Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Niedobra miłość - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
17 października 2026
19,89 zł
1989 pkt
punktów Virtualo

Niedobra miłość - ebook

Agnieszka kocha swojego męża i ufa przyjaciółce. Gdy Pawła i Renatę połączy namiętność, jej małżeństwo stanie się bolesną walką o uwagę, bliskość i własną godność. „Niedobra miłość” to poruszająca powieść psychologiczna i obyczajowa o zdradzie, zazdrości i emocjonalnym uzależnieniu. Zofia Nałkowska odsłania skomplikowane relacje, w których szczęście jednej osoby staje się cierpieniem drugiej. Jak długo można walczyć o miłość, która niszczy?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna polska
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 618 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

Pan Zaniemski, który był niewątpliwie jednym z najmilszych ludzi w tym miasteczku, mówił właśnie z powodu niej, że człowiek przynosi ze sobą na świat swój los, że go sobą określa i warunkuje. Tak się wyrażał. Ale było to w czasie, gdy Agnieszka zaledwie tam przyjechała, gdy zaledwie wtargnęła w nasze życie, jak pachnący wicher z dalekiej ziemi.

Dla mnie to było wtargnięcie. Pan Zaniemski zaś mówił: „wpłynęła w nasze życie szeroką, jasną falą, jak rzeka“.

Agnieszka Blizbor!

Tak, istotnie była jeszcze wtedy podobna do siebie, podobna do swego przeznaczenia. Była zgodna ze swoim typem.

Dziwne w tym wszystkim było jedynie jej znalezienie się pośród nas, jej przyjazd tam. Słusznie też wydawało się dziwnym jej małżeństwo z Blizborem — właśnie pani Słuczańskiej.

Jaki zbieg okoliczności! Bo pani Słuczańska dziwiła się najbardziej. Zresztą dlatego może, że jej najłatwiej to przychodziło. Miała bowiem duże, okrągłe oczy brązowe, z natury już zdziwione. A gdy jeszcze podniosła do góry swoje cieniutkie brwi, to na jej twarzy malowało się od razu nawet zdumienie.

Zwykle zresztą miała te brwi cokolwiek w górę uniesione, ale właśnie te ich końce, które są bliżej nosa — czyli odwrotnie, niż Mefistofeles. Więc wówczas, gdy się niczemu nie dziwiła, to przynajmniej zawsze była czymś zatroskana.

Muszę przyznać, że zarówno do troski, jak do zdziwienia, nie brakło jej wcale powodów.

Pani Słuczańska miała na imię Renata. I już to samo musiało ją czasami trochę dziwić.

Tak tedy pan Zaniemski mówił wówczas o Agnieszce, że przyniosła ze sobą na świat swój los. Ale ja uważałam, że nie miał słuszności — i to wcale nie dlatego, bym już wtedy przewidywała zmiany, jakie w losie Agnieszki później zaszły. Nie, tego doprawdy przewidzieć nie mogłam.

Mnie się wydaje, że człowiek rodzi się każdy możliwy. Właśnie tak muszę to powiedzieć: _każdy możliwy_. Wszystko z nim może być — najbardziej odmienne, najbardziej mu zaprzeczające, najdalsze.

Charakteru nie ma właściwie, póki rozważamy go w oderwaniu, charakter nie istnieje sam przez się. Przedłużenie każdej z cech wrodzonych sięga w nieobjętą głąb możliwości, prowadzi aż do gwiazd.

Dopiero obcy świat, następujący zewsząd i z bliska, zamyka te otwarte drogi, każdej z możliwości wyznacza ostateczną granicę. Dopiero ludzie decydują wreszcie jakoś całą tę sprawę.

Przecież w stosunku do każdego człowieka stajemy się, _jesteśmy_ kimś innym. Nie po kolei, w biegu życia, ale o jednej i tej samej godzinie. Cudzy charakter jest naszego charakteru jedyną miarą.

Jakość cudzej duszy człowieczej, jej zakres zmienny, niewiadomy, płynny, wyznacza nam wciąż nową rolę, za każdym razem inaczej nas definiuje.

W ciągłej, niewiedzianej pracy manifestowania siebie charaktery nawzajem się korygują, nadają sobie wciąż nowe stopnie hierarchii, opatrują się wciąż nowym znakiem algebraicznym i tak wzajemnie nasycają się wartością.

Między człowiekiem i człowiekiem jest przestrzeń ziemi, wody i powietrza. Stoją między nimi mury domów i szpitali, kościołów i więzień.

Ale między charakterami ludzi nie ma nic. W miejscu, gdzie kończy się nasza dusza, zaraz zaczyna się inna. Nasza złość przylega ściśle do cudzej dobroci, kurczy się od jej wielkości albo ją sobą pomniejsza i ogranicza. Nasza pycha mierzy się cudzym poniżeniem i jest przez nie ciasno zewsząd opasana. Pożądanie władzy i szczęścia rozrasta się wcale nie w próżni, ale każdym swym nasyceniem sięga w głąb cudzej krzywdy.

W dziedzinie wartości nie ma pustego miejsca — i zawsze nasz kształt moralny wykreśla granice cudzych duchowych światów i przez nie jest nieustannie normowany.

Każde poruszenie wewnętrzne — ku doskonałości czy w stronę upadku — powoduje przesunięcie się rozkładu wartości w tym zespole. Dziedzina relacji psychicznych, tych najściślejszych zależności i powiązań, jest doskonale zorganizowana, podlega prawom równie ścisłym, a bardziej zadziwiającym, niż układ ciążenia w systematach słonecznych świata.

Nic nie może się wyłamać spod działania tych zależności. Nic nie jest samo.

Więc jakże można było mówić, że Agnieszka stworzona jest do wspaniałego, bujnego życia. Że jej młodość i uroda musi zniewalać serca, olśniewać ludzi i czarować. Że przeznaczeniem jej jest budzić podziw i siać szczęście, że jej udziałem jest triumf i zwycięstwo.

Jakże można było tak mówić — nawet gdyby Agnieszka żądała od ludzi i świata takich rzeczy. Chociaż mogło się tak wydawać. I chociaż wydawało się tak panu Zaniemskiemu i pani Renacie.

Bo ja myślę, że nawet tego nie żądała. Że chciała daleko mniej. Że — taka, jaka była — pragnęła może do końca tylko cichego szczęścia we dwoje — nic więcej.2

Już co do pani Słuczańskiej, tej zdziwionej zawsze Renaty, to rzeczywiście mogłam była mniemać, że znam ją dobrze.

Szukałyśmy siebie często nawzajem, obie przybyłe z daleka, obie tam nowe i obce. Łączyły nas różne samotne wieczory, różne długie, intymne popołudnia, dalekie jazdy wspólne po wiosennych drogach.

Byłyśmy tam nowe i obce, to prawda. Ale ci, co przyjechali później, byli bardziej nowi, a my dla nich byłyśmy właśnie dawne, właśnie tutejsze.

I powoli stałyśmy się takie naprawdę — nawet we własnych oczach.

Pani Renata, której może nie byłabym zauważyła gdzie indziej, w tłumie światowych kobiet, tam była mi swoja i bliska.

I mogłabym myśleć do końca, że jest taka, mogłabym nie dowiedzieć się nigdy, co z nią jest możliwe — więc: co już wtedy jako możliwe tkwiło _w niej_.

Bo to prawda, że dopiero w zestawieniu z innymi ludźmi, czasami nawet w zestawieniu z jednym innym człowiekiem ujawnia się wreszcie to coś, co inaczej nie doszłoby nigdy do głosu.

Ale przecie wówczas Renata wydawała się taka w zestawieniu w ogóle ze wszystkimi. Cicha, śliczna, wzorowa, aż niezrozumiała w tej swojej malutkiej, nieposzlakowanej doskonałości.

Żyła w obecnym towarzystwie swego męża, w sferze skromnych urzędników starostwa, ludzi zapracowanych i ubogich. Wymieniała wizyty z ich żonami. Te odwiedziny dawały jej niewątpliwie dosyć materiału do zdziwienia, niektóre rzeczy po prostu ją tam raziły — ją, wychowaną kiedyś starannie, noszącą w całym sposobie bycia piętno tak zwanego dobrego domu. Jednakże Renata nade wszystko dbała, by nikogo nie urazić, nikomu nie zrobić przykrości. Była tylko zatroskana, gdy zauważyła coś złego, i medytowała, jak temu zaradzić.

Na jakichś przyjęciach, na publicznych miejscowych balach nie pamiętała jakby o tym, że jest młoda i ładna, nie pragnęła wcale się podobać. Zupełnie co innego miała w głowie. Była tą, która przedstawiała znajomych młodych ludzi nie tańczącym kobietom, przysiadała się do starszych pań, zapomnianych i samotnych, by mówić im miłe słowa o ich córkach. Baczyła, czy mniej wyrobione, świeże w towarzystwie osóbki nie popełniają jakich niewłaściwości. Nie robiła uwag, tylko z serdeczną troską, z nie zaspokojoną czułością macierzyńską wyrastała gdzieś na ich drodze i podsuwała delikatnie, co trzeba zrobić.

Można by powiedzieć, że była to gorliwość towarzyska nadmierna i niemodna już dzisiaj, pospolita, parafiańska cnota. Ale w zetknięciu ze sprawą ważną, z zagadnieniem życia lub honoru cechy te urastały nagle do rozmiaru niezwykłych zalet charakteru, stawały się ważne i wielkie, stawały się bezcenne. Taki zawsze gotowy zapas zamagazynowanej dobroci i czystości dodawał otuchy, uspokajał, zapewniał jak gdyby jakieś najwyższe bezpieczeństwo.

Miarą charakteru Renaty był jej stosunek do męża.

Renata na parę zaledwie lat przed owym czasem wyszła za wdowca, znacznie od niej starszego. Oczywiście, nie znałam dokładnie ich wieku, tych rzeczy nie wie się nigdy tak na pewno. Ale różnica była już na pierwszy rzut oka uderzająca.

Pan Słuczański miał włosy zupełnie siwe, był suchy, zwiędły, przygarbiony. Jego żółta, koścista twarz o prostych rysach i długim owalu dawała jeszcze niekiedy — w pewnych skrótach i oświetleniach — sugestię urody męskiej dość szlachetnej. Ale nikt nie miał chęci doszukiwać się w nim tych przeminionych wartości. Był cały jakby zgnieciony, starty przez życie, odrzucony na bok i zaledwie widoczny. Był nade wszystko zmęczony. Wczesnym rankiem biegł do owego starostwa i tam pracował ciężko, jak inni. Powracał zdyszany do domu, na obiad, przyrządzony jak najstaranniej przez panią Renatę. To prawda, że był jakby niewidoczny. Trudno go było kiedykolwiek zastać, trudno go było zobaczyć. Jeżeli nawet był w domu, to leżał w swoim pokoju, wypoczywający lub po prostu chory. Cierpiał na migreny, na złe jakieś stany nerwowe. Ale najczęściej jednak go nie było. Lubił wychodzić sam za miasto, spacerował często aż do zmierzchu. W niedzielę — jedyne dni, gdy nie miał pracy — wyjeżdżał zwykle na polowanie, a latem łowił ryby.

Gdy jednak jakoś znalazł się między ludźmi, gdy przyszedł tam, gdzie już koniecznie wypadało mu być, usiłował na razie coś robić, śmiał się i żartował. Jakże to wypadało ubogo i żałośnie! Jakim okupione było wysiłkiem woli! Siwe jego oczy, siwe, jak włosy, błyszczały krótko sztucznym blaskiem. I zaraz gasły. Gasł cały w oczach, nikł i szarzał — blady, chory z przymusu.

Jeżeli mam szczerze mówić, nic w nim nie było ciekawego. Wyglądał, jakby gniotła go jakaś zmora. Albo po prostu był zmęczony.

Dla kobiety tego typu, co Renata, być żoną starego męża — to nie było łatwe zadanie. Ambicja kobieca, surowa godność wewnętrzna nakazywała jej ustawiczną czujność, obronę ciągłą tej ryzykownej placówki.

Starała się nigdzie nie bywać bez męża, wszystkie prawie godziny dnia spędzała w domu. Nie zawsze to jednak było możliwe.

Każdy najmniejszy dowód zainteresowania ze strony mężczyzn wydawał jej się obelgą. Tak to czuła. Drżała z oburzenia na samą myśl o tym i była wtedy aż dziecinna. Jakiś porucznik, który w najlepszej wierze parę razy z rzędu zaprosił ją na balu do tańca, przyprawił ją o gorączkę. Nie mogła tego znieść i wreszcie zażądała od zdumionego chłopca, by tego więcej nie robił. Gdy dyrektor miejscowego banku, pan Niewolewski, człowiek zamożny, jeszcze nie stary i przystojny, dwa razy ucałował jej rękę na pożegnanie, przybiegła do mnie w rozterce, radząc się, co ma robić. Nie chciała rzucać rozpoczętej pracy, ale wytrzymać nie mogła jego wzroku, szukającego jej oczów — i wbrew mym radom wystąpiła z towarzystwa, gdzie pan Niewolewski był prezesem.

Jakimże kłopotem musiała być dla mężczyzn ta kobieta o ciele różowym i płomiennych oczach, powlekających się łzami przy każdym uśmiechu i rumieńcu. Wilgotny ogień jej spojrzenia wprowadzał w błąd tak łatwo.

Skwapliwa i uprzedzająca wobec niższych, Renata stawała się trudna, harda, niedostępna, gdy szło o ludzi, przewyższających ją położeniem towarzyskim. Najdalsza myśl o upokorzeniu była dla niej nie do zniesienia.

Niewątpliwa naiwność tych Renaty zalet i cnót dodawała im tylko uroku, a zarazem także — gwarancji.

Bo jednak Renata była do gruntu skromna w mniemaniu o sobie, pragnąca tylko innych podziwiać. Tak, musiała koniecznie kogoś uwielbiać, musiała otwierać okrągło śliczne swoje oczy i podnosić wysoko brwi wąziutkie, by temu podziwowi dać wyraz.3

Przyjazd państwa Blizborów do naszego miasteczka zakołysał układem tej równowagi.

Pewnego zimowego popołudnia wybrałam się do pani Renaty bez wyraźnego powodu.

Było to na tydzień może przed świętami Bożego Narodzenia. Po paru dniach odwilży brał lekki mróz. Na szkliste błoto ulic sypał się śnieg rzadki, drobny, powiewny i cichy. Pomimo wczesnej godziny było już ciemno.

Państwo Słuczańscy mieszkali prawie za miastem, w dzielnicy ubogiej, na krańcu przedmieścia. Konie stanęły przed ledwie widoczną w parkanie bramą, w miejscu, oznaczonym przez mostek nad głębokim ściekiem. Zza ogrodzenia wystawały czarne gałęzie sadu.

Drewniany, pospolity dom o małych oknach i ubogim ganku stał w tych gałęziach. Za furtką nawiany do zagłębień śnieg zebrał się już w dwie smugi, wyznaczające ścieżkę, i w czarnej trawie sadu leżał tu i ówdzie wśród drzew białymi, rzadkimi płatami. Splątane gałęzie wina wchodziły kręto do góry po słupach ganku.

