Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Niepoukładani - antologia opowiadań - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
28 marca 2026
35,00
3500 pkt
punktów Virtualo

Niepoukładani - antologia opowiadań - ebook

Ludzie spędzają życie na budowaniu relacji. Czasem układają się w związki za sprawą przypadku lub szczęśliwego zrządzenia losu, innym razem się zdaje, że połączenia dokonał sam diabeł. Czasem wspólna droga jest tą jedyną właściwą. Zdarzają się też relacje z gruntu złe i takie, na których smutne zakończenie trzeba zapracować – brakiem lub nadmiarem. Niektóre związki potrzebują ruchu i gwaru, inne kwitną w leniwej ciszy. Jednym marzy się bezpieczna przewidywalność, innym – ciągłe i dramatyczne zwroty akcji. Czasem partnerzy gubią się w codzienności. Zapominają znaczenia podstawowych słów i gestów. Nie potrafią rozpoznać, kiedy potrzebują więcej przestrzeni, a kiedy więcej człowieka. Jedno jest pewne: młyn wzajemnych zależności nigdy nie przestaje się kręcić.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Antologia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

KAMILA CIOŁKO-BORKOWSKA

DZIEWCZYNKA NA ŁAWCE

Pa­weł ro­zej­rzał się do­oko­ła, wdy­cha­jąc głę­bo­ko rześ­ki za­pach po­ran­ka. Uwiel­biał spa­ce­ry przed świ­tem. Świat do­pie­ro bu­dził się do ży­cia i je­dy­ne, co go ota­cza­ło, to ci­sza i pięk­no. Jesz­cze ni­g­dy się nie zda­rzy­ło, żeby pod­czas po­ran­nych spa­ce­rów spo­tkał ko­go­kol­wiek. Za­zwy­czaj prze­mie­rzał tę samą tra­sę i cie­szył się sa­mot­no­ścią. Nie po to się prze­pro­wa­dzał, wręcz ucie­kał do Nor­we­gii, żeby pchać się w kon­tak­ty z ludź­mi. Z dru­giej stro­ny, to nie było tak, że za­wsze uni­kał in­nych. Nie. Lu­bił to­wa­rzy­stwo i na­wet na­wią­zał re­la­cje z są­sia­da­mi, jed­nak był ty­pem sa­mot­ni­ka.

Póki żyła jego żona Anna, byli za­wsze oto­cze­ni zna­jo­my­mi. Te­raz, gdy zo­stał sam, czuł się tak, jak­by jego uko­cha­na za­bra­ła ze sobą eks­tra­wer­tycz­ną część jego oso­bo­wo­ści. Za­mknął się w so­bie i na­wet gdy dzwo­ni­ło któ­reś z dzie­ci, to roz­mo­wa trwa­ła nie dłu­żej niż dzie­sięć mi­nut. Ko­chał swo­je la­to­ro­śle i mar­twił się o nie, do­szedł jed­nak do wnio­sku, że nad­szedł czas ego­izmu, i gdy tyl­ko upo­rząd­ko­wał swo­je spra­wy praw­ne, prze­pro­wa­dził się do Amot. Po dłu­gich i nie­prze­spa­nych no­cach w wiel­kim i pu­stym miesz­ka­niu zro­zu­miał, że nie wy­trzy­ma sa­mot­no­ści w miej­scu, w któ­rym każ­de zia­ren­ko pia­sku przy­po­mi­na mu o An­nie.

W Nor­we­gii zna­lazł się przez przy­pa­dek. Nie pla­no­wał tego, że jego prze­pro­wadz­ka bę­dzie do­ty­czy­ła rów­nież zmia­ny kra­ju. Pier­wot­nie za­mie­rzał prze­nieść się tyl­ko do in­ne­go wo­je­wódz­twa. Oka­za­ło się jed­nak, że jego zna­jo­my wra­cał do Pol­ski i za­ofe­ro­wał mu swo­je miesz­ka­nie. Naj­pierw w żar­tach, jed­nak z bie­giem cza­su po­mysł na­brał bar­dziej re­al­nych kształ­tów. W koń­cu tak się wszyst­ko po­to­czy­ło, że oto on, Pa­weł Ró­żań­ski, spa­ko­wał w jed­ną wa­liz­kę swój do­by­tek i cał­kiem zmie­nił swo­je ży­cie. De­cy­zję uła­twił fakt, że bar­dzo do­brze po­słu­gi­wał się an­giel­skim. Do­pie­ro po przy­lo­cie na miej­sce uzmy­sło­wił so­bie, dla­cze­go dzie­ci pu­ka­ły się w czo­ło, gdy mó­wił im, co zro­bi. Trud­no. Niech na­zy­wa­ją to, jak chcą. Niech my­ślą, że zwa­rio­wał na sta­rość. Niech mó­wią, że po śmier­ci mat­ki stał się nie­od­po­wie­dzial­ny.

Wra­cał już, gdy na ław­ce nad rze­ką za­uwa­żył po­stać: drob­ną, zgar­bio­ną, drżą­cą – naj­pew­niej z zim­na. Ubra­na była tyl­ko w spodnie i cien­ki t-shirt, a wio­sen­ne po­ran­ki w Nor­we­gii nie na­le­ża­ły do naj­cie­plej­szych.

Spoj­rzał na ze­ga­rek – była pią­ta dwa­na­ście. Sta­nął na mo­ment, przy­glą­da­jąc się nie­zna­jo­me­mu. Miał dwa wyj­ścia. Mógł za­wró­cić i przejść górą, prze­ci­na­jąc far­mę sta­re­go Gre­ena. Gdy­by wy­brał tę opcję, nie prze­szka­dzał­by oso­bie, któ­rą wła­śnie zo­ba­czył. Prze­cież je­że­li wy­cho­dzi się z domu o tak wcze­snej po­rze, to na pew­no nie po to, by imi­grant w wie­ku eme­ry­tal­nym py­tał, czy wszyst­ko jest tak jak trze­ba. Mógł też, po­mny nauk żony, po­dejść i za­py­tać, czy wszyst­ko w po­rząd­ku.

Czuł się nie­swo­jo, roz­my­śla­jąc nad tym, któ­re z roz­wią­zań wy­brać w tym mo­men­cie. Nie lu­bił tego uczu­cia – po­wo­do­wa­ło dys­kom­fort psy­chicz­ny, a tego wo­lał uni­kać.

Nie mógł się zde­cy­do­wać, co ro­bić. Już pra­wie po­sta­no­wił skrę­cić w stro­nę far­my są­sia­da, gdy uświa­do­mił so­bie, że nie prze­kre­śli cał­ko­wi­cie prze­ko­nań i nauk wpo­jo­nych mu w dzie­ciń­stwie przez mat­kę i sta­ran­nie pie­lę­gno­wa­nych przez uko­cha­ną żonę w do­ro­słym ży­ciu. W koń­cu przez całe mał­żeń­stwo tak czę­sto sły­szał, że każ­dy za­słu­gu­je na to, by wy­cią­gnąć do nie­go po­moc­ną dłoń, że nim się spo­strzegł, fak­tycz­nie sta­ło się to wy­znacz­ni­kiem jego re­la­cji z in­ny­mi ludź­mi. Na­wet te­raz, gdy był da­le­ko od daw­ne­go ży­cia, po­stę­po­wał we­dług tego przy­ka­za­nia.

Wes­tchnął ża­ło­śnie, wzru­szył ra­mio­na­mi i skie­ro­wał się w stro­nę ław­ki. Szedł po­wo­li, nie przy­spie­sza­jąc kro­ku, a kie­dy zbli­żył się wy­star­cza­ją­co do­strzegł, że sie­dzi tam dziew­czyn­ka. Co dziec­ko robi sa­mot­nie nad rze­ką? O tak wcze­snej po­rze? Szedł da­lej, na­wet gdy dziew­czyn­ka, usły­szaw­szy jego kro­ki na szu­tro­wej ścież­ce, zgar­bi­ła się jesz­cze bar­dziej. Pod­szedł i spy­tał naj­de­li­kat­niej, jak umiał:

– Prze­pra­szam, czy wszyst­ko w po­rząd­ku?

Od­po­wie­dzia­ła mu ci­sza.

„Może mnie nie ro­zu­mie?” – prze­le­cia­ło mu przez myśl. Po chwi­li jed­nak usły­szał gło­śne po­cią­gnię­cie no­sem. Dziew­czyn­ka wy­tar­ła czer­wo­ny już i tak nos wierz­chem dło­ni. Spoj­rza­ła na nie­go za­pła­ka­ny­mi błę­kit­ny­mi oczy­ma i bez prze­ko­na­nia po­ki­wa­ła gło­wą.

– Tak, dzię­ku­ję – od­po­wie­dzia­ła.

– Czy mogę się do­siąść? – Nie dał za wy­gra­ną, choć jego we­wnętrz­ne ja prze­kli­na­ło go.

Wie­dział, że sy­tu­acja jest co naj­mniej nie­sto­sow­na. Obcy star­szy męż­czy­zna i dziec­ko na pu­stej szu­tro­wej ścież­ce. Zresz­tą o tej po­rze po­wi­nien już kie­ro­wać się do domu, gdzie cze­ka­ły bu­ja­ny fo­tel i pysz­na kawa. Po co ma pchać się do jej ży­cia? Prze­cież pa­mię­ta, jak cięż­ko było prze­żyć z jego dzieć­mi w tym wie­ku. Nie zwa­rio­wał tyl­ko dzię­ki temu, że miał Annę za­wsze pod ręką. W koń­cu jego we­wnętrz­ne ja prze­gra­ło z wpo­jo­ny­mi na­uka­mi mo­ral­ny­mi.

– Tak, pro­szę… – usły­szał, po czym na­stą­pi­ło po­now­ne gło­śne po­cią­gnię­cie no­sem, wy­tar­cie go wierz­chem dło­ni i roz­tar­cie na twa­rzy łez, któ­re za­le­wa­ły już całą twarz.

Pa­weł usiadł na dru­gim koń­cu ław­ki, oparł się i spoj­rzał na dziew­czyn­kę. Mo­gła mieć dzie­sięć, no może trzy­na­ście lat. Blond wło­sy ucie­ka­ły wręcz ze sple­cio­ne­go na gło­wie war­ko­cza, się­ga­ją­ce­go jej do po­ło­wy ple­ców. Pie­go­wa­tą twarz mia­ła mo­krą od łez, a chu­de ra­mio­na drża­ły, nie tyl­ko z po­wo­du pła­czu. Było jej zim­no, si­ny­mi dłoń­mi roz­cie­ra­ła zmar­z­nię­te ręce. Sie­dząc po tu­rec­ku, sta­ra­ła się nie po­ka­zy­wać nie­zna­jo­me­mu, w ja­kim sta­nie się znaj­du­je. Ale on do­sko­na­le wie­dział, że za­la­na łza­mi i cała za­smar­ka­na dziew­czyn­ka była czymś bar­dzo wstrzą­śnię­ta. Pa­mię­tał wła­sną có­recz­kę, któ­ra znaj­do­wa­ła się w ta­kim sta­nie przy­naj­mniej kil­ka razy w mie­sią­cu, i każ­dy taki epi­zod ozna­czał dla niej ko­niec świa­ta. Tę­sk­nił bar­dzo za tam­tą dziew­czyn­ką, za swo­ją ma­lut­ką Emil­ką. Tak bar­dzo róż­ni­ła się od do­ro­słej już Emi­lii.

Po­czuł w tej chwi­li ocho­tę na przy­tu­le­nie swo­je­go naj­star­sze­go dziec­ka. Prze­wi­nę­ły mu się przed oczy­ma ob­ra­zy z prze­szło­ści: pierw­szy dzień w domu, kie­dy Ania do­pie­ro co wró­ci­ła ze szpi­ta­la po­łoż­ni­cze­go, lęk przed wzię­ciem nie­mow­lę­cia na ręce, racz­ku­ją­ca istot­ka i nie­kom­plet­ny uśmiech pierw­szo­kla­sist­ki. Przy­siągł­by, że na­praw­dę sły­szy głos cór­ki: „Wy­żej! Tato!”, gdy pod­rzu­cał ją do góry. Po­czuł pie­ką­ce łzy i szyb­ko za­mru­gał ocza­mi. Po­now­nie po­pa­trzył na dziew­czyn­kę sie­dzą­cą obok. Na­wet nie zwró­ci­ła na nie­go uwa­gi.

– Chy­ba jest ci zim­no, co? Mogę dać ci blu­zę – zwró­cił się do niej.

– Nie, nie trze­ba, dzię­ku­ję. – Spoj­rza­ła na nie­go, a jej błę­kit­ne, za­pła­ka­ne oczy wy­da­wa­ły się błysz­czeć. – Wte­dy pan bę­dzie marzł.

– Nie mów głupstw. Zgrza­łem się pod­czas spa­ce­ru. I tak mu­sia­łem ją zdjąć. – Na do­wód wy­cią­gnął w jej kie­run­ku rękę, w któ­rej trzy­mał lek­ką blu­zę spor­to­wą w ko­lo­rze zgni­łej zie­le­ni. – Pro­szę, weź.

Wi­dać było, że dziec­ko się waha. Może się bała, bo ro­dzi­ce za­wsze po­wta­rza­ją swo­im dzie­ciom, żeby ni­cze­go nie bra­ły od ob­cych. Uśmiech­nął się, żeby do­dać jej od­wa­gi i po­ka­zać, że nie musi się go oba­wiać. Przy­po­mniał so­bie wte­dy, jaką burę do­stał Mi­rek, star­szy syn, kie­dy przy­niósł do domu cu­dzy czar­ny swe­ter.

Chło­pak miał wte­dy może z dzie­więć lat i tego fe­ral­ne­go dnia wy­szedł do ko­le­gi. Za­po­wia­da­ło się upal­ne po­po­łu­dnie, ale w cią­gu kil­ku go­dzin moc­no się ochło­dzi­ło i dzie­ciak, wra­ca­jąc, marzł. Po dro­dze spo­tkał męż­czy­znę, któ­ry dał mu swój swe­ter. Pa­weł wciąż pa­mię­tał swo­je prze­ra­że­nie i wiel­kie, zlęk­nio­ne oczy żony, gdy syn opo­wia­dał, skąd ma swe­ter. Je­dy­ną re­ak­cją, na jaką było stać dwo­je do­ro­słych lu­dzi, były krzy­ki i pre­ten­sje. Mi­rek po­szedł spać bez ko­la­cji, a oni oby­dwo­je mie­li do sie­bie pre­ten­sję, że są zły­mi ro­dzi­ca­mi.

Te­raz, po la­tach, wie­dział, że je­dy­nym błę­dem syna było to, że nie po­tra­fił prze­wi­dzieć po­go­dy. Co to za błąd? Czy za­wie­dli z Anią jako ro­dzi­ce? Tak? Nie? Za­wsze wpa­ja­li sy­no­wi, że lu­dzie są do­brzy. Ale czy wte­dy po­stą­pi­li­by tak samo? Nie po­tra­fił od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie. Tyl­ko na­dal od­czu­wał to po­czu­cie nie­spra­wie­dli­wo­ści i bez­sil­ność. Chciał przy­tu­lić syna, jed­nak oj­ciec po­wi­nien być twar­dy. „Marsz do łóż­ka!” mia­ło za­koń­czyć spra­wę. Nie­mniej jed­nak wie­dział, że stra­cił wie­le w oczach syna. Co in­ne­go wpa­ja­li dzie­ciom przez lata, a w ob­li­czu tej kon­kret­nej sy­tu­acji za­cho­wa­li się zu­peł­nie ina­czej. Czy byli dwu­li­co­wi? Czy może sami do tego nie do­ro­śli?

– Dzię­ku­ję. – Dziew­czyn­ka po­śpiesz­nie wło­ży­ła blu­zę i za­pię­ła się po samą szy­ję.

Wy­glą­da­ła po­ciesz­nie. Jak jego dzie­ci, kie­dy na­kła­da­ły za duże ubra­nia ro­dzi­ców. Przy­szła mu do gło­wy Emil­ka pa­ra­du­ją­ca w su­kien­ce Anny, per­łach i ka­pe­lu­szu, czła­pią­ca
w za du­żych czó­łen­kach. Chłop­cy uda­ją­cy dżen­tel­me­nów w jego ma­ry­nar­kach i byle jak za­wią­za­nych kra­wa­tach. Czę­sto, za czę­sto, krzy­czał na sy­nów za te po­gnie­cio­ne, źle po­wią­za­ne kra­wa­ty. Gdy­by mógł cof­nąć czas, z pew­no­ścią by się tak nie za­cho­wał. Dziś miał świa­do­mość, że inne rze­czy są waż­niej­sze. Cie­ka­we, czy jego dzie­ci wie­dzia­ły, że nie ma sen­su przej­mo­wać się ta­ki­mi dro­bia­zga­mi, że co in­ne­go li­czy się w ży­ciu? On to już wie­dział, ale czy na­uczył tego swo­je dzie­ci?

Przyj­rzał się dziew­czyn­ce. Ona też po­win­na pa­ra­do­wać w za du­żej su­kien­ce swo­jej mat­ki i śmiać się na cały głos, śpie­wa­jąc dzie­cię­ce pio­sen­ki, do­ka­zu­jąc wraz ze swo­im ro­dzeń­stwem. Tak jak nie­gdyś jego dzie­ci.

– Jak masz na imię? – za­py­tał, bo ja­koś mu­siał się zwra­cać do tej dziew­czyn­ki.

Na­sta­ła chwi­la ci­szy, jak­by się za­sta­na­wia­ła, czy po­dać mu imię czy nie. Wes­tchnę­ła prze­cią­gle i po raz ko­lej­ny gło­śno po­cią­gnę­ła no­sem, ro­biąc cha­rak­te­ry­stycz­ną prze­rwę w trak­cie. Z ulgą za­uwa­żył, że wy­tar­ła łzy i prze­sta­ła pła­kać.

– En­de­ne – po­wie­dzia­ła w koń­cu, pa­trząc mu w oczy. – Na imię mi En­de­ne. Opty­mi­stycz­nie, praw­da?

– Mo­gła­byś mieć na imię Ali­sa.

– Ale to prze­cież psie imię. – Na ustach En­de­ne po­ja­wił się cień uśmie­chu.

– Wiem… – po­wie­dział i za­milkł.

Kie­dy Emil­ka mia­ła ja­kieś trzy­na­ście lat, Mi­rek dzie­sięć, a To­mek dzie­więć, upar­li się gru­po­wo, że chcą mieć psa. Nie­stru­dze­nie przez dwa mie­sią­ce na zmia­nę wy­cho­dzi­li na spa­cer z pu­stą smy­czą, wy­mie­nia­li wodę w spe­cjal­nie przy­go­to­wa­nej mi­sce w kuch­ni, a kie­dy któ­re­muś z nich się roz­la­ło, po­kor­nie sprzą­ta­li „po pie­sku”. W koń­cu Pa­weł z żoną pod­da­li się i ra­zem, całą ro­dzi­ną, wy­bra­li się do schro­ni­ska. Dzie­ci jed­no­gło­śnie orze­kły, że za­bie­ra­ją do domu małą sucz­kę rasy ni­ja­kiej. Małą burą kup­kę nie­szczę­ścia, któ­rą na­zwa­ły wła­śnie Ali­sa. Już na­wet nie pa­mię­tał, dla­cze­go ta­kie imię dla psa wy­bra­ły. Sucz­ka to­wa­rzy­szy­ła im z ta­kim od­da­niem, że sta­ła się człon­kiem ro­dzi­ny i kie­dy nad­szedł jej czas, wszy­scy pła­ka­li dłu­go i szcze­rze. Dzie­ci już ni­g­dy nie po­pro­si­ły o psa, a oni nie pro­po­no­wa­li za­stęp­stwa dla uko­cha­nej psin­ki.

– A ja je­stem Pa­weł. – Wy­cią­gnął dłoń, któ­rą dziew­czyn­ka uści­snę­ła nie­pew­nie.

Jej rącz­ka była zim­na jak sto­py jego żony, kie­dy za­raz po ślu­bie wy­brał się z nią w góry i pod­czas jed­ne­go ze spa­ce­rów zmo­kli okrop­nie. Po po­wro­cie pró­bo­wa­li ja­koś się ogrzać, więc ma­so­wał uko­cha­nej zmar­z­nię­te sto­py, a ona śmia­ła się tyl­ko, bo mia­ła tam ła­skot­ki. Go­spo­darz, od któ­re­go wy­na­ję­li po­kój, przy­go­to­wał im ter­mo­fo­ry z go­rą­cą wodą, a jego mał­żon­ka prze­po­wia­da­ła, że na pew­no po ta­kiej przy­go­dzie się po­cho­ru­ją i umrą, bia­do­li­ła, co ich pod­ku­si­ło, żeby się pchać nad Mor­skie Oko w taką po­go­dę. Pa­weł nie mógł wy­trzy­mać tego ma­ru­dze­nia, więc by od­wró­cić uwa­gę, po­ca­ło­wał Annę. Ca­ło­wał tak do­brze, że dzie­więć mie­się­cy póź­niej trzy­mał na rę­kach Emil­kę.

Uśmiech­nął się lek­ko. Co go dziś wzię­ło na wspo­min­ki? Czyż­by tak wy­glą­da­ła sta­rość? Za­uwa­żył, że dziew­czyn­ka mu się przy­glą­da. Od­go­nił od sie­bie wspo­mnie­nie o mło­dej żo­nie i sku­pił się na En­de­ne.

– Dla­cze­go tu usia­dłeś? – za­py­ta­ła.

– Dla­cze­go pła­ka­łaś? – Od­po­wie­dział py­ta­niem.

En­de­ne pod­kur­czy­ła nogi pod bro­dę. Skie­ro­wa­ła wzrok na mały czer­wo­ny bu­dy­nek po dru­giej stro­nie rze­ki.

Wszyst­kie sto­do­ły tego typu są w Nor­we­gii czer­wo­ne. Po­do­ba­ło mu się to i nie za­mie­rzał temu za­prze­czać. Ta była za­ro­śnię­ta. Wy­so­kie drze­wa ota­cza­ły ją z jed­nej stro­ny, a la­tem, gdy tra­wa była wy­so­ka, wi­dać było tyl­ko dach. Lar­se­no­wie trzy­ma­li tam łód­ki. Do­sta­wa­li się do rze­ki wy­dep­ta­ną, wą­ską ścież­ką, nio­sąc ka­ja­ki nad gło­wa­mi.

Przy­po­mniał so­bie, że jego sy­no­wie uwiel­bia­li wy­pra­wy ka­ja­ko­we. W li­ceum pra­wie każ­dy let­ni week­end spę­dza­li na pły­wa­niu. On nie­ste­ty nie miał cza­su, aby ra­zem z chło­pa­ka­mi wy­brać się na któ­ryś z ta­kich wy­jaz­dów. Te­raz ża­ło­wał. Ża­ło­wał każ­de­go zmar­no­wa­ne­go spły­wu ka­ja­ko­we­go, każ­dej wod­nej wy­ciecz­ki, każ­dej mi­nu­ty, któ­rą mógł spę­dzić z dzieć­mi. Z per­spek­ty­wy cza­su na­wet obo­wią­zek pra­cy za­rob­ko­wej nie tłu­ma­czył jego nie­obec­no­ści w ży­ciu sy­nów. To­mek nie­stru­dze­nie pro­po­no­wał mu udział w ta­kich im­pre­zach. Za­wsze po­wta­rzał, że je­dzie oj­ciec Zdziś­ka, Wieś­ka czy Wit­ka. Za­wsze czyjś oj­ciec – ni­g­dy on. Mi­rek zre­zy­gno­wał po pierw­szych wa­ka­cjach. Ania nie mó­wi­ła nic. Tyl­ko pa­trzy­ła. Ten wzrok pe­łen smut­ku pa­mię­ta do dziś.

En­de­ne chrząk­nę­ła, jak­by chcia­ła zwró­cić jego uwa­gę znów na sie­bie, i wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. Jego dzie­ci też czę­sto tak ro­bi­ły. Chy­ba wszyst­kich ro­dzi­ców de­ner­wu­je ten nie­okre­ślo­ny ruch ra­mion w górę i w dół.

Pa­weł na­dal nie od­po­wie­dział na py­ta­nie dziec­ka.

– Czy­li wszyst­ko w po­rząd­ku i mogę wra­cać do domu?

Po­my­ślał, że nie­dłu­go otwie­ra­ją Kiwi i nie chciał się spóź­nić, bo jesz­cze wy­ku­pią mu cały chleb to­sto­wy. Za­czął się pod­no­sić z ław­ki.

– Za­cze­kaj… – wy­szep­ta­ła dziew­czyn­ka. – Czy… Czy mia­łeś kie­dyś tak, że my­śla­łeś, że się wszyst­ko uło­ży i bę­dzie jak daw­niej? I że z ra­do­ści pra­wie la­ta­łeś pod nie­bem…? I na­gle… Na­gle wszyst­ko ru­nę­ło. Spa­da­łeś w prze­paść i tam już było tyl­ko go­rzej niż źle. No po­wiedz, mia­łeś tak?

Usiadł z po­wro­tem na ław­ce. Oczy mu się za­szkli­ły i zo­ba­czył znów Annę. Cho­rą, zmę­czo­ną, wy­chu­dzo­ną mi­łość swo­je­go ży­cia, dla któ­rej pra­wie nic już nie mógł zro­bić. Mógł się tyl­ko mo­dlić. Sie­dział przy jej łóż­ku dnia­mi i no­ca­mi. Dzie­ci pro­si­ły, żeby dbał o sie­bie. Jed­nak jak mógł to ro­bić? Prze­cież za­wiódł Annę. Wie­rzył. Przy­się­gał wręcz, a te­raz pła­kał. Prze­pra­szał i bła­gał. Pró­bo­wał han­dlo­wać z Bo­giem, lo­sem, wszech­świa­tem.

Gdy le­karz po­wie­dział, że wy­ni­ki są za­do­wa­la­ją­ce, my­ślał, że jed­nak się uda­ło. Ania usia­dła. Ba! Wsta­ła na­wet i przy­cup­nę­ła na chwi­lę na bal­ko­nie. Maj był wte­dy pięk­ny, sło­necz­ny i nie za go­rą­cy. Pięk­ny maj – taki bru­tal­ny. Jesz­cze w tym sa­mym ty­go­dniu jego żona, uko­cha­na żona, sko­na­ła na jego rę­kach. Pod­łą­czo­na do pisz­czą­cej i mru­czą­cej ma­szy­ne­rii. Bla­da i wy­cień­czo­na przed śmier­cią wy­szep­ta­ła tyl­ko: „Dzię­ku­ję ci”. Zo­stał sam. Prze­ra­żo­ny jak dziec­ko. Sie­dział w fo­te­lu i nie miał siły jeść czy na­wet się myć. Nie miał chę­ci na
nic, na­wet na ży­cie. De­pre­sja, któ­rą zdia­gno­zo­wał le­karz, to nic w po­rów­na­niu z uczu­ciem klę­ski, któ­re w so­bie miał. Za­wiódł wszyst­kich: żonę i dzie­ci. Żonę, bo jej nie ochro­nił, a dzie­ci, bo stra­ci­ły mat­kę.

Przez chwi­lę miał wra­że­nie, że znów czu­je zna­jo­my cię­żar w pier­si. Przy­ło­żył tam rękę, ser­ce biło jak osza­la­łe.

– Mia­łem… – od­po­wie­dział za­chryp­nię­tym gło­sem. Od­chrząk­nął, by móc do­koń­czyć . – Ale ty je­steś taka mło­da i całe ży­cie przed tobą. Nie chcę się wtrą­cać, bo prze­cież je­stem dla cie­bie ob­cym czło­wie­kiem, ale my­ślę, że dasz radę. W koń­cu za­po­mnisz.

– Nie wiem. Ży­cie wy­da­je mi się ta­kie bez­na­dziej­ne, ale ty tego nie zro­zu­miesz. Do­ro­śli za­wsze mó­wią, że prze­sa­dzam.

Przy­po­mniał so­bie, że trza­ska­nie drzwia­mi za­wsze oznaj­mia­ło, że Emil­ce bra­ku­je ar­gu­men­tów. Okres doj­rze­wa­nia ich cór­ki był trud­ny i dla niej, i dla wszyst­kich. A ona za­wsze krzy­cza­ła im pro­sto w twarz, że są bez­na­dziej­ni, że ży­cie też jest ta­kie. I że wszyst­ko jest bez sen­su. Kłót­nie na­wet o naj­mniej­szy dro­biazg ura­sta­ły do ran­gi ka­ta­stro­fy. Kie­dy my­śle­li, że już nie wy­trzy­ma­ją, że ich cier­pli­wość dla wy­sko­ków i pre­ten­sji cór­ki się skoń­czy­ła, ta przy­zna­ła im ra­cję. Z wra­że­nia aż usie­dli, a Ania za­czę­ła się śmiać. Śmia­ła się dłu­go i gło­śno, trzy­ma­jąc się za brzuch. Ra­zem z Emil­ką pa­trzy­li na Anię ze zdzi­wie­niem, nic nie ro­zu­mie­jąc. W koń­cu żona otar­ła łzy, wsta­ła i po­de­szła do cór­ki. Spoj­rza­ła jej w oczy, po­ca­ło­wa­ła ją w czo­ło i wy­szła z domu. Nie było jej kil­ka go­dzin, a kie­dy wró­ci­ła, było już ciem­no. Ni­g­dy nie za­py­tał, gdzie była.

– Zdzi­wi­ła­byś się, jak do­ro­śli po­tra­fią wy­ol­brzy­miać. – Uśmiech­nął się do En­de­ne, żeby ją uspo­ko­ić.

– Ty też? – Spoj­rza­ła na nie­go ba­daw­czo. Mia­ła nie­sa­mo­wi­te oczy, spra­wia­ły wra­że­nie, jak­by prze­wier­ca­ły roz­mów­cę, a ich wła­ści­ciel­ka dzię­ki temu wie­dzia­ła, czy on kła­mie.

– A że­byś wie­dzia­ła. – Po­ki­wał lek­ko gło­wą na wspo­mnie­nie tych wszyst­kich sy­tu­acji, gdy prze­sa­dził. Na­zbie­ra­ła­by się tego cał­kiem po­kaź­na ko­lek­cja.

Kie­dy się po­zna­li, na­kła­mał An­nie, a gdy praw­da wy­szła na jaw, ona nie chcia­ła z nim roz­ma­wiać. Mu­siał się moc­no na­po­cić, żeby spoj­rza­ła na nie­go znów ła­ska­wym okiem. Pod­czas pierw­szej cią­ży Anny trzy razy wo­ził ją do szpi­ta­la, prze­ra­żo­ny tym, że to już. Żona na­zy­wa­ła go pa­ni­ka­rzem. Set­ki razy pę­dził na po­go­to­wie, bo we­dług nie­go któ­reś z dzie­ci pra­wie umie­ra­ło.

– Cza­sem my­ślę – ode­zwa­ła się smut­no En­de­ne – że by­ło­by le­piej, gdy­bym się nie uro­dzi­ła. Albo już umar­ła… – Na chwi­lę za­wie­si­ła głos, a on nie wie­dział na­wet, co ma po­wie­dzieć. – Mie­li­by wte­dy świę­ty spo­kój – do­koń­czy­ła.

„Dla cie­bie bę­dzie le­piej, jak umrę, ko­cha­nie”, wy­szep­ta­ła kie­dyś Anna. Sło­wa te wciąż krą­ży­ły w jego gło­wie. Kie­dy le­karz po­wie­dział, że ma ona przed sobą tyl­ko pół roku ży­cia, nie mógł spać. Pod­czas bez­sen­nych nocy bez prze­rwy brzę­cza­ło mu w gło­wie to, co po­wie­dzia­ła z peł­nym prze­ko­na­niem po­mię­dzy ko­lej­ny­mi gry­za­mi ka­nap­ki z wę­dli­ną. Z emo­cji upu­ścił ku­bek z kawą. Jak ona może mó­wić ta­kie rze­czy, i to ze spo­ko­jem? Prze­cież on zro­bi wszyst­ko, po­ru­szy nie­bo i zie­mię, żeby tyl­ko jego uko­cha­na mo­gła żyć. Kie­dy po­chy­lił się, żeby po­sprzą­tać, usły­szał jesz­cze tyl­ko, że ma nie hi­ste­ry­zo­wać. Za­czął więc na nią krzy­czeć, że nie może mu tego zro­bić, że jest ego­istycz­na i on nie po­zwo­li jej tak po pro­stu zo­sta­wić ro­dzi­ny na pa­stwę losu. Ania pa­trzy­ła na nie­go, po­wo­li żuła śnia­da­nie i po­ta­ki­wa­ła gło­wą. „Hi­ste­ry­zu­jesz”, po­wtó­rzy­ła i wzię­ła łyk her­ba­ty.

Gdy fak­tycz­nie umar­ła, miał wra­że­nie, że za­pa­da się w głę­bo­ki pia­sek. Nie mógł zła­pać tchu, łzy za­le­wa­ły cały świat, a on nie po­tra­fił ru­szyć się z miej­sca. Wszę­dzie była ni­cość. Nie za­słu­gi­wał na nic, bę­dąc sam. Po co wsta­wać rano, je­śli nie ma dla kogo? Dzie­ci? Dzie­ci mają swo­je ży­cie, swo­je ro­dzi­ny i sa­mot­ny oj­ciec po­trzeb­ny im jest jak kula u nogi. Nie miał komu ro­bić z rana kawy, nie miał komu ku­po­wać ciast­ka z kre­mem, wra­ca­jąc z mia­sta. To nie tak mia­ło być. Krzy­czał w nocy przez sen, któ­ry fun­do­wa­ły mu róż­ne pi­guł­ki prze­pi­sa­ne przez le­ka­rza. W cią­gu dnia prze­stał się od­zy­wać, a usta, wcze­śniej za­wsze uśmiech­nię­te, wte­dy za­ci­ska­ły się co­raz moc­niej. Miał wów­czas żal do Anny. Nie było jej, by wes­przeć, gdy tego po­trze­bo­wał. Roz­ma­wiał w nocy z jej wspo­mnie­niem i po­wta­rzał, że umie­ra­nie nie jest naj­lep­szym roz­wią­za­niem.

– Umie­ra­nie nie jest naj­lep­szym roz­wią­za­niem – po­wie­dział na głos sta­lo­wym gło­sem, może na­zbyt ostrym dla ma­łej dziew­czyn­ki, ale było już za póź­no.

– Mó­wisz, jak­byś był do tego prze­ko­na­ny – od­par­ła mała, pa­trząc mu pro­sto w twarz, jak gdy­by nie był jej strasz­ny jego ostry ton. Wy­da­wa­ło się, że jej oczy za­czę­ły moc­niej błysz­czeć, a po­tem ściem­nia­ły, przy­bra­ły ko­lor to­pa­zu.

– Ja­kiś czas temu zmar­ła moja żona – za­czął po­wo­li, za­ci­ska­jąc pię­ści. – Ko­cha­łem ją nad ży­cie. Nie mo­głem so­bie po­ra­dzić z jej śmier­cią. Wo­lał­bym sam umrzeć. – Ode­tchnął głę­bo­ko, jak­by po­wie­dze­nie tego spra­wi­ło mu wiel­ką ulgę.

Swo­ją dro­gą tak wła­śnie było, za rzad­ko mó­wił to ko­mu­kol­wiek. Na­wet dzie­ci nie sły­sza­ły, by czę­sto wy­zna­wał mi­łość ich mat­ce. Dzi­siaj chciał­by cof­nąć czas i mó­wić jej to na każ­dym kro­ku.

– Nie po­win­no się ni­ko­go ko­chać aż tak bar­dzo. Mnie na pew­no nikt tak nie ko­cha… – od­po­wie­dzia­ła.

Mó­wi­ła to z ta­kim prze­ko­na­niem, że miał wra­że­nie, iż przy­szłość tej dziew­czyn­ki usła­na bę­dzie tyl­ko smut­kiem, nie­po­wo­dze­nia­mi i bra­kiem mi­ło­ści.

– Wiel­ka mi­łość boli za bar­dzo, za moc­no po­tem jest się sa­mot­nym. To się nie opła­ca – kon­ty­nu­owa­ła.

Był zszo­ko­wa­ny sło­wa­mi tak mło­dej dziew­czy­ny na tak po­waż­ne te­ma­ty. Spoj­rzał na nią ba­daw­czo. Jej twarz na­gle wy­da­ła mu się star­sza, doj­rzal­sza. Nie przy­po­mi­na­ła już twa­rzy za­pła­ka­ne­go pod­lot­ka.

– To nie­praw­da! – krzyk­nął. – Czło­wiek bez mi­ło­ści jest sa­mot­ny, a sa­mot­ność jest jak śmierć: okrop­na.

– Mó­wisz tak, bo je­steś sta­ry – stwier­dzi­ła z roz­bra­ja­ją­cą szcze­ro­ścią.

– Je­stem sta­ry – przy­tak­nął. – Dla­te­go mu­sisz mi uwie­rzyć. Wiem, co mó­wię. – Znów się do niej uśmiech­nął, jed­nak jej oczy były na­dal po­chmur­ne.

– Czy mia­łeś szczę­śli­we ży­cie? – za­py­ta­ła go na­gle, prze­krzy­wia­jąc gło­wę w pra­wą stro­nę, jak to za­wsze ro­bi­ły jego dzie­ci.

– Dla­cze­go py­tasz? – Po­ru­szył się nie­pew­nie na ław­ce.

– No wiesz… Je­steś sta­ry i umar­ła ci żona. To strasz­nie smut­ne – po­wie­dzia­ła na jed­nym wy­de­chu.

– To jest smut­ne – zgo­dził się.

– Wiesz dla­cze­go? – Wpa­try­wa­ła się w nie­go tak wni­kli­wie, że miał wra­że­nie, iż jej wzrok prze­szy­wa go na wy­lot.

– Utra­ta żony jest smut­na, sta­rość jest smut­na i sa­mot­ność też jest smut­na. Może kil­ka rze­czy zro­bił­bym ina­czej, ale ogól­nie ży­cie… Tak, było pra­wie szczę­śli­we.

– Było? Te­raz nie jest? – Głos dziew­czyn­ki stał się na­gle bar­dziej dźwięcz­ny.

– Za­py­ta­łaś, czy mia­łem szczę­śli­we ży­cie. Cza­sem było szczę­śli­we, a cza­sem mniej. Te­raz jest szczę­śli­we ina­czej, ale kie­dyś było bar­dziej. – Za­kło­po­ta­ny, po­dra­pał się po ły­si­nie.

– Bar­dziej? – En­de­ne nie da­wa­ła za wy­gra­ną.

– Po­słu­chaj, dziec­ko. Usia­dłem tu, bo pła­ka­łaś, a nie po to, że­byś mnie prze­słu­chi­wa­ła. – Pró­bo­wał prze­rwać, nie czuł się kom­for­to­wo, roz­ma­wia­jąc na ten te­mat

– To jest bar­dziej in­te­re­su­ją­ce niż moje ży­cie. – Wes­tchnę­ła cięż­ko.

– No nie prze­sa­dzaj. – Za­czął ją po­cie­szać. – Moje ży­cie po­wo­li dąży ku koń­co­wi, a two­je prak­tycz­nie do­pie­ro się za­czę­ło.

– Nie prze­sa­dzam. Nikt by po mnie nie pła­kał. Nikt nie cier­piał­by po mnie tak, jak ty pła­ka­łeś, gdy umar­ła two­ja żona.

– Nie prze­sa­dzaj. A twoi ro­dzi­ce? – Po­pa­trzył na dziew­czyn­kę zdzi­wio­ny. Za­sta­na­wiał się, skąd w dziec­ku tyle smut­nych i złych emo­cji.

Mil­cze­nie, któ­re na­sta­ło, prze­ra­zi­ło Paw­ła. Może nie po­wi­nien za­da­wać tak oso­bi­ste­go py­ta­nia. Prze­cież jest tyl­ko ob­cym, star­szym czło­wie­kiem, spo­tka­nym o świ­cie nad rze­ką. Nie ma pra­wa do­py­ty­wać się o ta­kie rze­czy. Już otwie­rał usta, by prze­pro­sić, gdy usły­szał bo­le­sne dla nie­go sło­wa.

– Nie mam ro­dzi­ców… – po­wie­dzia­ła En­de­ne ci­chut­ko. Spu­ści­ła gło­wę i do­tknę­ła czo­łem zgię­tych ko­lan. Za­ci­snę­ła moc­no oczy, jak­by pró­bo­wa­ła znów się nie roz­pła­kać .

Ci­sza, któ­ra za­pa­no­wa­ła, zda­wa­ła się nie­mal do­ty­kal­na. Pa­weł nie miał po­ję­cia, jak po­cie­szyć to dziec­ko. Nie wie­dział na­wet, czy po­wi­nien po­cie­szać. Anna za­wsze mu po­wta­rza­ła, że sie­ro­ty nie lu­bią li­to­wa­nia się nad nimi. Za­bro­ni­ła mu uża­lać się nad sobą. To, że wy­cho­wa­ła się w domu dziec­ka i ni­g­dy nie po­zna­ła swo­ich ro­dzi­ców, było jej siłą, a nie ułom­no­ścią. Szcze­rze opo­wia­da­ła mu, co czu­ła w każ­de świę­ta, Dzień Mat­ki, Ojca czy sa­mot­ne uro­dzi­ny. Mó­wi­ła, że czę­sto ża­ło­wa­ła, że jej ro­dzi­ce nie umar­li i nie mo­gła po nich pła­kać, za­pa­lić im świecz­ki na gro­bie. Za­miast tego mia­ła po­czu­cie wiel­kiej pust­ki, wiecz­ną nie­pew­ność, sa­mot­ność i świa­do­mość, że nikt jej nie chce.

– Tak jak moja żona – wy­szep­tał w koń­cu.

– Wiem – przy­tak­nę­ła chłod­no En­de­ne.

Za­sko­czy­ło go to. Jak to „wiem”? Po­czuł ciar­ki na ple­cach.

– O czym wiesz? – Był za­sko­czo­ny i za­czął się za­sta­na­wiać, czy En­de­ne nie jest cho­ra psy­chicz­nie. Mó­wi­ła zu­peł­nie bez sen­su.

– Wiem wszyst­ko. – Wbi­ła w nie­go po­waż­ny wzrok.

Jego od­dech przy­spie­szył, na czo­le po­ja­wi­ły się kro­pel­ki potu, a dło­nie zro­bi­ły się mo­kre, sam nie wie­dział dla­cze­go. Wpa­try­wał się w dziew­czyn­kę py­ta­ją­co, bo­jąc się po­ru­szyć.

Wsta­ła po­wo­li i świ­dro­wa­ła go wzro­kiem bez jed­ne­go mru­gnię­cia. Kie­dy sie­dzia­ła, wy­da­wa­ła się ni­ska, oka­za­ło się jed­nak, że jest wyż­sza od nie­go. Wy­cią­gnę­ła w jego stro­nę na­dal siną rękę. Kurt­ka na­gle oka­za­ła się za cia­sna. Oczy En­de­ne, pięk­ne, błysz­czą­ce i nie­bie­skie, sta­ły się na­gle atra­men­to­wo­czar­ne. Twarz stra­ci­ła dzie­cię­cy wy­raz nie­win­no­ści i na­bra­ła cech doj­rza­łej ko­bie­ty. Zdję­ła blu­zę i de­li­kat­nie po­ło­ży­ła na ław­ce. Onie­mia­ły Pa­weł na­wet się nie po­ru­szył. Z prze­ra­że­niem za­uwa­żył, że po­stać nie ma na so­bie cien­kie­go pod­ko­szul­ka, lecz dłu­gą, czar­ną suk­nię, prze­wią­za­ną czer­wo­nym pa­sem. Blond wło­sy w cia­snym war­ko­czu rów­nież zwią­za­ne były czer­wo­ną ta­siem­ką. Sta­ła przed nim, do­stoj­na, z wy­so­ko pod­nie­sio­ną gło­wą. Ob­ser­wo­wa­ła go, cze­ka­jąc, aż wsta­nie i chwy­ci ją za rękę. Nie po­na­gla­ła go.

– Wiem wszyst­ko – po­wtó­rzy­ła. – A te­raz chodź. Już czas.

– Nie ro­zu­miem – ode­zwał się nie­pew­nie, choć za­czy­nał ro­zu­mieć co­raz bar­dziej.

Cze­ka­ła spo­koj­nie, wie­dząc, że – jak każ­dy – męż­czy­zna musi za­ak­cep­to­wać sy­tu­ację.

– Jesz­cze nie… Jesz­cze nie te­raz. Ja… Ja jesz­cze… – Nie mógł wy­po­wie­dzieć na­wet jed­ne­go zda­nia. Żad­ne sło­wa nie chcia­ły w jego gło­wie two­rzyć spój­nej wy­po­wie­dzi. My­śli nie skła­da­ły się w lo­gicz­ną ca­łość.

– Już za póź­no na co­kol­wiek. Mia­łeś swój czas. Jak każ­dy – oznaj­mi­ła lo­do­wa­tym to­nem, aż po­czuł ciar­ki na ple­cach.

– Ale… En­de­ne… – Nie wie­dział, jak do­koń­czyć. Miał pust­kę w gło­wie.

– To ko­niec. Je­stem „Koń­cem” – od­po­wie­dzia­ła bar­dziej przy­ja­ciel­sko. – Prze­cież wiesz, że ONA cze­ka.

Pa­trzył na Śmierć, któ­rą za­wsze wy­obra­żał so­bie ina­czej. Sta­ła te­raz przed nim i zda­wał so­bie spra­wę, że nad­szedł ten czas. Ten mo­ment, o któ­ry pro­sił Boga tak dłu­go i żar­li­wie. Przy­szło wy­ba­wie­nie, jego ma­rze­nie ostat­nich lat sa­mot­no­ści, a on się bał. Spoj­rzał jesz­cze raz w czar­ne oczy. Ich ot­chłań była prze­ra­ża­ją­ca, a jed­no­cze­śnie uspo­ka­ja­ją­ca. Biła od niej taka pew­ność, że wie­dział, iż nie ma się co opie­rać. Już nie zmie­ni zda­nia. Wy­cią­gnął rękę w jej kie­run­ku . Po­wo­li i nie­pew­nie chwy­cił zim­ną, ko­ści­stą dłoń i się uspo­ko­ił. Jego od­dech stał się mia­ro­wy, a wszel­kie wąt­pli­wo­ści znik­nę­ły. Wie­dział, że tak ma wła­śnie być. To był ten czas. Po­stać po­ki­wa­ła z apro­ba­tą gło­wą.

– ONA cze­ka – rze­kła gło­sem me­lo­dyj­nym, a jed­nak ostrym jak brzy­twa.

Nie prze­ra­ził się, bo już wszyst­ko wie­dział. Słoń­ce wła­śnie wy­chy­li­ło się zza wid­no­krę­gu i świat za­la­ło świa­tło dnia. Wszyst­ko błysz­cza­ło nie­ja­ko z no­wo­ści, go­to­we na ko­lej­ny dzień w świe­cie peł­nym ży­cia.

„Ko­niec” prze­su­nę­ła się w bok, dło­nią wska­zu­jąc miej­sce, z któ­re­go przy­szedł. Spoj­rzał w tam­tą stro­nę, mru­żąc oczy przed ośle­pia­ją­cym sło­necz­nym bla­skiem. Na szu­tro­wej ścież­ce sta­ła drob­na, jak­by zna­jo­ma po­stać. Po­trze­bo­wał je­dy­nie chwi­li, żeby zo­rien­to­wać się, że to Anna. Krzyk­nął ni to z ra­do­ści, ni z prze­ra­że­nia, po­nie­waż nie do koń­ca do­tar­ło do nie­go, co się wła­śnie sta­ło. Pu­ścił lo­do­wa­tą rękę i skie­ro­wał kro­ki ku żo­nie.

– Tę­sk­ni­ła – szep­nę­ła Śmierć.

– Wiem – od­po­wie­dział.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij