Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Nie zaczęło się od ciebie - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
2999 pkt
punktów Virtualo

Nie zaczęło się od ciebie - ebook

Wydanie zaktualizowane i uzupełnione.

Depresja. Lęk. Przewlekły ból. Fobie. Obsesyjne myśli. Istnieją mocne dowody na to, że ich źródłem może być nie tylko nasze własne doświadczenie czy nierównowaga chemiczna w mózgu, lecz także przeżycia rodziców, dziadków, a nawet pradziadków.

Najnowsze badania naukowe potwierdzają to, co od dawna przeczuwało wielu specjalistów – traumę można odziedziczyć. Nawet jeżeli osoba, która jej doświadczyła, już zmarła, a jej historia została zapomniana lub przemilczana, wspomnienia i uczucia żyją w nas i są zapisane wszędzie, od genów po język, którym mówimy.

Oto praktyczny przewodnik po autorskiej metodzie pracy z traumą, który pokazuje, jak odkryć lęki zakodowane w codziennych słowach, w sposobie zachowania i w fizycznym samopoczuciu. Podejście przedstawione w tej książce pozwala rozwiązać głęboko zakorzenione problemy, w przypadku których tradycyjna terapia, leki i inne metody okazały się nieskuteczne.

Dowiedz się, jak wielkie znaczenie dla zdrowia emocjonalnego i fizycznego ma traumatyczne dziedzictwo.

Mark Wolynn jest pionierem w pracy z odziedziczoną traumą i od ponad trzydziestu lat zajmuje się pacjentami indywidualnie i grupowo. Jest twórcą i dyrektorem Family Constellation Institute. Jako ceniony prelegent wykładał w szpitalach, klinikach, na konferencjach i uczelniach oraz w ośrodkach szkoleniowych na całym świecie. Gościł między innymi w University of Pittsburgh, JFK University, UPMC Western Psychiatric Institute, Kripalu, New York Open Center, Omega Institute, 1440 Multiversity i California Institute of Integral Studies. Artykuły Wolynna ukazały się na łamach „Psychology Today”, „Elephant Journal”, „mindbodygreen” i „Psych Central”, a jego poezja była publikowana w magazynie „The New Yorker”. Książka Nie zaczęło się od ciebie jest światowym bestsellerem przetłumaczonym na ponad 40 języków. Mark mieszka w północnej Kalifornii z żoną Anną.

Kategoria: Psychologia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8382-972-2
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OD AUTORA

Od autora

Książka ta została pomy­ślana jako prze­wod­nik, który popro­wa­dzi cię przez bogaty świat samo­po­zna­nia. Możesz z niej korzy­stać samo­dziel­nie bądź w ramach współ­pracy z wykwa­li­fi­ko­wa­nym tera­peutą.

Czy­ta­jąc, zwra­caj uwagę na samo­po­czu­cie. Pewien poziom pobu­dze­nia lub nie­po­koju możesz uznać za nor­malny – zapusz­czasz się bowiem w głąb zapewne zupeł­nie nie­zna­nych ci tery­to­riów.

Jeśli jed­nak zauwa­żysz, że te inten­sywne emo­cje nie ustę­pują, albo odczu­wasz głę­boki nie­po­kój w związku z dowol­nym aspek­tem mate­riału przed­sta­wio­nego w tej książce, może to ozna­czać, że potrze­bu­jesz sil­niej­szego wspar­cia. Suge­ruję, abyś ozna­czył zakład­kami miej­sca, które pobu­dziły silne emo­cje, i zwró­cił się o pomoc do tera­peuty zna­ją­cego podej­ście soma­tyczne, a naj­le­piej takiego, który zara­zem spe­cja­li­zuje się w pracy z traumą więzi.

Dbaj o sie­bie w trak­cie lek­tury. Pozwól sobie w pełni doświad­czać wszyst­kiego, co się pojawi – te odczu­cia mogą przy­go­to­wać cię na kolejny etap uzdro­wie­nia.

Zawarte w tej książce infor­ma­cje nie zastą­pią opieki psy­cho­lo­gicz­nej ani lecze­nia, w tym psy­chia­trycz­nego. Z zało­że­nia ma ona być sku­tecz­nym narzę­dziem do niczym nie­ogra­ni­czo­nego odkry­wa­nia wła­snego wnę­trza.Wstęp. Sekretny język lęku

Wstęp

Sekretny język lęku

_W ciemny czas wzrok powraca…_

The­odore Roethke, _In a Dark Time_, tłum. Sta­ni­sław Barań­czak

Książka ta jest owo­cem podróży, która zapro­wa­dziła mnie na koniec świata i z powro­tem do domu, do korzeni, a także dała począ­tek pracy, o jakiej nawet mi się nie śniło, kiedy wyru­sza­łem w drogę. Przez ponad trzy­dzie­ści lat pra­co­wa­łem z oso­bami cier­pią­cymi na depre­sję, stany lękowe, cho­roby prze­wle­kłe, fobie, obse­sje, PTSD i inne zabu­rze­nia. Czę­sto tra­fiały do mnie osoby pozba­wione nadziei i zawie­dzione tym, że mimo lat psy­cho­te­ra­pii, przyj­mo­wa­nia leków i innych inter­wen­cji nie udało się im odkryć źró­dła cier­pie­nia ani go ukoić.

Dzięki moim doświad­cze­niom, szko­le­niom i prak­tyce kli­nicz­nej nauczy­łem się, że odpo­wie­dzi należy szu­kać nie tylko w swo­jej wła­snej histo­rii, lecz także w histo­riach rodzi­ców, dziad­ków, a nawet pradziad­ków. Naj­now­sze bada­nia naukowe, które tra­fiają dziś na pierw­sze strony gazet, rów­nież mówią o tym, że efekty traumy mogą być prze­ka­zy­wane z poko­le­nia na poko­le­nie. Spu­ści­zna ta nazy­wana jest „dzie­dzi­czoną traumą rodzinną” i poja­wiają się coraz to nowe dowody potwier­dza­jące ist­nie­nie tego zja­wi­ska. Ból nie zawsze prze­mija lub zmniej­sza się z cza­sem. Nawet jeśli osoba, która doświad­czyła traumy, już nie żyje, a jej histo­rię skry­wają lata mil­cze­nia, w jej potom­kach mogą żyć wspo­mnie­nia i odczu­cia, które doma­gają się prze­pra­co­wa­nia i uwol­nie­nia.

Jak to się dzieje? Z tej książki dowiesz się, że wspo­mnie­nia traumy zostają utrwa­lone w plem­ni­kach i komór­kach jajo­wych naszych rodzi­ców oraz dziad­ków. Odczu­cia i dozna­nia zwią­zane z traumą – w szcze­gól­no­ści zaś reak­cja na stres i spo­sób eks­pre­sji genów – mogą zostać prze­ka­zane przed­sta­wi­cie­lom następ­nych poko­leń i mieć na nich podobny wpływ, nawet jeśli oni sami nie doświad­czyli traumy. W rezul­ta­cie możemy przyjść na świat ze zmo­dy­fi­ko­wa­nymi mózgami, które bio­lo­gicz­nie przy­go­to­wują nas do radze­nia sobie z trau­mami podob­nymi do tych, które prze­żyli rodzice i dziad­ko­wie.

Książka ta jest syn­tezą obser­wa­cji, które poczy­ni­łem jako dyrek­tor Family Con­stel­la­tion Insti­tute w San Fran­ci­sco oraz naj­now­szych odkryć neu­ro­bio­lo­gii, epi­ge­ne­tyki i badań nad języ­kiem. Jest rów­nież wyni­kiem szko­leń, jakie odby­łem u Berta Hel­lin­gera, uzna­nego nie­miec­kiego psy­cho­te­ra­peuty, który w swoim podej­ściu do pracy tera­peu­tycz­nej z rodziną poka­zy­wał psy­cho­lo­giczny i fizyczny wpływ dzie­dzi­czo­nej traumy rodzin­nej na następne poko­le­nia.

Istotą mojej pracy jest zakoń­cze­nie cyklu cier­pie­nia powta­rza­ją­cego się w kolej­nych gene­ra­cjach i o tym opo­wiada ta książka. Znaczna jej część poświę­cona została roz­po­zna­wa­niu dzie­dzi­czo­nych wzor­ców – lęków, uczuć, zacho­wań – które nie­świa­do­mie prze­ję­li­śmy od swo­ich przod­ków. Dla­czego tak się dzieje? W moim prze­ko­na­niu dla­tego, że histo­ria, która potrze­buje opo­wie­dze­nia, musi zostać opo­wie­dziana. Pozwól­cie, że podzielę się wła­sną.

Nie zamie­rza­łem stwo­rzyć metody, która pomoże wyjść z lęku i stra­chu. Wszystko zaczęło się dnia, gdy stra­ci­łem wzrok. Wyda­rzyło się to pod­czas mojego pierw­szego ataku migreny ocznej. Nie dozna­wa­łem fizycz­nego bólu, byłem pogrą­żony w prze­ra­ża­ją­cej czar­nej otchłani, która ode­brała mi wzrok. Mia­łem trzy­dzie­ści cztery lata i po omacku krą­ży­łem po biu­rze, szu­ka­jąc na tele­fo­nie numeru 911. Wkrótce przy­je­chała karetka.

Migrena oczna to ogól­nie nic poważ­nego. Pogor­sze­nie wzroku ustę­puje zwy­kle po godzi­nie. Nie zawsze jed­nak masz tego świa­do­mość, kiedy cię spo­tyka. W moim przy­padku migrena oczna była dopiero począt­kiem. W kolej­nych tygo­dniach zaczą­łem tra­cić wzrok w lewym oku. Twa­rze i znaki dro­gowe wkrótce zupeł­nie się roz­ma­zały.

Leka­rze poin­for­mo­wali mnie, że cier­pię na cen­tralną reti­no­pa­tię suro­wi­czą – cho­robę, któ­rej nie można wyle­czyć, a jej przy­czyna nie jest znana. Płyn zbiera się pod siat­kówką, a potem zaczyna wycie­kać, co powo­duje powsta­wa­nie blizn i roz­ma­zy­wa­nie się obrazu. Zna­la­złem się wśród pię­ciu pro­cent osób, u któ­rych cho­roba przyj­muje postać chro­niczną i które w jej wyniku stracą wzrok. Powie­dziano mi, że cho­roba dotknie obojga oczu. Było to tylko kwe­stią czasu.

Leka­rze nie potra­fili mi powie­dzieć, ani dla­czego tracę wzrok, ani jak można to zatrzy­mać. Wszystko, czego pró­bo­wa­łem na wła­sną rękę – wita­miny, diety skła­da­jące się z samych soków, masaże medy­cyny alter­na­tyw­nej – zda­wało się tylko pogar­szać sprawę. Byłem zupeł­nie zagu­biony. Mój naj­więk­szy strach wła­śnie się mate­ria­li­zo­wał, a ja nie mogłem nic z tym zro­bić. Nie­wi­domy, pozba­wiony moż­li­wo­ści zatrosz­cze­nia się o sie­bie, zupeł­nie sam, roz­padł­bym się na kawałki. Byłby to dla mnie koniec. Czu­łem, że stracę wolę życia. Zostanę uni­ce­stwiony.

Prze­ży­wa­łem ten sce­na­riusz w gło­wie, cią­gle do niego wra­ca­łem. Im wię­cej o nim myśla­łem, tym moc­niej uczu­cie bez­rad­no­ści zako­rze­niało się w moim ciele. Toną­łem w bagnie. Za każ­dym razem, kiedy pró­bo­wa­łem się z niego wydo­być, powra­cały myśli, że będę żył samotny, bez­radny, znisz­czony i uni­ce­stwiony. Nie wie­dzia­łem wtedy, że słowa „samotny”, „bez­radny”, „znisz­czony” i „uni­ce­stwiony” są wyra­zami mojego oso­bi­stego języka lęku. Sta­no­wiły echa traum, do któ­rych doszło w mojej rodzi­nie, zanim przy­sze­dłem na świat. Nie­oswo­jone i nie­okieł­znane roz­pę­dzały się w mojej gło­wie i grze­cho­tały w ciele.

Zasta­na­wia­łem się, jak to się stało, że nada­łem myślom taką moc. Inni cier­pieli na trud­no­ści znacz­nie więk­sze niż moje, a jed­nak nie pod­da­wali się im cał­ko­wi­cie. Co takiego było we mnie, że strach zupeł­nie mnie pochło­nął? Dopiero wiele lat póź­niej udało mi się odpo­wie­dzieć na te pyta­nia.

Wtedy potra­fi­łem jedy­nie odejść. Odsze­dłem ze związku, odsze­dłem od rodziny, odsze­dłem z pracy i z mia­sta, porzu­ci­łem wszystko, co zna­łem. Poszu­ki­wa­łem odpo­wie­dzi, któ­rych nie mogłem zna­leźć w świe­cie, w któ­rym żyłem, świe­cie, gdzie wielu ludzi było zagu­bio­nych i nie­szczę­śli­wych. Mia­łem tylko pyta­nia i nie­wiele chęci, żeby dalej żyć życiem, jakie zna­łem. Prze­ka­za­łem swoją firmę (dobrze pro­spe­ru­jące przed­się­bior­stwo zaj­mu­jące się orga­ni­za­cją even­tów) komuś, kogo dopiero pozna­łem, i wyru­szy­łem na wschód – tak bar­dzo na wschód, jak tylko się dało – aż dotar­łem do Azji Połu­dniowo-Wschod­niej. Poszu­ki­wa­łem uzdro­wie­nia. Nie mia­łem poję­cia, jak będzie wyglą­dało.

Czy­ta­łem książki i uczy­łem się od nauczy­cieli, któ­rzy je napi­sali. Kiedy tylko sły­sza­łem o kimś, kto mógłby mi pomóc – o sta­rej kobie­cie w chatce lub roze­śmia­nym męż­czyź­nie w habi­cie – sze­dłem na spo­tka­nie. Dołą­cza­łem do warsz­ta­tów i śpie­wa­łem z guru. Jeden z nich powie­dział nam, że chce, by ota­czali go wyłącz­nie „ci, któ­rzy zna­leźli”. Poszu­ku­jący, powie­dział, będą zawsze tylko poszu­ki­wać.

Chcia­łem być „tym, który zna­lazł”. Codzien­nie godzi­nami medy­to­wa­łem. Odby­wa­łem kil­ku­dniowe gło­dówki. Przy­rzą­dza­łem napary z ziół i wal­czy­łem z tok­sy­nami, które – jak sobie wyobra­ża­łem – zale­gały w moich tkan­kach. Tym­cza­sem mój wzrok cały czas się pogar­szał, a depre­sja pogłę­biała.

Nie zda­wa­łem sobie wtedy sprawy, że kiedy pró­bu­jemy unik­nąć odczu­wa­nia bólu, czę­sto prze­dłu­żamy jego trwa­nie. Jest to świetna recepta na nie­koń­czące się cier­pie­nie. W samym akcie szu­ka­nia jest też coś, co odcina nas od tego, co chcie­li­by­śmy zna­leźć. Cią­głe poszu­ki­wa­nie na zewnątrz unie­moż­li­wia zorien­to­wa­nie się, że war­to­ściowy pro­ces toczy się wewnątrz nas samych, prze­ga­pimy go jed­nak, jeżeli nie skie­ru­jemy uwagi do środka.

„Czego nie chcesz zoba­czyć?” – pona­glali uzdro­wi­ciele, doma­ga­jąc się, żebym spoj­rzał głę­biej. Skąd mogłem wie­dzieć? Byłem pogrą­żony w ciem­no­ści.

Pewien guru w Indo­ne­zji tro­chę roz­ja­śnił ten mrok, gdy zapy­tał: „Za kogo się uwa­żasz, że miał­byś nie mieć pro­ble­mów z oczami?”. Cią­gnął: „Być może uszy Johana nie sły­szą tak dobrze jak uszy Ger­harda, a płuca Elizy nie są rów­nie silne jak płuca Grety. Die­trich nie cho­dzi rów­nie spraw­nie jak Seba­stian” (wszy­scy uczest­nicy tego tre­ningu byli Holen­drami albo Niem­cami i zma­gali się z róż­nymi prze­wle­kłymi cho­ro­bami). Coś do mnie dotarło. Miał rację. Kim byłem, żeby nie mieć pro­ble­mów z oczami? Nie­zgoda na rze­czy­wi­stość była z mojej strony aro­gan­cją. Czy mi się to podo­bało, czy nie, na siat­kówce mia­łem bli­zny i widzia­łem nie­ostro, ale w głębi – w „ja”, które było pod tym wszyst­kim – zaczą­łem odczu­wać spo­kój. Powoli to, jak się czu­łem, prze­stało zale­żeć cał­ko­wi­cie od tego, jak czuło się moje oko.

W celu pogłę­bie­nia nauki guru kazał nam przez sie­dem­dzie­siąt dwie godziny – trzy dni i trzy noce – z zasło­nię­tymi oczami i zatka­nymi uszami medy­to­wać na małej poduszce. Każ­dego dnia dosta­wa­li­śmy nie­wielką miskę ryżu i wodę do picia. Nie wolno nam było spać, wsta­wać, kłaść się ani komu­ni­ko­wać ze sobą. Żeby pójść do łazienki, trzeba było pod­nieść rękę i było się eskor­to­wa­nym w ciem­no­ści do dziury w ziemi.

Dzięki głę­bo­kiej obser­wa­cji umy­słu mie­li­śmy dostrzec, jak jest sza­lony. Spo­strze­głem, jak mój umysł nie­ustan­nie kpi ze mnie, pod­su­wa­jąc mi naj­gor­sze moż­liwe sce­na­riu­sze oraz złu­dze­nie, że jeżeli tylko będę się wystar­cza­jąco inten­syw­nie mar­twił, uda mi się unik­nąć tego, czego naj­bar­dziej się boję.

Po tym i podob­nych doświad­cze­niach zaczą­łem w środku widzieć tro­chę jaśniej. Jed­nak stan mojego oka wcale się nie popra­wił, wycie­ka­nie płynu i bli­zno­wa­ce­nie nie ustały. Kło­poty ze wzro­kiem są wspa­niałą meta­forą na wielu pozio­mach. W końcu zro­zu­mia­łem, że nie cho­dzi o to, co widzę, a czego nie widzę, tylko raczej o spo­sób, w jaki widzia­łem rze­czy. Ale to nie wtedy wszystko się zmie­niło.

Dopiero w trze­cim roku „poszu­ki­wa­nia wizji” dosta­łem wresz­cie to, czego szu­ka­łem. Dużo wów­czas medy­to­wa­łem. Depre­sja pra­wie się skoń­czyła. Spę­dza­łem nie­zli­czone godziny na byciu ze swoim odde­chem i dozna­niami pły­ną­cymi z ciała. To było łatwe.

Któ­re­goś dnia cze­ka­łem w kolejce na _sat­sang_ – spo­tka­nie z mistrzem ducho­wym. Cze­ka­łem już kilka godzin, ubrany w białą szatę, którą nosili wszy­scy w świą­tyni. Wresz­cie nade­szła moja kolej. Ocze­ki­wa­łem, że mistrz dostrzeże moje zaan­ga­żo­wa­nie. Zamiast tego spoj­rzał głę­boko we mnie i zoba­czył to, czego sam nie widzia­łem. „Wra­caj do domu”, powie­dział. „Wra­caj do domu i zadzwoń do matki i ojca”.

Co? Byłem wście­kły. Aż zadrża­łem ze zło­ści. Naj­wy­raź­niej zupeł­nie mnie nie zro­zu­miał. Nie potrze­bo­wa­łem już prze­cież rodzi­ców. Prze­ro­słem ich. Zosta­wi­łem ich za sobą już dawno, zamie­ni­łem na lep­szych, boskich, ducho­wych rodzi­ców – nauczy­cieli, guru, mądrych męż­czyzn i kobiety, któ­rzy pro­wa­dzili mnie na dro­dze do oświe­ce­nia. W dodatku byłem prze­ko­nany, że dzięki kil­ku­let­niej tera­pii i podar­ciu kar­to­no­wych figu­rek przed­sta­wia­ją­cych moich rodzi­ców udało mi się „ule­czyć” moją rela­cję z nimi. Posta­no­wi­łem zigno­ro­wać więc radę mistrza.

A jed­nak coś we mnie utkwiło. Nie mogłem zapo­mnieć o tym, co powie­dział. Zaczą­łem wresz­cie rozu­mieć, że żadne doświad­cze­nie nie idzie na marne. Wszystko, co się nam przy­da­rza, ma war­tość, nawet jeśli nie potra­fimy jej od razu doce­nić. Wszystko, co nas spo­tyka, w końcu dokądś nas pro­wa­dzi.

Chcia­łem jed­nak na­dal trwać w ilu­zji doty­czą­cej poczu­cia, kim jestem. Byłem osobą zaawan­so­waną w prak­tyce medy­ta­cji i mocno się tego trzy­ma­łem. Posta­no­wi­łem zatem spo­tkać się z innym mistrzem ducho­wym, takim, który – jak sądzi­łem – będzie potra­fił wszystko napra­wić. Inspi­ro­wał setki ludzi dzien­nie swoją nie­ziem­ską miło­ścią. Byłem pewien, że zoba­czy we mnie głę­boko udu­cho­wioną osobę, za jaką się uwa­ża­łem. Znowu cze­ka­łem cały dzień, żeby wresz­cie zna­leźć się na początku kolejki. A potem stało się to samo. Znów. Raz jesz­cze usły­sza­łem dokład­nie te same słowa: „Zadzwoń do rodzi­ców. Wróć do domu i pogódź się z nimi”.

Tym razem usły­sza­łem, co zostało powie­dziane.

Wielcy nauczy­ciele wie­dzą. Wiel­kich nauczy­cieli nie obcho­dzi, czy wie­rzysz w ich naukę, czy nie. Mówią o praw­dzie, a potem zosta­wiają cię samego, żebyś odkrył wła­sną prawdę. Adam Gop­nik w książce _Thro­ugh the Chil­dren’s Gate_ pisze o róż­nicy mię­dzy guru a nauczy­cie­lami: „Guru ofia­ro­wuje nam sie­bie i swój sys­tem, nauczy­ciel daje nam lek­cję i oddaje sobie samym”.

Wielcy nauczy­ciele rozu­mieją, że to, skąd przy­cho­dzimy, wpływa na to, dokąd idziemy, i że nie­roz­wią­zane sprawy z prze­szło­ści wpły­wają na naszą przy­szłość. Wie­dzą, że rodzice są ważni, nie­za­leż­nie od tego, jakimi byli dla nas rodzi­cami. Nie da się tego obejść: histo­ria rodziny to nasza histo­ria. Czy nam się to podoba, czy nie, nosimy ją w sobie.

Nie­za­leż­nie od histo­rii, jaką sobie o nich opo­wia­damy, nie możemy rodzi­ców wyma­zać ani wyrzu­cić z sie­bie. Są w nas, a my jeste­śmy ich czę­ścią – nawet jeżeli ni­gdy ich nie pozna­li­śmy. Odrzu­ce­nie rodzi­ców oddala nas tylko od samych sie­bie i zwięk­sza cier­pie­nie. Tych dwóch nauczy­cieli potra­fiło to zoba­czyć. Ja nie. Moja śle­pota była jed­no­cze­śnie fak­tyczna i meta­fo­ryczna. Zaczą­łem się budzić i uświa­da­miać sobie, jak wielki bała­gan zosta­wi­łem w domu.

Przez wiele lat byłem bar­dzo surowy w oce­nie moich rodzi­ców. Uwa­ża­łem, że jestem dużo bar­dziej ludzki i wraż­liwy od nich. Wini­łem ich za wszystko, co nie podo­bało mi się w moim życiu. Teraz musia­łem do nich wró­cić, żeby odzy­skać to, czego mi bra­ko­wało – wraż­li­wość. Zaczą­łem rozu­mieć, że moja zdol­ność przyj­mo­wa­nia miło­ści od innych ludzi jest powią­zana z moją zdol­no­ścią przyj­mo­wa­nia miło­ści od mojej matki.

Przy­ję­cie jej miło­ści nie było jed­nak łatwe. Nasza rela­cja była bar­dzo trudna, a gdy matka pró­bo­wała mnie objąć, czu­łem, jakby zaci­skała mnie pułapka na zwie­rzę. Moje ciało zwie­rało się, pró­bu­jąc stwo­rzyć pan­cerz, któ­rego matka nie będzie w sta­nie prze­nik­nąć. Ten ból wpły­wał na każdy aspekt mojego życia, przede wszyst­kim na moją zdol­ność bycia otwar­tym w związku.

Matka i ja potra­fi­li­śmy mie­sią­cami nie roz­ma­wiać ze sobą. Kiedy już roz­ma­wia­li­śmy, zawsze uda­wało mi się sło­wami albo przez język ciała odrzu­cić cie­płe uczu­cia, które pró­bo­wała mi oka­zać. Byłem chłodny i zdy­stan­so­wany. Oskar­ża­łem ją o nie­zdol­ność widze­nia i słu­cha­nia mnie. Tkwi­li­śmy w emo­cjo­nal­nym śle­pym zaułku.

Posta­no­wiw­szy napra­wić naszą rela­cję, zare­zer­wo­wa­łem lot do domu, do Pit­ts­bur­gha. Nie widzia­łem matki od kilku mie­sięcy. Kiedy zbli­ża­łem się do celu, poczu­łem ucisk w klatce pier­sio­wej. Nie byłem pewien, czy naszą rela­cję da się napra­wić, wypeł­niały mnie różne uczu­cia. Byłem przy­go­to­wany na naj­gor­sze i odgry­wa­łem w myślach czarny sce­na­riusz: matka mnie przy­tuli, a ja, cho­ciaż pra­gną­łem poczuć się miękki w jej ramio­nach, zro­bię coś zupeł­nie odwrot­nego i zmie­nię się w kamień.

I tak się mniej wię­cej stało. Matka uści­snęła mnie, co znio­słem z tru­dem, ledwo mogłem oddy­chać. Popro­si­łem jed­nak, żeby nie prze­sta­wała mnie obej­mo­wać. Chcia­łem poznać od środka reak­cję swo­jego ciała, poczuć, gdzie zaczy­nały się opór i napię­cie, odczuć, co się ze mną dzieje, zoba­czyć, jak się zamy­kam. Były to nowe infor­ma­cje. Widzia­łem, jak to samo działo się w moich związ­kach. Ale tym razem posta­no­wi­łem nie odcho­dzić. Zamie­rza­łem ule­czyć tę ranę w miej­scu, gdzie się otwo­rzyła.

Im dłu­żej mnie obej­mo­wała, tym bar­dziej czu­łem, że eks­plo­duję. Odczu­wa­łem fizyczny ból. Po chwili zamie­nił się w odrę­twie­nie, które prze­szło z powro­tem w ból. A potem, po paru minu­tach, coś odpu­ściło. W klatce pier­sio­wej i brzu­chu poczu­łem drże­nie. Zaczą­łem mięk­nąć i w kolej­nych tygo­dniach mię­kłem coraz bar­dziej.

Pod­czas jed­nej z wielu roz­mów, które w tam­tym cza­sie odby­li­śmy, matka opo­wie­działa mi o wyda­rze­niu, do któ­rego doszło, gdy mia­łem nie­całe dwa lata. Z powodu ope­ra­cji pęche­rza mama musiała iść do szpi­tala na trzy tygo­dnie. Ta wia­do­mość pozwo­liła mi uło­żyć w całość frag­menty ukła­danki. Gdy matka i ja zosta­li­śmy roz­dzie­leni, w moim ciele zro­dziło się napię­cie, któ­rego nie byłem świa­domy. Kiedy wró­ciła do domu, nie ufa­łem już jej tro­sce. Zamkną­łem się na nią. Ode­pchną­łem ją wtedy i odpy­cha­łem przez kolej­nych trzy­dzie­ści lat. Lęk przed samot­no­ścią w końcu zaczął nabie­rać sensu.

Jesz­cze jedno wyda­rze­nie z wcze­snego dzie­ciń­stwa mogło obu­dzić strach, że moje życie może nagle zostać zruj­no­wane – strach, który stale mi towa­rzy­szył. Matka opo­wie­działa mi, że mój poród był bar­dzo trudny i lekarz musiał użyć klesz­czy. W rezul­ta­cie porodu klesz­czo­wego skóra mojej głowy była posi­nia­czona, a czaszka lekko odkształ­cona, co przy tego typu poro­dach zda­rza się czę­sto. Matka opo­wie­działa mi ze skru­chą, że przez to, jak wyglą­da­łem, z początku trudno jej było mnie przy­tu­lić. Ta histo­ria wywo­łała we mnie głę­boki oddźwięk i pomo­gła mi zro­zu­mieć uczu­cie roz­pa­czy, które tak głę­boko we mnie tkwiło. Trau­ma­tyczne wspo­mnie­nia z porodu, które zapi­sały się w moim ciele, wycho­dziły na powierzch­nię szcze­gól­nie wtedy, gdy sam musia­łem „uro­dzić” jakiś nowy pro­jekt lub wystą­pić przed publicz­no­ścią.

A potem zda­rzyło się coś, co wstrzą­snęło mną do głębi. Z jed­nej z ostat­nich roz­mów z matką przed jej śmier­cią dowie­dzia­łem się, że przez całą ciążę celowo sta­czała się ze scho­dów na brzu­chu, licząc na samo­istne poro­nie­nie. Onie­mia­łem i nie byłem w sta­nie odpo­wie­dzieć. Powie­trze w moich płu­cach nie chciało ufor­mo­wać się w słowa. Teraz zro­zu­mia­łem, skąd wzięło się słowo „uni­ce­stwiony”. Wła­śnie to działo się ze mną w łonie matki.

Samo zapo­zna­nie się z tymi zda­rze­niami prze­peł­niło mnie spo­ko­jem, a ponadto w zaska­ku­jący spo­sób zbli­żyło z moją matką.

Zbli­ży­łem się też do ojca, a stało się to tak: od roz­wodu rodzi­ców, kiedy mia­łem trzy­na­ście lat, ojciec miesz­kał samot­nie w małym, zruj­no­wa­nym miesz­ka­niu, któ­rego ni­gdy nie chciało mu się wyre­mon­to­wać, cho­ciaż był eme­ry­to­wa­nym sier­żan­tem mary­narki i pra­cow­ni­kiem budow­la­nym. Stare narzę­dzia, śruby, gwoź­dzie, zwoje taśm elek­trycz­nych i kle­ją­cych walały się jak zawsze po poko­jach i kory­ta­rzach. Kiedy sta­li­śmy obok sie­bie pośrodku oce­anu zardze­wia­łego metalu, powie­dzia­łem mu, jak bar­dzo za nim tęsk­ni­łem. Słowa roz­pły­nęły się w prze­strzeni. Ojciec nie miał poję­cia, co z nimi zro­bić.

Zawsze pra­gną­łem bli­skiej rela­cji z ojcem, ale żaden z nas nie potra­fił jej stwo­rzyć. Jed­nak tym razem kon­ty­nu­owa­li­śmy roz­mowę. Powie­dzia­łem mu, że go kocham i że jest dobrym ojcem. Opo­wie­dzia­łem mu o rze­czach, które dla mnie robił, gdy byłem mały. Czu­łem, że mnie słu­cha, cho­ciaż mogłoby się wyda­wać, że jest ina­czej, ponie­waż wzru­szał ramio­nami i pró­bo­wał zmie­nić temat. Przez kilka tygo­dni mówi­łem do niego i dzie­li­łem się wspo­mnie­niami. Aż wresz­cie któ­re­goś dnia pod­czas lun­chu spoj­rzał mi pro­sto w oczy i powie­dział: „Ni­gdy nie sądzi­łem, że mnie kochasz”. Z tru­dem zła­pa­łem oddech. Jasne było, że w nas obu poja­wił się wielki ból. I nagle otwo­rzyły się nam serca. Cza­sami serce musi pęk­nąć, żeby mogło się otwo­rzyć. W końcu zaczę­li­śmy oka­zy­wać sobie miłość. Zoba­czy­łem skutki zaufa­nia nauczy­cie­lom i powrotu do domu, gdzie pojed­na­łem się z rodzi­cami.

Po raz pierw­szy, odkąd się­ga­łem pamię­cią, pozwa­la­łem sobie na przyj­mo­wa­nie od rodzi­ców miło­ści i tro­ski – nie takich, jakie wyobra­ża­łem sobie, że powinny być, tylko takich, jakie potra­fili dawać. Byli tymi samymi rodzi­cami co zawsze. Róż­nica była we mnie. Zaczą­łem ich kochać.

Wcze­sne zda­rze­nia zwią­zane z moją matką i mną, w połą­cze­niu z podob­nymi trau­mami, które odzie­dzi­czy­łem wraz z histo­rią rodzinną – troje z moich dziad­ków wcze­śnie stra­ciło matki, zaś bab­cia w nie­mow­lęc­twie stra­ciła ojca (a wraz z nim uważ­ność i tro­skę pogrą­żo­nej w żało­bie matki) – przy­czy­niły się do powsta­nia mojego języka lęku. Słowa „samotny”, „bez­radny”, „znisz­czony” czy „uni­ce­stwiony” i towa­rzy­szące im uczu­cia powoli tra­ciły nade mną moc. Dosta­łem nowe życie, któ­rego istotną czę­ścią była odmie­niona rela­cja z rodzi­cami.

Moja matka ode­szła jakiś czas po uka­za­niu się pierw­szego wyda­nia tej książki. Nie­mniej przez kilka ostat­nich dekad jej życia udało się nam odbu­do­wać cie­płą rela­cję. Jej miłość, którą odbie­ra­łem kie­dyś jako inwa­zyjną i nie­wo­lącą, teraz przy­no­siła mi spo­kój i pokrze­pie­nie.

Mia­łem rów­nież szczę­ście doświad­czyć szes­na­stu lat bli­sko­ści z ojcem, zanim zmarł. To od mojego ojca, który przez ostat­nie cztery lata życia cier­piał na demen­cję, nauczy­łem się naj­wię­cej o kru­cho­ści i miło­ści. Udało nam się spo­tkać w tym miej­scu, poza myślami, poza umy­słem, gdzie ist­nieje już tylko naj­głęb­sza miłość.

Pod­czas podróży spo­tka­łem wielu wybit­nych nauczy­cieli. Jed­nak kiedy patrzę w prze­szłość, to moje oko – moje zmę­czone, prze­peł­nia­jące mnie prze­ra­że­niem oko – kazało mi odbyć podróż na drugi koniec świata, wró­cić stam­tąd do rodzi­ców i przez gąszcz rodzin­nych traum dotrzeć do wła­snego serca. To moje oko oka­zało się, osta­tecz­nie, naj­lep­szym ze wszyst­kich nauczy­cieli.

Gdzieś po dro­dze prze­sta­łem się w ogóle zaj­mo­wać okiem i tym, czy jest z nim lepiej, czy gorzej. Nie ocze­ki­wa­łem już, że będę znowu wyraź­nie widział. Z jakie­goś powodu stra­ciło to zna­cze­nie. Nie­długo póź­niej wzrok powró­cił. Nie ocze­ki­wa­łem tego. Nawet nie było to mi już potrzebne. Potra­fi­łem czuć się dobrze nie­za­leż­nie od stanu mojego oka.

Dzi­siaj mój wzrok dostaje 20 punk­tów w dwu­dzie­sto­punk­to­wej skali, cho­ciaż mój oku­li­sta zaklina się, że przy tej licz­bie blizn na siat­kówce nie powi­nie­nem wcale widzieć. Kręci głową i twier­dzi, że jakimś spo­so­bem świa­tło musi iść ryko­sze­tem i obcho­dzić dołek środ­kowy, cen­tralne miej­sce siat­kówki. Jak w wielu opo­wie­ściach o wyle­cze­niu i prze­mia­nie, to, co począt­kowo wyda­wało się wro­giem, oka­zało się osta­tecz­nie naj­więk­szym sprzy­mie­rzeń­cem. Cho­ciaż szu­ka­łem odpo­wie­dzi na naj­dal­szych krań­cach ziemi, oka­zało się, że to, co miało mnie uzdro­wić, nosi­łem w sobie.

Zdro­wie­nie to praca wewnętrzna. Na szczę­ście moi nauczy­ciele zapro­wa­dzili mnie z powro­tem do rodzi­ców i do sie­bie samego, do domu. Po dro­dze odkry­łem histo­rie rodzinne, które przy­nio­sły mi uko­je­nie. Wdzięcz­ność i uczu­cie bycia wol­nym spo­wo­do­wały, że posta­no­wi­łem uczy­nić swoją misją poma­ga­nie innym w odkry­wa­niu dla sie­bie tej wol­no­ści.

* * *

Do świata psy­cho­lo­gii tra­fi­łem przez język. Testy, teo­rie i modele zacho­wań nie inte­re­so­wały mnie ani na stu­diach, ani w pracy kli­nicz­nej. Zamiast tego sły­sza­łem język. Wypra­co­wa­łem spo­soby słu­cha­nia i nauczy­łem się sły­szeć, co ludzie tak naprawdę mówią, kiedy narze­kają i opo­wia­dają te same histo­rie. Nauczy­łem się poma­gać im ziden­ty­fi­ko­wać słowa, które pro­wa­dziły do źró­dła cier­pie­nia. I cho­ciaż nie­któ­rzy teo­re­tycy twier­dzą, że język zanika w cza­sie traumy, wie­lo­krot­nie widzia­łem, że nie jest stra­cony. Błąka się w pod­świa­do­mo­ści, cze­ka­jąc, aż zosta­nie z powro­tem odkryty.

Nie­przy­pad­kowo uwa­żam język za potężne narzę­dzie w lecze­niu. Odkąd się­gam pamię­cią, język był moim nauczy­cie­lem, spo­so­bem orga­ni­zo­wa­nia i rozu­mie­nia świata. Zaczą­łem pisać wier­sze, gdy byłem nasto­lat­kiem, i jestem skłonny rzu­cić wszystko (no, pra­wie wszystko), kiedy poczuję, że jakiś nowy język potrze­buje się naro­dzić. Wiem, że dzięki mojemu odda­niu języ­kowi doświad­czy­łem rze­czy, któ­rych ina­czej nie mógł­bym doznać. Dla mojego wła­snego pro­cesu ziden­ty­fi­ko­wa­nie słów „samotny”, „bez­radny”, „znisz­czony” i „uni­ce­stwiony” było klu­czowe.

Wycho­dze­nie z traumy pod wie­loma wzglę­dami przy­po­mina pisa­nie wier­sza. Obie czyn­no­ści wyma­gają wła­ści­wego momentu, odpo­wied­nich słów i obra­zów. Gdy speł­niają się wszyst­kie warunki, poja­wia się coś peł­nego zna­cze­nia, co można odczuć w ciele. Do zdro­wie­nia konieczne jest odpo­wied­nie tempo. Jeżeli zbyt szybko doj­dziemy do obrazu, możemy nie być gotowi go przy­jąć. Jeżeli za wcze­śnie usły­szymy słowa, które mają nas ukoić, możemy nie być gotowi, aby je usły­szeć. Jeżeli słowa nie są pre­cy­zyjne, możemy je zlek­ce­wa­żyć albo po pro­stu nas nie poru­szą.

W prak­tyce nauczy­ciela i pro­wa­dzą­cego warsz­taty łączę metody i narzę­dzia, które pozna­łem w cza­sie szko­leń doty­czą­cych dzie­dzi­cze­nia traumy z wie­dzą na temat klu­czo­wej roli języka. Nazy­wam to pracą z wewnętrz­nym języ­kiem (ang. _core lan­gu­age appro­ach_). Za pomocą kon­kret­nych pytań poma­gam ludziom odkryć głę­boką przy­czynę gnę­bią­cych ich obja­wów fizycz­nych i emo­cjo­nal­nych. Odna­le­zie­nie wła­ści­wego języka nie tylko wydo­bywa traumę, lecz także daje narzę­dzia i obrazy potrzebne do zdro­wie­nia. Widzia­łem, jak dzięki tej meto­dzie głę­boko zako­rze­nione wzory depre­sji, lęku i pustki zmie­niały się w chwili wglądu.

W podróży pro­wa­dzi nas język – ukryty język naszych zmar­twień i lęków. Ten język może być z nami przez całe życie. Może pocho­dzić od naszych rodzi­ców lub jesz­cze wcze­śniej, od poko­leń naszych pra­dziad­ków. Nasz wewnętrzny język (ang. _core lan­gu­age_) domaga się wysłu­cha­nia. Kiedy pój­dziemy tam, dokąd pro­wa­dzi, i wysłu­chamy jego opo­wie­ści, ujawni się jego moc roz­pra­sza­nia naszych naj­głęb­szych lęków.

Praw­do­po­dob­nie spo­tkamy po dro­dze zna­nych i niezna­nych człon­ków rodziny. Nie­któ­rzy nie żyją od lat. Z innymi nie jeste­śmy nawet spo­krew­nieni, ale ich cier­pie­nie bądź okru­cień­stwo mogło zmie­nić losy naszej rodziny. Być może odkry­jemy dawno zapo­mnianą tajem­nicę, albo i dwie. Jed­nak nie­za­leż­nie od tego, dokąd to nas zapro­wa­dzi, z mojego doświad­cze­nia wynika, że dotrzemy do nowego miej­sca w życiu z więk­szym poczu­ciem wol­no­ści w ciele i bar­dziej pogo­dzeni ze sobą.

W książce opie­ram się na histo­riach osób, z któ­rymi pra­co­wa­łem na warsz­ta­tach, tre­nin­gach i sesjach indy­wi­du­al­nych. Przy­padki, które opi­suję, są praw­dziwe, ale żeby chro­nić pry­wat­ność opi­sy­wa­nych osób, zmie­ni­łem ich imiona i inne szcze­góły, które pozwo­li­łyby je ziden­ty­fi­ko­wać. Jestem im głę­boko wdzięczny za umoż­li­wie­nie mi podzie­le­nia się sekret­nymi języ­kami ich lęków, za udzie­lone mi zaufa­nie i zgodę na to, bym usły­szał to, co kryje się pod ich sło­wami.Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1.

Mary S. Wylie, _The Limits of Talk: Bes­sel Van Kolk Wants to Trans­form the Tre­at­ment of Trauma_, „Psy­cho­the­rapy Networ­ker”, 16.07.2015, www.psy­cho­the­ra­py­ne­twor­ker.org/maga­zine/article/818/the-limits-of-talk.

2.

Rachel Yehuda, Jona­than Seckl, Mini­re­view: _Stress-Rela­ted Psy­chia­tric Disor­ders with Low Cor­ti­sol Levels: A Meta­bo­lic Hypo­the­sis_, „Endo­cri­no­logy”, 4.10.2011, http://press.endo­crine.org/doi/full/10.1210/en.2011-1218.

3.

Ronald C. Kes­sler i inni_, Post­trau­ma­tic Stress Disor­der in the Natio­nal Comor­bi­dity Survey_, „Archi­ves of Gene­ral Psy­chia­try”, 52(12) (1995): 1048–60, doi:10.1001/arch.psych.1995.03950240066012.

4.

Judith Shu­le­vitz, _The Science of Suf­fe­ring_, „The New Repu­blic”, 16.11.2014, new­re­pu­blic.com/article/120144/trauma-gene­tic-scien­ti­sts-say-parents-are-pas­sing-ptsd-kids.

5.

Josie Glau­siusz, _Sear­ching Chro­mo­so­mes for the Legacy of Trauma_, „Nature”, 11.06.2014, doi:10.1038/nature.2014.15369, www.nature.com/news/sear­ching­chro­mo­so­mes-for-the-legacy-of-trauma-1.15369.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij