Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Odległe życie - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
8 kwietnia 2026
3790 pkt
punktów Virtualo

Odległe życie - ebook

Ta książka to lekcja człowieczeństwa i niezapomniana podróż przez ciemność ku światłu.

Nowa, od lat wyczekiwana książka autorki bestsellerowego „Światła między oceanami”.

Zapierająca dech w piersiach epicka powieść o rodzinnych tajemnicach i nieprzemijającej sile miłości, a także o tragedii, której skutki będą odczuwalne przez wiele lat.

Australia Zachodnia, rok 1958. MacBride’owie od pokoleń mieszkają na rozległej stacji hodowli owiec Meredith Downs. Pewnego dnia na pustej drodze głowa rodziny, Phil MacBride, skręca gwałtownie, żeby ominąć kangura. W ułamku sekundy dochodzi do wypadku, w którym traci życie on i starszy syn, a młodszy – Matt – zostaje ciężko ranny. Najwyraźniej zły los nie chce zostawić MacBride’ów w spokoju. Wdowie po Philu, Lornie, pozostaje wprawdzie jeszcze dwoje dzieci, ale i one są naznaczone piętnem tragicznego wypadku i poczuciem winy, co musi się odbić na losie niewinnego chłopca, przekonanego, że jest sierotą.  Na drodze w nieznane, którą podąży Matt – bez mapy i przewodnika –będzie musiał dokonać dramatycznych wyborów: między miłością a obowiązkiem, między poświęceniem a szczęściem.

M.L. Stedman z niezwykłą wrażliwością opowiada o jednej rodzinie, w której losach jak w soczewce skupiają się problemy całej społeczności. Tworzy uniwersalną, a jednocześnie głęboko zakorzenioną w miejscu i czasie opowieść o tym, jak wiele krzywdy potrafimy sobie nawzajem wyrządzić i jak mimo wszystko próbujemy iść dalej, gdy zła nie można już naprawić. W olśniewającej lekkością prozie z wyczuciem i subtelnym humorem szkicuje pełną nadziei historię o upływie czasu, ludzkiej wytrwałości i o tym, do czego jesteśmy zdolni, by chronić to, co kochamy.

„Wzruszająca i pięknie napisana powieść o rodzinie, społeczności, miłości oraz o tym, jak daleko jesteśmy w stanie się posunąć, by to wszystko ocalić”. - Rachel Joyce, autorka książki „Marzenie panny Benson”

„Wielka, odważna opowieść o tragedii i odporności. Całkowicie mnie porwała”. - Bonnie Garmus, autorka książki „Lekcje chemii”

„Jedna z tych rzadkich książek, które wypełniają duszę”. - Donal Ryan, autor książki „Dwadzieścia jeden uderzeń serca”


Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura piękna obca
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8439-153-2
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OPOWIEŚĆ O RODZINNYCH TAJEMNICACH, NIEPRZEMIJAJĄCEJ SILE MIŁOŚCI I STRASZLIWEJ TRAGEDII, KTÓREJ SKUTKI ODBIJAJĄ SIĘ ECHEM PRZEZ DZIESIĘCIOLECIA.

Australia Zachodnia, 1958 rok. Samotną drogą przecinającą bezkresną pustkę toczy się ciężarówka. Chwila nieuwagi – i w ciągu kilku chaotycznych sekund życie członków rodziny MacBride’ów rozpada się na kawałki.

Nie będzie im dane doświadczyć spokoju, los nie pozwoli, by rany się zagoiły. Kolejny dramatyczny splot wydarzeń sprawi, że jedno z nich straci życie, a drugie poświęci swoje dla dobra niewinnego dziecka.

Odległe życie ukazuje losy garstki odizolowanych od świata ludzi. Surowa ziemia, na której wyrośli, nauczyła ich podnosić się po ciężkich ciosach i iść dalej – nawet jeśli każde z nich będzie się zmagać z poczuciem winy i traumą. Żadne z nich nie wie, do czego jest zdolne, by chronić to, co kocha.

Tej autorki

ŚWIATŁO MIĘDZY OCEANAMI

ODLEGŁE ŻYCIE1

Australia Zachodnia

Piątek, 10 stycznia 1958

Czerwona ziemia ciągnie się tutaj jak okiem sięgnąć. W górze słońce przeoruje niekończące się błękitne niebo. Jaszczurka szuka cienia i chłodu pod przykurzoną zielenią mulgi; mrówki budują odporne na słoneczny żar mrowiska; kangury wysysają wilgoć z miękkich liści, nadstawiając uszu, by wychwycić odległy warkot; po prostej, cynobrowej linii biegnącej między nielicznymi drzewami jedzie samotna ciężarówka.

W kabinie Bedforda siedzi trzech mężczyzn z rodziny MacBride’ów, niczym trzy części matrioszki. Proste, ciemne włosy i owalna twarz Phila znajdują odbicie w wyglądzie Warrena, jego starszego syna, oraz Matta, młodszego. Jak dwie, a właściwie trzy krople wody – ta sama historia w kolejnych pokoleniach. Wszyscy uważają, że nawet Rosie, córka Phila, która została na farmie – młodsza od Warrena i starsza od Matta – jest jego żywym odbiciem. Matka, Lorna, nie ma szans w tym zestawieniu. Każdego MacBride’a można poznać na kilometr.

– Boże, opowiadasz jakieś wierutne bzdury! – zawołał Warren, waląc brata w ramię.

– Wcale nie! Będę żeglował po całym świecie. Odkrywał bezludne wyspy… – Matt się rozmarzył. – Będzie wspaniale!

– Jeśli nie zabierzesz się do roboty, termity zeżrą tę łódkę bez reszty, więc pójdziesz na dno, kiedy tylko odbijesz od brzegu – powiedział ich ojciec. Przesunął dźwignię zmiany biegów i samochód ruszył raźniej w górę zbocza.

Z tyłu dobiegło beczenie kilkudziesięciu owiec.

To, że MacBride’owie mają łódź na swojej stacji hodowli owiec, nie wydawałoby się niczym nadzwyczajnym, gdyby ich posiadłość leżała na liczącym prawie dziesięć tysięcy kilometrów wybrzeżu stanu. Meredith Downs – sucha ziemia o powierzchni czterystu tysięcy hektarów – leży jednak daleko w głębi lądu i graniczy miejscami z pustynią.

– O co oni się właściwie założyli? – spytał Matt.

Dyskusja zaczęła się w chwili, gdy mijali samotny wysoki budynek widoczny w oddali: szopę Monty’ego. Nazwany tak na cześć wuja Phila, Montgomery’ego MacBride’a, był najdziwaczniejszą budowlą w promieniu setek kilometrów. Legenda opisująca, jak w pełni wyposażony lugier do poławiania pereł znalazł się w Meredith Downs – posiadłości z dwudziestoma tysiącami owiec i średnim rocznym poziomem opadów na poziomie dwudziestu centymetrów – została na przestrzeni czasu znacznie podkolorowana, ale główne jej elementy się nie zmieniły: stary kumpel Monty’ego uregulował dług wobec niego, dostarczając do Meredith Downs łódź, przyciągniętą przez zaprzęg wielbłądów, którym kierowali Afgańczycy; a Monty marzył, że pewnego dnia wypłynie nią na ocean, być może z południowego wybrzeża kontynentu, chociaż w lodowatym Oceanie Południowym wcale nie było pereł. Lugier nosił taką samą nazwę jak najjaśniejsza gwiazda Krzyża Południa, Alfa Crucis. Gdy w 1915 roku Monty pomaszerował nad Sommę, by wypełnić obowiązek wobec ojczyzny, ojciec obiecał mu, że będzie dbał o łódź. Za pieniądze zarobione na owczej wełnie zbudował wokół niej szopę i regularnie oleił drewniany kadłub, by nie przejęły go termity i pająki.

Lecz kiedy Monty wrócił do domu zatruty gazem, mógł jedynie przesiadywać w łodzi, w nieznośnym upale, i podróżować ku odległym brzegom tylko w wyobraźni. Wkrótce umarł – wraz ze swymi marzeniami – i jego prochy umieszczono w wyschniętej już łodzi, na dziobie, razem z kompasem, butelką piwa i obietnicą, że kiedyś wypłyną lugrem na Ocean Indyjski, by je tam rozrzucić. Phil MacBride do tej pory przestrzegał rytuału: lakierował drewno, wymieniał przetarte liny i w każde urodziny Monty’ego przynosił mu piwo. Choć zwykle twardo stąpał po ziemi, dla wuja robił wyjątek: „To tradycja”, mówił, z nabożną czcią stawiając butelkę piwa na dziobie.

Teraz odpowiedział:

– Monty uważał, że znajdzie wodę na posiadłości swojego przyjaciela, na północnym wybrzeżu, tylko przy użyciu swojej różdżki – odpowiedział teraz na pytanie młodszego syna. – Gdyby mu się udało, miał dostać łódź. Znalazł wodę na głębokości dziesięciu metrów i obaj byli zadowoleni. Kumpel dotrzymał więc obietnicy. Holowali tu tego lugra przez ponad pół roku.

Ciężarówka mozolnie pokonywała kolejne kilometry, a słońce z każdą godziną coraz mocniej jej dokuczało. Pomarańczową żużlową drogę przecinały rowki wyżłobione przez ostatni deszcz, rzadkość o tej porze roku.

– Będziesz tu musiał przyjechać z równiarką, Warren – zwrócił się Phil do starszego syna, kiedy owce na pace kołyszącego się na nierównościach pojazdu zaczęły żałośnie beczeć. – Może uda się jakoś naprawić ten kawałek. Niech Miles ci pomoże.

Jego słowa dały pretekst do dyskusji o tym, jak młody stażysta radził sobie podczas dobiegającej właśnie końca praktyki na ich farmie.

Łoboda zaczęła miejscami ustępować nadbrzeżnym trawom; sześć czarnych łabędzi wylądowało na wielkim słonym jeziorze o brzegach obwiedzionych skrystalizowaną bielą. Strzeliste metalowe wiatraki na pastwiskach obracały się powoli na wietrze, pompując cenną podziemną wodę. Co jakiś czas kilka owiec rozbiegało się na widok ciężarówki.

Wciśnięty między ojca i brata Matt obserwował parę emu, które pojawiły się nagle przy drodze; przez chwilę dotrzymywały tempa ciężarówce, a potem zniknęły za krzakami. Durne ptaszyska. Ale szybkie. Szybsze niż warany piaskowe, które też z pewnością gdzieś tutaj były. Niezliczone zwierzęta skryte wśród karłowatych krzewów: jadowite węże i pająki, jaszczurki, miliony mrówek. A także zdziczałe wielbłądy, które żyły na wolności od czasów afgańskich poganiaczy; z pewnością nawet w tej chwili któryś z nich klęczał naogrodzeniu, by je złamać i dostać się do wody. Ale znacznie gorsze od wielbłądów były psy dingo, które unikały pułapek i czekały na noc, by dopaść biedne owce. I kangury. Całe tysiące tych bydlaków, mimo wysiłków Pete’a Peacheya, łowcy kangurów pracującego dla ich farmy.

Oczy Matta zaczęły się zamykać – dała o sobie znać wczesna pobudka i ekscytacja wywołana telegramem z Perth, który przyniósł informacje o jego znakomitych ocenach z matury. Koniec szkoły na zawsze!

Nie spał przez większość nocy, zastanawiając się, co będzie teraz robił. Warren, który zachowywał się tak, jakby miał czterdzieści dwa lata, a nie dwadzieścia dwa, miał przejąć Meredith Downs, kiedy już ich ojciec przejdzie na emeryturę; to było pewne jak dwa razy dwa. Matt będzie musiał robić coś innego. W tej chwili – dwa dni przed osiemnastymi urodzinami – miał wrażenie, że może robić wszystko: iść na studia, zostać inżynierem albo naukowcem. Albo kartografem – uwielbiał dobre mapy… Lub z pomocą rodziców kupić własną stację. Może nawet się ożeni? Kiedyś. Pomyślał o jasnozielonych oczach Pattie Gosden, która zgodnie z obietnicą jego siostry Rosie miała się pojawić dziś w mieście na spotkaniu jego grupy Młodych Hodowców…

Po wielu godzinach męczącej jazdy po nierównych gruntowych drogach, z licznymi przystankami, kiedy musieli otwierać i zamykać szerokie bramy pastwisk, dotarli do granicy Meredith Downs. Ciężarówka z trzema mężczyznami i stadem owiec była ledwie ziarnkiem żywego piasku w bezkresnym krajobrazie.

MacBride’owie pojawili się w Australii Zachodniej kilkadziesiąt lat po założeniu w 1829 roku Kolonii Rzeki Łabędziej. Lyle MacBride i jego brat Lachlan opuścili niewielką farmę owiec ojca i razem z żonami wyruszyli z Anglii w niebezpieczną i męczącą podróż. W ciągu kilku pokoleń, korzystając z ogromnych połaci ziemi udostępnionej do wypasania zwierząt, ich rodziny rozprzestrzeniły się po całym zachodzie Australii. W miarę upływu lat na mapach widać było kolejne wydzierżawione od Korony obszary, na których napisano czerwonym atramentem pochyłe litery nazwiska MacBride.

To nazwisko zaczęło się również pojawiać w różnych dokumentach – rejestrach urodzin, zgonów i zawarcia małżeństw – czy w sprawozdaniach ze spotkań Rady do spraw Szkodników i Rady do spraw Dróg. Także w aktach Biura Meteorologicznego, skąd wysyłano informacje o pogodzie, można by znaleźć kilka wzmianek o MacBride’ach. Jest odnotowane też w dokumentach Stowarzyszenia Hodowców i Pasterzy, Królewskiego Towarzystwa Rolniczego i wielu innych.

Mówiono, że MacBride’owie mają dobre podejście do życia; rozsądni, ale i sprytni, ostrożni, ale nie skąpi. Kiedy los im sprzyjał, chętnie wspierali finansowo różne szlachetne przedsięwzięcia, zarówno religijne, jak i świeckie. Byli idealnymi sąsiadami: uczciwymi w sporach, pomocnymi w trudnych chwilach. Znali się na rolnictwie i korzystali z najnowszych metod upraw. Podczas gdy rodzina Lachlana powędrowała na północ, potomkowie Lyle’a zostali w Meredith Downs i w końcu powiększyli obszar posiadłości do czterystu tysięcy hektarów, największej powierzchni, na jaką zezwalało prawo. Ale czterysta tysięcy hektarów to ledwie kropka na mapie Australii Zachodniej, która ma ponad dwa i pół miliona kilometrów kwadratowych i stanowi jedną trzecią kontynentu.

Mężczyźni z rodziny MacBride’ów byli przystojni i potrafili przyciągać do siebie panny na wydaniu, gotowe dzielić z nimi życie na odludziu. Czasami wnosiły w małżeństwa posagi, którymi obdarzali ich bogaci ojcowie lub jeszcze bogatsi dziadkowie. MacBride’om nie brakowało więc zwykle środków finansowych, by utrzymywać stację w trudnych chwilach, jakie zdarzały się tu dość często.

Australia Zachodnia to surowa kraina. W Anglii jeden hektar farmy może wyżywić sześć albo siedem owiec. Tutaj, gdzie deszcze są rzadkością, na jedną owcę trzeba ponad dziesięć hektarów. Upał i słońce robią swoje. A w zimowe noce woda w zbiornikach zamarza. Palące promienie słońca, które w jednym okresie ożywiają przyrodę i powołują do istnienia życie, w innym z taką samą obojętnością je odbierają, pozostawiając uschnięte drzewa i zardzewiałą blachę falistą na dachach porzuconych budynków. Wiatr, który sprowadza deszcz, może też sprowadzić powódź i zrównać z ziemią szopy do strzyżenia owiec. Tutaj wszystko, co może ci przynieść coś dobrego, może cię też skrzywdzić – tak to już jest.

Ta kraina widziała nieprawdopodobne rzeczy: ewolucję torbaczy i stekowców; nielatających ptaków i ssaków, które latają. Widziała, jak rozdzielają się kontynenty i jak z wody wyłaniają się wyspy. Widziała, jak oceany zamieniają się w pustynie, a pustynie w lodowce. Widziała też, jak ludzie próbowali sobie ułożyć skromne życie na jej płaskiej i bezlitosnej powierzchni.

A jeśli chodzi o suszę… Cóż, jest jak nielubiany krewny, o którym wiadomo, że wcześniej czy później się pojawi – pytanie nie brzmi „czy”, ale „kiedy”. To kolejny powód, dla którego posiadłości muszą być tu bardzo duże: chodzi o różnicowanie pogody. Na obszarze czterystu tysięcy hektarów znajdzie się chociaż skrawek ziemi, gdzie spadł deszcz i wyrosła trawa, na której mogą paść się owce. Jeśli wygląda na to, że tak czy inaczej twoje stada są skazane na zagładę, jak najszybciej się ich pozbywasz, ograniczasz liczbę pracowników i przeczekujesz tę dziwną ciszę, gdy nie beczą owce, nie latają ptaki i nie szeleszczą liście, bo nie ma żadnych liści.

W dniu tej podróży do Wanderrie Creek w styczniu 1958 roku, gdy Phil i Warren rozmawiali o naprawie płotu, a Matt pogrążył się w marzeniach o przyszłości i o spotkaniu z Pattie Gosden, los MacBride’ów nagle się odmienił. Czekała ich bowiem zagłada innego rodzaju.

Phil MacBride umiał prowadzić samochód od siódmego roku życia – odkąd mógł sięgnąć stopami pedałów. Synów nauczył jeździć, kiedy byli mniej więcej w tym samym wieku. A jedna z najważniejszych zasad, które im wpoił, brzmiała: „Nie skręcajcie gwałtownie, żeby nie potrącić kangura”. Nigdy nie wiadomo, w którą stronę skoczy, więc lepiej uszkodzić chłodnicę, niż ryzykować, że samochód wpadnie w poślizg i przewróci się na dach.

Być może sprawił to miraż cieplny, że Phil w pierwszej sekundzie wziął mierzącą dwa metry postać na drodze za człowieka, a nie kangura. Już kiedy wciskał gwałtownie hamulec, głowa mówiła mu, że popełnił błąd, ale ciężarówka zdążyła już wtedy wjechać na zdradliwe żwirowe pobocze i przewracając się na bok przy akompaniamencie zgrzytu metalu, wyrzucić jednego z jego synów przez przednią szybę, a drugiego nabić na drążek zmiany biegów.

Phil miał jeszcze dość sił, by wyciągnąć Warrena z kabiny i odciągnąć na bok. Wtedy dojrzał Matta, leżącego z dala od pojazdu, z krwawiącą głową i szeroko rozłożonymi rękami. Potem nie widział już nic.

Opary benzyny zagłuszyły cierpki zapach łobody, a pomruk wiatraka stał się właściwie niesłyszalny, gdy rozległo się beczenie przerażonych owiec. Koła ciężarówki kręciły się w powietrzu, rozrzucając paliwo niczym koło ogniste fajerwerki. W ciągu kilku minut opary zapaliły się w słonecznym żarze, ryczące płomienie objęły cały pojazd, czarny dym z opon piął się niczym drabina ku bezkresnemu, pustemu niebu. Kiedy MacBride’owie leżeli na zakurzonej drodze, ich krew spływała rowkami wyżłobionymi w jezdni i zbierała się w jednej szkarłatnej kałuży.2

Nim Sneaky Snook, który przypadkiem przejeżdżał pocztową furgonetką w pobliżu granicy Meredith Downs, dotarł do miejsca katastrofy, oszołomione owce rozproszyły się już wzdłuż drogi oraz ogrodzenia i beczały żałośnie. Każdy, kto zbliżyłby się do tego miejsca, mógłby pomyśleć, że natrafił na jakieś makabryczne ognisko. Ogień strawił wełnę kilkunastu skopów uwięzionych przez pręty na pace ciężarówki i spalił je żywcem; choć zginęły straszną śmiercią, roztaczały wokół siebie smakowity zapach pieczonej baraniny. Dlatego szczekanie Pioruna, psa listonosza, mogło być wyrazem nie tylko konsternacji, ale też apetytu.

Na szczęście panował tutaj spory – jak na tę okolicę – ruch; przejeżdżał zwykle co najmniej jeden samochód dziennie. Właściwie nie minęła nawet godzina od wypadku, gdy Sneaky, zaalarmowany dymem, znalazł MacBride’ów. Warren, który krwawił, ale był przytomny, oparł się na łokciu i kazał Sneaky’emu zagnać owce w jedno miejsce. Potem zaklął głośno, gdy listonosz próbował go ruszyć. Matt, nieruchomy jak kamień na żwirze – podobnie jak jego ojciec, który leżał niedaleko – zapewne był już martwy, jak przypuszczał Sneaky; miał głęboką ranę na nodze, a jego uszy oblepiała zakrzepła krew. Listonosz skoncentrował się więc na tym, który był przytomny. Ratuj życie, które możesz uratować, i tak dalej… Później okazało się, że krew wyciekała z wątroby Warrena, tak że przeklinał aż do utraty świadomości. Wszyscy trzej leżeli na tyle daleko od ciężarówki, że płomienie ich nie dosięgły.

„Przynajmniej będziemy miały ciała – mówiła później Lorna. – Przynajmniej możemy ich pochować”.

Dysząc ciężko w upale, Sneaky wciągnął Warrena do kabiny furgonetki, po czym przyciągnął również ciało Phila i głośno stękając, ułożył je z tyłu. Kiedy wrócił do Matta, Piorun, szlachetnie odmawiając sobie posiłku z baraniny, stanął przednimi łapami na piersiach chłopaka i zaczął warczeć.

– Złaź z niego!

Pies zignorował polecenie i polizał twarz Matta. Jedna z powiek młodego MacBride’a drgnęła.

– A niech mnie, Piorun! – Sneaky pochylił się nad chłopakiem. Wyczuł słaby puls i spojrzał na zwierzę. – Mądry piesek! – Potem zwrócił się ponownie do Matta: – Trzymaj się, synu. Nigdzie się nie wybieraj.

Przesunął na bok paczki, worki z listami i skrzynki z jedzeniem, by zrobić mu miejsce obok ojca.

– Dobra. Miej go na oku, stary – powiedział, ściskając lekko pysk psa. – I wrzeszcz, gdyby mu się pogorszyło.

Usiadł ponownie za kierownicą i popędził na złamanie karku do najbliższego – odległego o ponad trzydzieści kilometrów – motelu, gdzie mieli radio, bandaże i lądowisko dla samolotu lekarza.

Kiedy doktor Finbar Rafferty, zwykle niewzruszony Irlandczyk, który od lat znał MacBride’ów, dotarł już na miejsce, aż się wzdrygnął na widok ofiar.

– Matko Boża – westchnął.

Przeciągnął dłonią po twarzy, żeby się opanować, i zaczął oceniać stan ofiar wypadku. Traktując ich raczej jak pacjentów niż starych przyjaciół, trzymał się procedur i to poprowadziło jego myśli na bezpieczniejszy grunt.

Tego ranka, gdy Życie i Śmierć targowały się o jej najbliższych, Lorna MacBride kręciła się po kuchni, energiczna i sprawna jak zawsze, przygotowując ciasto z bakaliami na zbliżające się urodziny młodszego syna.

Wielka kuchnia była sercem starego kamiennego domu, który z kolei był sercem Meredith Downs. W nieskazitelnie czystej i uporządkowanej spiżarni, którą Lorna zaopatrywała na skalę przemysłową, było dość zapasów, by mogli przetrwać nawet kilka miesięcy, gdyby zostali odcięci od świata przez pożary lub cyklony. Oprócz jej własnych przetworów w słoikach na półkach znalazło się miejsce dla owoców w puszkach, herbatników, płóciennych worków z ryżem i mąką oraz wielkich puszek z mlekiem w proszku.

Kuchnia żywiła już liczne pokolenia MacBride’ów, gdy wychodzili przed świtem na spęd albo wracali do domu, pokryci warstwą pyłu i brudu po naprawianiu płotu albo pompy. Długi stół z drewna eukaliptusowego był placem budowy solidnych lunchów dla sąsiadów, którzy przyszli pomóc przy budowie wiatraka albo pograć w krykieta, a także dla gości, wpadających w drodze do Perth lub powrotnej. Świętowano tu zwycięstwa sportowe, lamentowano nad powodziami i suszami.

Tego ranka kuchnię wypełniał zapach chleba, który Lorna włożyła do opalanego drewnem ogromnego pieca Metters: jedynym źródłem elektryczności w gospodarstwie był trzydziestodwuwoltowy agregat, który dostarczał prąd przez kilka godzin dziennie, wieczorami. Choć żarówki zasilane takim napięciem dawały słabe światło, Lorna była wdzięczna losowi, że nie musi trudzić się napełnianiem lamp naftowych i przycinaniem świec.

Podobnie jak na wielu innych stacjach w okolicy, tutaj również nie było telefonu, ale obok kratki gotowej na przyjęcie gorących blach z chlebem stał sterowany pedałem aparat nadawczo-odbiorczy, jedyny środek kontaktu MacBride’ów ze światem zewnętrznym.

Lecz to nie sygnał radiostacji, tylko pukanie do drzwi zaalarmowało Lornę, że stało się coś niedobrego. Właśnie włożyła ciasto dla Matta do pieca, gdy dwaj policjanci z Wanderrie Creek, miasteczka odległego o prawie sto kilometrów, trzymając czapki w dłoniach, przeprowadzili ją przez dom, żeby usiadła przy stole, nim usłyszy wieści.

Niczym krople deszczu spływające po tłustym runie, znaczenie ich słów ledwie jej dotykało. Potem, gdy zaczęło do niej docierać, doświadczyła dziwnego, przerażającego uczucia: podczas gdy jej rodzina, świat – rzeczywistość – zostały zniszczone, wszystkie filiżanki na półkach, zamiast spaść na podłogę i rozbić się w drobny mak, jak z pewnością powinny, trwały w bezruchu, dopóki nie sięgnął po nie sierżant Wisheart, żeby zrobić dla niej i dla jej córki Rose herbatę; do każdej filiżanki dodał po trzy kostki lodu. Dziewczyna, która jeszcze przed chwilą opowiadała z ekscytacją o porannej wizycie w starej kopalni na terenie ich posiadłości – wybrała się tam rano z Milesem – teraz stała w bezruchu, zszokowana, oniemiała i blada jak ściana.

„Wszyscy ich mężczyźni zginęli”. Te słowa wciąż rozbrzmiewały w głowie Lorny, gdy sięgnęła obsypanymi mąką palcami po filiżankę, choć nie pamiętała, jak ją podnieść.

Wypadek, w którym MacBride’owie stracili życie, nie był jakimś nadzwyczajnym wydarzeniem. Lekka powłoka śmierci okrywa każdy skrawek buszu, jeśli tylko dokładniej mu się przyjrzeć: uschnięte drzewo, które zamieniło się w pokręcony kamień, rogi barana łuszczące się w pyle, owady leżące pod siatką na oknach w domu, niby miniaturowe zaspy skrzydeł i nóg. Śmierć skrzy się w tym krajobrazie jak piasek mineralny.

Każdego roku po okolicy rozchodzą się wieści o kimś, kto zabił się, spadając z konia, zginął, gdy jego samochód zjechał z drogi, albo został ukąszony przez węża zbyt daleko od ludzkich osad, by uzyskać pomoc. Śmiertelne żniwo zbierają też szyby kopalniane. Oprócz górników, których zabijają pękające stalowe liny albo nieuważność operatora dźwigu, gdy podniesie ich, zamiast opuścić, i miażdży im głowy, nie brakuje też ludzi, którzy koniecznie chcą z czegoś skoczyć w krainie pozbawionej gór i wysokich budynków. Szyby chętnie ich do siebie przyjmują, zwłaszcza gdy są pijani albo mają złamane serce. A porzucony szyb kopalniany może zachowywać taką tajemnicę przez miesiące albo lata.

Nie można tu więc przeżyć bez niewidzialnej sieci, która rozciąga się między stacjami i miastami niczym żyły w ciele i wysyła niezbędną pomoc ofiarom katastrof oraz klęsk. Po radiowym wezwaniu Latającego Doktora wieści rozpłynęły się niczym woda po całym eterze i dotarły do wszystkich okolicznych stacji wyposażonych w radiostacje.

Wszyscy wiedzieli, na jakim etapie całorocznych prac hodowlanych – kocenia, zaganiania i strzyży – znajduje się obecnie Meredith Downs. I wszyscy wiedzieli, że gdyby znaleźli się w takim samym tragicznym położeniu, chcieliby, żeby sąsiedzi przyszli im z pomocą. Dobrze chociaż, że był to styczeń, najspokojniejszy miesiąc roku, kiedy człowiek stara się nie wychylać bez potrzeby i czeka, aż osłabiający upał w końcu przestanie go dręczyć i pójdzie sobie dalej.

Rose upierała się, żeby pojechać od razu do szpitala, w którym leżał Matt, w odległym o setki kilometrów Perth.

– Ktoś powinien przy nim być, kiedy się ocknie. Albo jeśli…

Dwie kobiety spojrzały na siebie w milczeniu ponad stołem. Choć Lorna nie mogła znieść myśli o rozstaniu ze swoim ostatnim dzieckiem, poddała się. Sama zamierzała pojechać do Perth, gdy tylko będzie miała pewność, że wszystko tu jest pod kontrolą.

Maudie Knapp ze stacji Deep Springs, osiemdziesiąt kilometrów na północ od Meredith Downs, pojawiła się jako pierwsza, gdy usłyszała o wypadku przez radiostację. Wparowała do domu MacBride’ów ze spakowaną w pośpiechu walizką, wielką puszką z kruchym ciastem oraz z garnkiem potrawki, którą właśnie przyrządzała, kiedy dotarły do niej tragiczne wieści.

– Och, Lorna! – Widok jej drogiej przyjaciółki, jej szarych oczu wpatrzonych tępo w przestrzeń, jej chwiejnego kroku, na moment odebrały Maudie mowę. – Dobrze. Jestem tutaj, kochanie. A Charlie już jedzie. Bob Sowerby i jego synowie dojadą z Maundy Creek. Powiesz im tylko, co mają robić i na których pastwiskach są owce. – Otwierała i zamykała szafki, dopóki nie znalazła tego, czego szukała. – Proszę. Napij się brandy.

Gdyby ktoś zapytał Lornę MacBride, co się właściwie działo po tym strasznym wypadku, nie byłaby w stanie powiedzieć. Pierwszego dnia skupiała się na tym, by normalnie oddychać, jakby mogła zapomnieć o zaczerpnięciu powietrza, gdyby nie podjęła takiego świadomego wysiłku.

W pewnym momencie zdała sobie sprawę, że opętały ją myśli o pogrzebach. Przedsiębiorcy pogrzebowi mogli poczekać kilka dni, ale nie mieli chłodni, a kostnica szpitala w Wanderrie Creek nie mogła przetrzymywać „gości” bez końca. Ale czy nie prowokowała losu, planując pogrzeby, nim jeszcze wiedziała, czy będą dwa, czy trzy?

Z takich rozmyślań wyrwała ją Maudie.

– Wiem, że będziesz chciała pojechać do Perth, żeby odwiedzić Matta… – powiedziała łagodnym głosem.

– Mattie… Tak, oczywiście.

Ale w tym momencie Lorna za nic nie mogła sobie przypomnieć, czy to on jest dzieckiem, które żyje. Wiedziała – tak, wiedziała – że Rosie nic się nie stało. Ale który z chłopców przeżył?3

Szczupła kobieta z siwiejącymi włosami i drżącymi dłońmi, która sięgnęła po szklankę brandy, była niemal nie do poznania, jak pomyślała jej stara przyjaciółka. Wyglądała tak, jakby potrąciła ją ciężarówka. Przez kilka sekund po wejściu do jej domu Charlie Knapp, mąż Maudie, również nie rozpoznał Lorny. Jej policzki, zazwyczaj rumiane, teraz były jak z wosku, garbiła się niczym staruszka, a jej ciepły, jasny głos zamienił się w bojaźliwy szept.

A jednak była to ta sama Lorna MacBride, córka maklera giełdowego z Adelaide, której Phil zawrócił w głowie podczas balu w Perth w 1933 roku. Sprowadziła się do Meredith Downs uzbrojona w poczucie humoru i zdrowy rozsądek, napędzana pewnością, że poślubiła miłość swojego życia. Szybko zapuściła tu korzenie i tak dobrze zadomowiła się w okolicy, że wkrótce znano ją i podziwiano w promieniu kilkuset kilometrów.

Lorna potrafiła naprawić agregat i wyciągnąć samochód z bagna. Robiła najlepsze ciasto Victoria sponge ze wszystkich członkiń Kół Gospodyń Wiejskich, a kiedy rozchodziła się wieść, że właśnie zawekowała coroczną partię pomidorowego chutneya, ludzie wynajdywali różne preteksty, żeby do niej „wpaść, bo akurat tędy przejeżdżali”, i dostać słoik.

Kobiety z niektórych stacji wyjeżdżały na lato do Perth. Na jego przedmieściach, na przykład w Peppermint Grove, było mnóstwo zbudowanych z wapienia chłodnych domów, w których mieszkały damy z farbowanymi na platynowy blond ondulowanymi włosami. Spędzały czas, grając w tenisa i brydża, dopóki upał nie zelżał na tyle, by mogły wrócić w głąb kontynentu lub na północ. Kobiety, które zostawały w domu – jak Lorna MacBride i Maudie Knapp – musiały sobie radzić z większymi lub mniejszymi trudnościami. Przez wiele tygodni nie mogły umyć głowy, ponieważ miały za mało wody albo była tak twarda, że włosy sterczały potem na wszystkie strony. Narzekały na kłopoty z przechowywaniem żywności w zadymionych lodówkach na naftę, które często pokrywały się warstwą lepkiego brudu, zarówno na zewnątrz, jak i od wewnątrz, albo, co gorsza, stawały w ogniu.

Kobiety, które pozostawały na farmach, sięgały po strzelbę, by zastrzelić węża, który wpełzł do kuchni, a potem zapisywały to na tablicy, żeby porównać wynik takich polowań z zeszłorocznym. Gotowały, sprzątały, opatrywały rany i uczyły dzieci tego, co obejmował program szkoły korespondencyjnej, a wszystko to w temperaturach odbierających dech. Skubały i patroszyły kurczaki, opalały szczecinę na skórze świń, traktowanych przez dzieci jak zwierzęta domowe, a potem zabijanych przez ich ojców. Pocieszały mężów, jeśli bank groził zajęciem nieruchomości, gdy od dawna nie spadła kropla deszczu albo kiedy rząd ogłaszał wprowadzenie nowego podatku, który mógł doprowadzić ich do bankructwa.

I przekazywały wszystkie te umiejętności córkom.

W przypadku Lorny MacBride była to Rose, druga osoba, która usłyszała z ust sierżanta Wishearta straszne wieści.

Rose nie była pięknością jak matka, ale miała ujmujący uśmiech i promieniowała werwą i zdrowiem. Jej przysadzista sylwetka i determinacja pasowały do życia na stacji; radziła sobie z baranami i potrafiła zmienić oponę w samochodzie z taką samą łatwością jak jej bracia. Nie miała tupetu Warrena ani niefrasobliwego uroku Matta, ale była szybka, wytrwała i sympatyczna. Wszyscy zakładali więc, że jako nieodrodna córka MacBride’ów w swoim czasie poślubi jakiegoś przyzwoitego faceta z dobrej posiadłości i będzie wykuwać nową rodzinę pod innym nazwiskiem.

„To ciekawe – mawiała Lorna. – Karmisz je tak samo. Kochasz tak samo. Ale każde dziecko to inny świat”.

To właśnie ona jako pierwsza zaczęła podejrzewać, że szczęśliwe małżeństwo i spokojne życie w roli żony i matki może nie być tą drogą, którą pójdzie jej córka. I jako pierwsza zauważyła, że już od wczesnego dzieciństwa Rose czasami rozmijała się z prawdą. Lorna MacBride, dla której wszystko było czarne lub białe, dobre albo złe, czuła się głęboko zaniepokojona tym, że relacje Rosie z różnych wydarzeń nie zawsze pokrywały się z faktami.

Kiedy Warren jako dziecko rozbił filiżankę albo wybił piłką okno, z dumą brał na siebie odpowiedzialność. Ojciec zawsze mu mówił, że „tak właśnie postępują mężczyźni – przyjmują karę jak mężczyźni”. Warren znosił więc bez skargi lanie albo chodził przez tydzień bez swojej strzelby, a życie toczyło się dalej. Matthew był wtedy zbyt mały, by robić coś, co naprawdę dałoby się nazwać psotą czy złośliwością. Uwielbiał starsze rodzeństwo i często pozwalał się wykorzystywać: przynosił różne rzeczy bratu, siedział bez ruchu, podczas gdy siostra, niemal o trzy lata starsza, przebierała go za księżniczkę.

Rose wyrobiła sobie pewien nawyk – gdy coś się zepsuło lub zginęło, mówiła, że to „wina Bubby”, po czym szybko dodawała: „Ale on jest jeszcze malutki. Nie zrobił tego celowo”. Lorna zawsze wtedy odpuszczała, dopóki pewnego dnia nie odkryła, że toczek z siatkową woalką – jedno z jej nielicznych nakryć głowy – jest brudny, a woalka została podarta. Trzymała go na najwyższej półce bieliźniarki i musiała stanąć na palcach, by go dosięgnąć. Kilkakrotnie przyłapała Warrena i Rose, gdy wspinali się po półkach jak małpy i przysiadali na nich, podczas gdy Matthew obserwował ich z pełnym frustracji podziwem.

Phil kupił ten toczek w czasie miesiąca miodowego. Kiedy włożył go jej na głowę, gwizdnął z podziwem. „Jak to mówią: nie ma nic równie pięknego jak kobieta, która jest kochana”, powiedział.

Lorna nigdy nie usłyszała od niego czegoś bardziej romantycznego, a toczek stał się symbolem tamtych słów i tamtego okresu.

Oczywiście, gdy pojawiły się dzieci, wiele się zmieniło. A potem wybuchła wojna. Kiedy więc batalion Phila wysłano w 1942 roku do Afryki Północnej, na widok zniszczonego toczka coś w Lornie pękło. Wchodząc do salonu, w którym bawiły się dzieci, nie próbowała ukrywać złości. Uniosła zdewastowane nakrycie głowy.

– No dobrze – rzuciła. – Czy ktoś może mi coś o tym powiedzieć?

– Kapelusz mamusi! – zaszczebiotał Matt.

„Nie wiem, o co chodzi”, mówiła mina Warrena. Rose, której twarz przybrała odcień ciemnego różu, wodziła spojrzeniem od jednego brata do drugiego.

– Rosie? – zwróciła się do niej matka.

– To kapelusz. Twój kapelusz.

– Nie wiesz może, dlaczego jest taki brudny?

Rose przyglądała się z uwagą klockowi Meccano.

– No więc? – nie odpuszczała Lorna.

– Myślę, że to Warr… – Dziewczynka zauważyła, jak brwi mamy wędrują w górę. – To znaczy Bubba. Myślę, że to zrobił Bubba.

Kłamstwo było tak bezczelne i wypowiedziane z takim przekonaniem, że Lorna omal nie parsknęła śmiechem.

– Idź do swojego pokoju i zastanów się nad tym – nakazała córce. – A potem przyjdź do mnie i powiedz mi, czy tak rzeczywiście było. Nie będę się złościć. Ale chcę poznać prawdę.

Lorna wspomniała o tym incydencie w liście do męża, a siedząc kiedyś późną nocą w kuchni, niemal słyszała jego śmiech, gdy czytała jego odpowiedź: Nasza córka umie się szybko odnaleźć, trzeba jej to oddać! A później dodał: Wyrośnie z tego.

Choć Lorna się uśmiechała, wciąż nękał ją niepokój, że Rosie jednak może z tego nie wyrosnąć. I żałowała, że nie ma przy niej Phila, że mąż nie może sięgnąć przez stół i ująć jej dłoni. Odmówiła w myślach modlitwę za jego bezpieczeństwo i podziękowała za cud, jakim było spotkanie właśnie jego w tym wielkim świecie.4

Liczba kangurów w tej krainie rosła gwałtownie, odkąd przybył tu biały człowiek i zaczął wydobywać na powierzchnię wodę, by utrzymywać swoje stada. Kangury z lubością żywiły się tą samą młodą trawą i kiełkami co owce i bydło; chciały tej samej słodkiej wody, która wypływała z odwiertów lub połyskiwała kusząco przy zaporach i w korytach. To oznaczało, że łowca kangurów mógł całkiem przyzwoicie zarabiać, wędrując od jednej posiadłości do drugiej i zgodnie z umową z właścicielami zabijając te zwierzęta dla skór lub mięsa, którym karmiono psy czy koty, zależnie od rynku i pogody. Niektóre posiadłości były na tyle duże, by utrzymywać własnego łowcę przez cały rok.

Pete Peachey, zatrudniony w Meredith Downs, był wysokim, chudym mężczyzną o rzednących włosach, wypomadowanych i starannie zaczesanych do tyłu. Równie ostrym spojrzeniem szarych oczu, które jakby przenikało wszystko na wskroś, patrzył jednocześnie na człowieka, horyzont i całą resztę. Jego opalona twarz była brązowa jak kangurze skóry, które zbierał, poprzecinana nie tyle zmarszczkami, co bruzdami wyżłobionymi przez słońce. Pojawiał się niczym kometa; nikt nie wiedział, gdzie jest ani co robi, kiedy opuszczał posiadłość. Raz do roku stawiał się na zebraniu Rady do spraw Szkodników miejscowego samorządu terytorialnego, a przy okazji szedł wtedy do komisariatu policji, żeby za dwa funty odnowić roczną licencję strzelecką.

Pete należał do milczków. Właściwie wiadomo było o nim tylko tyle, że świetnie strzelał, zdobył Medal Króla, cenioną nagrodę strzelecką Sił Zbrojnych, i to już miesiąc po tym, jak wstąpił do wojska. Wydawało się to tym bardziej niezwykłe, że zasadniczo był leworęczny, ale w dzieciństwie zmuszano go do używania prawej, teraz więc był oburęczny i równie śmiertelnie skuteczny, niezależnie od tego, którą ręką sięgał po broń. Wiedziano o nim również, że w czasie wojny został wzięty do niewoli przez Japońców. Resztę okrywała mgiełka tajemnicy.

Nigdy nie wspominał o rodzinie. Ludzie uważali, że niegrzecznie byłoby pytać go o to wprost, krążyło więc na ten temat wiele plotek i w końcu nikt już nie wiedział, co może być prawdą, a co nie.

Choć ze względu na naturę swojej pracy ciągle był w ruchu, to jeśli tylko miał dostęp do wody, zawsze był nieskazitelnie czysty i idealnie ogolony. Gdy zaczynał pracę wieczorem, był starannie uczesany, ale kiedy kończył, włosy miał poplamione krwią. Krew pokrywała również jego ubrania, podczas kąpieli w strumieniu barwił więc wodę na czerwono. Pewnego razu, podczas cyklonu, gdy drogi były nieprzejezdne, rozbił namiot w pobliżu domu i w piekarniku polowym upiekł piernik lepszy od tego, który robiła Lorna, co sama musiała przyznać. Tak, Pete Peachey był pełen niespodzianek.

Pewnego wieczoru w 1947 roku, ponad dziesięć lat przed wypadkiem – mniej więcej po roku pracy w Meredith Downs – łowca kangurów leżał na macie przed swoim namiotem, z uniesionymi kolanami. Patrzył przez lornetkę na lśniącą srebrzystą tarczę niepełnego księżyca, na pokryte popiołem czarno-białe kratery, powiększone i wyraźne za grubymi szkłami. Spokojna jesienna noc była zbyt zimna dla komarów i much piaskowych.

– Jasne jak słońce, stary – powiedział. – Och – dodał, gdy odpowiedziała mu cisza.

Wciąż nie mógł przywyknąć do nieobecności psa na kangury, który kilka dni wcześniej otruł się przynętą ze strychniną.

Usłyszawszy szelest suchej trawy, odwrócił się, wymienił szybko lornetkę na strzelbę i rozglądał się uważnie dookoła, dopóki lufa nie celowała prosto w parę chudych nóg widocznych w kręgu światła rzucanego przez ognisko. Zaraz potem pojawił się w nim również dziecięcy tułów i głowa z rozczochranymi długimi włosami.

– Rosie?! – wykrzyknął Pete, opuszczając broń. – Co, do diabła…

– Na co patrzyłeś? – spytała dziewczynka.

– Jak ty się tu dostałaś, u diabła? Gdzie są twoi rodzice?

Zbliżyła się do niego i zrzuciła na ziemię płócienną torbę, którą trzymała na ramieniu.

– Warren to świnia. Zrobił mi pokrzywkę i powiedział, że kiedy dorosnę, będę musiała opuścić stację. Więc pomyślałam, że skoro tak, to mogę wyjechać już teraz. – Skrzywiła usta. – Przyłapał mnie, jak bawiłam się jego Meccano.

– Zrobił ci krzywdę?

– Nie. – Jej mała dłoń odgarnęła z oczu gąszcz włosów. – Rozwaliłam jego Sydney Harbour Bridge z Meccano. Jeszcze o tym nie wie. – Skrzyżowała ręce na piersiach. – Wyniosłam się z domu.

– Chodź tutaj. Niech no ci się przyjrzę. – Pete obrócił Rosie do światła; nie zauważył niczego, czemu nie mogłyby zaradzić kąpiel i grzebień. – Chodź, usiądź przy ognisku.

Przyciągnął odwróconą skrzynkę, a potem przyniósł szorstki szary koc i okrył nim ramiona dziewczynki.

Kiedy spytał ją ponownie, jak się tu dostała, wydęła tylko usta. Postawił kociołek na ogniu.

– Przypomnij mi… Ile ty masz lat?

– Dziesięć. Prawie…

Pete z powagą skinął głową.

– A Warren był dla ciebie podły.

– Tak.

– Więc postanowiłaś uciec…

Dziewczynka wzruszyła nonszalancko ramionami, miał jednak wrażenie, że lekko drży jej broda.

– Rozumiem. – Napełnił blaszany kubek herbatą, dodał trochę cukru i zamieszał. – Jesteśmy kawał drogi od domu. Jak długo tu szłaś?

Spojrzała na niego jak na idiotę.

– Przyjechałam z tobą – odparła, wskazując na pustą pakę jego samochodu i uniesioną plandekę. – Wskoczyłam tam, kiedy się zatrzymałeś, żeby otworzyć bramę przy domu.

– Ach… – Pete wypuścił głośno powietrze z płuc i oparł dłonie na biodrach. – I dokąd się wybierasz?

– Do Wanderrie Creek? – Rosie dotknęła czubkiem języka słodkiego napoju. – Byleby jak najdalej od Warrena.

– Jasne. – Przysunął do niej drugą skrzynkę, usiadł i upił łyk herbaty. – Ktoś wie, że wyjechałaś?

Zmarszczyła nos i pokręciła głową.

– Rozumiem – rzucił.

Rosie wyciągnęła przed siebie rękę skierowaną wnętrzem dłoni w dół.

– Co, chcesz coś do jedzenia? – spytał Pete.

– Daj mi klapsa. Za to, że byłam niegrzeczna. Przyjmę to jak mężczyzna.

– Żadnych klapsów od starego Pete’a, kochanie.

Nie cofnęła ręki.

– Tato da mi klapsa.

– To już jego sprawa. Mój tato też by mi dał. – Położył palec na jej dłoni i przesunął ją w dół. – Ale nie wydaje mi się, żeby kiedykolwiek to coś dało.

Siedzieli przez chwilę w milczeniu; Rosie lizała herbatę jak jaszczurka, świerszcze naśladowały trzask ognia. Dziewczynka wodziła wzrokiem po jego obozowisku i co jakiś czas wciągała powietrze w nozdrza, by lepiej je poznać: dym, olej do broni, nafta…

W końcu Pete zabrał jej zimny kubek.

– No dobra. Co ty na to, żebym zawiózł cię z powrotem do mamy i taty? Będą się martwić.

– Na co patrzyłeś przez lornetkę?

– Na Księżyc.

– Po co?

Pochylając głowę, jakby chciał powiedzieć „Sama zobacz”, podał jej lornetkę.

Rosie aż otworzyła usta.

– Ale tam są… tam są dziury i…

– Kratery.

– I ciemniejszy kawałek z boku.

– Tak, Księżyca teraz przybywa, więc ten ciemny kawałek jest już nieduży. – Pete wysypał z kubka herbaciane fusy. – Zawrzyjmy umowę. Opowiem ci o Księżycu, jeśli obiecasz, że zaraz potem pojedziemy do domu. I nie uciekniesz więcej stamtąd, dopóki nie będziesz… – Zastanawiał się przez moment, po czym dotknął swojego ramienia. – Taka wysoka. Zgoda?

I tak Pete wyjaśnił Rosie, czym są fazy Księżyca, czym jest nów i pełnia; wytłumaczył jej również, że ponieważ czas jego obrotu wokół własnej osi jest mniej więcej taki sam jak czas obrotu wokół Ziemi, zawsze widzimy tylko jedną stronę Księżyca.

– Ale co jest po drugiej stronie?

Zastanawiał się nad tym przez chwilę.

– Myślę, że to już sprawa Księżyca – odparł w końcu. – I nie ma to nic do tego, jak na nas świeci.

W gorącą grudniową noc Pete Peachey schodzi do strumienia i zmywa krew z rąk. Woda jest zimna jak zmarli i równie nieruchoma. Kiedy już Pete pozbywa się uporczywych czerwonych plam, jego palce sięgają do guzików flanelowej koszuli, lepkiej od brudu, gęstej kangurzej krwi i jego potu, pozostałości trzech dni samotnej wędrówki.

Dotyka powoli każdego guzika, liczy je w myślach, gdy ustępują po kolei, i w końcu zdejmuje koszulę. Zsuwa buty z cichym ffft, potem grube wełniane skarpety. Sprzączka pobrzękuje cicho, gdy Pete rozpina pas – zostawia go w szlufkach – i kiedy spodnie zsuwają się z jego wąskich bioder. Jego slipy – raczej rdzawoczerwone niż białe – na moment rozpala blask księżyca, potem i one opadają na ziemię. Lampa naftowa przyciąga ćmy i chrząszcze; owady rzucają się na rozgrzane szkło. Pete sięga do puszki na tytoń po kostkę mydła Sunlight i wchodzi do strumienia.

Wkłada mydło do wody i zaczyna się myć. Nie szoruje się mocnymi, energicznymi ruchami, jak w domu; jego dłonie przesuwają się spokojnie po ciele. Przy akompaniamencie uporczywego grania świerszczy pokrywa każdy centymetr kwadratowy skóry pianą. Każdym ruchem spłukuje z siebie błysk oczu kangurów, odgłos darcia, gdy odrywa skórę od mięśni, głośny trzask, kiedy łamie im nogi, by zajmowały mniej miejsca, widok wyjętego z torby martwej matki półprzezroczystego, niebieskiego kangurzątka, które nie zdążyło jeszcze porosnąć sierścią.

Przysiadając, by umyć stopy, wciąż czuje ciężar maleńkiego stworzenia, kiedy rozbijał jego głowę o skalisty grunt. W jego umyśle pojawiają się i znikają obrazy z odległej przeszłości: innej krwi, innej oderwanej skóry.

– Wybaczyć… zapomnieć… – szepcze.

Kiedy naciera mydłem nos, czoło, nieogolone policzki i brodę, odczytuje własne rysy niczym słowa wypisane alfabetem Braille’a. Jak odczuwałaby go teraz kobieta? Jego cienkie włosy, sztywne od pyłu i potu. Pete wkłada głowę do lodowatej wody, drży z zimna i dostaje gęsiej skórki. Zmywa z siebie kilometry i godziny silnymi, zręcznymi palcami. Jest oczyszczony.

Wychodzi z wody, wyciera się, wkłada buty i podsyca ogień. Woda w kociołku jest już prawie gotowa na herbatę. Brudne ubrania leżą starannie złożone obok rozkładanego stołka; strzelba stoi oparta o namiot, gotowa do strzału. Pete wrzuca zawartość puszki z fasolą do mocno już sfatygowanego rondla, kładzie go na ogniu i robi sobie herbatę. Nigdzie się nie spieszy. Spogląda na torbę leżącą na skraju kręgu światła, potem na fasolę i ją miesza. Syci się dotykiem powietrza na czystej skórze.

Po posiłku nastawia stary gramofon, który czekał na niego w mroku, i zdmuchuje kurz z szelakowej płyty, jednej z wielu zebranych na przestrzeni lat od ludzi, którzy kupowali radiole i przerzucali się na płyty winylowe. Nakręca gramofon. Gdy słyszy czysty, wysoki głos Nellie Melby śpiewającej Il dolce suono, sięga po torbę. Siedzi nago; nawet nie przyszło mu do głowy, by się rozejrzeć – w promieniu wielu kilometrów nie ma tu żywej duszy. Lecz teraz, gdy zaczyna rozwiązywać sznur ściągający brzegi torby, rozgląda się uważnie i nasłuchuje. Nic. Sięga do środka i wyjmuje lusterko. Przygląda się przez chwilę swojemu odbiciu: siwemu zarostowi, bliźnie na górnej wardze, która dawno już zdążyła przyblednąć.

Pobrużdżona skóra napina się mocno na wystających kościach policzkowych. Pete kładzie lusterko na kolanach, wyjmuje szczotkę i odgarnia wilgotne włosy z twarzy. Potem wsuwa rękę do torby i szuka czegoś po omacku. Ponownie rozgląda się dookoła i wyjmuje karmazynowy przedmiot, podczas gdy nieżyjąca już od lat śpiewaczka obiecuje mu Del ciel clemente un riso la vita a noi sara – „Z łagodnego nieba życie będzie dla nas uśmiechem”. „Nas” to coś, co ciągle się zmienia, myśli Pete i głaszcze jedwab, który trzyma w dłoniach.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij