Nie mów, że się boisz - ebook
Samia, mała dziewczynka z Somalii, pragnie spełnić swoje marzenia w kraju, gdzie coraz głośniej przemawiają broń i język gwałtu. Dlatego trenuje bieganie na pustym stadionie – po zmroku, w obawie przed oskarżycielskim wzrokiem fundamentalistów.
Pierwsze sportowe sukcesy przynoszą jej kwalifikację na Igrzyska Olimpijskie w Pekinie. Ma wtedy zaledwie siedemnaście lat. Choć dobiega do mety jako ostatnia, dla muzułmańskich kobiet na całym świecie staje się symbolem. I nabiera apetytu na więcej.
W ojczyźnie jednak nie może się dalej rozwijać, dlatego pewnej nocy, w pogoni za wolnością i marzeniem olimpijskiego zwycięstwa, wyrusza samotnie w długą podróż. Przemierza osiem tysięcy kilometrów, aby przez Saharę dotrzeć do Libii, a stamtąd drogą morską przedostać się do Włoch…
Giuseppe Catozzella poświęcił wiele miesięcy, by odkryć życie prawdziwej Samii i pozwolił dziewczynie przemówić jej własnym głosem na kartach tej niezwykłej powieści. W tym głosie – w tym zwiewnym „ja”, pełnym mocy i niezwykłej czystości – splatają się wstrząsające doświadczenia Samii, jej najskrytsze marzenia i przeznaczenie, jakie zgotował jej los.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna obca |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9789180768511 |
| Rozmiar pliku: | 2,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
------------------------------------------------------------------------
Tego ranka, kiedy Ali i ja zostaliśmy bratem i siostrą, panował nieznośny upał. Schroniliśmy się przed nim w skąpym cieniu drzewa akacjowego.
Był piątek, dzień świąteczny.
Bieg był długi i męczący, oboje ociekaliśmy potem. Z dzielnicy Boondheere, gdzie mieszkaliśmy, przebiegliśmy prosto na stadion Koonis, nie zatrzymując się ani razu. Siedem kilometrów wąskimi uliczkami, które Ali znał jak własną kieszeń, w promieniach słońca tak palących, że mogły roztapiać kamienie.
Mieliśmy w sumie szesnaście lat, po osiem na głowę, a urodziliśmy się w odstępie trzech dni. Ali miał rację – musieliśmy być rodzeństwem, choć należeliśmy do rodzin, które nie powinny się do siebie odzywać nawet słowem, ale mimo to mieszkały wspólnie w jednym domu i dzieliły się wszystkim.
Siedzieliśmy pod tą akacją, żeby złapać oddech i choć trochę się orzeźwić, utytłani po sam tyłek drobnym białym pyłem, który podnosił się z ulic przy najlżejszym powiewie wiatru, kiedy ni stąd, ni zowąd Ali wyskoczył z tym pomysłem o abaayo.
– Chcesz być moją abaayo? – zapytał, wciąż jeszcze dysząc, z rękami na prostych, kościstych biodrach ukrytych pod niebieskimi spodenkami, które nosili po kolei wszyscy jego bracia, zanim wreszcie trafiły do niego. – Chcesz być moją siostrą?
Znasz kogoś przez całe życie i jeśli to dla ciebie ważna osoba, to przychodzi taka chwila, od której ten ktoś będzie już na zawsze twoją siostrą albo bratem.
Związani na całe życie przez jedno słowo – tym się stajemy.
Popatrzyłam na niego z ukosa, nie dając po sobie poznać, co myślę.
– Pod warunkiem, że mnie złapiesz – powiedziałam nagle i rzuciłam się biegiem, tym razem w stronę naszego domu.
Ali musiał dać z siebie naprawdę wszystko, bo po kilku krokach udało się mu chwycić mnie za koszulkę i powalić. Oboje znaleźliśmy się na ziemi: on na mnie, w pyle, który lepił się do wszystkiego, do potu naszych ciał i do lekkich ubrań.
Była już niemal pora obiadowa, wokół żywej duszy. Nie próbowałam się uwolnić, nie opierałam się. To była zabawa.
– A więc? – zapytał, nagle poważniejąc. Czułam na twarzy jego gorący oddech.
Nawet na niego nie spojrzałam, jedynie zmrużyłam oczy, zdegustowana.
– Musisz mnie pocałować, jeśli chcesz być moim bratem. No wiesz, są zasady.
Ali wyciągnął się jak jaszczurka i wycisnął mi na policzku mokry pocałunek.
– Abaayo – powiedział. Siostro.
– Aboowe – odpowiedziałam. Bracie.
Zerwaliśmy się i popędziliśmy naprzód.
Byliśmy wolni, znów wolni, by biec.
Przynajmniej do domu.
Nasz dom nie był nawet domem w normalnym znaczeniu tego słowa, w niczym nie przypominał pięknych budynków wyposażonych we wszystkie wygody. Był mały, bardzo mały. I mieszkały w nim dwie rodziny – nasza i Alego. Mieszkania znajdowały się dokładnie naprzeciwko siebie, na dwóch przeciwległych krańcach podwórza otoczonego glinianym murkiem.
My mieszkaliśmy po prawej i zajmowaliśmy dwie izby. Jedna była przeznaczona dla mnie i sześciu moich braci, druga dla mamy i taty. Ściany wykonano z mieszaniny błota i gałęzi, która na słońcu twardniała na kamień. Ale pomiędzy naszymi izbami, jakby specjalnie po to, by oddzielić nas od rodziców, znajdowało się pomieszczenie właścicieli domu – rodziny wielkiego grubasa Omara Sheikha i jego jeszcze grubszej żony. Nie mieli dzieci. Mieszkali niedaleko wybrzeża, ale od czasu do czasu przyjeżdżali tutaj na noc, i wtedy nasze dni od razu robiły się mniej radosne.
– Żarty i psikusy zachowajcie na pojutrze – mówił nam Said, mój najstarszy brat, za każdym razem, kiedy widział, że właściciele nadchodzą. Miał na myśli dzień ich wyjazdu.
Ali razem z ojcem i trzema braćmi mieszkał w jednej izbie, przylegającej do muru po lewej stronie.
Najpiękniejszym miejscem domu było podwórze: wielkie, naprawdę wielkie, z ogromnym, samotnym eukaliptusem rosnącym w głębi. Takie było wielkie, że wszyscy koledzy chcieli się u nas bawić. Za podłogę w domu i wszędzie indziej służyła ta sama biała ziemia, która w Mogadiszu wciska się w każdy kąt. W naszej izbie na przykład podkładaliśmy pod materace słomiane maty, ale i to nie pomagało: co dwa tygodnie Said i Abdi – moi starsi bracia – musieli wynosić materace na zewnątrz i z całych sił je wytrzepywać, żeby pozbyć się nawet najdrobniejszego ziarenka piasku.
To właśnie gruby Omar Sheikh przed laty zbudował ten dom. Chciał, żeby stanął właśnie w tym miejscu, wokół majestatycznego eukaliptusa. W nieskończoność, tym swoim śmiesznym głosikiem więznącym mu gdzieś w gardle, opowiadał nam, że w dzieciństwie przechodził codziennie obok tego drzewa i zakochał się w nim. Już wtedy eukaliptus był wielki i silny, a on pomyślał: „Chcę, żeby mój dom stanął właśnie tutaj”. Później, w czasach dyktatury Mohammeda Siada Barrego, zaczęły się kłopoty w interesach i wyglądało na to, że wybuchnie wojna; Omar uznał wtedy, że lepiej przenieść się w spokojniejsze okolice, i wynajął trzy pokoje naszym dwóm rodzinom.
Całkiem w głębi stał szałas skrywający wspólną ubikację. Była to maleńka kwadratowa przestrzeń ograniczona gęstymi pędami bambusa z cuchnącą dziurą w środku, gdzie chodziliśmy za potrzebą.
Parę kroków przed latryną, po lewej stronie, była izba Alego. Po prawej, naprzeciwko, nasza: cztery metry na cztery i siedem materaców rozłożonych na ziemi.
Na środku spali bracia, a po bokach my, cztery dziewczynki: Ubah i Hamdi przy lewej ścianie, ja i Hodan – moja najukochańsza siostra – przy prawej. W centrum, niczym czuwający nad nami wieczny płomień, królował nieodzowny feynus, lampa naftowa, bez której Hodan nie mogłaby do późna w nocy czytać ani pisać swoich piosenek, a Shaafici – najmłodszy braciszek – nie mógłby robić przedstawień swojego teatrzyku cieni. Jego figury były pokraczne, a ruchy nieporadne, ale i tak konaliśmy ze śmiechu.
– Z cieni i bujnej wyobraźni tworzysz piękne przedstawienia – mówił mu Said.
Co wieczór przed snem cała nasza siódemka świetnie się bawiła w tym małym pomieszczeniu. Staraliśmy się tylko, żeby nie słyszeli nas za bardzo mama i tata oraz Yassin, ojciec Alego, który z nim i trzema jego braćmi spał naprzeciwko. Ali i ja. Urodzeni w odstępie trzech dni i oddaleni od siebie o zaledwie parę kroków.
Odkąd przyszliśmy na świat, codziennie dzieliliśmy z Alim jedzenie i łazienkę. No i rzecz jasna marzenia oraz nadzieje, bo one rodzą się zawsze przy jedzeniu i robieniu kupy. Tak mawia mój aabe, to znaczy ojciec.
Łączyło nas wszystko, nie dzieliło nic. Ali był dla mnie jak druga Hodan, a Hodan jak ładniejsza wersja Alego. Zawsze trzymaliśmy się razem, tylko my troje, a nasz świat był doskonały i nic nas nie mogło rozdzielić. I nie przeszkadzało nam wcale, że on jest Darodem, a ja Abgalką – że należymy do dwóch klanów pozostających w stanie wojny, która wybuchła krótko przed naszym narodzeniem. Przyszliśmy na świat w marcu 1991 roku, a walki zaczęły się w styczniu.
Ali i ja byliśmy najmłodsi z rodzeństwa, nasze matki pielęgnowały nas, a klany pielęgnowały wojnę – naszą starszą siostrę, jak ją zawsze nazywali mama i tato. To zła siostra, ale też ktoś, kto cię doskonale zna, kto bardzo dobrze wie, jak łatwo uczynić cię szczęśliwym lub smutnym.
Mieszkanie w jednym domu, tak jak ja mieszkałam z Alim, było zabronione. Mieliśmy się nienawidzić, tak jak się nienawidzili inni Abgalowie i Darodowie. A my nie. My zawsze robiliśmy wszystko tak, jak nam się podobało, włącznie z jedzeniem i chodzeniem za potrzebą.
Tego ranka, kiedy Ali i ja zostaliśmy bratem i siostrą, trenowaliśmy przed dorocznym wyścigiem lekkoatletycznym po dzielnicach Mogadiszu. Miał się odbyć za dwa tygodnie, a mnie się wydawało, że to cała wieczność. Był dla mnie najważniejszym wydarzeniem w całym roku. A ponieważ był piątek, dzień świąteczny, i obowiązywało zawieszenie broni, to mogliśmy spokojnie się wałęsać i biegać ulicami miasta pośród wszechobecnej bieli.
Bo w Mogadiszu wszystko jest białe.
Ściany budynków, podziurawione kulami lub chwiejące się od eksplozji granatów, są prawie zawsze białe albo szare, czasem jeszcze albo w kolorze ochry, albo żółtawe – w każdym razie zawsze jasne. Najuboższe domy, takie jak nasz, sklecone z błota i gałęzi, też szybko robią się białe jak uliczny pył, który osiada na fasadach i na wszystkim innym.
Gdy biegasz po Mogadiszu, unosi się za tobą chmura drobnego pyłu. Ali i ja zostawialiśmy za sobą dwie białe smugi – wznosiły się i powoli rozwiewały w powietrzu. Biegaliśmy zawsze tą samą trasą, ulice były naszym osobistym placem ćwiczeń.
Kiedy mijaliśmy bary, przed którymi siedzieli starcy grający w karty i pijący shaah, czyli tradycyjną tutejszą herbatę, wzniesiony przez nas pył trafiał im do szklanek. Zawsze. Robiliśmy to celowo. Wtedy oni udawali, że wstają, by nas złapać, a my przyspieszaliśmy, wznosiliśmy więcej pyłu i w jednej sekundzie obsypywaliśmy ich jeszcze bardziej. Robiła się z tego zabawa, śmialiśmy się, oni trochę też. Musieliśmy jednak uważać, gdzie stawiamy stopy, bo wieczorami palono śmieci i następnego ranka ulice pokrywały nadpalone resztki. Kanistry po benzynie, puszki po oleju, resztki opakowań, skórki od bananów, kawałki butelek, było tam wszystko. Podczas biegania w oddali widzieliśmy mnóstwo stosów, z których kopciło się niczym z małych wulkanów.
Zanim wpadliśmy w wąskie uliczki prowadzące do wielkiej ulicy biegnącej równolegle do wybrzeża, nasza trasa wiodła wzdłuż Jidka Janaraal Daud – szerokiej, dwupasmowej alei, obsadzonej po obu stronach rzędami akacji i jak wszystko inne pokrytej wszechobecnym pyłem.
Lubiliśmy patrzeć, jak przesuwają się obok nas Pomnik Nieznanego Żołnierza, budynek Parlamentu, Biblioteka Narodowa, Sąd Najwyższy. Przed nimi rozkładali swe kramy wędrowni sprzedawcy. Rozciągali na ziemi kolorowe płachty i wykładali swoje towary: od pomidorów i marchwi po wycieraczki samochodowe. Drzemali pod drzewami alei, póki nie pojawił się jakiś klient, a kiedy przebiegaliśmy, patrzyli na nas jak na Marsjan. Śmiali się z nas.
– Gdzie się tak spieszycie, smarkacze? Jest dzień świąteczny, uspokójcie się – wołali, kiedy przebiegaliśmy obok.
– Biegniemy do twojej żony, stary śpiochu – odpowiadał Ali.
Czasami rzucili w nas bananem, pomidorem albo jabłkiem.
Ali zatrzymywał się, podnosił owoc, a potem ściskał go w dłoniach i bryzgał miąższem.
Wyścig był wielkim wydarzeniem, dla mnie ważniejszym nawet od pierwszego lipca – dnia upamiętniającego wyzwolenie od włoskich kolonizatorów i naszego święta narodowego.
Od zawsze chciałam go wygrać, ale miałam tylko osiem lat, a uczestniczyli w nim wszyscy, również dorośli. Rok wcześniej dobiegłam jako osiemnasta i tym razem chciałam znaleźć się na mecie w pierwszej piątce.
Ojciec i matka widzieli mnie tak zdeterminowaną już od najmłodszych lat i starali się zrozumieć, co też siedzi mi w głowie.
– Samia, tym razem też wygrasz? – pytał ironicznie aabe Yusuf, mój tato. Siedział na podwórzu na wyplatanym słomą krześle, przyciągał mnie do siebie i mierzwił mi włosy swoimi ogromnymi dłońmi. Lubiłam robić mu to samo: przesuwać chudymi, krótkimi palcami po jego czarnej i gęstej czuprynie, albo uderzać go w pierś, którą okrywała biała płócienna koszula. Wtedy mnie chwytał – wielki, potężnie zbudowany – i podnosił jedną ręką, a potem sadzał sobie na kolana.
– Jeszcze nigdy nie wygrałam, aabe, ale niedługo będę pierwsza.
– Wiesz Samia, że przypominasz jelonka? Jesteś moim ukochanym jelonkiem. – Na sam dźwięk jego głębokiego, przepełnionego czułością głosu drżały mi nogi w kolanach.
– Aabe, jestem prędka jak jelonek, a nie jestem jelonkiem.
– No to posłuchajmy… Jak zamierzasz wygrać z tymi dużymi chłopakami?
– Biegnąc szybciej od nich, aabe! Może jeszcze nie teraz, ale pewnego dnia będę najszybsza w całym Mogadiszu.
Ojciec wybuchał śmiechem, a jeśli była gdzieś blisko moja matka, hooyo Dahabo, również ona śmiała się głośno.
Zaraz potem jednak, kiedy mój aabe wciąż trzymał mnie przy sobie, ogarniała go melancholia.
– Pewnego dnia na pewno, maleńka. Pewnego dnia…
– Ale, aabe, pewne rzeczy się wie. Jeszcze nie potrafiłam dobrze mówić, a już wiedziałam, że któregoś dnia zostanę mistrzynią. Miałam dwa lata i już to wiedziałam – starałam się go przekonać.
– I bardzo dobrze, maleńka. A ja za to chciałbym wiedzieć, kiedy skończy się ta przeklęta wojna.
Potem stawiał mnie na ziemię i posępnie patrzył przed siebie.2.
------------------------------------------------------------------------
Jeśli chodzi o wojnę, to Alego i mnie zupełnie ona nie obchodziła. Mogli sobie strzelać na ulicach, nas to nie dotyczyło. Wojna nie mogła nas pozbawić jedynej naprawdę ważnej rzeczy: tego, kim byliśmy dla siebie nawzajem.
Tej jednej rzeczy wojna nie może nawet tknąć, ale potrafi zabrać inne. Mnie na przykład zabrała morze. Pierwszą rzeczą, którą poczułam zaraz po narodzeniu, był zapach morza biegnący wprost z wybrzeża na podwórze naszego domu – sól (wciąż mam ją we włosach i na skórze) i wilgoć przesycająca każdą cząstkę powietrza.
A jednak dotknęłam morza tylko jeden raz. Wiem, że to woda, że jeśli rzucisz się w nią, zmoczysz się tak samo, jakbyś wszedł do stawu, ale już taka jestem, że dopóki nie doświadczę, nie uwierzę.
Parę razy dotknęłam piasku na plaży, chociaż nie powinnam była tego robić. Kilka razy, popołudniami, przemykaliśmy z Alim tylko jemu znanymi uliczkami i bardzo ostrożnie zbliżaliśmy się do morskiego bezkresu. Zostawaliśmy na skraju szerokiej ulicy biegnącej wzdłuż plaży z południa na północ, chowaliśmy się za ciężarówką albo za czołgiem i godzinami podziwialiśmy biegnące do przodu i cofające się fale i refleksy słońca na pomarszczonej wodzie. Umieraliśmy z pragnienia, by skoczyć między fale. Cały ten ogrom był tuż przed nami, a nie mogliśmy się w nim zanurzyć.
Dwa albo trzy razy Ali był jednak zaniepokojony. Poznałam to po tym, jak nerwowo pocierał ręce. Rozglądał się dookoła, chwytał mnie za rękę i kazał biec. Tylko tyle:
– Biegiem!
To było wtedy, kiedy przebiegaliśmy drogę i siadaliśmy na plaży. Wariaci. Mogli nas przecież zastrzelić, plaża była jednym z ulubionych miejsc dla bojówek: na otwartej przestrzeni kule z karabinów śmigają bez przeszkód.
Ale my udawaliśmy normalne dzieci – bezmyślne i beztroskie.
Wokół nie było żywej duszy, a piasek był gorący i drobny niczym złoty pył. Zaczęliśmy się tarzać, siłować i wpychać go sobie nawzajem gdzie tylko się dało – w gęste czarne włosy, za ubrania, wszędzie. Po tym, jak dwa albo trzy razy wywinęłam kozła, Ali śmiał się jak szalony, wydawało się, że zupełnie zbzikował. Takiego nigdy go jeszcze nie widziałam. Otwierał usta i odsłaniał śnieżnobiałe zęby.
– Wyglądasz jak klopsik obtoczony w mące kukurydzianej – mówił i śmiał się dalej, cały on, z tą swoją śmieszną twarzą, płaskim nosem, ogromnymi mięsistymi ustami i małymi oczami, tuż przy moich. – Kukurydziany klopsik – powtarzał.
Próbowałam uwolnić się z jego uścisku, ale nie dawałam rady, był znacznie silniejszy ode mnie, choć nie tyle umięśniony, ile raczej wysoki i żylasty. Wyrywałam się, a on przygważdżał mnie do ziemi i udawał, że chce mnie pocałować w usta, wyciągał naprzód tę swoją żółwiowatą łepetynę. Ja z obrzydzeniem kręciłam głową na prawo i lewo, ale kiedy był już blisko, zamiast mnie pocałować, robił „buch” i dmuchał mi piaskiem w oczy.
Nienawidziłam go.
Jeden raz, tylko jeden, przyciągani jakąś potężniejszą od nas siłą, podeszliśmy do wody. Powoli, kroczek za kroczkiem, niemal nieświadomie.
Przede mną rozciągała się gigantyczna, wspaniała przestrzeń, jak słoń, który śpi i głęboko oddycha. Długie fale wydawały zachwycający dźwięk, przywodziły na myśl jakiś głos, przypominały muszelki zamknięte w szklanym słoiku, które tato podarował mamie, kiedy się zaręczyli, i które trzymała w szufladzie drewnianej komody w ich sypialni. Chodziliśmy tam do nich, braliśmy słoik w ręce i powoli obracaliśmy go na boki, żeby usłyszeć głos morza.
Szszszszsz. Szszszszsz.
Podeszliśmy jeszcze bliżej i zamoczyliśmy stopy i ręce. Podniosłam palce do ust. Sól.
Następnej nocy przyśniły mi się fale. Śniłam, że gubię się w tym bezmiarze, że pozwalam się kołysać, unosić w górę i w dół zgodnie z nastrojami wody.
Wojna zabrała mi morze. Ale w zamian sprawiła, że obudziło się we mnie wielkie pragnienie, by puścić się naprzód. Pragnienie, by biec. Bieganie stało się moim morzem.
Jeśli mogliśmy z Alim ignorować otaczającą nas wojnę, to tylko dlatego, że ja byłam córką Yusufa Omara, a on synem Yassina Ahmeda. Oni też byli przyjaciółmi od urodzenia i wychowywali się razem we wsi Jazeera, położonej na południe od miasta. Chodzili do tej samej szkoły, a ich ojcowie, jeszcze w czasach włoskiej kolonizacji, razem pracowali, przez co nauczyli swoich synów kilku włoskich powiedzeń, takich jak: Non fare oggi quello che puoi fare domani, czyli „Co się odwlecze, to nie uciecze”, Tutto il mondo è paese, czyli „Świat jest mały”, a także Aiutati che Dio t’aiuta – „Pomóż sam sobie, a i Bóg ci pomoże”.
Zapamiętali też ulubiony tekst swojego włoskiego brygadzisty z czasów, gdy pracowali przy rozładunku kontenerów: Cascassero sulla tua testa mille chili di merda molle molle, co znaczy: „A żeby ci spadło na głowę tysiąc kilo najrzadszego gówna”. Otóż pewnego dnia kontener wypełniony obornikiem nagle się otworzył, a jego zawartość spłynęła na szefa jak deszcz i niemal całkiem go zakryła. Od tamtej pory mężczyzna zaczął mieć powodzenie w interesach, ale wspomnianego powiedzonka używał jako złorzeczenia.
Inne włoskie zdanie brzmiało: Siamo tutti figli della stessa patria, czyli „Wszyscy jesteśmy dziećmi tej samej ojczyzny”. To było ich ulubione. Przyjaciele na śmierć i życie, których nic nie może rozdzielić.
Tak jak nas.
– Czy jest coś, co może nas rozdzielić? – zadawaliśmy sobie z Alim to pytanie w niemiłosiernie skwarne popołudnia, kiedy on pomagał mi wdrapywać się na gałęzie eukaliptusa, a potem siadaliśmy otoczeni rześką zielenią drzewa i całymi godzinami rozmawialiśmy o przyszłości. Wspaniale było tak siedzieć na eukaliptusie: zostawialiśmy realny świat i tworzyliśmy sobie nasz własny, w którym istnieliśmy tylko my dwoje i nasze marzenia.
– Nie – odpowiadaliśmy sobie. I robiliśmy gest braterstwa na śmierć i życie, czyli całowaliśmy sobie palce wskazujące skrzyżowane na wysokości twarzy, dwukrotnie, najpierw prawy, potem lewy. Założylibyśmy się o cokolwiek, nawet o własne życie, że tak właśnie będzie.
Eukaliptus był też ulubionym miejscem, w którym Ali sam ukrywał się przed innymi. Na przykład wtedy, kiedy po południu nie chciał się uczyć czytać.
Choć Hodan była ode mnie pięć lat starsza, codziennie rano szłyśmy razem do szkoły gromadzącej klasy podstawowe, gimnazjalne i licealne. Ali nie chodził do szkoły, jego ojciec nie miał nigdy dość pieniędzy, by opłacić mu naukę. Uczęszczał tylko do pierwszej klasy podstawówki w szkole publicznej. Po tym, gdy jej budynek zniszczył wybuch granatu, Ali nie wrócił już do nauki. Od tamtego feralnego dnia lekcje odbywały się pod gołym niebem i niełatwo było znaleźć nauczycieli gotowych narazić się na to, że znowu spadnie im na głowę jakaś bomba.
Jedynym sposobem na kontynuację nauki było zapisanie się do szkoły prywatnej. Nasz ojciec przez kilka lat mógł sobie na to pozwolić, choć za cenę wielkich wyrzeczeń, Yassin natomiast od samego początku wojny miał ogromne trudności ze sprzedawaniem swoich owoców i warzyw.
Większość ludzi nie chciała kupować od brudnego Daroda, jak mówiono w Mogadiszu.
Ali zawsze cierpiał z tego powodu, że my umiemy czytać i pisać, a on nie. Czuł, jakby był gorszy, dokładnie taki, jaki w oczach większości mieszkańców naszej dzielnicy był jego klan. Nieumiejętność czytania i pisania była jeszcze jedną z wielu rzeczy, które mu o tym przypominały.
Czasem siadałyśmy z nim przy stoliku, przy którym aabe i Yassin grywali w karty, i próbowałyśmy nauczyć go liter alfabetu, ale szybko dawałyśmy za wygraną.
– Ali, spróbuj się skoncentrować – mówiła Hodan, która zawsze miała skłonność do matkowania i nauczycielskich zachowań.
Starał się, ale to było za trudne. Nauka czytania to długi proces, nie dało się tego załatwić na podwórzu w jedno popołudnie, kiedy gorące słońce zachęca do szukania rozrywek. I jeśli dla kogoś była to rozrywka, to tylko dla Hodan, która bawiła się w nauczycielkę, a mnie i Alemu wyznaczała role uczniów. Ja byłam zawsze dobrą uczennicą, a on tym, który do niczego się nie nadawał.
– Nie umiem – mówił Ali. – To za trudne. A poza tym nie chcę się uczyć. Czytanie nie jest wcale potrzebne!
Musiałam odgrywać rolę koleżanki gotowej do pomocy, inaczej Hodan się złościła.
– Nie zniechęcaj się, Ali, to nie jest takie trudne, nawet ja się nauczyłam. Zobacz: to są samogłoski: a, e, i, o… – starałam się go zachęcić.
Uciekał. Nic nie można było poradzić. Wytrzymywał pierwsze dziesięć minut, kiedy Hodan czytała fragment z książki. Kiedy przychodziła jego kolej, wymyślał co się dało, żeby tylko wymigać się od czytania. A kiedy ona naciskała, złościł się, właził na eukaliptus i już tam zostawał.
Jego eukaliptus. Ulubione miejsce.
Pewnego popołudnia pokłócił się ze swym bratem Nassirem, a potem wspiął się na sam szczyt i siedział tam prawie dwa dni. Nikt nie był w stanie ściągnąć go na dół, nikt inny nie umiał wspiąć się tak wysoko. Nassir na przeróżne sposoby próbował przekonać go do zejścia, ale wszystko na nic. Ali zszedł dopiero drugiej nocy. Zwyciężył go głód.
Po tych wydarzeniach czasem wołaliśmy na niego „małpa”. Tylko małpa byłaby zdolna wejść tak jak on na sam czubek drzewa. A on wolał znosić to przezwisko, niż uczyć się czytać.
Ali strasznie zadzierał nosa, ale chociaż był chłopakiem, biegał wolniej ode mnie. Był silniejszy i kiedy walczyliśmy, zawsze zwyciężał, ale biegał wolniej.
Kiedy chciał mnie rozzłościć, powtarzał, że jestem wiil, chłopczycą, i tylko dlatego szybko biegam. Twierdził, że jestem chłopakiem, który urodził się w ciele dziewczyny, i mówił, że mam smarki pod nosem jak chłopak i że kiedy będę duża, urosną mi wąsy i będę wyglądać tak samo jak jego tata. Nie musiał wymyślać tych rzeczy. Sama dobrze wiedziałam, że jestem chłopczycą i że kiedy ludzie widzą, jak biegnę bez zasłon – bez chimaru czy hidżabu, jedynie w za dużej koszulce i w spodenkach, chuda jak gałązka oliwna – to z pewnością uważają, że nie należę do doskonałych córek Koranu.
Ale wieczorem, po kolacji, kiedy dorośli zabawiali się organizowaniem dla nas zawodów o kulkę sezamowego ciastka albo o naleśnik canjeero z czekoladą, wtedy mogłam im pokazać, co potrafię. Podwórze było centrum życia wszystkich rodzin: przez wojnę lepiej było siedzieć w domu i wychodzić jak najrzadziej.
Kiedy już hooyo Dahabo z pomocą moich sióstr ugotowała na burjiko – wielkim jak krowa koksowym piecyku – kolację dla wszystkich i kiedy zjedliśmy to, co było, najczęściej chleb i warzywa albo ryż i ziemniaki, od czasu do czasu trochę mięsa, aabe Yusuf i aabe Yassin przygotowywali dla nas bieżnię.
Starsze rodzeństwo kibicowało, a ja i Ali klękaliśmy w pozycji startowej, z dłońmi opartymi na ziemi, jak prawdziwi zawodnicy. Mieliśmy też bloki startowe, które mój aabe wykonał z dwóch drewnianych skrzynek po arbuzach.
Zaznaczenie linii oddzielających tory bieżni było obowiązkiem Saida i Nassira, naszych najstarszych braci. Szurali nogami przez całe podwórze od domu do glinianego muru, jakieś trzydzieści metrów, i zaznaczali łuk bieżni oraz trasę powrotną do punktu wyjścia.
Zawsze zwyciężałam.
Ali mnie wtedy nienawidził, ale już po wszystkim, kiedy dostałam w nagrodę ciastko sezamowe – uwielbiam je bardziej od czegokolwiek na świecie, po prostu nic mi nie smakuje tak bardzo, jak ciastko sezamowe – prawie zawsze się z nim dzieliłam. Najpierw jednak kazałam mu obiecać, że już nigdy nie nazwie mnie wiil. Jeśli się zgadzał, dostawał połowę.
W te letnie wieczory, gdy nareszcie robiło się nieco chłodniej, zaraz po bieganiu grałam z Hodan w shentral. To były piękne, spokojne dni, kiedy wszyscy zapominaliśmy o wojnie. Żeby grać w shentral, trzeba było najpierw narysować na ziemi kształt podobny do dzwonu, podzielić go na pola i wpisać w nie liczby od jeden do dziewięciu. A potem rzucało się kamykiem i trzeba było dotrzeć skokami na szczyt wyrysowanego dzwonu. Bracia zaś siedzieli na ziemi i ćwiczyli swoją zręczność, grając kamykami w gariir.
Czasami w te długie wietrzne wieczory dołączał do nas Ahmed, przyjaciel Nassira, starszego brata Alego. Miał siedemnaście lat, tyle samo co Nassir i Said. Alemu i mnie wydawał się bardzo dorosły, a Hodan – przystojny i niedostępny. Miał oliwkową cerę i bardzo rzadkie w Somalii jasne, zielone oczy, które błyszczały w świetle księżyca i sprawiały, że jego spojrzenie robiło się bardzo dzikie.
Kiedyś zapytaliśmy go, dlaczego ma oczy inne niż wszyscy. On, wykonując dłońmi seksualny gest – kółko i poruszający się w nim palec wskazujący – powiedział, że jego dziadkiem musiał być jeden z tych Włochów, którzy się zabawiali z czarnymi dziewczynami. Nassir i Ali wybuchnęli śmiechem. Mój brat Said nie przyłączył się do nich, tylko surowo popatrzył na Ahmeda i pokręcił głową.
Said niezbyt dobrze dogadywał się z Ahmedem, w przeciwieństwie do Nassira, który go uwielbiał. Może widział w nim zagrożenie dla swej przyjaźni ze starszym bratem Alego, a może po prostu go nie lubił – nie wiem, ale zawsze traktował chłopaka z nieufnością i mówił, że na dnie tych jasnych oczu jest coś, co go nie przekonuje. Ali także nie zbliżał się zbytnio do Ahmeda. Często się mu przyglądał, badał go wzrokiem, ale zachowywał dystans. Kiedy Hodan i ja grałyśmy w shentral, Ali zwykle trzymał się swojego ojca i mojego aabe, którzy co wieczór grali w karty, i z tej odległości ostrożnie przypatrywał się Ahmedowi.
Niekiedy gra w gariir albo w piłkę kończyła się przepychanką między Ahmedem a Saidem, czasem dla żartu, a czasem na poważnie. Wtedy aabe i Yassin musieli ich rozdzielać. Pewnego razu Said wyprowadził tak mocny cios, że Ahmedowi krew pociekła z nosa i pobrudziła białą koszulę. Wyglądało to naprawdę poważnie.
Po jakimś czasie aabe zmusił ich, by podali sobie ręce. Następnego wieczoru zachowywali się tak, jak gdyby nic się nie stało.
Najpiękniejszą chwilą naszych letnich wieczorów były jednak piosenki Hodan.
Kiedy już hooyo z siostrami wyszorowały garnki, siadaliśmy wszyscy razem w kręgu i godzinami słuchaliśmy jej aksamitnego głosu, którym wyśpiewywała swoje pieśni do znanych melodii.
Mój aabe i Yassin palili papierosy i patrzyli w niebo, a ja się zastanawiałam, o co taki wielki i przystojny mężczyzna jak mój aabe może pytać gwiazd. Hooyo i moje siostry czasami wzruszały się słowami Hodan i chusteczkami ocierały sobie oczy i nos. Starsi bracia i Ahmed siedzieli z kolanami pod brodą i wzrokiem utkwionym w ziemi.
Od czasu do czasu Ahmed podnosił wzrok i wtedy jego zimne oczy błyszczały, jakby chciał rzucić wyzwanie księżycowi. Kiedy tak patrzył, ja odwracałam głowę i kierowałam uwagę na twarz Hodan, która siedziała pośrodku i z przymkniętymi oczami śpiewała pieśni o pokoju i wolności.3.
------------------------------------------------------------------------
W przeddzień dorocznego wyścigu, zanim nasi ojcowie wrócili z pracy, zrobiłam z Alim coś, co było zakazane: wyszliśmy z domu, żeby pobiegać.
Była szósta wieczorem, słońce chyliło się nad horyzontem i na nasze podwórze zawędrował zapach morza. Wcisnął się na nie, gnany świeżym wiatrem, przyprawiony aromatem potraw przyrządzanych na koksowych kuchniach w sąsiedztwie, i skusił nas. Do zawodów zostało już niewiele czasu i uznaliśmy, że dobrze będzie porozciągać mięśnie i wydłużyć krok, jak to robią prawdziwi sportowcy.
Zgodnie z tradycją muzułmańską dzień kończy się o zmierzchu. Dlatego piątkowe zawieszenie broni formalnie rozpoczynało się w czwartek wraz z zachodem słońca, ale wrogie bojówki często rozciągały je na ostatnie popołudniowe godziny. Również tego dnia strzały ucichły wcześniej. Poza tym była pełnia i jasna księżycowa poświata zwiększała poczucie bezpieczeństwa.
Nie zamierzaliśmy zresztą zanadto się oddalać.
Plan był taki, żeby pobiegać tylko po naszym osiedlu, dotrzeć do jego granicy, wyznaczanej przez Jidka Janaraal Daud, okrążyć Pomnik Nieznanego Żołnierza i wrócić do domu.
Dwadzieścia, najwyżej dwadzieścia pięć minut.
Ali powiedział mi, żebym nałożyła coś na głowę, ale nie chciałam go słuchać. Nawet hooyo, cała w jasnych zasłonach, które zwykła nosić po domu, pochylona właśnie nad dymiącą patelnią, nie zauważyła, że się gdzieś wybieramy. Ani Hodan, zamknięta w izbie ze starszymi siostrami.
Najciszej jak się dało przemknęliśmy pod czerwoną zasłoną, która zakrywała otwór w murze okalającym nasz dom i podwórko, pewni, że nikt niczego nie zauważył.
Nie baliśmy się wojny, była przecież naszą starszą siostrą.
Często, kiedy w pobliżu odzywał się huk pocisków moździerza albo terkot broni maszynowej, Ali i jego koledzy Amir i Nurud podchodzili bliżej do bojówkarzy, by zobaczyć, jak strzelają. Skradali się powoli i ostrożnie, chowali za jakimś samochodem albo za rogiem domu i patrzyli. Podniecał ich głos karabinów, terkot wystrzeliwanych pocisków. Wracali na podwórko i zaczynali opowiadać, a ja słuchałam ich cała oszołomiona: mówili bardzo szybko, jeden przez drugiego, każdy z nich chciał przekazać mi jakiś szczegół, który, jak sądził, tylko on zauważył. W ich oczach dziko błyskał ogień, niczym w wylotach luf karabinowych.
Tego wieczoru biegaliśmy przez jakieś dwadzieścia minut. Powietrze było świeże i nie pociliśmy się tak, jak za dnia. To była moja ulubiona pora: wszystko zwalniało, dzień chylił się ku końcowi, na niebie jaśniało łagodne, już nie tak oślepiające światło, a promienie opadającego za horyzont słońca miękko i łagodnie pobłyskiwały w każdym ziarenku piasku.
Byliśmy już w drodze powrotnej, niedaleko domu, kiedy nas zatrzymali. Niespodziewanie, w głębi opustoszałej uliczki, pojawił się jeep fundamentalistycznej bojówki.
Nie byli ani z Hawiye, z Abgal, ani z Darod. Należeli do Asz-Szabab.
Przynależność do klanu w tym wypadku nie grała żadnej roli. Było to ugrupowanie militarne wspierane przez Al-Kaidę, które dążyło do zdobycia władzy i wykorzystywało w tym celu również podziały etniczne.
Ludzi z Asz-Szabab można było poznać z daleka po długich brodach i ciemnych kaftanach, odróżniających ich od członków bojówek klanowych, którzy nosili mundury w maskujących barwach zdobyte nie wiedzieć gdzie – na jakimś targu albo kupione z drugiej ręki, od etiopskich żołnierzy. A bojówkarze Asz-Szabab nosili prawdziwe mundury, zupełnie nowe, w których wyglądali jak wojenna elita.
Na pace siedziało ośmiu mężczyzn, lufy karabinów wystawały im zza placów niczym metalowe rurki.
Samochód jechał bardzo powoli. W pewnej chwili jeden z brodaczy odwrócił się w naszą stronę i zobaczył, jak biegniemy.
Dwa nieszkodliwe, przepocone i zmęczone punkciki.
Półnaga abgalska dziewczynka i chłopiec, którego darodzkie pochodzenie z daleka zdradzały płaski nos i smoliście czarna skóra.
Brodacz zastukał w dach szoferki i jeep się zatrzymał. Wszystko wydarzyło się w ciągu kilku sekund. Dwaj bojówkarze zeskoczyli z paki i ruszyli w naszym kierunku.
Byli niewysocy i nie nosili zarostu.
Dopiero kiedy podeszli bliżej, zrozumieliśmy dlaczego: to byli chłopcy, dwunasto- lub trzynastoletni. Z karabinami większymi od nich, przewieszonymi na ukos przez plecy. W tamtych miesiącach krążyła wieść, że ludzie z Asz-Szabab zaczęli rekrutować dzieci, by przyuczać ich do świętej wojny. W zamian gwarantowali rodzicom, że ich pociechy otrzymają edukację, nauczą się arabskiego i praw Koranu, będą jeść trzy razy dziennie i spać w godnym miejscu, na prawdziwych łóżkach, z wszystkimi wygodami, na które prawie nikt już nie mógł sobie pozwolić. Ci dwaj musieli być nowymi rekrutami.
Im bardziej się zbliżali, przyglądając mi się z niesmakiem, tym silniej uświadamiałam sobie, jak jestem ubrana: tylko spodenki i koszulka. Przeklęte zasłony. Na dodatek Ali należał do Darodów – klanu, którego fundamentaliści nienawidzili najbardziej, bo uważali go za stojący najniżej, za klan „czarnuchów”, jak mówili. My, Abgalowie, mieliśmy jaśniejszą, bursztynową skórę i rysy twarzy podobne do arabskich. A fundamentaliści z Asz-Szabab wmawiali sobie, że pochodzą właśnie od Arabów.
Rekruci zatrzymali się jakieś dwadzieścia kroków przed nami.
– Co tu robią o tej porze takie dwa egzemplarze? – powiedział niższy i grubszy, ubrany w czarną, odprasowaną koszulę i ciemne spodnie z kantem. To niemal doskonałe ubranie kojarzyło nam się jedynie z Europą albo Ameryką Północną. Przyzwyczailiśmy się ubierać w to, co było dostępne, czyli w używane rzeczy. Tylko niektórzy dorośli pokazywali się w piątek na placu przed parlamentem albo na wybrzeżu w tych samych spodniach i marynarce, które nosili w latach pokoju.
– Trenujemy przed jutrzejszym wyścigiem – odpowiedział Ali, patrząc na niego odważnie i dumnie. To były rutynowe pytania. Choć nam to się jeszcze nie zdarzyło, krążyły opowieści o podobnych epizodach. W tym przesłuchaniu nie było jeszcze nic, czego można się było obawiać.
Obaj wybuchnęli śmiechem. Ten grubszy drapał się po tyłku. Podeszli bliżej i jedyna lampa w okolicy oświetliła ich twarze. Mieli wodniste, przekrwione oczy.
– A więc jesteście lekkoatletami… – z wyraźną kpiną w głosie odezwał się po chwili ten grubszy i znów wybuchnął śmiechem.
– Tak – odpowiedział Ali – trenujemy przed dorocznym bie…
W tym momencie ten drugi, szczupły, z długą blizną na czole i jakimś obłędem w oczach, krzyknął:
– Milcz, Darodzie! Ty nie powinieneś nawet ust otwierać. Wiesz, że możemy cię zabrać i nikt nie będzie miał nic do gadania? Może nawet twój ojciec się ucieszy, jak z nami pójdziesz, przynajmniej będziesz przyzwoicie ubrany.
Znów wybuchnęli dziecinnym śmiechem, a grubas ciągle drapał się po tyłku.
Ali spuścił wzrok i popatrzył na swój dziurawy i poplamiony jedzeniem podkoszulek, który wcześniej należał do jego brata Nassira, na szerokie spodenki, ściągnięte w pasie kawałkiem sznurka. Na stare dziurawe mokasyny, które jego ojciec zdobył nie wiadomo gdzie i ile lat temu.
Kątem oka zauważyłam ruch.
Ali drżał jak membrana bębna. Szlochał w milczeniu z wściekłości i wstydu. Odwróciłam się i zobaczyłam, jak łza, jedna jedyna, spływa mu powoli po policzku.
Chudy bojówkarz, niczym drapieżnik, który poczuł zranione zwierzę, zbliżył się jeszcze bardziej, na pięć, sześć kroków. Pachniał męskimi perfumami, jakąś wodą kolońską, której użył zbyt wiele i zapach był duszący.
– Jesteś tylko małym, brudnym Darodem – powiedział do Alego. – Pamiętaj. Jesteś tylko brudnym Darodem.
Ali nie odpowiedział. Zaczęłam się bać.
Potem ten chudy podszedł do mnie i chwycił za ramię.
– To może zabierzemy twoją koleżankę. Oduczy się wreszcie ubierać jak wiil. Ty myślisz, że kim jesteś, co? Chłopakiem?
Próbowałam się uwolnić, ale trzymał mnie mocno jak w imadle. Chciał mnie pociągnąć, ale przygwoździłam się nogami do ziemi.
W tej samej chwili Ali rzucił się na niego jak kot i ugryzł go w rękę. Chudy puścił moje ramię, a Ali popchnął mnie, krzycząc, żebym uciekała do domu.
Spojrzałam na niego, niepewna co robić. Nie chciałam zostawiać go samego, ale wiedziałam, że potrzebujemy pomocy.
Zamiast zrewanżować się Alemu, chudy machał w powietrzu ręką, jakby chciał osuszyć ślady po ugryzieniu, i złośliwie się uśmiechał. Potem powiedział:
– No no, niezły jest ten Darod.
Gruby przestał się drapać, przytaknął drugiemu i tą samą ręką zaczął zakręcać sobie lok we włosach.
– Masz jaja, Darodzie – stwierdził. – Kim jest twój ojciec?
– Nie twoja sprawa, kto jest moim ojcem, grubasie – odpowiedział Ali.
– Skoro nie możemy rozmawiać z tym, kto powinien nauczyć cię dobrych manier, musimy zabrać cię do jeepa…
Chwycili go pod ręce. Próbował się wyrwać, ale we dwóch byli znacznie silniejsi od niego.
– Może któryś z dorosłych będzie miał ochotę nauczyć cię dobrych manier, Darodzie. I odrobiny rozsądku. To niemądre, gryźć kogoś, kto nosi karabin…
Kiedy Ali starał się oswobodzić, a ja stałam jak słup soli, ktoś trzeci zszedł z paki jeepa.
W półmroku zobaczyłam, że jest dużo wyższy od nich, musiał być starszy, choć i on nie nosił brody. Może był jeszcze młody. Może rozsądny.
Zbliżył się i powiedział tym dwóm, żeby puścili Alego.
– Zostawcie go. I właźcie na jeepa. Ja się nim zajmę.
Razem z Alim odwróciliśmy się w stronę ukrytej w półmroku sylwetki. Rozpoznaliśmy ten głos.
Stał może pięć metrów od nas. Uliczna lampa nie dawała wiele światła, ale poznaliśmy te lodowate, świecące oczy, choć i one były podobnie wodniste, jak oczy dwóch młodszych.
Ahmed.
Przyjaciel Nassira. Chłopak, w którym Hodan po kryjomu się podkochiwała.
Chłopcy wymamrotali coś pod nosem i niechętnie puścili Alego.
Kiedy wdrapali się z powrotem na pakę, Ahmed stanowczo i tak cicho, by nie usłyszeli go towarzysze, powiedział:
– Słuchajcie oboje. To niebezpieczne wychodzić samemu.
Potem odwrócił się na pięcie i dał znak kierowcy, żeby zapuścił silnik.
Zanim jednym skokiem znalazł się znowu na pace, jeszcze złowrogo popatrzył na Alego. Nieskończenie długa sekunda.
Zielone oczy błyszczały w świetle księżyca. To spojrzenie zmroziło mi krew w żyłach. Mieszanina żądzy i obietnicy. Nie było w tym wyzwania, raczej jakiś podstępny sygnał.
Potem – tak samo wolno, jak się pojawił – samochód z bojówkarzami odjechał.
Drżałam jak liść na wietrze. Za to Ali otrząsnął się natychmiast.
– Cholerni fundamentaliści. Jeszcze tylko ich brakowało w tym mieście, jakbyśmy nie dość mieli tych wszystkich bojówek! – wybuchnął.
Tego typu kontrole oczywiście się zdarzały, ale lepiej było słuchać, jak inni o nich mówią. Podeszłam do Alego, żeby go objąć i uspokoić, ale mnie odepchnął.
– Nic mi nie jest, daj mi spokój, te gnoje nic mi nie zrobili – burknął, nawet na mnie nie patrząc, ze wzrokiem wciąż utkwionym w ziemię.
– Ci dwaj mieli coś dziwnego w oczach… – zaczęłam.
– No pewnie, że mieli, byli naćpani. Dali im khat – odparł Ali.
Na chwilę zapadła cisza.
– Co to jest khat?
– To ten syf, który Asz-Szabab daje swoim bojówkarzom.
– Ćpają, a potem wychodzą na miasto, żeby strzelać?
– Nie. Po to im dają to świństwo, żeby później wyszli i strzelali. Najmłodszym za darmo, żeby się uzależnili.
– Wydawali się nieobecni, jakby ich diabeł opętał – powiedziałam do siebie z nadzieją, że to uczucie szybko przeminie.
Ali, wciąż chyba jeszcze pogrążony w swoich myślach, kontynuował:
– Ten gruby cały czas drapał się po dupie.
– Musiał mieć kleszcze w gaciach, pod tymi nowymi ciuchami – stwierdziłam z uśmiechem.
– Z pewnością! Miał w tym obesranym tyłku pełno kleszczy – odparł, śmiejąc się i patrząc w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stał jeep, jakby chciał się upewnić, że na pewno odjechali.
Chwyciłam go za rękę, tym razem nie zaprotestował.
Wolnym krokiem wróciliśmy do domu, opowiadając sobie głupoty. Przeszliśmy całą drogę, ani słowem nie wspominając o Ahmedzie.
Na podwórzu hooyo wciąż jeszcze przygotowywała kolację. Siedziała na taborecie przy burjiko, nachylona nad dymiącą patelnią. Włosy zakrywał jej biały szal, który nosiła tylko wtedy, gdy gotowała.
Skóra jej twarzy, widziana od wejścia, perląca się od pary z patelni i oświetlona blaskiem księżyca, wydawała się idealnie gładka. Napięta i błyszcząca jak skórka arbuza w południe.
Tego wieczoru, dla odmiany, mieliśmy ryż z warzywami.