-
nowość
O kobiecie, która niosła wodę - ebook
O kobiecie, która niosła wodę - ebook
To poruszająca opowieść o kobiecie, która po latach życia dla innych słucha własnego głosu. Joanna – psychoterapeutka, matka, wdowa – staje na progu nowego etapu. Dorosłe dzieci opuszczają dom, przeszłość domaga się przepracowania, a serce prowadzi ją ku nieznanemu.
Wspomnienia, sny, spotkania z ludźmi i podróż do słonecznej Kalabrii splatają się w historię o odzyskiwaniu siebie. To opowieść o lęku i odwadze, stracie i nadziei, o kobiecej sile rodzącej się z wrażliwości. O tym, że nigdy nie jest za późno, by zacząć żyć w zgodzie ze sobą.
Autorka z czułością i psychologiczną wnikliwością prowadzi czytelnika przez świat emocji, pokazując, że największe zmiany zaczynają się wtedy, gdy odważymy się spojrzeć w głąb własnego serca.
„O kobiecie, która niosła wodę” to inspirująca opowieść dla tych, którzy szukają światła po trudnych doświadczeniach i wierzą, że życie – niezależnie od wieku – może rozpocząć się na nowo.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura piękna polska |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368750546 |
| Rozmiar pliku: | 3,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
KRÓLOWA WODY
- Woda – jeden z czterech żywiołów. W kartach tarota symbolizuje dostęp do głębokich emocji. Bezwarunkową miłość, empatię, wrażliwość oraz opiekuńczość. Reprezentuje archetyp czułej matki, artystki, uzdrowicielki. Woda jest niezbędna do powstawania życia. Nawilża, oczyszcza, obmywa, poi.
- Znana w wielu formach: może być stojąca, falująca albo rwąca. Może być orzeźwiającym napojem, ciepłą falą obmywającą ciało lub niebezpiecznym tsunami. Ma różne formy skupienia.
- Symbolem żywiołu wody są puchary.
Joanna otworzyła oczy. Wzdrygnęła się. Gdzie jestem? – pomyślała.
Rozejrzała się wokół, jednocześnie sprawdzając dłonią znajomą delikatność satynowej pościeli. Majowe poranne słońce wpadało do sypialni, malując na ścianie i podłodze jasne plamy. Dom – odetchnęła z ulgą. Znowu miała ten sen.
Siedziała w kącie na strychu przerażona i zziębnięta. Miała zgrabiałe ręce, nasłuchiwała, bo czuła niepokój. Swoją drogą, całkiem ładny był ten strych, przestronny i jasny. Tylko to zimno i lęk. Wokół było życie. Z zewnątrz dochodziły do niej głosy dzieci, szum niedalekiej ulicy i śpiew ptaków. A ona na wpół martwa w tym śnie.
No więc wstaje. Szklanka ciepłej wody, kawa. Rzut oka w lustro. Dzień się zaczyna.
Budzi Łucję. Ostatnie dni przed maturą córki. Czuje jakieś napięcie. I rozczulenie. Bo coś nadchodzi. Jej świat się zmienia i przekształca. Nieuniknione. Już wkrótce nastąpi ten moment, gdy zostanie całkiem sama. Dzieci rozpoczną własne życia, nie wolno ich wiązać.
I chociaż jest dzisiaj i ta matura, i praca, i sto różnych rzeczy do ogarnięcia, idzie zmiana. Bo gdzieś w środku, w głębi, ta część życia już się wali. Tarotowa wieża i zgliszcza. I nie ma wyjścia.
Stoi wśród ruin. Znów jakaś nowa droga przed nią. Uśmiecha się do siebie, bo już wie, po tylu przeżytych latach, po tylu rozpadniętych wieżach, że przeżyje. Że znów wyruszy. Pozostało jej tylko zająć się sobą, posłuchać wołania duszy, odważyć się.
Ubiera się, toaleta, szybki codzienny makijaż. Już jest gotowa. Poranny spacer do pobliskiej Biedronki. Idzie niespiesznie, rozgląda się. Wokół poranny ruch, dzieci pędzą na autobus do szkoły, mamy zniecierpliwione pokrzykują na marudzących przedszkolaków. Przyroda piękna i bujna obfitością zieleni i kolorów. Życie wokół się toczy zwyczajnym majowym rytmem. Tylko Joanna jakaś spowolniała. Dobrą powolnością, która pozwala jej czuć na twarzy promienie słońca, powiew chłodnego, porannego wiatru, zapach zieleni.
Szybkie zakupy, proste produkty. Trochę automatyczne, bo Joanna zna na pamięć każdą półkę w tym sklepie. Wraca do domu, przygotowuje śniadanie. Trochę uroczyście, bardziej poważnie niż zazwyczaj, bo przecież matura. Łucja gotowa. Delikatne napięcie wokół. Pierwszy dzień. Język polski pisemny. Joanna obejmuje córkę. Całus w czubek głowy. Trochę trudno, bo Łucja dawno przerosła matkę. Trochę śmiechu przy tym. Idzie. Joanna stoi w drzwiach, patrzy na Łucję. Ta odwraca się i trochę nerwowo uśmiecha, obie jednocześnie zaciskają kciuki w geście „na szczęście”.
Łucja wsiada do windy. Joanna zamyka drzwi mieszkania, szybko się wycisza, aż jest zdziwiona swoim spokojem. Tak się w nim rozgościła wewnętrznie, rozsiadła. Ogarnia kuchnię. Uśmiecha się do siebie. Praca za chwilę. Dom. Dobry dzień. Podobnie jak ostatni tydzień, miesiąc czy rok. Bo wcześniej tyle razy się rozpadła. Tyle razy niebo przywaliło grzmotem znienacka. Śmierć męża. Dramat.
Nagle rozpadło się wszystko, co było dotychczas. I chociaż to wspólne życie nie było kwitnącym szczęśliwością ogrodem, to jednak przędło się w jakimś przewidywalnym porządku. I choć marzyła o rozstaniu, to, co się wydarzyło, roztrzaskało jej świat na drobne kawałki. Założyło maskę. Jeszcze bardziej nienaruszalną. Ciężką.
Puste oczy wymalowane na kamieniu, uśmiech bez grama czucia. Do przodu, bo przecież trzeba było. Nie było innego wyjścia. Ogarnąć rzeczywistość, zadbać o dzieci. I to, co miała w środku, całe rozczarowanie, wściekłość i przerażenie, musiała zapieczętować. Zamknęła. Poszła dalej. Zwolniła się z pracy, której od dawna już nie czuła, zaryzykowała swoją własną działalność. Trzy miesiące później przyszła pandemia. Takie to wszystko było dziwne. Świat stał się nierealny. Robiła codzienne maleńkie kroki. Podłogę trzeba było umyć. Obiad zrobić. Narysować coś z córką. Nie załamać się. Przetrwać. Przetrwała.
Powoli szła dalej. Ścieżka się zmieniła. Szła sama. Choć trudno jej było w to uwierzyć, powoli ogarniała życie. Albo może życie ogarniało ją?
Gabinet psychoterapeutyczny, który prowadziła, rozkręcił się. Przychodzili ludzie ze swoimi historiami. Ze swoimi dramatami i siłą. Zmieniali się, brali z życiem za bary, jak ona. Stając z lękiem twarzą w twarz.Majowa niedziela
Za oknem słońce. Wewnątrz Joanny też pogoda. Ciepło i jasno. Patrzy na siebie w lustrze. Widzi ciemną blondynkę ze srebrnymi pasemkami. Kurczę, od trzydziestu kilku lat nie widziałam swoich włosów – myśli Joanna. Teraz odrosły naturalnie, długość do ramienia, proste. Ładne te włosy – dodała w myślach.
Tyle lat je zakrywała, męczyła, farbowała jasną farbą. Właściwie nie wie nawet dlaczego.
To ja. Dzień dobry, Joanno – uśmiecha się do siebie. Przygląda się w lustrze własnej twarzy. Patrzy i widzi – pierwszy raz od dawna, nawet nie pamięta od kiedy. Uważnie się przygląda. Widzi drobne zmarszczki, popękane naczynka krwionośne, kolor oczu. Zauważa zmiany, które przyszły wraz z mijającym czasem. Jakąś czułość czuje sama do siebie. Dobre uczucie.
Joanna obmywa twarz ciepłą wodą. Dobry poranek. Spokój. Luźno w ciele i w głowie. Nowy etap w jej życiu się zaczął i nie ma już odwrotu. Nikt nie zapytał o zgodę. Po prostu życie w swoim naturalnym rytmie płynie. Jak pory roku: wiosna, lato, jesień i zima. Pomimo lęku, gdzieś w głębi wie, że pójdzie do przodu, że droga się jej pokaże. Choć jeszcze nie wie jaka.
Ostatni rok to czas domknięć i nowych początków. Rozpoczęła nowe ścieżki. Pierwszy raz odważyła się pojechać sama za granicę. Spełniła marzenie. Marzenie dziewczyny ze skromnego, polskiego małomiasteczkowego domu. Zawsze kochała odkrywanie świata, lecz do tej pory jeździła zabezpieczona, z biurem podróży, ze znajomymi, wcześniej z mężem. Zawsze zdana na kogoś. I zawstydzona w jakiś sposób tą zależnością.
Trzy lata temu, po pięćdziesiątce, zaczęła uczyć się angielskiego. Trochę sama, potem w grupie. To było ogromne wyzwanie. Zwłaszcza na początku. Bo widziana przez innych, bo nie potrafiła, bo innym szło lepiej. Dobra szkoła – zmierzyć się z własnym „nie potrafię” i robić dalej pomimo.
I ten wstyd. No, ale poszło. Odkryła w sobie albo tylko uświadomiła sobie własną odwagę i determinację. Że będzie się uczyć i próbować. Pomimo suchości w gardle, pomimo płonących policzków, gdy nie potrafiła. Bo chce. Bo może chcieć, bo jej chcenie jest ważne. No i ostatniej jesieni poleciała sama do Kalabrii, do Włoch. Coś ją zawołało i zrobiła to. Kulawo się dogadywała, ale przeżyła. Chwile napięcia i zawstydzenia mieszały się z momentami dumy i radości. Bo dotarła, gdzie chciała, załatwiła, co chciała, poruszała się wypożyczonym samochodem. Wspaniale się czuła, gdy rozmawiała ze stewardessą w samolocie, panią w wypożyczalni samochodów, właścicielem hoteliku, w którym się zatrzymała. Pomimo łamanych słów, pomieszanych czasów i własnego zakłopotania.
Ta samodzielna podróż coś w niej zmieniła. Rozkochała się w wolności i w tych miejscach. Było pięknie. Morze jak z obrazka i góry. Starożytne miasteczka bez tłumów, widoki oszałamiające, kolor światła. Przypomniała sobie ten stan ekscytacji i spokoju. Głębokiego zaufania. Zachwytu. I rozbujanej ciekawości. I co dalej?
Wyraźnie czuje, że zmiana już się dzieje, nadchodzi inne, nowe. Takie figlarne, bo ona nie wie. Zazwyczaj wiedziała. Miała jakiś cel, na ogół również plan. A teraz nie ma. A może można dać się ponieść życiu? Popłynąć. Córki dorosły, praca w dotychczasowej formie odchodzi. Już nie przyjmuje nowych klientów, nie chce uwiązania. Niesie ją w stronę swobody, w stronę wolności.