młod­szym za darmo, żeby się uza­leż­nili.

– Wy­da­wali się nie­obecni, jakby ich dia­beł opę­tał – po­wie­dzia­łam do sie­bie z na­dzieją, że to uczu­cie szybko prze­mi­nie.

Ali, wciąż chyba jesz­cze po­grą­żony w swo­ich my­ślach, kon­ty­nu­ował:

– Ten gruby cały czas dra­pał się po du­pie.

– Mu­siał mieć klesz­cze w ga­ciach, pod tymi no­wymi ciu­chami – stwier­dzi­łam z uśmie­chem.

– Z pew­no­ścią! Miał w tym obe­sra­nym tyłku pełno klesz­czy – od­parł, śmie­jąc się i pa­trząc w miej­sce, w któ­rym jesz­cze przed chwilą stał jeep, jakby chciał się upew­nić, że na pewno od­je­chali.

Chwy­ci­łam go za rękę, tym ra­zem nie za­pro­te­sto­wał.

Wol­nym kro­kiem wró­ci­li­śmy do domu, opo­wia­da­jąc so­bie głu­poty. Prze­szli­śmy całą drogę, ani sło­wem nie wspo­mi­na­jąc o Ah­me­dzie.

Na po­dwó­rzu ho­oyo wciąż jesz­cze przy­go­to­wy­wała ko­la­cję. Sie­działa na ta­bo­re­cie przy bur­jiko, na­chy­lona nad dy­miącą pa­tel­nią. Włosy za­kry­wał jej biały szal, który no­siła tylko wtedy, gdy go­to­wała.

Skóra jej twa­rzy, wi­dziana od wej­ścia, per­ląca się od pary z pa­telni i oświe­tlona bla­skiem księ­życa, wy­da­wała się ide­al­nie gładka. Na­pięta i błysz­cząca jak skórka ar­buza w po­łu­dnie.

Tego wie­czoru, dla od­miany, mie­li­śmy ryż z wa­rzy­wami.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij