-
nowość
Niedźwiedź i zakład o przyszłość - ebook
Niedźwiedź i zakład o przyszłość - ebook
Kiedy młody idealista Tom publicznie upokarza polityka Monty’ego w kornwalijskim pubie, rozpala toczący się konflikt, który kaskadowo rozlewa się na ich splecione losy. Konsekwencje ich śmiertelnego zakładu, który zawarli, będą się ciągnąć przez dekady. Lata później znajdują się daleko od St. Piran, na wielkiej górze lodowej dryfującej na południe od Grenlandii, a ich jedynym towarzyszem jest wygłodniały niedźwiedź polarny.
Epicka, emocjonalna historia o konsekwencjach jednego gestu, które na zawsze zmieniają ludzkie losy. Wzruszająca opowieść o gniewie, tragedii i miłości, osadzona na tle długo rozwijającego się globalnego kryzysu.
Autor poruszającego bestsellera Wieloryb i koniec świata.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna obca |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8435-067-6 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Cóż to był za dzień na powrót
Cóż to był za dzień na powrót do St Piran. Lato było takie, jak je Pan Bóg zaplanował. Kornwalijskie. Słońce wisiało wysoko na błękitnym niebie, na horyzoncie majaczył ledwie ślad mgiełki. Łodzie w zatoce zdawały się oazą spokoju, niczym wysepki samotności na płaskim, wyrozumiałym oceanie. Żywopłoty ciągnące się wzdłuż całej ścieżki na klifie huczały od rojących się pszczół i mieniły się skrzydłami motyli. Kwiaty polne stały w rozkwicie. Ptaki zajmowały się swoimi sprawami, czyli śpiewaniem. Wysoko ponad tym wszystkim unosiły się mewy srebrzyste, jakby zarządzały wydarzeniami poniżej, pełnym głosem wykrzykując spod niebios rozkazy. Jeśli powiał wietrzyk, to łagodny, niosący słone, świeże zapachy znad oceanu. Był to taki dzień, jaki może zapisać się w pamięci pod hasłem „idealny letni dzień”.
Tom Horsmith, w wieku dziewiętnastu lat i jedenastu miesięcy, w ostatnich godzinach nastoletniego okresu swojego życia, ubrany w nowe dżinsy poszarpane na kolanach oraz T-shirt żółty jak słońce, przybył do wioski piechotą. Na ramionach miał plecak, a na nogach miękkie, skórzane buty. Przyszedł ścieżkami wzdłuż klifów, cztery mile od przystanku autobusowego w miasteczku Treadangel, a każdy krok wydawał się magiczny, jakby ziemia z trudem zachowywała dla siebie swoje skarby i była zmuszona podzielić się każdym nowym zapachem, brzęczeniem każdego owada i melodyjnym głosem każdego ptaka.
Wielkie miasto odziera człowieka z tych przyjemności, pomyślał Tom. Wysyła do podziemi. Wciska w nienaturalne przestrzenie, wydziela powietrze i zmywa kolory przyrody. Na ścieżce wzdłuż klifów trzeba uważać na każdy krok. Droga się wije, są skały i korzenie, stopnie do pokonania, przełazy do wspinania, strome urwiska i widoki zapierające dech w piersiach. A w mieście każdy krok jest taki sam; po prostu idziesz. Czekasz na światłach. Przechodzisz. Przemykasz między ludźmi, unikając spojrzenia obcych. Zerkasz w witryny sklepów. Idziesz. Krajobraz dźwiękowy miasta stanowią silniki samochodów, syreny i klaksony. I ludzkie głosy. A tutaj, pomyślał Tom, tu są tylko mewy.
Jak dobrze było wrócić.
Spod bramy gospodarstwa Corina Magwitha Tom dostrzegł wioskę; skupisko szarych, krytych łupkiem dachów, część zwrócona w jedną stronę, część w drugą, niczym dziecięce klocki po wybuchu histerii lub resztki wraku statku, rozrzucone i pozostawione na krańcu zatoki po wielkim sztormie. Pobielone domy. Szare, kamienne ściany. W porcie tylko trzy łodzie. Małe łódki. Ale była akurat środkowa faza w cyklu pływów. Inne statki pewnie wypłynęły w morze w poszukiwaniu ławic. Tom osłonił oczy dłonią i spojrzał dalej. Tam, za cyplem, znajdował się mały kecz Daniela Robina, łatwy do rozpoznania dzięki przedniej sterówce i czerwonej farbie. A dalej na horyzoncie – czy to nie ta nowa łódź Petera Shaunessy’ego? Piranesi? „Najlepsza łódka na wodzie”, mówił Benny Shaunessy. Z tej odległości trudno było stwierdzić. Może znajdę pracę u Petera i Benny’ego, pomyślał Tom. Lato na łodziach nie wydawało się zbytnią udręką. Nie, kiedy pogoda była taka jak teraz. Mógłby łowić ryby. Mógłby wciągać sieci i obkładać ryby lodem. Mógłby pomagać z wciąganiem lin, zwijaniem i noszeniem.
A może znajdzie jakąś łatwiejszą pracę w wiosce. Gdzie trzeba mniej nosić. Jakąkolwiek. To tylko na trzy miesiące. Jego ostatni rok na uniwersytecie zacznie się w październiku. Nabrał głęboko w płuca haust ciepłego, atlantyckiego powietrza. A może w ogóle nie musi pracować. Jeszcze. Przez jakiś czas. Miał trochę skromnych oszczędności. Może mógłby się nacieszyć światłem słonecznym. Oszczędzać pieniądze. Mógłby siedzieć z książką na falochronie. Spać na słońcu. To by nie był zły sposób na spędzenie lata.
Zamknął bramkę na pole i ruszył ścieżką w dół, w stronę St Piran.2
Krąży wiele legend…
Krąży wiele legend na temat wioski St Piran; tak wiele, że czasami trudno odsiać prawdę od bajki. Są w wiosce (na przykład) ludzie, którzy mówią, że prastare kamienne głazy wyznaczające dwa końce falochronu to doczesne szczątki rybaków, Johna Brewstera i Matthew Treverrana, którzy zostali zamienieni w kamień (i słusznie) za to, że grali w kości w niedzielę. Inni opowiadają, że same mury falochronu to nic innego jak otwarte ramiona stukacza – kornwalijskiego demona z kopalni cyny w Botallack – który utonął w wodach Zatoki Piran, uciekając przed Świętym Michałem po gwałtownej kłótni przy kartach. Takie właśnie opowieści usłyszysz, jeśli będziesz spędzać czas w tej wiosce, jeśli masz uczciwą twarz i cierpliwość słuchać. W tej społeczności wciąż są tacy, którzy do dziś dnia chowają w trumnie bliskiej osoby ciało koguta. Ptak ożyje na tamtym świecie, a jego widok przypomni Świętemu Piotrowi, jak wyparł się Chrystusa, bo to właśnie kogut piał, kiedy Piotr dopuścił się tego śmiertelnego grzechu. Wspomnienie to oraz towarzyszący mu wstyd skłoni świętego do wyrozumiałości, kiedy będzie sądził zmarłego. Tak wygląda logika. Nie jest niczym niezwykłym, że kornwalijskie wioski trzymają się takich tradycji, ale St Piran, można by uznać, ma ewidentnie więcej zwyczajów niż większość z nich. W każde Boże Narodzenie wioskowe dzieci idą w paradzie pod górę przy świetle świec, pod ogromną kukłę wieloryba. Dzieje się to, powiedzą, na pamiątkę człowieka, który uratował wioskę przed jedną z wielkich pandemii, kiedy został zniesiony na plażę na grzbiecie wieloryba.
To czcze opowieści, te opowiadane w St Piran historie. Niektóre, jak opowieść o rybakach zamienionych w kamień, dotyczą krótkich wydarzeń. Można było być w St Piran w dniu, kiedy do nich doszło, a mimo to ich nie zauważyć. W jednej chwili John i Matthew, grający w kości rybacy, byli żywymi ludźmi. W następnej stanowili głazy podpierające falochron. Nikt, o ile wiemy, nie był tego świadkiem. Inne historie toczą się tygodniami. A nawet miesiącami. No i jest też historia zakładu i niedźwiedzia. Był taki czas, kiedy znał ją każdy człowiek na świecie. Albo chociaż jej fragment. Powiedzą ci, że ma ona coś wspólnego z jakimś niedźwiedziem. I ma. Ale to St Piran. Tu właśnie zaczęła się ta historia, tu również się skończyła. A tutejsi ludzie mają swój własny sposób opowiadania historii. Więc dla nich ta historia jest być może najdziwniejszą opowieścią ze wszystkich. Rozgrywa się nie na przestrzeni dni (jak mogły być może sugerować gazety) ani tygodni czy miesięcy, lecz dziesiątek lat. To historia ludzkiego życia. Martha Fishburne opowiadała fragmenty tej historii uczniom szkoły w St Piran i w swoim czasie niektórzy z nich spisali te kawałki, które zapamiętali. Charity Limber, która sprzątała w Marazion House, dużą część tej historii usłyszała od Monty’ego Causleya i wszystko opowiedziała Jeremy’emu Melonowi, który część opowieści spisał, ale tylko część, bo nie dożył do jej końca. Są zdjęcia, jeśli będzie ci zależało na tyle, by poszukać ich wystarczająco intensywnie, oraz bardzo dużo artykułów w starych gazetach, a nawet jeden czy dwóch starszych mieszkańców, którzy być może coś pamiętają. Powstały nawet film i sztuka, a większość szkolnych podręczników do historii z tego okresu oraz encyklopedii online zawiera taką czy inną wersję wydarzeń. Ale nic z tego nie pozwoliło rozwinąć się tej historii w pełni. I być może właśnie dlatego w St Piran wciąż snuje się te opowieści. Śniegu nie było w wiosce od pięćdziesięciu lat, może dłużej, ale jeszcze dziś żyją mieszkańcy, którzy w czerwcu wystawiają w oknach śnieżynki, a robią to, jak mówią, na pamiątkę zakładu i niedźwiedzia.
Było to dawno temu. Minęło ponad osiemdziesiąt lat, odkąd Tom Horsmith, wciąż tylko nastolatek, wszedł na rynek z plecakiem na plecach i uśmiechem na twarzy. To jego nazwisko miejscowi pamiętają, jeśli w ogóle pamiętają jakieś nazwisko. Ale każda opowieść w takiej wiosce jak St Piran ma swojego bohatera. W wielu występuje też jakiś czarny charakter. Czasami się mylą. Gdyby w tej lodowej historii był jakiś czarny charakter, moglibyśmy równie dobrze poznać go teraz. To w końcu jego nazwisko pamięta reszta świata, a duża część tego świata to jego uznaje za bohatera. Po prawdzie to wcale nie był czarnym charakterem. Nie do końca. Nie był też prawdziwym mieszkańcem wioski. Był przybyszem. Najeźdźcą. Nazywał się Monty Causley.
Był Kornwalijczykiem, ale nie, jak powiedzą ludzie, Kornwalijczykiem z St Piran. Mówią, że pochodził z Lostwithiel, gdzie jego rodzina produkowała cydr, chociaż niektórzy uważają, że pierwotnie wywodził się z Bodmin, a jego fortuna wzięła się z cyny. Nieważne. To on był właścicielem domu Marazion House na nabrzeżu, a Marazion House odgrywał kluczową rolę w tej grze losowej, która miała toczyć się w opowieści o zakładzie i niedźwiedziu. Dom był najbardziej imponującą budowlą w wiosce. Kamienny budynek, będący częścią samej geologii zatoki, wyglądał tak, jakby organicznie wyrósł ze ścian samego klifu, niczym coś w rodzaju sztucznej reorganizacji skalnej ściany, niezupełnie pionowy, nie do końca poziomy, budynek, który nigdy nie widział ołówka architekta ani sznurka pionu, tylko jakimś cudem wyewoluował fragmentami, kawałek tu, drugi kawałek tam, aż niczym starszawy krewny stał się ponadczasowym elementem portu. Imponujący. Fascynujący. Być może był pierwszym domem w St Piran. Nikt tak naprawdę nie wiedział. Może za nim znajdowały się jaskinie przemytników, zakopane głęboko wewnątrz klifu, skrywające dawno utracone skarby. Taki to właśnie był dom. Tajemniczy. Dom, który nie snuł żadnych opowieści. Zdawał się zajmować niebezpieczną strefę między morzem a lądem, nienaturalnie nisko jak na budynek na nabrzeżu, wyrzeźbiony z głazów, które mogły być skamieniałymi szczątkami grających w kości rybaków. Stał w małej, własnej zatoczce, jedyny budynek u szczytu żwirowej plaży, niewiele szerszej niż on sam. By dotrzeć do frontowych drzwi, trzeba było zejść tuzinem schodków na kamienną ścieżkę biegnącą wzdłuż plaży, a stamtąd wspiąć się po sześciu schodkach na ganek. Nikt obecnie nie zaprojektowałby takiego domu, ale Marazion stał w sprzeczności ze wszystkimi zasadami dobrej architektury. Kamienne ściany były poczerniałe ze starości, pozieleniałe od porostów, dziobate od maleńkich pąkli i nigdy tak naprawdę nie wysychały. Drobna mgiełka wody z fal przypływu oraz południowe wiatry i oceaniczne szkwały wspólnie nadały ścianom połysk.
Kto buduje dom tak blisko wody? Kiedy nadchodziły pływy syzygijne, morze prawie podchodziło pod frontowe drzwi. Podczas tych sporadycznych przypływów zdarzało się, że nie można było wyjść z domu i udać się do wioski bez zmoczenia sobie stóp. Schodki bywały śliskie po burzy, ale dom na pewno zbudowali mistrzowie kamieniarstwa, bo zimowe sztormy przychodziły i odchodziły, letnie słońce paliło, fale oceanu lizały próg domu i wycofywały się, a Marazion House stał niezmieniony, niewzruszony, nieporuszony, wraz ze wszystkimi swoimi niewypowiedzianymi sekretami. Mewy siadały na dachówkach tak, jakby dom stanowił po prostu kolejną ścianę urwiska i jakby tu właśnie wyewoluowały; a z dachu jednym skokiem i nurem mogły rzucać się w wody portu w czasie przypływu po szprotki, krewetki i porzucone frytki. Rynny i ściany domu nosiły ślady mewich ekskrementów, na całym obwodzie, jakby rozlała się farba.
Monty Causley był trzecim Causleyem, do którego należał Marazion House. Przed nim właścicielem domu był jego ojciec, a jeszcze wcześniej dziadek. Ale nie sprawiło to, że Monty, jego rodzice lub dziadkowie stali się prawdziwymi mieszkańcami St Piran. Nikt tak naprawdę nie mieszkał w Marazion House. Byli to nieobecni właściciele, wciąż obcy w wiosce. Dom stanowił co najwyżej kryjówkę przy okazji sporadycznych letnich wizyt, rzadko wykorzystywany i odległy dom wakacyjny. Poza tym stał pusty. Monty wynajmował go letnikom. Dwa tysiące czterysta funtów za tydzień zarabiał dom w środku lata. Tysiąc funtów za tydzień poza sezonem. Być może mógłby zarabiać więcej, gdyby znajdował się w jednym z popularnych ośrodków wakacyjnych, takich jak na przykład St Ives czy Porthcurno, czy nawet Newquay, gdzie surferzy wydłużali sezon; ale St Piran było trochę za daleko od ośrodków turystycznych, trochę zbyt trudno się tu było dostać. Wioska znajdowała się na końcu wąskiej drogi i nie miała innego wjazdu ani wyjazdu (pomijając ścieżki na klifach i morze). Przez większość zimowych miesięcy dom stał ciemny i niezamieszkały, zamknięty i zabarykadowany przed sztormami. A wiosną lub jesienią czasem trafiał się pusty tydzień, kiedy nikt go nie zarezerwował, i w te tygodnie, od czasu do czasu, Monty Causley wraz ze swoją żoną Carys przyjeżdżali z Londynu i parkowali na nabrzeżu.
Był skąpy. Tak mówili o Montym ludzie w Stormy Petrel Inn, gdzie miejscowi rozsiadali się pod koniec dnia, by umilić sobie wieczór dużym cydrem. Był skąpy i to wystarczyło, żeby zrobić z niego czarny charakter. Był skąpy i zakład był karą za jego skąpstwo. Fakt, że pojawiał się tylko wtedy, kiedy brakowało rezerwacji, stanowił dowód. Rzadko pijał w Petrel. Nigdy nie zamawiał kawy w kawiarni przy porcie. Rzadko ulegał pokusie kornwalijskich pierogów z pieca czy łupacza z frytkami w bistro Kenny’ego Kenneta. Bardzo niewiele kupował w sklepie Jessie Higgs. Rzadko go widywano. On i Carys przywozili ze sobą pudło jedzenia z jakiegoś eleganckiego sklepu w Londynie i nieśli je po kamiennych schodkach, wzdłuż krótkiej ścieżki i po schodkach do domu, po czym zamykali się tam, w Marazion House, z wyjątkiem tych dni, kiedy Monty prowadził kampanię przed wyborami. Na cały długi weekend (a czasami nawet na tydzień) znikali za dużymi frontowymi drzwiami.
– Nie ma żadnego wkładu w gospodarkę wioski – mówił Jeremy Melon, nie zwracając się do nikogo szczególnego, w barze poławiaczy homarów w Petrel.
– Skarbie, on wynajmuje swój dom – odpowiadała defensywnie Demelza Trevarrick. – Jego lokatorzy wydają tu fortunę.
– Ale cały czynsz za wynajem wraca do Londynu – kontrował Jeremy. – Ani pensa dla Kornwalii.
– Jego żona kupuje papierosy w sklepie Jessie – mówił ktoś.
– Raz czy dwa.
– Od czasu do czasu przychodzi tu jednak na drinka. – Ta uwaga padła z ust Jasona Anderssena, barmana.
– Nie dość często.
Charity Limber widywała Causleyów. Była sprzątaczką w Marazion House. Przychodziła rano odsunąć zasłony i posłać łóżka. Miała dwadzieścia siedem lat, dopiero co wyszła za mąż i kipiała życiem, niczym nowy pąk wiosennego kwiecia, ale Marazion House ją przytłaczał.
– Zimno tam – mówiła klientom Petrel. – Nieprzyjemnie.
– Ale co oni robią przez cały dzień? – pytali ludzie.
– On siedzi przy biurku i ani razu nie spojrzy przez okno – odpowiadała. – Ma swoje komputery, telefony i najróżniejsze urządzenia. Telefon dzwoni od ósmej rano i od tej pory on przez cały dzień rozmawia, ma wideokonferencje albo krzyczy coś do kogoś po drugiej stronie słuchawki.
– A ona? Carys Causley?
– Ona siedzi w oknie z krzyżówką i filiżanką herbaty, ale prawie na tę krzyżówkę nie patrzy. Spogląda na morze.
Spośród nich dwojga, Monty’ego i Carys Causleyów, więcej empatii w wiosce budziła ona. Ona, Carys, przynajmniej wychodziła. Nosiła jedwabne chustki ciasno zawiązane wokół głowy, nawet na słońcu. Chodziła z pochyloną głową, jakby cały czas wiało, a jej ulubiona trasa biegła wzdłuż prawej ręki demona-stukacza do jego ramienia, a potem wzdłuż drugiej ręki, wzdłuż całego falochronu aż po czubki palców, do skały, która według niektórych była Johnem Brewsterem. I z powrotem. Czasami, kiedy była ładna pogoda, chodziła wokół cypla na plażę Piran Sands, ale jej buty nie nadawały się do chodzenia po żwirze i skałach, więc tam zawracała z powrotem do Marazion House.
W jakim wieku byli Monty i Carys? Cóż, ona była młodsza od niego. A on mieścił się gdzieś w nieodgadnionym przedziale między trzydziestką a pięćdziesiątką. Tak samo jak ona. I tylko tyle wszyscy wiedzieli. Aż do zakładu. Najwyraźniej nie mieli dzieci. A w domu nie było żadnych zdjęć. W końcu przez większą część roku była to nieruchomość na wynajem wakacyjny. Została pozbawiona jakichkolwiek osobistych akcentów. Na półkach nie było żadnych szczególnie interesujących książek. Żadnych śladów jakiegokolwiek hobby. Żadnej sztuki na ścianach, z wyjątkiem obrazków marynistycznych, które mogły pochodzić z dowolnego sklepu z pamiątkami w Kornwalii. Każdy pokój był tak samo pozbawiony duszy jak korytarz hotelowy.
– Wydawałoby się, że mógłby mieć przynajmniej wędkę – mawiał Jeremy Melon.
– Albo jacht – dodawała Demelza.
I być może właśnie dlatego Monty Causley musiał być czarnym charakterem każdej opowieści rozgrywającej się w St Piran. Nie dlatego, że był koniecznie winny jakichś niegodziwości. Nie dlatego, że był absurdalnie bogaty. Ale ponieważ wydawał się winny tak niewielu innych rzeczy. Jak mężczyzna może żyć tak anonimowo, pracować tak gorliwie oraz tak rozmyślnie trzymać się z daleka od ścieżek na klifach, punktów widokowych oraz plaż, a także tak niewiele wydawać w miejscowych firmach i do tego nie mieć jakichkolwiek przewinień? To nie wydawało się w porządku. A w St Piran, jak w wielu małych miejscowościach, panuje naturalna podejrzliwość wobec wszystkich miejscowych, którzy się wyprowadzili. Jakie mogli mieć powody?
– Nigdy nie krytykujcie lekkomyślnie ani od niechcenia cudzych przekonań – mówiła dzieciom nauczycielka, Martha Fishburne, w swojej klasie w szkole w St Piran. – Bądźcie ostrożni, bardzo ostrożni, zanim osądzicie kogoś z powodu jego przekonań politycznych czy jego Boga.
Ale ta lekcja Marthy Fishburne była chyba wskazówką, którą bywalcy Petrel przeoczyli lub zapomnieli. Bo w ich licznych oczach istniało jedno przewinienie, któremu Monty Causley był karygodnie winny. Był torysem. To jego przestępstwo.
A może jednak socjalistą? Działo się to dawno temu i chociaż wtedy te sprawy wydawały się ważne, historia bywa zagmatwana, rządy i partie często zmieniały się i zamieniały przez te wszystkie lata, a strategie polityczne po obydwu stronach przychodziły i odchodziły. Kimkolwiek był, konserwatystą czy laburzystą, ludzie nienaturalnie się tym ekscytowali i połowa bywalców baru Petrel czuła się urażona oraz miała zastrzeżenia do Monty’ego Causleya z powodu jego poglądów politycznych, a druga połowa zgadzała się z tym, ponieważ politykom, czy to z jednej, czy z drugiej strony, nigdy nie można było ufać.
– Jeśli są dwie rzeczy, które może zrobić polityk – mawiał Jeremy Melon – i jedna jest słuszna, a druga niesłuszna, to zawsze można liczyć na to, że wybierze niesłuszną.
Monty Causley, należy zrozumieć, nie był po prostu torysem. Był osłem. Nadętą, samolubną marionetką rządu, któremu nikt nie ufał. A przynajmniej był taki w oczach bywalców baru poławiaczy homarów. Był naiwnym Kornwalijczykiem, który dał się bezmyślnie uwieść władzy. Był zdrajcą klasowym.
Oczywiście prawda zawsze zawiera więcej niuansów niż plotki. Skąd ktokolwiek z nas może wiedzieć, co tak naprawdę sobie myśli jakiś polityk z wiadomości, na ile jest mądry lub głupi, jakie są jego prawdziwe wartości? Dokonujemy osądu na podstawie lojalności partyjnej, na wpół zapomnianych komentarzy z pośpiesznych wywiadów radiowych, starannie dobranych zdjęć w gazetach. Malujemy sobie obraz osoby, której nigdy nie spotkaliśmy.
– Nigdy nie oceniajcie nikogo, dopóki nie spędzicie z nim całego dnia – mówiła Martha Fishburne dzieciom ze szkoły w St Piran. – A nawet to nie wystarczy. Kiedy oceniacie jakąś osobę – mawiała – nic wam to nie mówi o tym, jaka ona jest; mówi za to wiele o tym, jacy wy jesteście.
Ale ludzka natura jest, jaka jest. Dla mieszkańców St Piran w historii zakładu i niedźwiedzia mógł być tylko jeden czarny charakter. Był to szanowny pan poseł Montgomery Hendrick Causley. Członek parlamentu z ramienia Kornwalii Południowej. Winny postawionych mu zarzutów.