Nieludzie Reportaż z zakładu karnego - ebook
Twoja decyzja, czy się bronić, to czasem wybór między śmiercią a więzieniem.
Wyobraź sobie, że masz sekundę na decyzję: stracić zdrowie lub życie czy przez lata gnić w celi? Wybierasz życie, a system uznaje to za zbrodnię. Zgodnie z polskim prawem przekroczenie granic obrony koniecznej może skutkować odpowiedzialnością karną. Innymi słowy, wcale nie trzeba być kryminalistą, by trafić za kratki.
Ten wstrząsający reportaż pisany za murami więzienia ukazuje, jak gwałtownie zmienia się perspektywa człowieka, który działając w obronie własnej, w świetle prawa staje się przestępcą. „Nieludzie” to burzący stereotypy zapis walki o zachowanie godności, o przetrwanie w świecie pełnym absurdów, przemocy i bezsilności, ale też o dostrzeżenie w drugim człowieku czegoś więcej niż numeru w aktach. To także poruszająca opowieść o systemie, który potrafi złamać nawet najsilniejszych, i o tych, którzy mimo wszystko próbują się w nim nie zatracić.
Autor, który dotychczas tworzył powieści i opowiadania, tym razem opisuje przerażającą rzeczywistość czekającą każdego, komu zabraknie szczęścia.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68846-26-3 |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wchodzę na Facebooka, wyświetla mi się artykuł dotyczący osadzonego, który zginął w Zakładzie Karnym w Płocku. Niepełnosprawny intelektualnie mężczyzna trafił do więzienia za sklepową kradzież, ale końca wyroku nie doczekał. Umierał miesiącami, umierał we własnych fekaliach, pomimo błagań rodziny o zapewnienie mu podstawowego chociaż leczenia. Bity, wyśmiewany, regularnie upokarzany, a nawet polewany wrzątkiem. Winnych oczywiście nie ma i najprawdopodobniej nie będzie. _Wszystko odbyło się zgodnie z procedurami_. To zdanie pojawia się zawsze, gdy dochodzi do takiej lub podobnej tragedii. Ktoś likwiduje człowieka, ale zgodnie z procedurami, zatem nic się nie stało, można się rozejść. Więzienny lekarz klepie w papierach „zgon z przyczyn naturalnych”, wszyscy zaangażowani są kryci.
Poniżej przygnębiającego artykułu natrafiam na jeszcze bardziej przygnębiający komentarz. „Dobrze mu tak” – pisze jakiś mężczyzna. Na profilu autora komentarza można zobaczyć zdjęcia z dziećmi, z pieskiem, pamiątki z all-inclusive w Egipcie, wspominki ze ślubu. Wszystko kolorowe, piękne. Dlaczego ten uśmiechnięty, szczęśliwy facet potrafi spojrzeć na czyjąś śmierć w męczarniach i napisać: „Dobrze mu tak”? Jak to w ogóle możliwe? Jaki proces intelektualny prowadzi do wniosku, że można w świetle prawa zabić ograniczonego umysłowo człowieka w ramach zemsty za kradzież czekolady i piwa? Jaka potworna magia sprawia, że umieszczenie kogoś za murem i kratą ze stali natychmiast dehumanizuje go tak bardzo, że inni gotowi są spojrzeć na jego tragiczną śmierć jak na coś nie tylko usprawiedliwionego, ale wręcz oczekiwanego, a może nawet zabawnego? Innymi słowy: co zamienia człowieka w nieczłowieka?
Pisząc tę książkę, starałem się znaleźć odpowiedzi na te i wiele innych pytań dotyczących polskiego systemu penitencjarnego i (nie)człowieka w tym systemie. Aby je odszukać, najlepiej jest wejrzeć w machinę od środka, a mnie niestety nadarzyła się ku temu doskonała okazja. Skazany na osiemnaście miesięcy pozbawienia wolności za przestępstwo popełnione w warunkach przekroczonej obrony koniecznej miałem mnóstwo czasu, by wszystkiemu przyjrzeć się z bliska. Efektem moich obserwacji jest niniejsza pozycja.
_Nieludzie_ to książka o everymanie rzuconym na pożarcie systemowi. O jednostce ze wszystkimi swoimi lękami, bólami, porażkami i drobnymi zwycięstwami. O człowieku zdolnym do autorefleksji, do dokonania głębokiego wglądu w sytuację, w której się znalazł. Całość interpretować należy zatem nie tyle jako poradnik przetrwania w więzieniu i nie jako esej powołany do istnienia chęcią surowego skrytykowania układu – choć krytyki z pewnością tu nie zabraknie – lecz jako reportaż uczestniczący człowieka, który wbrew swojej woli wpadł w tryby systemu i zmuszony został do podjęcia nierównej walki, w której stawką były jego godność i człowieczeństwo.
Nie oferuję truecrime’owej rozrywki w formule literackiej randki z mordercą, do której przyzwyczajeni są czytelnicy literatury popularnej. Oferuję natomiast unikatową możliwość wejrzenia w umysł zwykłego człowieka – takiego jak ty – który znalazł się w bardzo niezwykłej, mówiąc eufemistycznie, sytuacji. Znalezienie się w niej nie wymagało z mojej strony aktywnych starań, nie było efektem namysłu, premedytacji ani chęci. Wręcz przeciwnie, odbyło się całkowicie wbrew mojej woli.
Większość osób, które nie zetknęły się osobiście z systemem penitencjarnym, żyje w przekonaniu, że świat po dobrej i po złej stronie krat dzieli jakaś wyraźna granica – nie tylko fizyczna, lecz także mentalna. Myślimy, że skazańcy trafiający do zakładów karnych to ludzie zupełnie inni niż my sami, że procedura wymierzania sprawiedliwości pozbawiona jest przypadku, że aby trafić do więzienia, trzeba dokonać jakiegoś wyboru, zdecydować się na podążanie przestępczą drogą, a następnie zrealizować swój plan.
W tej książce pokazuję, że bywa też zupełnie inaczej. Nie robię tego jednak poprzez próbę kreacji wyidealizowanego obrazu więźniów, lecz poprzez ukazanie bezwarunkowo prawdziwej tezy, że granicę między tymi dwoma światami można przekroczyć bardzo łatwo.
Tę książkę mógłby napisać każdy, gdyby miał w życiu trochę więcej pecha. Ty, twój mąż czy żona lub wasze dzieci pewnego dnia możecie po prostu nie wrócić do domu na noc, ponieważ czasem wystarczy znaleźć się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie.
Wystarczy, na przykład, zostać napadniętym i nie dać się zabić.Rozdział 1. Orzeł w koronie zagląda ci pod jaja
Rozdział 1
Orzeł w koronie zagląda ci pod jaja
Gad wyciąga mnie z radiowozu, skutego, z ciężką torbą sportową dyndającą na szyi na podobieństwo gigantycznego krucyfiksu. Za fraki i do pionu, a potem przed siebie. Cokolwiek nastąpi dalej, zapowiada się niezbyt sympatycznie.
Swada, z jaką prowadzą mnie dłonie strażnika, ta jego niesamowita lekkość w obchodzeniu się z _mięsem_, wzbudza na równi szacunek i przerażenie, choć głównie to drugie. Gdy mnie tak popycha i szarpie, myślę sobie, że te ręce nie należą wcale do niego, a przynajmniej nie wyłącznie do niego. Przynależą raczej do funkcji, do samej czynności: prowadzenia, zakuwania, rozbierania, targania, bicia. Te same wprawne w przemocy dłonie prowadziły wszystkich więźniów w historii świata. Zmieniają się ludzie, zmieniają się czasy, ale ubrana w niepotrzebną brutalność metoda pozostaje ta sama. Dwa tysiące lat temu, sto lat temu i dzisiaj.
Wchodzimy do małego pomieszczenia ze stolikiem. To znaczy strażnik wchodzi, ja raczej wpadam, wrzucony jak worek ziemniaków. Klawisz ściąga mi z szyi torbę, wywraca ją na lewą stronę. Wysypują się ubrania, książki, kosmetyki.
– Na chuj to wszystko przyniosłeś? Myślisz, że pozwolą ci to zabrać?
– Przepraszam – mówię, gdyż nic innego nie przychodzi mi na myśl. – Nie wiedziałem.
Ano, nie wiedziałem. W Internecie pisali, że do aresztu wolno zabrać te wszystkie rzeczy, ale fakty są takie, że nie ma tu żadnych reguł. Te ustalane są ad hoc, w zależności od kaprysu człowieka, który aktualnie zajmuje się _mięsem_. Pierwsza rzecz, jakiej uczysz się po przekroczeniu więziennej bramy – a uczysz się jej naprawdę szybko – to że wszystko jest tu bardzo względne. Względność polega na tym, że człowiek w mundurze ma zawsze rację. Instynktownie wyczuwam, że jeśli teraz powiem temu facetowi, że _przeczytałem coś w regulaminie_ albo że _ustawa mówi tak albo siak_, to cała moja torba wyląduje w koszu razem z paroma zębami na dokładkę. Wracamy zatem do „przepraszam”.
– Rozbieraj się – rozkazuje strażnik.
– Mam kajdanki – przypominam mu.
Klawisz patrzy na mnie jak na debila, po czym wychyla głowę za okno i woła do policjantów, którzy przywieźli mnie radiowozem:
– Zapomnieliście go, kurwa, rozkuć!
Sytuacja wzbudza powszechną wesołość, jak stary, ale nigdy nienudzący się żart. Może to zresztą jest żart. Może panowie robią sobie tutaj właśnie takie dowcipy. Urządzają gry w gorącego ziemniaka, tylko zamiast ziemniaka jest człowiek, a właściwie więzień, bo to wcale nie to samo. Teraz już muszę myśleć o sobie jak o więźniu, bo wiem, że gdybym chciał widzieć w sobie istotę ludzką, to prawdopodobnie doprowadziłoby mnie to do częstych zawodów.
Rozbieram się zatem, rozbieram się _szybko, bo nie ma, kurwa, czasu_, a podczas tego rozbierania, podczas tej pierwszej w życiu sytuacji, gdy w sposób absolutny zostaję odarty z prywatności i godności, nie mogę wyjść z podszytego dysonansem poznawczym podziwu – a może podszytego podziwem dysonansu – bo osoba, która wydaje mi te wszystkie polecenia, ma na głowie czapkę z orzełkiem. Ten symbol, który z reguły widuje się w urzędach i budynkach użyteczności publicznej, w miejscach, w których ludzie są po to, by nam pomagać i służyć, teraz staje się symbolem opresji. Okazuje się, że _in hoc signo_ można nie tylko dostać, ale można też stracić, i że orzeł w koronie może przydeptać nas swoimi szponami i zadziobać. Do tej pory mogłem spodziewać się od funkcjonariuszy publicznych pomocy, teraz muszę spodziewać się wyłącznie pognębienia.
Już nagi staję na zimnych kafelkach, a robot w mundurze przygląda mi się, jakbym był jakimś egzotycznym zwierzakiem, który znalazł się tu przypadkowo. Każe mi kucać i wypinać pośladki, zagląda tam, gdzie Czesław Miłosz miał socjalizm. Nie wiem, co spodziewa się znaleźć, ale najwyraźniej nie znajduje niczego, bo zaraz potem pada komenda „ubrać się”, co robię bez żadnej ulgi, bo już po kilku minutach jest mi wszystko jedno. Chwilę temu, po drugiej stronie wysokiej bramy, byłem panem własnego losu, ale parę minut terroru zaprawionego groźbą pałowania wystarczyło, by ego schowało się głęboko, stało się tak małe, że wręcz niewidzialne. Zupełnie jak jaja.
– Pakuj torbę.
No to pakuję. Potem znowu zostaję zakuty i idziemy dalej, wąskimi ścieżkami, wśród płotów, na które drut kolczasty nawinięto tak gęsto, że wydaje się to groteskowe. Jego zwoje kłębią się jeszcze kilka metrów nad ogrodzeniami, jakby nie był dziełem ludzkiej ręki, lecz raczej pnączem jakiejś dotkniętej hipertrofią trującej rośliny, która będzie rozrastać się tak długo, aż pochłonie cały świat. Klawisz popycha mnie co chwilę, choć nie ma ku temu żadnych powodów, bo przecież idę jedyną możliwą do obrania drogą. Wiem, że popycha mnie wyłącznie dlatego, że sprawia mu to przyjemność, daje władzę, którą może się rozkoszować tylko w tego typu sytuacjach.
Miasto w centralnej Polsce, ulica Przykra 21. Od zewnątrz areszt śledczy prezentuje się jak makieta, jak opuszczona przed laty ruina, jak przestrzeń liminalna. Wokół ani żywej duszy, tylko samotny przystanek autobusowy, który równie dobrze mógłby stać w Prypeci. Zarówno sam kompleks, jak i wszystko dookoła niego wyglądają na przeżarte rdzą, trzymające się już wyłącznie na słowo honoru. W okolicy panuje cisza tak dojmująca, że niemal nadnaturalna.
Miałem ten przywilej, że przed sądami odpowiadałem z wolnej stopy, więc na kilka dni przed trafieniem tu wybrałem się na mały rekonesans. Chciałem zobaczyć to miejsce, przyjąć jego istnienie do świadomości, tak jak ono miało wkrótce przyjąć mnie. Wtedy jeszcze to wszystko wydawało mi się trochę nieprawdziwe, trochę surrealistyczne, może nawet zabawne. Naprawdę pójdę do więzienia? Ja, gość, który nigdy nie dostał nawet mandatu za przejście na czerwonym świetle? Osiemnaście miesięcy pozbawienia wolności za przekroczenie granic obrony koniecznej. Straszna rzecz, tak bym powiedział, ale porozmawiamy o tym potem, bo teraz…
Teraz prowadzą mnie dalej przez labirynt płotów, siatek i murów. Funkcjonariusz się zmienił, ale dłonie pozostały te same: szorstkie, popychające, czerpiące satysfakcję z fizycznego kontaktu ze słabszym. Ja ręce mam oczywiście za plecami, ale staram się iść prosto. Wciąż mam nadzieję, że wszystko zaraz się uspokoi. Może moje ciało i umysł nie zdążyły jeszcze przyswoić sobie tej prawdy, że tak teraz będzie wyglądać moje życie: prowadzenie, kucie, wyzwiska i pogarda okazywana przy każdej okazji, jakby za tę pogardę sukinsynom dawali specjalne premie.
Wreszcie wyrastają przede mną jakieś drzwi. Prowadzą mnie przez wąski korytarz o bielonych ścianach; tak wąski, że ocieram się o elewację. Przypomina piwnice, w których bawiłem się jako dziecko. I podobnie jak one pachnie kurzem… i krwią. Korytarz kończy się małym okienkiem. Doprowadzający funkcjonariusz przy nim właśnie mnie zostawia. Wraca na zewnątrz, wcześniej przekazawszy mój dowód osobisty kolejnemu mundurowemu, którego głowa nagle się przede mną wychyla. Czuję się jak pasażer próbujący kupić bilet na podróż, bo małe okno wygląda jak kasa biletowa. Tylko dokąd jedzie ten pociąg?
– Podejdź bliżej – nakazuje klawisz w oknie.
Robię, co każe, a wtedy tamten z zaskoczenia robi mi zdjęcie z fleszem. Mrużę oczy i zastanawiam się, czy wyszedłem korzystnie. Kilkadziesiąt dni później zobaczę to zdjęcie po raz pierwszy i dojdę do wniosku, że bywało lepiej.
– Imię, nazwisko, imię ojca, data urodzenia.
Podczas gdy ja recytuję swoje dane osobowe, gdzieś obok, za ścianą, rozlegają się wrzaski i trzaski krat. I po chwili znów: popychanie, ciągnięcie, szarpanie. _Idź, stój, w lewo, w prawo, odwróć się._ Po jakimś czasie człowiek zaczyna reagować na to samym tylko instynktem. Wykonuje polecenia, nie zastanawiając się nawet nad ich celem. Trafiam do małego pomieszczenia o rozmiarach metr na dwa. Drewniana ławka pokryta krwią i wymiocinami, plama juchy na ścianie. Kilkadziesiąt niedopałków w rogu, obok wybity ząb i plama szczyn. Próbuję ułożyć z tych elementów jakąś historię, ale zaraz rezygnuję z tego pomysłu, bo dociera do mnie, że przecież ja sam też mogę stać się jej bohaterem; że już się nim stałem.
Siadam na ławce, w najczystszym miejscu i odruchowo sięgam po telefon. Nie ma, zabrali. Klucze? Nie ma, zabrali. Nic nie ma. Panika. Gdzie są moje rzeczy? Utrata każdego z tych przedmiotów z osobna potrafiłaby doprowadzić mnie do rozpaczy. Teraz nie mam niczego. I nikomu nie mogę tego powiedzieć. Po raz pierwszy od kilkunastu lat zostałem prawdziwie sam – w pomieszczeniu o powierzchni dwóch metrów kwadratowych, w którym cuchnie śmiercią. Nie mam kontroli nad niczym. Jestem jedynie obszarem myślącego powietrza, biologiczną kamerą. Rejestruję wydarzenia, powtarzając sobie w myślach mantrę z _Diuny_: „Nie wolno się bać, strach zabija duszę”. Lecz to niestety nie działa. Gdyby działało, noga nie podskakiwałaby jak młot pneumatyczny, a ręce nie pociłyby się tak bardzo i nie zostawiałyby mokrych plam na wszystkim, czego dotkną.
Naprzeciwko mojej małej celi jest druga, identyczna. W niej jakiś dzieciak w zielonym dresie chodzi od ściany do ściany, dwa metry kwadratowe stereotypii, nerwicy, pierdolca. Wygląda, ten dzieciak, jakby bardzo chciał już odpocząć, ale chyba nie potrafi się zatrzymać. Żal mi go prawie jak samo jak siebie. Od tego całego chodzenia aż robi mi się trochę niedobrze, to jak choroba morska, tylko bez morza. Nieco dalej, gdzieś na lewo, jest większa cela, w której umieszczono kilku gości, a każdy z nich ma rozmiar małej orki. Sądząc po dobiegających stamtąd odgłosach, ekipa bawi się świetnie. Muszę mocno wychylić się poza kraty, żeby coś zobaczyć i usłyszeć.
– Jak tylko wyjdę, to od razu w tramwaj i do dupy jadę.
– Za dwadzieścia lat będą jeszcze tramwaje? Myślisz?
Wybuchają śmiechem.
– To chuj, taksówką pojadę. Elektryczną, kurwa.
– Albo latającą. Polecisz.
Znowu rechotanie.
„Dlaczego ich to bawi?”, zastanawiam się. Ich radość jest moim przerażeniem. Dwadzieścia lat? Dwadzieścia? Co trzeba zrobić, żeby dostać dwadzieścia lat? _To samo, co ty zrobiłeś, tylko lepiej._ Po plecach przebiega mi dreszcz.
Dlaczego ci goście są tacy radośni? Jak mogą tak się cieszyć? Ja jestem tu od godziny i ledwo daję radę nie zesrać się ze strachu. Ryzykuję jeszcze jedno spojrzenie na delikwentów. Wszyscy są jak od jednego szablonu: pastelowe koszulki polo ciasno opięte na napompowanych torsach, niskie czoła, wąsko rozstawione oczy i to coś w wyrazach twarzy, co sugeruje, że ich posiadacze nieustannie znajdują się na granicy furii.
W życiu setki razy usłyszymy, żeby nie oceniać ludzi po wyglądzie, ale fakty są takie, że gdy widzisz podobne mordy, doskonale wiesz, czego się po nich spodziewać. I cieszysz się, że między tobą i ich posiadaczami znajdują się dwie pary krat – ich i twoje. Powód, dla którego są tacy weseli – uświadamiam sobie – jest taki, że bardziej przynależą już „tu”, do tego świata za kratami, niż „tam”. Są w domu, w swoim miejscu na ziemi.
A gdzie jestem ja?
Chwilowo przed zielonymi drzwiami z napisem „lekarz”. Minuta na każdego pechowca takiego jak ja, tyle czasu daje sobie medyk.
– Nazwisko, imię ojca…
Wszędzie to samo.
– Jakieś choroby? – pyta lekarz.
– Zerwane więzadło w kolanie, nerwica i spektrum autyzmu, jeśli chcemy to traktować jak chorobę.
– Czyli zdrowy. Proszę na wagę.
„Proszę” to takie słowo, które nie bardzo pasuje do tego miejsca, więc zwraca na siebie uwagę. Choć jestem tu od niedawna, to nauczyłem się już, że człowiek w mundurze nigdy nie powiedziałby „proszę”. A waga pokazuje dziewięćdziesiąt dwa kilogramy nieszczęścia. Za dwa tygodnie, gdy wyślą mnie w dalszą podróż, będzie już osiemdziesiąt. Całkiem skuteczna dieta.
Po chwili wytaczam się z ambulatorium. Ktoś wręcza mi koce i poduszkę, posyła schodami dokądś w górę. Nie mam pojęcia, co się ze mną dzieje, po prostu posłusznie wykonuję polecenia ludzi z orzełkami. Roję sobie, że jeśli będę ich słuchał, oni będą dla mnie życzliwsi. To jeden z pierwszych błędów, jakie popełniam. Taka zasada wzajemności działałaby z pewnością, gdyby spotykali się ze sobą równorzędni partnerzy. W końcu honor, dobre obyczaje, moralność i _savoir-vivre_ powstały po to, by ludzie nie porozwalali sobie głów. Różnica polega na tym, że tych tutaj nic nie powstrzymałoby przed roztrzaskaniem mi czaszki. Nie jesteśmy sobie równi i nic nie obliguje mundurowych do traktowania mnie z szacunkiem. W ciągu najbliższych dni stanie się to bardziej niż oczywiste.
Zawiniątko z gryzących koców, ręczników i naczyń każą mi położyć przy ścianie, obok dwóch identycznych. Znajdujemy się w korytarzu długim na mniej więcej trzydzieści metrów, po którego obu stronach ciągną się drzwi do cel. Na środku wyrasta zakratowana budka, czyli dyżurka albo _gadówa_ – jak już wkrótce nauczę się ją nazywać – w której przebywają strażnicy i oddziałowi. Cały ten korytarz zdaje się być jednym wielkim organizmem. Wszelkie drzwi i furtki nieustannie otwierają się i zamykają, wyją alarmy, błyskają światła, trzeszczą krótkofalówki i głośniki.
Hałas jak w centrum handlowym w sobotnie popołudnie, tylko ludzi jakoś mniej. Funkcjonariusze SW przemieszczają się z góry określonymi trasami w określonych z góry interwałach. Wyglądają jak mrówki albo termity. Jest w nich coś owadziego. Może to właśnie za sprawą powtarzalności ruchów, jednakowości uniformów, pozornej bezmyślności działań, spojrzeń zimnych i bezdusznych jak wzrok pająka ptasznika, a może wszystkiego tego naraz?
Ktoś podchodzi do mnie i szarpie za kajdanki jak za końską uzdę lub bydlęcy kolczyk. Wpychają mnie do jakiegoś pomieszczenia: komputer, biurko, żółte pasy na podłodze. Ktoś każe usiąść przed biurkiem, no to siadam. Oczy zachodzą mi mgłą i niemal niczego nie widzę. Tak mój organizm reaguje na stres i strach: częściową ślepotą. To jakby na telewizorze podkręcić ustawienie jasności do oporu. Teraz to już naprawdę mogliby zrobić ze mną wszystko. Próbuję rozejrzeć się po pomieszczeniu, zorientować w sytuacji, ale z oczami zaszłymi mgłą z trudem odróżniam ściany od sufitu. Za biurkiem siedzi jakaś kobieta. Patrzy na mnie, coś mówi, ale co? Rozumiem może co trzecie słowo. Chyba właśnie zaczyna do mnie docierać – w pełni i ostatecznie – jak bardzo mam przejebane.
Dają mi do podpisania jakiś dokument, którego nie potrafię przeczytać. Widzę litery, ale nie widzę słów. Tak czy siak muszę złożyć podpis. Mogliby mi teraz podsunąć zgodę na wykonanie egzekucji i też bym ją podpisał. Jestem słaby, znacznie słabszy, niż sądziłem. Nigdy wcześniej nie doświadczyłem tyle dyskomfortu i stresu w tak krótkim czasie. Nienawidzę być dotykany przez obcych, nie znoszę głośnych dźwięków i krzyków. Każda z tych rzeczy z osobna potrafi mną wstrząsnąć, teraz zaś wszystkie razem skutecznie resetują mój układ nerwowy, wyłączają mnie, jakbym był humanoidalnym robotem. Nastąpiło przeciążenie, obwody się przepaliły. Siedzę i kiwam się przód-tył, jestem wydmuszką, warzywem.
Dolatują do mnie strzępki jakichś słów: „…obserwację”, „…psychologa”. Po chwili udaje mi się uspokoić na tyle, by zarejestrować, że do pomieszczenia wchodzi kolejna osoba, też kobieta, krótko ostrzyżona blondynka. Siada przede mną, coś mówi, ale słowa stapiają się z szumem, który mój mózg wygenerował, by odciąć się od świata. Nie tyle słyszę jej słowa, co czytam z ruchu warg:
– Trafisz na obserwację na dwa tygodnie.
– Co to znaczy? – pytam.
– Musimy ci zabrać pasek, sznurówki i tak dalej. Będziesz częściej kontrolowany w celi.
– Dlaczego?
– Dla bezpieczeństwa.
– Nie zamierzam się zabić – mówię, choć wcale nie jestem przekonany, że to prawda. Mam jednak dla kogo żyć. Przez kolejne miesiące moje myśli będą orbitować na zmianę wokół tych dwóch potrzeb: przestać istnieć i wrócić do domu.
– Staraj się o bransoletkę. – Psycholożka, bo to chyba jest psycholożka, otwiera moją teczkę osobową. – Z tych papierów wynika, że się broniłeś, że nie jesteś jakimś bandytą. Może się uda.
Tak bardzo jestem jej wdzięczny za te słowa, że mam ochotę rozpłakać się jak bóbr. Po kilku godzinach przerzucania mnie z kąta w kąt jak manekina ktoś wreszcie dostrzega we mnie człowieka; ktoś wreszcie zwraca się do mnie pełnym zdaniem, a nie składającym się z jednego słowa poleceniem, bym przybrał odpowiednią pozycję w przestrzeni. Mimo to wciąż się zastanawiam: _A co, jeśli to gra? Co, jeśli ona jest po prostu „dobrym policjantem”_?
Pewnie zawsze, gdy oglądasz w filmach scenę z dobrym i złym gliną, myślisz sobie, że to wyjątkowo łatwe do przejrzenia oszustwo. Pewnie tak właśnie jest, ale gra w dobrego i złego policjanta nie jest wcale rozgrywką intelektualną, lecz wyrafinowaną torturą przeprowadzaną na załamanym człowieku, którego ciało reaguje instynktownie. Będziesz czuć wdzięczność wobec osoby, która pogłaszcze cię, zamiast uderzyć, i opatrzy, zamiast zranić, szczególnie wówczas, gdy ten zły policjant wcześniej dobrze wykona swoje zadanie.
Dlatego właśnie niewielkie znaczenie mają dla mnie jej intencje, powody, dla których – w przeciwieństwie do swoich kumpli – zachowuje się wobec mnie po ludzku, z respektem.
– Już starałem się o bransoletkę. Nie wyszło.
– Dlaczego? – pyta kobieta.
– Charakter czynu.
– No tak.
No tak. Dźgnięcie kogoś nożem nie wygląda dobrze. Sześciokrotne dźgnięcie kogoś nożem tym bardziej. I niewielkie znaczenie ma tu fakt, że ten, którego dźgnąłeś, w momencie zdarzenia siedział na tobie i próbował cię zatłuc, i że istnieje pewne niezerowe prawdopodobieństwo, że gdybyś w kluczowym momencie nie sięgnął do kieszeni po scyzoryk, to teraz twoje ciało żarłyby robaki. Polska jest krajem, w którym nie wolno się bronić. Słyszałem to już dziesiątki razy. Od policjantów, od prawników, od kuratorów. Wszyscy współczująco kiwali głowami. „Takie mamy prawo” – mówili. „Tak to już tutaj jest”.
– Jak to było? Ktoś cię napadł? – pyta ta pierwsza kobieta, o której istnieniu zdołałem już zapomnieć.
Tak właśnie było, ale nie mam ochoty znowu opowiadać tej historii. Nie jej, nie teraz, nie w tym pokoju. Opowiadałem ją już dziesiątki razy. W tej chwili nie wiedziałbym już nawet, czy relacjonuję prawdziwe wydarzenia, czy też może tworzę nową narrację o narracjach. I dlatego odpowiadam krótko:
– Tak, ktoś mnie napadł.
Potem patrzę w podłogę, na swoje dziurawe buty marki Nike, których od miesięcy nie potrafiłem się pozbyć. Trochę jeszcze ze mną zostaną. O ile nie rozpadną się po drodze.
– Ale przeżył, tak? – pyta psycholog.
– Przeżył.
– To masz szczęście.
Nie komentuję tego. Najwyraźniej mamy inne definicje szczęścia. Lecz jego przeżycie to istotnie dobra okoliczność. Nie chciałbym stać się zabójcą. Nie tylko ze względu na wymiar kary. Obrona konieczna czy nie, nie ma niczego przyjemnego w świadomości, że wysłało się człowieka na tamten świat. Nawet sama świadomość wyrządzenia komuś krzywdy jest nieznośna.
I zaraz wszystko zaczyna się od nowa.
– Idziemy. – Znów ktoś szarpie mnie za rękę, jakiś człowiek-mundur.
Zanim wyjdę z pokoju, posyłam jeszcze błagalne spojrzenie oddziałowej psycholożce. Ona jest już jednak zajęta czymś innym. Nie szkodzi, bo i tak nie wiem, o co miałbym ją prosić, czego od niej chcieć. Ta osoba niczego nie może już dla mnie zrobić, po prostu okazała się jedyną względnie życzliwą jednostką w tej przerażającej instytucji. To wystarczająco wiele, bym mógł szukać u niej pomocy, ale niewystarczająco, bym miał tę pomoc otrzymać.Rozdział 2. Pechowa trzynastka
Rozdział 2
Pechowa trzynastka
Wrzucają mnie do celi numer trzynaście. Gdybym nie był przerażony, to może nawet uznałbym to za zabawne zrządzenie losu, ale strach skutecznie odbiera poczucie humoru. To jedna z jego pierwszych ofiar.
Mam ze sobą jedynie koce, zestaw zielonych talerzy, papier toaletowy, przybory do mycia, klapki, mały notatnik i dwie książki, _Czarodziejską górę_ Manna – okaże się potem, że to najlepsza lektura do pierdla – i _Siedem nauk dla zmarłych_ Junga. Można powiedzieć, że to intelektualny zestaw do survivalu. Notatnik w czarnej skórze posłuży mi z czasem do stworzenia zaczątków tego tekstu, ale nie uprzedzajmy faktów.
Pierwszym, na co pada mój wzrok, kiedy trafiam do środka, jest gigantyczny bebzol. Po lewej od wejścia, na _cadillacu_, jak więźniowie nazywają pojedyncze łóżka, leży facet tak opasły, że ma problem z samodzielnym podniesieniem się. Kiedy staję w drzwiach, posiadacz potężnego brzucha wpada w panikę i próbuje się spionizować. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie, bo na mój widok zaczyna wymachiwać kończynami jak żuk przewrócony na plecy. Po prawej dostrzegam łóżko piętrowe. Miejsce na dole jest wolne, na górze siedzi chłop wyglądający jak król Julian z kreskówki. Gdy tylko mnie zauważa, natychmiast zeskakuje na podłogę i staje na baczność. Przyglądam mu się zdziwiony. Na twarzy muszę mieć wypisany wyraz całkowitej dezorientacji, bo tamten w końcu rezygnuje z przedstawienia i z powrotem wdrapuje się na swoje wyro.
– Kurwa, myślałem, że jesteś jakimś wychowawcą albo kimś takim – warczy.
– Dlaczego? – pytam.
– Za porządnie wyglądasz.
Mam na sobie jednolicie czarny T-shirt i spodnie typu chinos, też czarne. W rękach tylko mandżur. Facet musi być chyba ślepy albo niepełnosprytny. A może robi sobie ze mnie jaja. Nie potrafię tego rozpoznać. Nie rozumiem żartów innych niż żarty moich bliskich znajomych. Nie potrafię poznać, kiedy ludzie udają. Nie dlatego, że nie wiem, jak działa żart. Po prostu dopuszczam taką możliwość, że pewne rzeczy mogą się wydarzyć niezależnie od tego, jak bardzo absurdalne by się wydawały. Jestem nawet w stanie wyobrazić sobie prowadzące do nich okoliczności. Zaczynam je analizować natychmiast i wikłam się w kolejne i kolejne sylogizmy. Z reguły w tym momencie jest już za późno – ludzie biorą mnie za idiotę o krótkim rozumku. Cholera wie, może ostatecznie nie są wcale tak daleko od prawdy. Bycie w spektrum autyzmu jednego dnia może wyglądać jak supermoc, innego już niekoniecznie.
Rozglądam się po celi. Pomieszczenie ma wymiary cztery na dwa metry, włączając w to kibel odgrodzony cienką dziurawą dyktą. Wąskie okno, nie dość, że zakratowane, to jeszcze z założonymi plastikowymi blendami, które nie pozwalają wyjrzeć na zewnątrz i odcinają dopływ powietrza. Do środka sączy się przez nie brudnożółte, jakby zakurzone światło, siedzimy więc w permanentnym mroku. Na ścianach, z których tynk odpada gigantycznymi płatami, każdą wolną i jeszcze trzymającą się całości przestrzeń pokrywają bazgroły więźniów: adresy, wypisy z kodeksu karnego, daty, nieśmiertelne kreski do odliczania upływającego czasu, pozdrowienia, wreszcie wyzwiska i oskarżenia o _sprzedawanie ziomków na psiarni_. Tworzy to surrealistyczny obraz. Parzę na niego i czuję się tak, jakbym znalazł się w głowie jakiegoś hipotetycznego archetypu więźnia. Obserwacja całej otaczającej mnie rzeczywistości jest obserwacją treści patologii. Jestem w tym miejscu tak obcy, jak to tylko możliwe.
Najlepszy jest oczywiście kibel: znajduje się dokładnie w takim stanie, jakiego należałoby się spodziewać po pomieszczeniu, którego nikt nigdy nie sprząta. Co nie zostało obsrane, to zostało obrzygane, a jedyne, co nie zostało obsrane albo obrzygane – to chyba tylko żarówka smutno zwisająca z sufitu na samym kablu. Ta żarówka jest jedynym oświetleniem w całej celi, ale nie posiada włącznika. Włącza się ją i wyłącza, stykając ze sobą wyrwane ze ściany kable. Wiele godzin spędzę, patrząc na nie z myślą, że to dobrze, że zostawiono nam jakieś wyjście z tej sytuacji. Wystarczyłoby tylko chwycić za obie końcówki. Taka więzienna opcja na _coup de grâce_ dla tych, którzy przychodzą tu bez nadziei na to, że jeszcze kiedykolwiek ujrzą niebo.
Pod żarówką jest wyszczerbiona umywalka, a nad nią wystająca ze ściany rura, która służy za kran. Trzy razy dziennie przez pół godziny leci z niej woda: godziny te jakiś uprzejmy więzień wypisał tuż obok na ścianie. Jak przegapisz wyznaczony czas, pozostaje napić się wody ze sracza. A sracz? Zerwana deska leży co prawda na podłodze, ale pokryta grubą warstwą obrzydliwego brudu muszla stoi, co można już uznać za sukces.
Dlaczego to wszystko musi tak wyglądać?
Jesteśmy więźniami, to prawda, ale chyba wciąż ludźmi, choć pewnie jest sporo takich, którzy nie zgodziliby się z tą śmiałą tezą. Trzeba sobie odpowiedzieć na podstawowe pytanie: czy uważamy, że człowiek z samego tylko faktu bycia człowiekiem zasługuje na to, aby móc korzystać z nieobsranego kibla, umyć się, napić czystej wody? Jeśli tak, to w jaki sposób wyegzekwować to w areszcie, do którego zdemoralizowani zwyrodnialcy – tacy jak ja – trafiają z alkoholikami w ostatnim stadium delirium, z wariatami gotowymi zeżreć własne ręce, z narkomanami wydrapującymi sobie dziury w brzuchu, a jednocześnie z pechowcami, których przestępstwa polegały na tym, że nie odebrali na czas jakiejś korespondencji albo nie płacili alimentów przez trzy miesiące? Wbrew zapewnieniom służby więziennej – że dokonuje się selekcji i segregacji osadzonych – wszyscy są przemieszani. Alimenciarz obok _killera_, złodziej obok dzieciojebcy; facet, którego złapali z pięcioma gramami zioła, obok gościa posadzonego za to, że maczetą obciął nogi swojemu dłużnikowi.
Mamy tu gorzej niż psy w schronisku, ale też w porównaniu do psów jesteśmy dużo bardziej nieprzewidywalni, znacznie groźniejsi i znacznie bardziej obrzydliwi. A przynajmniej niektórzy z nas.
Mandżur wsuwam pod łóżko. By to zrobić, muszę przestawić klapki tego gościa na górze, który z początku wziął mnie za wychowawcę. Przestawiam je o dwadzieścia centymetrów w prawo.
– Nie dotykaj moich rzeczy – momentalnie piekli się tamten.
W tym momencie już wiem, że będą z nim problemy. Nie odpowiadam, bo są takie sytuacje, które komentarza nie wymagają. Poza tym jestem zbyt wystraszony i zbyt skołowany, by wymyślić jakąkolwiek odpowiedź na tak bezsensowną uwagę. Nieudolnie ścielę łóżko. Nigdy dotąd nie widziałem zestawu składającego się z trzech kwadratowych materaców, które – położone jeden za drugim – wypełniają całą ramę łóżka. Moje trzy _materki_ są poprzypalane papierosami, dziurawe, pokryte pomarańczowymi plamami nieznanej proweniencji. Nie wygląda to zbyt sympatycznie, ale wyobraźnia podpowiada mi, że można trafić gorzej. Wkrótce przekonam się, że miałem rację.
Potem wyciągam się na łóżku z notatnikiem przytulonym do piersi. Wyrywam jedną kartkę, kreślę na niej datę i piszę list do narzeczonej. Pierwszy list napisany z więzienia. _Achievement unlocked_.
Każde napisane przeze mnie słowo staje się nośnikiem paniki i skrajnego neurotyzmu, antycypacją tragedii. Na wewnętrznej stronie okładki notatnika kreślę „1/544”. Tyle potrwa mój wyrok, moja kara za wolę przetrwania. Wyliczyłem to wiele nocy wcześniej, oczekując na zatrzymanie. A potem każdej kolejnej nocy wyliczałem znowu, całkiem jakbym liczył barany przeskakujące przez płot. Miesiąc po miesiącu, dzień po dniu pozwalałem tym liczbom, by wzięły sobie moje życie w całkowite władanie. Pomnożyłem i podzieliłem je we wszystkich możliwych kombinacjach i konfiguracjach, uczyniłem swoją religią i modliłem się do nich, płakałem przed nimi, nienawidziłem ich i kochałem je na zmianę. Jak to było? „Dzisiaj jest pierwszy dzień reszty twojego życia”? Och, pierdolcie się.
– Za co? – Król Julian zwisa z górnej pryczy jak nietoperz i patrzy na mnie z ciekawością. W tak zwanym międzyczasie dowiedziałem się, że ma na imię Adam. Od teraz będę go tak nazywać: Adam.
– Za przekroczenie granic obrony koniecznej.
– Długo?
– Rok i pół.
– Coś mu zrobił?
– Krzywdę. – Nie chce mi się wnikać w detale. – A ty?
– Jazda bez prawka.
– Długo?
– Rok.
– Tyle dają? Za jazdę bez papierów? – pytam zdziwiony.
– Za trzecim razem tyle dają. A ta gruba kurwa ma pięć miesięcy za włamanie.
„Ta gruba kurwa” ma na imię Czarek. Wraz z kumplami napadł na stację benzynową, choć sam nie brał udziału w akcji i _tylko stał na czatach_. Tak przynajmniej twierdzi. Nietrudno w to uwierzyć, biorąc pod uwagę jego gabaryty. Czarek nosi koszulkę z czterema iksami, która wygląda na nim jak ubranko dla lalek.
– Jak tu przyjechał, to przez dwa dni płakał i nie wiedział, gdzie jest. Był konkretnie najebany i tylko modliłem się, żeby mu zwieracze wytrzymały – śmieje się Adam, ale mnie to wcale nie bawi.
Nic mnie obecnie nie bawi i ten stan utrzyma się przez kolejne dwa, trzy miesiące. Zresztą czemu miałoby mnie bawić cudze cierpienie?
Czarek nie odpowiada na żadną z zaczepek, leży tylko do góry brzuchem i wzdycha. Nie wiem, czy to z powodu otyłości, czy też samopoczucia, ale najpewniej obie odpowiedzi są poprawne. Tymczasem Adam nie milknie, po prostu się nie zamyka. Połowa jego wypowiedzi składa się z przechwałek, druga to inwektywy kierowane w stronę Czarka. Jest jak Dr Jekyll i pan Hyde: w jednej chwili opowiada wesołą historyjkę ze sobą w roli głównej, by już po chwili ściągnąć brwi, wyszczerzyć zęby i zacząć znęcać się nad nieszczęśnikiem po drugiej stronie celi.
– Spójrz na tego idiotę – mówi do mnie, ale na myśli ma Grubego. – On nawet nie wie, co ze sobą zrobić. Te, Czarek, co teraz zrobisz? Jakie są twoje następne ruchy?
– Nie wiem – odzywa się wreszcie tamten. Ma skrzeczący głos, ironiczną manierę mówienia typową dla człowieka, który przywykł do tego, że nikt nie traktuje go poważnie. Brzmi jak Toudi z _Gumisiów_.
– Widzisz? – ciągnie dalej Adam. – On nic nie kuma. Mój adwokat już zdążył złożyć wniosek o bransoletkę. A ty, Marcin? Robisz jakieś ruchy?
Odpowiadam mu, że też będę składał taki wniosek, ale muszę poczekać na termin. Trzy miesiące od poprzedniego wniosku.
– Poprzednio składałeś z wolności? – pyta Adam.
– Tak.
– Blacha?
– Co?
– Nie dali?
– Nie dali. Jestem zbyt zdemoralizowany. Podobno.
Osiemnaście miesięcy. Wyrok skrojony pod SDE, czyli system dozoru elektronicznego. Sąd Okręgowy w B. wydał taki, biorąc pod uwagę fakt obrony koniecznej, mój stan zdrowia oraz brak demoralizacji. Sąd Apelacyjny w K. utrzymał wyrok w mocy. Tymczasem Sąd Penitencjarny w Ł. zignorował oba wyroki i ich uzasadnienia, określił mnie mianem osoby skrajnie zdemoralizowanej i nie zezwolił na odbycie kary w SDE. Dlaczego? Ja tego nie wiem. Za to Adam ma swoją teorię.
– Oni mają odgórnie narzucone limity. W maju muszą dać tyle i tyle, w czerwcu tyle i tyle. Osiągną limit i każdy kolejny wniosek idzie do kosza, choćbyś był, kurwa, świętszy od papieża. Ale nie mogą cię tak po prostu upierdolić, muszą wymyślić jakiś powód. Najłatwiej powiedzieć, że ktoś jest zdemoralizowany, bo jak to niby… jak to…
– Zanegujesz? – podpowiadam. – Zweryfikujesz?
– Dokładnie, kurwa. Nie zrobisz, bo skoro jesteś karany, to już zdemoralizowany. Jesteś na łasce albo niełasce.
Zastanawiam się, czy Adam może znać _Paragraf 22_, ale raczej nie wygląda na takiego, co to potrafi czytać. W ciągu ostatnich tygodni sam próbowałem znaleźć jakieś wytłumaczenie tej sytuacji. Jak to możliwe, że jeden sąd w wyroku argumentuje, że facet jest osobą niezdemoralizowaną i zaleca odbycie kary w systemie dozoru elektronicznego, by zaraz potem inny sąd mógł spojrzeć na ten wyrok i odwrócić kota ogonem? Moja prawniczka, kobieta z dwudziestoletnim stażem pracy, też tego nie rozumie, choć czasem zdarza jej się w przypływie szczerości przyznać, że „prawo prawem, a sąd i tak zrobi, co zechce”. Piękny _bon mot_, warto go zapamiętać.
Przez cały dzień Adam znęca się nad tym drugim, na razie tylko słownie. Nie wtrącam się, to nie moja sprawa, choć kilka razy muszę ugryźć się w język. Jestem zbyt zmęczony tym wszystkim, siedzę jak na szpilkach. Zastanawiam się, kiedy przyjdzie kolej na mnie, kiedy to ja stanę się obiektem wyzwisk i drwin. Bo w to, że w obecnym stanie umysłu będę umiał jakkolwiek się obronić, szczerze wątpię. Uciec też nie ma jak, w końcu to więzienie.
Dzień pierwszy dobiega końca przy akompaniamencie jelit Czarka, który za cienką ścianką oddzielającą celę od kibla daje popis godny orkiestry dętej. Chłop brzmi, jakby próbował pozbyć się nie tylko stolca, ale też wszystkiego, co skrywają przepastne przestrzenie jego obrośniętych tłuszczem wnętrzności. W przerwach między kolejnymi kanonadami Gruby cicho pochlipuje. Słucham tego zestawu dźwięków i dziwię się sam sobie, że nie wzbudza to we mnie wstydu. W Czarku chyba też nie. W miejscu takim jak to wszelka prywatność bardzo szybko zanika. To intrygujące, jak prędko ludzie potrafią adaptować się do sytuacji, które jeszcze kilka godzin wcześniej byłyby dla nich nie do przyjęcia; jak w okamgnieniu pozbywamy się wszelkich norm obyczajowych, zupełnie jakby były one tylko wierzchnim okryciem, lekką pelerynką zarzuconą na ramiona.
Pozostaje jedynie smutek związany z ogólnym stanem człowieczym.
Pierwsza nocka w pierdlu. Jest koniec maja, ciepło, może nawet gorąco. Leżę plackiem na niewygodnych, śmierdzących szczynami, rozjeżdżających się materacach. Wokół mnie na łóżku równiutko poukładane: spodnie, książka, notatnik. Nawet tu, nawet teraz, daje o sobie znać moja potrzeba porządkowania przestrzeni. Choć może właśnie tu wręcz nabiera ona znaczenia, staje się próbą odzyskania choć odrobiny kontroli nad sytuacją. Mógłbym schować te rzeczy do pojemnika pod łóżkiem, ale chcę mieć je blisko siebie, by były bezpieczne, szczególnie notatnik. Co jakiś czas sprawdzam, czy nadal znajduje się w tym samym miejscu, w zasięgu ręki. Notatnik jest najważniejszy, ponieważ dostarcza mi kartek na listy. Mam w nim także kilka kopert i znaczków. To będzie od teraz mój jedyny sposób komunikacji ze światem, a przede wszystkim z moją ukochaną. Minęły lata, odkąd wysłałem jakikolwiek list.
Porządkuję w myślach wydarzenia z całego dnia, a potem przelewam je na papier w wątłym świetle latarni, które z trudem przenika przez plastikową blendę. Ledwo widać, ale nie szkodzi, przynajmniej nikt mi nie przeszkadza. Pozostali dwaj śpią. Gruby co chwilę pochrapuje i się dusi, niemal zapada się pod własną masą. Jak udało im się zasnąć? Ja czuję się tak, jakby za moment ktoś miał strzelić mi w potylicę i wrzucić ciało do dołu. Przerażony, ale zrezygnowany jednocześnie. Zmęczony, ale pobudzony. Śpiący, ale niezdolny do zaśnięcia. O tym wszystkim piszę w listach. Pierwszy, drugi, trzeci – mam tak wiele do powiedzenia. Przede wszystkim, że się boję, że nie wiem, co teraz ze mną zrobią. Już pierwszej nocy tworzę sobie powiedzenie, którego będę używał regularnie aż do końca odsiadki w różnych kontekstach: „Nie wiadomo nic o niczym”.
Jakiekolwiek próby racjonalnego myślenia o tej sytuacji okazują się nieskuteczne. Rozsądne myśli giną w gąszczu lęków i paranoi, aż w końcu jedne i drugie stają się nie do odróżnienia. Jestem zagonionym do rogu kotem z oczami szeroko otwartymi ze strachu.
Wreszcie zasypiam na godzinę, może dwie. Budzą mnie trzaski furt, wycie alarmów i sygnały krótkofalówek. Znowu ten przeklęty zestaw dźwięków, jakby zaprogramowany do wzbudzania lęku. Areszt budzi się około czwartej nad ranem. Jeden z gadów chodzi po celach, zagląda do środka, zapala ostre światło. Sprawdza, czy nadal żyjemy. Na odchodne kopie w drzwi, wali skoblem. Nie ma spania, żałosne skurwysyny. Może wolałby, żeby coś się działo, żebyśmy jednak powiesili się na kracie. Pewnie wiele razy o tym myślał. _Co bym zrobił, gdyby…?_ Tak czy siak spanie około czwartej staje się już niemożliwe, przynajmniej dla mnie. Piszę „czwartej”, ale godzinę oceniam na oko, bo nie mam tu przecież zegarka. Wnioskuję po tym, że blenda w oknie powoli zamienia się z brudnoszarej w brudnożółtą.
Liczę dziurki w blasze będącej stelażem górnego łóżka. Czternaście na trzydzieści trzy, łącznie 462, to wciąż mniej niż 544, czyli liczba dni, jakie przyjdzie mi spędzić w kiciu. Łóżko nie nadawałoby się do odliczania końca kary, przynajmniej mojej, ale i tak wsadzam w dziurę długopis i koloruję fragment materaca pod Adamem. Kto wie, może wypuszczą mnie wcześniej? Zastanawiam się, czy Adam wyczuje to, obudzi się i spuści mi wpierdol. Mężczyzna śpi jednak snem sprawiedliwych, zrywa się dopiero na któryś z kolei dźwięk odsuwanego skobla.
– Apel, kurwa! – drze się. – Ubierać się, szybko!
Ubieram się zatem, czyli zakładam spodnie. Czarek śpi nadal, więc Adam zaczyna go kopać.
– Apel, ty gruba kurwo! – krzyczy.
Tamten szamocze się znów jak robak przewrócony na grzbiet. Patrzę na niego i wyobrażam sobie karalucha o nalanej ludzkiej twarzy, twarzy dziecka. Uderzenia skobli są coraz bliżej, Czarek wciąż nie potrafi wstać, ale wreszcie udaje mu się zebrać i założyć krótkie „spodenki”, które można by z powodzeniem przerobić na żagiel.
Tkwimy wyprostowani jak struny, prężąc się w kierunku drzwi. Na dobrą sprawę nie mam pojęcia, co się dzieje, po prostu robię to, co Adam. On przeżył tu dwa dni dłużej, a więc wie trzy razy więcej ode mnie.
Wreszcie szczęka zamek w drzwiach i… tyle. Strażnik idzie dalej, robi to z całym rzędem cel. Najpierw dolny skobel. Będzie zatem jeszcze jedna runda. Cała ta panika okazała się niepotrzebna. Gady wracają dopiero za jakiś czas, za godzinę, może więcej. Drzwi do celi otwierają się, na nasze pogrążone w mroku twarze pada ostre światło. Czuję się jak wyjęty spod ziemi kret. Trzech mundurowych przypatruje się nam z wyrazem twarzy właściwym komuś, kto podniósł wielki kamień i zobaczył wypełzające spod niego robactwo. Cela jest otwarta przez dziesięć sekund, a potem znów zatrzaśnięta na głucho. Żyją? Żyją. To zamykamy. Po chwili włącza się radio połączone z interkomem, tak zwana _betoniara_. Hity Eski, czyli dziesięć zapętlonych kawałków puszczanych na okrągło, aż do porzygu. Nie sposób tego wyłączyć, można tylko ściszyć.
Myślę, że jakby dali mi tu do celi gościa odpowiedzialnego za układanie tej playlisty, to chyba zasłużyłbym sobie na swój wyrok.