-
nowość
-
promocja
Nie wierz matce (gdy obiecuje, że pójdziemy po płaskim) - ebook
Nie wierz matce (gdy obiecuje, że pójdziemy po płaskim) - ebook
Nie wierz matce, gdy obiecuje, że będzie po płaskim.
Szczególnie własne.
Zwłaszcza jeśli tą matką jest osoba, która uważa, że urlop zaczyna się przed świtem, odpoczynek najlepiej mierzyć krokami, a prawdziwie udany dzień to ten, kiedy człowiek zastanawia się, czy jeszcze kiedykolwiek da radę podnieść nogę. Gdyż wakacje z matką mogą być jednocześnie szantażem emocjonalnym, treningiem cardio i jedną z najpiękniejszych świeckich tradycji.
Katarzyna Czajka-Kominiarczuk od lat jeździ z mamą w Tatry. Nie po to, żeby zdobywać szczyty, bić rekordy i opowiadać o heroicznych wyprawach. Raczej po to, żeby iść. Czasem pod górę, czasem w dół, czasem „zupełnie po płaskim”, czyli tak, jak „po płaskim” rozumie matka. Po drodze są szarlotki, krokomierze, zakopiańskie busiki, hotele z poprzedniej epoki i dramatyczne prognozy pogody. No i ta szczególna forma rodzinnej bliskości, w której jedna osoba mówi „jeszcze tylko kawałek”, a druga wie, że to kłamstwo, ale i tak idzie dalej.
To książka o górach, która wcale nie jest książką o górach. To zapis dorosłej relacji córki i matki: ciepłej, zabawnej, opartej na przekomarzaniu się, wspólnych rytuałach i przekonaniu, że czasem najważniejsze rozmowy odbywa się w męczącym marszu.
Dla wszystkich, którzy wiedzą, że rodzinę poznaje się nie przy świątecznym stole, ale na siedemnastym kilometrze krótkiego spaceru.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna polska |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68344-77-6 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
To nie jest książka o chodzeniu po górach. To znaczy są w niej góry i nawet zapisy wycieczek, ale jeśli macie nadzieję, że dostaniecie przewodnik tatrzański, to muszę was zawieść. Trasy się powtarzają, nie są zbyt trudne i w większości to drogi znane i polecane w każdym przewodniku. Nie ma tu tras rzadko uczęszczanych, miejsc jeszcze nieodkrytych i nowych przejść. Nikt nie zawisa nad przepaścią, nikt nie wspina się po łańcuchach i nikt, ale to naprawdę nikt, nie wbiega tu na Rysy. Gdyby postawić tę książkę obok modnych książek górskich, to wyglądałaby jak poradnik, jak pojechać do Ciechocinka, obok opowieści o wyprawie do Tajlandii. Jeśli jest tu jakieś przekraczanie siebie, to dochodzi do niego rano, kiedy trzeba się zwlec z łóżka i ruszyć w drogę w nadziei, że będzie po płaskim.
Skoro nie jest to książka o chodzeniu po górach, to co właściwie macie w dłoniach? Tu potrzebny jest kontekst, bez którego można się w tej narracji pogubić. Kiedy byłam dzieckiem, jeździliśmy wraz z moimi braćmi i rodzicami na wakacje w Tatry. Jako ludzie nieposiadający samochodu, zwykle zatrzymywaliśmy się w Zakopanem, skąd po prostu najłatwiej dostać się do górskich szlaków. Schemat tych rodzinnych wyjazdów zawsze wyglądał tak samo. Wstawaliśmy rano, ocenialiśmy pogodę i szliśmy w góry. Jeśli padało – szliśmy do doliny, jeśli była ładna pogoda – trasa była dłuższa. Mam z tych rodzinnych wyjazdów wspaniałe wspomnienia, do których chętnie wracam. A to przypominam sobie, jak znudzeni powolnym schodzeniem zbiegaliśmy z bratem z Kasprowego do Murowańca, a to wspominam nasze jedyne wakacje w Tatrach Słowackich, gdzie po tym, jak dostaliśmy się na Łomnicę, odkryliśmy, że wspaniały widok zasłania mgła. Były to typowe rodzinne wyjazdy przełomu wieków, gdzie w bardzo deszczowe dni graliśmy w kości, czytaliśmy książki przywiezione z domu w ilościach hurtowych, a kiedy słońce świeciło, to musieliśmy iść w górę. Były to wyjazdy pełne czekania na autobus (jednego lata mój ojciec czytał na wakacjach _Samotnię_ Dickensa, którą streszczał nam na przystankach), jedzenia czekolady w ramach motywacji do wspinaczki i zapewniania rodziny, że moje glany są idealne do wypraw górskich (nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, że nie były).
Moje wakacje z rodzicami skończyły się po pierwszym roku studiów. Miałam pojechać z całą rodziną do Słowackiego Raju, ale oblałam egzamin z historii starożytnej (nie polemizuję, nic nie umiałam) i zostałam w domu, by przez dwa tygodnie nadrobić rok obijania się na zajęciach. Tym samym zamknęła się epoka moich rodzinnych wyjazdów, za którą wtedy zupełnie nie tęskniłam. Jako studentka wyczuwałam, że wyjazdy z rodzicami (jedyne, na jakie wtedy było mnie stać) są nieco _passé_. Poza tym czułam się lekko znudzona jeżdżeniem w góry, które wtedy kojarzyły mi się głównie z odciskami, nadmiernym wysiłkiem i koniecznością zrezygnowania z takich przyjemności, jak siedzenie przed komputerem czy oglądanie telewizji (warto tu dodać, że nasze rodzinne wyjazdy zawsze odbywały się do kwater, w których telewizora nie było, jak mniemam – trochę z powodów finansowych, a trochę dlatego, aby moja matka mogła czytać książkę w spokoju). Innymi słowy – pozostawienie mnie wtedy w domu na dwa tygodnie przyjęłam z entuzjazmem. Wyglądało na to, że jeśli będę w przyszłości jeździć w góry, to najwyżej z grupą znajomych, a na pewno nie z rodzicami.
Przewińmy teraz nieco do przodu, gdy od ukończenia studiów minęło dobre kilka lat. Jak się okazało, nie zebrałam grupy znajomych do jeżdżenia w góry. W ogóle nie poznałam nikogo, kto by chciał uprawiać ze mną specyficznie pojmowaną turystykę górską, której sednem jest to, by szukać szlaków, które nie są za bardzo pod górę. I nie chodzi tylko o moje lenistwo. Musicie wiedzieć, że jestem być może jedyną osobą, która właściwie to spadła ze szlaku pod Czarny Staw Gąsienicowy i o mało się nie zabiła (złapał mnie jakiś bardzo przejęty turysta, który chyba nie mógł uwierzyć w to, co widzi). Do tego od lat nastoletnich mam w górach problem z niskim ciśnieniem i zdarza mi się po przekroczeniu pewnej magicznej wysokości malowniczo osuwać na skały i przybierać szary kolor. Naprawdę nie nadaję się do wypraw górskich, co najwyżej do przyjemnej i mało wymagającej górskiej turystyki. Innymi słowy – potrzebowałam towarzystwa kogoś, kto zrozumie moje ograniczenia.
Tym towarzystwem okazała się moja własna matka. Osoba, która jest w stanie nie pracować wyłącznie wtedy, kiedy akurat idzie pod górę. W jej przypadku wyjazdy do Zakopanego są konieczne, bo to jedyny sposób, by odciągnąć ją od pracowania i czytania (znaczy oczywiście zabiera ze sobą czytnik pełen książek, ale nie idzie, czytając!). I tak rozpoczął się kolejny rozdział moich górskich wypraw z matką. Tym razem jeździłyśmy już tylko we dwie, zwykle na zaledwie kilka dni, na które udawało nam się urwać z pracy. Muszę też przyznać, że tę dekadę temu było to też dla mnie finansowo bardzo korzystne, bo na samodzielny wyjazd w Tatry po prostu nie było mnie stać. Warto tu zaznaczyć, że zawsze nasze wyjazdy miały bardziej budżetowy profil, co da się zauważyć, gdy opisuję wspaniałe przybytki, w których się zatrzymywałyśmy. Choć nigdy nie oszczędzałyśmy na dobrym jedzeniu i kawie, to jeśli chodzi o standard hoteli, w których się zatrzymywałyśmy, można powiedzieć, że… daleki był od górskiego glamour popularnego w ostatnich latach.
Gdy wyjechałam z mamą pierwszy raz jako dorosła osoba, był rok 2015. Były to czasy, kiedy oprócz pracy w tygodniku „Polityka” intensywnie publikowałam posty na blogu. Jak intensywnie? Raz dziennie. Zaczęłam pisać blog w 2009 roku i od samego początku mój pomysł na zdobycie popularności, obserwatorów i władzy nad światem opierał się na częstym publikowaniu. Koło roku 2012 pomysł zaczął przynosić w końcu spodziewane efekty i blogowanie, choć jeszcze nie było moim zawodem, stanowiło już dla mnie ważny element życia. Wyjeżdżając z mamą na wakacje, stanęłam jednak w obliczu zupełnie nowego problemu. O czym mam pisać na blogu, skoro nie będę całymi dniami oglądać filmów i seriali? Zostawienie bloga bez wpisów na kilka dni wydawało się wtedy czymś zupełnie niemożliwym. I tak właśnie powstał pomysł wpisów górskich. Już wcześniej publikowałam posty z wyjazdów, więc nie był to całkiem nowy rodzaj treści na blogu. Mama się zgodziła, żebym nasze wyprawy zapisywała w ten sposób. Tak narodził się zupełnie nowy rodzaj treści, który zyskał wśród czytelników niespodziewaną popularność. To właśnie zbiór tych tekstów, które powstawały na przestrzeni lat, składa się na tę książkę.
Ponieważ publikowałam teksty na blogu w rocznych odstępach, to mogą się w nich pojawiać pewne powtórzenia. Na pewno powtarzają się trasy, bo też po roku nawet prosty spacer do Kościeliskiej potrafi dać sporo radości. Jednocześnie zebranie tych tekstów w jednym miejscu pozwala gdzieś na marginesie dostrzec, ile zmian zaszło w świecie przez tę dekadę. W górach pojawili się nowi turyści, pandemia zamieniła wyjazd w Tatry w prawdziwą przygodę, zmieniły się mody i nasze życie. W ciągu ostatnich kilku lat tylko raz nie udało się nam pojechać w góry. Musiałyśmy odwołać wyczekiwany wyjazd z powodu lockdownu (odbiłyśmy to sobie później). Jak każda opowieść snuta przez lata, także i te teksty stały się czymś więcej niż tylko zapisem wyjazdów w góry.
Jeśli ktoś zastanawia się, jak do tej mojej twórczości podchodzi moja szanowna matka, to ważne, by zaznaczyć, że wszystkie teksty publikowane na blogu w czasie naszych wspólnych wyjazdów najpierw czytałam jej. Bez zgody osoby, o której piszę, nigdy bym ich nie opublikowała. Jednocześnie, choć brakuje w nich konfabulacji czy zmyśleń, to warto pamiętać, że mamy tu jednak do czynienia z pewną kreacją. Choć moja matka składa się z pragnienia czytania i chodzenia po górach, to jest jednak nie aż tak opętana wizją pobicia rekordu świata w chodzie i chyba jednak nie zostawiłaby mnie w górach na pastwę losu, gdybym za bardzo opóźniała pochód. Także ja jestem odrobinę mniej leniwą bułą, niżby wynikało z tych wpisów, choć rzeczywiście każdy, kto próbował zachęcić mnie do wstania z łóżka przed siódmą, wie, że nie jest to łatwe zadanie. Warto jednak podkreślić, że nawet opisując nasze zupełnie prawdziwe wycieczki i przygody, pozwalam sobie na trochę literackiej konwencji. Prawdopodobnie gdybyście poznali moją matkę na żywo, w ogóle nie przyszłoby wam do głowy, jak okrutna potrafi być wobec swojej jedynej córki.
Kiedy zaczynałam pisać o naszych górskich wyjazdach, nie spodziewałam się, że teksty te spotkają się z tak pozytywnym odzewem. Jasne, starałam się, żeby były dowcipne i ciekawe, ale nie przyszłoby mi do głowy, że dla części czytelników staną się ich ulubioną serią publikowanych tekstów. Po pewnym czasie zorientowałam się, że te wpisy mają osobną, zaangażowaną grupę odbiorców, którzy wracają co roku tylko po to, by dowiedzieć się, gdzie tym razem poprowadziła mnie rodzicielka. Im dłużej myślę nad niespodziewaną popularnością tych wpisów, tym bardziej rozumiem, co udało mi się w nich zawrzeć. Bo oprócz zapisu niezbyt ambitnych górskich wypraw mamy tu rzadki zapis relacji dorosłej córki i matki, która nie jest naznaczona ani konfliktem, ani traumą, ani rozliczeniem się z życiowych decyzji. Nasze wyjazdy, które zaczęły się, gdy zbliżałam się do trzydziestki, i nie skończyły aż do teraz, gdy czekają mnie czterdzieste urodziny, to przykład na to, że jako dorosła osoba można sobie ułożyć relacje w rodzinie na tyle dobrze, by spędzać z nią czas nie tylko podczas świątecznych spotkań. Zdaję sobie sprawę, że mam mnóstwo szczęścia, bo moje relacje z mamą przez tyle lat pozostają dobre i bliskie.
Wyjęcie każdego tekstu z ram bloga, na którym istnieje, wiąże się z licznymi problemami. Teksty pozbawione oczywistego kontekstu muszą na nowo zawalczyć o czytelnika. Mam jednak wrażenie, że większość z tego, co możecie znaleźć we wpisach górskich, spokojnie poradzi sobie bez całego mojego recenzenckiego dorobku w postaci kilku tysięcy blogowych wpisów. Jedyny element, który wymaga dokładniejszego wyjaśnienia, to posługiwanie się przeze mnie pseudonimem Zwierz (od nazwy bloga _Zwierz popkulturalny_). Kiedy jechałam z mamą na pierwszy wyjazd, korzystałam z tego pseudonimu na blogu, głównie w odniesieniu do samej siebie. Choć nie blogowałam anonimowo, to pisanie w ten sposób dawało mi komfort i poczucie dystansu, którego wtedy potrzebowałam. Z upływem lat porzuciłam ten sposób pisania – począwszy od 2019 roku, we wpisach nie znajdziecie już „Zwierza”. Zastanawiałam się, czy nie ujednolicić tego elementu, ale doszłam do wniosku, że dzięki temu zebrane teksty nabierają jeszcze jednego wymiaru. Stają się też zapisem mojej blogowej drogi.
Od kilku lat nie piszę bloga codziennie. Czytelnicy nie potrzebują tylu wpisów, mnie pochłonęło wiele innych projektów plus dowiedziałam się, że podobno wypada spędzać choć trochę czasu z własnym mężem, a nie tylko pisać teksty. Obecnie nowe treści pojawiają się rzadziej, czasem raz–dwa razy w tygodniu. Jedyny moment w roku, kiedy piszę codziennie, to wtedy, gdy wyjeżdżam z mamą w góry. Coś, co zaczęło się z potrzeby codziennego dostarczania treści, skończyło jako tradycja, którą obie radośnie podtrzymujemy. Co więcej, w ostatnich latach zaczęłyśmy jeździć w góry nawet częściej – zdarzyło się nam trafić pod Giewont jesienią, ale te wyprawy zachowujemy już dla siebie. To ważne, by móc czasem zajrzeć w góry bez konieczności opowiadania, gdzie się było i co się robiło. I wcale nie znaczy to, że moja matka nie patrzy wtedy na swój krokomierz.
Jako czytelnicy wiecie już teraz wszystko, co jest potrzebne, by zanurzyć się w tej książce – która wcale nie jest o chodzeniu po górach.WSTĘP (PISZE MATKA ZWIERZA)
W życiu warto robić dwie rzeczy. Czytać książki i chodzić po górach. Niekoniecznie od razu to muszą być _Ulisses_ i Himalaje. Kryminał i Tatry całkowicie wystarczą do szczęścia.
Reszta zajęć jest uboczna. Pracować trzeba, aby mieć pieniądze na książki i wyjazdy. Lepiej mieć partnera, żeby pogadać o książkach i żeby mieć kogo wysłać po herbatę i bigos w schronisku. Warto dorobić się dzieci, którym można czytać i zabrać je na wycieczkę, czy tego chcą, czy nie.
Problem w tym, że w pewnym momencie dochodzi się do ściany. To znaczy w pracy wymagają dyspozycyjności, partner wyjeżdża nad morze, a dzieci bezczelnie dorastają. Jednak nawet dorosłe dzieci czasem czegoś od rodziców chcą – wstawiania przecinków do artykułu, pożyczenia żelazka czy przypilnowania świnek morskich. Wtedy należy powiedzieć: „Drogie dorosłe dziecko. Chcesz żelazka od mamy? Chcesz, aby do domu z dwoma kotami i jednym psem dorzucić na tydzień dwie świnie? Okej, ale pojedziesz z rodzicielką do Zakopanego, albo naucz się interpunkcji, kup żelazko i wynajmij kawiasittera”.
I cóż robić? Dziecko, klnąc, wyjeżdża do Zakopanego, w którym szalona matka budzi o świcie (na trasie pusto!), karmi od czasu do czasu, o ile zdąży się na obiad, a hasłem wakacji jest „wstajemy rano i zapieprzamy, inaczej to nie wakacje, tylko bezsensowny odpoczynek”. Udany dzień to taki, gdy człowiek, wracając z wycieczki, staje przy krawężniku i zastanawia się, czy zdoła podnieść nogę tak wysoko.
Niestety, bywają dzieci wybrakowane. Autorka tego tomu do takich należy. Mianowicie chodzi w dół i po płaskim. Próby wciągnięcia jej pod górę czasem przynoszą jakieś efekty, ale na ogół jedynym widocznym skutkiem jest połowiczne omdlenie w połowie drogi oraz konieczność ratowania lekami podwyższającymi ciśnienie i czekoladą. Do Murowańca toto dojdzie, ale zapomnijcie o Świnicy czy nawet Giewoncie, o ile nie macie ochoty wzywać TOPR-u. W związku z tym wymyślanie górskich tras, które idą po płaskim i w dół, stało się zajęciem całorocznym, ale jak się chce, to wszystko można.
Książka ta jest zatem zapisem wakacji będących wynikiem szantażu, psychicznego terroru i przemocy ekonomicznej. Jedna ze stron (stosująca wyżej wymienione środki) bardzo je lubi i radośnie czeka na górskie wyjazdy. Strona druga (ta, co jest ich ofiarą) może tylko bezsilnie je opisywać, odreagowując traumę.
Wszystkie postacie i wydarzenia są zgodne z rzeczywistością i nieprzypadkowe.Urlop nie jest warunkiem do rozpoczęcia wypoczynku (wpis górski pierwszy)
Mój krokomierz wskazuje dwanaście tysięcy kroków, krokomierz szacownej matki – czternaście tysięcy, razem jakieś dziewięć kilometrów. Niby nic, nawet naprawdę nic, ale w sumie przecież my nigdzie dziś nie byłyśmy i nawet jeszcze ciemności nie przykryły ziemi. Ale chodzimy. Słońce praży, gorąc jak na Saharze, buty piją, ale chodzimy. Dlaczego? Bo urlop. Najdłuższy urlop Zwierza od lat. Poświęcony jednemu celowi. Dotrzymać kroku szacownej matce.
Zaczynamy od Warszawy. O nieprzyzwoicie wczesnej porze z dworca zabiera nas Pendolino do Krakowa. Jest klimatyzacja, więc jest dobrze. Ponieważ system zachowuje się jak gospodyni na dobrym przyjęciu, to ludzie, którzy wcześniej się znali, nie mają miejsc obok siebie. W związku z tym następuje przemieszanie pasażerów. Po krótkich roszadach ma miejsce łączenie rodzin, radosne powitanie córek i matek, ojców i synów. Konduktorzy najwyraźniej są temu łączeniu rodzin przeciwni, bo przepędzają z miejsc innych niż na biletach. Niestety, w Krakowie okazuje się, że nie można na zawsze zamieszkać w klimatyzowanym wagonie i trzeba wysiąść. Nie spotyka się to z entuzjazmem, bo na zewnątrz przestała działać pogoda i jest piekielnie gorąco. Do naszego autobusu, który ma nas zawieźć dalej, mamy godzinę. Szacowna matka uznaje jednak czekanie na autobus za marnotrawstwo czasu. Piętnaście minut później ruszamy więc do Zakopanego zupełnie innym autobusem, wypełnionym po brzegi, bo – jak się okazuje – są miejsca stojące. Ruszamy – świat pognał do przodu, więc w autobusie jest klimatyzacja. Przeżyjemy.
Jak zwykle w przypadku przeprawy Kraków–Zakopane gramy w najstarszą w Polsce grę hazardową pod tytułem „Ominąć korek na Zakopiance”. Kierowca łączy się ze wszystkimi kolegami, którzy też jadą, i komunikują sobie przebieg trasy, zastanawiają się nad objazdami. Praca grupowa w najlepszym wydaniu. Wciąż jednak nie wiemy wszystkiego, a niewiadome się mnożą. Każda decyzja może nas kosztować długie stanie w korku, który rusza się tak, jakby nie mógł. Jednocześnie walczymy z czasem, bo musimy dotrzeć do Zakopanego przed tym, gdy Tour de Pologne zablokuje pół miasta. Kilka godzin i dramatycznych decyzji później, z zaledwie godzinnym opóźnieniem, docieramy na dworzec. Taksówkarz w ostatniej chwili podrzuca nas pod hotel. Kilka minut później ulica zostaje zamknięta, a tłum grzecznie pojawia się, by powitać rowerzystów. Zwierz nie widział żadnego, co jest pewnym osiągnięciem, biorąc pod uwagę, ilu ich dziś w Zakopanem było. Jednak kłopoty komunikacyjne nie są w stanie przesłonić radości. W końcu jesteśmy u podnóża gór, a to od razu inaczej nastraja do życia. Czuć to od momentu, kiedy orientujemy się, że ta szarość na horyzoncie to nie ciemne chmury, ale już widoczny z oddali masyw górski. Radosne poczucie, że oto dotarło się do najlepszego wakacyjnego celu, obecne w duszy Zwierza od czasu, kiedy go pierwszy raz tu zaciągnięto, gdy był jeszcze dziecięciem.
Długa podróż nie jest powodem do zaprzestania zwiedzania, więc ruszamy. Ruszamy teoretycznie po to, by się posilić, ale – powiedzmy sobie szczerze – pogoda nie zachęca do spożywania. Niemniej – nieco z obowiązku, nieco z sentymentu – zahaczamy o knajpę Kasze Nasze, gdzie można dostać pyszne zapiekanki z kaszami – coś, co w mieście, gdzie wszystkie knajpy podają właściwie to samo i zawsze jest to kawałek mięsa, jest prawdziwym wybawieniem. Jako że dziś nigdzie nie pójdziemy, wtapiamy się w tłum na Krupówkach. To miejsce fascynujące, głównie dlatego, że odbiera ludziom umiejętność chodzenia. Im bliżej kolejki na Gubałówkę, tym trudniejsze jest dla wszystkich stawianie kroków w linii prostej. Jakby dopiero poznawali zasady poruszania się w tłumie – zwalniają, przystają na środku drogi albo poruszają się bardzo powoli, jakby nie do końca byli pewni, jak się właściwie chodziło. Zjawisko fascynujące i doprowadzające do szału, zwłaszcza jeśli jakąś siłą woli udaje nam się trzymać naszej nabytej z dawna umiejętności chodzenia w linii prostej. Co więcej, zjawisko nie występuje na ulicach równoległych do Krupówek. No, magia gór jak nic.
Wjeżdżamy turystycznie na Gubałówkę celem zlustrowania panoramy Tatr. Jak wiadomo, prawdziwy turysta powinien gardzić Gubałówką albo wbiegać na nią truchtem, by wyprzedzić kolejkę. Na całe szczęście Zwierz nie jest prawdziwym turystą, tylko przyjechał na urlop. Sama Gubałówka to góra doskonale radząca sobie z faktem, że właściwie nic na niej nie ma. Jeśli znudzi was spoglądanie na panoramę Tatr (ponoć są tacy, których czasem nudzi), możecie kupić na jej szczycie wszystko. Choć trzeba przyznać, że sklepy występują w swoistych grupach – w jednej obok stoiska z koszulkami, chustkami i ciupagami zaskakująco często pojawia się stoisko sprzedające węgierskie langosze. Trudno powiedzieć, dlaczego węgierski przysmak opanował szczyt Gubałówki, ale – kto wie – może to najbliższe Budapesztu miejsce, gdzie można ich skosztować. Choć raczej nie w taką pogodę. Jednocześnie tłum zarówno gubałówkowy, jak i krupówkowy wydaje się inny niż wtedy, kiedy byłam tu ostatnim razem kilkanaście lat temu. Nadal można w nim dostrzec tych, którzy zeszli z górskich wycieczek – idących dość wolno, z plecakami, w porządnych butach, coraz częściej noszących kijki. Na tle całej wakacyjnej tandety (w której zasadniczo nie ma nic złego) wyglądają trochę jak z innego świata, choć potem można znaleźć ich w ogródkach piwnych, gdzie radośnie opijają fakt, że już nigdzie dziś wchodzić nie muszą. Poza tym jednak kolorowy tłum jakby się postarzał. Sporo dziadków z wnukami, ludzi w średnim wieku, nawet międzynarodowych turystów. Ale trudno wypatrzeć ludzi młodych, zwłaszcza studentów. Być może przyjadą hordą we wrześniu, kiedy góry pustoszeją i można się z wysokości szczytów śmiać z tych, których wakacje kończą się z ostatnimi dniami sierpnia. Na razie jednak wczesnym popołudniem tłum przelewa się główną ulicą miasta, szukając przede wszystkim cienia i lodów, co jest jak najbardziej zrozumiałe. Jak zwykle w głowie Zwierza rodzi się pytanie, jaki procent turystów przyjeżdżających do Zakopanego chodzi w góry. I drugie – zdecydowanie bardziej fascynujące: co tak właściwie się robi w Zakopanem, jeśli się w góry nie chodzi.
Zakopane skutecznie ukrywa swoją przyjazną stronę, a wystarczy tylko skręcić w bok, by znaleźć cudownie odnowione parki i skwery, miejsca publiczne, czyste i przyjazne, a przede wszystkim – ciche. Spacer ulicą równoległą do Krupówek zajmuje dwa razy mniej czasu i nie trzeba kurczowo trzymać plecaka w obawie, że fundusze wakacyjne zostaną przez kogoś szybko uszczuplone. Do tego jeszcze rzut oka w bok i oto wyrasta piękna panorama Tatr, która – o dziwo – po dotarciu do pokoju hotelowego nie znika, tylko jest widoczna zza firanki (kto wie, może stawiają ją tam za dodatkową opłatą). Niemniej samo miasto skutecznie dba o to, by turyści zobaczyli w czasie swojego wyjazdu tylko innych turystów, a samym mieszkańcom dali święty spokój. Oczywiście, wcześniej wynająwszy od nich pokoje. Cóż, wydaje się, że w tym szaleństwie jest jakaś metoda. Pod nieobecność Zwierza Zakopane miejscami wyładniało, miejscami zbrzydło. Natomiast pokój w hotelu wygląda tak, jakby został opracowany jako kapsuła czasu. Nic się tu chyba nie zmieniło od lat osiemdziesiątych. Wszystko jest czyste i sprawne, ale niesłychanie retro. Kto wie, może to taki styl. Choć Zwierz nie pamięta, kiedy ostatnim razem na półce nad łóżkiem w hotelu stało radio. Chyba kiedy był małym dzieckiem i jeździł na wczasy do Ciechocinka, a tamtejsze sanatoria dostarczały kuracjuszom zdezelowane radia. Ale to było bardzo dawno temu. Przy czym miejscówka jest zadbana, więc może to nie pieśń przeszłości, ale najbardziej hipsterskie pomieszczenie w całym mieście. Albo jedno i drugie. W każdym razie pewnym magicznym paradoksem budynku jest fakt, że aby wejść do pokoju położonego na parterze, trzeba się najpierw wdrapać na piętro i dopiero z tej wysokości w chwale i glorii zejść do pokoju.
Te dziewięć kilometrów to naprawdę nic. Człowiek czasem w mieście więcej przejdzie. Ale to taki klasyczny opis urlopu z szacowną rodzicielką Zwierza, która już zapowiedziała, że kłaść się trzeba będzie wcześniej, żeby wstać jeszcze wcześniej. Ponoć Zwierz się na to zgadzał, zapisując się na wyjazd. Trzeba było ten jeden raz przeczytać warunki umowy z Imperium. No ale że wszyscy mówią (i słusznie prawią), że człek w górach powinien spokojnie nabierać wysokości (w przypadku Zwierza – niesłychanie spokojnie), to na jutro zapowiedziana dolina. Tylko dlaczego Zwierz ma dziwne wrażenie, że następny wpis będzie pisał, stojąc na gór szczycie? Choć na serio to Zwierz nieco przesadza. Matka Zwierza, mimo koszmarnej ambicji spędzenia każdej wolnej minuty urlopu na zaplanowanych wycieczkach (przecież po to ma się urlop), czasem daje mu wolne. Głównie po to, żeby mógł napisać wpis. Innymi słowy – wakacje w pełni.