Nigdy, może, zawsze - ebook
Kolorowa, optymistyczna i zawsze pozytywnie nastawiona do świata dziewczyna oraz zdystansowany, gburowaty mężczyzna. To przecież nie może się udać. W pewnym momencie jednak ich drogi się przecinają, a nasi bohaterowie dosłownie wpadają na siebie. To jedno przypadkowe spotkanie będzie miało ogromne znaczenie, mimo że początkowo żadne z nich nie zapała sympatią do tego drugiego. Los bywa przewrotny, a gdy Amor się uprze, żeby połączyć dwójkę ludzi, nawet tak ekstremalnie różnych, to dopnie swego, ściągając na Rosie i Shane’a masę zdarzeń, emocji i pozornie przypadkowych sytuacji. Czy bujająca w obłokach dziewczyna o różowych włosach może znaleźć szczęście w ramionach zbyt poważnego i wydawać by się mogło kompletnie do niej niepasującego mężczyzny? Historia pełna emocji, namiętności, ale i trudnych decyzji. Podobno to, co wartościowe, nigdy nie przychodzi łatwo. Czy Rosie wytrzyma z kimś, kto na samym początku skreśli ją za zbyt odważny wygląd? Czy Shane pokaże swoje prawdziwe oblicze kobiecie, która w drobnym ciele skrywa ogromne serce pragnące miłości? Pyskata piękność i przystojny gbur. Czy to się uda?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna polska |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8290-693-6 |
| Rozmiar pliku: | 2,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
CYKL QUEEN OF MUERTE
Queen Of Muerte. Tom 1
Queen Of Revenge. Tom 2
POZOSTAŁE POZYCJE
Ciebie tu nie ma
Sky Is The Limit (duet z A.P. Mist)
Sparkle&Shadow (duet z A.P. Mist)
Nigdy, może, zawsze
Soul Tatoo
His Game, Her Rules
Paper Birds
Nie zapomnij o mnie
Trzy kroki we mgle
W PRZYGOTOWANIU
Freedom of Darkness
Wszystkie pozycje dostępne również w formie e-bookaRozdział 1
Rosie
Opieram brodę na jednej ręce, drugą z kolei bezwiednie mieszam widelcem w talerzu. Siedzę sama w mojej ukochanej restauracji serwującej najlepsze naleśniki w całej dzielnicy West Village.
Gdyby ktoś przyłożył mi spluwę do skroni i kazał wybierać danie, które będę jadła dzień w dzień do końca życia, bez wahania wybrałabym naleśniki z nutellą i truskawkami.
Spoglądam przez okno na przemieszczających się ludzi, ciesząc się klimatyzowanym pomieszczeniem. Jest lipiec, a słońce zawzięcie ogrzewa betonowy świat, jakby co najmniej chciało wszystkich usmażyć. Kocham lato, ale dzisiaj zwyczajnie przesadziło.
– To niesprawiedliwe! – Słyszę głos mojej przyjaciółki, który wyrywa mnie z chwilowego zawieszenia.
– Co takiego? – Marszczę brwi i spoglądam na nią z konsternacją.
– To, że ciągle wpieprzasz kilogramami te tłuste placki z czekoladą, a nie tyjesz. Ja tylko przejdę obok cukierni i już mam kilka kilogramów na plusie.
Ellie oczywiście przesadza, bo sama jest szczupła. Ja zwyczajnie jestem drobna. Mierzę zaledwie metr sześćdziesiąt i ważę niecałe pięćdziesiąt kilogramów.
– Dobrze wiesz, że kocham ruch – mówię, wpychając sobie do ust kolejną porcję jedzenia. – Matko! One za każdym razem są coraz lepsze!
– Co zamierzasz robić po letniej przerwie? – pyta nagle, psując mi tym lekko humor.
Przyjechałam do Nowego Jorku na studia, które okazały się kompletnym niewypałem. Mam dwadzieścia pięć lat i to moje trzecie podejście do jakiegokolwiek zawodu. Porzuciłam już kształcenie się na kierunku prawniczym. Poddałam się po trzech miesiącach, kiedy to ucząc się do pierwszego zaliczenia, uznałam, że jestem chyba na to wszystko za głupia, mimo ukończenia szkoły średniej z wyróżnieniem.
Później była filologia angielska, która tak mnie wynudziła, że dla własnego zdrowia psychicznego, by nie dostać depresji, zwyczajnie odpuściłam. Wytrwałam trochę dłużej, bo rok.
Kiedy powiedziałam rodzicom, że chcę spróbować literaturoznawstwo, załamali ręce, powiedzieli, że do trzech razy sztuka i że czesne w szkole opłacą, ale utrzymać muszę się sama.
Jak ja mam im powiedzieć, że studia to chyba nie moja bajka i właściwie jeszcze nie wiem, co będę robić w życiu?
– Nie wiem – odpowiadam zgodnie z prawdą. – Nie przejmuj się, nie zostawię cię na lodzie. Pokochałam Nowy Jork i raczej się stąd szybko nie wyniosę.
– A praca?
No tak, praca. Straciłam poprzednią za mój wygląd, bo właścicielce hotelu nie podobało się, że mam różowe włosy, kolorowe paznokcie i zbyt mocno się maluję. Mocno oznacza kreski zrobione eyelinerem na powiekach i czasem podkreślone usta.
– Szukam nowej. Hej! To nie jakaś wioska, to Big Apple! Praca czeka na każdym rogu, leży na chodniku, trzeba ją tylko podnieść.
– Mhm… – Ellie przewraca oczami, wydyma usta i wypuszcza ze świstem powietrze.
– Sceptyczka. – Pokazuję jej język.
– Przesadna optymistka.
– Może gdybyś tak zmieniła kolor…
– Nie kończ! – przerywam jej. – To nie ja mam się dostosować do świata…
– A co? Niby świat do ciebie? – prycha pogardliwie.
– Tego nie powiedziałam.
– Tak zabrzmiało. Nie jesteś pępkiem świata.
Jak ona czasem mnie wkurza.
– Wiem, że nie. Każdy jednak powinien pozostać sobą. Dlaczego mam udawać kogoś, kim nie jestem?
– Bo w większości mają cię za szajbuskę? – odpowiada mi pytaniem na pytanie.
– No i co? – Wzruszam ramionami i dojadam naleśnika. – Wierzę, że gdzieś jest i miejsce dla mnie. Nie żyjemy w średniowieczu. Nie spalą mnie na stosie za bycie inną. Myślałam, że kto jak kto, ale ty mnie rozumiesz. – Smutnieję.
– Ja cię kocham w tym wydaniu. W innym zresztą cię nie znam. Martwię się jedynie.
– To przestań, bo sprawiasz mi przykrość. Skłonna jestem pomyśleć, że się mnie wstydzisz wyłącznie dlatego, że mam odwagę wyrażać siebie. Nie jestem trędowata, mam tylko kolorowe włosy i jeszcze bardziej barwną duszę.
– Dobrze wiesz, że ja zawsze stoję po twojej stronie.
– A żeby cię pocieszyć, powiem ci, że za godzinę mam umówioną rozmowę w sprawie pracy.
Opieram się wygodnie na wysokim krześle i spoglądam w ciemnobrązowe oczy przyjaciółki. Kocham to jej tajemnicze, ciemne spojrzenie. Ogólnie uwielbiam brązowe oczy. Mam wrażenie, że ludzie z takimi tęczówkami skrywają jakieś tajemnice i są niedostępni.
– Świetnie! Gdzie tym razem?
– Salon samochodowy – mówię z dumą.
– Okeeej – przeciąga śmiesznie ten wyraz, dając mi do zrozumienia, że nie za bardzo wierzy w to, co powiedziałam. – Dlaczego tam?
– O co ci znowu chodzi? – Zaczynam się powoli irytować jej podejściem.
Wiem, rozumiem, że jestem lekkoduchem i często zmieniam etaty. Wszystko przez mój niewyparzony język i przesadną pewność siebie. Po prostu nie lubię, kiedy ktoś mnie nie szanuje lub każe się nagle zmienić, bo nie pasuję do jego standardów. Jakoś podczas zatrudniania mnie pasowałam, i co się nagle wydarzyło?
– Ty się w ogóle znasz na samochodach?
– A czy ty się urodziłaś i od razu wszystko wiedziałaś? – pytam z przekąsem.
– No, nie…
– To tak jak sto procent ludzi na Ziemi i wiesz co? Nauczyli się wszystkiego z czasem.
– Nie bądź wredna. – Burmuszy się i zakłada ręce na piersiach. Za chwilę kończy jej się przerwa w pracy i będzie musiała iść. – Naściemniałaś w CV?
– Ellie, ja nie będę tych samochodów reperować ani nimi jeździć. Mam pracować w recepcji jako asystentka prezesa, bo obecna idzie na urlop macierzyński. – Wybucham śmiechem.
– Prosisz się dzisiaj o guza – mówi, po czym wyciąga z portfela pieniądze i zostawia, bym zapłaciła kelnerce za jej kawę. Ja swojej jeszcze nie dopiłam. – Wracam do pracy. Widzimy się wieczorem?
– Tak.
– Powodzenia. Kocham cię, wiesz o tym?
– Ja ciebie też.
Posyłam je buziaka i znów odwracam się w stronę okna. Na samą myśl, że mam wyjść na ten skwar, robi mi się słabo.
– Czy jeszcze coś pani podać? – Kelnerka daje mi do zrozumienia, że czas najwyższy zwolnić stolik. Jest pora lunchu, więc każde miejsce siedzące jest na wagę złota.
– Poproszę o rachunek i dużą, mrożoną kawę waniliową na wynos. – Uśmiecham się do niej, płacę i wychodzę w tłum ludzi.
Kocham West Village. Te stare, ceglane budynki, dużo drzew, drewniane okiennice i wąskie uliczki mają swój klimat. Przywołują mi na myśl stare filmy romantyczne, jak choćby Notthing Hill. Tak, wiem, że akcja rozgrywała się w Anglii, ale klimat tamtych lat ten sam.
Salon, w którym mam mieć spotkanie w sprawie pracy, mieści się niedaleko stąd, więc mając jeszcze sporo czasu, ruszam tam na piechotę.
Nie rozumiem, dlaczego Ellie ma zastrzeżenia do mojego wyglądu. Może przez to, że wychowana została w bardzo konserwatywnej rodzinie, która nie uznawała przesadnego wyróżniania się. Cechuje ich prostota i skromność. Co niedziele wszyscy razem idą do kościoła. Ellie nie chodzi na imprezy, a sama pracuje w bibliotece.
Nigdy nie zapomnę spojrzenia jej matki, kiedy przyjaciółka się do mnie wprowadziła.
Ona przezroczysta, szara myszka z włosami zaplecionymi w długi warkocz, wybierająca raczej nijakie ubrania, poukładana i grzeczna aż do przesady. I ja. Różowa, wytatuowana, słuchająca starego rocka, nosząca podarte dżinsy i bluzki odsłaniające brzuch.
Przekupiłam ich swoim dobrym sercem i zapewnieniem, że nie dam zginąć ich córce w tym wielkim mieście.
Poza tym, że jesteśmy kompletnie różne, a moja przyjaciółka często mnie zwyczajnie nie rozumie i przeraża ją, co robię ze swoim życiem, to naprawdę świetnie się dogadujemy.
Mnie jest łatwiej utrzymać to maleńkie mieszkanko składające się z dwóch mikropokoików, salonu z aneksem kuchennym i małej łazienki. Nawet za taki metraż w tym mieście trzeba zapłacić okropnie duże pieniądze.
Zamyślona podążam wzdłuż chodnika, ubrana w mój ulubiony, jasny garnitur z lnu. Bo to nie jest tak, że wiecznie chodzę jak obdartus w znoszonych dżinsach. Uwielbiam być elegancka.
Moje krótkie, sięgające zaledwie ramion włosy pofalowałam prostownicą, dodając im objętości. Na usta nałożyłam delikatny róż i nawet kreski na oczach zrobiłam nieco cieńsze. Czuję się naprawdę pięknie i kobieco.
Po zapaleniu się zielonego światła stawiam jedną nogę na jezdni, po czym słyszę mężczyznę krzyczącego, żebym uważała. Czuję szarpnięcie i z impetem upadam do tyłu, oblewając się kawą.
Już mam się wydrzeć, ale sekundę po tym, jak upadam, drogą przejeżdża jakiś rozpędzony, sportowy wóz, którego kierowca musi być daltonistą albo debilem mającym za nic ludzkie życie.
– Cudownie – mruczę niezadowolona, ignorując rękę mojego wybawcy chcącego pomóc mi wstać. – Obejdzie się.
– Przepraszam, ale działałem instynktownie. Myślałem, że go nie widzisz. – Napotykam spojrzenie pięknych, niebieskich oczu, a mężczyzna szeroko się uśmiecha.
– Bo nie widziałam – przyznaję szczerze. – Dziękuję i przepraszam. Jestem zła, bo zaraz mam rozmowę o pracę, a zobacz, co zostało z mojego garnituru.
Pokazuję na poplamiony materiał marynarki i spodni. Nie wspominając o białej, cienkiej bluzeczce pod spodem, która teraz nieznośnie lepi mi się do ciała.
– Prawie nie widać – mówi, unikając mojego spojrzenia. Jest uroczy w tym swoim kłamstwie. – No dobra, widać, ale i tak jestem pewien, że cię przyjmą.
– Dzięki za pocieszenie… – Wpatruję się w niego pytająco.
– Brad. – Uśmiecha się i podaje mi rękę.
– Rosie. I jeszcze raz dziękuję za ratunek. Takim jak ten wariat nie powinni dawać prawa jazdy.
– Jakiś bogaty cwaniaczek, który myśli, że wszystko mu wolno.
Ponownie zapala się zielone światło. Tym razem jednak upewniam się, że nikt nie nadjeżdża, i ruszam przed siebie.
– Powodzenia! – Słyszę za plecami głos chłopaka.
Unoszę ręce, pokazując mu kciuki do góry.
Nie zdążę się przebrać, to pewne, bo do mieszkania mam za daleko. Nie śpię na pieniądzach, by wejść teraz do butiku i kupić nowy strój. Trudno. To tylko praca.
Ostatecznie nie wiem, jak to się dzieje, ale błądzę i na spotkanie wchodzę lekko spóźniona, ściągając na siebie zaciekawione spojrzenia pracowników, których o dziwo, jest kilku.
Myślałam, że w takim miejscu snuje się jeden znudzony człowieczek, któremu może raz na miesiąc uda się sprzedać jedno auto. Jest wówczas bohaterem firmy i wszyscy biją mu brawo.
– Dzień dobry – mówię wesołym tonem, uśmiechając się najładniej, jak tylko potrafię. – Byłam umówiona na pierwszą.
– W sprawie pracy? – Młoda kobieta w zaawansowanej ciąży spogląda na mnie podejrzliwie, marszcząc przy tym brwi.
– Tak, Rosie Brooker.
Zapinam guzik marynarki, która na tym piekielnym słońcu zdążyła już praktycznie całkowicie przeschnąć. Plamy po kawie jednak magicznie nie wyparowały z jasnego materiału.
Kobieta mierzy mnie bezczelnie z góry na dół, poświęcając najwięcej uwagi moim włosom.
– Miałam drobny wypadek po drodze, oblałam się kawą, bo jakiś de… ekhm… wariat mnie prawie rozjechał – tłumaczę, nie dając się złamać jej spojrzeniu.
– Szefa jeszcze nie ma – mruczy niezadowolona, ale może pani zaczekać na niego tutaj. – Pokazuje na krzesło dostawione do biurka.
– Dziękuję, rozejrzę się po salonie, jeśli oczywiście mogę. – Zerkam na nią, a moje usta wyginają się w delikatny uśmiech, którego nie mogę powstrzymać. – Proszę mi wybaczyć, ale nie dosłyszałam, jak ma pani na imię – mówię złośliwie, bo oczywiście nie przedstawiła mi się, uznając pewnie, że nie ma takiej potrzeby.
– Ashley – mówi niezadowolona.
– Dziękuję, Ashley – podkreślam jej imię, obracam się na pięcie i wyruszam na spacer po obszernym pomieszczeniu.
Reszta pracowników przygląda mi się z nieskrywanym zainteresowaniem, jakbym była co najmniej jakąś kosmitką.
Sytuacja się zmienia, kiedy do pomieszczenia wchodzi klient, który wprowadza popłoch i zamieszanie wśród pracowników.
Elegancki facet w średnim wieku stoi i rozgląda się w oczekiwaniu na obsługę.
Podchodzi do niego chłopak, na oko mój równolatek, i słowo daję, umiera przy tym ze strachu.
Przyglądam się tej scenie z nieskrywanym rozbawieniem.
– Nasz szef jest okropnie wymagający – szepcze do mnie drugi z mężczyzn, który materializuje się koło mnie jak duch. – Jeśli nie działamy według jego standardów, wścieka się i krzyczy.
– Żartujesz sobie? To mobbing – mówię, nie spuszczając wzroku z mężczyzn.
– Jeśli chcesz mieć pracę, musisz się dostosować – stwierdza. – Jack jest nowy i przez tydzień musi sam obsługiwać klientów. Ma się wszystkiego nauczyć, a jeśli nie, to wypad.
– Tak po prostu?
– Tak po prostu.
– Jakim cudem nie wiesz, jaki to ma silnik i jakie przyspieszenie? Kto ma to wiedzieć? – denerwuje się facet, co skutkuje podniesionym tonem.
Atmosfera gęstnieje, a chłopak, który go obsługuje, za chwilę zwyczajnie się popłacze.
Nie zastanawiając się, co robię i jak wyglądam, podchodzę do wzburzonego gościa i uśmiecham się do niego.
– Przepraszam, kolega jest tutaj nowy i nie wszystko jeszcze wie – mówię pewnym głosem, czując jednocześnie palące spojrzenia obecnych tutaj ludzi.
Widzę, że nie rozmawiam ze zwykłym śmiertelnikiem, ale z facetem, który śpi na kasie. Nie przyszedłby do tego salonu, gdyby nie był zdecydowany cokolwiek kupić. To nie typ, który zwiedza, ogląda i tylko traci czas zarówno swój, jak i pracownika.
Idealnie skrojony garnitur, drogi zegarek, schludny, nienachalny wygląd. Zerkam szybko, czym przyjechał. No tak, model z tego roku.
– Przepraszam za mój wygląd, ale w drodze do pracy miałam nieprzyjemny wypadek.
– Jest pani w stanie mi doradzić?
Patrzy na mnie z lekkim politowaniem, bo niby jakim cudem taka mała wesz jak ja, oblana od szyi po buty kawą, ma znać się na rzeczy?
– Oczywiście – odpowiadam pewnie, czym nieco go gaszę, zyskując przewagę. – Zwrócił pan uwagę na nasz najlepszy i najsilniejszy model, a domyślam się, że na samochodach zna się pan lepiej niż połowa z nas tutaj.
Gość doskonale wie, po co przyszedł. Zwyczajnie potrzebuje być dopieszczony i obsłużony tak, jak na to zasługuje.
– Świetny wybór! – mówię i kładę rękę na dachu sportowego wozu. Biorę głęboki wdech i recytuję jego specyfikację. – Silnik pojemności sześć przecinek dwa litra, napędzany przez siedemset siedem koni mechanicznych, ośmiobiegowa skrzynia, napęd na tył.
Wyposażenie i kolor oczywiście do dogadania. Prawdziwy potwór dający nieziemską satysfakcję. Do wyboru wersja dwudrzwiowa, którą osobiście uważam za najpiękniejszą, i czterodrzwiowa.
W tym momencie do salonu wchodzi wysoki, elegancki mężczyzna, który na mój widok przystaje oniemiały i gniewnie mrozi mnie wzrokiem.
– Dzień dobry, szefie – wita go przepłoszona do granic możliwości Ashley.
I kiedy szef otwiera usta, by powiedzieć cokolwiek, a domyślam się, że byłyby to same niecenzuralne słowa, zostaje mu to bezdusznie przerwane przez klienta.
– W końcu ktoś, kto zna się na rzeczy. – Uśmiecha się szeroko. – West, nie wiem, skąd wziąłeś tę dziewczynę, ale to twój najlepszy pracownik. Z kim mogę dopełnić formalności?
Brązowe oczy wpatrują się we mnie gniewnie, a on sam, mam wrażenie, zaraz wybuchnie. Gdyby mógł, zmiażdżyłby mnie jak robaka.
Nie daję się i stoję dumnie wyprostowana.
– Do mojego gabinetu – mówi trochę do mnie, trochę koło mnie.
Wkurza mnie to, że od wejścia jest takim dupkiem. Jeśli taki ma styl bycia, to się raczej nie dogadamy.
– A jakieś magiczne słowo? – pytam przekornie, krzyżując ręce na piersiach.
Szef podchodzi do mnie i patrzy z góry.
– Zapraszam – cedzi przez zęby, a ja uśmiecham się tryumfalnie.
Dupek z niego, ale za to jaki przystojny.
Drepczę krok w krok za nim, a kiedy wchodzimy do gabinetu, staję i czekam na jego ruch. On sam siada w swoim fotelu, kładzie dłonie na podłokietniki i opiera się wygodnie, lustrując mnie diabelskim spojrzeniem.
– Kim ty właściwie jesteś? – pyta w końcu, odpalając papierosa, i zaciąga się nim głęboko.
– Rosie. Rosie Brooker – odpowiadam pewnym głosem.
– A pan?