-
nowość
Niepoukładani - antologia opowiadań - ebook
Niepoukładani - antologia opowiadań - ebook
Ludzie spędzają życie na budowaniu relacji. Czasem układają się w związki za sprawą przypadku lub szczęśliwego zrządzenia losu, innym razem się zdaje, że połączenia dokonał sam diabeł. Czasem wspólna droga jest tą jedyną właściwą. Zdarzają się też relacje z gruntu złe i takie, na których smutne zakończenie trzeba zapracować – brakiem lub nadmiarem. Niektóre związki potrzebują ruchu i gwaru, inne kwitną w leniwej ciszy. Jednym marzy się bezpieczna przewidywalność, innym – ciągłe i dramatyczne zwroty akcji. Czasem partnerzy gubią się w codzienności. Zapominają znaczenia podstawowych słów i gestów. Nie potrafią rozpoznać, kiedy potrzebują więcej przestrzeni, a kiedy więcej człowieka. Jedno jest pewne: młyn wzajemnych zależności nigdy nie przestaje się kręcić.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Antologia |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
DZIEWCZYNKA NA ŁAWCE
Paweł rozejrzał się dookoła, wdychając głęboko rześki zapach poranka. Uwielbiał spacery przed świtem. Świat dopiero budził się do życia i jedyne, co go otaczało, to cisza i piękno. Jeszcze nigdy się nie zdarzyło, żeby podczas porannych spacerów spotkał kogokolwiek. Zazwyczaj przemierzał tę samą trasę i cieszył się samotnością. Nie po to się przeprowadzał, wręcz uciekał do Norwegii, żeby pchać się w kontakty z ludźmi. Z drugiej strony, to nie było tak, że zawsze unikał innych. Nie. Lubił towarzystwo i nawet nawiązał relacje z sąsiadami, jednak był typem samotnika.
Póki żyła jego żona Anna, byli zawsze otoczeni znajomymi. Teraz, gdy został sam, czuł się tak, jakby jego ukochana zabrała ze sobą ekstrawertyczną część jego osobowości. Zamknął się w sobie i nawet gdy dzwoniło któreś z dzieci, to rozmowa trwała nie dłużej niż dziesięć minut. Kochał swoje latorośle i martwił się o nie, doszedł jednak do wniosku, że nadszedł czas egoizmu, i gdy tylko uporządkował swoje sprawy prawne, przeprowadził się do Amot. Po długich i nieprzespanych nocach w wielkim i pustym mieszkaniu zrozumiał, że nie wytrzyma samotności w miejscu, w którym każde ziarenko piasku przypomina mu o Annie.
W Norwegii znalazł się przez przypadek. Nie planował tego, że jego przeprowadzka będzie dotyczyła również zmiany kraju. Pierwotnie zamierzał przenieść się tylko do innego województwa. Okazało się jednak, że jego znajomy wracał do Polski i zaoferował mu swoje mieszkanie. Najpierw w żartach, jednak z biegiem czasu pomysł nabrał bardziej realnych kształtów. W końcu tak się wszystko potoczyło, że oto on, Paweł Różański, spakował w jedną walizkę swój dobytek i całkiem zmienił swoje życie. Decyzję ułatwił fakt, że bardzo dobrze posługiwał się angielskim. Dopiero po przylocie na miejsce uzmysłowił sobie, dlaczego dzieci pukały się w czoło, gdy mówił im, co zrobi. Trudno. Niech nazywają to, jak chcą. Niech myślą, że zwariował na starość. Niech mówią, że po śmierci matki stał się nieodpowiedzialny.
Wracał już, gdy na ławce nad rzeką zauważył postać: drobną, zgarbioną, drżącą – najpewniej z zimna. Ubrana była tylko w spodnie i cienki t-shirt, a wiosenne poranki w Norwegii nie należały do najcieplejszych.
Spojrzał na zegarek – była piąta dwanaście. Stanął na moment, przyglądając się nieznajomemu. Miał dwa wyjścia. Mógł zawrócić i przejść górą, przecinając farmę starego Greena. Gdyby wybrał tę opcję, nie przeszkadzałby osobie, którą właśnie zobaczył. Przecież jeżeli wychodzi się z domu o tak wczesnej porze, to na pewno nie po to, by imigrant w wieku emerytalnym pytał, czy wszystko jest tak jak trzeba. Mógł też, pomny nauk żony, podejść i zapytać, czy wszystko w porządku.
Czuł się nieswojo, rozmyślając nad tym, które z rozwiązań wybrać w tym momencie. Nie lubił tego uczucia – powodowało dyskomfort psychiczny, a tego wolał unikać.
Nie mógł się zdecydować, co robić. Już prawie postanowił skręcić w stronę farmy sąsiada, gdy uświadomił sobie, że nie przekreśli całkowicie przekonań i nauk wpojonych mu w dzieciństwie przez matkę i starannie pielęgnowanych przez ukochaną żonę w dorosłym życiu. W końcu przez całe małżeństwo tak często słyszał, że każdy zasługuje na to, by wyciągnąć do niego pomocną dłoń, że nim się spostrzegł, faktycznie stało się to wyznacznikiem jego relacji z innymi ludźmi. Nawet teraz, gdy był daleko od dawnego życia, postępował według tego przykazania.
Westchnął żałośnie, wzruszył ramionami i skierował się w stronę ławki. Szedł powoli, nie przyspieszając kroku, a kiedy zbliżył się wystarczająco dostrzegł, że siedzi tam dziewczynka. Co dziecko robi samotnie nad rzeką? O tak wczesnej porze? Szedł dalej, nawet gdy dziewczynka, usłyszawszy jego kroki na szutrowej ścieżce, zgarbiła się jeszcze bardziej. Podszedł i spytał najdelikatniej, jak umiał:
– Przepraszam, czy wszystko w porządku?
Odpowiedziała mu cisza.
„Może mnie nie rozumie?” – przeleciało mu przez myśl. Po chwili jednak usłyszał głośne pociągnięcie nosem. Dziewczynka wytarła czerwony już i tak nos wierzchem dłoni. Spojrzała na niego zapłakanymi błękitnymi oczyma i bez przekonania pokiwała głową.
– Tak, dziękuję – odpowiedziała.
– Czy mogę się dosiąść? – Nie dał za wygraną, choć jego wewnętrzne ja przeklinało go.
Wiedział, że sytuacja jest co najmniej niestosowna. Obcy starszy mężczyzna i dziecko na pustej szutrowej ścieżce. Zresztą o tej porze powinien już kierować się do domu, gdzie czekały bujany fotel i pyszna kawa. Po co ma pchać się do jej życia? Przecież pamięta, jak ciężko było przeżyć z jego dziećmi w tym wieku. Nie zwariował tylko dzięki temu, że miał Annę zawsze pod ręką. W końcu jego wewnętrzne ja przegrało z wpojonymi naukami moralnymi.
– Tak, proszę… – usłyszał, po czym nastąpiło ponowne głośne pociągnięcie nosem, wytarcie go wierzchem dłoni i roztarcie na twarzy łez, które zalewały już całą twarz.
Paweł usiadł na drugim końcu ławki, oparł się i spojrzał na dziewczynkę. Mogła mieć dziesięć, no może trzynaście lat. Blond włosy uciekały wręcz ze splecionego na głowie warkocza, sięgającego jej do połowy pleców. Piegowatą twarz miała mokrą od łez, a chude ramiona drżały, nie tylko z powodu płaczu. Było jej zimno, sinymi dłońmi rozcierała zmarznięte ręce. Siedząc po turecku, starała się nie pokazywać nieznajomemu, w jakim stanie się znajduje. Ale on doskonale wiedział, że zalana łzami i cała zasmarkana dziewczynka była czymś bardzo wstrząśnięta. Pamiętał własną córeczkę, która znajdowała się w takim stanie przynajmniej kilka razy w miesiącu, i każdy taki epizod oznaczał dla niej koniec świata. Tęsknił bardzo za tamtą dziewczynką, za swoją malutką Emilką. Tak bardzo różniła się od dorosłej już Emilii.
Poczuł w tej chwili ochotę na przytulenie swojego najstarszego dziecka. Przewinęły mu się przed oczyma obrazy z przeszłości: pierwszy dzień w domu, kiedy Ania dopiero co wróciła ze szpitala położniczego, lęk przed wzięciem niemowlęcia na ręce, raczkująca istotka i niekompletny uśmiech pierwszoklasistki. Przysiągłby, że naprawdę słyszy głos córki: „Wyżej! Tato!”, gdy podrzucał ją do góry. Poczuł piekące łzy i szybko zamrugał oczami. Ponownie popatrzył na dziewczynkę siedzącą obok. Nawet nie zwróciła na niego uwagi.
– Chyba jest ci zimno, co? Mogę dać ci bluzę – zwrócił się do niej.
– Nie, nie trzeba, dziękuję. – Spojrzała na niego, a jej błękitne, zapłakane oczy wydawały się błyszczeć. – Wtedy pan będzie marzł.
– Nie mów głupstw. Zgrzałem się podczas spaceru. I tak musiałem ją zdjąć. – Na dowód wyciągnął w jej kierunku rękę, w której trzymał lekką bluzę sportową w kolorze zgniłej zieleni. – Proszę, weź.
Widać było, że dziecko się waha. Może się bała, bo rodzice zawsze powtarzają swoim dzieciom, żeby niczego nie brały od obcych. Uśmiechnął się, żeby dodać jej odwagi i pokazać, że nie musi się go obawiać. Przypomniał sobie wtedy, jaką burę dostał Mirek, starszy syn, kiedy przyniósł do domu cudzy czarny sweter.
Chłopak miał wtedy może z dziewięć lat i tego feralnego dnia wyszedł do kolegi. Zapowiadało się upalne popołudnie, ale w ciągu kilku godzin mocno się ochłodziło i dzieciak, wracając, marzł. Po drodze spotkał mężczyznę, który dał mu swój sweter. Paweł wciąż pamiętał swoje przerażenie i wielkie, zlęknione oczy żony, gdy syn opowiadał, skąd ma sweter. Jedyną reakcją, na jaką było stać dwoje dorosłych ludzi, były krzyki i pretensje. Mirek poszedł spać bez kolacji, a oni obydwoje mieli do siebie pretensję, że są złymi rodzicami.
Teraz, po latach, wiedział, że jedynym błędem syna było to, że nie potrafił przewidzieć pogody. Co to za błąd? Czy zawiedli z Anią jako rodzice? Tak? Nie? Zawsze wpajali synowi, że ludzie są dobrzy. Ale czy wtedy postąpiliby tak samo? Nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Tylko nadal odczuwał to poczucie niesprawiedliwości i bezsilność. Chciał przytulić syna, jednak ojciec powinien być twardy. „Marsz do łóżka!” miało zakończyć sprawę. Niemniej jednak wiedział, że stracił wiele w oczach syna. Co innego wpajali dzieciom przez lata, a w obliczu tej konkretnej sytuacji zachowali się zupełnie inaczej. Czy byli dwulicowi? Czy może sami do tego nie dorośli?
– Dziękuję. – Dziewczynka pośpiesznie włożyła bluzę i zapięła się po samą szyję.
Wyglądała pociesznie. Jak jego dzieci, kiedy nakładały za duże ubrania rodziców. Przyszła mu do głowy Emilka paradująca w sukience Anny, perłach i kapeluszu, człapiąca
w za dużych czółenkach. Chłopcy udający dżentelmenów w jego marynarkach i byle jak zawiązanych krawatach. Często, za często, krzyczał na synów za te pogniecione, źle powiązane krawaty. Gdyby mógł cofnąć czas, z pewnością by się tak nie zachował. Dziś miał świadomość, że inne rzeczy są ważniejsze. Ciekawe, czy jego dzieci wiedziały, że nie ma sensu przejmować się takimi drobiazgami, że co innego liczy się w życiu? On to już wiedział, ale czy nauczył tego swoje dzieci?
Przyjrzał się dziewczynce. Ona też powinna paradować w za dużej sukience swojej matki i śmiać się na cały głos, śpiewając dziecięce piosenki, dokazując wraz ze swoim rodzeństwem. Tak jak niegdyś jego dzieci.
– Jak masz na imię? – zapytał, bo jakoś musiał się zwracać do tej dziewczynki.
Nastała chwila ciszy, jakby się zastanawiała, czy podać mu imię czy nie. Westchnęła przeciągle i po raz kolejny głośno pociągnęła nosem, robiąc charakterystyczną przerwę w trakcie. Z ulgą zauważył, że wytarła łzy i przestała płakać.
– Endene – powiedziała w końcu, patrząc mu w oczy. – Na imię mi Endene. Optymistycznie, prawda?
– Mogłabyś mieć na imię Alisa.
– Ale to przecież psie imię. – Na ustach Endene pojawił się cień uśmiechu.
– Wiem… – powiedział i zamilkł.
Kiedy Emilka miała jakieś trzynaście lat, Mirek dziesięć, a Tomek dziewięć, uparli się grupowo, że chcą mieć psa. Niestrudzenie przez dwa miesiące na zmianę wychodzili na spacer z pustą smyczą, wymieniali wodę w specjalnie przygotowanej misce w kuchni, a kiedy któremuś z nich się rozlało, pokornie sprzątali „po piesku”. W końcu Paweł z żoną poddali się i razem, całą rodziną, wybrali się do schroniska. Dzieci jednogłośnie orzekły, że zabierają do domu małą suczkę rasy nijakiej. Małą burą kupkę nieszczęścia, którą nazwały właśnie Alisa. Już nawet nie pamiętał, dlaczego takie imię dla psa wybrały. Suczka towarzyszyła im z takim oddaniem, że stała się członkiem rodziny i kiedy nadszedł jej czas, wszyscy płakali długo i szczerze. Dzieci już nigdy nie poprosiły o psa, a oni nie proponowali zastępstwa dla ukochanej psinki.
– A ja jestem Paweł. – Wyciągnął dłoń, którą dziewczynka uścisnęła niepewnie.
Jej rączka była zimna jak stopy jego żony, kiedy zaraz po ślubie wybrał się z nią w góry i podczas jednego ze spacerów zmokli okropnie. Po powrocie próbowali jakoś się ogrzać, więc masował ukochanej zmarznięte stopy, a ona śmiała się tylko, bo miała tam łaskotki. Gospodarz, od którego wynajęli pokój, przygotował im termofory z gorącą wodą, a jego małżonka przepowiadała, że na pewno po takiej przygodzie się pochorują i umrą, biadoliła, co ich podkusiło, żeby się pchać nad Morskie Oko w taką pogodę. Paweł nie mógł wytrzymać tego marudzenia, więc by odwrócić uwagę, pocałował Annę. Całował tak dobrze, że dziewięć miesięcy później trzymał na rękach Emilkę.
Uśmiechnął się lekko. Co go dziś wzięło na wspominki? Czyżby tak wyglądała starość? Zauważył, że dziewczynka mu się przygląda. Odgonił od siebie wspomnienie o młodej żonie i skupił się na Endene.
– Dlaczego tu usiadłeś? – zapytała.
– Dlaczego płakałaś? – Odpowiedział pytaniem.
Endene podkurczyła nogi pod brodę. Skierowała wzrok na mały czerwony budynek po drugiej stronie rzeki.
Wszystkie stodoły tego typu są w Norwegii czerwone. Podobało mu się to i nie zamierzał temu zaprzeczać. Ta była zarośnięta. Wysokie drzewa otaczały ją z jednej strony, a latem, gdy trawa była wysoka, widać było tylko dach. Larsenowie trzymali tam łódki. Dostawali się do rzeki wydeptaną, wąską ścieżką, niosąc kajaki nad głowami.
Przypomniał sobie, że jego synowie uwielbiali wyprawy kajakowe. W liceum prawie każdy letni weekend spędzali na pływaniu. On niestety nie miał czasu, aby razem z chłopakami wybrać się na któryś z takich wyjazdów. Teraz żałował. Żałował każdego zmarnowanego spływu kajakowego, każdej wodnej wycieczki, każdej minuty, którą mógł spędzić z dziećmi. Z perspektywy czasu nawet obowiązek pracy zarobkowej nie tłumaczył jego nieobecności w życiu synów. Tomek niestrudzenie proponował mu udział w takich imprezach. Zawsze powtarzał, że jedzie ojciec Zdziśka, Wieśka czy Witka. Zawsze czyjś ojciec – nigdy on. Mirek zrezygnował po pierwszych wakacjach. Ania nie mówiła nic. Tylko patrzyła. Ten wzrok pełen smutku pamięta do dziś.
Endene chrząknęła, jakby chciała zwrócić jego uwagę znów na siebie, i wzruszyła ramionami. Jego dzieci też często tak robiły. Chyba wszystkich rodziców denerwuje ten nieokreślony ruch ramion w górę i w dół.
Paweł nadal nie odpowiedział na pytanie dziecka.
– Czyli wszystko w porządku i mogę wracać do domu?
Pomyślał, że niedługo otwierają Kiwi i nie chciał się spóźnić, bo jeszcze wykupią mu cały chleb tostowy. Zaczął się podnosić z ławki.
– Zaczekaj… – wyszeptała dziewczynka. – Czy… Czy miałeś kiedyś tak, że myślałeś, że się wszystko ułoży i będzie jak dawniej? I że z radości prawie latałeś pod niebem…? I nagle… Nagle wszystko runęło. Spadałeś w przepaść i tam już było tylko gorzej niż źle. No powiedz, miałeś tak?
Usiadł z powrotem na ławce. Oczy mu się zaszkliły i zobaczył znów Annę. Chorą, zmęczoną, wychudzoną miłość swojego życia, dla której prawie nic już nie mógł zrobić. Mógł się tylko modlić. Siedział przy jej łóżku dniami i nocami. Dzieci prosiły, żeby dbał o siebie. Jednak jak mógł to robić? Przecież zawiódł Annę. Wierzył. Przysięgał wręcz, a teraz płakał. Przepraszał i błagał. Próbował handlować z Bogiem, losem, wszechświatem.
Gdy lekarz powiedział, że wyniki są zadowalające, myślał, że jednak się udało. Ania usiadła. Ba! Wstała nawet i przycupnęła na chwilę na balkonie. Maj był wtedy piękny, słoneczny i nie za gorący. Piękny maj – taki brutalny. Jeszcze w tym samym tygodniu jego żona, ukochana żona, skonała na jego rękach. Podłączona do piszczącej i mruczącej maszynerii. Blada i wycieńczona przed śmiercią wyszeptała tylko: „Dziękuję ci”. Został sam. Przerażony jak dziecko. Siedział w fotelu i nie miał siły jeść czy nawet się myć. Nie miał chęci na
nic, nawet na życie. Depresja, którą zdiagnozował lekarz, to nic w porównaniu z uczuciem klęski, które w sobie miał. Zawiódł wszystkich: żonę i dzieci. Żonę, bo jej nie ochronił, a dzieci, bo straciły matkę.
Przez chwilę miał wrażenie, że znów czuje znajomy ciężar w piersi. Przyłożył tam rękę, serce biło jak oszalałe.
– Miałem… – odpowiedział zachrypniętym głosem. Odchrząknął, by móc dokończyć . – Ale ty jesteś taka młoda i całe życie przed tobą. Nie chcę się wtrącać, bo przecież jestem dla ciebie obcym człowiekiem, ale myślę, że dasz radę. W końcu zapomnisz.
– Nie wiem. Życie wydaje mi się takie beznadziejne, ale ty tego nie zrozumiesz. Dorośli zawsze mówią, że przesadzam.
Przypomniał sobie, że trzaskanie drzwiami zawsze oznajmiało, że Emilce brakuje argumentów. Okres dojrzewania ich córki był trudny i dla niej, i dla wszystkich. A ona zawsze krzyczała im prosto w twarz, że są beznadziejni, że życie też jest takie. I że wszystko jest bez sensu. Kłótnie nawet o najmniejszy drobiazg urastały do rangi katastrofy. Kiedy myśleli, że już nie wytrzymają, że ich cierpliwość dla wyskoków i pretensji córki się skończyła, ta przyznała im rację. Z wrażenia aż usiedli, a Ania zaczęła się śmiać. Śmiała się długo i głośno, trzymając się za brzuch. Razem z Emilką patrzyli na Anię ze zdziwieniem, nic nie rozumiejąc. W końcu żona otarła łzy, wstała i podeszła do córki. Spojrzała jej w oczy, pocałowała ją w czoło i wyszła z domu. Nie było jej kilka godzin, a kiedy wróciła, było już ciemno. Nigdy nie zapytał, gdzie była.
– Zdziwiłabyś się, jak dorośli potrafią wyolbrzymiać. – Uśmiechnął się do Endene, żeby ją uspokoić.
– Ty też? – Spojrzała na niego badawczo. Miała niesamowite oczy, sprawiały wrażenie, jakby przewiercały rozmówcę, a ich właścicielka dzięki temu wiedziała, czy on kłamie.
– A żebyś wiedziała. – Pokiwał lekko głową na wspomnienie tych wszystkich sytuacji, gdy przesadził. Nazbierałaby się tego całkiem pokaźna kolekcja.
Kiedy się poznali, nakłamał Annie, a gdy prawda wyszła na jaw, ona nie chciała z nim rozmawiać. Musiał się mocno napocić, żeby spojrzała na niego znów łaskawym okiem. Podczas pierwszej ciąży Anny trzy razy woził ją do szpitala, przerażony tym, że to już. Żona nazywała go panikarzem. Setki razy pędził na pogotowie, bo według niego któreś z dzieci prawie umierało.
– Czasem myślę – odezwała się smutno Endene – że byłoby lepiej, gdybym się nie urodziła. Albo już umarła… – Na chwilę zawiesiła głos, a on nie wiedział nawet, co ma powiedzieć. – Mieliby wtedy święty spokój – dokończyła.
„Dla ciebie będzie lepiej, jak umrę, kochanie”, wyszeptała kiedyś Anna. Słowa te wciąż krążyły w jego głowie. Kiedy lekarz powiedział, że ma ona przed sobą tylko pół roku życia, nie mógł spać. Podczas bezsennych nocy bez przerwy brzęczało mu w głowie to, co powiedziała z pełnym przekonaniem pomiędzy kolejnymi gryzami kanapki z wędliną. Z emocji upuścił kubek z kawą. Jak ona może mówić takie rzeczy, i to ze spokojem? Przecież on zrobi wszystko, poruszy niebo i ziemię, żeby tylko jego ukochana mogła żyć. Kiedy pochylił się, żeby posprzątać, usłyszał jeszcze tylko, że ma nie histeryzować. Zaczął więc na nią krzyczeć, że nie może mu tego zrobić, że jest egoistyczna i on nie pozwoli jej tak po prostu zostawić rodziny na pastwę losu. Ania patrzyła na niego, powoli żuła śniadanie i potakiwała głową. „Histeryzujesz”, powtórzyła i wzięła łyk herbaty.
Gdy faktycznie umarła, miał wrażenie, że zapada się w głęboki piasek. Nie mógł złapać tchu, łzy zalewały cały świat, a on nie potrafił ruszyć się z miejsca. Wszędzie była nicość. Nie zasługiwał na nic, będąc sam. Po co wstawać rano, jeśli nie ma dla kogo? Dzieci? Dzieci mają swoje życie, swoje rodziny i samotny ojciec potrzebny im jest jak kula u nogi. Nie miał komu robić z rana kawy, nie miał komu kupować ciastka z kremem, wracając z miasta. To nie tak miało być. Krzyczał w nocy przez sen, który fundowały mu różne pigułki przepisane przez lekarza. W ciągu dnia przestał się odzywać, a usta, wcześniej zawsze uśmiechnięte, wtedy zaciskały się coraz mocniej. Miał wówczas żal do Anny. Nie było jej, by wesprzeć, gdy tego potrzebował. Rozmawiał w nocy z jej wspomnieniem i powtarzał, że umieranie nie jest najlepszym rozwiązaniem.
– Umieranie nie jest najlepszym rozwiązaniem – powiedział na głos stalowym głosem, może nazbyt ostrym dla małej dziewczynki, ale było już za późno.
– Mówisz, jakbyś był do tego przekonany – odparła mała, patrząc mu prosto w twarz, jak gdyby nie był jej straszny jego ostry ton. Wydawało się, że jej oczy zaczęły mocniej błyszczeć, a potem ściemniały, przybrały kolor topazu.
– Jakiś czas temu zmarła moja żona – zaczął powoli, zaciskając pięści. – Kochałem ją nad życie. Nie mogłem sobie poradzić z jej śmiercią. Wolałbym sam umrzeć. – Odetchnął głęboko, jakby powiedzenie tego sprawiło mu wielką ulgę.
Swoją drogą tak właśnie było, za rzadko mówił to komukolwiek. Nawet dzieci nie słyszały, by często wyznawał miłość ich matce. Dzisiaj chciałby cofnąć czas i mówić jej to na każdym kroku.
– Nie powinno się nikogo kochać aż tak bardzo. Mnie na pewno nikt tak nie kocha… – odpowiedziała.
Mówiła to z takim przekonaniem, że miał wrażenie, iż przyszłość tej dziewczynki usłana będzie tylko smutkiem, niepowodzeniami i brakiem miłości.
– Wielka miłość boli za bardzo, za mocno potem jest się samotnym. To się nie opłaca – kontynuowała.
Był zszokowany słowami tak młodej dziewczyny na tak poważne tematy. Spojrzał na nią badawczo. Jej twarz nagle wydała mu się starsza, dojrzalsza. Nie przypominała już twarzy zapłakanego podlotka.
– To nieprawda! – krzyknął. – Człowiek bez miłości jest samotny, a samotność jest jak śmierć: okropna.
– Mówisz tak, bo jesteś stary – stwierdziła z rozbrajającą szczerością.
– Jestem stary – przytaknął. – Dlatego musisz mi uwierzyć. Wiem, co mówię. – Znów się do niej uśmiechnął, jednak jej oczy były nadal pochmurne.
– Czy miałeś szczęśliwe życie? – zapytała go nagle, przekrzywiając głowę w prawą stronę, jak to zawsze robiły jego dzieci.
– Dlaczego pytasz? – Poruszył się niepewnie na ławce.
– No wiesz… Jesteś stary i umarła ci żona. To strasznie smutne – powiedziała na jednym wydechu.
– To jest smutne – zgodził się.
– Wiesz dlaczego? – Wpatrywała się w niego tak wnikliwie, że miał wrażenie, iż jej wzrok przeszywa go na wylot.
– Utrata żony jest smutna, starość jest smutna i samotność też jest smutna. Może kilka rzeczy zrobiłbym inaczej, ale ogólnie życie… Tak, było prawie szczęśliwe.
– Było? Teraz nie jest? – Głos dziewczynki stał się nagle bardziej dźwięczny.
– Zapytałaś, czy miałem szczęśliwe życie. Czasem było szczęśliwe, a czasem mniej. Teraz jest szczęśliwe inaczej, ale kiedyś było bardziej. – Zakłopotany, podrapał się po łysinie.
– Bardziej? – Endene nie dawała za wygraną.
– Posłuchaj, dziecko. Usiadłem tu, bo płakałaś, a nie po to, żebyś mnie przesłuchiwała. – Próbował przerwać, nie czuł się komfortowo, rozmawiając na ten temat
– To jest bardziej interesujące niż moje życie. – Westchnęła ciężko.
– No nie przesadzaj. – Zaczął ją pocieszać. – Moje życie powoli dąży ku końcowi, a twoje praktycznie dopiero się zaczęło.
– Nie przesadzam. Nikt by po mnie nie płakał. Nikt nie cierpiałby po mnie tak, jak ty płakałeś, gdy umarła twoja żona.
– Nie przesadzaj. A twoi rodzice? – Popatrzył na dziewczynkę zdziwiony. Zastanawiał się, skąd w dziecku tyle smutnych i złych emocji.
Milczenie, które nastało, przeraziło Pawła. Może nie powinien zadawać tak osobistego pytania. Przecież jest tylko obcym, starszym człowiekiem, spotkanym o świcie nad rzeką. Nie ma prawa dopytywać się o takie rzeczy. Już otwierał usta, by przeprosić, gdy usłyszał bolesne dla niego słowa.
– Nie mam rodziców… – powiedziała Endene cichutko. Spuściła głowę i dotknęła czołem zgiętych kolan. Zacisnęła mocno oczy, jakby próbowała znów się nie rozpłakać .
Cisza, która zapanowała, zdawała się niemal dotykalna. Paweł nie miał pojęcia, jak pocieszyć to dziecko. Nie wiedział nawet, czy powinien pocieszać. Anna zawsze mu powtarzała, że sieroty nie lubią litowania się nad nimi. Zabroniła mu użalać się nad sobą. To, że wychowała się w domu dziecka i nigdy nie poznała swoich rodziców, było jej siłą, a nie ułomnością. Szczerze opowiadała mu, co czuła w każde święta, Dzień Matki, Ojca czy samotne urodziny. Mówiła, że często żałowała, że jej rodzice nie umarli i nie mogła po nich płakać, zapalić im świeczki na grobie. Zamiast tego miała poczucie wielkiej pustki, wieczną niepewność, samotność i świadomość, że nikt jej nie chce.
– Tak jak moja żona – wyszeptał w końcu.
– Wiem – przytaknęła chłodno Endene.
Zaskoczyło go to. Jak to „wiem”? Poczuł ciarki na plecach.
– O czym wiesz? – Był zaskoczony i zaczął się zastanawiać, czy Endene nie jest chora psychicznie. Mówiła zupełnie bez sensu.
– Wiem wszystko. – Wbiła w niego poważny wzrok.
Jego oddech przyspieszył, na czole pojawiły się kropelki potu, a dłonie zrobiły się mokre, sam nie wiedział dlaczego. Wpatrywał się w dziewczynkę pytająco, bojąc się poruszyć.
Wstała powoli i świdrowała go wzrokiem bez jednego mrugnięcia. Kiedy siedziała, wydawała się niska, okazało się jednak, że jest wyższa od niego. Wyciągnęła w jego stronę nadal siną rękę. Kurtka nagle okazała się za ciasna. Oczy Endene, piękne, błyszczące i niebieskie, stały się nagle atramentowoczarne. Twarz straciła dziecięcy wyraz niewinności i nabrała cech dojrzałej kobiety. Zdjęła bluzę i delikatnie położyła na ławce. Oniemiały Paweł nawet się nie poruszył. Z przerażeniem zauważył, że postać nie ma na sobie cienkiego podkoszulka, lecz długą, czarną suknię, przewiązaną czerwonym pasem. Blond włosy w ciasnym warkoczu również związane były czerwoną tasiemką. Stała przed nim, dostojna, z wysoko podniesioną głową. Obserwowała go, czekając, aż wstanie i chwyci ją za rękę. Nie ponaglała go.
– Wiem wszystko – powtórzyła. – A teraz chodź. Już czas.
– Nie rozumiem – odezwał się niepewnie, choć zaczynał rozumieć coraz bardziej.
Czekała spokojnie, wiedząc, że – jak każdy – mężczyzna musi zaakceptować sytuację.
– Jeszcze nie… Jeszcze nie teraz. Ja… Ja jeszcze… – Nie mógł wypowiedzieć nawet jednego zdania. Żadne słowa nie chciały w jego głowie tworzyć spójnej wypowiedzi. Myśli nie składały się w logiczną całość.
– Już za późno na cokolwiek. Miałeś swój czas. Jak każdy – oznajmiła lodowatym tonem, aż poczuł ciarki na plecach.
– Ale… Endene… – Nie wiedział, jak dokończyć. Miał pustkę w głowie.
– To koniec. Jestem „Końcem” – odpowiedziała bardziej przyjacielsko. – Przecież wiesz, że ONA czeka.
Patrzył na Śmierć, którą zawsze wyobrażał sobie inaczej. Stała teraz przed nim i zdawał sobie sprawę, że nadszedł ten czas. Ten moment, o który prosił Boga tak długo i żarliwie. Przyszło wybawienie, jego marzenie ostatnich lat samotności, a on się bał. Spojrzał jeszcze raz w czarne oczy. Ich otchłań była przerażająca, a jednocześnie uspokajająca. Biła od niej taka pewność, że wiedział, iż nie ma się co opierać. Już nie zmieni zdania. Wyciągnął rękę w jej kierunku . Powoli i niepewnie chwycił zimną, kościstą dłoń i się uspokoił. Jego oddech stał się miarowy, a wszelkie wątpliwości zniknęły. Wiedział, że tak ma właśnie być. To był ten czas. Postać pokiwała z aprobatą głową.
– ONA czeka – rzekła głosem melodyjnym, a jednak ostrym jak brzytwa.
Nie przeraził się, bo już wszystko wiedział. Słońce właśnie wychyliło się zza widnokręgu i świat zalało światło dnia. Wszystko błyszczało niejako z nowości, gotowe na kolejny dzień w świecie pełnym życia.
„Koniec” przesunęła się w bok, dłonią wskazując miejsce, z którego przyszedł. Spojrzał w tamtą stronę, mrużąc oczy przed oślepiającym słonecznym blaskiem. Na szutrowej ścieżce stała drobna, jakby znajoma postać. Potrzebował jedynie chwili, żeby zorientować się, że to Anna. Krzyknął ni to z radości, ni z przerażenia, ponieważ nie do końca dotarło do niego, co się właśnie stało. Puścił lodowatą rękę i skierował kroki ku żonie.
– Tęskniła – szepnęła Śmierć.
– Wiem – odpowiedział.