Ten ganek na zimę był zamknięty. Więc trzeba było obejść dom z lewej strony, by przez wąską, nieogrzewaną sień koło kuchni wejść do wnętrza. Ubranie i boty zdejmowało się dopiero w jadalni.

To wszystko nie było naturalnie zachęcające. Ale gdy się już weszło do mieszkania, od razu wydawało się tam ładnie i dobrze. Wszystko miało swoje najwłaściwsze, jedyne miejsce i radowało oczy cichą, skromną urodą. Sztywna białość firanek i duże na niej, ciemnozielone liście roślin hodowanych oddzielały to wnętrze od świata.

Ciepło pokoju już ode drzwi buchało na człowieka i miało, jak na wsi, wiadomy zapach rozpalonych cegieł i nagrzanych sprzętów. I, jak na wsi, skądś, z głębi, grubo szczekał pies.

W tej jadalni — jedynym naprawdę mieszkalnym miejscu domu — pani Renata siedziała zwykle sama, coś szyjąc lub haftując w żółtym świetle dużej, opuszczonej na stół lampy. Niekiedy zaś nieśmiało grając na mieszczącym się tutaj też pod ścianą fortepianie.

Była często nie tylko sama w tym pokoju, ale sama w całym domu — oprócz małej służącej i owego psa, którego trochę się bała. I siedziała tak — zawsze świeża, gładko uczesana, ubrana czysto i starannie — jakby w tej właśnie chwili czekała jakichś miłych odwiedzin. A przecież tak rzadko odwiedzał ktokolwiek ten ich daleki domek.

Jechałam tam więc w tej myśli, że znajdę panią Renatę samą. I bez wiedzy o tym tak ją sobie widocznie od początku w żółtym świetle lampy pochyloną przy stole nad jakimś szyciem wyobrażałam. Bo zdziwiło mię, gdy zastałam pokój pełen ludzi.

Skądże mogłam wiedzieć, że o tej przedświątecznej porze zjechali do domu obaj dorośli synowie pana Słuczańskiego, pani Renaty pasierby. Była tam też znajoma moja, młoda, poważna dziewczyna, Mania Siesławska, córka nauczyciela, której jednak dotąd nigdy u Słuczańskich nie widziałam. Od stołu podniósł się wreszcie tym razem i sam nieobecny zawsze pan Słuczański.

Wśród zebranych jedynym nieznajomym był dla mnie starszy z przyjezdnych, Justyn. Młodszego, Julka, znałam od dawna, jeszcze jako wyrostka, gdy zaledwie skończył szkołę. Później przyjeżdżał już w czapce studenta. Każde parę miesięcy nieobecności przeobrażało go w sposób zadziwiający. Zawsze zjawiał się, jak ktoś nowy.

Najdawniej był ponury i skryty, małomówny, nadąsany i w ogóle nieprzyjemny. Pamiętam, że jednak raz płakał. Już wtedy zauważyłam cichą, równą, trochę roztargnioną dobroć, którą humory jego łagodziła pani Renata. Sposób, w jaki całowała jego czoło na powitanie, był całym poematem. Brała głęboko i poważnie swą rolę, to biło w oczy, w najlepszej wierze i według swej najlepszej wiedzy pragnęła „zastąpić mu matkę“.

Następny już przyjazd owego Julka to było coś niesłychanego.

Stał się nagle nienaturalnie śmiały, głośny, zabierający wiele miejsca, wyrażający „bezwzględnie“ swoje gusta i swoją wolę. Straszliwa, powiedziałabym, wprost nieubłagana wiedza sportowa, mnóstwo egzotycznych nazwisk i brzmień, a także stopień najwyższy wtajemniczenia w istotę radia, dawały mu nad całym otoczeniem niezaprzeczoną przewagę, o której nie dał zapomnieć.

Pewne rzeczy uważał za niewłaściwe i mówił o nich z naciskiem: „to jest nie do pomyślenia“. Inne wydawały mu się po prostu „zoologiczne“. Umieszczał to przy każdej sposobności, szczególnie doprawdy podobał mu się ten wyraz. Ale pod koniec wakacji zamiast „zoologiczne“ mówił już „fantastyczne“. I to było lepiej, obejmowało bowiem łatwo większą jeszcze ilość negatywnych zjawisk.

Był wtedy brzydki, pucołowaty i czerwony. Później wyładniał. Ale pewna lekka wada wymowy, skandowanie sylab i zbytnie napieranie językiem na zęby, została mu już na zawsze. Otóż w interpretacji tej wymowy samo brzmienie: „fantastyczny“ nabierało zupełnie szczególnej barwy, stawało się mocne, patetyczne, zupełnie bezapelacyjne.

I w tym okresie na dobro pani Renaty muszę zapisać, że częściej jakieś opinie lub żądania pana Słuczańskiego wydawały się Julkowi fantastyczne, niż jej, Renaty.

Później to wszystko się uspokoiło i weszło w jakieś łożysko. Pan Julian przyjechał w nowej odmianie — szczuplejszy, jednak cichszy, rzeczywiście dorosły. I bardzo elegancki. Już samo przyleganie włosów do czaszki, już sam uważny sposób, w jaki — uniósłszy brwi — oglądał swoje paznokcie — wszystko tu było znamienne.

Dało się to po prostu wyjaśnić okolicznością, że dostał korepetycje w zamożnym domu. Ale było też zapewne wyrazem istotnie nowej fazy rozwoju — może pierwszej miłości (która u młodszych od nas wydaje nam się zawsze przedwczesna i trochę niewłaściwa). Bo i jego stosunek do pani Renaty stał się inny — nie serdeczniejszy pewno, ale delikatniejszy, bardziej wyszukany. Ojca traktował teraz z niejaką pobłażliwością, dość dobrotliwie. Lubił go za to, że nie potrzebował już korzystać z jego skąpej pieniężnej pomocy. Była to bardzo przyjemna odmiana owego dawnego Julka.

Jednak nie ostateczna. Tym razem bowiem przyszło mi także zobaczyć coś zupełnie nowego. Młody Słuczański stał się jeszcze wyższy i szczuplejszy, ale włosy miał znów nie przygładzone, ubiór mniej staranny i znów żadnej nie przywiązywał wagi do swych manier i zachowania. Niewątpliwie zbyt głośno i tonem bardzo koleżeńskim umawiał się z Manią Siesławską na ślizgawkę. Nie miałam jednak możności bliżej rozważać wówczas tej nowej przemiany, gdyż głównie pociągnął moją uwagę jego brat starszy, Justyn, którego właśnie widziałam wtedy po raz pierwszy.4

Zasiedliśmy przy tym samym stole jadalnym, w ciepłym świetle, idącym spod żółtych, jedwabnych falban abażuru.

Pani Renata ustawiła coś na stole, przyrzuciła serwetek, których tyle sama wyhaftowała, i usiadła naprzeciwko mnie. Patrzyłam na nią z upodobaniem, tak niezwyczajnie była ożywiona. W tym młodym otoczeniu i jej młodość nabierała życia i blasku, nabierała sensu. Mimo ożywienia jednak z drobnych, świeżych ust jej nie schodził wyraz roztropności, jakby dziecinnego rozsądku. Tylko oczy robiły się zupełnie okrągłe, czarne i wilgotne z przejęcia.

Od razu grzecznie wprowadziła mię w rozmowę. Naprzód powrócił oto z zagranicy starszy syn, którego nie widzieli blisko trzy lata. Więc jest wielka uroczystość. Po wtóre, miastu naszemu przybywa nowa interesująca para, państwo Blizborowie.

— Bo ona jest Walewiczówna z domu, jak się okazuje — podjął informacyjnie Justyn Słuczański. — Córka Melchiora Walewicza.

No tak, to dosyć było powiedzieć. To już nie wymagało komentarzy. Samo nazwisko kwalifikowało tę wiadomość, dawało miarę całego zdarzenia.

Któż nie słyszał o Melchiorze Walewiczu!

I Justyn mówił o nim z upodobaniem, z prawdziwą chęcią. Znał go bowiem od szeregu lat, spotykał się z nim w Paryżu i później w Genewie, a dawniej jeszcze w kraju. Przez pół roku pracował nawet przy nim w ministerstwie i najwięcej wtedy skorzystał. Zaciekawiała go żywo ta postać, indywidualność wybitna, rzadki rozum polityczny. Nigdy nie myślał, żeby mu przyszło tutaj właśnie, w drodze do naszego miasta, poznać jego zięcia, tego Blizbora.

— Tu muszą być w okolicy majątki Osienieckich, hrabiny Osienieckiej, prawda? — przerwał sam sobie, zwracając się do ojca.

Pan Słuczański odpowiedział, że tak.

— No właśnie — roześmiał się Justyn. — Bo młody Osieniecki też coś tam robi przy naszym poselstwie. Zabawna rzecz, że najmniejsza prowincja, jaka jest na świecie, to dyplomacja. Wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą, wszyscy się znają. To są wciąż ci sami ludzie, powtarzają się w różnych kombinacjach, widzi ich się naprzód tu, później tam, odchodzą i wracają. Nigdy jakoś nie odchodzą zupełnie, chyba z konieczności. To życie bardzo wciąga. Prawda, że wszystko jest jak gdyby przewidziane, odbywa się i zamyka w gotowych ramach. A jednak tkwi w tym i powab ryzykownej gry. Jedno posunięcie orzeka czasem o całym losie...

Co do sprawy Walewicza, wiadomej nam z gazet, Justyn był pewien jego słuszności. Ufał mu całkowicie. Walewicz przewiduje z góry, co może nastąpić, oblicza wszystko na dalszą metę. To lepiej nawet, że teraz wrócił do kraju. Tymczasem pozostaje jakby na boku — dlatego tylko, by ukazać się znów dopiero w chwili właściwej. I niewątpliwie na daleko wyższym stanowisku.

Ponieważ nikt z nas nie miał w tej sprawie swego zdania, więc chętnie uwierzyliśmy młodemu dyplomacie.

Justyn Słuczański nie miał jeszcze trzydziestu lat. Był zaledwie nieco starszy od Renaty, może w jej wieku. Ale robił wrażenie człowieka skończonego, zaznaczonego wyraźnie, zdecydowanego w sylwecie aż do najmniejszych szczegółów.

Przekazany mu w ogólnych zarysach typ fizyczny ojca doskonale się tu nadał — owa szlachetność urody, pewne cechy dobrej rasy właśnie do niego raczej pasowały, w nim lepsze, niż w ojcu, znalazły zastosowanie. Twarz miał większą i nieco grubsze rysy, postawę mocną, ruchy pewne i trafne. A ponadto zupełne zharmonizowanie tej całości — głosu, śmiechu, patrzenia.

Myślało się mimo woli, że w równej harmonii jest właśnie u niego charakter i los.

A także myśl i słowo. Bo mówił z przyjemnością, mówił dobrze. Słowa szły ku niemu same i takie, jak trzeba. Mówił chętnie.

— O małżeństwie panny Agnieszki wspominali mi coś już dawniej, za granicą, ale bez żadnych szczegółów. Tego Blizbora wcale nie znałem i na pewno nigdy nawet o nim nie słyszałem. I oto poznaję go tutaj, po prostu w wagonie — jako zięcia Walewicza... Od razu wsiedliśmy obaj do jednego pustego przedziału. Ten nieznajomy pan wydał mi się jakimś niewesołym, ale dość dobrodusznym _hobereau_, nawet jakimś wiejskim rządcą, przyzwoitej zresztą powierzchowności. Minęliśmy w milczeniu szereg stacji, odczytując swoje gazety. Potem wymieniliśmy gazety — i znów lektura zajęła nam parę stacji. Wreszcie wynikła jakaś rozmowa. Stało się pewnym, że obaj jeden mamy cel podróży, i że on jedzie tutaj, by objąć miejsce w województwie, dość podrzędne. Na święta ma jeszcze wrócić do siebie, a po Nowym Roku przyjedzie już z żoną. Ode mnie dowiedział się, że po dłuższej nieobecności w kraju wybrałem się odwiedzić rodzinę. To nam wystarczyło na długo. Nie wydał mi się zajmujący ani rozmowny, więc zostawiłem go w spokoju. I dopiero na przedostatniej stacji doszliśmy jakoś do niektórych znajomości zagranicznych, które okazały się wspólne, i do Walewicza, który okazał się jego teściem.

Justyn roześmiał się przyjemnie.

— Doprawdy, uczyniłem wszystko, aby nie zdradzić wcale zdziwienia. Powiedziałem mu tylko, że miałem też zaszczyt znać tam jego żonę. Ale właśnie należy ją znać, aby to zdziwienie moje zrozumieć...

Rozmawiałem z nią i widywałem ją często — z daleka i z bliska — przy różnych okazjach jak najbardziej reprezentacyjnych. Była uroczym dzieckiem i damą wyrafinowaną zarazem, znającą się równie dobrze na odmianach prawdziwych koronek, jak na protokole dyplomatycznym. Jej miłe konwersacje przy stole ze starymi generałami i ministrami, z różnymi _duairière’ami_, na pewno nie robiły tam źle Walewiczowi. No i o jej zamążpójściu w tych warunkach można sobie też było myśleć jak najlepiej... Tymczasem trudno jest zrozumieć, co ją skłoniło do wyjścia za tego Blizbora, który, jak widać, nawet nie jest bogaty.

— Może się zakochała — powiedziała naiwnie pani Renata.

— Chyba że tak — roześmiał się Justyn.5

Gdy Mania wyszła wtedy od państwa Słuczańskich, Julek wyszedł z nią razem, żeby ją odprowadzić do domu.

Znali się nie od dziś, oczywiście. Ale nie była to taka prosta, sztubacka znajomość. Zawsze coś niejasnego stało między nimi dwojgiem, jakaś przeszkoda z jej strony, nieufność czy upór. I to od czasów najdawniejszych, to znaczy — powiedzmy — od czterech lat. Julkowi na przykład nigdy nie było wolno do niej zwyczajnie przyjść — nawet na krótko, nawet po książkę, nawet żeby się umówić na tenisa. Mógł ją spotkać tylko poza jej domem — w ogrodzie, na ulicy, na korcie. — Nie, nie, w domu nie — odpowiadała prędko na każdą jakąś próbę z jego strony. Ale nie wyjaśniała wcale tej sprawy.

Przy tym za każdym przyjazdem Julka i ona zawsze była trochę inna.

Najgorsza wydawała mu się dwa lata temu, w wakacje, gdy właśnie skończyła gimnazjum wśród wielkich pochwał nauczycieli i nawet niejakiego podziwu koleżanek. Sama mówiła zresztą, że nic nie umie. Ale było w tym więcej próżności, niż gdyby chwaliła się swym wyróżnieniem. O, była wtedy nieznośna — złośliwa, pyszna, śmiejąca się pogardliwie. Nie łatwo ją było zadziwić, i Julek nawet tego nie próbował. Miała jesienią wyjechać na uniwersytet. Później jednak to się nie stało.

W roku następnym znów Julek zrobił się tym, którego zadziwić a nawet zainteresować było trudno. Przypadł mianowicie na ów czas wiadomy już okres elegancji i niejako wystarczania sobie. Z Manią nie spotykał się nawet na tenisie. Za jedyny sport odpowiedni dla gentlemana Julek uznał wówczas polowanie i tego się już trzymał.

Teraz, nazajutrz po swym przyjeździe, Julek spotkał Manię także na ulicy. Wracała właśnie z biura. Tak, powiedziała mu, że już drugi rok pracuje.

Może dlatego wcale nie była teraz pyszna ani wzgardliwa, tylko spokojna i poważna. Prawie się nie śmiała.

Pani Renata widywała już nieraz dawniej tę wyrośniętą, małomówną, trochę dziką dziewczynę. Wiadomo jej było, że u Siesławskich jest bieda, że nie bywają nigdzie — i troskała się tym według swego zwyczaju. Poprosiła więc teraz Julka, by kiedy Manię Siesławską przyprowadził. Szło jej przede wszystkim o to, by Mania „się obyła“. Liczyła też, że wobec przyjazdu chłopców do domu dziewczyna rozerwie się trochę w ich towarzystwie.

Tego rodzaju troski i zabiegi były właśnie dla Renaty bardzo charakterystyczne.

— Jakie jest pani zdanie o moim bracie? — spytał Julek, gdy tylko wyszli z ciepłego wnętrza domu na mróz i ciemność.

Pilno mu było do tej rozmowy. Musiał mówić o Justynie, którego nie widział trzy lata. A teraz spotkali się prawie jak ludzie obcy.

— Moje zdanie — powtórzyła Mania powoli i jakoś bezbarwnie. Bo nie było w tym ani pytania, ani nawet zastanowienia. Może tylko działanie na zwłokę.

— Tak. Jakie on zrobił na pani wrażenie?

— On robi dobre wrażenie — odrzekła Mania po dłuższej chwili, ważąc słowa.

Julek mógł myśleć, że ona przystaje, tak mówiąc, na coś, co nie jest po jej myśli. Niby ktoś wybredny, nie mogący jednak zaprzeczyć oczywistości.

Ale mogło tak nie być. Jej głos bez intonacji nic naprawdę nie wyrażał.

Julek był dumny z brata. Cała ta sprawa jednak wymagała komentarzy. Miał wiele zastrzeżeń i pragnął gorąco porozumienia.

Nie znajdując rezonansu, umilkł. I szli przez chwilę, nic nie mówiąc.

Śnieg już nie padał. Z daleka, od strony miasta, słabo dochodziło dzwonienie sani. Było biało, cicho i ciemno. Ale w pustej ulicy, za węgłem wysokiego parkanu, świeciła na cienkiej tyce jedna odległa latarnia. I to już wystarczyło, by śnieg pod nogami cudnie się iskrzył.

Julkowi szło zresztą nie tylko o Justyna w tej chwili — ale o siebie. I może też trochę o nią, o Manię.

Myślał bowiem, że gdy tylko na coś przystać, to natychmiast wartość innych rzeczy staje się mniejsza. Wszelka słuszność przenosi się z jednej rzeczy na drugą od razu cała, nic nie zostaje. Nie może jej być jednocześnie trochę tu i trochę tam.

— Widać, że powiedzie mu się w życiu — dodała jeszcze Mania tym samym głosem. Tak, iż mogła to być pochwała lub nagana, a także ironia.

Julek przyjął, że to jest ironia.

— Otóż to — powiedział żywo. — Ma wszystkie dane, żeby mu się powiodło.

— Ma istotnie — potwierdziła ona.

Jednakże byłoby najłatwiej, gdyby Mani Justyn się nie podobał, i gdyby właśnie Julek mógł go bronić. Trochę jak gdyby na to liczył — jeszcze tam, w domu, miał to wrażenie.

Musieli iść ostrożnie, chociaż nie było ślisko. Śnieg przywiał szpary głębokie między płytami chodnika, różne dziury i wyrwy małomiejskiej uliczki.

Już dwa razy Mania źle stąpnęła, i Julek zamyślał wziąć ją pod rękę. Nie zrobił tego jednak. Jej nieczytelny, długi profil nie obudzał ufności. Tak samo, jak sposób mówienia, w którym nie było nic doprawdy poza słowami.

I Julek znów pomyślał, że takiej dziewczynie, jak Mania, właśnie Justyn podobać się nie może.

— W szkołach był dobrym uczniem, zupełnie jak pani — mówił teraz żartobliwie. — Wiem to, bo ojciec nieraz dawał mi go za przykład. W uniwersytecie dostał stypendium, a później do Szkoły Nauk Politycznych też go wysłali. Wszędzie mu szło, sam sobie dawał radę. W ministerstwie zainteresował się nim znów Walewicz... Pani czytała Walewicza rozmowę ostatnią z korespondentami? To jest fantastyczne! — Julek uniósł się nagle. — Brat się nim zachwyca, ale ja daleki jestem od entuzjazmu. I bynajmniej się z moim zdaniem przed Justynem nie kryję.

Mania powiedziała, że nie czytała tego interview’u.

— Ja może pani przyniosę. Justyn się upiera, że to wcale nie jest oportunizm, że to oznacza tylko, iż Walewicz nie traci nigdy „czucia z rzeczywistością“. Nieprawda! Właśnie oni nie mają wcale czucia z rzeczywistością — tą, która się tworzy, która już jest.

Teraz Mania zaczęła słuchać uważnie. Z jej profilu wyjrzało ku Julkowi duże, czarne oko.

— I zresztą od każdej rzeczywistości ważniejsza jest konieczność. Wobec konieczności rzeczywistość jest bezbronna.

Mania jeszcze słuchała. Julek mówił z takim naciskiem, że aż przystanęli na chwilę pośród pustej ulicy. Było to przecież jego wyznanie wiary.

— Ja nie przeczę, że oni to robią w najlepszej wierze. Justyn także. Oni z całą naiwnością naprawiają starymi środkami ten stary świat.

Szli znowu. Mania zwróciła oczy przed siebie, jak gdyby zaspokoiwszy już całkowicie swoją ciekawość. I jej profil stał się, jak przedtem, zamknięty i niewiadomy.

Mijali wciąż jakieś parkany i sztachety, przysypane po wierzchu śniegiem. W głębi, w czarnych krzakach, stały drewniane domki przedmiejskie pod ciszą i bezpieczeństwem białych dachów.

— Cóż tu jest do naprawienia? — powiedziała Mania niechętnie. — Wcale nie o to chodzi...

Westchnęła głęboko, z wyraźnym zmęczeniem.

— Czy pan też zna córkę Walewicza, tę, co ma tu przyjechać?

— Nie, skądże. Gdzież miałbym ją poznać? — zdziwił się Julek.

— Jakże mogła zgodzić się przyjechać tutaj, tutaj żyć. Cóż to za słabość! Tu, gdzie się _nic nie dzieje_.

W tej sprawie Julek nie miał zdania. Cały ten świat — świat Justyna — był mu obcy i daleki.

— Mała rzecz! Tutaj czy tam, będzie zawsze tylko lalką, znającą się na koronkach i konwenansach. To wszystko, co Justyn umiał powiedzieć o niej dobrego.

— Nie. Mówił przecież także, że jest urocza, że jest wyrafinowaną damą.

— Może być. Nie wiem.

Obróciła się głową ku niemu — tak, że widział teraz jej oboje oczu, tylko nie rozumiał ich wyrazu.

— Czy pan to zna, tę dziwną rzecz — zapytała — że się uczuć nie przeżywa do dna — nie tylko uczuć, ale nawet wrażeń. Że przychodzą i odchodzą, jakby niedoznane...

Julek powiedział skwapliwie, że to zna.

— Myślę, że na przykład powinno się czuć młodość jako coś osobnego, jako stan szczęścia. Może czułam młodość, zanim byłam młoda. Teraz nie... Mówię sobie: mam dwadzieścia lat, mam dwadzieścia lat! I nic nie czuję, nie wiem, co to jest, nigdy o tym nie pamiętam.

Idąc blisko, patrzyła w niego pełnymi oczami. I nagle — po dziwnej przykrości, jaką uczuł — Julek poznał, że to, co idzie ku niemu z jej spojrzenia, nie jest dobre.

Skręcili w wąską, pochyłą ulicę bez drzew, szli, wymijając ludzi. Zaczęły się tu murowane, ciasno stojące domy, oblepione szyldami zamkniętych już sklepów i kramów, plugawe kamieniczki śródmieścia. W ponurym półświetle rzadkich, wysoko uczepionych, latarń wlokły się dołem żałosne i groteskowe konie, zaprzężone do trajkoczących dorożek z żydem na koźle. Tuż przy ziemi sunęły sanki, drgające na wybojach, małe, jak pudełka od zapałek.

— To rzeczywistość jest najważniejsza — powiedziała jeszcze Mania. — Właśnie rzeczywistość — tylko, że jest trudna, trudna.

I znów westchnęła głęboko, ze zmęczeniem.

Tu gdzieś było mieszkanie Siesławskich. Nie wiadomo czemu, Julek myślał, że tym razem Mania zaprosi go, by wszedł. Nie było jeszcze tak późno. Naturalnie, odmówiłby przez delikatność, by ich nie krępować.

Ale ona nie powiedziała nic. I bez uśmiechu podała mu rękę na pożegnanie.6

Tamte strony były bardzo zniszczone przez wojnę. Domy popalone, meble zrabowane, ludzie zrujnowani. Więc ciągle ktoś wracał, odbudowywał się lub urządzał.

Ta sprawa była niejako wciąż aktualna, wisiała w powietrzu, wypływała w rozmowach, nadawała wygląd ludziom i w ogóle wyciskała piętno na życiu.

Działo się to na wsi i w mieście zarówno. Po spaleniu się dworu właściciele dawną kuchnię przerabiali na dom mieszkalny. Domki myśliwskie ocalałe, stare przydrożne karczmy służyły teraz za pałace. Wciąż ktoś nowy, powracający, zamieszkiwał nagie mury — i każdy nabyty sprzęt był radością, był zdarzeniem.

Przenoszeni w te strony wojskowi i urzędnicy też na razie nie mieli mieszkań. Z wysiłkiem więc zdobywali jakieś przelotne schronienia, jakieś, można powiedzieć, namioty, budując tymczasem całe kolonie wesołych, biało-czerwonych domeczków. Ci wciąż pytali o dostawców, stolarzy, malarzy, tapicerów. Chcieli koniecznie wiedzieć, gdzie można czego dostać, skąd się tamto sprowadza, i jak to zdobyli ci lub inni.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij